Diabeł to czarny pies - Sándor Jászberényi

Kup ebooka

42.00 zł
29.64 zł (29,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Go­rączka

Je­stem chory. Czuję cały swój układ ner­wowy, każdą jedną ko­mórkę. Pul­suje mi w skro­niach. Prze­szywa mózg. Uci­ska, tętni, boli. Moje wargi są spę­kane, jak­bym od wielu dni nie miał wody w ustach.

Jesz­cze przed chwilą pa­trzy­łem apa­tycz­nie na prze­su­wa­jącą się za oknem ska­li­stą pu­sty­nię. Te­raz, gdy od­wra­cam głowę, kra­jo­braz po­dąża za mną. Roz­ciąga się jak dźwięk na sta­rej ka­se­cie wi­deo.

Nie wiem, gdzie się za­ra­zi­łem. Może w cza­sie prze­prawy przez Je­zioro Na­sera? Gna­li­śmy na zła­ma­nie karku, żeby zdo­być bi­let na prom od strony egip­skiej. Pa­mię­tam, że na tar­go­wi­sku do­pa­dło mnie pra­gnie­nie, więc na­pi­łem się z jed­nego z gli­nia­nych garn­ków wy­sta­wio­nych dla prze­chod­niów. Tak, to mo­gła być woda. Woda z zie­lo­nego je­ziora.

Ale moż­liwe, że do­szło do tego jesz­cze w Abu­dży. Za­trzy­ma­łem się tam w pod­rzęd­nym ho­telu o na­zwie Meczko. W wil­got­nym po­koju sy­pał się tynk, nie było sia­tek w oknach ani mo­ski­tiery nad łóż­kiem. Tej nocy setki in­sek­tów wy­sy­sały moją krew, pod­czas gdy za oknem ha­ła­śli­wie prze­ta­czała się pora desz­czowa.

Rów­nie do­brze mo­gło to być po­wie­trze w Kin­sza­sie, Mom­ba­sie lub Ade­nie. Albo ka­ra­lu­chy, które wy­peł­zają nocą z za­ka­mar­ków ho­te­lo­wych po­koi, uści­ski dłoni lub noce spę­dzane z ob­cymi ko­bie­tami, po­nie­waż w tro­pi­kach można za­ra­zić się od wszyst­kiego.

Ten, kto tu żyje, wie, że nie zdoła uchro­nić się od cho­roby. Wie, że choćby miał or­ga­nizm ze stali, kon­ty­nent prę­dzej czy póź­niej za­topi w nim zęby.

Oczy­wi­ście ist­nieją pre­pa­raty o dzia­ła­niu pro­fi­lak­tycz­nym, ale mają tak po­ważne skutki uboczne, że czło­wiek prze­staje je za­ży­wać. Kto wy­trzyma nie­ustanne mdło­ści i od­ruch wy­miotny w czter­dzie­stu stop­niach, kiedy pod­nie­bie­nie jest su­che jak pa­pier, a od dusz­nego, wil­got­nego po­wie­trza płuca palą ży­wym ogniem.

Nie. Je­śli miesz­kasz w tro­pi­kach, nie pró­bu­jesz ustrzec się cho­roby, ale ją prze­żyć. Przy­go­to­wać się na nią jak na coś nie­unik­nio­nego.

Tu­taj szcze­pie­nia na nie­wiele się zda­dzą. Pa­mię­tam, jak w za­ryj­skim szpi­talu dla gruź­li­ków i trę­do­wa­tych z dumą i z pew­no­ścią sie­bie tłu­ma­czy­łem le­ka­rzowi, z któ­rym prze­cha­dza­li­śmy się wśród łó­żek uśpio­nych pa­cjen­tów, że nie po­trze­buję ma­ski, bo je­stem za­szcze­piony.

- Na to nie ma szcze­pionki - po­wie­dział, po czym do­dał, że gruź­licy w ostat­nim sta­dium cho­roby są usy­piani, żeby się nie udu­sili.

Więk­szość afry­kań­skich cho­rób po­wo­duje wy­soką go­rączkę. A kiedy po­ja­wia się go­rączka, czas staje w miej­scu. Za­trzy­mują się wska­zówki ze­garka na ręku, wiatr prze­staje roz­wie­wać pia­sek. Czło­wiek zo­staje sam na sam ze swoim cia­łem. Tym, które wła­śnie go zdra­dziło.

Po­dró­żuję z ko­bietą, która na­zywa się Ze­inab i po­cho­dzi z ple­mie­nia Fu­rów. Płacę jej pięć do­la­rów dzien­nie za mi­łość. Wiąże się z tym cały ry­tuał. Rano, po tym, jak skoń­czymy się ko­chać, Ze­inab pod­cho­dzi do ple­caka i wy­ciąga skó­rzaną port­mo­netkę, staje z nią przede mną i mówi: "Mamy nowy dzień, więc płać". I ja płacę. Uśmie­cha się, w po­ran­nym świe­tle błysz­czą jej białe zęby. Je­ste­śmy ra­zem ja­kieś dwa mie­siące. My­ślę, że się we mnie pod­ko­chuje i już od dawna nie mu­szę jej pła­cić, ale i tak płacę, żeby na ko­niec za­osz­czę­dzić so­bie szan­taży.

- Za­bie­rzesz mnie do swo­jego kraju, że­bym zo­ba­czyła śnieg, prawda?

- Za­biorę.

- I tylko żar­to­wa­łeś, że nie masz du­szy?

- Żar­to­wa­łem.

- Bo bez du­szy nie mógł­byś pójść do nieba lub do pie­kła.

- Skąd po­mysł, że gdzie­kol­wiek się wy­bie­ram?

- Bo ty cią­gle gdzieś jeź­dzisz.

- I?

- Nic, nie dla­tego to mó­wię. Lu­bię z tobą jeź­dzić, ko­chać się, pić piwo i śnić piękne, opiu­mowe sny.

Za­uważa, że coś jest ze mną nie tak, i mówi o tym kie­rowcy. Ten na­zywa się Abd as-Sa­bur i pro­wa­dzi na bo­saka. Na­ją­łem go w Char­tu­mie, żeby za­wiózł mnie do Sa­wa­kinu, bo chcia­łem zo­ba­czyć zło na wła­sne oczy. Ze­inab opo­wia­dała mi, że to na­wie­dzone miej­sce, gdzie nocą dia­beł przy­siada czło­wie­kowi na piersi. Poza tym jest wojna do­mowa, ple­miona się prze­no­szą - po­wi­nie­nem o tym na­pi­sać.

Ko­bieta zwraca się do mnie, ale nie ro­zu­miem, co mówi. Sły­szę tylko beł­kot. Wci­ska mi do ręki pla­sti­kową bu­telkę z wodą, pod­no­szę ją do ust i piję. Woda musi być cie­pła, ale mnie wy­daje się lo­do­wato zimna, mrozi mi prze­łyk. W spoj­rze­niu Ze­inab wi­dzę lęk, łzy stają jej w oczach, za­czyna re­cy­to­wać Ko­ran. W Afryce jak trwoga, to do Boga. Kie­dyś by­łem świad­kiem sy­tu­acji, jak nagi Su­dań­czyk w cza­sie po­li­cyj­nej ob­ławy na bur­del w Ka­irze za­kli­nał się na Ko­ran, że zna­lazł się w tym miej­scu przy­pad­kiem.

Abd as-Sa­bur od­wraca się w moją stronę. Drę­twieje z prze­ra­że­nia. Nie ro­zu­miem dla­czego, do­piero po chwili do­strze­gam swoje od­bi­cie w lu­sterku. Moje oczy są krwi­sto­czer­wone, źre­nice znik­nęły.

Nasz czarny, trzy­dzie­sto­letni ford zjeż­dża z głów­nej drogi i kie­ruje się do po­bli­skiej wio­ski. Na ho­ry­zon­cie uka­zują się ja­kieś le­pianki, ubita, czer­wona gleba i stadka kóz. W drzwiach nędz­nych cha­tek stają lu­dzie i pa­trzą, jak za­trzy­mu­jemy się na środku wio­ski.

- Wszystko bę­dzie do­brze - mówi Ze­inab.

Od­po­wia­dam jej po wę­gier­sku, przy czter­dzie­sto­trzy­stop­nio­wej go­rączce czło­wiek za­po­mina w gę­bie każ­dego ję­zyka poza wła­snym.

Abd as-Sa­bur otwiera drzwi, pró­buję wy­siąść. Moje mię­śnie są sztywne i na­pięte, nie mogę zro­bić na­wet kroku. Ból i wy­si­łek wy­ci­skają mi łzy z oczu, w końcu pa­dam twa­rzą na zie­mię. W ustach czuję słony smak, nie wiem, może krwi. Pod­bie­gają miej­scowi, biorą mnie na ręce i za­no­szą do jed­nej z le­pia­nek. W środku pa­nuje pół­mrok, dymi się i śmier­dzi eks­kre­men­tami. Kładą mnie na ziemi obok pa­le­ni­ska.

- Hal­fan - ję­czę. - Mam ma­la­rię, przy­nie­ście hal­fan.

Ja­kiś czarny męż­czy­zna z ta­tu­ażem na twa­rzy mówi, że naj­bliż­sze mia­sto leży sto pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów stąd - tam też jest ap­teka.

Abd as-Sa­bur ru­sza na­tych­miast, ale prze­jazd tam i z po­wro­tem tu­tej­szymi dro­gami po­trwa co naj­mniej do rana, czyli ja­kieś dwa­na­ście go­dzin. Ze­inab za­czyna pła­kać. Wie, że przez dwa­na­ście go­dzin czło­wiek w tym miej­scu może umrzeć ty­siąc razy. A na­wet wię­cej, je­śli jest ob­co­kra­jow­cem.

Do twa­rzy jej ze łzami. Ra­miączko jej bluzki zsu­nęło się, od­sła­nia­jąc skórę. Przy­po­mi­nam so­bie, że z po­czątku nie chciała się ze mną ko­chać ina­czej, niż le­żąc na ple­cach na brud­nym łóżku, pod włą­czo­nym wen­ty­la­to­rem. Za­kry­wała się prze­ście­ra­dłem, pil­no­wała, że­bym nie zo­ba­czył jej ciała. Raz po­sze­dłem za nią pod prysz­nic i do­wie­dzia­łem się, co tak cho­ro­bli­wie skrywa. Cho­dziło o bli­zny zo­sta­wione przez ojca al­ko­ho­lika, który ją bił i mo­le­sto­wał. Na ko­niec zaś oślepł od wód Nilu i osiem­dzie­się­cio­pię­cio­pro­cen­to­wego aragi ro­bio­nego ze środ­ków bal­sa­mu­ją­cych.

Ko­biety przy­no­szą do le­pianki wodę w gli­nia­nych na­czy­niach. Ze­inab ściąga chu­stę z szyi, mo­czy ją i prze­ciera mi czoło. Krzy­czę, żeby prze­stała, bo to boli.

Mam wra­że­nie, że uno­szę się pół me­tra nad zie­mią. Przez szparę wy­ciętą w da­chu wi­dzę bez­chmurne niebo. Przy­zwy­cza­jam wzrok do błę­kitu. Po gło­wie cho­dzi mi wę­gier­ska pio­senka, chyba na­wet śpie­wam ją na głos. Sie­dząca obok mnie sta­ruszka żuje be­tel, zo­sta­wia na ziemi małe, czer­wone ka­łuże śliny. Co ja­kieś dzie­sięć mi­nut unosi mi głowę i poi ko­zim mle­kiem. Nie mam siły pro­te­sto­wać ani go wy­plu­wać. Nie wiem, ile czasu mi­nęło. W końcu otwie­rają się drzwi i wcho­dzi Ze­inab z ja­kimś bro­da­tym męż­czy­zną w dża­la­bii, który trzyma w ręku Ko­ran.

W Su­da­nie w każ­dej wsi mieszka co naj­mniej je­den szejk i co naj­mniej je­den faki. Szej­ko­wie le­czą w opar­ciu o białą ma­gię i Ko­ran, na­to­miast faki swoją moc za­wdzię­czają mrocz­nym pak­tom z dia­błem. W Char­tu­mie ku­pi­łem in­skryp­cję za dwa­dzie­ścia do­la­rów, która wszyta w ubra­nie miała chro­nić mnie od kul. Sprze­da­wali też ta­kie prze­ciwko cho­ro­bie. Po­wi­nie­nem był jedną ku­pić.

- Ale on nie jest mu­zuł­ma­ni­nem - mówi do mo­jej ko­biety, a ona wy­ciąga z port­mo­netki cztery pię­cio­do­la­rowe bank­noty i prosi, żeby mimo to spró­bo­wał.

Sa­dzają mnie, wkła­dają mi Ko­ran pod pa­chę, a szejk za­czyna re­cy­to­wać sury, które mają wy­pę­dzić dia­bła. Ale nic ze mnie nie wy­cho­dzi. Na­wet je­śli mam dia­bła za skórą, to sie­dzi tam od dawna, do­brze się oko­pał i pro­sty, wio­skowy eg­zor­cy­sta go nie wy­pło­szy.

Od­wra­cam głowę na bok, wi­dzę swo­jego ojca. Sie­dzi w brą­zo­wej ma­ry­narce i ko­szuli, pa­trzy na mnie su­rowo, po bel­fer­sku.

- Pod­wyż­szona tem­pe­ra­tura ciała u więk­szo­ści krę­gow­ców wspo­maga dzia­ła­nie sys­temu im­mu­no­lo­gicz­nego. Po­nadto ha­muje roz­mna­ża­nie się nie­któ­rych szcze­pów bak­te­rii cho­ro­bo­twór­czych - tłu­ma­czy.

- Z pew­no­ścią masz ra­cję, tato. - Ki­wam głową.

- Tego chcia­łeś? Czego tu wła­ści­wie szu­kasz? - pyta.

- Je­stem ko­re­spon­den­tem wo­jen­nym. Moja praca po­lega na jeż­dże­niu w ta­kie miej­sca.

Uśmie­cham się mi­mo­wol­nie, bo wiem, że to nie­prawda, ale nie po­wiem tego ojcu, na­wet je­śli jest on tylko go­rącz­ko­wym oma­mem. Znika, ale ja nie prze­staję się uśmie­chać. Szejk prze­rywa re­cy­ta­cję, Ze­inab wy­bu­cha pła­czem. W Dar­fu­rze, skąd po­cho­dzi, pa­nuje prze­ko­na­nie, że chory, który za­czyna się uśmie­chać, nie­długo umrze. Ła­godna śmierć to rzad­kość w tych stro­nach, bar­dzo ją ce­nią.

Ale to nie dla­tego się uśmie­cham. Uśmie­cham się, bo wła­ści­wie ni­czego nie ża­łuję. Ni­gdy nie chcia­łem roz­sąd­nego ży­cia. Nie chcia­łem być przy­kład­nym oby­wa­te­lem, nie chcia­łem ro­dziny, dziecka. I jedno, i dru­gie skoń­czyło się dla mnie sro­motną klę­ską. Od­naj­duję się tylko w czy­stych sy­tu­acjach, ta­kich jak śmierć i ży­cie, a naj­le­piej czuję się wtedy, gdy py­ta­nia są pro­ste, nie­zag­ma­twane przez od­ru­chy ko­na­ją­cej cy­wi­li­za­cji.

Kiedy uno­szę głowę, uświa­da­miam so­bie, że stra­ci­łem wzrok. Wszystko jest białe, ośle­pia­jąco ja­sne, jak­bym pa­trzył pro­sto w słońce. Ni­czego już nie sły­szę, całe ży­cie prze­la­tuje mi przed oczami. Nie czuję stra­chu.

Roz­sąd­nej śmierci też ni­gdy nie chcia­łem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Se­ria ESEJ

Mi­chał Ta­ba­czyń­ski, Po­ko­le­nie wyżu de­pre­syj­nego

Łu­kasz Łu­czaj, Seks w wiel­kim le­sie

Da­wid Ku­jawa, Po­ca­łunki ludu. Po­ezja i kry­tyka po roku 2000

Mag­da­lena Okra­ska, Nie ma i nie bę­dzie

Woj­ciech Jóź­wiak, Na­sze zwie­rzęta mocy

Ad­rianna Alk­snin, Na coś trzeba umrzeć. Ko­lejna książka o raku

De­rek Jar­man, Współ­cze­sna na­tura, prze­ło­żył Pa­weł Świer­czek

Sán­dor Jászbe­rényi, Dia­beł to czarny pies, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Wi­la­mow­ska

Se­ria prze­kła­dów pro­wa­dzona przez Alek­san­drę Ma­łecką i Pio­tra Ma­rec­kiego

Na­pitki & li­te­ra­tura. An­to­lo­gia opo­wia­dań ho­len­der­skich i fla­mandz­kich, pod re­dak­cją Bar­bary Kalli i Bo­żeny Czar­nec­kiej, prze­ło­żyły Bar­bara Kalla, Bo­żena Czar­necka i Ewa Dy­na­ro­wicz

Am­brose Bierce, Dia­bli dyk­cjo­narz, prze­ło­żył Ma­te­usz Ko­pacz

An­thony Jo­seph, Afry­kań­skie ko­rze­nie UFO, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

Ro­bert Bur­ton, Ana­to­mia me­lan­cho­lii, wy­brał i prze­ło­żył Mi­chał Ta­ba­czyń­ski

Jean Ray, Mal­per­tuis, prze­ło­żył Ja­kub Po­lasz­czyk

Ni?a We­ijers, Kon­se­kwen­cje, prze­ło­żyła Ja­dwiga Ję­dryas

Ish­mael Reed, Mambo dżambo, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

Ka­ta­rína Kuc­be­lová, Cze­piec, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Du­dzic-Gra­biń­ska

Pe­ter Mar­kus, Bob albo męż­czy­zna na ło­dzi, prze­ło­żył Piotr Si­wecki

An­to­lo­gia opo­wia­dań. Ru­ska kla­syka, ze­sta­wił i prze­ło­żył Da­niel Maj­ling, prze­pi­sała We­ro­nika Go­gola

Ka­thy Ac­ker, Krew i flaki w szkole śred­niej, prze­ło­żył An­drzej Woj­ta­sik

Ju­dith Scha­lan­sky, Spis paru strat, prze­ło­żył Ka­mil Idzi­kow­ski

Łeś Be­łej, Plan na­prawy Ukra­iny, prze­ło­żyli Alek­san­dra Brzuzy, Ma­ciej Pio­trow­ski, Zie­mo­wit Szcze­rek

Ni­col Ho­ch­hol­cze­rová, Tego po­koju nie da się zjeść, prze­ło­żył Ra­fał Bu­ko­wicz

Bar­bora Hrínová, Jed­no­rożce, prze­ło­żyła Olga Sta­wiń­ska

Sán­dor Jászbe­rényi, Dia­beł to czarny pies, prze­ło­żyła Ka­ro­lina Wi­la­mow­ska

Sán­dor Jászbe­rényi, Dia­beł to czarny pies,prze­ło­żyła Ka­ro­lina Wi­la­mow­ska, Kra­ków 2023
Co­py­ri­ght ? by the Sán­dor Jászbe­rényi, 2013 Co­py­ri­ght ? for the trans­la­tion by Ka­ro­lina Wi­la­mow­ska, 2023 Co­py­ri­ght ? for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Ha!art, 2023 Ori­gi­nal pu­bli­shed in Hun­ga­rian lan­gu­age by Pe­sti Kal­li­gram Kft. All ri­ghts re­se­rved to.
Re­dak­tor pro­wa­dzący - Piotr Ma­recki
Re­dak­cja - Ma­ciej No­wacki
Ko­rekta - Ju­styna Ada­mus
Pro­jekt okładki - Mi­cha­lina Jur­czyk
Zdję­cie na okładce - Sán­dor Jászbe­rényi
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny - Mar­cin Her­nas
Skład i ła­ma­nie - By Mo­use - www.by­mo­use.pl
Je­len mű kia­dása a Pe­tőfi Li­te­rary Fund ma­gyar iro­dal­mat nép­sze­rűsítő cél­ki­tűzése sze­rinti egy­üt­t­működés ke­re­tén be­lül va­ló­sult meg. The pu­bli­ca­tion of this work was car­ried out wi­thin the fra­me­work of the co­ope­ra­tion ac­cor­ding to the ob­jec­tive of the Pe­tőfi Li­te­rary Fund pro­mo­ting Hun­ga­rian li­te­ra­ture.
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-66571-97-6
533. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa
Wy­daw­nic­two Ha!art ul. Ko­nar­skiego 35/8, 30-049 Kra­ków tel. 795 124 207 wy­daw­nic­two@ha.art.pl www.ha.art.pl
Wy­daw­nic­two Ha!art
@wy­daw­nic­two­ha­art
@wy­dha­art
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.