Rozdział 1
1
Umieramy samotnie.
Ale przecież żyjemy też samotnie.
W głębi serca wiedziemy życie zupełnie sami. Niezależnie od tego, ile
łączy nas z tymi, których kochamy, zawsze coś przed nimi ukrywamy.
Czasami są to drobiazgi, jak wtedy, gdy kobieta chowa w sercu
wspomnienie dawnej wielkiej miłości. Zapewnia męża, że nigdy nie kochała
nikogo bardziej niż jego, i w zasadzie mówi prawdę. Ale kiedyś kochała
kogoś równie mocno jak jego.
Czasami chodzi o coś wielkiego, o potężnego potwora, który przytula się
i liże nas po plecach. Chłopak na studiach był świadkiem gwałtu, ale nie
ruszył się, by pomóc dziewczynie. Wiele lat później rodzi mu się córka.
Im bardziej ją kocha, tym większą czuje winę, ale nigdy, przenigdy jej o tym nie powie. Prędzej zginąłby na torturach.
Późno w nocy, kiedy jesteśmy już sami, te sekrety pukają do naszych
drzwi. Niektóre walą głośno, inne stukają delikatnie, ale zawsze
pojawiają się, szepcąc lub zgrzytając. Nie powstrzymają ich żadne zamki,
bo do każdego mają klucz. Mówimy do nich, błagamy je, krzyczymy na nie i żałujemy, że nie możemy komuś o nich powiedzieć, że nie potrafimy zdjąć
ciężaru z piersi i poczuć ulgi.
Przewracamy się w łóżku albo chodzimy po korytarzu, pijemy albo zalewamy
się w trupa, a nawet wyjemy do księżyca. W końcu nastaje świt i wyganiamy je z powrotem do najgłębszych zakamarków duszy, i staramy się
żyć najlepiej, jak potrafimy. To, czy nam się to uda, zależy od naszego
wnętrza i od wielkości tajemnicy. Nie każdy jest w stanie unieść ciężar
winy.
Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, wszyscy coś ukrywają. Nauczyłam
się tego, doświadczyłam, przekonałam się o tym na własnej skórze.
Wszyscy.
Patrzę na martwą dziewczynę na metalowym stole i zastanawiam się, jakie
tajemnice zabrała ze sobą do grobu.
Jest zdecydowanie za młoda, by umrzeć. Dopiero co skończyła dwadzieścia
lat. Jest piękna. Ma długie, ciemne i proste włosy. Skóra koloru
delikatnej kawy wygląda gładko i bez skazy nawet w ostrym świetle
jarzeniówek. Piękne delikatne rysy - podejrzewam, że lekko latynoskie z jakąś domieszką. Być może anglosaską. Usta zdążyły już zsinieć, ale są
pełne, choć nie wyzywające. Wyobrażam sobie, jak rozchyla je w uśmiechu,
który za chwilę przerodzi się w śmiech - lekki i melodyjny. Pod
prześcieradłem skrywającym ją od szyi w dół widać, że jest niska i szczupła.
Ofiary morderstw mnie wzruszają. Czy byli złymi, czy dobrymi ludźmi,
mieli swoje nadzieje, marzenia, miłości. Żyli jak pozostali ludzie w świecie, w którym wszystko sprzysięga się przeciwko życiu. Świat daje
mnóstwo okazji do śmierci - można umrzeć na raka, zginąć w wypadku
drogowym albo paść na atak serca z kieliszkiem wina w ręku i zduszonym
uśmiechem na twarzy. Mordercy oszukują ten system, przyspieszają bieg
wydarzeń, ograbiają swoje ofiary z szans na uczciwą walkę. To nie w porządku. Irytowało mnie to, kiedy zobaczyłam pierwszą ofiarę, a z czasem irytuje coraz bardziej.
Śmierć to od dawna mój chleb powszedni. Pracuję w filii FBI w Los
Angeles, a od dwunastu lat kieruję zespołem ścigającym najgorszych z najgorszych mieszkańców Południowej Kalifornii. Seryjnych morderców.
Gwałcicieli i dzieciobójców. Mężczyzn, którzy śmieją się, torturując
kobiety, i jęczą z rozkoszy, gwałcąc ich zwłoki. Poluję na żywe koszmary
i zawsze jest to okropne doświadczenie, ale śmierć czai się wszędzie i jest nieuchronna.
I właśnie dlatego muszę zadać to pytanie:
- Szefie? Co my tu właściwie robimy?
Wicedyrektor Jones to mój wieloletni mentor i szef, kierownik całej
filii FBI w Los Angeles. Sęk w tym - i stąd moje może niezbyt subtelne
pytanie - że nie jesteśmy w Los Angeles. Jesteśmy w Wirginii pod
Waszyngtonem.
Ta biedna kobieta nie żyje, mogę się nawet wzruszać jej śmiercią, ale
sprawa nie należy do mnie.
Jones zerka na mnie nieco zamyślony i chyba trochę poirytowany. Wygląda
jak doświadczony gliniarz, bo rzeczywiście spędził pół życia w policji.
Emanuje autorytetem i praworządnością. Ma kwadratową szczękę, twarde
spojrzenie i regulaminową fryzurę bez śladu jakiegokolwiek stylu. Na
swój sposób jest przystojny, czego dowodem są trzy byłe małżeństwa, ale
jest w nim coś nieodgadnionego. Cienie zamknięte w sejfie.
- Zadanie pokazowe, Smoky - mówi. - Na polecenie samego dyrektora.
- Naprawdę?
Jestem zaskoczona z kilku przyczyn. Oczywiście poczułam zwykłą
ciekawość: dlaczego tutaj, dlaczego ja? Kolejny powód jest bardziej
złożony: czemu wicedyrektor Jones zastosował się do tego nietypowego
polecenia? Człowiek jego pokroju był rzadkością wśród biurokratów:
kwestionował rozkazy, narażając się nawet na karę, jeśli się z nimi nie
zgadzał. Powiedział "zadanie pokazowe", ale nie byłoby nas tutaj, gdyby
nie uznał, że istnieją jakieś ważne powody, by się nim zająć.
- Tak - odpowiada. - Dyrektor wspomniał nazwisko kogoś, kogo nie mogłem
zignorować.
Drzwi do kostnicy otwierają się z impetem, nim zdążyłam zadać oczywiste
pytanie.
- O wilku mowa - mamrocze pod nosem Jones.
Do pomieszczenia wchodzi dyrektor FBI, Samuel Rathburn. Bez obstawy - to
kolejne zaskoczenie. Nawet przed jedenastym września dyrektorzy FBI
zawsze podróżowali z obstawą. Podchodzi do nas i najpierw wyciąga rękę
do mnie. Zdumiona podaję mu dłoń.
Zdaje się, że zostałam królową balu. Ale dlaczego?
- Agentko Barrett - wita mnie swoim charakterystycznym barytonem
polityka. - Dziękuję, że przybyłaś tak szybko.
Sam Rathburn, zwany też szefem, jak na dyrektora FBI jest całkiem
znośny. Odpowiednio do stanowiska ma szorstką urodę i polityczny zmysł,
ale także prawdziwe doświadczenie. Zaczynał jako policjant, potem
wieczorowo studiował prawo, aż w końcu trafił do FBI. Nie odważyłabym
się nazwać go szczerym - na tym stanowisku nie ma mowy o takim luksusie
- ale kłamie tylko wtedy, kiedy musi. Jak na dyrektora Biura to
wcielenie moralności.
Mówi się, że potrafi być bezwzględny, co by mnie nie zdziwiło, i ponoć
jest fanatykiem zdrowego trybu życia. Nie pali, nie pije, nawet kawy ani
napojów gazowanych, i każdego ranka biega po piętnaście kilometrów. No
cóż, każdy ma jakieś wady.
Muszę odchylić głowę, żeby popatrzeć mu w oczy. Mam tylko metr
czterdzieści siedem i zdążyłam do tego przywyknąć.
- Nie ma problemu, dyrektorze - odpowiadam, sącząc kłamstwa przez
zaciśnięte zęby.
Bo jest problem, i to cholernie wielki, tyle że jeśli się postawię,
dostanie się potem wicedyrektorowi Jonesowi, a nie mnie.
Rathburn kiwa głową w stronę Jonesa.
- Davidzie - mówi.
- Dyrektorze.
Porównuję ich obu z pewnym zainteresowaniem. Obaj są tego samego
wzrostu, obaj mają fryzurę, która mówi wprost: "szkoda czasu na takie
ceregiele". Czarne włosy dyrektora są przyprószone siwizną. To
elegancki, bardzo przystojny starszy pan z pełnią władzy. Wicedyrektor
jest mniej więcej osiem lat starszy od Rathburna i różnica ta jest
bardzo widoczna. Dyrektor rzeczywiście wygląda na faceta, który biega
każdego ranka i uwielbia to robić; wicedyrektor zaś na takiego, który
mógłby biegać skoro świt, ale woli zamiast tego zapalić papierosa i wypić kawę, i ma gdzieś, czy to się komuś podoba, czy nie. Garnitur
dyrektora jest lepiej dopasowany, a na ręku nosi roleksa. Wicedyrektor
Jones ma zegarek, za który z dziesięć lat temu dał pewnie trzydzieści
dolarów. Te różnice widać, ale mimo wszystko podobieństwo między nimi
jest dla mnie naprawdę uderzające.
Obaj mają to samo zmęczone spojrzenie, które zdradza brzemię noszonych w sercu tajemnic. Mają twarze pokerzystów i stale zazdrośnie strzegą kart.
Oto dwaj faceci, z którymi ciężko byłoby żyć, myślę. Nie dlatego, że są
źli, ale dlatego, że zakładają, iż kobieta wie, że im na niej zależy, i to musi jej wystarczyć. Miłość tak, ale bez kwiatów.
Dyrektor Rathburn znów odwraca się do mnie.
- Przejdę od razu do rzeczy, agentko Barrett. Ściągnąłem cię tutaj, bo
poprosił mnie o to ktoś, komu nie jestem w stanie odmówić.
Zerkam na wicedyrektora Jonesa i przypominam sobie jego słowa o "wspomnianym przez dyrektora nazwisku".
- Czy mogę zapytać, kto taki?
- Za chwilę. - Wskazuje głową zwłoki. - Opowiedz mi, co widzisz.
Odwracam się w stronę ciała i ze wszystkich sił staram się skupić.
- Młoda kobieta, tuż po dwudziestce. Prawdopodobnie ofiara zabójstwa.
- Skąd wniosek, że została zabita?
Wskazuję serię sińców na lewym ramieniu.
- Te siniaki są czerwono-fioletowe, czyli bardzo świeże. Widzi pan
zarysy? Powstały od uścisku dłoni. Trzeba chwycić naprawdę mocno, żeby
zostawić takie ślady. Ciało jest zimne, co oznacza, że dziewczyna nie
żyje co najmniej od dwunastu godzin, prawdopodobnie od dwudziestu,
sądząc po widocznych siniakach. Rigor mortis jeszcze nie ustąpił, więc
śmierć nastąpiła nie wcześniej niż trzydzieści sześć godzin temu. -
Wzruszam ramionami. - Jest młoda, ktoś złapał ją za rękę na tyle mocno,
że tuż przed śmiercią narobił jej wielkich siniaków. Podejrzane. -
Uśmiecham się do niego kwaśno. - Poza tym wezwał mnie pan tutaj, a zatem
nie umarła z przyczyn naturalnych.
- Tak jak się spodziewałem, jesteś spostrzegawcza - mówi. - I masz
rację. Została zamordowana. Na pokładzie rejsowego samolotu z Teksasu do
Wirginii. Nikt nie wiedział, że zginęła, póki samolot nie opustoszał i stewardesa zaczęła ją budzić.
Wpatruję się w niego, pewna, że mnie nabiera.
- Morderstwo na wysokości dziesięciu kilometrów? To jakiś żart?
- Nie.
- Skąd wiemy, że została zamordowana?
- Wskazują na to ślady, które znaleźliśmy. Ale chcę, żebyś spojrzała na
to świeżym okiem, bez żadnych obciążeń.
- Kiedy to się stało?
- Ciało znaleziono dwadzieścia godzin temu.
- Znamy już przyczynę śmierci?
- Nie było jeszcze sekcji. - Zerka na zegarek. - Czekamy właśnie na
koronera. Prawdopodobnie podpisuje teraz zobowiązanie do dochowania
tajemnicy.
Te zaskakujące informacje przypominają mi o pierwszym pytaniu, jakie mi
się nasunęło, więc znów je zadaję:
- Dlaczego ja, szefie? A raczej... dlaczego pan? Czemu sprawę tej kobiety
nadzoruje bezpośrednio sam dyrektor FBI?
- Niedługo pani to wyjaśnię. Ale najpierw powinna pani coś zobaczyć.
Proszę za mną.
Jakbym miała wybór.
Podchodzi do ciała i podnosi prześcieradło z piersi dziewczyny.
- Zajrzyjcie - mówi.
Wicedyrektor Jones i ja podchodzimy do stołu od strony głowy. Widzę małe
piersi z brązowymi sutkami, płaski brzuch, którego zazdrościłabym jej,
gdyby żyła. Przesuwam wzrokiem po młodym ciele i bezceremonialnie
docieram do okolic łonowych. To jedno z upokorzeń, jakie muszą znosić
zmarli. Zszokowana zatrzymuję wzrok.
- Ona ma penisa - wykrztuszam.
Wicedyrektor Jones nie mówi nic.
Dyrektor Rathburn opuszcza prześcieradło. Robi to delikatnie, niemal
ojcowskim gestem.
- Smoky, to Lisa Reid. Mówi ci coś to nazwisko?
Marszczę czoło, próbując doszukać się jakichś skojarzeń. Mam tylko
jedno, takie które uzasadnia obecność dyrektora.
- Kongresman z Teksasu Dillon Reid?
- Właśnie. Lisa urodziła się jako Dexter Reid. Pani Reid poprosiła
właśnie o ciebie. Zna twoją... historię.
Śmieszy mnie jego zakłopotanie, ale nie daję tego po sobie poznać.
Trzy lata temu ze swoim zespołem ścigałam seryjnego zabójcę, prawdziwego
psychopatę o nazwisku Joseph Sands. Deptaliśmy mu już po piętach, kiedy
pewnej nocy włamał się do mojego domu. Przywiązał mnie do łóżka i wielokrotnie zgwałcił. Lewą stronę mojej twarzy okaleczył nożem
myśliwskim, wyrył na niej swój ślad, okradł mnie z piękna i na zawsze
zostawił trójwymiarową mapę bólu.
Blizna zaczyna się pośrodku czoła, na linii włosów. Potem biegnie w dół,
do brwi, następnie odbija w lewo pod kątem niemal prostym. Nie mam lewej
brwi, zamiast niej ciągnie się blizna. Wyboistą ścieżką przecina skroń,
wygina się leniwym łukiem po policzku. Potem wraca do nosa, sięga
odrobinę w prawo, by wrócić na lewą stronę i po przekątnej pobiec przez
nozdrze do szczęki, a wreszcie wzdłuż szyi aż do mostka.
Mam jeszcze jedną bliznę, prostą i doskonałą, idącą spod lewego oka do
kącika ust. To podarunek od kolejnego szaleńca. Zmusił mnie, bym się
okaleczyła, podczas gdy on patrzył i się uśmiechał.
Te dwie blizny są widoczne. Pod kołnierzem bluzki są jeszcze inne. To
dzieło noża Sandsa i rozżarzonego koniuszka cygara. Tamtej nocy
straciłam twarz, ale Sands ukradł mi znacznie więcej. Był nienasyconym
złodziejem i interesowały go tylko cenne rzeczy.
Miałam męża, pięknego mężczyznę o imieniu Matt. Sands przywiązał go do
krzesła i kazał mu patrzeć, jak mnie gwałci i torturuje. Potem zmusił
mnie, bym oglądała, jak torturuje i morduje mojego Matta. Oboje
krzyczeliśmy, a w końcu Matt umarł. Krzyk był ostatnią rzeczą, którą
przeżyliśmy wspólnie.
Sands ukradł mi coś jeszcze, i to była najgorsza strata. Moją
dziesięcioletnią córkę Alexę. Udało mi się uwolnić i rzucić na Sandsa z bronią. Kiedy pociągnęłam za spust, zasłonił się Alexą. Zabiła ją kula
przeznaczona dla niego. Wpakowałam w Sandsa resztę magazynka, potem
krzycząc, przeładowałam broń, żeby zrobić to jeszcze raz. Gdyby mnie nie
powstrzymali, strzelałabym do niego do końca świata.
Przez następne pół roku chwiałam się na krawędzi życia i samobójczej
śmierci, pogrążona w szaleństwie i rozpaczy. Chciałam umrzeć i pewnie
bym zginęła, ale ocalił mnie ktoś, kto umarł przede mną.
Pewien szaleniec zamordował moją najlepszą przyjaciółkę z liceum, Annie
King, tylko po to, żebym zaczęła go ścigać. Zgwałcił Annie bez zahamowań
i wypatroszył ją niczym wprawny rybak. Kiedy to zrobił, przywiązał do
zwłok ofiary jej dziesięcioletnią córkę Bonnie. Dziewczynka przeleżała
tak trzy dni, nim ją odnaleziono. Trzy dni twarzą w twarz z matką,
której wycięto wnętrzności.
Spełniłam życzenie szaleńca. Dopadłam go i zabiłam bez najmniejszego
poczucia winy. Kiedy było już po wszystkim, odechciało mi się umierać.
Okazało się, że Annie zostawiła mi Bonnie. Ten związek był skazany na
porażkę - ja ledwo się trzymałam, a Bonnie po koszmarze, jaki przeszła,
przestała mówić. Ale los czasami płata figle. Przekleństwo może okazać
się błogosławieństwem. Każda z nas przeżyła piekło, ale nawzajem
pomagałyśmy sobie leczyć rany. Bonnie zaczęła znów mówić dwa lata temu,
a ja cieszę się życiem, choć kiedyś myślałam, że nie doznam już takiego
uczucia.
Pogodziłam się ze swoim okaleczeniem. Nigdy nie uważałam się za
piękność, ale kiedyś byłam ładna. Mam zaledwie metr czterdzieści siedem,
kręcone ciemne włosy do ramion, "cycki na dwa kęsy", jak mawiał mój mąż,
i tyłek nieco większy, niżbym chciała, ale na swój sposób atrakcyjny.
Zawsze czułam się dobrze we własnej skórze. Po tym, co zrobił mi Sands,
kuliłam się, ilekroć spojrzałam w lustro. Bezpośrednio po jego ataku
zaczesywałam włosy na twarz, starając się ją ukryć. Dziś wiążę je w koński ogon, śmiało odsłaniając twarz. Niech ludzie na mnie patrzą, a jeśli im się nie podoba, to "niech ich jasna cholera", jak mawiał mój
tato.
To wszystko - tę moją historię, jak określił to dyrektor - opisano w różnych gazetach, co wśród ludzi dobrych i złych przysporzyło mi sporo
sławy.
Z tego powodu w FBI nie zajdę już wyżej. Kiedyś byłam kandydatką na
stanowisko wicedyrektora. Ale już nie jestem. Poorana bliznami twarz
przystoi myśliwemu albo nauczycielowi myśliwych (oferowano mi posadę
wykładowcy w Quantico, ale odmówiłam), ale nie oficjalnemu
przedstawicielowi Biura. Fotografie z prezydentem? Nie ma mowy.
Pogodziłam się z tym już kilka lat temu. Nie powiem, że praca mnie
cieszy - to niewłaściwe słowo. Ale czuję dumę, że jestem dobra w tym, co
robię.
