Rozdział I
Barbara Skowron, właścicielka hotelu i restauracji "Miodowy Młyn", z niepokojem popatrzyła na swoich pracowników niemrawo krzątających się
wśród stołów, po czym zmarszczyła czoło na widok czegoś, co pojawiło się
w drzwiach wejściowych jej przybytku.
- Czy mogłabyś mi wyjaśnić - zapytała po chwili - dlaczego tachasz tu
chochoła?
Jej serdeczna przyjaciółka Magdalena Zając, do której skierowane było
owo pytanie, w odpowiedzi przewróciła oczami.
- To nie jest chochoł, tylko patron naszego miasta - wyjaśniła z przekąsem.
Barbara popatrzyła z zaciekawieniem na wykonaną z siana, trocin, piór,
patyków i szmatek figurę.
- Zwariowałaś? - zasugerowała na wszelki wypadek ostrożnie, żeby zgodnie
z zasadami bezpieczeństwa i higieny pracy nie rozdrażniać osoby
potencjalnie niestabilnej psychicznie. - Do reszty?
- Jeszcze mam do niego gąski - zapowiedziała złowrogim tonem Magdalena.
- Na tylnym siedzeniu. Nie mogłam się z nimi zabrać naraz. Ale spotkałam
przed "Miodowym" Anię i ona je zaraz przyniesie.
Barbara, rzecz jasna, doskonale znała historię Świętego Marcina, patrona
Opatowa. Ów szanowny duchowny, kiedy poinformowano go, że ma zostać
biskupem francuskiego Tours, przeraził się i ukrył w kurniku wśród
rozmaitego drobiu. Gdy w mieście pojawili się wysłannicy papieża i zaczęli go szukać, towarzyszące mu gęsi podniosły wrzawę i tym samym
zdradziły jego kryjówkę. Chcąc nie chcąc, a raczej na pewno nie chcąc,
Marcin został biskupem, a potem w każdą rocznicę nadania mu tej godności
kazał zabijać gęsi i podawać je na obiad. Zapewne w ramach zemsty, bo
przez to, że wdział purpurę, musiał się użerać z niedorzecznymi
cesarzami rzymskimi, wiecznie uprzykrzającymi mu życie absurdalnymi
pomysłami nawracania niewiernych czy podobnymi nudziarstwami
wymagającymi od niego aktywności fizycznej, której szczerze nie znosił.
- Miło z jej strony - westchnęła Barbara. - Wyjaśnij mi tylko, po co, u licha ciężkiego, przytargałaś tutaj tego misia?
- Jakiego misia? - zdumiała się półprzytomnie Magdalena, a gdy wyłapała
pytający wzrok dziewczyny stojącej za restauracyjnym barem, rzekła: -
Latte, poproszę. Najlepiej z podwójnym espresso, bo marnie spałam w nocy
i zaraz zdechnę.
- Misia z filmu Barei - wyjaśniła cierpliwie Skowron. - Akurat go ten
niby święty przypomina.
- To na licytację - odpowiedziała przyjaciółka. - Dzieło jakiejś
nawiedzonej artystki z Sandomierza. Zrobiła całą kolekcję świętych z siana. Wszyscy wyglądają identycznie. Nasz się wyróżnia, bo ma w komplecie gąski. Wpychała mi jeszcze Świętego Franciszka z owieczką, ale
nie zdołałam go zmieścić w bagażniku... - odwróciła się, by sięgnąć po
jedną z krówek opatowskich leżących kusząco w miseczce na stojącym za
jej plecami stoliku, przez co część wypowiedzi przyjaciółki stała się
dla Barbary niezrozumiała - ...wiecznie mu wystawał.
- Co mu wystawało? - zapytała odruchowo Skowron.
- Kijaszek.
Barbara przez moment trawiła tę odpowiedź.
- Zdarza się - mruknęła w końcu wyrozumiale. - Nawet i święci mają
czasem długie kijaszki.
- Co? - Magdalena zastygła w połowie rozpakowywania krówki, po czym
popukała się owym smakołykiem w czoło. - Głupia jesteś jak but. Kijaszek
w sensie pastorał.
- Zwał jak zwał. - Barbara wzruszyła ramionami, po czym z powątpiewaniem
przyjrzała się ponownie czemuś, co wzięła za chochoła. - Myślisz, że
ktoś to kupi?
