ROZDZIAŁ 5
Dziwnie było zobaczyć ten dom po tylu latach. I wiedzieć, że widzi się go prawdopodobnie po raz ostatni. Sprawy spadkowe załatwiła jeszcze w Warszawie. Była jedyną spadkobierczynią, więc wystarczyła zwykła wizyta u notariusza. Jeśli dziś podpisze umowę z Zagońskim, nie będzie miała powodu, by po raz drugi tu przyjeżdżać. I bardzo dobrze, o to jej właśnie chodziło. O szybkie, ostateczne i formalne zamknięcie tego etapu w swoim życiu. Etapu, który tak naprawdę zamknęła przecież już wiele lat temu.
Wysiadła z samochodu. Duży kontener stał już na podjeździe. Zamówiła go, by opróżnić dom ze wszystkich rzeczy, które w nim były - mebli, ubrań i czego tam jeszcze. Mogła to zostawić następnemu właścicielowi, ale chciała to zrobić sama. Chciała symbolicznie wyczyścić swoją przeszłość, odciąć się od niej, a potem wyrzucić. Do niczego już więcej nie była jej potrzebna.
Obok kontenera czekała już ekipa, która miała jej w tym pomóc. Pięciu mężczyzn w ubraniach roboczych, z których dwóch paliło papierosy. Podeszła do nich, przywitała się i otworzyła im drzwi. Zadziwiające, że jej stary klucz jeszcze pasował.
- Wszystko mamy wyrzucić? - spytał jeden z mężczyzn. - Nic pani nie chce sobie zostawić?
- Wszystko - odpowiedziała. - Do gołych ścian. Co się nie zmieści do kontenera, zostawcie pod garażem i przyjedźcie po to jeszcze raz. Jeśli znajdziecie jakieś pieniądze lub biżuterię, są wasze.
Mężczyźni spojrzeli na siebie zdziwieni, lecz z tym większą ochotą wzięli się do pracy. Nie weszła razem z nimi do środka.
Dom był stary, jeszcze poniemiecki. Niezbyt duży, z czerwonej cegły. Dach nigdy nie był zmieniony, tylko naprawiany. Ciemne, bardziej brunatne już niż czerwone dachówki gdzieniegdzie porośnięte były mchem. Tylko okna wymieniono na nowe. Brzydki, biały plastik nieprzyjemnie kontrastował z nobliwym wyglądem całości.
Odwróciła się od tego widoku. Jeszcze chwila i pojawią się wspomnienia, a do niczego nie było jej to potrzebne. Wolała patrzeć na jezioro. Rozciągało się w dole, jakieś sto metrów od niej. Tego krajobrazu też jej brakowało w Warszawie.
Seredyńska słyszała za sobą rumor wyrzucanych do kontenera przedmiotów. Meble były wcześniej rąbane na kawałki, by zajmowały mniej miejsca. Większość z nich miała mniej więcej tyle lat, co ona. Coś mimo wszystko ściskało ją w dołku, gdy to słyszała. Dziś, gdy wieczorem wróci do domu, do swojego nowego, warszawskiego mieszkania, z którym łączą ją tylko dobre wspomnienia i które kupiła dzięki własnej ciężkiej pracy, napije się wina. Być może nawet opróżni całą butelkę. Jutrzejszy kac będzie ostateczną cezurą oddzielającą ją od tego wszystkiego.
Tak, to był dobry plan.
Na razie z braku lepszego zajęcia wodziła wzrokiem po panoramie, która rozciągała się przed nią, a którą tak dobrze przecież znała. Za jeziorem, przypominającym stąd bardziej rzekę, wznosiły się morenowe wzgórza porośnięte lasem. Z prawej strony widać było ujście rzeki, tej samej, nad którą dziś spacerowała. Z drugiej strony, na lewo, lecz tego nie dało się już z tego miejsca dostrzec, rzeka wypływała z powrotem z jeziora i znikała między lasami. W ogóle znacznie mniej było stąd teraz widać niż kiedyś. Gdy była nastolatką, mogła ogarnąć spojrzeniem ze swojego okna na poddaszu całą okolicę. Dziś byłoby to już niemożliwe. Drzewa, także te, które rosły na skarpie opadającej łagodnie od domu w stronę jeziora, rozrosły się i zasłoniły większość widoku. Poczuła nagle złość i chęć wykarczowania tych wybujałych chwastów, lecz po chwili zreflektowała się, że to już nie jest i nigdy nie będzie jej problem.
Hałasy dobiegające z tyłu sprawiły, że usłyszała samochód dopiero, gdy podjechał niemal przed dom. Duży terenowy nissan zatrzymał się tuż przy niej. Wysiadł z niego Zagoński.
Wiedziała przecież, że przyjedzie, lecz mimo wszystko zareagowała na jego widok czymś w rodzaju podskórnej niechęci. Ten człowiek irytował ją, choć nie do końca zdawała sobie sprawę dlaczego. Może chodziło po prostu o to, że był przyjacielem jej ojca. To wystarczało, by go nie lubiła.
- Naprawdę szkoda, że nie zechciała pani uczestniczyć w naszym małym pożegnaniu - zaczął, gdy podszedł do niej. - Było bardzo miło.
- Nie wątpię - odparła. - Lecz zbyt wiele widziałam już w swoim życiu trupów, by czerpać przyjemność ze styp.
Zagoński uniósł brwi.
- Można wiedzieć, gdzie się pani aż tyle tych trupów naoglądała? - spytał.
- Jestem prokuratorem - odparła. - Specjalizuję się w sprawach dotyczących zabójstw. Ojciec panu nie mówił?
Po twarzy Zagońskiego przemknął wyraz zaskoczenia. Odniosła przy tym wrażenie, że nie było to zaskoczenie zbyt przyjemne.
- Nie, nie wspominał o tym - odparł. - Rzadko o pani mówił. Podobnie jak o innych osobistych sprawach - dodał po chwili, jakby zrozumiał, że jego słowa mogły sprawić jej przykrość. Albo jakby chciał ją zranić świadomie i próbował zamaskować potem swoją intencję.
- Ja również nie rozpowiadałam o nim na prawo i lewo. - Wzruszyła ramionami. - Jak się pan zapewne zdążył domyślić, relacje między nami nie były nadmiernie rozbudowane. Pan jednak był podobno jego przyjacielem, i to dość bliskim, skoro zorganizował mu pan to pożegnanie w zastępstwie, że się tak wyrażę, mnie. Nie spytał pan go nigdy o to, co porabia jego jedyna córka?
Zagoński uciekł spojrzeniem w kierunku jeziora.
- Mężczyźni nie mają w zwyczaju, tak jak wy, kobiety, plotkować wciąż o rodzinie - odpowiedział z nutą złośliwości. - Poza tym wiedziałem, że to dla niego drażliwy temat, więc wolałem go nie poruszać.
Poczekała, aż znów na nią spojrzy, i uśmiechnęła się chłodno.
- Dobrze, skoro więc jestem kobietą i lubię plotkować, proszę dać ujście mojej plotkarskiej naturze. O czym więc wy, mężczyźni, rozmawiacie, skoro już zostajecie przyjaciółmi?
Popatrzył na nią uważnie. Niemal widziała, jak zmienia się jego nastawienie do niej. Nie on pierwszy dał się nabrać na jej dziewczęcy ciągle wygląd. I zdaje się właśnie zrozumiał, że ta szczupła, młoda kobieta o długich rudych włosach jest przeciwnikiem, w stosunku do którego warto być co najmniej ostrożnym.
- Nie będę ukrywał, że nasza zażyłość nie była już ostatnio tak wielka, jak kiedyś. Odkąd pani ojciec wrócił tu po przejściu na emeryturę, spotykaliśmy się tylko okazjonalnie.
- A jednak zdecydował się pan wyprawić mu stypę. Co więcej, z tego, co wiem, próbował pan wcześniej zorganizować mu też pogrzeb. Z pewnym zdziwieniem dowiedziałam się o tym, gdy sama się tym zajęłam. To nieco dziwne, biorąc pod uwagę to, co właśnie mi pan powiedział.
- Och, zrobiłem to przez wzgląd na stare czasy - odparł. - Te, o których, z tego, co ja z kolei wiem, woli pani nie pamiętać.
Ubodły ją jego słowa. I to bardziej, niż mogła się tego spodziewać. Właśnie takie wspomnienia nie były jej do niczego potrzebne.