- Rozumiem - odpowiadam. - Dlaczego się pan zgodził?
- Kongresman Reid przyjaźni się z prezydentem. Prezydent kończy właśnie
drugą kadencję. Reid to główny kandydat do nominacji ze strony
demokratów, o czym zapewne wiesz.
- Partia prezydenta Allena. - Wicedyrektor Jones podpowiada mi rzecz
oczywistą.
Kawałki układanki zaczynają do siebie pasować. Nazwisko, o którym
wspomniał dyrektor, to, którego wicedyrektor Jones nie mógł zignorować,
to nazwisko prezydenta. A Dillon Reid nie tylko jest przyjacielem
prezydenta, ale być może zostanie kolejnym prezydentem.
- Nie miałam pojęcia - mruczę.
Dyrektor unosi brwi.
- Nie wiedziałaś, że Dillon Reid to pewniak do nominacji z ugrupowania
demokratów? Nie oglądasz telewizji?
- Nie. Pełno tam złych wiadomości, więc po co to oglądać?
Dyrektor patrzy na mnie szczerze zdumiony.
- Nie mówię, że nie chodzę na wybory - dodaję. - Kiedy zbliża się
właściwa pora, szukam informacji o kandydatach i ich planach. Po prostu
nie interesują mnie przedbiegi.
Wicedyrektor Jones uśmiecha się pod nosem. Dyrektor kręci głową.
- Ale skoro już wiesz, to słuchaj uważnie - mówi.
Koniec pogaduszek, czas wydawać rozkazy.
- Nie pozwól, żeby na wynik śledztwa miały wpływ polityka albo
polityczne kunktatorstwo. Masz działać rozważnie i dyskretnie.
Poinformuję cię o pewnych ważnych faktach. Masz zatrzymać te wiadomości
wyłącznie dla siebie. Nie możesz ich spisać ani na papierze, ani w e-mailu. Jeśli przekażesz te fakty członkom swojego zespołu, musisz
dopilnować, żeby trzymali gęby na kłódkę. Zrozumiano?
- Tak jest - odpowiadam.
Wicedyrektor Jones kiwa głową.
- Dziecko transseksualista to polityczna bomba dla każdego, a już
zwłaszcza dla demokratycznego kongresmana ze stanu, w którym od lat
dominują republikanie. Reidowie rozbroili tę bombę, zrywając wszelkie
związki z synem. Nie wydziedziczyli go, ale ilekroć ktoś pytał, jasno
dawali do zrozumienia, że Dexter nie jest mile widziany w rodzinnym
domu, póki będzie dążył do zmiany płci. Przez jakiś czas było o tym
głośno, ale na tym się skończyło.
- Tyle że to było mydlenie oczu, prawda? - odezwał się wicedyrektor
Jones.
Zerkam na niego zdziwiona. Dyrektor Rathburn kiwa głową.
- Prawda jest taka, że Reidowie kochali syna. Mieli gdzieś, czy jest
gejem, transseksualistą, czy nawet Marsjaninem.
Teraz wszystko rozumiem.
- Dofinansowali mu operację zmiany płci, tak?
- Właśnie. Oczywiście nie bezpośrednio, ale zapewniali Dexterowi
pieniądze, ilekroć ich potrzebował, wiedząc, że wykorzysta je do zmiany
płci. Dexter potajemnie spędzał też z Reidami każde Boże Narodzenie.
Kręcę głową z niedowierzaniem.
- Czy to kłamstwo jest naprawdę takie ważne?
Dyrektor uśmiecha się do mnie jak do dziecka, które właśnie zaskoczyło
dorosłego naiwnością. Ona jest taka milusia!
- Nie zauważyłaś, że w tym kraju trwa wojna kulturowa? Na niektórych
obszarach Południa wrze dziesięciokrotnie silniej niż gdzie indziej. To
kłamstwo może kosztować Reida prezydenturę. Więc owszem, jest ważne.
Zastanawiam się nad tym.
- Rozumiem - mówię - ale mam to gdzieś.
Dyrektor Rathburn marszczy czoło.
- Agentko Barrett...
- Chwileczkę, szefie. Nie mówię, że nie dochowam tajemnicy. Chodzi mi
tylko o to, że nie zrobię tego dlatego, że kongresman Reid chce być
prezydentem Reidem. Mam to gdzieś. Dochowam jej dlatego, że chce tego
rodzina, która straciła syna. - Wskazuję głową ciało Lisy. - A przede
wszystkim dlatego, że Lisa najwyraźniej sama chciała zachować to dla
siebie.
Dyrektor patrzy na mnie przez dłuższą chwilę.
- Niech i tak będzie - odpowiada i kontynuuje: - Z rodziną masz się
kontaktować przez panią Reid. Jeśli będziesz musiała porozmawiać z kongresmanem, ona to załatwi. O pozwolenie na przeszukanie apartamentu
Lisy także zwracaj się do pani Reid. Od kongresmana trzymaj się jak
najdalej, chyba że nie będziesz miała innego wyjścia.
- A co będzie, jeśli dowody wskażą na samego kongresmana? - pytam.
Uśmiecha się bez śladu rozbawienia.
- Wtedy będę miał pewność, że nie poddasz się presji politycznej.
- Kto weźmie na siebie media? - pyta wicedyrektor Jones.
- Ja się nimi zajmę. Nie chcę, żeby którekolwiek z was rozmawiało z prasą, koniec kropka. Jeśli ktoś was zapyta, odpowiadacie "bez
komentarza". - Spogląda na mnie. - Smoky, dotyczy to zwłaszcza agentki
Thorne.
Mówi o Callie Thorne z mojego zespołu. Callie słynie z tego, że zawsze
mówi to, co myśli, i wtedy, kiedy chce.
Uśmiecham się do niego.
- Proszę się nie martwić, szefie. Ma na głowie inne sprawy.
- To znaczy?
- Za miesiąc wychodzi za mąż.
Dyrektor aż przysiada.
- Naprawdę?
Callie zyskała sławę seryjnej łowczyni męskich serc. Przywykłam już do
zdziwienia, jakie wywołuje informacja o ślubie.
- Owszem, szefie.
- Świat jest pełen niespodzianek. Przekaż jej moje gratulacje. Ale i tak
pilnuj, żeby trzymała buzię na kłódkę. - Zerka na roleksa. - Teraz
zabiorę was na spotkanie z panią Reid. Koroner powinien zjawić się lada
chwila. Wyniki sekcji trafią do mnie i do twojego zespołu, i do nikogo
więcej. Jakieś pytania?
Wicedyrektor Jones kręci głową.
- Nie, szefie - odzywam się - ale wydaje mi się, że powinnam porozmawiać
z panią Reid sama. Jak matka z matką.
Marszczy czoło.
- Wyjaśnij, o co chodzi.
- Statystycznie mężczyźni mają gorszy stosunek do transseksualistów niż
kobiety. Nie mówię, że kongresman nie kochał swego syna, ale jeśli Lisa
wolała bardziej któreś z rodziców, to założę się, że matkę. - Przerywam.
- Wydaje mi się też, że poprosiła o mnie jeszcze z innego powodu.
- Czyli?
Spoglądam na Lisę. Teraz symbolizuje nową tajemnicę, tę, którą ujawniają
zmarli, tę, o której wiedzą starzy, a młodzi wolą nie wiedzieć: życie
jest cholernie krótkie, niezależnie ile trwa.
Uśmiecham się do niego kwaśno.
- Ja również straciłam dziecko. Do tego klubu należą nieliczni.
Rozdział 2
2
Obserwuję samochód, który zajeżdża na zaplecze kostnicy. Rzecz jasna
czarny, ulubiony kolor rządu i jego funkcjonariuszy. Prawie krzepiąca
jest ta niezmienność barwy. Szyby z tyłu są zaciemnione, by nikt
postronny nie mógł zajrzeć do środka.
Jest wpół do piątej po południu i zmierzch zaczyna podchodzić do okien.
Ta część Wirginii leży tuż obok waszyngtońskiej metropolii, a mimo to
zachowała własną tożsamość. Jest tu ciszej niż w stolicy i choć może to
złudne, ma się poczucie bezpieczeństwa. Przemieszana zabudowa miejska i podmiejska stwarza iluzję wygody. Tak jak w wielu miejscach na Wschodnim
Wybrzeżu, tutejsza architektura ma pewien ciężar gatunkowy, w niepowtarzalny sposób łączy charakter i historię.
Jest koniec września, jakiego nigdy nie zobaczę na Zachodnim Wybrzeżu.
Powietrze aż szczypie w skórę, zapowiadając śnieżną zimę. Nie tak ostrą
jak w Buffalo czy Nowym Jorku, ale na pewno nie takie byle co, jak w Kalifornii.
Wszędzie rosną drzewa, młode i stare. Ich liczba to najlepszy dowód, że
w tym mieście dba się o roślinność, i teraz rozumiem dlaczego. Jesień to
najpiękniejsza pora roku w Alexandrii w stanie Wirginia. Liście mienią
się wszystkimi kolorami i wyglądają po prostu oszałamiająco.
Samochód staje, otwierają się drzwi i wsiadam do środka. Czas skupić się
na tym, po co tu jestem.
Dyrektor opowiedział mi kilka podstawowych rzeczy o Rosario Reid.
- Ma czterdzieści osiem lat. Urodziła Dextera jako
dwudziestosześciolatka, rok po tym, gdy wyszła za kongresmana. Znali się
jeszcze z liceum, ale ślub wzięli dopiero kilka lat po ukończeniu
studiów.
Jej pradziadek przyjechał do Stanów z Meksyku i zbudował w Teksasie małe
imperium hodowli bydła. A działo się to w czasach, kiedy Meksykanom nie
było tam łatwo. Zdaje się, że przekazał ten upór w genach swoim potomkom
- pani Reid to twarda sztuka. Ukończyła studia prawnicze na Harvardzie i lubi skakać do gardła. Kiedy pan Reid stał się politykiem, pani Reid
zajęła się obroną słabszych. Wygrała wiele głośnych spraw, których
szczegółów nie znam, ale we wszystkich dostało się różnym koncernom
nadużywającym swojej pozycji. Kiedy Reid postanowił wystartować w wyborach do Kongresu, jego żona zwinęła prawniczy kramik i pokierowała
jego kampanią. - Dyrektor pokręcił z podziwem głową. - Smoky, dobrze
poinformowani ludzie z Waszyngtonu twierdzą, że lepiej nie wchodzić jej
w drogę. To jedna z najmilszych kobiet, jakie znam, ale potrafi być
bezwzględna, kiedy ktoś zaczyna bruździć jej mężowi.
Wszystko to wydaje mi się intrygujące, nawet godne podziwu, ale znani
ludzie szybko potrafią zmienić się w półherosów, jeśli tylko im na to
pozwolimy. Sama chcę wyczuć Rosario Reid, bo kiedy zrozumiem matkę,
łatwiej mi będzie zrozumieć jej dziecko. Muszę przekonać się, czy i jak
bardzo będzie mnie okłamywać, a jeśli rzeczywiście skłamie, to dlaczego?
Z miłości do dziecka? Dla doraźnych celów politycznych? Bez powodu?
Pani Reid wita mnie skinieniem głowy, kiedy zamykam drzwi auta. Puka w szybę oddzielającą nas od szofera i wciska guzik, który, jak
przypuszczam, wyłącza interkom. Limuzyna rusza, a my przez chwilę
przyglądamy się sobie.
Rosario Reid jest niewątpliwie atrakcyjną kobietą. Ma klasyczne rysy
inteligentnej latynoskiej piękności, wyrafinowane, ale też zmysłowe.
Jako kobieta widzę, że zadała sobie trud, żeby nieco stłumić to piękno.
Ma krótkie włosy i zupełnie prostą fryzurę. Nie ufarbowała nawet siwych
pasemek. Nie pogrubiła rzęs mascarą. Syn odziedziczył po niej pełne
usta, ale Rosario użyła konturówki, żeby za bardzo nie kusiły. Ma na
sobie prostą białą bluzkę, granatowy żakiet i dopasowane granatowe
spodnie. Wszystko doskonale uszyte, ale erotycznie wyciszone.
Te powierzchowne obserwacje dowodzą jej politycznego doświadczenia i wiele mówią o lojalności wobec męża. Rosario robi coś wręcz przeciwnego
niż większość kobiet. Ogranicza własną zmysłowość, za to wzmacnia piękno
nutą profesjonalizmu. Zamiast jedwabiu, tweedowe garsonki.
Dlaczego? Żeby nie drażnić żeńskiej części Kongresu. Potężne kobiety
bywają atrakcyjne, ale nigdy zmysłowe czy seksowne. Nie wiem, czemu tak
jest, ale ja również to czuję. Kobiecie na wysokim stanowisku zaufam
bardziej, jeśli wygląda jak Rosario niż jak modelka bielizny Victoria's
Secret.
Sama nie wiem dlaczego.
Pani Reid jest też silna. Zachowuje spokój, ale widzę wyraźnie ogrom
rozpaczy w jej oczach. Nie płacze publicznie. Ta kobieta przeżywa żałobę
w samotności, to kolejne, co nas łączy, poza tym, że obie straciłyśmy
dziecko.
Pierwsza przerywa milczenie.
- Dziękuję, że pani przyjechała, agentko Barrett. - Mówi cichym,
opanowanym głosem, ani niskim, ani wysokim. - Wiem, że to niecodzienna
sytuacja. Od lat staram się nie wykorzystywać swojej pozycji politycznej
na potrzeby prywatne. - Wzrusza ramionami. Rozpacz dodaje temu gestowi
przerażającej elegancji. - Moje dziecko nie żyje. Pozwoliłam sobie na
wyjątek.
- Na pani miejscu zrobiłabym to samo, pani Reid. Przykro mi z powodu
tego, co panią spotkało. Zdaję sobie sprawę, że to frazes, i wiem, że w tych warunkach niewystarczający, ale naprawdę mi przykro. Dexter... -
Przerywam i marszczę brwi - Przepraszam, ale nie za bardzo wiem, jakiego
zaimka używać. "On" czy "ona"? Mam mówić Dexter czy Lisa?
- Lisa przez całe życie pragnęła być kobietą. Traktujmy ją jak kobietę,
tyle przynajmniej możemy dla niej zrobić po śmierci.
- Oczywiście, proszę pani.
- Darujmy sobie te formalności, dobrze, Smoky? Obie jesteśmy tylko
matkami, które straciły dzieci. Jesteśmy tylko my dwie, wokół nie ma
żadnych facetów, którzy muszą się puszyć jak pawie i prężyć muskuły. -
Przerywa i wbija we mnie wzrok. - Musimy obie ruszyć głową i wziąć się
do czarnej roboty. Szybciej nam pójdzie, gdy oszczędzimy sobie
uprzejmości i przejdziemy na ty, nie sądzisz?
To my, kobiety, składamy dzieci do grobu, to my ciągniemy suknie po
cmentarnym piachu - to właśnie mówi mi żona Reida.
- W porządku, Rosario.
- Świetnie. - Widzę, jak taksuje wzrokiem moje blizny. - Czytałam, przez
co przeszłaś. W gazetach i w ogóle. Od lat cię podziwiam.
Mówi to, patrząc mi prosto w oczy. Na widok blizn nie drgnie jej nawet
powieka. Jeśli w ogóle ją krępują, skrywa to lepiej niż dyrektor FBI.
Pochylam głowę do Rosario w geście podziękowania.
- Dziękuję, ale nie ma czego podziwiać, po prostu mnie nie zabili.
Marszczy brwi.
- Jesteś zbyt surowa. Przetrwałaś. Wróciłaś do pracy, która naraziła cię
na to wszystko. I nadal świetnie ją wykonujesz. Nadal mieszkasz w domu,
gdzie wszystko się zdarzyło, i to akurat rozumiem. Na pewno wielu ludzi
tego nie pojmuje, ale ja tak. - Uśmiecha się smutno. - Ten dom to twoje
drzewo, miejsce, gdzie zapuściłaś korzenie. Tam urodziła się twoja
córka, i to wspomnienie jest silniejsze niż wszystkie bolesne sprawy,
prawda?
- Zgadza się - odpowiadam cicho.
Oczarowała mnie ta kobieta. Lubię ją. Jest szczera. Przenikliwość wiele
mówi o jej charakterze. To ktoś, kto rozumie, że rodzina to dom, że dom
to rodzina, że to dach chroniący nas przed światem. Miłość to spoiwo,
ale istotą rzeczy jest ciąg przeżywanych wspólnie chwil.
Jedziemy leniwym tempem dookoła kostnicy. Znów spoglądam na mieniące się
kolorami liście. Drzewa wyglądają, jakby płonęły.
- Podobnie jak ty - mówi Rosario, nie odrywając wzroku od widoku za
oknem - wyszłam za faceta, z którym całowałam się w liceum. Widziałaś
zdjęcia mojego Dillona?
- Tak. Przystojniak.
- Wtedy też był przystojny. I taki młody. To moja pierwsza miłość. -
Zerka na mnie i uśmiecha się lekko. Przez krótką, króciuteńką chwilę mam
wrażenie, jakby znów miała osiemnaście lat. - Moje pierwsze wszystko.
Odwzajemniam uśmiech.
- Tak jak mój Matt.
- Jesteśmy wymierającym gatunkiem, Smoky. Kobiety, które wychodzą za
swoich chłopaków z liceum, które potrafią zliczyć kochanków na palcach
jednej ręki. Jak ci się wydaje, lepiej nam z tym czy gorzej?
Wzruszam ramionami.
- Wydaje mi się, że szczęście to najbardziej osobista rzecz na świecie.
Nie wyszłam za Matta po to, żeby udowadniać swoją wierność czy coś
takiego. Wyszłam za niego, bo go kochałam.
Coś w moich słowach burzy nieco jej opanowanie. Oczy wilgotnieją, ale
nie płyną z nich łzy.
- Wspaniale to ujęłaś. Tak. Szczęście to rzeczywiście osobista rzecz.
Moja córka mogłaby się pod tym podpisać. - Odwraca się i siada twarzą do
mnie. - Wiesz, że osoby zmieniające płeć są narażone na więcej zagrożeń
niż inne dyskryminowane mniejszości? Padają ofiarami brutalnych
przestępstw popełnianych z nienawiści częściej niż geje, muzułmanie,
Żydzi czy Afroamerykanie.
- Tak, wiem.
- I mają tego świadomość, Smoky. Chłopcy i mężczyźni, którzy zostają
kobietami, dziewczęta i kobiety, które stają się mężczyznami, wszyscy
oni wiedzą, że będą zastraszani, nienawidzeni, może nawet pobici albo
zamordowani. A jednak to robią. Wiesz dlaczego? - Ręce jej drżą i zaciska je na kolanach. - Robią to, bo nie ma innego sposobu, by byli
szczęśliwi.
- Opowiedz mi o Lisie - zachęcam ją.
Na pewno ma na to ochotę. Po to tu jestem. Chce, żebym zobaczyła Lisę,
żebym przejęła się jej losem. Chce, żebym zrozumiała, co straciła, i żebym to poczuła.
Zamyka na chwilę oczy. Kiedy znów je otwiera, widzę w nich miłość. To
silna kobieta i kochała swoje dziecko całym sercem.
- Najpierw będę używać imienia Dexter, bo tak to się wszystko zaczęło.
Dexter był miłym, pięknym chłopcem. Wiem, że wszystkim rodzicom wydaje
się, że ich pociechy to aniołki, ale Dexter naprawdę był złotym
dzieckiem. Niski i drobny, ale nie słaby. Delikatny, ale nie naiwny.
Rozumiesz?
- Tak.
- Stereotypowo odbierano go jako synka mamusi i do pewnego stopnia była
to prawda, ale nie trzymał się mojej spódnicy. Zachowywał się jak każdy
chłopiec - biegał po dworze w słońcu, broił jak wszyscy. Grał w małej
lidze baseballu, kiedy miał dziesięć lat, zaczął uczyć się gry na
gitarze, raz czy dwa pobił się z silniejszymi chłopakami. Nie było
powodu myśleć czy spodziewać się, że nie wyrośnie na wspaniałego
mężczyznę. Rzadko kiedy musiałam zwracać się do niego oboma imionami i nazwiskiem.
Rosario zakłada, że wiem, o czym mówi, i ma rację. Wiedzą to wszystkie
matki. Każde dziecko rozumie, że kiedy mama zwraca się do niego z imienia i z nazwiska, oznacza to kłopoty. A kiedy na dodatek używa obu
imion, to znak, że jest naprawdę rozgniewana. To znak, że dziecko
musiało naprawdę mocno nabroić. Wtedy najlepiej zaszyć się w ciemnym
kącie.
Patrzy na mnie.
- Ile lat miała twoja córka, kiedy zmarła?
- Dziesięć.
- Wspaniały wiek. Wtedy dzieci jeszcze nic przed nami nie ukrywają. -
Wzdycha, ale jest w tym więcej tęsknoty niż smutku. - Wydawało mi się,
że znam Dextera na wylot, ale oczywiście żadna matka nie wie
wszystkiego, kiedy dziecko wchodzi w wiek dojrzewania. Syn zaczyna się
wtedy oddalać. Jest przerażony, że matka może się dowiedzieć, jak się
masturbuje, myśląc o kobietach... Matka to przecież też kobieta. Byłam na
to przygotowana, takie jest przecież życie, ale sekrety Dextera okazały
się inne, niż przypuszczałam.
- Jak się o tym dowiedziałaś? Że ma problem? - Gryzę się w język. -
Przepraszam... może nie powinnam mówić o tym "problem"?
- To zależy. Dla tych, którzy są przeciwni transseksualistom, problemem
jest sama zmiana płci. Dla transseksualistów problemem jest to, że ich
ciało nie pasuje do wewnętrznej tożsamości seksualnej. Tak czy siak,
myślę, że "problem" to właściwe słowo. A odpowiadając na twoje pytanie,
Dexter prawdopodobnie nie czuł się dobrze jako chłopiec od bardzo dawna.
Po raz pierwszy zaczął... eksperymentować jako czternastolatek.
- W jaki sposób eksperymentować?
Znów widzę, jak drżą jej ręce, jak dłonie szukają się nawzajem na
kolanach. Przez chwilę Rosario milczy, targają nią emocje.
- Przepraszam - odzywa się. - Po prostu... osobowość Dextera, to wszystko,
co w nim tak uwielbiałam, ujawniało się tak wyraźnie w sposobie, w jaki
zaczął badać własną tożsamość płciową. Mam na myśli staniki i majtki.
- Nosił je?
- Tak. Pewnego popołudnia znalazłam je zakopane głęboko na dnie jego
szuflady z bielizną. Początkowo uznałam, że to moje, ale nie były moje.
Właśnie to mam na myśli, mówiąc o jego osobowości. Dexter dostawał
kieszonkowe, dorabiał też w okolicy. Kosił trawniki i tak dalej. Kupował
sobie bieliznę za własne pieniądze. Rozumiesz? Miał czternaście lat, nie
mógł się pogodzić z tym, co się dzieje. Z późniejszych rozmów wiem, że
czuł się winny, brudny - ale uważał, że po prostu nie może podkradać
moich rzeczy. Uważał, że jedyne honorowe wyjście to wyprawa do
supermarketu i zakup tego wszystkiego za własne pieniądze. Później mówił
mi, że był tym bardzo zażenowany, ale kwestie dobra i zła traktował
śmiertelnie poważnie.
Wyobrażam to sobie. Młody, szczupły chłopiec kupuje kobiece majtki i stanik, płonie rumieńcem, stojąc przy kasie. Zrobił to, bo nie wolno
kraść rzeczy matki.
Wyobrażam sobie samą siebie jako czternastolatkę. Czy na jego miejscu
byłabym równie stanowcza? Lepsze zażenowanie niż plama na honorze?
No nie, nie ma mowy. Mama straciłaby komplet bielizny.
- Rozumiem - mówię do Rosario. - Co się stało potem?
Krzywi się.
- Potem były trzy okropne lata. Musisz zrozumieć, że pochodzę z rodziny
meksykańsko-amerykańskiej. Katolickiej, i to bardzo konserwatywnej. Z drugiej strony, byłam prawniczką, przywykłam do reguł i struktur oraz do
dochowywania tajemnicy. Przede wszystkim zachowałam wszystko tylko dla
siebie.
- To zrozumiałe.
- Właśnie. Trochę trwało, nim wydobyłam to z niego. Mówiąc szczerze,
wtedy jeszcze Dexter nie do końca wiedział, co się z nim dzieje. Był
zmieszany i próbował to zrozumieć. Powiedział mi, że czasami czuje się
dziwnie, na przykład, kiedy patrzył w lustro, chciał w nim widzieć ciało
kobiety, nie mężczyzny. Byłam zszokowana. Skonfiskowałam mu damską
bieliznę i natychmiast wysłałam do psychologa.
- Ale zmiany postępowały.
- Psycholog stwierdził, że Dexter cierpi na dysforię płciową, czyli
syndrom zaburzenia tożsamości płciowej. Cała ta medyczna nowomowa
oznacza tyle, że Dexter silnie identyfikuje się z płcią przeciwną.
- Znam to zjawisko. Może przyjmować formę od lekkiej obsesji aż po
pewność, że jest się osobą płci przeciwnej uwięzioną w niewłaściwym
ciele.
- Zgadza się. "Leczył" Dextera. Chciał w terapii wykorzystać nawet
psychotropy, ale mu zakazałam. Dexter był bystry, rozważny, czujny,
miły, piątkowy uczeń, który nigdy nie popadł w konflikt z prawem, po
diabła więc faszerować go narkotykami? - Macha ręką. - Wszystko na nic.
Terapia sprowadziła się do przypięcia etykietki i pracy z Dexterem, by
sprzeciwiał się obsesji. Nic to nie dało.
- Kiedy zdecydował się na zmianę płci?
- Och, powiedział mi o tym, kiedy miał dziewiętnaście lat. Ale myślę, że
decyzję podjął wcześniej. Po prostu zastanawiał się, jak to zrobić, żeby
jak najmniej zaszkodzić ojcu i mnie. Zresztą wcale mu tego nie
ułatwiliśmy. - Kręci głową. - Dillon się wściekł. Ukrywaliśmy to przed
nim przez tyle lat, a on tak bardzo lubił tę zabawę w politykę.
Zaślepiło go to w najgorszy sposób.
- Jak zniósł to Dexter?
Uśmiecha się.
- Zachował spokój. Spokój i opanowanie. Nic nie mówił, ale był jak
skała. - Wzrusza ramionami. - Postanowił i już. Miał w sobie stanowczość
ojca.
I twoją, myślę w duchu.
- Mów dalej.
- Powiedział nam, że rozumie, iż będzie to dla nas problematyczne,
zwłaszcza dla ojca, więc jedynym wyjściem miało być publiczne
wydziedziczenie go. Mówił, że bardzo zależy mu na tym, żeby ta decyzja
jak najmniej nam zaszkodziła. Wyobrażasz sobie? - W jej głosie słychać
żal i podziw. - Pamiętam, jak to mówił: "Tato, to, co robisz, jest
bardzo cenne. Pomagasz wielu ludziom. Nie chcę, żebyś przeze mnie z tego
rezygnował. Ale ja też nie zrezygnuję dla ciebie ze swoich planów. To
najlepszy kompromis". Myślę, że to dotarło do Dillona. To, że syn
zdecydował się na publiczne potępienie, byle ojciec mógł robić nadal to,
co uwielbiał. Nie mówię, że poszło jak z płatka, ale...
- Dexter go przekonał.
- Tak. - Patrzy na mnie i widzę w jej twarzy bardzo głęboki ból z domieszką żalu, a może i żalu do samej siebie. - Pominę szczegóły.
Ważne, że jak przystało na porządną rodzinę polityków, zrobiliśmy to, co
zaproponował Dexter. Założyliśmy specjalny fundusz, a on się
wyprowadził. Kiedy zaczął naprawdę żyć jako kobieta... Wiesz, jak
wygląda ta część procesu?
- Aby uzyskać zgodę na operację zmiany płci, trzeba przeżyć rok jako
osoba tej płci, którą chce się przyjąć. Mniej więcej tak?
- Dokładnie tak. Nie można poddać się żadnym ingerencjom chirurgicznym,
dopóki nie przeżyje się pełnego roku jako kobieta lub mężczyzna. W przypadku Dextera oznaczało to chodzenie do pracy w kobiecym ubraniu,
prowadzenie życia towarzyskiego jako kobieta itd. W ten sposób człowiek
nabiera pewności, czy rzeczywiście chce zmienić płeć.
- To rozsądne podejście.
- Też tak sądzę. Dexter również był tego zdania. Kiedy to się zaczęło,
wydaliśmy wycyzelowane co do słowa oświadczenie. O tym, że nadal kochamy
naszego syna, ale nie możemy pogodzić się z jego wyborem. To był
majstersztyk oszustwa. - Przerywa, szukając słów. - Nie pochodzisz z Południa, Smoky, więc chyba nie jesteś w stanie w pełni zrozumieć, jak
głębokie są tu podziały. Nie zrozum mnie źle, w Teksasie mieszka wielu
liberalnych intelektualistów, ale nie sądzę, by stanowili większość.
- Rozumiem.
Kręci głową.
- Nie. Masz tylko blade pojęcie, zapewne stereotypowe. Nie sądzę, byś
zrozumiała to w pełni, bo się tu nie wychowałaś. Zapewne wyobrażasz
sobie żujących tytoń wieśniaków ze stojakiem na dubeltówki na pace
pikapa. Owszem, mieszkają tu i tacy, ale obraz całości komplikuje się o wiele bardziej, kiedy widzisz świetnie wykształconą, bardzo inteligentną
i miłą osobę, która bez zmrużenia oka głosi wszem wobec, że
homoseksualizm to obrzydliwość. I ta osoba ma przyjaciela, najlepszego
przyjaciela, z którym wychowała się od dziecka, a który uważa, że geje
powinni mieć więcej praw. Te dwie osoby mimo tych różnic wciąż są
przyjaciółmi, dobrymi przyjaciółmi. - Unosi brew. - Ale co by było,
gdyby ów liberalny przyjaciel okazał się gejem? Co to, to nie. Albo
transseksualistą? Mój Boże. Toż to wybryki natury, zapewne dla obu
przyjaciół z tego przykładu. Poczyniliśmy na Południu wielkie postępy i uwielbiam to miejsce. To mój dom. Ale Południe ma swoje przyzwyczajenia,
które opierają się wielkim zmianom.
- Rozumiem.
- Tymczasem - mówi dalej Rosario - jak wiesz, Dexter wciąż odwiedzał nas
w święta, ale w tajemnicy. - Milknie na chwilę. - Przerażające, nie
uważasz? Dziecko przegrało z zawodowymi ambicjami.
Zastanawiam się nad tym. Ta kobieta zasługuje na szczerą odpowiedź, a nie na jakąś płytką i sprytną ripostę.
- Myślę - odzywam się ostrożnie - że każde inne rozwiązanie
skrzywdziłoby Dextera. Czuł, że musi to zrobić, ale obawiał się, jak to
wpłynie na karierę twojego męża. Przecież sam zaproponował
"wydziedziczycie mnie publicznie". Czy kiedykolwiek obawiał się, że
któreś z was naprawdę się go wyrzeknie?
Jest zaskoczona tą odpowiedzią.
- Nie. Chyba nie.
- Więc czuł się bezpiecznie, wiedząc, że go kochacie. Nie twierdzę, że
to wyjaśnia wszystko, ale to na pewno coś, Rosario.
Rozpacz czasami bywa prostym uczuciem, ale częściej jest bardzo złożona.
To ciągłe wątpliwości, pytania "co by było gdyby", "gdybym tylko".
Przypomina żal, ale jest znacznie potężniejsza. Może zniknąć w jednej
chwili albo trwać aż do śmierci. Wszystko to widzę w twarzy Rosario i cieszę się, bo to znaczy, że powiedziałam jej prawdę. Kłamstwa czasem
bolą, ale nic nie porusza nas bardziej niż prawda.
Przez dłuższą chwilę próbuje się opanować. Wciąż nie płacze.
- Dexter przetrwał ten rok, i to był koniec Dextera. Umarł syn, odrodził
się jako córka. Naprawdę piękna córka. Lisa kwitła, i w środku, i na
zewnątrz. Zawsze była szczęśliwym dzieckiem, ale teraz wręcz
promieniała. Była... zadowolona. Wcale niełatwo o zadowolenie, Smoky.
Zauważam, z jaką łatwością zaczęła używać imienia "Lisa" i żeńskich
zaimków. Dexter stał się Lisą, nie tylko dla siebie, ale też dla matki.
- Jak na to zareagował kongresman?
- Nigdy do końca się z tym nie pogodził. Ale nie chcę, żebyś pomyślała o nim jako o stereotypowym wsteczniku, Smoky. Dillon kochał Dextera i bardzo, bardzo mocno próbował pokochać córkę. Winą za wszelkie
niepowodzenia w tej kwestii obarczał siebie, nie Lisę.
- Jestem pewna, że Lisa też to rozumiała.
Rosario kiwa głową i uśmiecha się.
- Owszem. Była... szczęśliwa. Hormony zadziałały bardzo dobrze, a Lisa
mądrze zwiększyła sobie piersi, tak by pasowały do jej sylwetki, ani za
duże, ani za małe. Makijaż opanowała w mgnieniu oka, bez wysiłku
poruszała się jak kobieta, miała wyczucie stylu. Nawet lekcje głosu,
które bywają dla niektórych trudne, nie sprawiały jej żadnych trudności.
Mężczyźni mają niższy głos, bo ich struny głosowe wydłużają się w okresie dojrzewania. Tego procesu nie da się odwrócić, więc mężczyźni,
którzy stają się kobietami, uczą się jak mówić wyższym głosem.
- Czy zamierzała... zmienić wszystko do końca?
Nie wszyscy transseksualiści decydują się na zmianę genitaliów.
- Nie podjęła decyzji.
- Co Lisa robiła w Teksasie? - pytam. - Rozumiem, że mieszkała tu, w Wirginii. Odwiedzała was?
- Przyjechała na pogrzeb babci. Matki Dillona.
- Czy ty i kongresman braliście udział w pogrzebie?
- Tak. Zorganizowaliśmy małą prywatną uroczystość. Nie prowadzimy na
razie kampanii, więc nie było żadnych mediów. Odbyła się ceremonia i następnego dnia Lisa wróciła do domu. Jutro miała iść do pracy.
- Czym się zajmowała?
- Prowadziła własne biuro podróży. Jednoosobowa firma, ale szło jej
nieźle. Obstawiła zyskowną niszę, organizowała urlopy specjalnie dla
gejów, lesbijek i transseksualistów.
- Miała wrogów? Może wspominała, że ktoś ją prześladuje?
- Nie - odpowiada zdecydowanie Rosario. - Wcale cię nie zbywam, Smoky,
ani niczego nie ukrywam. To była pierwsza rzecz, o jakiej pomyślałam,
ale niczego takiego nie pamiętam.
Ale możesz przeżyć zaskoczenie, myślę.
Wszelkie te nocne tajemnice, wielkie i małe, te, które pukają do drzwi,
kiedy księżyc skrywa się za chmurami - dzieci też je mają, a rodzice
dowiadują się przeważnie ostatni.
- A ty lub kongresman? Domyślam się, że oboje macie wrogów, jak wszyscy
ludzie ze świecznika, ale czy ostatnio albo trochę wcześniej zdarzyło
się wam może coś szczególnego?
- Nie, na pewno nie. Dillon od czasu do czasu dostaje listy od jakichś
wariatów. Czytam je wszystkie, a potem przekazuję do Secret Service.
Ostatni przyszedł sześć czy siedem miesięcy temu. Jakiś pajac groził, że
zabije Dillona siłą swojego umysłu, czy coś w tym stylu. Akurat teraz
nie zajmujemy żadnego kontrowersyjnego stanowiska w dziedzinie
moralności. Rzadko to zresztą robimy. Właśnie unikając takich
konfrontacji, Dillon zdołał utrzymać fotel w Kongresie jako
przedstawiciel teksaskich demokratów.
Zastanawiam się, o co jeszcze mogę ją zapytać, ale nic nie przychodzi mi
do głowy.
Kolejne słowa dobieram szczególnie starannie:
- Rosario, musisz wiedzieć, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby
znaleźć winnego. Nie mogę ci obiecać, że go złapię - już dawno nauczyłam
się, że nie należy składać takich obietnic - ale mój zespół i ja
jesteśmy naprawdę bardzo dobrzy. Aby wykonać swoją pracę, będziemy
potrzebowali dostępu do was. Jestem w stanie zgodzić się na pewne
ustępstwa polityczne, ale tak naprawdę nie pracuję ani dla ciebie, ani
dla twojego męża, lecz dla Lisy.
- Liczy się tylko Lisa.
- Nie próbuję być cyniczna. Chcę tylko, żebyś dobrze wiedziała, jaką mam
hierarchię wartości.
- Ta hierarchia bardzo mi się podoba. - Sięga do kieszeni marynarki i podaje mi kartkę. - To wszystkie moje numery. Dzwoń do mnie w dzień i w nocy z każdą, nawet z najmniejszą sprawą.
Biorę od niej kartkę. Rosario znów puka w szybę, znak, że wracamy do
kostnicy. Słońce zachodzi i krwawe niebo współgra z płonącymi liśćmi na
jesiennych drzewach.
Nadchodzi zima. Zima tutaj jest nieruchoma jak śmierć.
- Mogę cię o coś zapytać, Smoky? - odzywa się Rosario.
- O co tylko zechcesz.
Patrzy na mnie i w końcu widzę łzy. Nie szlocha z żalu, nie wpada w histerię. Z obu jej oczu ciekną po prostu strużki, dowód najgłębszego
bólu.
- Czy to kiedykolwiek mija?
Prawda, prawda, tylko prawda. Ta kobieta nie zasługuje na nic innego.
Więc mówię jej prawdę:
- Nigdy.
Rozdział 3
3
Callie, Alan i James są już w drodze - informuje mnie wicedyrektor
Jones. - Powinni dojechać za kilka godzin.
Stoimy przed salą, gdzie dokonuje się sekcji zwłok, i przez szklaną
ścianę patrzymy, jak koroner kroi ciało Lisy Reid, by pomóc nam złapać
jej zabójcę. To ostateczny gwałt na ofierze. W czasie sekcji ciało nie
ma duszy, ludzka istota zostaje zredukowana do najprostszego składnika:
mięsa.
Jest już po siódmej i zaczynam czuć tęsknotę za domem.
- Dziwnie się tu czuję - mówię.
- Właśnie - odpowiada wicedyrektor Jones. Przez chwilę milczy. - Z moją
drugą żoną zastanawialiśmy się nawet, czy się tu nie przeprowadzić.
- Naprawdę?
- Widziałaś te drzewa? Tu są prawdziwe cztery pory roku. Biała Gwiazdka,
przyroda budząca się do życia na wiosnę. - Wzrusza ramionami. - Miałem
na to ochotę. Ale potem nasze małżeństwo się rozsypało i zapomniałem o tym.
Znów milknie. Tak wyglądają nasze rozmowy. Wydziela mi osobiste
informacje po trochu, znienacka, jak cukierki. Często są słodko-gorzkie,
jak teraz. Kochał kiedyś kobietę, rozmawiali o przeprowadzce gdzieś,
gdzie mogliby grabić liście i lepić bałwany. A teraz przyjechał tu z powodu zwłok. Marzenia ewoluują nie zawsze w dobrą stronę.
- Ten doktor Johnston jest dziwny - mruczę, zmieniając temat.
- Tak.
Doktor Johnston, koroner, ma czterdzieści kilka lat i jest ogromny. Nie
otyły, lecz umięśniony. Ma bicepsy, które ledwo objęłabym dwiema dłońmi.
Nogi ma tak wielkie, że pewnie szyje spodnie na zamówienie. Włosy koloru
jasnoblond strzyże na krótko. Twarz o kwadratowej szczęce nadaje mu
wygląd brutala, do tego wielki nos ze śladami kilku złamań. Żyłka na
czole pulsuje mu jak metronom, fascynująco. Mógłby być zawodowym
kulturystą albo mafijnym specem od mokrej roboty.
Sekcję Lisy przeprowadza z zimną krwią. Umięśnionymi rękoma szybko
rozcina klatkę piersiową. Nawet przez szybę ten dźwięk przyprawia o dreszcze, jakby ktoś rozdeptywał styropianowe kubki. Nie słyszę, co
mówi, ale cały czas dyktuje swoje obserwacje do mikrofonu wiszącego nad
stołem.
- Jak ci poszło z panią Reid? - pyta wicedyrektor Jones.
- Świetnie. Okropnie.
Streszczam mu rozmowę.
- Miałaś rację co do tego, dlaczego poprosiła o ciebie.
- Ano tak.
Johnston pochyla się, żeby spojrzeć na Lisę. Zajrzeć do jej wnętrza.
Widziałam już gorsze rzeczy, ale z jakiegoś powodu czuję się nieswojo.
- Co o tym myślisz, Smoky?
Wiem, o co mnie pyta, czego chce. Chce, żebym zrobiła to, w czym jestem
najlepsza. Żebym wykorzystała swój talent.
Robię to, co robię, bo potrafię zrozumieć tych, których ścigam. To nie
przychodzi od razu, nie jestem jasnowidzem, ale przy odpowiedniej
liczbie danych w końcu pojawia się obraz. Trójwymiarowy. Widać w nim
emocje i rozumowanie. Ale przede wszystkim widać głód. Głód tak silny,
że niemal czuję go w ustach. Ciemny smak tak wyraźny, że prawie
przełykam ślinę.
Pracuję z utalentowanymi ludźmi, jednym z nich jest wicedyrektor Jones.
Pomogli mi rozwinąć ten talent. Zrozumiałam w końcu, że jego istotą jest
umiejętność robienia czegoś zupełnie nienaturalnego - przyglądam się
bliżej temu, od czego normalni ludzie odwracają wzrok.
To jak nurkowanie w ropie. Ten, kto w niej się zanurzy, nie jest w stanie przebić się wzrokiem przez mrok, ale czuje otaczającą go śliską
substancję. Czasami zapuszczam się za głęboko. Czasami przeraża mnie to
w głębi duszy, czasami poznaję w ten sposób własne tajemnice.
Pięć lat temu ścigałam człowieka, który mordował tylko młode piękne
brunetki. Wszystkie do dwudziestu pięciu lat, wszystkie zjawiskowe.
Nawet mnie, kobiecie, wydawały się zmysłowe i piękne, nawet po śmierci.
Stworzone, by zawracać mężczyznom w głowach.
Ich zabójca właśnie tak się czuł. Gwałcił je, a potem zabijał pięściami.
Bił je powoli, metodycznie, w skupieniu, póki nie wyzionęły ducha. To
intymna, bardzo osobista metoda zabójstwa.
Stałam nad jedną z jego ofiar i patrzyłam. Patrzyłam i zobaczyłam go.
Zabójcę. Wpatrywałam się tak długo, aż go poczułam. Działał w gorączce,
wszechogarniającym szale seksualnego pożądania i gniewu. Zdałam sobie
sprawę, że tak naprawdę chce seksu z tymi kobietami, chce, by aż księżyc
spadł z wrażenia.
Wyprostowałam się oszołomiona i ku swemu przerażeniu poczułam lekką
wilgoć między nogami. Zanurzyłam się zbyt głęboko, poczułam zbyt mocno
to, co on.
Pobiegłam do najbliższej łazienki i gwałtownie zwymiotowałam.
To było okropne, ale pomogło w śledztwie. Wiedziałam, że szukamy kogoś,
kto jest zorganizowany i inteligentny, ale nie potrafi nad sobą
zapanować, kiedy poczuje odpowiedni bodziec.
Złapaliśmy go, sprawdziliśmy DNA i dzięki mojemu głębokiemu zanurzeniu
wydusiliśmy z niego przyznanie się do winy. Stacy Hobbs była nową
agentką w naszym biurze w Los Angeles. Doskonale nadawała się do tego,
co chciałam zrobić. Miała dwadzieścia cztery lata, była brunetką i przyciągała wzrok wszystkich facetów w promieniu trzystu metrów.
Kazałam jej się ubrać tak, jak ubierały się mordowane przez niego
kobiety, zrobić odpowiedni makijaż. Wyjaśniłam jej, jak ma stanąć w kącie, jak ma na niego patrzeć, jak wygiąć biodro i uśmiechnąć się
uwodzicielsko. Kazałam jej milczeć.
Jasper St James, bo tak się nazywał, nie mógł od niej oderwać wzroku.
Patrzyłam, jak zaciska pięści. Obserwowałam, jak nieco rozchyla usta. Na
moich oczach wargi mu nabrzmiały jak u wampira. Zaczął się pocić i mamrotać pod nosem.
- Suka. Suka. - I tak w kółko.
Podczas poprzednich przesłuchań był zimny jak lód.
Skrzyżowałam nogi, dając sygnał Stacy. Zrobiła to, co jej kazałam:
popatrzyła Jasperowi prosto w oczy i oblizała usta powoli, przeciągle,
obscenicznie. Potem nagle odwróciła się i wyszła bez słowa.
Kiedy to zrobiła, Jasper aż krzyknął z frustracji. To był pojedynczy
wysoki krzyk, tak głośny, jakby ktoś ścisnął mu jądra szczypcami.
Pochyliłam się w jego stronę nad stołem.
- Ależ to musiało być przyjemne, co? - odezwałam się niskim, dyszącym
głosem. - Patrzeć, jak dociera do nich, że za chwilę umrą.
Pamiętam jego wzrok. Było w nim przerażenie, fascynacja i nadzieja.
Niemal słyszałam jego myśli.
Czy ona naprawdę to rozumie? Czy to możliwe?
To możliwe, Bóg mi świadkiem, ale nie tak, jak mu się wydawało. Czułam
to, rozumiałam, ale moje zrozumienie było mimo wszystko sztuczne. Byłam
niewierna; tylko miłość Jaspera była czysta.
Coś bełkotał i bredził, pocił się i drżał, kiedy mówił. Wyjawił mi swoje
sekrety. Był szczęśliwy, że może się tym z kimś podzielić, wdzięczny, że
w końcu ktoś go słucha. Słuchałam, kiwałam głową i udawałam współczucie.
Uświadomiłam sobie, że Jasper prawdopodobnie wykorzystywał współczucie,
żeby zwabić wszystkie te kobiety. Czy to właśnie uczyniło z niego moją
ofiarę? Nasze cele nie różniły się aż tak bardzo. On chciał zniszczyć te
kobiety, ja chciałam zniszczyć jego. Różnica polegała na tym, że on na
to zasłużył.
Żadna z tych myśli nie odbiła się na mojej twarzy. Słuchałam go w pełnym
skupieniu. W pewnej chwili, kiedy się rozpłakał, potrzymałam go nawet za
rękę. Biedny Jasper, szeptałam. Biedny, biedny Jasper.
Tamtego wieczoru po powrocie do domu moczyłam się w wannie, aż woda
zupełnie wystygła.
Wicedyrektor Jones prosi mnie, żebym zanurzyła się w ropie, żebym znów
przebyła ten proces, żebym zaczęła wczuwać się w człowieka, który to
zrobił.
- Mam jeszcze za mało danych - mówię. - Brakuje mi składnika
emocjonalnego. Sam czyn jest niewiarygodny. Zuchwały. Ma dla niego
znaczenie. To albo przesłanie, albo dopalacz emocjonalny. Albo jedno i drugie.
- Jakie przesłanie?
Coś nagle przychodzi mi do głowy, choć to płytkie zanurzenie.
- Jestem doskonały. Albo doskonały jest powód, dla którego to robię.
Wicedyrektor Jones marszczy czoło.
- To znaczy?
- To jak... morderstwo w zamkniętym na klucz pokoju. Zabił ją w powietrzu.
Znajdował się w potrzasku i miał wokół wielu świadków. Myślę, że zabił
ją na początku lotu, żeby móc siedzieć obok ciała i czuć podniecenie. To
byłoby kuszące. Czy ktoś zauważy? Jeśli tak, to nie ma dokąd uciekać.
Mógł się na to poważyć tylko perfekcjonista, ktoś kto ma odwagę, kto
poradzi sobie ze strachem. Czuł, że chronią go albo własne umiejętności,
albo przekonanie, że robi coś słusznego.
- Co jeszcze?
- Jest bardzo inteligentny, bardzo zorganizowany, zdolny do
szczegółowego planowania na długą metę. Zapewne jest dojrzały, ale nie
stary. Przed pięćdziesiątką.
- Dlaczego?
- Jak na młodego jest zbyt pewny siebie, zbyt doświadczony. - Wzdycham.
- Przesłuchamy pozostałych pasażerów, ale mogę się założyć, że rysopis
na nic nam się zda.
- Myślisz, że leciał w przebraniu?
- Tak, ale w subtelnym. Przefarbowane włosy, kolorowe szkła kontaktowe,
coś takiego. Najbardziej będzie różnić się osobowość. Na pewno udawał
coś charakterystycznego, co zapadło świadkom w pamięć, coś, co przykuło
ich wzrok i odwiodło od dalszych obserwacji.
- Skąd ta pewność?
- Bo wszystko inne byłoby niedoskonałe. A to musi być perfekcjonista.
Johnston zaczął ściągać skórę Lisy z czaszki, żeby otworzyć jej głowę i dostać się do mózgu. Uznaję, że czas zająć się czymś innym. Dzwonię do
Bonnie. Tu dochodzi ósma trzydzieści, co oznacza, że w Kalifornii jest
pora kolacji. Odbiera komórkę, którą jej kupiłam, już po pierwszym
dzwonku.
- Cześć, Smoky!
- Cześć, kochanie. Jak się masz?
- Super. Elaina zrobiła makaron z serem.
Elaina Washington jest żoną Alana, jednego z członków mojej ekipy.
Latynoska, którą uwielbiam, urodziła się, by dawać miłość i wsparcie
innym. Ale nie robi tego w przesłodzony, nadmiernie sentymentalny
sposób. Elaina potrafi kochać, przytulając, ale również przywołując do
porządku, kiedy trzeba. To ona pierwsza odwiedziła mnie w szpitalu po
napadzie Sandsa. Trzymała mnie w ramionach i pozwoliła mi się wypłakać.
Zawsze ją będę za to kochała.
Elaina opiekuje się Bonnie, kiedy w pracy mam takie sytuacje jak teraz.
Przerabia z nią także materiał szkolny.
- To świetnie, skarbie.
- Alan wyjechał. Czy to znaczy, że nie będzie cię dłużej?
- Wygląda na to, że tak. Przepraszam.
- Przestań, mamo Smoky.
Bonnie dojrzała szybciej niż jej rówieśniczki, zarówno z powodu tego, co
ją spotkało, jak i z powodu swoich talentów. Po morderstwie matki i tym,
co nastąpiło potem, została jej głęboka blizna w duszy. Stała się
niezwykle dojrzała emocjonalnie. Talent uwidacznia się w jej dziełach -
bo Bonnie jest malarką - i w przenikliwości. Ale określenie "mama
Smoky", którym nazywa mnie czasem, żeby mnie pocieszyć, a czasem
zupełnie bez powodu, zawsze wprawia mnie w dobry nastrój. To głos
dziecka, dowód, że Bonnie ma w sercu młodość.
- Co mam przestać, skarbie?
- Przepraszać za coś, na co i tak nie masz wpływu. Mordercy nie działają
zgodnie z planem, a ty łapiesz morderców, więc twoje życie nie przebiega
zgodnie z planem. Nie przeszkadza mi to.
- Dzięki, ale u mam pewne rzeczy po prostu nie zależą od logiki. Więc
przykro mi, że nie jestem z tobą.
Słyszę na terakocie buty wicedyrektora Jonesa i odwracam się, by spotkać
jego wzrok. Głową wskazuje szklaną ścianę.
- Muszę lecieć, kochanie. Zadzwonię jutro, dobrze?
- Smoky?
- Tak?
- Czy ciocia Callie naprawdę wychodzi za mąż?
Uśmiecham się.
- Naprawdę. Dobranoc, skarbie.
- Dobranocka. Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Doktor Johnston pokazuje tackę z sercem Lisy Reid.
- Ktoś przebił jej serce. Dziura jest mała, ale po prawej stronie klatki
piersiowej widnieje otwór odpowiadający średnicą temu. - Wskazuje to
miejsce. Dziura nie jest bardzo duża, ale siniak, jaki wywołała, ma
wielkość obu moich dłoni. Nie zauważyłam go wcześniej z powodu szoku,
kiedy okazało się, że Lisa to Dexter.
- To ma sens - mówi wicedyrektor Jones. - Lisa siedziała przy oknie, a zabójca miał miejsce po jej prawej stronie.
- Czym można zadać taką ranę? - pytam.
- Czymkolwiek długim, cylindrycznym i ostrym. Wystarczyłby nawet drut do
włóczki, chociaż jak na drut ten otwór jest za mały. Zabójca musiał być
silny, zdeterminowany i znał podstawy anatomii. - Składa dłoń w pięść i markuje cios. - Jedno czyste pchnięcie przez płuco, aż do serca i koniec.
- Musiał ją czymś oszołomić, żeby zrobić to na pokładzie samolotu -
zauważam.
Johnston potakuje wielką głową.
- Tak. Śmierć była bardzo szybka, ale też bardzo bolesna. Musiał ją
czymś znieczulić.
Zastanawiam się nad tym.
- Musiałoby to być coś, co można podać doustnie - mówię. - Ani zastrzyk
podskórny, ani dożylny, bo dożylny wymagałby ucisku. Jakieś pomysły?
- Wystarczyłoby GHB, ketamina albo rohypnol, ale z tymi substancjami
byłyby problemy. Wszystkie mogą wywołać wymioty. Po ketaminie można
nawet dostać konwulsji. - Johnston krzyżuje potężne ramiona. - Nie, na
jego miejscu zastosowałbym coś w starym stylu. Wodzian chloralu.
- Czyli drink z czymś ekstra - rzuca wicedyrektor Jones.
- Najlepiej działa z alkoholem, a w treści żołądka wyczułem alkohol.
Wodzian działa szybko, mógł dać jej większą dawkę, żeby szybko straciła
przytomność.
- Racja - zgadzam się - przecież i tak nie musiał się martwić, że umrze
z przedawkowania. Sprawdzi pan to wszystko w badaniu toksykologicznym?
- Tak. Pogonię, kogo trzeba. Wyniki powinny być jutro po południu razem
z moim raportem.
Przychodzi mi do głowy coś jeszcze.
- Zastanawiam się, jak wniósł na pokład to coś, czym ją przebił?
Doktor Johnston wzrusza ramionami.
- To nie moja działka, przykro mi.
Daję mu numer mojej komórki.
- Proszę do mnie zadzwonić, kiedy będą wyniki badań, przyślę kogoś po
nie. Proszę zrobić jedną kopię dla siebie i schować w bezpiecznym
miejscu. - Patrzę mu w oczy. - To sprawa federalna z trzech powodów,
doktorze Johnston. Po pierwsze, zdarzyło się to w krajowym obszarze
powietrznym. Po drugie, zamieszany jest członek Kongresu, może to być
wstęp do zamachu na samego Dillona Reida. Po trzecie, może chodzić o zbrodnię z nienawiści. Ale te wszystkie triki rodem z filmów płaszcza i szpady to gest wobec Reidów, a nie próba tuszowania czegokolwiek. Niech
pan to zapamięta. Mnie zależy przede wszystkim na złapaniu sprawcy.
Obdarza mnie nieco zmęczonym uśmiechem.
- Dziękuję za szczerość, agentko Barrett, ale proszę się nie obawiać.
Nie jestem fanem spiskowych teorii. Zajmowałem się już trzema innymi
zabójstwami na tle politycznym. W jedno z nich zamieszany był ktoś
wysoko postawiony i męska prostytutka. To dla mnie nie pierwszyzna.
Dociera do mnie, że doktor Johnston jest cholernie kompetentny. Nie
powinno mnie to dziwić, większość ludzi, którzy zajmują się zmarłymi,
traktuje swoją pracę bardzo poważnie.
- To bardzo dobrze. - Patrzę na Lisę Reid, która leży na czymś, co wciąż
nazywamy deską, choć od dawna stoły do sekcji robi się ze stali. - Ma
pan jeszcze jakieś wnioski?
- A tak. Coś bardzo, bardzo niezwykłego. Właśnie miałem o tym
powiedzieć. - Bierze kolejną tackę i podsuwa nam pod nos. - Znalazłem to
wciśnięte w jej ciało. Zrobił nacięcie w jej prawym boku. Jest
inteligentny, naciął ciało po śmierci, kiedy już ustało krążenie. A potem wcisnął w nią to.
Spoglądam na tackę i widzę średniej wielkości srebrny krzyżyk.
- Gdzie ma pan rękawice? - pytam.
Wskazuje głową pudełko z lateksowymi rękawiczkami na blacie obok.
Wyjmuję parę i wkładam na dłonie. Sięgam do tacki i biorę do ręki
krzyżyk.
- Ciężki - mówię. - Duży ciężar właściwy. Pewnie jakiś stop srebra.
Krzyż jest skromny, prosty. Ma około pięciu centymetrów wysokości i jakieś dwa i pół szerokości. Odwracam go w dłoni i mrużę oczy. Z tyłu
jest chyba coś wyryte, ale napis jest za mały, by odczytać go gołym
okiem.
- Ma pan lupę?
Johnston znajduje i podaje mi szkło powiększające. Patrzę przez nie na
krzyżyk. Widzę jakiś symbol, bardzo mały i prosty: czaszka i skrzyżowane
piszczele, uniwersalny symbol trucizny. Wyryto je z tyłu na górnej
części krzyżyka. Wzdłuż ramienia dostrzegam jakieś liczby.
- Nr 143 - czytam na głos.
- Co to, do cholery, może znaczyć? - pyta wicedyrektor Jones.
- Nie wiem. - Odkładam krzyżyk na tacę. - Doktorze, gdyby cokolwiek z tego miało przeciec do mediów, to informację o krzyżyku zatrzymajmy
tylko dla siebie.
- Oczywiście.
- Coś jeszcze?
Kręci głową.
- Na razie nie.
Wicedyrektor Jones zerka na zegarek i wskazuje palcem w moją stronę.
- W takim razie jedźmy na lotnisko. Twoja ekipa przyleci lada chwila, a ja muszę wracać do Kalifornii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki