0. Diabeł na wieży
Doktor Robert Darnis nigdzie się nie spieszył.
Pół dnia spędził w powozie i zaczynał już odczuwać nieuniknione skutki
długiej podróży: zmęczenie, sztywność mięśni i rozdrażnienie. Dlatego
gdy gospoda, w której stanął na posiłek, okazała się niespodziewanie
całkiem przytulnym miejscem, postanowił zatrzymać się tu na jakiś czas.
Służący Darnisa, zachwyceni takim obrotem sprawy, pobiegli przenieść
bagaże, a nie mniej uradowany karczmarz gorliwie podsuwał gościowi
kolejne półmiski i napełniał kielich. Resztę dnia Darnis spędził,
napychając pękaty kałdun i spoglądając na siąpiący za oknem listopadowy
deszcz. Pozostali klienci - najpewniej chłopi i słudzy z okolicznych
majątków - popatrywali na niego ciekawie, ale nie odważyli się zaczepić.
Był z tego rad, bo nie miał najmniejszej ochoty bratać się z pospólstwem.
Dopiero gdy zapadł zmierzch, przed gospodą zatrzymał się jeździec, który
wzbudził zainteresowanie tęgiego medyka. To bez wątpienia szlachcic,
pomyślał, spoglądając na elegancki płaszcz podróżnego.
Gdy tamten wszedł do sali, ciekawość Darnisa zmieszała się z niechęcią.
Nieznajomy nosił skrojony według najnowszej mody kaftan, tyle że moda
nakazywała ubierać się w barwy jasne, a strój przybysza był czarny,
ożywiony jedynie srebrnymi, pięknie rzeźbionymi guzami. Spod kaftana
wyglądała pieniąca się od delikatnych koronek koszula, rękojeść szpady
zdobiły zaś - a jakże - perły i drogie kamienie, więc to, co powinno być
bronią, sprawiało raczej wrażenie ślicznej zabawki. Mężczyzna miał
gładką twarz o rysach zbyt ostrych, by uznać ją za sympatyczną, choć,
skądinąd, odpychająca też nie była. Jasną barwę skóry podkreślały ciemne
włosy i oczy, a wypielęgnowane dłonie nigdy chyba nie skalały się pracą
fizyczną.
Darnis, który uważał się po trosze za fizjonomistę, bez wahania zaliczył
przybysza do grona zniewieściałych elegantów. Nie lubił takich typów,
ciekawość jednak przeważyła nad niechęcią.
Zaprosił nieznajomego do stołu, podając przy tym swoje nazwisko i zawód.
- Domenic Jordan - przedstawił się tamten w odpowiedzi. - Również jestem
lekarzem.
A więc to tylko pozer, który usiłuje udawać szlachcica, zmienił zdanie
Darnis.
Jordan jadł kolację. Zachowywał się przy tym tak, jakby siedział nie w skromnej gospodzie, lecz przy stole zastawionym najdelikatniejszą
porcelaną. Darnis towarzyszył mu, popijając wino. Ciężar konwersacji
wziął na siebie, bo nowy gość okazał się wyjątkowo małomówny. Pękaty
medyk, który skromność uważał za cnotę młodych panienek, a nie
dojrzałych mężczyzn, opowiadał o swoich sukcesach, a Jordan słuchał
uprzejmie. Mijały leniwe minuty, ironiczny uśmiech bladolicego lekarza z czasem złagodniał, by w końcu stać się nawet pełnym podziwu.
Przynajmniej tak zdawało się Darnisowi, który coraz częściej patrzył na
ów uśmiech przez wypełniony winem kielich.
Domenic Jordan kończył już posiłek, gdy na zewnątrz ponownie rozległ się
tętent końskich kopyt. Tym razem towarzyszył mu skrzyp kół powozu.
Chwilę później do sali wszedł piętnastoletni może wyrostek, bogato
ubrany, ale najwyraźniej mocno speszony. Zdjął czapkę i podszedł do
stołu, przy którym siedzieli lekarze.