- Proszę cię! - prychnęła Zając. - Pamiętasz, co cieszyło się w zeszłym
roku największym wzięciem?
Hotelarka zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
- Aha, czyli alzheimer zamiast w późnej starości chwycił cię we wczesnej
- zawyrokowała jej przyjaciółka. - Złoty anioł!
Skowron zignorowała przytyk dotyczący bardziej jej wieku niż pamięci,
ponieważ dość obrazowo przypomniała sobie właśnie podarowane im na
licytację przez jednego z sandomierskich biznesmenów gipsowe dzieło
sztuki, jego zdaniem przedstawiające wysłannika niebios, a w zgodnej
opinii jej i Magdaleny - ponadnaturalnych rozmiarów Rodowicz z czasów,
gdy ta wydała album Złota Maryla i kazała się w ramach jego promocji
pomalować od stóp do głów farbą w ulubionym kolorze króla Midasa. Ową
ostatnią ubrudzili się potem prawie wszyscy uczestnicy imprezy, z wyłączeniem byłego komendanta straży pożarnej, który przez cały wieczór
nie ruszył się z krzesła przy stole, bo miał atak korzonków, więc udało
mu się nikogo i niczego nie dotknąć. Poza dwulitrową butelką czystej,
którą jak złapał w objęcia na początku fety, tak nie oddał do samego jej
końca.
- Wywaliłam to z pamięci, żeby nie musieć się zapisać na psychoterapię -
wyjaśniła Barbara. - Do dzisiaj jednak, jak tylko widzę gdzieś złoto, to
odruchowo sięgam po proszki na uspokojenie. I wybielacz. Swoją drogą,
masz rację, niektórzy przynieśli to, co wyciągnęli po latach z najdalszego kąta piwnicy.
- Jak zawsze - rzekła przekraczająca próg hotelu Anna Zalewska,
objuczona trzema teoretycznie wykonanymi z siana gęsiami, wyglądającymi
tak, jakby rozjechał je traktor. Z ulgą pyrgnęła dziwaczne ptactwo na
bok i poprosiła o herbatę z gojnikiem, jedną z wizytówek hotelowej
restauracji.
- Aż się boję zapytać... - westchnęła Magdalena. - Chyba trzeba zacząć
segregować te przedmioty. Co tym razem? Nowe bohomazy?
- Obrazów jest tyle co zawsze - uspokoiła ją Barbara. - W tym nawet
kilka niezłych. Ale za to mamy ekskluzywny zestaw kryształów. Przy czym
ekskluzywny oznacza nieźle obtłuczony. Trzy popielniczki i imbryk z połową ucha. Dostaliśmy też elektroniczną ramkę na zdjęcia. Podobno
ładnie świeciła jeszcze dwa lata temu...
- A teraz? - zaciekawiła się Anna.
- A teraz jest ciemniejsza nawet od moich myśli o tym, co nas dzisiaj
czeka - zapewniła ją Barbara. - Poza tym trafił się również ręcznie
malowany ceramiczny kogut. W dodatku kaleka.
- To znaczy? - spytała wyraźnie zaintrygowana Magdalena.
- Ma jedno oko wyżej, drugie niżej i grzebień, który wygląda, jakby ktoś
go zaczął już oskubywać - zaraportowała Skowron. - Jest też miniatura
kolegiaty wykonana z makaronu. Moim zdaniem bardziej nadaje się do
rosołu niż na licytację, ale co ja tam wiem. I tak nie przebije twojego
chochoła.
- Świętego Marcina - skorygowała stanowczo Zając. - Radzę ci to wbić
sobie do głowy, zanim palniesz coś na licytacji.
- Przecież nie prowadzę licytacji! - zaprotestowała Barbara.
- Ale podpowiadasz Jurkowi, co powinien powiedzieć - wyjaśniła
Magdalena, mając na myśli Jerzego Paszkowiaka, gospodarza wieczornej
imprezy i męża aktualnej burmistrzyni Opatowa. - A sama wiesz, on jest
wtedy w takim obłędzie, że powie wszystko, co usłyszy. Nie chcesz chyba
powtórki z zeszłego roku?
Na poprzedniej imprezie licytowany był między innymi niewielkich
rozmiarów, za to ogromnej wartości portret Elżbiety z Szydłowieckich
Radziwiłłowej, córki dawnego dobrodzieja miasta Opatowa kanclerza
Krzysztofa Szydłowieckiego. Wręczając ów skarb Paszkowiakowi, Barbara,
pomna, że i tak ma on napisane na kartce, co licytuje, zażartowała: "Łap
tu portret pierwszego polskiego transwestyty w złotych ramach", i z niebotycznym zdumieniem usłyszała chwilę później, jak Jerzy dokładnie
powtarza jej dowcip, a następnie sprzedaje obraz za całe dwa tysiące
lokalnej działaczce LGBT.
- Z rzeczy zaskakujących jest też figurka Jasnej Panienki... - zaczęła
Barbara, by złagodzić wspomnienie swojej zeszłorocznej wpadki, ale
Magdalena weszła jej w słowo.
- To dobrze - rzekła z entuzjazmem. - Maryjki zawsze schodzą za niezłe
kwoty.
- ...z brakującą głową - dokończyła Skowron.
- Słucham? - Zając zrobiła wielkie oczy. - Z czym?
- Raczej bez czego - skorygowała przyjaciółkę Barbara. - Bez głowy.
Darczyńca podarował Maryjkę, jak mówisz, z dopiskiem, że to figura "do
własnej aranżacji". Wpadłam nawet na pomysł, żeby licytować ją pod
hasłem: figura Matki Boskiej Otwartego Umysłu.
- Nie wiem, czy to przejdzie - mruknęła Magdalena.
- Za starej władzy na pewno by nie przeszło - zawyrokowała Zalewska -
ale za nowej, kto wie... Skoro mamy już w Opatowie paradę równości w miejsce kolejnego placu ku czci jakieś klęski narodowej, doczekaliśmy
się amfiteatru i hali sportowej, a do biblioteki na spotkanie nie
zapraszają już tej całej Pomidor, tylko Tokarczuk, to może pora ogłosić
czas otwartych umysłów?
- Nie mów hop - poprosiła Zając. - Doskonale wiesz, że Kamila wygrała o włos, a Drucik zrobi wszystko, żeby odzyskać stołek.
- Marne szanse - orzekła Anna. - Zdaje się, że Kamili przyrasta fanów w tempie kosmicznym. A widziałaś, ile osób było na ostatnim składaniu
wieńca przez Drucika na tym jego zakichanym placu? Mściwie to
policzyłam. Dwanaście! W tym jego żona, która co kilka sekund zerkała na
zegarek, bo była umówiona do fryzjera, i Bodniakowa, ta, co łazi
wszędzie, gdzie można odwalić histerię, jęki i szlochy, a potem po cichu
rąbnąć kwiaty.
- Rąbnęła? - zaciekawiła się Magdalena, odbierając zza lady swoją latte.
- Yhm - potaknęła Zalewska. - Wszystkie poza wieńcem. I to tylko
dlatego, że był dla niej za ciężki. Próbowała, ale nie dała rady.
- I po co jej to?! - Barbara westchnęła.
- Moim zdaniem ona już kradnie dla samego hazardu - wyjaśniła Anna. -
Albo cierpi na kleptomanię. Aczkolwiek tym razem miała dzień później
urodziny córki, więc wyjątkowo był w tym jakiś sens. Zaoszczędziła parę
złociszy. Tak jak ostatnio w sklepie, kiedy obrała banany przed
ważeniem.
- Co zrobiła? - zdumiała się Skowron.
- Obrała banany, żeby mniej zapłacić, bo przecież w ten sposób będą
lżejsze, a skóry, jak wytłumaczyła kasjerce, i tak nie je. - Zalewska
krytycznym wzrokiem omiotła salę. - Zdążymy?
- A czy kiedyś nie zdążyłyśmy? - westchnęła Magdalena, po czym raz
jeszcze popatrzyła na rozłożone na regałach przedmioty podarowane na
licytację. - W sumie nie jest źle...
- Nie jest - zgodziła się Skowron. - Powiedziałabym nawet, że w tym roku
ludzie spisali się na medal. Mamy przedwojenny gramofon i ręcznie
wykonane drewniane szachy, jest barek zrobiony z beczki na wino, są
karykatury siostry.
- W zeszłym roku poszły za całkiem ładną sumkę... - przypomniała Zając. -
No i szkło. Ono zawsze idzie.
- Bo jest przepiękne. - Barbara z podziwem przyjrzała się perełkom
przekazanym na aukcję.
- Czyli wszystko gra - podsumowała radośnie Magdalena.
- Niezupełnie - zgasiła jej, jak się okazało przedwczesny, optymizm
Barbara. - Mamy problem z Hutniak...
Zając przewróciła oczami, przypominając sobie niedawne negocjacje ze
słynącą z kaprysów diwą polskiej piosenki, po których czuła się wypisz
wymaluj tak, jakby przez przypadek zatrzasnęła się na zbyt długo w saunie. Każdą rozmowę z Klaudią kończyła spocona, skołowana i z lekkim
szumem w uszach. Nie należało się temu dziwić, zważywszy na fakt, że już
w czasie ich pierwszej konwersacji Hutniak, która właśnie wylała z roboty trzydziestego ósmego agenta i postanowiła, jak to ujęła, "wziąć
stery kariery w najbardziej profesjonalne dłonie show-biznesu, czyli
swoje własne", zaskoczyła ją pytaniem o to, czy woda w "Miodowym Młynie"
jest twarda, czy miękka. A kiedy się dowiedziała, że Magdalena nie zna
odpowiedzi, wyjaśniła, że to kluczowa dla niej wiedza, bo musi
koniecznie "wejść w częstotliwość strumienia, który ją obmywa", co
przebiega o wiele łatwiej, kiedy płynące w nim H2O jest miękkie. Zanim Zając pozbierała się
po tym ciosie, Klaudia wymierzyła jej kilka kolejnych, gdy w czasie ich
następnych rozmów zażądała, aby scena przed recitalem została
oczyszczona kadzidłem z czystka, osoby zajmujące się nagłośnieniem były
spod znaku Lwa, Barana albo Panny, bo konstelacja planet zakazuje jej w tym miesiącu pracy z innymi, a lustro w jej pokoju zostało ustawione
tak, aby mogła w nim zobaczyć, czy nie dokonuje się w niej "zbyt duża
transformacja emocjonalna", i w razie czego "ugasić ją duchową medytacją
w pozycji lotosu". Poprosiła też, aby apartament przed jej przyjazdem
poddać "procesowi jonizacji niszczącej energię osób, które tam
poprzednio gościły". Hutniak bardzo na tym zależało, bo jak to
podkreśliła, nie chciałaby "przesiąknąć aurą ludzi lubiących przemoc,
cynaderki albo Steczkowską".
Nie mając zielonego pojęcia, na co właściwie się zgadza, Magdalena
zapewniła, że bez trudu spełni te oczekiwania, po czym na wszelki
wypadek skorzystała z usług znajomego psychoterapeuty, aby się upewnić,
że to nie ona, a Hutniak ma nierówno pod daszkiem. Po otrzymaniu
zapewnienia od specjalisty, że z jej umysłem nie dzieje się nic
niepokojącego, już bez mrugnięcia okiem przyjęła fakt, że Klaudia
pojawiła się w "Miodowym Młynie" cztery godziny później, niż obiecała. Z uśmiechem wysłuchała też tłumaczeń diwy, że powodem owego spóźnienia
były "energetyczne zawirowania między planetą Wenus a źródłami
siarczkowymi w Busku". Nie straciła też dobrego humoru, kiedy gwiazda,
ubrana w oślepiająco połyskujący pstrokaty kombinezon, wyglądający tak,
jakby go uszyto z konfetti, a do tego z zawieszoną na szyi ogromną
muszlą morską, będącą według niej talizmanem na oczyszczenie głosu,
oświadczyła, że nie może śpiewać bez obecności mis tybetańskich i dużej
porcji surowych daktyli.
- Nie będzie chyba problemu z ich zdobyciem? - zapytała cierpiętniczym
tonem rannego jelonka. - Muszę je mieć, bo inaczej struny głosowe mi się
rozszczepiają.
Personelowi hotelu, uprzedzonemu, że "Klaudia bywa dziwna" i żeby nie
dał po sobie poznać zaskoczenia tym, cokolwiek by zrobiła albo
powiedziała, nie udało się jednak zachować pokerowej twarzy. Przy
audytorium liczącym pięć osób, patrzących na nią z rozdziawionymi
paszczękami, Hutniak usiadła na krześle niczym papież na tronie i kontynuowała swoją wstępną przemowę.
- Mam nadzieję, że będę mogła zrobić próbę po zachodzie słońca? -
zapytała, przyjmując z rąk Barbary kubek z zamówionym wcześniej przez
telefon i czekającym już na nią naparem z lipy posłodzonym "miodem od
szczęśliwych pszczół z ekologicznej pasieki". - Muszę ją zrobić, zanim
księżyc osiągnie fazę dysharmonii, bo ona źle działa na moją aurę. I w czasie próby koniecznie musi być zapalonych dwadzieścia pięć lawendowych
świec.
Skowron z trudem przegnała sprzed oczu wizję tego, jak diwa puszcza z dymem jej nieruchomość, i ponaglana gniewnym spojrzeniem przyjaciółki
czym prędzej zapewniła, że nie będzie z tym najmniejszego problemu.
- Naprawdę masz lawendowe świece? - zaciekawiła się Zając, kiedy
artystka poszła już do swojego apartamentu, by "integrować się z jego
duchem".
- Oczywiście, że nie - prychnęła Barbara. - I nie sądzę, żeby miał je
ktokolwiek w Opatowie.
- To co zrobisz?
- Pomaluję bezzapachowe farbą, która została po remoncie, i rozpylę po
sali lawendowy odświeżacz do toalet - wyjaśniła Skowron.
W ten sposób siedem godzin później Klaudia odbyła próbę w aromacie,
który zdaniem samej artystki "doskonale podkreślał magię jej
repertuaru", z czym trudno się było nie zgodzić, zważywszy na fakt, że w Opatowie postanowiła uraczyć widownię głównie coverami utworów Zenka, z którym niedawno zaśpiewała w duecie na festiwalu w Dusznikach-Zdroju,
oraz nową aranżacją swojego największego hitu o mewie. Całość w istocie
godna była wonnego strażnika sedesu.
- Co ona znowu wymyśliła? - jęknęła teraz Magdalena, na wszelki wypadek
odruchowo otwierając torebkę, w której od przyjazdu Hutniak nosiła
proszki od bólu głowy.
Przy Klaudii groziło jej to, że się od nich uzależni. Na szczęście
artystka miała przebywać w Opatowie jedynie trzy dni.
- Zapytała, czy wszyscy goście na imprezie nie mogliby być ubrani na
biało - powiadomiła ją z pełną powagą Barbara.
- Żartujesz?!
- Chciałabym - westchnęła Skowron. - Wyraziła tę prośbę w czasie
śniadania, tuż po pytaniu, czy zdaję sobie sprawę z faktu, że w piwnicach hotelu czai się zło. Zapewniłam, że ma rację, bo czai się tam
siłownia, którą jak wiadomo, zdrowiej omijać z daleka, ale kazała mi
podejść do tego poważnie i na wszelki wypadek okadzić wszystko poniżej
parteru szałwią, najlepiej przy dźwiękach piosenek z jej płyty Muzyka
duszy, dzięki którym, jak mi zdradziła, jedna staruszka na Podlasiu
wyleczyła się z bronchitu i pozbyła moli z kuchni.
- Ja pierdzielę - jęknęła Zając. - Przecież nikt nie przyjdzie ubrany na
biało!
- Nie mów hop. - Przyjaciółka popatrzyła na nią porozumiewawczo. - Żona
Walentego zdolna jest do takiego szaleństwa.
- No tak... - zgodziła się Magdalena, pomna faktu, że kreacje obnoszone
przez żonę byłego burmistrza nasuwały nachalną myśl, że ich właścicielce
ktoś rąbnął z domu wszystkie lustra, ewentualnie pozbawił ją instynktu
samozachowawczego.
W czasie poprzedniej imprezy Manuela Drucik przykuła uwagę gości,
pojawiając się w sukni, która sprawiała wrażenie uszytej z runa leśnego,
a przy ramionach zwieńczona była czymś, co wyglądało jak zdechły borsuk.
- Ona na pewno. Ale poza nią raczej nikt.
- Na wszelki wypadek poprosiłam, żeby na wejście Klaudii zgasić
wszystkie światła. Zostanie tylko oświetlający ją reflektor. Jest
szansa, że zanim zobaczy publiczność, zdąży coś zaśpiewać.
- Doskonały pomysł - pochwaliła Magdalena, po czym popatrzyła na
krzątającą się przy stołach Annę i dodała: - Może i ja w czymś pomogę?
Zanim Barbara zdążyła odpowiedzieć, drzwi wejściowe do restauracji się
rozsunęły i stanęły w nich dwie doskonale znane i jej, i Magdalenie
osoby. Jedną z nich był wysoki, szczupły, młody mężczyzna z długimi,
czarnymi, gładko zaczesanymi włosami, ubrany w oryginalny
czarno-srebrzysty, sprawiający wrażenie kosztującego fortunę, skórzany
płaszcz. Drugą zaś - sympatyczna, okrąglutka szatynka w podhalańskim
kożuszku, okutana w puszysty szal.
- Mario! Miśka! - zakrzyknęła radośnie Zając, podbiegając do nich. -
Jednak dotarliście!
Na twarzach współwłaścicieli popularnej agencji eventowej, Mariusza
Koska i Dominiki Szustek, zwanych przez wszystkich ich znajomych po
prostu Mario i Miśką, także pojawiły się uśmiechy.
- Owszem, udało się nam - potwierdził Mario, kiedy już wymienił uściski
nie tylko z Magdaleną, lecz i z Barbarą - ale tylko na jeden dzień.
Jutro musimy wracać do Warszawy.
- Szkoda - zmartwiła się Zając, która uwielbiała Koska i najchętniej
widziałaby go jako swojego stałego sąsiada. - A czemu musicie?
- Organizujemy premierę nowej książki Róży Krull - wyjaśnił, mając na
myśli postrzeloną w równym stopniu co Hutniak autorkę powieści
kryminalnych. - Uwierz mi, że wolałbym poleniuchować w "Młynie", zamiast
się zastanawiać, co zmaluje ta wariatka. Czy jest już gęsina?
- Yhm - potaknęła Skowron, do której skierowane było ostatnie pytanie. -
Rozlokujcie się, a ja zamówię, to akurat kuchnia zdąży zrobić. Życzysz
sobie pierogi czy udko?
- Weź pierogi, ja wezmę udko i się podzielimy - zaproponowała Miśka,
obserwująca konsternację na twarzy Mario. - Wiem, że najchętniej
wszamałbyś w całości i to, i to, ale pamiętaj, że się ostatnio
zaokrągliłeś.
- Z której strony on się niby zaokrąglił? - Magdalena popatrzyła na nią
podejrzliwie, kiedy Kosek poszedł do samochodu po walizki.
- Z żadnej - odpowiedziała beztrosko Szustek - ale odkrył na wadze, że
ma kilogram więcej niż miesiąc temu, wpadł w panikę i od tego czasu
ględzi non stop o tym, że stacza się w otyłość. Mam tego po dziurki w nosie i obiecałam, że będę go pilnować. Wolę, żeby od czasu do czasu
mniej zjadł, niż wypróbowywał każdy cudowny specyfik na odchudzanie,
który zobaczy w internecie. Najpierw zamówił coś zielonego, co wyglądało
jak sproszkowana trawa, i potem w czasie prezentacji scenariusza imprezy
dla Zosi Gałczyńskiej zaczęło mu się odbijać jakby pokostem, i to tak,
że w końcu manager Zosi musiał otworzyć okno. Później pił jakąś herbatkę
z glonów, po której spędził w ubikacji pół dnia, a że musiał łączyć się
z klientami na Zoomie, więc trzeba było zrobić tam dekorację z prześcieradła i udawać, że toaleta to jego gabinet w czasie remontu.
- Faceci nigdy nie przestają być dzieciakami, prawda? - Magdalena
mrugnęła do niej porozumiewawczo. - Co oni by bez nas zrobili?
- Zginęli. Szybko i marnie - przyznała z uśmiechem Szustek. - Siostra
już przyjechała?
- Nie, będzie tuż przed rozpoczęciem imprezy - odpowiedziała Zając. - A co?
- Nie mogę się doczekać, żeby ją uściskać. Ma taką cudowną aurę -
wyjaśniła Miśka, po czym przywitała się z Anną, która wyłoniła się z drugiej jadalni.
Restauracja w "Miodowym Młynie" składała się z dwóch sal. Przy czym
jedna, mniejsza, otwarta pozostawała zawsze, a druga, większa, służyła
do specjalnych imprez, które odbywały się tutaj prawie w każdy weekend.
