Diabeł, którego znasz - Lisa Holmfjord

Kup ebooka

42.90 zł
32.18 zł (32,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Droga Ce­line,

jak wiesz, za­zwy­czaj nie od­po­wia­dam na Twoją ko­re­spon­den­cję. Tym ra­zem mu­szę jed­nak zde­men­to­wać ostat­nie kłam­stwa, ja­koby to za moją zgodą wy­je­cha­łaś z L?rke, a póź­niej miał­bym do­nieść na Cie­bie służ­bom so­cjal­nym.

Ni­gdy nie wy­ra­ził­bym zgody na wy­jazd L?rke w trak­cie roku szkol­nego. Za­nim zde­cy­do­wa­łaś się na ten nie­roz­sądny krok, po­win­naś była prze­my­śleć kon­se­kwen­cje.

Dla do­bra L?rke pro­szę Cię, abyś po­szu­kała po­mocy. Nie je­steś zdrowa. Wi­dzę zmiany, które w To­bie za­szły, tak samo jak wi­dzi je L?rke.

Na­sze mał­żeń­stwo było udane. Pry­wat­nie też to przy­zna­wa­łaś. By­łaś ze mną szczę­śliwa. By­łaś szczę­śliwa, kiedy za­pew­ni­łem Ci po­moc psy­chia­tryczną w okre­sie ciąży. By­łaś szczę­śliwa aż do dnia, w któ­rym po­now­nie za­cho­ro­wa­łaś i za­czę­łaś oskar­żać mnie o prze­moc. A prze­cież było do­kład­nie na od­wrót. Na­dal mam pro­to­kół z izby przy­jęć po Two­jej na­pa­ści na mnie.

Ce­line, ni­gdy nie sto­so­wa­łem prze­mocy ani wo­bec Cie­bie, ani wo­bec ni­kogo in­nego. Me­rete, moja przy­szła żona, może to po­twier­dzić. Na­daję się na męża i je­stem tro­skli­wym oj­cem.

Oboje wiemy, że to ja pod­ją­łem de­cy­zję o roz­sta­niu. I że bar­dzo ciężko to znio­słaś. Naj­pierw było Ci przy­kro, póź­niej mia­łaś do mnie żal, a obec­nie dzia­łasz w spo­sób mściwy i wy­ra­cho­wany.

A wszystko to mimo że zo­sta­wi­łem Ci miesz­ka­nie w nad­zwy­czaj atrak­cyj­nym i zmo­der­ni­zo­wa­nym (przeze mnie) seg­men­cie w T?strup - w na­dziei, że po roz­wo­dzie doj­dziemy do po­ro­zu­mie­nia w spra­wie L?rke. Nie­stety ni­gdy się to nie udało.

Opie­kuję się na­szą córką od pra­wie trzech lat. L?rke czuje się ze mną do­brze. Jest ra­do­sną i by­strą dziew­czynką i tak po­winno po­zo­stać.

Dla­tego, droga Ce­line, pro­szę Cię: opa­mię­taj się. Na­ucz się od­dzie­lać wła­sne po­trzeby od po­trzeb L?rke. Krzyw­dzisz ją, nie do­strze­ga­jąc ni­kogo poza sobą.

Z wy­ra­zami sza­cunku

Hen­rik

Ju­lie od­dała te­le­fon Hen­ri­kowi.

- Nie od­pi­sała - po­wie­dział. - Ale mogę się za­ło­żyć, że już ob­my­śla ze­mstę.

Ju­lie miała ochotę wyjść do kuchni na pa­pie­rosa.

Za­pa­dła ci­sza.

Sie­dzieli obok sie­bie na so­fie. Ona ze skrzy­żo­wa­nymi no­gami, on z jedną nogą na ka­na­po­wej po­duszce, uło­żoną pod ta­kim ką­tem, że ko­lano lekko do­ty­kało uda Ju­lie. Za­wsze tak sie­dział, kiedy się spo­ty­kali - zwró­cony przo­dem do niej i od­po­wied­nio bli­sko.

Nie było w tym żad­nych ukry­tych za­mia­rów. Jak sam wy­ja­śnił, na­le­żał do osób lu­bią­cych bli­skość fi­zyczną - i Ju­lie z cza­sem do tego przy­wy­kła.

Wciąż mó­wił o swo­jej by­łej żo­nie.

Ju­lie zer­k­nęła w stronę uchy­lo­nych drzwi bal­ko­no­wych. Po­pra­wiła gumkę spi­na­jącą w ku­cyk jej ja­sno­blond włosy, wsłu­chana w dzie­cięce głosy do­bie­ga­jące z placu za­baw i uznała, że od­bie­rze Madsa za­raz po szkole. Nie było sensu, żeby zo­sta­wał w świe­tlicy, skoro mo­gli wy­brać się na plażę i po­pły­wać w mo­rzu. Po­czuła przy­pływ za­do­wo­le­nia na myśl o tym, jak za­chwy­cony bę­dzie jej syn.

- Mu­szę za­pa­lić - oznaj­miła, od­wra­ca­jąc się do Hen­rika.

Uśmiech­nął się i po­ło­żył miękko dłoń na ra­miączku jej ko­szulki. Jego palce de­li­kat­nie gła­dziły na­gie ra­mię.

- Wiem, że nie po­wi­nie­nem opo­wia­dać ci tego wszyst­kiego. Ale... nie daje mi to spo­koju.

- Nic się nie stało - od­parła i ze­rwała się z sofy, chwy­ta­jąc ku­bek ze stołu. - Może twoja była żona po pro­stu coś źle zro­zu­miała w związku z tym wy­jaz­dem?

- Pro­szę cię, Ju­lie. - W jego gło­sie za­brzmiał wy­rzut, cho­ciaż do­łeczki w po­licz­kach nieco go zła­go­dziły. Po­krę­cił głową, jakby po­wie­działa coś na­prawdę na­iw­nego.

- Po pro­stu cho­dzi mi o to, że... - Ju­lie po­woli upiła łyk kawy. Nie miała prawa za­da­wać py­tań, mie­szać się w pry­watne ży­cie Hen­rika. W rze­czy­wi­sto­ści czuła się nie­swojo, gdy pod­czas ich spo­tkań scho­dził na te­mat re­la­cji z eks­żoną. Ni­gdy nie wie­działa, jak po­winna za­re­ago­wać. Bo on tego od niej ocze­ki­wał. Że za­re­aguje. Że bę­dzie go słu­chać i uczest­ni­czyć w roz­mo­wie. Nie od­sta­wiła kubka, kiedy znów usia­dła na so­fie. - Może po prze­czy­ta­niu two­jego mejla Ce­line zro­zu­mie, że dla do­bra wa­szej córki po­win­ni­ście ze sobą współ­pra­co­wać?

- To wy­klu­czone. Ce­line ob­cho­dzi tylko ona sama. Po­trafi być na­prawdę wredna, je­śli coś nie idzie po jej my­śli. - Spoj­rze­nie Hen­rika po­smut­niało. - Po roz­wo­dzie moje ży­cie zmie­niło się w pie­kło. Było tak źle, że roz­wa­ża­łem ucieczkę za gra­nicę. Mia­łem za­ła­twione fał­szywe pasz­porty i przy­go­to­waną pod­ręczną torbę z go­tówką. Wiem, że wy­daje się to prze­sad­nie dra­ma­tyczne. I sza­lone. - Do­łeczki znów po­ja­wiły się w jego po­licz­kach, kiedy krę­cił głową. - Ale at­mos­fera była wów­czas tak na­pięta, że czu­łem się przy­tło­czony. Zor­ga­ni­zo­wa­łem na­wet kry­jówkę, gdzie wszystko cze­kało go­towe.

Ju­lie po­ki­wała głową i upiła duży łyk kawy.

- Wy­sła­łem go też jej ad­wo­ka­towi - do­dał Hen­rik, prze­cze­su­jąc pal­cami włosy.

Przez mo­ment miała wra­że­nie, że coś jej umknęło, że za­my­śliła się i stra­ciła wą­tek. Za­uwa­żył to.

- Mejl - po­wie­dział. - Wy­sła­łem go ad­wo­ka­towi.

- Aha. - Do­piła resztkę kawy. - I co od­po­wie­dział?

- Je­steś taka słodka. - Po­słał jej krzywy uśmiech. Ten sam, który zwy­kle wy­da­wał się cza­ru­jący, ale który w tej chwili przede wszyst­kim ją zi­ry­to­wał.

Hen­rik znowu po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu.

- Ad­wo­kat nie może od­po­wie­dzieć. Ale przy­naj­mniej wie już, że Ce­line jest krę­taczką. Do­stał całą ko­re­spon­den­cję mej­lową, więc za­po­znał się z jej wszyst­kimi psy­cho­pa­tycz­nymi oskar­że­niami. - Piesz­czo­tli­wie ści­snął ra­mię Ju­lie, za­nim z wes­tchnie­niem cof­nął dłoń. - Ce­line za­truwa mi ży­cie. Od po­czątku przy­pi­suje mi różne po­twor­no­ści. Po jed­nym z jej kłamstw mu­sia­łem na­wet wy­po­wie­dzieć pracę w Valby. To czy­sta prze­moc psy­chiczna - do­dał ści­szo­nym gło­sem.

Ju­lie po­ki­wała głową ze współ­czu­ciem.

Hen­rik nie spusz­czał z niej wzroku.

- Ale nie ma tego złego, co by na do­bre nie wy­szło. Bo te­raz je­stem tu­taj.

Od­su­nęła się od niego dys­kret­nie i ucie­kła wzro­kiem, ale za­raz znów spoj­rzała mu w oczy, które wciąż upo­rczy­wie ją śle­dziły.

- No co? - rzu­ciła z lek­kim gry­ma­sem.

Ro­ze­śmiał się.

- By­łaby z cie­bie nie­zła te­ra­peutka, Ju­lie. Spójrz tylko, jak szybko się przed tobą otwie­ram. Ale tak być nie może.

- Aha. Czemu nie? - Dała się zła­pać na jego żar­to­bliwy ton i od­sta­wiła ku­bek na stół. Głód ni­ko­ty­nowy wy­wo­ły­wał nie­po­kój w ca­łym ciele.

Jego spoj­rze­nie stało się szel­mow­skie, do­łeczki się po­głę­biły.

- Czy to taki trick, któ­rego uży­wasz, żeby nie mó­wić o so­bie?

Za­ma­sko­wała zmie­sza­nie sze­ro­kim uśmie­chem.

- Na­stęp­nym ra­zem nie może tak być. - Za­śmiał się i mru­gnął go niej po­ro­zu­mie­waw­czo. - To ja je­stem psy­cho­lo­giem.

Na­dal uśmiech­nięta po­krę­ciła głową, ogar­nięta na­głym po­czu­ciem winy. Ob­ser­wo­wała jego klatkę pier­siową, która uno­siła się mia­rowo i opa­dała pod ob­ci­słą ko­szulką. Czuła się nie­swojo, kiedy się z nią dro­czył, jakby ist­niał mię­dzy nimi ja­kiś po­ufały żart, któ­rego sensu jesz­cze nie zdo­łała roz­gryźć.

Ujął jej dłoń w swoją. Była się miękka i cie­pła.

- Wszystko w po­rządku?

Unio­sła wzrok.

- Oczy­wi­ście - od­parła, po czym wy­su­nęła dłoń, żeby znowu po­pra­wić ku­cyk.

Hen­rik cza­sami po­tra­fił czy­tać w jej my­ślach, co za­wsze bu­dziło w niej lekki nie­po­kój. I cho­ciaż rzadko my­ślała o nim źle, na­cho­dziły ją wy­rzuty su­mie­nia. Bo on tyle z sie­bie da­wał. Trosz­czył się o nią. Słu­chał. Nikt po­do­bny do niego tego nie ro­bił. Wszystko inne było tylko głu­pimi dro­bia­zgami. Znów spoj­rzała w stronę drzwi bal­ko­no­wych. Na po­dwórku pa­no­wała te­raz ci­sza. Słońce ba­wiło się ła­pa­czem snów. Mads przy­niósł go w ze­szłym ty­go­dniu, upie­ra­jąc się, że ma za­wi­snąć na bal­ko­nie i wy­ła­py­wać wszyst­kie kosz­mary, za­nim zdo­łają się za­kraść do środka.

Hen­rik od­chrząk­nął.

Znowu po­czuła na so­bie jego wzrok.

- Do­brze, za­tem o ile pa­mię­tam, roz­ma­wia­li­śmy o Mor­te­nie, za­nim ze­szli­śmy na ma­nowce - ode­zwał się znowu. - Chcesz prze­ćwi­czyć ze mną twoją roz­mowę z Mad­sem?

- Nie trzeba. Po­wie­dzia­łam mu o tym wczo­raj. - Od uśmie­chu czuła na­pię­cie w żu­chwie. Na­prawdę po­trze­bo­wała te­raz za­pa­lić.

Hen­rik po­ki­wał wolno głową.

- Na szczę­ście przy­jął to za­ska­ku­jąco do­brze - do­dała szybko, uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej. - Wła­ści­wie to na­wet cie­szy się na te od­wie­dziny u ojca w wię­zie­niu. Mam wra­że­nie, że trak­tuje to tro­chę jak wy­cieczkę do Ti­voli.

- Prze­cież nie ma w tym nic za­baw­nego. - Jego zwy­kle cza­ru­jąca twarz spo­waż­niała, a spoj­rze­nie na­brało tej wład­czej nuty, któ­rej Ju­lie nie zno­siła.

- Ja­koś to bę­dzie. Mads do­brze to znosi. Wolę, żeby uwa­żał to za coś eks­cy­tu­ją­cego, niż żeby pła­kał.

Hen­rik ciężko wcią­gnął po­wie­trze.

- W by­ciu więź­niem nie ma nic eks­cy­tu­ją­cego, Ju­lie.

- Może i nie, ale to nie Mads sie­dzi za krat­kami, tylko jego oj­ciec.

- Wła­śnie dla­tego nie po­wi­nien trak­to­wać tego jak coś, do czego warto dą­żyć.

- Do cho­lery, on wcale tego nie robi! - Ze zło­ścią po­trzą­snęła głową.

Zmarszczki na czole Hen­rika po­woli się wy­gła­dziły.

- Głę­boki wdech, Ju­lie - po­wie­dział, po czym de­mon­stra­cyj­nie za­czerp­nął tchu i po­ło­żył dłoń na jej ra­mie­niu. - Złość to nic złego. Trzeba tylko uwa­żać, żeby nie prze­ro­dziła się w coś de­struk­cyj­nego. - Jego palce za­ta­czały de­li­katne kółka na jej na­gich ple­cach, na wy­so­ko­ści ło­pa­tek, wy­wo­łu­jąc ła­skotki.

Wie­działa, że nie ma sensu pro­te­sto­wać. Wzięła głę­boki od­dech. I jesz­cze je­den, bo Hen­rik nie spusz­czał z niej wzroku.

- O, wła­śnie tak - do­dał z za­do­wo­le­niem, po czym prze­niósł dłoń na jej udo i lekko je po­kle­pał. - Nie mu­sisz od razu się je­żyć.

Ju­lie upo­mniała się w du­chu, że spo­tka­nia z Hen­ri­kiem to naj­lep­sze, co kie­dy­kol­wiek za­pro­po­no­wał jej urząd gminy. Hen­rik wie­rzył w nią, gdy sama w sie­bie nie wie­rzyła. Upew­niał ją w tym, że jest dla Madsa do­brą matką. Był wspa­niały pod każ­dym wzglę­dem - pod wa­run­kiem, że nie do­pro­wa­dzał jej do szału. Albo nie za­czy­nał mó­wić o swo­jej szur­nię­tej eks.

Mo­gła tra­fić na­prawdę znacz­nie go­rzej.