- Wybaczcie, panowie - wymruczał, kierując słowa do klepek w podłodze. -
Moja pani dowiedziała się właśnie, że w gospodzie przebywa lekarz, i prosi, jeśli to nie kłopot, by zechciał przyjąć zaproszenie do
rezydencji Ferlay. Młoda panienka, córka pani, od dawna słabuje, a w tej
okolicy trudno o dobrego medyka, więc... Jeśli to nie kłopot... Nie
kłopot... - Chłopak zaciął się i zaczął powtarzać.
- Synku - powiedział Darnis tonem, jakim zazwyczaj zwracał się do
kapryszących małych pacjentów. - Do kogo ty właściwie mówisz? Obaj
jesteśmy lekarzami.
Zakłopotany posłaniec poczerwieniał.
Darnis sapnął. Pochłonięte w ciągu dnia jedzenie ciążyło mu w żołądku i marzył już tylko o tym, by położyć się do łóżka i zamknąć oczy. Z drugiej jednak strony, nie zamierzał pozwolić na to, by ten elegancik
sprzątnął mu sprzed nosa majętnego pacjenta.
- Cóż - rzucił pozornie niedbale - tak się składa, że mam trochę czasu i chętnie przyjmę zaproszenie. Panu zaś - spojrzał na drugiego medyka -
pewnie pilno w dalszą drogę?
- Nie - uśmiechnął się Domenic Jordan. - Ja również nigdzie się nie
spieszę.
* * *
Ferlay bardzo rozczarowało Darnisa. W mglisty, jesienny poranek
rezydencja nieodparcie przywodziła na myśl staruszka, który niepomny na
swój wiek, wciąż chce uchodzić za młodzieńca.
Dom był kwadratowy, przysadzisty, raczej solidny niż piękny. Fasadę
pomalowano na ceglastoróżowy kolor, ale farba łuszczyła się i odpadała,
odsłaniając ciemne, spękane kamienie. Okiennice, niegdyś zapewne
jasnozielone, poszarzały od brudu, przybierając nieciekawą barwę
zgniłych liści. Ku oknom pięły się cierpliwie nagie pędy bluszczu, a w szparach między kamieniami rosły kępki mchu i zwiędłej, brązowej trawy.
Niewysoka wieża upodabniała rezydencję do małego zamku.
Idąc zarośniętą wąską ścieżką, Darnis zapuścił się w głąb ogrodu.
Cierniste gałęzie krzewów chwytały go za rękawy płaszcza, a wysokie
drzewa, o nigdy chyba nieprzycinanych konarach, tworzyły nad głową
baldachim z ciasno splątanych gałęzi i pomarszczonych liści. Czuł się
trochę tak, jakby kroczył kościelną nawą.
Ścieżka skończyła się nagle, a on wyszedł na okrągłą polankę, na której
stało coś, w czym z niejakim trudem rozpoznał kamienną fontannę. Nad
popękaną cembrowiną pochylał się Domenic Jordan.
- Znalazł pan coś interesującego? - zapytał Darnis z ciekawością.
Mężczyzna odwrócił się.
- Obawiam się, że trafiłem na zbiorową mogiłę. Proszę samemu zobaczyć.
Na ustach Jordana rysował się leciutki uśmiech, ale Darnis nie dostrzegł
tego. Zdawało mu się, że bladolicy lekarz mówi ze śmiertelną powagą.
Podszedł bliżej z zamarłym sercem, całą siłą woli powstrzymując się
przed zaciśnięciem powiek. Spojrzał w dół.
Ulga omal do reszty nie odebrała mu władzy w kolanach, już i tak
miękkich jak masło. Potem przyszedł gniew i - zupełnie niespodziewanie -
wesołość. Nie wiedział, czy się śmiać, czy też oburzyć.
W basenie fontanny leżały zabawki: pluszowy miś, ołowiane żołnierzyki,
drewniana replika karety, pudełko po cukierkach, z którego wysypywały
się jakieś drobiazgi, piłka, wykrzywiona w paskudnym uśmiechu
karnawałowa maska, konik na biegunach i mnóstwo innych rzeczy, które
spotkać można w dziecięcym pokoju. Musiały tu leżeć od dawna, bo
większość była mocno już zniszczona - miś porósł zieloną jak mech
pleśnią, materiał karnawałowego stroju zbutwiał, a wilgoć zatarła twarze
dzieci, które trzymając się za ręce, tańczyły na pudełku po cukierkach.