Nie było bowiem w okolicy lepszego miejsca na wyprawienie przyjęcia z okazji komunii, świąt, ślubu, pogrzebu czy choćby urodzin. I to nie
tylko ze względu na komfort i elegancję młynowych pomieszczeń, ale
przede wszystkim z powodu serwowanych tu dań, powstających w większości
według autorskich przepisów Barbary. A ponieważ kulinarne wyczucie
Skowron było wysokiej próby, perfekcyjnie balansujące między
tradycyjnymi smakami regionalnymi a nowoczesnymi eksperymentami spod
znaku kuchni fusion, to też i mało kto wychodził z "Miodowego Młyna" w innym stanie niż tak zwanej ciąży spożywczej, i to niezależnie od płci
czy wieku. U Barbary w dziedzinie ciąży istniało równouprawnienie, a stali bywalcy tego miejsca doskonale wiedzieli, że najgorszym błędem,
jaki dało się popełnić, zanim zaczęło się tu wieczerzać, było włożenie
zbyt obcisłych ciuchów.
- Mam jakieś dziwne przeczucie... - rzekła Zalewska w zamyśleniu.
- Jakie przeczucie? - Magdalena popatrzyła na nią uważnie.
Anna nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tym samym momencie w drzwiach
pojawiła się kolejna osoba. Młody szatyn średniego wzrostu ubrany na
czarno, postawny i sprawiający sympatyczne wrażenie.
- Służby porządkowe witają swoje ulubione miejsce - zasalutował przybyły
Barbarze. - Wszystko w porządku? Można się do czegoś przydać?
- Wszystko pod kontrolą - zaraportowała Skowron z uśmiechem, po czym
popatrzyła na zdziwioną minę Miśki i dodała: - To nowy komendant naszej
policji.
- Walter Lis. - Mężczyzna podał dłoń Szustek. - Do usług.
- Bardzo mi miło - szepnęła nieśmiało Miśka, która zawsze w obecności
jakichkolwiek służb mundurowych czuła się nieco skrępowana.
Było to o tyle dziwne, że nigdy w życiu nie popełniła żadnego
wykroczenia poza rąbnięciem batonika czekoladowego ze sklepiku szkolnego
w trzeciej kasie podstawówki. A i to przez przypadek, bo była pewna, że
zapłaci za niego jej ówczesny "boyfriend" Roland, który akurat tego dnia
nie miał przy sobie ani grosza.
- A więc? - Lis ponownie spojrzał na Barbarę. - Mogę w czymś pomóc?
- Teraz nie, ale wieczorem, po imprezie, bardzo chętnie - odpowiedziała
Skowron. - Będziesz, oczywiście?
Walter widocznie się zakłopotał.
- No właśnie nie za bardzo - przyznał z żalem. - Służba.
- Jak to? - Barbara popatrzyła na niego z wyrzutem. - To miała być twoja
pierwsza impreza w "Młynie"!
- Nadrobimy - obiecał jej policjant. - Wszyscy chcieli tu być, więc
ciągnęliśmy losy. Wypadło na mnie. Bardzo przepraszam. Ale przyrzekam,
że wpadnę po pracy i pomogę wam posprzątać.
- Miły człowiek - rzekła Barbara, kiedy Lis opuścił już hotel. - O wiele
lepszy od poprzedniego komendanta. Ale, ale... Zanim tu wpadł, zaczęłaś
coś mówić o przeczuciu...
- Sama nie wiem - westchnęła Zalewska, do której skierowane zostało to
ostatnie zdanie. - Odnoszę wrażenie, że od jakiegoś czasu dzieje się u nas coś niezrozumiałego.
- Doprecyzuj - poprosiła Zając - bo nie za bardzo wiem, o co ci chodzi.
- Kiedy sama mam problem z tym, żeby ubrać to w słowa - przyznała
Zalewska. - Od kilku tygodni wszyscy są tu jacyś nieswoi...
- Chyba tylko Walenty - mruknęła Magdalena. - Był pewny, że na fali
składania wieńców pod każdym historycznym kamyczkiem i święcenia każdego
drzewa zostanie wybrany kolejny raz, a tu się nagle okazało, że ludzie
wolą halę sportową i place zabaw zamiast tej jego wiecznej martyrologii.
Musiał biedak przeżyć niezły szok.
- To oczywiste - przyznała Anna - ale nie tylko. Popatrz na Marylę.
Zawsze była uśmiechnięta, rozgadana, a ostatnio chodzi jak z krzyża
zdjęta. Usiłowałam się dowiedzieć czemu, to zbyła mnie jakimiś gładkimi
słówkami, że ma problemy z dostawą. Akurat w to uwierzyłam! Butik jest
zapchany po ostatnie miejsce na wieszaku. Podobnie z Kostką.
- No jej akurat mi nie szkoda - mruknęła Skowron.
Konstancja Rozkosz, zwana przez znajomych Kostką, prowadziła lokalną
gospodę "Opatowianka", będącą największą konkurencją dla "Miodowego
Młyna", skąd zresztą zżynała bez poczucia obciachu wszystkie pomysły.
Kiedy Barbara wprowadziła do menu pierogi z różą, które szybko zyskały
miano kultowych i ściągały do jej restauracji ludzi nie tylko z Opatowa,
lecz także z okolicznych miasteczek, wiosek oraz samego Sandomierza,
Rozkosz zmusiła swojego szefa kuchni do serwowania naleśników z tulipanami. A kiedy ów zahukany człowieczek usiłował zaprotestować,
twierdząc, że tulipany zawierają alkaloidy, glikozydy oraz inne -ydy i -idy oraz że za pomocą owych naleśników Kostka wytruje wszystkich swoich
klientów, a sama będzie do końca życia jadła już tylko chleb i wodę w więzieniu, Rozkosz ofukała go i nazwała trzęsidupkiem. A potem
wyjaśniła, że w ramach eksperymentu dodała owe płatki do karmy swojego
kota, który dostał jedynie rozwolnienia, ale poza tym sprawiał wrażenie
bardzo zadowolonego. W ten sposób naleśniki trafiły do menu, acz tylko
na dwa tygodnie, po których okazało się, że wszyscy, którzy je
spożywają, cierpią na takie same przypadłości jak czworonóg Konstancji.
- Wiem, że macie na pieńku - przyznała Anna - ale uwierz mi, że ona
ostatnio też nie jest sobą. Rozmawiałam z Bartkiem. Twierdzi, że Kostka
niczego się już nie czepia, co samo z siebie świadczy o tym, że coś z nią jest nie tak. No i Leokadia... Chyba zauważyłyście...
- To prawda - zgodziła się Magdalena. - Faktycznie jest jakaś przybita.
Mieliśmy jechać w zeszły weekend do Krakowa, razem Leosią i moim Mikim,
ale w ostatniej chwili, jak już byliśmy spakowani, Artur zadzwonił i wszystko odwołał. Powiedział, że Leosia źle się czuje. Dostała migreny i musiała odpocząć. Nie brzmiało to specjalnie przekonująco.
- Nawet i ksiądz Włodzio jest dziwny - wtrąciła Barbara. - Zawsze
pomagał przy imprezie, tryskał milionem pomysłów, tryskał energią, a teraz? Ledwo co dowiózł wino na licytację od Mariana i od razu
powiedział, że musi lecieć coś załatwić i że wróci dopiero na imprezę.
Jak nie on!
- O nim nie życzę sobie nic słyszeć - warknęła gniewnie Zalewska.
- Na śmierć zapomniałam! - Barbara popatrzyła na nią z ekspiacją. -
Przepraszam.
- Nie ma za co...
- Teraz, jak tak mówicie, to przyszło mi do głowy, że i moja szanowna
przełożona nie jest ostatnio sobą - rzekła w zamyśleniu Magdalena. -
Dała mi święty spokój, co jak wiadomo, nie leży w jej charakterze. I też
wydaje się jakaś smętna. Byłam bliska tego, żeby ją zapytać, czy coś się
wydarzyło i czy nie potrzebuje pomocy.
- Ty?! - zdumiała się Skowron pomna, że stosunki między Zając a Ludmiłą
Miłą, pełniącą od kilku miesięcy obowiązki dyrektorskie w jej szkole,
formalnie wciąż wicedyrektorką, dało się określić tylko jednym słowem:
skomplikowane.
- Yhm, ja - potwierdziła Magdalena z przekąsem. - Wyobraź sobie, jakie
musi sprawiać wrażenie, skoro nawet mnie ruszyło.
- Który pokój mamy tym razem? - przerwał im Mario, właśnie ponownie
wchodzący do hotelu, tym razem ciągnąc za sobą dwie potężne walizy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki