ROZDZIAŁ 2
Limuzyna, którą jechał doktor Walter Fest, miała starannie uszytą tapicerkę i ciemne firanki w oknach. Pachniała w środku drogą wodą kolońską i posiadała barek, w którym zawsze znajdowała się przynajmniej jedna butelka koniaku i cygaro. Doktor Fest lubił otaczać się drogimi przedmiotami i nigdy tego nie ukrywał. Zawsze chodził w eleganckich garniturach i długich płaszczach. Mundur oficera SS wkładał tylko na specjalne okazje. Ci, którzy mu zazdrościli, mogli sobie tylko skrycie poplotkować. Jako specjalny konsultant do spraw eksperymentów obozowych cieszył się poparciem samego Hitlera, chociaż bezpośrednio kontaktował się zawsze z Heinrichem Himmlerem. W prywatnych rozmowach reichsführer nazywał go nawet dzieckiem szczęścia i traktował jak kogoś bardzo bliskiego. Wyłącznie najbliższe otoczenie wiedziało, że Himmler nie ufał do końca obozowym lekarzom i wyznaczył Festa do roli osobistego informatora. Już ich pierwsze spotkanie zadecydowało, że współpraca mogła rozpocząć się prawie od razu. Reichsführer był zachwycony sposobem, w jaki Fest mu się przedstawił.
W jednym z berlińskich szpitali, podczas niezapowiedzianej wizyty, Himmler udał się do toalety, gdzie spotkał myjącego właśnie ręce Festa. Na widok reichsführera doktor wyprężył się i otwarcie wyznał: "Jestem narodowym socjalistą i lekarzem. Nazywam się Fest. Walter Fest". Karierę chirurg zawdzięczał kolejności, w jakiej zaprezentował swoją osobę. Zwrot "narodowy socjalista" wydał się Himmlerowi tak ważny i godny zauważenia, że zaproponował młodemu lekarzowi spotkanie i omówienie warunków ewentualnego przeniesienia do nowych obowiązków.
Doktor był zarówno zdolny, jak i chętny do tego rodzaju współpracy. Dawała mu ona poczucie niezależności, swoistą wolność i przede wszystkim korzyści materialne. Medyczne wykształcenie zawdzięczał głównie własnej ciekawości. Od dziecka chciał wiedzieć więcej niż jego rówieśnicy i nie poprzestawał na samych zainteresowaniach. Podglądał określone sytuacje, aby przekonać się, czy zakończenie odbędzie się zgodnie z jego oczekiwaniami. Rozpoczął jako dziecko. Zauważył, jak jeden z sąsiadów dosypywał trutkę na szczury do butelki z mlekiem barczystego dozorcy domu, Hermana Kluge. Potem chłopiec uczestniczył w pogrzebie. Dziecięcy umysł postawił wtedy pierwsze medyczne pytanie: w jaki sposób można było pomóc dozorcy? Z biegiem lat ciekawość ta przerodziła się w coś na kształt metafizycznego uwrażliwienia. Walter Fest zaczął odczuwać lęk przed przyszłością i uspokoiło go dopiero wstąpienie do NSDAP. Poczuł się zwolniony z wątpliwości i mógł podporządkować swoje potajemne prowokacje działaniu w interesie narodu niemieckiego. Założył maskę, która ocaliła w nim artystę, kogoś wyjątkowego, kto musiał chronić swoje bezpieczeństwo i dbać przede wszystkim o interesujące życie. W czasie operacji, które wykonywał coraz częściej i coraz skuteczniej, lubił nucić Wagnera Cola di Rienzi i Latającego Holendra. Tylko on wiedział, że dotyk operowanych narządów wyzwalał w nim dziwne rozbawienie, ale także odwagę. Zdarzało mu się wycinać w jamie brzusznej pacjenta własne inicjały. Ilekroć ktoś taki trafiał do niego ponownie, doktor odnajdował zabliźnione litery i z satysfakcją stwierdzał, że w większości przypadków były czytelne. Fascynowała go gra z życiem, które po wybuchu wojny stało się dla niego naprawdę nieograniczone i wspaniałe.
Kilka lat później jako zaufany człowiek Himmlera z wyczuciem i dyskrecją poruszał się pomiędzy służbowymi zależnościami. Pracował przede wszystkim wśród lekarzy eksperymentatorów i obozowych władz. Poza tym uwielbiał dreszcz emocji towarzyszący większości doświadczeń. Przed dwoma laty jego ekscytacja cierpieniem chorej na dur plamisty więźniarki w Ravensbrück była tak duża, że jeszcze tego samego dnia kazał sobie wytatuować na ramieniu dokładną kopię pancernika "Bismarck". Wieczorem dostał nawet gorączki i zasypiał, powtarzając powoli i dobitnie, jakby chciał poczuć smak tych słów, urwane zdania: "Osiem dział... Kaliber trzysta osiemdziesiąt jeden milimetrów... Osiem dział... Kaliber trzysta osiemdziesiąt jeden milimetrów...".
Przepustka i uprawnienia dotyczące eksperymentów medycznych stawiały go niemal na równi z Himmlerem. Musieli się z nim liczyć wszyscy lekarze i dowódcy SS oraz policji. Oficjalnie posługiwał się dokumentem z pozoru prywatnym, ale bardzo skutecznym - prywatnym listem Adolfa Hitlera chwalącym go za "priorytetowe badania dla Rzeszy".
Tego dnia doktor Walter Fest aż dwukrotnie umył zęby i silnie spryskał się wodą kolońską. Wizyta w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu nastrajała go wyjątkowo dobrze. Atmosfery podniecającego oczekiwania nie zakłócały nawetinformacje z frontu. Mimo oczywistej już dla większości Niemców klęski, doktor cieszył się świetnym samopoczuciem i nadal z pasją prowadził swoje obserwacje. W dodatku robił coś, o czym ani Himmler, ani Hitler nie wiedzieli. Dlatego tak chętnie przyglądał się od pewnego czasu eksperymentom doktorów Clausa i Schuma. Tego pierwszego wyraźnie nie lubił. Mały, łysawy ginekolog w okrągłych okularach drażnił go swoim psychopatycznym wyrazem twarzy i napuszonymi informacjami o sukcesach w sterylizacji ludzi. Profesor Claus nie domyślał się nawet, że młody lekarz, którego wszyscy musieli informować o prowadzonych badaniach, uważał każdy kolejny pomysł dotyczący sterylizacji z góry za poroniony. Był chirurgiem i wierzył wyłącznie w skalpel.
Z doktorem Schumem łączył Festa wygląd. Obaj byli przystojni i podobali się kobietom. Poza tym Schum nie bał się informować go o swoich wątpliwościach i rozczarowaniach niektórymi eksperymentami. Nigdy też nie dał Festowi odczuć, że irytują go nagłe i niezapowiedziane wizyty. Po prostu witał doktora w bramie obozu i zapraszał do zapoznania się z badaniami. Robił to tak naturalnie, że nikt nie był w stanie odróżnić zaproszenia do udziału w eksperymencie od zaproszenia na przyjacielską kolację.
Marcowe błoto nie pozwalało zbyt szybko jechać. Samochód zatrzymał się w końcu przed bramą obozu w Oświęcimiu, a kierowca sięgnął po dokumenty. Doktor Fest poprawił mundur i odwrócił zamyślone spojrzenie w stronę bramy. Obojętnie zdążył tylko zarejestrować w pamięci, że tym razem Schum na niego nie czekał. Doktor nie wyjął z ust od dawna wygasłego cygara, jakby chciał zachować wrażenie, że nadal znajduje się w cywilizowanym świecie. Wartownik nawet nie przyjrzał się dokumentom. Skinął ręką, że można jechać dalej.
Fest nie musiał pytać o drogę. Znał blok, w którym robiono eksperymenty i często o nim myślał. Zainstalowane tam aparaty rentgenowskie inspirowały go do zupełnie niemedycznych wyobrażeń, do myślenia o sztuce, którą zachwycał się przede wszystkim ze względów merkantylnych. Od czasu do czasu, kiedy przypominał sobie oświęcimski barak, bezwiednie zaczynał drapać się nerwowo w szyję. Wówczas jego mózg marzył o idealnie skopiowanych obrazach największych mistrzów w historii malarstwa. Zastanawiał się, czy zdjęcia rentgenowskie mogą w doskonały sposób odsłonić tajemnice geniuszu. Podniecała go myśl, że van Gogh, Modigliani, Cézanne czy Renoir mogliby zostać odarci ze swoich sekretów i przez długie lata wzbogacać tego, kto zaproponowałby ich dzieła - niczym nieróżniące się od autentycznych - światu. Aparaty rentgenowskie stawały się ważne o tyle, o ile potrafiłyby zdradzić proporcje pomiędzy białkiem, żółtkiem, mlekiem, żywicą czy kazeiną. Do tego dochodził sok z młodych pędów figowych, zieleń vert Veronese
lub verdaccio... Krzyki i widok chłostanego właśnie więźnia wyrwały doktora z rozmyślań. Odwrócił wzrok w stronę grupki kobiet prowadzonych do bloku, w którym znajdowały się urządzenia do prześwietlania. Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął zapałki. Po chwili z lubością, wbrew uznanej technice palenia, zaciągnął się cygarem. Wtedy po raz pierwszy odnalazł w sobie lęk. Nieracjonalny, obcy i niezwiązany w ogóle z jego życiem. Przemknął przez jego głowę, pozostawił zamglone pytanie i zniknął. Fest uznał to za chwilową słabość wynikającą z przemęczenia.
Obozowe baraki nie wzbudzały w doktorze żadnych reakcji. Więźniowie, którzy przemykali się w pośpiechu do wyznaczonych prac, kopani po drodze przez wrzeszczących kapo, sprawiali na nim wrażenie postaci ucharakteryzowanych do pozowania ekscentrycznemu artyście. Smętny widok mgły unoszącej się pomiędzy dwiema rzekami okalającymi teren obozu i wilgotne, bagienne powietrze sprawiły, że myśli konsultanta przywołały gdzieś z mroków pamięci sylwetkę cesarza Wilhelma II. Zmarszczki w kącikach oczu Festa zadrżały. Wiele by dał, żeby móc podobnie jak cesarz przed kilkudziesięciu laty ogłosić się przyjacielem i obrońcą mahometan. Dla własnej satysfakcji i budowania poczucia siły.
Przed blokiem nr 30 oczekiwał na Festa Otto Fritz, lekarz specjalizujący się w typowaniu więźniów do badań antropologicznych. Fest lubił go, ponieważ tamten traktował obóz jak wielki festyn niespodzianek. Na widok konsultanta rozłożył ręce w geście serdecznego powitania.
- Piękny dzień, doktórze, bardzo piękny dzień, prawda? - zawołał lekko zachrypniętym, gardłowym głosem.
- Wyobrażam sobie, że w takie dni myśli pan co najmniej o naszych żołnierzach z Legionu Arabskiego - odparł ze śmiertelnie poważną miną doktor Fest. - Zamiast w Afryce walczą z bandytami na Bałkanach...
Fritz przez moment zaniemówił, zaśmiał się sztucznie, po czym przeszedł do porządku dziennego nad nietypowym poczuciem humoru konsultanta.
- Mamy dużo pracy - kontynuował, prowadząc Festa do bloku. - Dopiero dziś zreperowaliśmy korbę...
- Tutaj? - zapytał Fest, unosząc przesadnie brwi.
- W bloku 21 - odparł z uśmiechem Fritz. - Mimo naświetlania, wyniki nie są najlepsze. Bardzo nas to martwi, doktorze...
- O ile pamiętam, doktor Schum obiecał reichsführerowi sukces - odezwał się beznamiętnie Fest. W tym momencie interesowało go to, co działo się w bloku nr 30. Jeszcze przed dwoma miesiącami osobiście zamierzał wypróbować działanie korby, później jednak uznał, że nie licuje to z honorem niemieckiego lekarza i oficera.
Opinia Fritza nie zaskoczyła go. Od początku był przekonany, że promienie rentgena nie gwarantowały oczekiwanych wyników. Mimo to nie powiedział o tym ani Himmlerowi, ani Hitlerowi. Dzięki tego rodzaju badaniom czuł się potrzebny i znajdował okazję do wzbogacenia się. Wojna, która wkroczyła właśnie w ostatnią fazę, przysłoniła władzom Rzeszy wszystkie inne sprawy. Fest miał więc pole do popisu tylko dla siebie.
- Zaraz będziemy napromieniowywać więźniarki - powiedział Fritz, zatrzymując się obok jednego z aparatów rentgenowskich. - Potem histopatologia i kolacja...
- Z bułgarskim czerwonym winem, kawiorem i sardynkami? - wtrącił przytomnie Fest.
- I śliwowicą - dodał Fritz, obserwując wchodzące właśnie więźniarki. - Chce pan popatrzeć?
- A gdzie jest doktor Schum? - Po twarzy Festa widać było, że najbardziej poruszały go eksperymenty sturmbannführera. Słyszał o nim jeszcze przed wojną. Młodzi lekarze z SS zazdrościli wówczas doświadczonemu doktorowi pomysłów, które jak nikt inny potrafił sprawdzać w praktyce. Myśląc o tym nie bez zazdrości, Fest czuł na podniebieniu suchość, a w żołądku przyjemne skurcze.
- Kończy już... - odparł Fritz. Zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. W tym momencie przypominał Festowi samego Führera. Ta sama dumna twarz, ten sam charakterystyczny wąsik i podobnie równo zaczesana na bok grzywka. Gdyby nie zbyt pulchne policzki i wyraźny dołek w brodzie, Otto Fritz mógłby z łatwością podszyć się pod Hitlera.
- Czy umie pan malować? - zapytał z nagłym ożywieniem Fest. Nie skupił się nawet na odpowiedzi. Nie zwracał również uwagi na stojące w kącie więźniarki. Za to one nie spuszczały go z oczu. Nie wiedziały, kim był, ale domyślały się, że nie należał do grupy obozowych esesmanów. Poza tym czuły zapach jego wody kolońskiej i mogły podziwiać idealnie wypastowane buty. Nawet śmiertelny strach nie mógł przysłonić tego, co widziały. Nie mógł zatuszować zapachu kosmetyków i dobrego nastroju niemieckich lekarzy.
Myśli doktora Festa podążyły w kierunku mało znanych faktów z życia Führera. Nie bez oporów wyobraził sobie, że tak samo jak Fritz mógł wyglądać młody Hitler, malujący plakat dla wytwórni świec lub mydła. Farby śmierdziały, wierciły w nosie, a młody Austriak raz po raz pociągał pędzlem po swoim dziele, przymierzał się, zachwycał i pracował dalej. Doktor mimo woli skrzywił się z niesmakiem. Coś takiego mogło się przydarzyć Fritzowi, to było do zniesienia, pomyślał, ale prawdziwemu Führerowi nigdy. Pod wpływem impulsu pokazał palcem na włosy Fritza i zapytał:
- Oczywiście używa pan balsamu, prawda?
- Balsamu? - Lekarz SS był trochę zaskoczony. - Czy myśli pan o moich włosach, doktorze?
Walter Fest pokiwał w milczeniu głową. Odpowiedź znów nie była ważna. Nie zdziwiłby się, gdyby tamten smarował włosy balsamem, którego opakowania tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej Adolf Hitler malował w Monachium na szyldach reklamowych. Samo słowo "balsam" wywoływało w głowie Festa głupie skojarzenia. Doktor ośmielał się przypuszczać, że podobnie reagował Führer całej Rzeszy. Balsam mógł się kojarzyć - w co Fest wierzył ponad wszelką wątpliwość - z wyciekiem z rury wydechowej, ślinotokiem lub gęsią skórką. Był jak wstydliwy trądzik młodzieńczy.
Podłoga w bloku zatrzeszczała i w środku pojawił się doktor Schum. Był w szarym mundurze oficera Luftwaffe. Za nim pojawiło się jeszcze trzech lekarzy w białych kitlach. Dali znak kapo, którzy wepchnęli pierwsze dwie kobiety do pomieszczenia z aparatami rentgenowskimi. Kazali im się rozebrać i zbliżyć do urządzenia. Fest bez słowa wszedł za nimi. Znów wydało mu się, że ktoś na niego patrzy i podejmuje zupełnie irracjonalne decyzje. Z trudem skupił wzrok na podłodze i niepokój minął. Schum dał znak pozostałym lekarzom, że mają przerwę i mogą zapalić, a sam ruszył za konsultantem. Dwaj pielęgniarze zatrzymali aparat na odpowiedniej wysokości i silnie przycisnęli do ciała. Więźniarki stały spokojnie, ale w ich oczach widać było strach. Obserwując je, Fest miał uczucie dotykania jakiejś tajemniczej siły. Nie zareagował, kiedy Schum włączył aparaty, błyskając wielkim złotym zegarkiem na przegubie.
- Chce pan na nie patrzeć? - zapytał z nutą poufałości w głosie Schum. - To potrwa piętnaście minut...
- Myśli pan, że one coś rozumieją? - odpowiedział pytaniem Fest. - Żydówki, Cyganki, Rosjanki czy Greczynki?
- Są i Francuzki... - uśmiechnął się sturmbannführer. - Interesują mnie gonady. Dobrze naświetlona gonada nie powinna...
- Ja wiem, doktorze - przerwał cicho, ale zdecydowanie Fest. - Obaj możemy być pewni, że chodzi tu o coś innego...
- O co? - Tym razem doktor Schum był konkretny. Przynajmniej starał się taki być.
- Powiem panu - stwierdził krótko konsultant. Nachylił się bliżej ucha Schuma i kontynuował. - To, co pan robi teraz, jest tylko stratą czasu. Patrząc oczywiście z punktu widzenia medycznego. Powiem panu więcej. Pan celowo wprowadza władze Rzeszy w błąd.
- Dowody, doktorze, dowody - mruknął z błyskiem w oczach zdenerwowany Schum.
- Owrzodzenie skóry i co najwyżej powierzchowne zniszczenie tkanki... - odparł mechanicznie Fest. - To dowód. Piętnaście minut, panie sturmbannführer, to pozory, które w Berlinie mogą zostać źle odebrane.
Twarz doktora Schuma poszarzała. Był zdziwiony i wietrzył podstęp.
- Byliśmy zawsze kolegami - zaczął niepewnie.
- Jesteśmy - skinął głową Fest. - Powiedziałem panu tak dużo tylko z jednego powodu. Nie chcę, żeby miał mnie pan za głupca. Interesy, które tutaj robię to jedno, a moja wiedza medyczna to drugie. Poza tym... - Doktor przerwał z zagadkowym spojrzeniem. - Poza tym lubię pana doświadczenia i czuję się po nich znakomicie. Wojna jest nudnym zajęciem i trzeba ją sobie urozmaicać.
Więźniarki zostały odsunięte od aparatów i Schum pokazał im drzwi. Nie zadał sobie nawet trudu, aby zawołać następne. Kapo wepchnęli je, karząc się rozebrać. Fest po raz trzeci poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Sytuacja nie była taka, jak zwykle. Nie potrafił tego wytłumaczyć. Widok więźniów i ciekawość pozostawały te same, natomiast w jego głowie pojawiły się dodatkowe znaczenia. Nie miał na nie wpływu i właśnie dlatego się niepokoił. Obserwował kolejne dwie kobiety i zadawał sobie pytanie, co było nie tak? Schum oczywiście niczego nie zauważył. Od kiedy zorientował się, że Fest nie miał zamiaru przedstawić Himmlerowi prawdy, uspokoił się. Nie obawiał się nawet rozrywkowych oczekiwań Festa. Obóz dysponował tak dużymi możliwościami, że można było zaspokoić potrzeby każdego człowieka. Transporty, które przybywały na bocznicę w pobliżu krematoriów, gwarantowały stałe dostawy jedzenia, ubrań, złota, biżuterii i brylantów. Dlatego Schum rozluźnił się i zaczął głośno rozprawiać:
- Wyjeżdżam do Ravensbrück. Tutaj zbyt często czuję się znużony. Wojna to poważna sprawa, a ja mam jeszcze dużo do zrobienia, panie doktorze, bardzo dużo...
Fest wpatrywał się w ciemne oczy jednej z więźniarek i zaczynał rozumieć. Nałożył na siebie wszystkie znane mu obozowe obrazy i znalazł różnice. Kobiety, które w tym momencie oglądał, były zdrowe i na swój sposób eleganckie. Ich włosy nie zostały ostrzyżone, a pierwsza z nich miała na ustach szminkę. Nie mógł uwierzyć, że w swojej naiwności nie zrozumiały jeszcze, dokąd je przywieziono.
- Świeży transport? - przerwał Schumowi wyważonym głosem.
- Żydówki - potwierdził sturmbannführer. - Wczoraj przywiezione.
Kobiety przy aparatach rentgenowskich nie poruszały się. Od czasu do czasu krzywiły się, kiedy temperatura zadawała skórze na brzuchu ból. Wydawało się, że niczego nie słyszą i niczego nie rozumieją. Były dobrze wychowane, Fest nie miał wątpliwości.
- Produkcja Me 262 ruszyła - odezwał się konsultant.
- Nie bardzo rozumiem, doktorze... - Oczy Schuma wyrażały coś więcej niż zdziwienie. Obozowy eksperymentator po prostu oniemiał.
- Powiedziałem, że nasz samolot odrzutowy wszedł do produkcji - powtórzył tak samo spokojnie Fest.
- Samolot odrzutowy? - Słowa najwyraźniej z trudem przechodziły przez gardło Schuma.
Nawet napromieniowywane więźniarki spojrzały w kierunku lekarzy. One także wyczuły, że obecność doktora Festa rodziła nienaturalne reakcje esesmanów. Mężczyźni obsługujący aparaty popatrzyli po sobie znacząco. Fest natychmiast poinformował ich, że nie uszło to jego uwadze.
- Galland i Steinhoff
już dawno oblatali próbny model - kontynuował, patrząc na trzech zdziwionych lekarzy. - Nasi piloci mogą już teraz zacierać ręce. To zupełnie nowa konstrukcja. Lata ponad 650 km na godzinę. Nasz Führer wyraźnie zażyczył sobie, żeby ten myśliwiec był bombowcem...
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.