Podniesionym z ziemi patykiem Jordan przewrócił na plecy pluszowego
misia. Zabawkę pozbawiono guzikowych oczu. Ktoś wydarł je siłą,
pozostawiając jedynie strzępy nici. Jordan wskazał konika na biegunach.
Darnis podążył wzrokiem za wyciągniętą dłonią i wzdrygnął się lekko, bo
konik także był ślepy - w miejscu, gdzie powinny się znajdować oczy,
ziały dwie wycięte nożem dziury.
* * *
Wnętrze domu prezentowało się odrobinę lepiej niż fasada i ogród. Można
tu było znaleźć zarówno stare, wysłużone sprzęty, jak i nowe fikuśne
mebelki. Nieliczna służba nosiła zbytkowne stroje, a Emma Marivel, pani
na Ferlay, nie pokazywała się inaczej, jak tylko ubrana we wspaniałe
suknie z brokatu, mory lub ciężkiego jedwabiu. Wszystko świadczyło o tym, że choć Ferlay lata świetności ma już za sobą, d?na Emma nie
przyjmuje tego do wiadomości.
Robert Darnis nie potrafił jej jednak potępić. Nie krył, że Emma Marivel
wywarła na nim wielkie wrażenie. Była wysoką, jasnoskórą i złotowłosą
kobietą o dumnej urodzie, którą ledwo zdołał nadwątlić upływający czas.
Siedząc przy stole, pękaty medyk pożerał wzrokiem panią domu, bo w blasku słońca wydała mu się jeszcze piękniejsza niż wczorajszego
wieczoru.
Po śniadaniu d?na Emma zaprowadziła ich do sypialni córki. Weszła
pierwsza, w półmroku pochyliła się nad leżącą w łóżku dziewczyną i szeptała długo. Darnis miał wrażenie, że matka i córka spierają się o coś. Jakiś przedmiot przewędrował z rąk do rąk i dopiero wtedy d?na Emma
odsunęła zasłony.
Darnis mało nie krzyknął, ale raczej ze zdziwienia niż z przestrachu.
Juliana Marivel siedziała na łóżku z kołdrą podciągniętą pod brodę. Na
głowie miała czarny kapelusik z opadającą na twarz gęstą woalką.
D?na Emma wyszła, a Darnis przysunął sobie krzesło i spróbował przybrać
profesjonalny, współczujący wyraz twarzy, zupełnie jakby badanie
ukrywających się pod woalką dziewcząt było dla niego codziennością.
Jordan stanął przy oknie. Wyglądało na to, że rozciągający się na
zewnątrz widok jest dla niego znacznie ciekawszy niż cierpiąca
dziewczyna.
Zachęcona przez Darnisa, Juliana zaczęła mówić. Opowiadała o braku
apetytu, bezsennych nocach, osłabieniu, duszności w piersi i kołataniu
serca. Mówiła długo i chętnie, ale niezbyt jasno, po kilka razy wracała
do tych samych objawów. Medyk, nie mogąc spoglądać pacjentce w twarz,
patrzył na jej ręce, na szarpiące brzeg kołdry drobne, delikatne palce.
Robert Darnis wyspecjalizował się w leczeniu bogatych, rozkapryszonych
dam, którym tak naprawdę nic poza nudą nie dolegało. Był w tym dobry, bo
natura obdarzyła go darem wymowy, a przede wszystkim zdolnością
słuchania. Wysłuchiwał więc skarg swoich pacjentek, uspokajał je, a potem przepisywał jakiś niezwykle drogi, egzotyczny lek. Przekonał się
już, że im trudniejsze do zdobycia składniki medykamentu i im
oryginalniejsza jego nazwa, tym szybciej chora wstawała z łóżka.
W dziewięciu przypadkach na dziesięć, słysząc to, co mówiła Juliana,
Darnis powiedziałby, że ma do czynienia właśnie z taką sytuacją - oto
znudzona panna wymyśla sobie nieistniejącą chorobę, chcąc w ten sposób
zyskać odrobinę uwagi i współczucia.
Tym razem jednak nie miał pewności. Dziewczyna fizycznie była zdrowa,
ale w jej głosie wyczuwał autentyczną udrękę. Mimo to zdecydował się
potraktować ją w zwykły sposób. Na kartce wypisał receptę - pięć
wyciągów z rzadkich ziół, które razem tworzyły po prostu wyjątkowo drogi
lek na uspokojenie.
Gdy wyszli z sypialni panny Marivel, Darnis zaproponował Jordanowi
spacer po ogrodzie. Atmosfera domu działała na niego przygnębiająco.
- Jak pan sądzi, mamy tu do czynienia z przypadkiem młodzieńczej
histerii czy też z czymś poważniejszym? - spytał, gdy przechadzali się
wąskimi alejkami. Obaj, jakby umówieni, unikali miejsca, które Jordan
nazwał zbiorową mogiłą.
Zapytany potrząsnął głową.
- Bezsenność, brak apetytu, wszystko to bzdury. Ani słowa nie
powiedziała nam o tym, co naprawdę ją dręczy, czego się boi.
- Boi się? - Darnis pytająco uniósł brwi, ale nie doczekał się
odpowiedzi.
- Widziałem kogoś w ogrodzie - powiedział zamiast tego Jordan. -
Chłopca, wpatrującego się w okno pokoju d?ny Juliany.
- Jednego ze służących?
- Nie jestem pewien. Stał niedaleko, mimo to nie widziałem go zbyt
wyraźnie. Nie wyglądał jednak na służącego.
* * *
Darnis wkrótce przekonał się, że wpadł w pułapkę własnej rutyny.
Ingrediencje, które wchodziły w skład przepisanego leku, można było
zdobyć jedynie w mieście odległym o dwa dni drogi. Emma Marivel wysłała
już służącego, ale miał on wrócić nie wcześniej niż w czwartek rano.
Ubłagała więc Darnisa, by został do tego czasu i osobiście nadzorował
sporządzanie leku. Medyk zgodził się, kierowany poczuciem winy. Nie
sądził, by lekarstwo pomogło pannie Marivel, ale liczył, że w ciągu tych
dwóch dni uda mu się wyciągnąć z dziewczyny prawdziwą przyczynę jej
cierpienia.
Również Jordan zdecydował się zostać. Zapytany przez Darnisa, wyjaśnił
to ciekawością.
- W tym domu - powiedział - dzieje się coś niedobrego, a ja mam zamiar
się dowiedzieć co.
Domenic Jordan nie był lekarzem. Miał potrzebną wiedzę, owszem, w tym
względzie z pewnością nikt nie zarzuciłby mu oszustwa, ale Darnis znał
tak wielu medyków, że bez trudu potrafił rozpoznać kogoś, kto nim nie
był. Jego podchwytliwe pytania były uprzejmie zbywane.
Duża, raczej teoretyczna niż praktyczna, wiedza Jordana, jego nienaganne
maniery, zamiłowanie do ekscentrycznego czarnego stroju, a przede
wszystkim osobliwe poczucie humoru - wszystko to przemawiało za tym, że
Darnis miał za towarzysza po prostu dobrze urodzonego, bogatego dziwaka.
I na tym wniosku medyk chwilowo musiał poprzestać.
* * *
Tuż przed zmierzchem zaczął padać pierwszy tego roku śnieg. Domenic
Jordan wyszedł do ogrodu. Stał tam przez chwilę z zamkniętymi oczami i uniesioną twarzą. Na skórze czuł płatki śniegu niczym delikatne
muśnięcia lodowatych dziecięcych palców.
Gdy otworzył oczy, zobaczył zbliżającą się ku niemu dziewczęcą postać.
Szła szybko, nieomal biegła, a jej czarna suknia i czarna woalka
wyraźnie odcinały się od śnieżnej bieli.
- Chciałam porozmawiać. Proszę... - powiedziała zdyszana, chwytając go
za ramię. Przez chwilę zdawało mu się, że przez gęste oczka woalki widzi
błagalny błysk oczu.
- Mama... - ciągnęła Juliana z wahaniem - mama powiedziała mi, że
panowie zostają aż do czwartku. Po co? Przecież to tylko kaprys mamy,
doprawdy nie trzeba się mną aż tak przejmować. Prawda, że ostatnio
trochę źle się czułam, ale...
Nawet nie patrzyła, dokąd idzie. Jordan pewnie wiódł ją w głąb ogrodu.
- Chciałabym, aby panowie wyjechali - wyrzuciła z siebie desperacko, po
czym, przestraszona własną odwagą, znów zaczęła się wahać. - Tak będzie
najlepiej. Ja...
Zamilkła i rozejrzała się. Stali przy kamiennej cembrowinie fontanny.
- Interesujące, prawda? - zauważył niedbale, zupełnie jakby nie usłyszał
ani słowa z tego, co mówiła. - Już rankiem zwróciłem uwagę na te
zabawki. Ciekawe, kto je tu porzucił?
Juliana cofnęła się z lękiem.
- To... to zabawki mojego brata. Jutro wypada pierwsza rocznica jego
śmierci. Myślę, że to dlatego tak źle się czuję. Wszystko to nerwy,
rozumie pan? Nerwy i przygnębienie, nic więcej.
Spróbowała się roześmiać, ale w jej śmiechu zamiast beztroski zabrzmiały
histeryczne nuty. Umilkła, speszona.
- A więc brat pani zmarł rok temu? A po jego śmierci matka wyrzuciła tu
zabawki syna?
- Ależ skąd! - Potrząsnęła głową, a Jordanowi zdawało się, że mimo
woalki dostrzega jej czujny, pełen napięcia wzrok. - Alan sam je
wyrzucił. Powiedział, że ma już trzynaście lat i nie chce dłużej być
dzieckiem. Wyniósł zabawki do ogrodu i próbował podpalić, ale deszcz
zgasił ogień. Wkrótce potem miał miejsce ten... wypadek i mój brat
zginął. Proszę, czy możemy już wracać do domu? Zimno mi.
Czy twój brat w chwili, gdy stał się dorosły, zaczął wyrywać pluszowym
misiom oczy?, w myślach zapytał Jordan, ale nic nie powiedział.
Zawrócili w stronę rezydencji. Śnieg przestał padać, promienie
zachodzącego słońca kładły się czerwonymi i pomarańczowymi refleksami na
ziemi pokrytej białym puchem.
- Wyjedzie pan? - spytała szeptem dziewczyna.
- Nie - odparł równie cicho.
W pobliżu domu Jordan zauważył wydrapane na śniegu litery. Dziewczyna
zaskowyczała jak ranne zwierzę i pobiegła. Ruszył za nią, ale nim zdołał
odczytać napis, Juliana już klęczała, ramionami zagarniając śnieg wraz z mokrą ziemią. Zdążył zauważyć tylko trzy litery: RAW, ale nie potrafił
zgadnąć, jakiego słowa były częścią.
* * *
Wieczorem Domenic Jordan długo nie mógł zasnąć. W końcu zapalił stojącą
przy łóżku świecę i wyszedł z pokoju.
Zmierzał do biblioteki, licząc na znalezienie jakiejś interesującej
lektury, która pozwoli mu przetrwać noc. Bez trudu trafił do właściwego
pomieszczenia, ale rozczarował się gorzko, bo w bibliotece było zaledwie
kilkanaście książek, z czego większość stanowiły tomy kazań sprzed
kilkudziesięciu lat. Poświęcił się więc studiowaniu wiszących na
ścianach portretów. Najnowszy przedstawiał panią Marivel wraz z dziećmi.
Tuż przy matce stał syn (Alan, podsunęła usłużnie pamięć), a na drugim
planie, w cieniu - córka. Jordan po raz pierwszy ujrzał rysy Juliany.
Nie było w nich śladu podobieństwa do matki. Ot, zwyczajna buzia, nawet
miła, ale niezbyt ładna. Pomyślał, że kobiety w rodzaju d?ny Emmy -
piękne i dumne - zazwyczaj wolą synów niż córki, zwłaszcza jeśli córki
te nie dorównują im urodą.
Przeniósł wzrok na chłopca. Alan miał piegowatą, okrągłą twarz
rozpieszczonego urwisa i strzechę jasnych, gęstych włosów. Uśmiechał się
zawadiacko, ukazując przerwę między przednimi zębami.
Wcale nie zdziwiło Jordana, że Alan z portretu przypomina chłopca,
którego rankiem dostrzegł w ogrodzie.
* * *
Następnego dnia przy śniadaniu Jordan pierwszy rozpoczął rozmowę:
- Dowiedziałem się o nieszczęściu, które dotknęło pani rodzinę. Szczerze
współczuję. Utrata jedynego syna to prawdziwa tragedia.
Niosąc do ust łyżeczkę z kawałkiem jajka na miękko, Darnis zamarł. Słowa
te, choć wypowiedziane z nienaganną uprzejmością, były pierwszym
nietaktem, jaki popełnił Domenic Jordan.
Emma Marivel uniosła głowę i spojrzała Jordanowi prosto w oczy.
- Kochałam Alana bardziej niż kogokolwiek innego na świecie -
powiedziała spokojnie, choć było widać, że panowanie nad sobą wiele ją
kosztuje. - Nic mi go nie wróci, wiem o tym. Ale wiem też, że syn mój
zginął jak bohater i jestem dumna z tego, co uczynił. Choć przyniosło mu
to śmierć, to świadomość, że postąpił jak bohater, jest dla mnie
pociechą w rozpaczy. Nie lubię o tym wspominać, proszę wybaczyć. To dla
mnie zbyt bolesne.
Jordan opuścił głowę, jakby godząc się z porażką. Darnis miał ochotę bić
kobiecie brawo.
Ale d?na Emma jeszcze nie skończyła:
- Alan kochał mnie równie mocno, jak ja jego. - Jej piękne, błękitne
oczy były puste. Nie spoglądała już na swego rozmówcę. Patrzyła w dal,
na coś, czego nikt poza nią nie widział. - Zrobiłabym dla niego
wszystko, ale nie zdołałam ocalić go przed śmiercią. Był takim dobrym,
kochanym chłopcem... I takim odważnym... Dlatego zginął, zginął jak
bohater - powtórzyła, po raz trzeci tego ranka.
O jeden raz za dużo, by Domenic Jordan mógł jej uwierzyć.
* * *
Jordanowi potrzebny był ktoś, kto wiedziałby, co takiego wydarzyło się
przed rokiem w rezydencji Ferlay.
Jakaś służąca, gadatliwa, ale nie nazbyt głupia i najlepiej pozbawiona
wyobraźni, myślał, przechadzając się po pokojach. Ale trafił tylko na
młodziutkie pokojówki, które najwyraźniej potrafiły jedynie się
wdzięczyć i chichotać. Potrzebny był mu ktoś starszy, poważniejszy.
Podszedł do jednego z okien. Przez chwilę spoglądał na ogród, potem jego
uwagę przyciągnął majaczący pomiędzy drzewami kształt.
Z początku zdawało mu się, że to tylko złudzenie, cień rzucany przez
karłowate drzewo o osobliwie wygiętych konarach. Ale ów kształt ruszył w stronę domu i wkrótce Jordan rozpoznał w nim zwinną sylwetkę chłopca.
Dzieciak zatrzymał się i spojrzał na niego. Usta poruszały się, jakby
coś mówił, ale gdy Jordan otworzył okno i wychylił się na zewnątrz,
usłyszał tylko krakanie krążących w powietrzu wron.
Jednak tym razem rysy chłopca były na tyle wyraźne, że nie mogło być
mowy o pomyłce. Jeszcze chwilę temu w ogrodzie stał zmarły przed rokiem
Alan Marivel.
Jordan zamknął okno i poszedł w stronę kuchni. Kucharki, pomyślał,
rzadko kiedy są młode, a często bywają też gadatliwe.
Ale w kuchni zastał jedynie zgarbionego staruszka, który pykając z glinianej fajeczki, grzał się przy piecu.
Jordan usiadł na dębowej ławie.
- Witajcie, dziadku - powiedział uprzejmie. - Od dawna tu służycie?
- Ano od dziecka. - Stary wyjął z ust fajkę. - Najsampierw to za
pokojowca byłem, sługę jaśnie pana, ojca naszej pani. Ale że z rąk mi
wszystko leciało, to pan pozwolił, żebym się na woźnicę uczył. O, w tym
ja dobry byłem! Konie tak potrafiłem batem zaciąć, że jak wicher gnały,
a spod kół skry szły! Ale teraz za stary jestem na woźnicę. Latem w ogrodzie trochę pomogę, ale serca nie mam do tej roboty. A nasza pani
dobra, chleb mi daje, choć mogłaby jak psa wypędzić.
- A młodego panicza, Alana, znaliście? Możecie mi powiedzieć, jak umarł?
W zręcznych palcach Jordana zamigotała srebrna moneta. Stary przyglądał
jej się chciwie. Nie podobał się słudze ten obcy, blady mężczyzna. Licho
zresztą wie dlaczego, po prostu nie podobał się i już. Ale, pomyślał
stary rozsądnie, przecież on niczego złego ode mnie nie chce. Wszyscy
wiedzą, jak umarł młody panicz. To żadna tajemnica.
- Powiem, czemu nie. Widział jaśnie pan wieżę, co przy domu stoi?
Jordan skinął głową.
- Zbudował ją pierwszy pan na Ferlay, Martin Marivel. To był dzielny
szlachcic, ale i zły człowiek, tak przynajmniej mówią. Sakiewkę wciąż
miał pustą, bo wszystko wydawał na wino i kobiety. W końcu jął się
diabelskich sposobów i w tej oto wieży, za pomocą czarnoksięskich
zaklęć, próbował ołów w złoto zmieniać. Ale słabe to widać były
zaklęcia, bo sakiewka nadal pustkami świeciła. Aż w końcu przyszedł do
niego sam diabeł i mówi: ja ci dam złota, ile tylko zechcesz, ale w zamian za lat pięćdziesiąt, w noc wigilii św. Mateusza, duszę twoją
zabiorę. Odtąd wystarczyło słowo, by ołów zamieniał się w czyściusieńkie
złoto, a don Martin zasłynął z bogactwa na całą okolicę. A za pół wieku,
gdy siedział na wieży, przyszedł po niego diabeł. Don Martin nie
pamiętał już o umowie i duszy oddać nie chciał. Ale kto tam poradzi
przeciw sile diabelskiej? Zdusił czart nieszczęsnego człowieka i taki
był koniec pierwszego z rodu Marivelów. Od tego czasu każdego roku w wigilię św. Mateusza diabeł zjawia się na wieży i czeka od północy aż do
świtu. Czeka na kogoś, komu znów mógłby swój diabelski pakt
zaproponować. Za dnia mało kto tam zachodzi, a już w nocy... - Stary
sługa pokręcił głową.
- Alan Marivel poszedł tam o północy, w wigilię św. Mateusza, prawda?
Starzec przytaknął.
- Młody był i, jak wszyscy młodzi, głupi. Dwa roki temu...
- Rok temu - poprawił odruchowo Jordan.
Stary obrzucił go niechętnym spojrzeniem.
- Dwa roki temu - powtórzył z naciskiem - nasz panicz, panienka Juliana
i przyjaciel panicza, Christian Valadour, poszli na wieżę z diabłem
porozmawiać. Ale widać tyle czekania mocno czartu krew zepsuło, bo nic
nie chciał gadać, jeno od razu do gardeł dzieciom się rzucił, coby ich
wszystkich pomordować. Panicz Alan siostrze życie uratował, z pokoiku na
wieży w ostatniej chwili ją wyciągnął. Ale przyjaciela ocalić nie
zdołał. Diabeł kark mu złamał jak suchą szczapę. O, pamiętam ten dzień
jak dziś. Nasza pani kazała panicza Christiana do domu przenieść i medyka wezwać, ale jemu nic już pomóc nie mogło. Leżał tam, zimny i biały jak suknia panny młodej w dzień ślubu, a panicz Alan płakał przy
nim. W południe przyjechał ojciec panicza Christiana, hrabia Valadour.
To wielki pan, dumny i majętny, a jego ród ponoć równie stary, co
królewski. Wszedł i od progu krzyczał, że śmierci syna nie daruje. Ale
ledwie na twarz naszej panienki spojrzał, od razu spokorniał i pojął, że
i on potędze diabelskiej rady nie da. Naszemu paniczowi powiedział, że
nie ma mu za złe tej nocnej wyprawy. Nawet podziękował, że ratować
przyjaciela próbował. Modlili się potem wszyscy w kaplicy o spokój duszy
panicza Christiana i o zdrowie panienki Juliany. Od tamtej pory mało kto
widział twarz panienki, ale ja wiem, co diabeł jej zrobił. - Stary
zniżył głos, a Jordan odruchowo pochylił się do przodu. - Ona na
policzku ma wypalony ślad diabelskiej dłoni: pięć palców zakończonych
pazurami!
Spojrzał w twarz Jordana, chcąc się przekonać, jakie wrażenie wywarła na
nim opowieść. Ale mężczyzna milczał, czekając na dalszy ciąg.
Rozczarowany starzec westchnął.
- Przez następny rok - podjął już spokojniejszym tonem - panicz Alan
nikł w oczach. Dawniej to był urwis jakich mało, tylko figle miał w głowie. Ale nikt się nigdy na niego nie gniewał, co to, to nie. Wiadomo,
jedyny syn, bez ojca chowany, bo pan Marivel zmarł, jak Alan jeszcze w kołysce leżał. Matka świata poza nim nie widziała i rozpuściła
dzieciaka. Ale chłopak miał dobry charakter, to trzeba przyznać. Nie
mógł przeboleć śmierci przyjaciela. Spoważniał, schudł, cięgiem smutny
chodził. A w rocznicę śmierci panicza Christiana na wieżę się wybrał, z diabłem, co mu przyjaciela zabił, się rozprawić. Ej, biedny, głupi
dzieciak. Naszą panią przeczucie jakieś tknęło. Nad ranem się zbudziła i do wieży pobiegła. Ale już za późno. Diabeł ścisnął chłopca za gardło i życie z niego wydusił. Pani trumnę zakazała na pogrzebie otwierać, bo
podobnież cały siny był i język na wierzch mu wyszedł.
Starzec zamilkł, może wspominając młodego panicza, a może po prostu
delektując się makabrycznymi szczegółami jego śmierci.
- Widziałem Alana Marivela - powiedział niespodziewanie Domenic Jordan.
- Dwa razy. W ogrodzie.
Sługa zachichotał.
- Oj, nie pan jeden. Wszyscy go tu ostatnio widujemy. Najwięcej to chyba
ja, z sześć, nie, siedem razy panicza widziałem. Czasem jest jak mgła
przezroczysty, a czasem widzę go tak wyraźnie, jak teraz jaśnie pana.
Stoi tylko i usta jak ryba otwiera, ale ani słowa nie słychać. Pewno na
diabła próbuje się skarżyć, biedaczek. Ale za takie gadanie pani zaraz
by mi głowę zmyła, więc wolę siedzieć cicho.
- Pamiętacie może, gdzie i kiedy go widzieliście?
Starzec podrapał się po głowie.
- Pamięć mam dobrą, chwalić Boga, a i oczy niezgorsze. Pierwszy raz to
było ze dwa tygodnie temu, w niedzielę...
Jordan wyciągnął z kieszeni oprawiony w skórę notes i kawałek ołowiu.
Zaczął notować.
* * *
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki