Pięćdziesiąta dziewiąta walka chorążego Sakai
Nieludzki upał, typowy dla tej pory roku, zdawał się dusić wszelkie
oznaki życia na wyspie. Pióropuszy palm, obrzeżających wycięty w dżungli
pas lotniska, nie poruszał najlżejszy nawet powiew. Rozłożona leniwie
przed barakiem grupa japońskich lotników z utęsknieniem oczekiwała na
rozkaz startu. Grube kombinezony, kamizelki ratunkowe, obciągająca pas
ciężka kabura z pistoletem -?wszystko to składało się na strój nader
uciążliwy w tropikach. Dopiero tam, w górze, człowiek czuł się lekki i swobodny, a kombinezon, hełmofon i szal stanowiły pożądaną ochronę przed
chłodem.
Dzisiejsze zadanie dywizjonu myśliwców, stacjonującego na wyspie Nowa
Brytania, nieco na wschód od Nowej Gwinei, polegało na osłonie wyprawy
bombowej, skierowanej przeciw amerykańskiej bazie lotniczej na
południowym skraju Nowej Gwinei. Interesująca rozmaitość po monotonii
codziennych patroli -?i podniecająca perspektywa nieuchronnej walki
powietrznej z myśliwcami wroga.
Ale rozkaz "do maszyn" nie nadchodził, natomiast z namiotu, w którym
znajdowała się radiostacja, wyskoczył łącznik i pobiegł do baraku
operacyjnego. Chorąży Hat? zgasił papierosa, podniósł się i przez okno
zajrzał do baraku.
-?Oho, coś nowego. Stary wyciąga inną mapę. Już nad nią siedzą. I mówią
jeden przez drugiego. Przestańcie gadać, może coś usłyszę... Coś o Guadalcanal. Tak, na pewno. Czeka nas w takim razie ciekawa robota.
Kawał drogi do tej wyspy.
Wszyscy piloci świetnie znali mapę Pacyfiku, z pamięci mogli wskazać
położenie ważniejszych wysp i określić niemal bezbłędnie dzielące je
odległości. Nagle otwarły się drzwi i sprężystym krokiem wyszedł z nich
kapitan Masahisa Saito, dowódca dywizjonu. Piloci poderwali się i otoczyli go zwartą grupą.
-?O godzinie piątej minut dwadzieścia pięć znaczne siły
nieprzyjacielskie uderzyły na Guadalcanal, drugą od południa wyspę
Archipelagu Salomona, i rozpoczęły lądowanie, równocześnie zajmując
sąsiednią wyspę Tulagi. Na Guadalcanal budujemy od paru miesięcy
lotnisko, do którego uruchomienia dowództwo przywiązuje bardzo dużą
wagę. Na Tulagi stacjonują główne siły powietrznego korpusu Yokohama.
Sytuacja jest poważna. Nasze siły morskie otrzymały rozkaz
natychmiastowego skierowania w ten rejon okrętów w celu zniszczenia
jednostek inwazyjnych. Nasz dywizjon osłania grupę średnich bombowców,
które uderzą w okręty nieprzyjaciela. Startujemy eskadrami o ósmej i ósmej dziesięć. Sprawdzić zegarki. -?Wyciągnął dłoń i po odliczeniu
dziesięciu sekund powiedział: -?Jest w tej chwili dokładnie siódma
czterdzieści. Pierwsza eskadra odciąga i wiąże wroga w powietrzu, druga
bezpośrednio eskortuje bombowce. Idźcie po mapy. Nawigator da wam
szczegółowe wskazówki, jak przeprowadzić lot. I pamiętajcie: do celu
mamy osiemset kilometrów, to będzie wasza najdłuższa wyprawa. Oszczędzać
paliwo!
Dwadzieścia minut potem chorąży Sabur? Sakai, dowódca klucza, sadowił
się w swej maszynie. Gdy kołował na start, przez głowę przebiegały mu
strzępy otrzymanych instrukcji i informacji. Najważniejsza: po raz
pierwszy w życiu miał się spotkać z nieprzyjacielskimi pilotami morskich
sił powietrznych!
Był asem. Jednym z czołowych asów japońskich sił powietrznych. Na swym
koncie miał niewiarygodną liczbę 57 zestrzelonych nieprzyjacielskich
maszyn. Wśród nich były chińskie samoloty bojowe -?amerykańskiej i radzieckiej produkcji -?z okresu kampanii chińskiej, były amerykańskie
bombowce nurkujące Douglas, były myśliwce Curtiss i Buffalo; pamiętał
smugę dymu walącego się w morze swego pierwszego Boeinga B-17 -?jak się
potem dowiedział, pierwszej latającej fortecy zestrzelonej przez
japońskiego pilota. Doświadczenie zdobyte w setkach walk powietrznych
wyrobiło w nim głębokie przekonanie, iż przy równowadze liczebnej, a nawet przewadze wroga, zdolny jest pokonać każdego amerykańskiego
myśliwca. W przekonaniu tym nie było nawet cienia zarozumiałości.
Owszem, Sabur? Sakai znał swą wartość jako pilota, jednakże wiedział
również, że głównym jego atutem jest jego maszyna: niepokonany,
osławiony myśliwiec Mitsubishi A6M Zero. Szybszy, zwrotniejszy i lżejszy
od używanych w strefie Pacyfiku myśliwców alianckich, górujący siłą
ognia nad pokładowymi myśliwcami Buffalo, które w walce z nim nie miały
z reguły żadnych szans. Pogrom tych właśnie samolotów sprawił, że w oczach pilotów japońskich myśliwiec Zero uchodził za wzór doskonałości.
Budowano go seryjnie w kilku wariantach lądowych i morskich, różniących
się zasięgiem, udźwigiem i uzbrojeniem.
Saburo Sakai przypomniał sobie, jak rok temu, w kasynie, jeden z kolegów
tłumaczył rozradowanym pilotom fragmenty artykułu fachowego
amerykańskiego czasopisma "Aviation", według którego większość
japońskich samolotów jest już całkowicie lub częściowo przestarzała,
piloci -?niedoszkoleni, a "całe japońskie siły powietrzne marynarki
wojennej składają się zaledwie z czterech lotniskowców i dwustu
samolotów". Saburo uśmiechnął się do siebie. Wielki naród japoński nigdy
nie chwalił się swoją potęgą, potrafił zamaskować lub ukryć rzeczywiste
dane o projektowanych i budowanych pancernikach, krążownikach i lotniskowcach, nie ujawniał prawdziwej charakterystyki samolotów i innych rodzajów uzbrojenia. Cudzoziemcy widzieli tylko to, co widzieć
powinni: najczęściej broń starą i niegroźną.
Od czasu wojny w Chinach alianci wiedzieli o istnieniu myśliwców Zero,
ale żaden samolot tego typu nie wpadł w ich ręce, żaden nawet nie był
strącony, co świadczyło niezbicie o jego wysokiej klasie. Dopiero w lipcu 1942 roku -?o czym warto przypomnieć -?zdołano zdobyć jeden
egzemplarz Zero. Niezwłocznie został on przesłany do Stanów
Zjednoczonych i gruntownie zbadany przez ekspertów, którzy stwierdzili w nim sporo wad. Do tego czasu zdążył on zdeklasować nie tylko standardowe
myśliwce pokładowe Amerykanów typu F2A Buffalo, z którymi najczęściej
walczył w strefie Pacyfiku, lecz i najlepsze spośród myśliwców lotnictwa
sił morskich (US Navy Air Force) w pierwszej fazie walk na Pacyfiku,
typu Grumman F4F-1 Wildcat. Nieliczne nowocześniejsze modele myśliwców -
Warhawk i Aircobra -?wchodzące w skład lotnictwa sił lądowych (US Army
Air Force), na ogół rzadko miały okazję zmierzenia się z japońskim
myśliwcem Zero. Nic więc dziwnego, że w walkach o panowanie nad
Pacyfikiem amerykańscy piloci lotnictwa morskiego ponosili ogromne
straty. Dopiero wtedy, w nadzwyczaj trudnych warunkach bojowych,
zorientowali się, jaką przewagę mają Japończycy w sprzęcie, który przed
wojną nie był należycie doceniany. Uspokajające wieści, że cesarskie
lotnictwo dysponuje na ogół przestarzałymi samolotami, a japońscy piloci
mają słaby wzrok, okazały się bezpodstawne.
Saburo Sakai w miarę przybliżania się do celu czuł stopniowo narastające
podniecenie. Wiedział o niechybnym spotkaniu z wrogiem. Uprzedzono ich,
że amerykańscy piloci morscy latają na nowych maszynach, znacznie
lepszych od myśliwców Buffalo. Nie obawiał się ich, ale mimo woli
myślał, czy i tym razem w starciu z przeciwnikiem myśliwiec Zero zachowa
swą przewagę -?swój główny atut: prędkość, zwrotność i siłę ognia.
W tej chwili samolot pilotowany przez Sakai wyszedł z chmur. Cztery
tysiące metrów pod nim błysnęła w słońcu rozlana po horyzont tafla
Pacyfiku. Na lewo -?ciemna, kędzierzawa palmami Guadalcanal.
Powierzchnia wody zdawała się być całkowicie pokryta jednostkami
amerykańskiej floty. Sakai nigdy jeszcze nie widział tylu okrętów
nieprzyjacielskich jednocześnie. Długie, zjeżone działami sylwetki
krążowników, uwijające się wokół nich niszczyciele, opasłe klocki
transportowców, setki maleńkich kreseczek, zauważalnych dzięki
pozostawianym za sobą warkoczom spienionej wody -?barek desantowych,
dążących do brzegu.
Sakai rzucił okiem na boki. Srebrzyste Zero wychodziły trójkami z chmur
jak na defiladzie. Poniżej nad cel nasuwały się eskadry bombowców
Mitsubishi G4M2-1 zwanych przez Amerykanów bezsensownie, zdaniem Sakai,
Betty. Nowe rozkazy przyszły zbyt nagle, nie było czasu, by zmienić
podwieszone już bomby na torpedy. Szkoda -?pomyślał -?atak torpedowy
byłby daleko skuteczniejszy.
Pierwsze maszyny nadlatywały nad obszar inwazji, od kadłubów oderwały
się bomby, poleciały na cel. Jedna, dwie musiały trafić -?z jakiegoś
pokładu buchnął czarny dym pożaru. Wokół samolotów pękały setki
obłoczków; jedna, potem druga maszyna poszła parabolą w dół, wlokąc za
sobą czarny warkocz dymu. Sakai ze zdumieniem zauważył, że ostrzeliwuje
ich artyleria z lądu. Nie mógł powstrzymać uczucia podziwu, wywołanego
sprawnością lądowania wroga. Pamiętał, że wyładunek około 30 japońskich
statków podczas inwazji na Soerabaję trwał blisko tydzień. Tu było ich
kilkakrotnie więcej, lądowanie Amerykanów trwało zaledwie od paru
godzin, a z brzegu biły już baterie pelot..
Pilotom eskorty myśliwskiej przypadała, jak dotąd, jedynie rola
obserwatorów. Pierwsze eskadry spełniły widocznie swoje zadanie i odciągnęły nieprzyjacielskie myśliwce. Niebo było czyste.
Ale nie. Formację Saburo Sakai przeszyły raptem smugi pocisków.
Nieprzyjacielskie myśliwce atakowały z góry, od słońca. Samoloty
rozprysły się w mgnieniu oka, biły świecą w górę, nurkowały, skręcały w bok, usiłując strząsnąć wroga z karków.
Sakai zobaczył pod sobą trzy myśliwce, ścigane przez amerykańskiego
pilota. To chyba moi chłopcy -?przemknęło mu przez myśl. -?Hatori,
Yokenawa i ktoś jeszcze. Poczekaj, bracie -?rzucił przez zęby pod
adresem pękatej sylwetki nieprzyjacielskiego samolotu. Poprawił maskę
tlenową, pchnął drążek sterowy i ostro poszedł w dół. Siła
przyspieszenia wgniotła go w fotel. Wyostrzonym wzrokiem obserwował
manewry Amerykanina. Sylwetka wrogiego samolotu weszła w kręgi
celownika. Nacisnął spust. Pociski smugowe przekreśliły w dole tarczę
morza, mijając cel. Przy tej odległości nie mogły być skuteczne, lecz
Sakai osiągnął to, czego chciał: amerykański pilot spostrzegł, że jest
atakowany, porzucił ścigane myśliwce i gwałtownym zwrotem bojowym
poderwał się do walki z nowym przeciwnikiem.
Nie miał wątpliwości: krótka, pękata sylwetka -?to musiał być Grumman
F4F-1 Wildcat, o którym słyszał, że jest najlepszym myśliwcem
amerykańskiej marynarki. Pilot też był dobry. W sumie walory bojowe
przeciwnika przewyższały wszystko, z czym Saburo Sakai dotychczas się w powietrzu zetknął.
Zwarli się w zaciekłej walce kołowej, nazywanej przez Amerykanów "dog
fight". Rozpędzone maszyny krążyły na jednym poziomie w gigantycznej
karuzeli, nie mogąc od razu uzyskać dogodnej pozycji do otwarcia ognia.
Saburo zorientował się, że jego Zero łatwiej wchodzi w ciasny wiraż i stopniowo zdobywa przewagę nad nieprzyjacielem. Wtłoczony w burtę,
czując własnym ciałem pęd huraganu, który potężnymi ciosami uderzał w maszynę, zaczął zmniejszać promień kręgu i wchodzić na ogon Wildcata.
Jeszcze parę sekund i pierwsze serie z kaemów drasnęły kadłub
przeciwnika. Zachwiał się jak podcięty batem, ale leciał dalej. W tym
pojedynku uwidoczniły się zalety i wady obu samolotów. Zero był
zwrotniejszy, lecz Wildcat przewyższał go mocniejszą konstrukcją,
lepszym opancerzeniem kabiny pilota, odpornością na ogień.
Zniecierpliwiony Saburo przesunął kciukiem przełącznik działek, jeszcze
raz nacisnął spust. Ta seria okazała się rozstrzygająca.
Dwudziestomilimetrowe pociski rozszarpały Wildcata, w mgnieniu oka
zamieniły go w płonącą masę złomu, która koziołkując spłynęła w dół.
Wprost trudno było uwierzyć, że pilot wyszedł cało z tego ognia i zdołał
otworzyć spadochron. Pięćdziesiąte ósme zwycięstwo -?pomyślał Saburo i ścisnął drążek, by dołączyć do swej pary, która wisiała nad nim,
obserwując przebieg walki, gotowa przyjść z pomocą w razie potrzeby.
Piloci pozdrowili go ruchami rąk, Hatori pokazał białe zęby w szerokim
uśmiechu, Yokenawa podniesioną dłonią wyrażał swe uznanie.
Bitwa jeszcze trwała. W zasięgu wzroku widać było krążące samoloty.
Warkocze dymu, sięgające aż do ziemi i morza, świadczyły o ponoszonych
stratach. Obie strony walczyły zażarcie, ale Japończycy chyłkiem zaczęli
opuszczać strefę działań. Zużycie paliwa ograniczało czas powietrznego
starcia.
W pewnej chwili, gdy już weszli na kurs powrotny, Saburo dostrzegł w górze, około sześciu tysięcy metrów wyżej, grupę ośmiu maszyn. Po szyku
poznał, że to nieprzyjaciel: dwa klucze czwórkowe. Japończycy latali
trójkami. -?Nieprzyjaciel w pionie! Atakuję! -?powiedział do swych
bocznych i ostrą świecą poszedł w górę. Piloci nie powtórzyli jego
manewru; z prostego wyliczenia wynikało, że ledwo starczy im paliwa na
powrót do bazy. Saburo też o tym pamiętał, ale korzystając z dogodnej
sytuacji, chciał jeszcze raz -?atakiem z dołu -?zaskoczyć nieprzyjaciela
i zaliczyć sobie pewne zwycięstwo. W taki sposób strącił już kilka
maszyn.
Odległość błyskawicznie malała. Wybrał ostatni samolot, jakby nieco
odstający od szyku, i na nim skoncentrował całą uwagę. Już widział
wyraźnie szczegóły sylwetki, gwiazdę na jednym skrzydle, lśniący punkt
wieżyczki strzelca pokładowego pod kadłubem. Natychmiast zrozumiał swój
błąd. To nie były myśliwce, nie znajdował się w martwej strefie. Miał
nad sobą lekkie bombowce Avenger, dobrze chronione od tyłu górnym i dolnym stanowiskiem sprzężonych kaemów. Amerykanie musieli go już
dostrzec, bo zwarli szyk. Wiedział, czym to grozi. Jeszcze chwila i znajdzie się w strumieniu pocisków z szesnastu wielkokalibrowych
karabinów maszynowych. Już było za późno na ucieczkę, nie zamierzał
zresztą łatwo sprzedawać swej skóry. Zacisnął szczęki i jeszcze bardziej
zbliżył się do szarych podbrzuszy bombowców.
Wiedział, że zginie, ale razem z nim pójdzie także do morza wróg.
Jednego musi przecież śmiertelnie trafić.
Z odległości 80 metrów otworzył ogień. Zdążył jeszcze zauważyć, jak
migotem iskierek rozjarzyły się wszystkie lufy strzelców. Ogniste krechy
skrzyżowały się w powietrzu z jego seriami. Samolot drgnął nagle,
zadygotał, trzasnęła boczna szyba kabiny. Świat rozkwitł w oczach Saburo
pomarańczowo-krwistym płomieniem i zapadł się w czerń, w noc, w nicość.
Desant
Podpułkownik Puller, dowódca 1 batalionu pułku piechoty morskiej,
dopinał jeszcze pas z obciążającym go ciężkim Coltem, gdy jego jeep
piszczał już oponami na pierwszym wirażu. -?Ciekawe, czego oni tam znowu
chcą w sztabie. Żeby człowieka o tej porze ciągnąć -?mruczał pod nosem,
bardziej do siebie niż do kierowcy. Jednakże kapral Fergusson przyjął to
jako zaproszenie do konwersacji. -?Cóż, panie pułkowniku, mówimy "cześć,
Nowa Zelandio", i zmywamy się. Spróbujemy na odmianę desantu. Tylko
ciekaw jestem, gdzie... -?Co to za bzdury, kto ci takich bajek
naopowiadał? -?Puller wzruszył ramionami. -?Żadne bajki, panie
pułkowniku, tylko kucharze w dywizji mówili. -?Co ty mówisz, kucharze? -
zainteresował się Puller. -?To całkiem co innego. Kucharze, mówisz? No,
no... Desant? Niechby już i desant, żeby tylko wreszcie coś się
zaczęło...
Jeszcze tej nocy Puller zebrał swoich oficerów w kasynie. -?Tak,
panowie, za dwa dni przystępujemy do przećwiczenia całej operacji -
mówił. -?Współdziałanie: siły lądowe, siły morskie, siły powietrzne.
Wszystko musi grać jak w zegarku. Właściwie na opracowanie planu
operacyjnego i przećwiczenie samej operacji trzeba by ze trzy miesiące.
A my mamy tylko miesiąc, a potem -?jazda! Zadanie zostanie ujawnione
wojsku dopiero po wyjściu z portu. Tymczasem całą rzecz traktować jako
ćwiczenia. Normalne ćwiczenia... -?Wierzyć się nie chce -?kapitan
Sherwood był, jak zwykle, pełen wątpliwości. -?Jak to, teraz, w czterdziestym drugim roku, przechodzimy do ofensywy? Do tej pory tylko
uciekaliśmy albo nas wycofywano. A tu mamy pokornie nadstawiać
Japończykom tyłka. Co zresztą robimy z powodzeniem od pół roku... -
Widzisz, Bob -?przerwał mu pułkownik -?oni tam w Waszyngtonie doszli
jednak do wniosku, że już za długo nadstawiamy tyłka i weń dostajemy. Że
wystarczy, iż straciliśmy całe Indochiny, cały Półwysep Malajski,
Archipelag Wschodnioindyjski, Filipiny, że tylko patrzeć, jak Japończycy
wlezą do Australii, że morale w wojsku pod psem, że ludzie w kraju coraz
głośniej pytają, czy amerykańskie siły zbrojne na Pacyfiku nie potrafią
w ogóle się bić, czy Japończycy są rzeczywiście niezwyciężeni? Że trzeba
gdzieś zaatakować, choćby lokalnie. No i że warto złapać którąś z tych
zatęchłych Wysp Salomona, by mieć trampolinę, jak zaczniemy skakać z powrotem z wyspy na wyspę Japończykom po odciskach. A to chyba nastąpi
już za jakiś rok.
-?No to może powiesz wreszcie, jaką mianowicie zakichaną wysepkę masz na
myśli? -?włączył się dowódca 2 kompanii. -?Guadalcanal. Słyszeliście o takiej? Nie? Ja też nie. Do dzisiaj. Ostatnia na południu w łańcuszku
Wysp Salomona. Góry, dżungla, upał jak cholera, a kiedy pada, to jak
Niagara. W ogóle smród. Japończycy nie dość, że ją zajęli, jak swoją,
ale rżną na gwałt dżunglę i robią lotnisko. Nie można im pozwolić
skończyć. Baza lotnicza w tym miejscu byłaby niesłychanie dokuczliwa.
Lądujemy siódmego sierpnia, jednocześnie na Guadalcanal i Tulagi; to
taka wysepka tuż obok. -?Wie pan, pułkowniku, że to będzie pierwszy
desant w historii Stanów Zjednoczonych od roku tysiąc osiemset
dziewięćdziesiątego ósmego? -?wtrącił milczący dotąd porucznik Harley, o powierzchowności i sposobie mówienia przypominającym nauczyciela w college'u, którym zresztą był w cywilu. -?Sądząc po tym, jak się kłócą w dowództwie, ktoś mógłby pomyśleć, że to będzie pierwsza operacja
desantowa od czasów Noego. Opowiadał mi Moore ze sztabu -?tu Puller
wrzucił dwie kostki lodu do szklanki z whisky -?że każdy ma inne zdanie
na ten temat. Całą strategię robi wiceadmirał Ghormley, ale z daleka, z Noumea, pod okiem samego admirała Nimitza. Na miejscu flotą dowodzi
wiceadmirał Fletcher, siłami desantowymi kontradmirał Turner, siłami
powietrznymi baz lądowych wiceadmirał McCain, siłami powietrznymi
lotniskowców... -?Dosyć, wystarczy -?zamachał rękami Sherwood. -?Dodaj
do tego generała Vandegrifta, dowódcę sił lądowych, no i admirała Kinga
-?Puller był nieubłagany. -?A musicie wiedzieć, że jeden widzi we flocie
stałą ochronę dla sił lądowych na Guadalcanal, podczas gdy ten drugi
uważa, że flota wysadzi nas na wyspie i spłynie, żeby jej przypadkiem
kto nie zatopił. A my zostaniemy jak te sieroty... No, ale czas spać,
panowie. Jutro omówimy rzecz dokładnie. Aha, jeszcze jedno. Kryptonim
operacji: "Wieża Strażnicza".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki