Dewiant. Tom III - Cody McFadyen

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Umie­ramy samot­nie.

Ale prze­cież żyjemy też samot­nie.

W głębi serca wie­dziemy życie zupeł­nie sami. Nie­za­leż­nie od tego, ile łączy nas z tymi, któ­rych kochamy, zawsze coś przed nimi ukry­wamy. Cza­sami są to dro­bia­zgi, jak wtedy, gdy kobieta chowa w sercu wspo­mnie­nie daw­nej wiel­kiej miło­ści. Zapew­nia męża, że ni­gdy nie kochała nikogo bar­dziej niż jego, i w zasa­dzie mówi prawdę. Ale kie­dyś kochała kogoś rów­nie mocno jak jego.

Cza­sami cho­dzi o coś wiel­kiego, o potęż­nego potwora, który przy­tula się i liże nas po ple­cach. Chło­pak na stu­diach był świad­kiem gwałtu, ale nie ruszył się, by pomóc dziew­czy­nie. Wiele lat póź­niej rodzi mu się córka. Im bar­dziej ją kocha, tym więk­szą czuje winę, ale ni­gdy, przeni­gdy jej o tym nie powie. Prę­dzej zgi­nąłby na tor­tu­rach.

Późno w nocy, kiedy jeste­śmy już sami, te sekrety pukają do naszych drzwi. Nie­które walą gło­śno, inne stu­kają deli­kat­nie, ale zawsze poja­wiają się, szep­cąc lub zgrzy­ta­jąc. Nie powstrzy­mają ich żadne zamki, bo do każ­dego mają klucz. Mówimy do nich, bła­gamy je, krzy­czymy na nie i żału­jemy, że nie możemy komuś o nich powie­dzieć, że nie potra­fimy zdjąć cię­żaru z piersi i poczuć ulgi.

Prze­wra­camy się w łóżku albo cho­dzimy po kory­ta­rzu, pijemy albo zale­wamy się w trupa, a nawet wyjemy do księ­życa. W końcu nastaje świt i wyga­niamy je z powro­tem do naj­głęb­szych zaka­mar­ków duszy, i sta­ramy się żyć naj­le­piej, jak potra­fimy. To, czy nam się to uda, zależy od naszego wnę­trza i od wiel­ko­ści tajem­nicy. Nie każdy jest w sta­nie unieść cię­żar winy.

Mło­dzi i sta­rzy, męż­czyźni i kobiety, wszy­scy coś ukry­wają. Nauczy­łam się tego, doświad­czy­łam, prze­ko­na­łam się o tym na wła­snej skó­rze.

Wszy­scy.

Patrzę na mar­twą dziew­czynę na meta­lo­wym stole i zasta­na­wiam się, jakie tajem­nice zabrała ze sobą do grobu.

Jest zde­cy­do­wa­nie za młoda, by umrzeć. Dopiero co skoń­czyła dwa­dzie­ścia lat. Jest piękna. Ma dłu­gie, ciemne i pro­ste włosy. Skóra koloru deli­kat­nej kawy wygląda gładko i bez skazy nawet w ostrym świe­tle jarze­nió­wek. Piękne deli­katne rysy - podej­rze­wam, że lekko laty­no­skie z jakąś domieszką. Być może anglo­sa­ską. Usta zdą­żyły już zsi­nieć, ale są pełne, choć nie wyzy­wa­jące. Wyobra­żam sobie, jak roz­chyla je w uśmie­chu, który za chwilę prze­ro­dzi się w śmiech - lekki i melo­dyjny. Pod prze­ście­ra­dłem skry­wa­ją­cym ją od szyi w dół widać, że jest niska i szczu­pła.

Ofiary mor­derstw mnie wzru­szają. Czy byli złymi, czy dobrymi ludźmi, mieli swoje nadzieje, marze­nia, miło­ści. Żyli jak pozo­stali ludzie w świe­cie, w któ­rym wszystko sprzy­sięga się prze­ciwko życiu. Świat daje mnó­stwo oka­zji do śmierci - można umrzeć na raka, zgi­nąć w wypadku dro­go­wym albo paść na atak serca z kie­lisz­kiem wina w ręku i zdu­szo­nym uśmie­chem na twa­rzy. Mor­dercy oszu­kują ten sys­tem, przy­spie­szają bieg wyda­rzeń, ogra­biają swoje ofiary z szans na uczciwą walkę. To nie w porządku. Iry­to­wało mnie to, kiedy zoba­czy­łam pierw­szą ofiarę, a z cza­sem iry­tuje coraz bar­dziej.

Śmierć to od dawna mój chleb powsze­dni. Pra­cuję w filii FBI w Los Ange­les, a od dwu­na­stu lat kie­ruję zespo­łem ści­ga­ją­cym naj­gor­szych z naj­gor­szych miesz­kań­ców Połu­dnio­wej Kali­for­nii. Seryj­nych mor­der­ców. Gwał­ci­cieli i dzie­cio­bój­ców. Męż­czyzn, któ­rzy śmieją się, tor­tu­ru­jąc kobiety, i jęczą z roz­ko­szy, gwał­cąc ich zwłoki. Poluję na żywe kosz­mary i zawsze jest to okropne doświad­cze­nie, ale śmierć czai się wszę­dzie i jest nie­uchronna.

I wła­śnie dla­tego muszę zadać to pyta­nie:

- Sze­fie? Co my tu wła­ści­wie robimy?

Wice­dy­rek­tor Jones to mój wie­lo­letni men­tor i szef, kie­row­nik całej filii FBI w Los Ange­les. Sęk w tym - i stąd moje może nie­zbyt sub­telne pyta­nie - że nie jeste­śmy w Los Ange­les. Jeste­śmy w Wir­gi­nii pod Waszyng­to­nem.

Ta biedna kobieta nie żyje, mogę się nawet wzru­szać jej śmier­cią, ale sprawa nie należy do mnie.

Jones zerka na mnie nieco zamy­ślony i chyba tro­chę poiry­to­wany. Wygląda jak doświad­czony gli­niarz, bo rze­czy­wi­ście spę­dził pół życia w poli­cji. Ema­nuje auto­ry­te­tem i pra­wo­rząd­no­ścią. Ma kwa­dra­tową szczękę, twarde spoj­rze­nie i regu­la­mi­nową fry­zurę bez śladu jakie­go­kol­wiek stylu. Na swój spo­sób jest przy­stojny, czego dowo­dem są trzy byłe mał­żeń­stwa, ale jest w nim coś nie­od­gad­nio­nego. Cie­nie zamknięte w sej­fie.

- Zada­nie poka­zowe, Smoky - mówi. - Na pole­ce­nie samego dyrek­tora.

- Naprawdę?

Jestem zasko­czona z kilku przy­czyn. Oczy­wi­ście poczu­łam zwy­kłą cie­ka­wość: dla­czego tutaj, dla­czego ja? Kolejny powód jest bar­dziej zło­żony: czemu wice­dy­rek­tor Jones zasto­so­wał się do tego nie­ty­po­wego pole­ce­nia? Czło­wiek jego pokroju był rzad­ko­ścią wśród biu­ro­kra­tów: kwe­stio­no­wał roz­kazy, nara­ża­jąc się nawet na karę, jeśli się z nimi nie zga­dzał. Powie­dział "zada­nie poka­zowe", ale nie byłoby nas tutaj, gdyby nie uznał, że ist­nieją jakieś ważne powody, by się nim zająć.

- Tak - odpo­wiada. - Dyrek­tor wspo­mniał nazwi­sko kogoś, kogo nie mogłem zigno­ro­wać.

Drzwi do kost­nicy otwie­rają się z impe­tem, nim zdą­ży­łam zadać oczy­wi­ste pyta­nie.

- O wilku mowa - mam­ro­cze pod nosem Jones.

Do pomiesz­cze­nia wcho­dzi dyrek­tor FBI, Samuel Rath­burn. Bez obstawy - to kolejne zasko­cze­nie. Nawet przed jede­na­stym wrze­śnia dyrek­torzy FBI zawsze podró­żo­wali z obstawą. Pod­cho­dzi do nas i naj­pierw wyciąga rękę do mnie. Zdu­miona podaję mu dłoń.

Zdaje się, że zosta­łam kró­lową balu. Ale dla­czego?

- Agentko Bar­rett - wita mnie swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym bary­to­nem poli­tyka. - Dzię­kuję, że przy­by­łaś tak szybko.

Sam Rath­burn, zwany też sze­fem, jak na dyrek­tora FBI jest cał­kiem zno­śny. Odpo­wied­nio do sta­no­wi­ska ma szorstką urodę i poli­tyczny zmysł, ale także praw­dziwe doświad­cze­nie. Zaczy­nał jako poli­cjant, potem wie­czo­rowo stu­dio­wał prawo, aż w końcu tra­fił do FBI. Nie odwa­ży­ła­bym się nazwać go szcze­rym - na tym sta­no­wi­sku nie ma mowy o takim luk­su­sie - ale kła­mie tylko wtedy, kiedy musi. Jak na dyrek­tora Biura to wcie­le­nie moral­no­ści.

Mówi się, że potrafi być bez­względny, co by mnie nie zdzi­wiło, i ponoć jest fana­ty­kiem zdro­wego trybu życia. Nie pali, nie pije, nawet kawy ani napo­jów gazo­wa­nych, i każ­dego ranka biega po pięt­na­ście kilo­me­trów. No cóż, każdy ma jakieś wady.

Muszę odchy­lić głowę, żeby popa­trzeć mu w oczy. Mam tylko metr czter­dzie­ści sie­dem i zdą­ży­łam do tego przy­wyk­nąć.

- Nie ma pro­blemu, dyrek­to­rze - odpo­wia­dam, sącząc kłam­stwa przez zaci­śnięte zęby.

Bo jest pro­blem, i to cho­ler­nie wielki, tyle że jeśli się posta­wię, dosta­nie się potem wice­dy­rek­to­rowi Jone­sowi, a nie mnie.

Rath­burn kiwa głową w stronę Jonesa.

- Davi­dzie - mówi.

- Dyrek­to­rze.

Porów­nuję ich obu z pew­nym zain­te­re­so­wa­niem. Obaj są tego samego wzro­stu, obaj mają fry­zurę, która mówi wprost: "szkoda czasu na takie cere­giele". Czarne włosy dyrek­tora są przy­pró­szone siwi­zną. To ele­gancki, bar­dzo przy­stojny star­szy pan z peł­nią wła­dzy. Wice­dy­rek­tor jest mniej wię­cej osiem lat star­szy od Rath­burna i róż­nica ta jest bar­dzo widoczna. Dyrek­tor rze­czy­wi­ście wygląda na faceta, który biega każ­dego ranka i uwiel­bia to robić; wice­dy­rek­tor zaś na takiego, który mógłby bie­gać skoro świt, ale woli zamiast tego zapa­lić papie­rosa i wypić kawę, i ma gdzieś, czy to się komuś podoba, czy nie. Gar­ni­tur dyrek­tora jest lepiej dopa­so­wany, a na ręku nosi roleksa. Wice­dy­rek­tor Jones ma zega­rek, za który z dzie­sięć lat temu dał pew­nie trzy­dzie­ści dola­rów. Te róż­nice widać, ale mimo wszystko podo­bień­stwo mię­dzy nimi jest dla mnie naprawdę ude­rza­jące.

Obaj mają to samo zmę­czone spoj­rze­nie, które zdra­dza brze­mię noszo­nych w sercu tajem­nic. Mają twa­rze poke­rzy­stów i stale zazdro­śnie strzegą kart.

Oto dwaj faceci, z któ­rymi ciężko byłoby żyć, myślę. Nie dla­tego, że są źli, ale dla­tego, że zakła­dają, iż kobieta wie, że im na niej zależy, i to musi jej wystar­czyć. Miłość tak, ale bez kwia­tów.

Dyrek­tor Rath­burn znów odwraca się do mnie.

- Przejdę od razu do rze­czy, agentko Bar­rett. Ścią­gną­łem cię tutaj, bo popro­sił mnie o to ktoś, komu nie jestem w sta­nie odmó­wić.

Zer­kam na wice­dy­rek­tora Jonesa i przy­po­mi­nam sobie jego słowa o "wspo­mnia­nym przez dyrek­tora nazwi­sku".

- Czy mogę zapy­tać, kto taki?

- Za chwilę. - Wska­zuje głową zwłoki. - Opo­wiedz mi, co widzisz.

Odwra­cam się w stronę ciała i ze wszyst­kich sił sta­ram się sku­pić.

- Młoda kobieta, tuż po dwu­dzie­stce. Praw­do­po­dob­nie ofiara zabój­stwa.

- Skąd wnio­sek, że została zabita?

Wska­zuję serię siń­ców na lewym ramie­niu.

- Te siniaki są czer­wono-fio­le­towe, czyli bar­dzo świeże. Widzi pan zarysy? Powstały od uści­sku dłoni. Trzeba chwy­cić naprawdę mocno, żeby zosta­wić takie ślady. Ciało jest zimne, co ozna­cza, że dziew­czyna nie żyje co naj­mniej od dwu­na­stu godzin, praw­do­po­dob­nie od dwu­dzie­stu, sądząc po widocz­nych sinia­kach. Rigor mor­tis jesz­cze nie ustą­pił, więc śmierć nastą­piła nie wcze­śniej niż trzy­dzie­ści sześć godzin temu. - Wzru­szam ramio­nami. - Jest młoda, ktoś zła­pał ją za rękę na tyle mocno, że tuż przed śmier­cią naro­bił jej wiel­kich sinia­ków. Podej­rzane. - Uśmie­cham się do niego kwa­śno. - Poza tym wezwał mnie pan tutaj, a zatem nie umarła z przy­czyn natu­ral­nych.

- Tak jak się spo­dzie­wa­łem, jesteś spo­strze­gaw­cza - mówi. - I masz rację. Została zamor­do­wana. Na pokła­dzie rej­so­wego samo­lotu z Tek­sasu do Wir­gi­nii. Nikt nie wie­dział, że zgi­nęła, póki samo­lot nie opu­sto­szał i ste­war­desa zaczęła ją budzić.

Wpa­truję się w niego, pewna, że mnie nabiera.

- Mor­der­stwo na wyso­ko­ści dzie­się­ciu kilo­me­trów? To jakiś żart?

- Nie.

- Skąd wiemy, że została zamor­do­wana?

- Wska­zują na to ślady, które zna­leź­li­śmy. Ale chcę, żebyś spoj­rzała na to świe­żym okiem, bez żad­nych obcią­żeń.

- Kiedy to się stało?

- Ciało zna­le­ziono dwa­dzie­ścia godzin temu.

- Znamy już przy­czynę śmierci?

- Nie było jesz­cze sek­cji. - Zerka na zega­rek. - Cze­kamy wła­śnie na koro­nera. Praw­do­po­dob­nie pod­pi­suje teraz zobo­wią­za­nie do docho­wa­nia tajem­nicy.

Te zaska­ku­jące infor­ma­cje przy­po­mi­nają mi o pierw­szym pyta­niu, jakie mi się nasu­nęło, więc znów je zadaję:

- Dla­czego ja, sze­fie? A raczej... dla­czego pan? Czemu sprawę tej kobiety nad­zo­ruje bez­po­śred­nio sam dyrek­tor FBI?

- Nie­długo pani to wyja­śnię. Ale naj­pierw powinna pani coś zoba­czyć. Pro­szę za mną.

Jak­bym miała wybór.

Pod­cho­dzi do ciała i pod­nosi prze­ście­ra­dło z piersi dziew­czyny.

- Zaj­rzyj­cie - mówi.

Wice­dy­rek­tor Jones i ja pod­cho­dzimy do stołu od strony głowy. Widzę małe piersi z brą­zo­wymi sut­kami, pła­ski brzuch, któ­rego zazdro­ści­ła­bym jej, gdyby żyła. Prze­su­wam wzro­kiem po mło­dym ciele i bez­ce­re­mo­nial­nie docie­ram do oko­lic łono­wych. To jedno z upo­ko­rzeń, jakie muszą zno­sić zmarli. Zszo­ko­wana zatrzy­muję wzrok.

- Ona ma penisa - wykrztu­szam.

Wice­dy­rek­tor Jones nie mówi nic.

Dyrek­tor Rath­burn opusz­cza prze­ście­ra­dło. Robi to deli­kat­nie, nie­mal ojcow­skim gestem.

- Smoky, to Lisa Reid. Mówi ci coś to nazwi­sko?

Marsz­czę czoło, pró­bu­jąc doszu­kać się jakichś sko­ja­rzeń. Mam tylko jedno, takie które uza­sad­nia obec­ność dyrek­tora.

- Kon­gres­man z Tek­sasu Dil­lon Reid?

- Wła­śnie. Lisa uro­dziła się jako Dexter Reid. Pani Reid popro­siła wła­śnie o cie­bie. Zna twoją... histo­rię.

Śmie­szy mnie jego zakło­po­ta­nie, ale nie daję tego po sobie poznać.

Trzy lata temu ze swoim zespo­łem ści­ga­łam seryj­nego zabójcę, praw­dzi­wego psy­cho­patę o nazwi­sku Joseph Sands. Dep­ta­li­śmy mu już po pię­tach, kiedy pew­nej nocy wła­mał się do mojego domu. Przy­wią­zał mnie do łóżka i wie­lo­krot­nie zgwał­cił. Lewą stronę mojej twa­rzy oka­le­czył nożem myśliw­skim, wyrył na niej swój ślad, okradł mnie z piękna i na zawsze zosta­wił trój­wy­mia­rową mapę bólu.

Bli­zna zaczyna się pośrodku czoła, na linii wło­sów. Potem bie­gnie w dół, do brwi, następ­nie odbija w lewo pod kątem nie­mal pro­stym. Nie mam lewej brwi, zamiast niej cią­gnie się bli­zna. Wybo­istą ścieżką prze­cina skroń, wygina się leni­wym łukiem po policzku. Potem wraca do nosa, sięga odro­binę w prawo, by wró­cić na lewą stronę i po prze­kąt­nej pobiec przez noz­drze do szczęki, a wresz­cie wzdłuż szyi aż do mostka.

Mam jesz­cze jedną bli­znę, pro­stą i dosko­nałą, idącą spod lewego oka do kącika ust. To poda­ru­nek od kolej­nego sza­leńca. Zmu­sił mnie, bym się oka­le­czyła, pod­czas gdy on patrzył i się uśmie­chał.

Te dwie bli­zny są widoczne. Pod koł­nie­rzem bluzki są jesz­cze inne. To dzieło noża Sandsa i roz­ża­rzo­nego koniuszka cygara. Tam­tej nocy stra­ci­łam twarz, ale Sands ukradł mi znacz­nie wię­cej. Był nie­na­sy­co­nym zło­dzie­jem i inte­re­so­wały go tylko cenne rze­czy.

Mia­łam męża, pięk­nego męż­czy­znę o imie­niu Matt. Sands przy­wią­zał go do krze­sła i kazał mu patrzeć, jak mnie gwałci i tor­tu­ruje. Potem zmu­sił mnie, bym oglą­dała, jak tor­tu­ruje i mor­duje mojego Matta. Oboje krzy­cze­li­śmy, a w końcu Matt umarł. Krzyk był ostat­nią rze­czą, którą prze­ży­li­śmy wspól­nie.

Sands ukradł mi coś jesz­cze, i to była naj­gor­sza strata. Moją dzie­się­cio­let­nią córkę Alexę. Udało mi się uwol­nić i rzu­cić na Sandsa z bro­nią. Kiedy pocią­gnę­łam za spust, zasło­nił się Alexą. Zabiła ją kula prze­zna­czona dla niego. Wpa­ko­wa­łam w Sandsa resztę maga­zynka, potem krzy­cząc, prze­ła­do­wa­łam broń, żeby zro­bić to jesz­cze raz. Gdyby mnie nie powstrzy­mali, strze­la­ła­bym do niego do końca świata.

Przez następne pół roku chwia­łam się na kra­wę­dzi życia i samo­bój­czej śmierci, pogrą­żona w sza­leń­stwie i roz­pa­czy. Chcia­łam umrzeć i pew­nie bym zgi­nęła, ale oca­lił mnie ktoś, kto umarł przede mną.

Pewien sza­le­niec zamor­do­wał moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę z liceum, Annie King, tylko po to, żebym zaczęła go ści­gać. Zgwał­cił Annie bez zaha­mo­wań i wypa­tro­szył ją niczym wprawny rybak. Kiedy to zro­bił, przy­wią­zał do zwłok ofiary jej dzie­się­cio­let­nią córkę Bon­nie. Dziew­czynka prze­le­żała tak trzy dni, nim ją odna­le­ziono. Trzy dni twa­rzą w twarz z matką, któ­rej wycięto wnętrz­no­ści.

Speł­ni­łam życze­nie sza­leńca. Dopa­dłam go i zabi­łam bez naj­mniej­szego poczu­cia winy. Kiedy było już po wszyst­kim, ode­chciało mi się umie­rać.

Oka­zało się, że Annie zosta­wiła mi Bon­nie. Ten zwią­zek był ska­zany na porażkę - ja ledwo się trzy­ma­łam, a Bon­nie po kosz­ma­rze, jaki prze­szła, prze­stała mówić. Ale los cza­sami płata figle. Prze­kleń­stwo może oka­zać się bło­go­sła­wień­stwem. Każda z nas prze­żyła pie­kło, ale nawza­jem poma­ga­ły­śmy sobie leczyć rany. Bon­nie zaczęła znów mówić dwa lata temu, a ja cie­szę się życiem, choć kie­dyś myśla­łam, że nie doznam już takiego uczu­cia.

Pogo­dzi­łam się ze swoim oka­le­cze­niem. Ni­gdy nie uwa­ża­łam się za pięk­ność, ale kie­dyś byłam ładna. Mam zale­d­wie metr czter­dzie­ści sie­dem, krę­cone ciemne włosy do ramion, "cycki na dwa kęsy", jak mawiał mój mąż, i tyłek nieco więk­szy, niż­bym chciała, ale na swój spo­sób atrak­cyjny. Zawsze czu­łam się dobrze we wła­snej skó­rze. Po tym, co zro­bił mi Sands, kuli­łam się, ile­kroć spoj­rza­łam w lustro. Bez­po­śred­nio po jego ataku zacze­sy­wa­łam włosy na twarz, sta­ra­jąc się ją ukryć. Dziś wiążę je w koń­ski ogon, śmiało odsła­nia­jąc twarz. Niech ludzie na mnie patrzą, a jeśli im się nie podoba, to "niech ich jasna cho­lera", jak mawiał mój tato.

To wszystko - tę moją histo­rię, jak okre­ślił to dyrek­tor - opi­sano w róż­nych gaze­tach, co wśród ludzi dobrych i złych przy­spo­rzyło mi sporo sławy.

Z tego powodu w FBI nie zajdę już wyżej. Kie­dyś byłam kan­dy­datką na sta­no­wi­sko wice­dy­rek­tora. Ale już nie jestem. Poorana bli­znami twarz przy­stoi myśli­wemu albo nauczy­cie­lowi myśli­wych (ofe­ro­wano mi posadę wykła­dowcy w Quan­tico, ale odmó­wi­łam), ale nie ofi­cjal­nemu przed­sta­wi­cie­lowi Biura. Foto­gra­fie z pre­zy­den­tem? Nie ma mowy.

Pogo­dzi­łam się z tym już kilka lat temu. Nie powiem, że praca mnie cie­szy - to nie­wła­ściwe słowo. Ale czuję dumę, że jestem dobra w tym, co robię.

- Rozu­miem - odpo­wia­dam. - Dla­czego się pan zgo­dził?

- Kon­gres­man Reid przy­jaźni się z pre­zy­den­tem. Pre­zy­dent koń­czy wła­śnie drugą kaden­cję. Reid to główny kan­dy­dat do nomi­na­cji ze strony demo­kra­tów, o czym zapewne wiesz.

- Par­tia pre­zy­denta Allena. - Wice­dy­rek­tor Jones pod­po­wiada mi rzecz oczy­wi­stą.

Kawałki ukła­danki zaczy­nają do sie­bie paso­wać. Nazwi­sko, o któ­rym wspo­mniał dyrek­tor, to, któ­rego wicedyrek­tor Jones nie mógł zigno­ro­wać, to nazwi­sko pre­zy­denta. A Dil­lon Reid nie tylko jest przy­ja­cie­lem pre­zy­denta, ale być może zosta­nie kolej­nym pre­zy­den­tem.

- Nie mia­łam poję­cia - mru­czę.

Dyrek­tor unosi brwi.

- Nie wie­dzia­łaś, że Dil­lon Reid to pew­niak do nomi­na­cji z ugru­po­wa­nia demo­kra­tów? Nie oglą­dasz tele­wi­zji?

- Nie. Pełno tam złych wia­do­mo­ści, więc po co to oglą­dać?

Dyrek­tor patrzy na mnie szcze­rze zdu­miony.

- Nie mówię, że nie cho­dzę na wybory - dodaję. - Kiedy zbliża się wła­ściwa pora, szu­kam infor­ma­cji o kan­dy­da­tach i ich pla­nach. Po pro­stu nie inte­re­sują mnie przed­biegi.

Wice­dy­rek­tor Jones uśmie­cha się pod nosem. Dyrek­tor kręci głową.

- Ale skoro już wiesz, to słu­chaj uważ­nie - mówi.

Koniec poga­du­szek, czas wyda­wać roz­kazy.

- Nie pozwól, żeby na wynik śledz­twa miały wpływ poli­tyka albo poli­tyczne kunk­ta­tor­stwo. Masz dzia­łać roz­waż­nie i dys­kret­nie. Poin­for­muję cię o pew­nych waż­nych fak­tach. Masz zatrzy­mać te wia­do­mo­ści wyłącz­nie dla sie­bie. Nie możesz ich spi­sać ani na papie­rze, ani w e-mailu. Jeśli prze­ka­żesz te fakty człon­kom swo­jego zespołu, musisz dopil­no­wać, żeby trzy­mali gęby na kłódkę. Zro­zu­miano?

- Tak jest - odpo­wia­dam.

Wice­dy­rek­tor Jones kiwa głową.

- Dziecko trans­sek­su­ali­sta to poli­tyczna bomba dla każ­dego, a już zwłasz­cza dla demo­kra­tycz­nego kon­gres­mana ze stanu, w któ­rym od lat domi­nują repu­bli­ka­nie. Reido­wie roz­bro­ili tę bombę, zry­wa­jąc wszel­kie związki z synem. Nie wydzie­dzi­czyli go, ale ile­kroć ktoś pytał, jasno dawali do zro­zu­mie­nia, że Dexter nie jest mile widziany w rodzin­nym domu, póki będzie dążył do zmiany płci. Przez jakiś czas było o tym gło­śno, ale na tym się skoń­czyło.

- Tyle że to było mydle­nie oczu, prawda? - ode­zwał się wice­dy­rek­tor Jones.

Zer­kam na niego zdzi­wiona. Dyrek­tor Rath­burn kiwa głową.

- Prawda jest taka, że Reido­wie kochali syna. Mieli gdzieś, czy jest gejem, trans­sek­su­ali­stą, czy nawet Mar­sja­ni­nem.

Teraz wszystko rozu­miem.

- Dofi­nan­so­wali mu ope­ra­cję zmiany płci, tak?

- Wła­śnie. Oczy­wi­ście nie bez­po­śred­nio, ale zapew­niali Dexte­rowi pie­nią­dze, ile­kroć ich potrze­bo­wał, wie­dząc, że wyko­rzy­sta je do zmiany płci. Dexter pota­jem­nie spę­dzał też z Reidami każde Boże Naro­dze­nie.

Kręcę głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Czy to kłam­stwo jest naprawdę takie ważne?

Dyrek­tor uśmie­cha się do mnie jak do dziecka, które wła­śnie zasko­czyło doro­słego naiw­no­ścią. Ona jest taka milu­sia!

- Nie zauwa­ży­łaś, że w tym kraju trwa wojna kul­tu­rowa? Na nie­któ­rych obsza­rach Połu­dnia wrze dzie­się­cio­krot­nie sil­niej niż gdzie indziej. To kłam­stwo może kosz­to­wać Reida pre­zy­den­turę. Więc ow­szem, jest ważne.

Zasta­na­wiam się nad tym.

- Rozu­miem - mówię - ale mam to gdzieś.

Dyrek­tor Rath­burn marsz­czy czoło.

- Agentko Bar­rett...

- Chwi­leczkę, sze­fie. Nie mówię, że nie docho­wam tajem­nicy. Cho­dzi mi tylko o to, że nie zro­bię tego dla­tego, że kon­gres­man Reid chce być pre­zy­den­tem Reidem. Mam to gdzieś. Docho­wam jej dla­tego, że chce tego rodzina, która stra­ciła syna. - Wska­zuję głową ciało Lisy. - A przede wszyst­kim dla­tego, że Lisa naj­wy­raź­niej sama chciała zacho­wać to dla sie­bie.

Dyrek­tor patrzy na mnie przez dłuż­szą chwilę.

- Niech i tak będzie - odpo­wiada i kon­ty­nu­uje: - Z rodziną masz się kon­tak­to­wać przez panią Reid. Jeśli będziesz musiała poroz­ma­wiać z kon­gres­ma­nem, ona to zała­twi. O pozwo­le­nie na prze­szu­ka­nie apar­ta­mentu Lisy także zwra­caj się do pani Reid. Od kon­gres­mana trzy­maj się jak naj­da­lej, chyba że nie będziesz miała innego wyj­ścia.

- A co będzie, jeśli dowody wskażą na samego kon­gres­mana? - pytam.

Uśmie­cha się bez śladu roz­ba­wie­nia.

- Wtedy będę miał pew­ność, że nie pod­dasz się pre­sji poli­tycz­nej.

- Kto weź­mie na sie­bie media? - pyta wice­dy­rek­tor Jones.

- Ja się nimi zajmę. Nie chcę, żeby któ­re­kol­wiek z was roz­ma­wiało z prasą, koniec kropka. Jeśli ktoś was zapyta, odpo­wia­da­cie "bez komen­ta­rza". - Spo­gląda na mnie. - Smoky, doty­czy to zwłasz­cza agentki Thorne.

Mówi o Cal­lie Thorne z mojego zespołu. Cal­lie sły­nie z tego, że zawsze mówi to, co myśli, i wtedy, kiedy chce.

Uśmie­cham się do niego.

- Pro­szę się nie mar­twić, sze­fie. Ma na gło­wie inne sprawy.

- To zna­czy?

- Za mie­siąc wycho­dzi za mąż.

Dyrek­tor aż przy­siada.

- Naprawdę?

Cal­lie zyskała sławę seryj­nej łow­czyni męskich serc. Przy­wy­kłam już do zdzi­wie­nia, jakie wywo­łuje infor­ma­cja o ślu­bie.

- Ow­szem, sze­fie.

- Świat jest pełen nie­spo­dzia­nek. Prze­każ jej moje gra­tu­la­cje. Ale i tak pil­nuj, żeby trzy­mała buzię na kłódkę. - Zerka na roleksa. - Teraz zabiorę was na spo­tka­nie z panią Reid. Koro­ner powi­nien zja­wić się lada chwila. Wyniki sek­cji tra­fią do mnie i do two­jego zespołu, i do nikogo wię­cej. Jakieś pyta­nia?

Wice­dy­rek­tor Jones kręci głową.

- Nie, sze­fie - odzy­wam się - ale wydaje mi się, że powin­nam poroz­ma­wiać z panią Reid sama. Jak matka z matką.

Marsz­czy czoło.

- Wyja­śnij, o co cho­dzi.

- Sta­ty­stycz­nie męż­czyźni mają gor­szy sto­su­nek do trans­sek­su­ali­stów niż kobiety. Nie mówię, że kon­gres­man nie kochał swego syna, ale jeśli Lisa wolała bar­dziej któ­reś z rodzi­ców, to założę się, że matkę. - Prze­ry­wam. - Wydaje mi się też, że popro­siła o mnie jesz­cze z innego powodu.

- Czyli?

Spo­glą­dam na Lisę. Teraz sym­bo­li­zuje nową tajem­nicę, tę, którą ujaw­niają zmarli, tę, o któ­rej wie­dzą sta­rzy, a mło­dzi wolą nie wie­dzieć: życie jest cho­ler­nie krót­kie, nie­za­leż­nie ile trwa.

Uśmie­cham się do niego kwa­śno.

- Ja rów­nież stra­ci­łam dziecko. Do tego klubu należą nie­liczni.

Rozdział 2

2

Obser­wuję samo­chód, który zajeż­dża na zaple­cze kost­nicy. Rzecz jasna czarny, ulu­biony kolor rządu i jego funk­cjo­na­riu­szy. Pra­wie krze­piąca jest ta nie­zmien­ność barwy. Szyby z tyłu są zaciem­nione, by nikt postronny nie mógł zaj­rzeć do środka.

Jest wpół do pią­tej po połu­dniu i zmierzch zaczyna pod­cho­dzić do okien. Ta część Wir­gi­nii leży tuż obok waszyng­toń­skiej metro­po­lii, a mimo to zacho­wała wła­sną toż­sa­mość. Jest tu ciszej niż w sto­licy i choć może to złudne, ma się poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Prze­mie­szana zabu­dowa miej­ska i podmiej­ska stwa­rza ilu­zję wygody. Tak jak w wielu miej­scach na Wschod­nim Wybrzeżu, tutej­sza archi­tek­tura ma pewien cię­żar gatun­kowy, w nie­po­wta­rzalny spo­sób łączy cha­rak­ter i histo­rię.

Jest koniec wrze­śnia, jakiego ni­gdy nie zoba­czę na Zachod­nim Wybrzeżu. Powie­trze aż szczy­pie w skórę, zapo­wia­da­jąc śnieżną zimę. Nie tak ostrą jak w Buf­falo czy Nowym Jorku, ale na pewno nie takie byle co, jak w Kali­for­nii.

Wszę­dzie rosną drzewa, młode i stare. Ich liczba to naj­lep­szy dowód, że w tym mie­ście dba się o roślin­ność, i teraz rozu­miem dla­czego. Jesień to naj­pięk­niej­sza pora roku w Ale­xan­drii w sta­nie Wir­gi­nia. Liście mie­nią się wszyst­kimi kolo­rami i wyglą­dają po pro­stu osza­ła­mia­jąco.

Samo­chód staje, otwie­rają się drzwi i wsia­dam do środka. Czas sku­pić się na tym, po co tu jestem.

Dyrek­tor opo­wie­dział mi kilka pod­sta­wo­wych rze­czy o Rosa­rio Reid.

- Ma czter­dzie­ści osiem lat. Uro­dziła Dextera jako dwu­dzie­sto­sze­ścio­latka, rok po tym, gdy wyszła za kon­gres­mana. Znali się jesz­cze z liceum, ale ślub wzięli dopiero kilka lat po ukoń­cze­niu stu­diów.

Jej pra­dzia­dek przy­je­chał do Sta­nów z Mek­syku i zbu­do­wał w Tek­sa­sie małe impe­rium hodowli bydła. A działo się to w cza­sach, kiedy Mek­sy­ka­nom nie było tam łatwo. Zdaje się, że prze­ka­zał ten upór w genach swoim potom­kom - pani Reid to twarda sztuka. Ukoń­czyła stu­dia praw­ni­cze na Harvar­dzie i lubi ska­kać do gar­dła. Kiedy pan Reid stał się poli­ty­kiem, pani Reid zajęła się obroną słab­szych. Wygrała wiele gło­śnych spraw, któ­rych szcze­gó­łów nie znam, ale we wszyst­kich dostało się róż­nym kon­cer­nom nad­uży­wa­ją­cym swo­jej pozy­cji. Kiedy Reid posta­no­wił wystar­to­wać w wybo­rach do Kon­gresu, jego żona zwi­nęła praw­ni­czy kra­mik i pokie­ro­wała jego kam­pa­nią. - Dyrek­tor pokrę­cił z podzi­wem głową. - Smoky, dobrze poin­for­mo­wani ludzie z Waszyng­tonu twier­dzą, że lepiej nie wcho­dzić jej w drogę. To jedna z naj­mil­szych kobiet, jakie znam, ale potrafi być bez­względna, kiedy ktoś zaczyna bruź­dzić jej mężowi.

Wszystko to wydaje mi się intry­gu­jące, nawet godne podziwu, ale znani ludzie szybko potra­fią zmie­nić się w pół­he­ro­sów, jeśli tylko im na to pozwo­limy. Sama chcę wyczuć Rosa­rio Reid, bo kiedy zro­zu­miem matkę, łatwiej mi będzie zro­zu­mieć jej dziecko. Muszę prze­ko­nać się, czy i jak bar­dzo będzie mnie okła­my­wać, a jeśli rze­czy­wi­ście skła­mie, to dla­czego? Z miło­ści do dziecka? Dla doraź­nych celów poli­tycz­nych? Bez powodu?

Pani Reid wita mnie ski­nie­niem głowy, kiedy zamy­kam drzwi auta. Puka w szybę oddzie­la­jącą nas od szo­fera i wci­ska guzik, który, jak przy­pusz­czam, wyłą­cza inter­kom. Limu­zyna rusza, a my przez chwilę przy­glą­damy się sobie.

Rosa­rio Reid jest nie­wąt­pli­wie atrak­cyjną kobietą. Ma kla­syczne rysy inte­li­gent­nej laty­no­skiej pięk­no­ści, wyra­fi­no­wane, ale też zmy­słowe. Jako kobieta widzę, że zadała sobie trud, żeby nieco stłu­mić to piękno. Ma krót­kie włosy i zupeł­nie pro­stą fry­zurę. Nie ufar­bo­wała nawet siwych pase­mek. Nie pogru­biła rzęs mascarą. Syn odzie­dzi­czył po niej pełne usta, ale Rosa­rio użyła kon­tu­rówki, żeby za bar­dzo nie kusiły. Ma na sobie pro­stą białą bluzkę, gra­na­towy żakiet i dopa­so­wane gra­na­towe spodnie. Wszystko dosko­nale uszyte, ale ero­tycz­nie wyci­szone.

Te powierz­chowne obser­wa­cje dowo­dzą jej poli­tycz­nego doświad­cze­nia i wiele mówią o lojal­no­ści wobec męża. Rosa­rio robi coś wręcz prze­ciw­nego niż więk­szość kobiet. Ogra­ni­cza wła­sną zmy­sło­wość, za to wzmac­nia piękno nutą pro­fe­sjo­na­li­zmu. Zamiast jedwa­biu, twe­edowe gar­sonki.

Dla­czego? Żeby nie draż­nić żeń­skiej czę­ści Kon­gresu. Potężne kobiety bywają atrak­cyjne, ale ni­gdy zmy­słowe czy sek­sowne. Nie wiem, czemu tak jest, ale ja rów­nież to czuję. Kobie­cie na wyso­kim sta­no­wi­sku zaufam bar­dziej, jeśli wygląda jak Rosa­rio niż jak modelka bie­li­zny Vic­to­ria's Secret.

Sama nie wiem dla­czego.

Pani Reid jest też silna. Zacho­wuje spo­kój, ale widzę wyraź­nie ogrom roz­pa­czy w jej oczach. Nie pła­cze publicz­nie. Ta kobieta prze­żywa żałobę w samot­no­ści, to kolejne, co nas łączy, poza tym, że obie stra­ci­ły­śmy dziecko.

Pierw­sza prze­rywa mil­cze­nie.

- Dzię­kuję, że pani przy­je­chała, agentko Bar­rett. - Mówi cichym, opa­no­wa­nym gło­sem, ani niskim, ani wyso­kim. - Wiem, że to nie­co­dzienna sytu­acja. Od lat sta­ram się nie wyko­rzy­sty­wać swo­jej pozy­cji poli­tycz­nej na potrzeby pry­watne. - Wzru­sza ramio­nami. Roz­pacz dodaje temu gestowi prze­ra­ża­ją­cej ele­gan­cji. - Moje dziecko nie żyje. Pozwo­li­łam sobie na wyją­tek.

- Na pani miej­scu zro­bi­ła­bym to samo, pani Reid. Przy­kro mi z powodu tego, co panią spo­tkało. Zdaję sobie sprawę, że to fra­zes, i wiem, że w tych warun­kach nie­wy­star­cza­jący, ale naprawdę mi przy­kro. Dexter... - Prze­ry­wam i marsz­czę brwi - Prze­pra­szam, ale nie za bar­dzo wiem, jakiego zaimka uży­wać. "On" czy "ona"? Mam mówić Dexter czy Lisa?

- Lisa przez całe życie pra­gnęła być kobietą. Trak­tujmy ją jak kobietę, tyle przy­naj­mniej możemy dla niej zro­bić po śmierci.

- Oczy­wi­ście, pro­szę pani.

- Darujmy sobie te for­mal­no­ści, dobrze, Smoky? Obie jeste­śmy tylko mat­kami, które stra­ciły dzieci. Jeste­śmy tylko my dwie, wokół nie ma żad­nych face­tów, któ­rzy muszą się puszyć jak pawie i prę­żyć muskuły. - Prze­rywa i wbija we mnie wzrok. - Musimy obie ruszyć głową i wziąć się do czar­nej roboty. Szyb­ciej nam pój­dzie, gdy oszczę­dzimy sobie uprzej­mo­ści i przej­dziemy na ty, nie sądzisz?

To my, kobiety, skła­damy dzieci do grobu, to my cią­gniemy suk­nie po cmen­tar­nym pia­chu - to wła­śnie mówi mi żona Reida.

- W porządku, Rosa­rio.

- Świet­nie. - Widzę, jak tak­suje wzro­kiem moje bli­zny. - Czy­ta­łam, przez co prze­szłaś. W gaze­tach i w ogóle. Od lat cię podzi­wiam.

Mówi to, patrząc mi pro­sto w oczy. Na widok blizn nie drgnie jej nawet powieka. Jeśli w ogóle ją krę­pują, skrywa to lepiej niż dyrek­tor FBI.

Pochy­lam głowę do Rosa­rio w geście podzię­ko­wa­nia.

- Dzię­kuję, ale nie ma czego podzi­wiać, po pro­stu mnie nie zabili.

Marsz­czy brwi.

- Jesteś zbyt surowa. Prze­trwa­łaś. Wró­ci­łaś do pracy, która nara­ziła cię na to wszystko. I na­dal świet­nie ją wyko­nu­jesz. Na­dal miesz­kasz w domu, gdzie wszystko się zda­rzyło, i to aku­rat rozu­miem. Na pewno wielu ludzi tego nie poj­muje, ale ja tak. - Uśmie­cha się smutno. - Ten dom to twoje drzewo, miej­sce, gdzie zapu­ści­łaś korze­nie. Tam uro­dziła się twoja córka, i to wspo­mnie­nie jest sil­niej­sze niż wszyst­kie bole­sne sprawy, prawda?

- Zga­dza się - odpo­wia­dam cicho.

Ocza­ro­wała mnie ta kobieta. Lubię ją. Jest szczera. Prze­ni­kli­wość wiele mówi o jej cha­rak­te­rze. To ktoś, kto rozu­mie, że rodzina to dom, że dom to rodzina, że to dach chro­niący nas przed świa­tem. Miłość to spo­iwo, ale istotą rze­czy jest ciąg prze­ży­wa­nych wspól­nie chwil.

Jedziemy leni­wym tem­pem dookoła kost­nicy. Znów spo­glą­dam na mie­niące się kolo­rami liście. Drzewa wyglą­dają, jakby pło­nęły.

- Podob­nie jak ty - mówi Rosa­rio, nie odry­wa­jąc wzroku od widoku za oknem - wyszłam za faceta, z któ­rym cało­wa­łam się w liceum. Widzia­łaś zdję­cia mojego Dil­lona?

- Tak. Przy­stoj­niak.

- Wtedy też był przy­stojny. I taki młody. To moja pierw­sza miłość. - Zerka na mnie i uśmie­cha się lekko. Przez krótką, kró­ciu­teńką chwilę mam wra­że­nie, jakby znów miała osiem­na­ście lat. - Moje pierw­sze wszystko.

Odwza­jem­niam uśmiech.

- Tak jak mój Matt.

- Jeste­śmy wymie­ra­ją­cym gatun­kiem, Smoky. Kobiety, które wycho­dzą za swo­ich chło­pa­ków z liceum, które potra­fią zli­czyć kochan­ków na pal­cach jed­nej ręki. Jak ci się wydaje, lepiej nam z tym czy gorzej?

Wzru­szam ramio­nami.

- Wydaje mi się, że szczę­ście to naj­bar­dziej oso­bi­sta rzecz na świe­cie. Nie wyszłam za Matta po to, żeby udo­wad­niać swoją wier­ność czy coś takiego. Wyszłam za niego, bo go kocha­łam.

Coś w moich sło­wach burzy nieco jej opa­no­wa­nie. Oczy wil­got­nieją, ale nie płyną z nich łzy.

- Wspa­niale to uję­łaś. Tak. Szczę­ście to rze­czy­wi­ście oso­bi­sta rzecz. Moja córka mogłaby się pod tym pod­pi­sać. - Odwraca się i siada twa­rzą do mnie. - Wiesz, że osoby zmie­nia­jące płeć są nara­żone na wię­cej zagro­żeń niż inne dys­kry­mi­no­wane mniej­szo­ści? Padają ofia­rami bru­tal­nych prze­stępstw popeł­nia­nych z nie­na­wi­ści czę­ściej niż geje, muzuł­ma­nie, Żydzi czy Afro­ame­ry­ka­nie.

- Tak, wiem.

- I mają tego świa­do­mość, Smoky. Chłopcy i męż­czyźni, któ­rzy zostają kobie­tami, dziew­częta i kobiety, które stają się męż­czy­znami, wszy­scy oni wie­dzą, że będą zastra­szani, nie­na­wi­dzeni, może nawet pobici albo zamor­do­wani. A jed­nak to robią. Wiesz dla­czego? - Ręce jej drżą i zaci­ska je na kola­nach. - Robią to, bo nie ma innego spo­sobu, by byli szczę­śliwi.

- Opo­wiedz mi o Lisie - zachę­cam ją.

Na pewno ma na to ochotę. Po to tu jestem. Chce, żebym zoba­czyła Lisę, żebym prze­jęła się jej losem. Chce, żebym zro­zu­miała, co stra­ciła, i żebym to poczuła.

Zamyka na chwilę oczy. Kiedy znów je otwiera, widzę w nich miłość. To silna kobieta i kochała swoje dziecko całym ser­cem.

- Naj­pierw będę uży­wać imie­nia Dexter, bo tak to się wszystko zaczęło. Dexter był miłym, pięk­nym chłop­cem. Wiem, że wszyst­kim rodzi­com wydaje się, że ich pocie­chy to aniołki, ale Dexter naprawdę był zło­tym dziec­kiem. Niski i drobny, ale nie słaby. Deli­katny, ale nie naiwny. Rozu­miesz?

- Tak.

- Ste­reo­ty­powo odbie­rano go jako synka mamusi i do pew­nego stop­nia była to prawda, ale nie trzy­mał się mojej spód­nicy. Zacho­wy­wał się jak każdy chło­piec - bie­gał po dwo­rze w słońcu, broił jak wszy­scy. Grał w małej lidze base­ballu, kiedy miał dzie­sięć lat, zaczął uczyć się gry na gita­rze, raz czy dwa pobił się z sil­niej­szymi chło­pa­kami. Nie było powodu myśleć czy spo­dzie­wać się, że nie wyro­śnie na wspa­nia­łego męż­czy­znę. Rzadko kiedy musia­łam zwra­cać się do niego oboma imio­nami i nazwi­skiem.

Rosa­rio zakłada, że wiem, o czym mówi, i ma rację. Wie­dzą to wszyst­kie matki. Każde dziecko rozu­mie, że kiedy mama zwraca się do niego z imie­nia i z nazwi­ska, ozna­cza to kło­poty. A kiedy na doda­tek używa obu imion, to znak, że jest naprawdę roz­gnie­wana. To znak, że dziecko musiało naprawdę mocno nabroić. Wtedy naj­le­piej zaszyć się w ciem­nym kącie.

Patrzy na mnie.

- Ile lat miała twoja córka, kiedy zmarła?

- Dzie­sięć.

- Wspa­niały wiek. Wtedy dzieci jesz­cze nic przed nami nie ukry­wają. - Wzdy­cha, ale jest w tym wię­cej tęsk­noty niż smutku. - Wyda­wało mi się, że znam Dextera na wylot, ale oczy­wi­ście żadna matka nie wie wszyst­kiego, kiedy dziecko wcho­dzi w wiek doj­rze­wa­nia. Syn zaczyna się wtedy odda­lać. Jest prze­ra­żony, że matka może się dowie­dzieć, jak się mastur­buje, myśląc o kobie­tach... Matka to prze­cież też kobieta. Byłam na to przy­go­to­wana, takie jest prze­cież życie, ale sekrety Dextera oka­zały się inne, niż przy­pusz­cza­łam.

- Jak się o tym dowie­dzia­łaś? Że ma pro­blem? - Gryzę się w język. - Prze­pra­szam... może nie powin­nam mówić o tym "pro­blem"?

- To zależy. Dla tych, któ­rzy są prze­ciwni trans­sek­su­ali­stom, pro­ble­mem jest sama zmiana płci. Dla trans­sek­su­ali­stów pro­ble­mem jest to, że ich ciało nie pasuje do wewnętrz­nej toż­sa­mo­ści sek­su­al­nej. Tak czy siak, myślę, że "pro­blem" to wła­ściwe słowo. A odpo­wia­da­jąc na twoje pyta­nie, Dexter praw­do­po­dob­nie nie czuł się dobrze jako chło­piec od bar­dzo dawna. Po raz pierw­szy zaczął... eks­pe­ry­men­to­wać jako czter­na­sto­la­tek.

- W jaki spo­sób eks­pe­ry­men­to­wać?

Znów widzę, jak drżą jej ręce, jak dło­nie szu­kają się nawza­jem na kola­nach. Przez chwilę Rosa­rio mil­czy, tar­gają nią emo­cje.

- Prze­pra­szam - odzywa się. - Po pro­stu... oso­bo­wość Dextera, to wszystko, co w nim tak uwiel­bia­łam, ujaw­niało się tak wyraź­nie w spo­so­bie, w jaki zaczął badać wła­sną toż­sa­mość płciową. Mam na myśli sta­niki i majtki.

- Nosił je?

- Tak. Pew­nego popo­łu­dnia zna­la­złam je zako­pane głę­boko na dnie jego szu­flady z bie­li­zną. Począt­kowo uzna­łam, że to moje, ale nie były moje. Wła­śnie to mam na myśli, mówiąc o jego oso­bo­wo­ści. Dexter dosta­wał kie­szon­kowe, dora­biał też w oko­licy. Kosił traw­niki i tak dalej. Kupo­wał sobie bie­li­znę za wła­sne pie­nią­dze. Rozu­miesz? Miał czter­na­ście lat, nie mógł się pogo­dzić z tym, co się dzieje. Z póź­niej­szych roz­mów wiem, że czuł się winny, brudny - ale uwa­żał, że po pro­stu nie może pod­kra­dać moich rze­czy. Uwa­żał, że jedyne hono­rowe wyj­ście to wyprawa do super­mar­ketu i zakup tego wszyst­kiego za wła­sne pie­nią­dze. Póź­niej mówił mi, że był tym bar­dzo zaże­no­wany, ale kwe­stie dobra i zła trak­to­wał śmier­tel­nie poważ­nie.

Wyobra­żam to sobie. Młody, szczu­pły chło­piec kupuje kobiece majtki i sta­nik, pło­nie rumień­cem, sto­jąc przy kasie. Zro­bił to, bo nie wolno kraść rze­czy matki.

Wyobra­żam sobie samą sie­bie jako czter­na­sto­latkę. Czy na jego miej­scu była­bym rów­nie sta­now­cza? Lep­sze zaże­no­wa­nie niż plama na hono­rze?

No nie, nie ma mowy. Mama stra­ci­łaby kom­plet bie­li­zny.

- Rozu­miem - mówię do Rosa­rio. - Co się stało potem?

Krzywi się.

- Potem były trzy okropne lata. Musisz zro­zu­mieć, że pocho­dzę z rodziny mek­sy­kań­sko-ame­ry­kań­skiej. Kato­lic­kiej, i to bar­dzo kon­ser­wa­tyw­nej. Z dru­giej strony, byłam praw­niczką, przy­wy­kłam do reguł i struk­tur oraz do docho­wy­wa­nia tajem­nicy. Przede wszyst­kim zacho­wa­łam wszystko tylko dla sie­bie.

- To zro­zu­miałe.

- Wła­śnie. Tro­chę trwało, nim wydo­by­łam to z niego. Mówiąc szcze­rze, wtedy jesz­cze Dexter nie do końca wie­dział, co się z nim dzieje. Był zmie­szany i pró­bo­wał to zro­zu­mieć. Powie­dział mi, że cza­sami czuje się dziw­nie, na przy­kład, kiedy patrzył w lustro, chciał w nim widzieć ciało kobiety, nie męż­czy­zny. Byłam zszo­ko­wana. Skon­fi­sko­wa­łam mu dam­ską bie­li­znę i natych­miast wysła­łam do psy­cho­loga.

- Ale zmiany postę­po­wały.

- Psy­cho­log stwier­dził, że Dexter cierpi na dys­fo­rię płciową, czyli syn­drom zabu­rze­nia toż­sa­mo­ści płcio­wej. Cała ta medyczna nowo­mowa ozna­cza tyle, że Dexter sil­nie iden­ty­fi­kuje się z płcią prze­ciwną.

- Znam to zja­wi­sko. Może przyj­mo­wać formę od lek­kiej obse­sji aż po pew­ność, że jest się osobą płci prze­ciw­nej uwię­zioną w nie­wła­ści­wym ciele.

- Zga­dza się. "Leczył" Dextera. Chciał w tera­pii wyko­rzy­stać nawet psy­cho­tropy, ale mu zaka­za­łam. Dexter był bystry, roz­ważny, czujny, miły, piąt­kowy uczeń, który ni­gdy nie popadł w kon­flikt z pra­wem, po dia­bła więc fasze­ro­wać go nar­ko­ty­kami? - Macha ręką. - Wszystko na nic. Tera­pia spro­wa­dziła się do przy­pię­cia ety­kietki i pracy z Dexte­rem, by sprze­ci­wiał się obse­sji. Nic to nie dało.

- Kiedy zde­cy­do­wał się na zmianę płci?

- Och, powie­dział mi o tym, kiedy miał dzie­więt­na­ście lat. Ale myślę, że decy­zję pod­jął wcze­śniej. Po pro­stu zasta­na­wiał się, jak to zro­bić, żeby jak naj­mniej zaszko­dzić ojcu i mnie. Zresztą wcale mu tego nie uła­twi­li­śmy. - Kręci głową. - Dil­lon się wściekł. Ukry­wa­li­śmy to przed nim przez tyle lat, a on tak bar­dzo lubił tę zabawę w poli­tykę. Zaśle­piło go to w naj­gor­szy spo­sób.

- Jak zniósł to Dexter?

Uśmie­cha się.

- Zacho­wał spo­kój. Spo­kój i opa­no­wa­nie. Nic nie mówił, ale był jak skała. - Wzru­sza ramio­nami. - Posta­no­wił i już. Miał w sobie sta­now­czość ojca.

I twoją, myślę w duchu.

- Mów dalej.

- Powie­dział nam, że rozu­mie, iż będzie to dla nas pro­ble­ma­tyczne, zwłasz­cza dla ojca, więc jedy­nym wyj­ściem miało być publiczne wydzie­dzi­cze­nie go. Mówił, że bar­dzo zależy mu na tym, żeby ta decy­zja jak naj­mniej nam zaszko­dziła. Wyobra­żasz sobie? - W jej gło­sie sły­chać żal i podziw. - Pamię­tam, jak to mówił: "Tato, to, co robisz, jest bar­dzo cenne. Poma­gasz wielu ludziom. Nie chcę, żebyś przeze mnie z tego rezy­gno­wał. Ale ja też nie zre­zy­gnuję dla cie­bie ze swo­ich pla­nów. To naj­lep­szy kom­pro­mis". Myślę, że to dotarło do Dil­lona. To, że syn zde­cy­do­wał się na publiczne potę­pie­nie, byle ojciec mógł robić na­dal to, co uwiel­biał. Nie mówię, że poszło jak z płatka, ale...

- Dexter go prze­ko­nał.

- Tak. - Patrzy na mnie i widzę w jej twa­rzy bar­dzo głę­boki ból z domieszką żalu, a może i żalu do samej sie­bie. - Pominę szcze­góły. Ważne, że jak przy­stało na porządną rodzinę poli­ty­ków, zro­bi­li­śmy to, co zapro­po­no­wał Dexter. Zało­ży­li­śmy spe­cjalny fun­dusz, a on się wypro­wa­dził. Kiedy zaczął naprawdę żyć jako kobieta... Wiesz, jak wygląda ta część pro­cesu?

- Aby uzy­skać zgodę na ope­ra­cję zmiany płci, trzeba prze­żyć rok jako osoba tej płci, którą chce się przy­jąć. Mniej wię­cej tak?

- Dokład­nie tak. Nie można pod­dać się żad­nym inge­ren­cjom chi­rur­gicz­nym, dopóki nie prze­żyje się peł­nego roku jako kobieta lub męż­czy­zna. W przy­padku Dextera ozna­czało to cho­dze­nie do pracy w kobie­cym ubra­niu, pro­wa­dze­nie życia towa­rzy­skiego jako kobieta itd. W ten spo­sób czło­wiek nabiera pew­no­ści, czy rze­czy­wi­ście chce zmie­nić płeć.

- To roz­sądne podej­ście.

- Też tak sądzę. Dexter rów­nież był tego zda­nia. Kiedy to się zaczęło, wyda­li­śmy wycy­ze­lo­wane co do słowa oświad­cze­nie. O tym, że na­dal kochamy naszego syna, ale nie możemy pogo­dzić się z jego wybo­rem. To był maj­stersz­tyk oszu­stwa. - Prze­rywa, szu­ka­jąc słów. - Nie pocho­dzisz z Połu­dnia, Smoky, więc chyba nie jesteś w sta­nie w pełni zro­zu­mieć, jak głę­bo­kie są tu podziały. Nie zro­zum mnie źle, w Tek­sa­sie mieszka wielu libe­ral­nych inte­lek­tu­ali­stów, ale nie sądzę, by sta­no­wili więk­szość.

- Rozu­miem.

Kręci głową.

- Nie. Masz tylko blade poję­cie, zapewne ste­reo­ty­powe. Nie sądzę, byś zro­zu­miała to w pełni, bo się tu nie wycho­wa­łaś. Zapewne wyobra­żasz sobie żują­cych tytoń wie­śnia­ków ze sto­ja­kiem na dubel­tówki na pace pikapa. Ow­szem, miesz­kają tu i tacy, ale obraz cało­ści kom­pli­kuje się o wiele bar­dziej, kiedy widzisz świet­nie wykształ­coną, bar­dzo inte­li­gentną i miłą osobę, która bez zmru­że­nia oka głosi wszem wobec, że homo­sek­su­alizm to obrzy­dli­wość. I ta osoba ma przy­ja­ciela, naj­lep­szego przy­ja­ciela, z któ­rym wycho­wała się od dziecka, a który uważa, że geje powinni mieć wię­cej praw. Te dwie osoby mimo tych róż­nic wciąż są przy­ja­ciółmi, dobrymi przy­ja­ciółmi. - Unosi brew. - Ale co by było, gdyby ów libe­ralny przy­ja­ciel oka­zał się gejem? Co to, to nie. Albo trans­sek­su­ali­stą? Mój Boże. Toż to wybryki natury, zapewne dla obu przy­ja­ciół z tego przy­kładu. Poczy­ni­li­śmy na Połu­dniu wiel­kie postępy i uwiel­biam to miej­sce. To mój dom. Ale Połu­dnie ma swoje przy­zwy­cza­je­nia, które opie­rają się wiel­kim zmia­nom.

- Rozu­miem.

- Tym­cza­sem - mówi dalej Rosa­rio - jak wiesz, Dexter wciąż odwie­dzał nas w święta, ale w tajem­nicy. - Milk­nie na chwilę. - Prze­ra­ża­jące, nie uwa­żasz? Dziecko prze­grało z zawo­do­wymi ambi­cjami.

Zasta­na­wiam się nad tym. Ta kobieta zasłu­guje na szczerą odpo­wiedź, a nie na jakąś płytką i sprytną ripo­stę.

- Myślę - odzy­wam się ostroż­nie - że każde inne roz­wią­za­nie skrzyw­dzi­łoby Dextera. Czuł, że musi to zro­bić, ale oba­wiał się, jak to wpły­nie na karierę two­jego męża. Prze­cież sam zapro­po­no­wał "wydzie­dzi­czy­cie mnie publicz­nie". Czy kie­dy­kol­wiek oba­wiał się, że któ­reś z was naprawdę się go wyrzek­nie?

Jest zasko­czona tą odpo­wie­dzią.

- Nie. Chyba nie.

- Więc czuł się bez­piecz­nie, wie­dząc, że go kocha­cie. Nie twier­dzę, że to wyja­śnia wszystko, ale to na pewno coś, Rosa­rio.

Roz­pacz cza­sami bywa pro­stym uczu­ciem, ale czę­ściej jest bar­dzo zło­żona. To cią­głe wąt­pli­wo­ści, pyta­nia "co by było gdyby", "gdy­bym tylko". Przy­po­mina żal, ale jest znacz­nie potęż­niej­sza. Może znik­nąć w jed­nej chwili albo trwać aż do śmierci. Wszystko to widzę w twa­rzy Rosa­rio i cie­szę się, bo to zna­czy, że powie­dzia­łam jej prawdę. Kłam­stwa cza­sem bolą, ale nic nie poru­sza nas bar­dziej niż prawda.

Przez dłuż­szą chwilę pró­buje się opa­no­wać. Wciąż nie pła­cze.

- Dexter prze­trwał ten rok, i to był koniec Dextera. Umarł syn, odro­dził się jako córka. Naprawdę piękna córka. Lisa kwi­tła, i w środku, i na zewnątrz. Zawsze była szczę­śli­wym dziec­kiem, ale teraz wręcz pro­mie­niała. Była... zado­wo­lona. Wcale nie­ła­two o zado­wo­le­nie, Smoky.

Zauwa­żam, z jaką łatwo­ścią zaczęła uży­wać imie­nia "Lisa" i żeń­skich zaim­ków. Dexter stał się Lisą, nie tylko dla sie­bie, ale też dla matki.

- Jak na to zare­ago­wał kon­gres­man?

- Ni­gdy do końca się z tym nie pogo­dził. Ale nie chcę, żebyś pomy­ślała o nim jako o ste­reo­ty­po­wym wstecz­niku, Smoky. Dil­lon kochał Dextera i bar­dzo, bar­dzo mocno pró­bo­wał poko­chać córkę. Winą za wszel­kie nie­po­wo­dze­nia w tej kwe­stii obar­czał sie­bie, nie Lisę.

- Jestem pewna, że Lisa też to rozu­miała.

Rosa­rio kiwa głową i uśmie­cha się.

- Ow­szem. Była... szczę­śliwa. Hor­mony zadzia­łały bar­dzo dobrze, a Lisa mądrze zwięk­szyła sobie piersi, tak by paso­wały do jej syl­wetki, ani za duże, ani za małe. Maki­jaż opa­no­wała w mgnie­niu oka, bez wysiłku poru­szała się jak kobieta, miała wyczu­cie stylu. Nawet lek­cje głosu, które bywają dla nie­któ­rych trudne, nie spra­wiały jej żad­nych trud­no­ści.

Męż­czyźni mają niż­szy głos, bo ich struny gło­sowe wydłu­żają się w okre­sie doj­rze­wa­nia. Tego pro­cesu nie da się odwró­cić, więc męż­czyźni, któ­rzy stają się kobie­tami, uczą się jak mówić wyż­szym gło­sem.

- Czy zamie­rzała... zmie­nić wszystko do końca?

Nie wszy­scy trans­sek­su­ali­ści decy­dują się na zmianę geni­ta­liów.

- Nie pod­jęła decy­zji.

- Co Lisa robiła w Tek­sa­sie? - pytam. - Rozu­miem, że miesz­kała tu, w Wir­gi­nii. Odwie­dzała was?

- Przy­je­chała na pogrzeb babci. Matki Dil­lona.

- Czy ty i kon­gres­man bra­li­ście udział w pogrze­bie?

- Tak. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy małą pry­watną uro­czy­stość. Nie pro­wa­dzimy na razie kam­pa­nii, więc nie było żad­nych mediów. Odbyła się cere­mo­nia i następ­nego dnia Lisa wró­ciła do domu. Jutro miała iść do pracy.

- Czym się zaj­mo­wała?

- Pro­wa­dziła wła­sne biuro podróży. Jed­no­oso­bowa firma, ale szło jej nie­źle. Obsta­wiła zyskowną niszę, orga­ni­zo­wała urlopy spe­cjal­nie dla gejów, les­bi­jek i trans­sek­su­ali­stów.

- Miała wro­gów? Może wspo­mi­nała, że ktoś ją prze­śla­duje?

- Nie - odpo­wiada zde­cy­do­wa­nie Rosa­rio. - Wcale cię nie zby­wam, Smoky, ani niczego nie ukry­wam. To była pierw­sza rzecz, o jakiej pomy­śla­łam, ale niczego takiego nie pamię­tam.

Ale możesz prze­żyć zasko­cze­nie, myślę.

Wszel­kie te nocne tajem­nice, wiel­kie i małe, te, które pukają do drzwi, kiedy księ­życ skrywa się za chmu­rami - dzieci też je mają, a rodzice dowia­dują się prze­waż­nie ostatni.

- A ty lub kon­gres­man? Domy­ślam się, że oboje macie wro­gów, jak wszy­scy ludzie ze świecz­nika, ale czy ostat­nio albo tro­chę wcze­śniej zda­rzyło się wam może coś szcze­gól­nego?

- Nie, na pewno nie. Dil­lon od czasu do czasu dostaje listy od jakichś waria­tów. Czy­tam je wszyst­kie, a potem prze­ka­zuję do Secret Service. Ostatni przy­szedł sześć czy sie­dem mie­sięcy temu. Jakiś pajac gro­ził, że zabije Dil­lona siłą swo­jego umy­słu, czy coś w tym stylu. Aku­rat teraz nie zaj­mu­jemy żad­nego kon­tro­wer­syj­nego sta­no­wi­ska w dzie­dzi­nie moral­no­ści. Rzadko to zresztą robimy. Wła­śnie uni­ka­jąc takich kon­fron­ta­cji, Dil­lon zdo­łał utrzy­mać fotel w Kon­gre­sie jako przed­sta­wi­ciel tek­sa­skich demo­kra­tów.

Zasta­na­wiam się, o co jesz­cze mogę ją zapy­tać, ale nic nie przy­cho­dzi mi do głowy.

Kolejne słowa dobie­ram szcze­gól­nie sta­ran­nie:

- Rosa­rio, musisz wie­dzieć, że zro­bię wszystko, co w mojej mocy, żeby zna­leźć win­nego. Nie mogę ci obie­cać, że go zła­pię - już dawno nauczy­łam się, że nie należy skła­dać takich obiet­nic - ale mój zespół i ja jeste­śmy naprawdę bar­dzo dobrzy. Aby wyko­nać swoją pracę, będziemy potrze­bo­wali dostępu do was. Jestem w sta­nie zgo­dzić się na pewne ustęp­stwa poli­tyczne, ale tak naprawdę nie pra­cuję ani dla cie­bie, ani dla two­jego męża, lecz dla Lisy.

- Liczy się tylko Lisa.

- Nie pró­buję być cyniczna. Chcę tylko, żebyś dobrze wie­działa, jaką mam hie­rar­chię war­to­ści.

- Ta hie­rar­chia bar­dzo mi się podoba. - Sięga do kie­szeni mary­narki i podaje mi kartkę. - To wszyst­kie moje numery. Dzwoń do mnie w dzień i w nocy z każdą, nawet z naj­mniej­szą sprawą.

Biorę od niej kartkę. Rosa­rio znów puka w szybę, znak, że wra­camy do kost­nicy. Słońce zacho­dzi i krwawe niebo współ­gra z pło­ną­cymi liśćmi na jesien­nych drze­wach.

Nad­cho­dzi zima. Zima tutaj jest nie­ru­choma jak śmierć.

- Mogę cię o coś zapy­tać, Smoky? - odzywa się Rosa­rio.

- O co tylko zechcesz.

Patrzy na mnie i w końcu widzę łzy. Nie szlo­cha z żalu, nie wpada w histe­rię. Z obu jej oczu ciekną po pro­stu strużki, dowód naj­głęb­szego bólu.

- Czy to kie­dy­kol­wiek mija?

Prawda, prawda, tylko prawda. Ta kobieta nie zasłu­guje na nic innego. Więc mówię jej prawdę:

- Ni­gdy.

Rozdział 3

3

Cal­lie, Alan i James są już w dro­dze - infor­muje mnie wice­dy­rek­tor Jones. - Powinni doje­chać za kilka godzin.

Sto­imy przed salą, gdzie doko­nuje się sek­cji zwłok, i przez szklaną ścianę patrzymy, jak koro­ner kroi ciało Lisy Reid, by pomóc nam zła­pać jej zabójcę. To osta­teczny gwałt na ofie­rze. W cza­sie sek­cji ciało nie ma duszy, ludzka istota zostaje zre­du­ko­wana do naj­prost­szego skład­nika: mięsa.

Jest już po siód­mej i zaczy­nam czuć tęsk­notę za domem.

- Dziw­nie się tu czuję - mówię.

- Wła­śnie - odpo­wiada wice­dy­rek­tor Jones. Przez chwilę mil­czy. - Z moją drugą żoną zasta­na­wia­li­śmy się nawet, czy się tu nie prze­pro­wa­dzić.

- Naprawdę?

- Widzia­łaś te drzewa? Tu są praw­dziwe cztery pory roku. Biała Gwiazdka, przy­roda budząca się do życia na wio­snę. - Wzru­sza ramio­nami. - Mia­łem na to ochotę. Ale potem nasze mał­żeń­stwo się roz­sy­pało i zapo­mnia­łem o tym.

Znów milk­nie. Tak wyglą­dają nasze roz­mowy. Wydziela mi oso­bi­ste infor­ma­cje po tro­chu, znie­nacka, jak cukierki. Czę­sto są słodko-gorz­kie, jak teraz. Kochał kie­dyś kobietę, roz­ma­wiali o prze­pro­wadzce gdzieś, gdzie mogliby gra­bić liście i lepić bał­wany. A teraz przy­je­chał tu z powodu zwłok. Marze­nia ewo­lu­ują nie zawsze w dobrą stronę.

- Ten dok­tor John­ston jest dziwny - mru­czę, zmie­nia­jąc temat.

- Tak.

Dok­tor John­ston, koro­ner, ma czter­dzie­ści kilka lat i jest ogromny. Nie otyły, lecz umię­śniony. Ma bicepsy, które ledwo obję­ła­bym dwiema dłońmi. Nogi ma tak wiel­kie, że pew­nie szyje spodnie na zamó­wie­nie. Włosy koloru jasno­blond strzyże na krótko. Twarz o kwa­dra­to­wej szczęce nadaje mu wygląd bru­tala, do tego wielki nos ze śla­dami kilku zła­mań. Żyłka na czole pul­suje mu jak metro­nom, fascy­nu­jąco. Mógłby być zawo­do­wym kul­tu­ry­stą albo mafij­nym spe­cem od mokrej roboty.

Sek­cję Lisy prze­pro­wa­dza z zimną krwią. Umię­śnio­nymi rękoma szybko roz­cina klatkę pier­siową. Nawet przez szybę ten dźwięk przy­pra­wia o dresz­cze, jakby ktoś roz­dep­ty­wał sty­ro­pia­nowe kubki. Nie sły­szę, co mówi, ale cały czas dyk­tuje swoje obser­wa­cje do mikro­fonu wiszą­cego nad sto­łem.

- Jak ci poszło z panią Reid? - pyta wice­dy­rek­tor Jones.

- Świet­nie. Okrop­nie.

Stresz­czam mu roz­mowę.

- Mia­łaś rację co do tego, dla­czego popro­siła o cie­bie.

- Ano tak.

John­ston pochyla się, żeby spoj­rzeć na Lisę. Zaj­rzeć do jej wnę­trza. Widzia­łam już gor­sze rze­czy, ale z jakie­goś powodu czuję się nie­swojo.

- Co o tym myślisz, Smoky?

Wiem, o co mnie pyta, czego chce. Chce, żebym zro­biła to, w czym jestem naj­lep­sza. Żebym wyko­rzy­stała swój talent.

Robię to, co robię, bo potra­fię zro­zu­mieć tych, któ­rych ści­gam. To nie przy­cho­dzi od razu, nie jestem jasno­wi­dzem, ale przy odpo­wied­niej licz­bie danych w końcu poja­wia się obraz. Trój­wy­mia­rowy. Widać w nim emo­cje i rozu­mo­wa­nie. Ale przede wszyst­kim widać głód. Głód tak silny, że nie­mal czuję go w ustach. Ciemny smak tak wyraźny, że pra­wie prze­ły­kam ślinę.

Pra­cuję z uta­len­to­wa­nymi ludźmi, jed­nym z nich jest wice­dy­rek­tor Jones. Pomo­gli mi roz­wi­nąć ten talent. Zro­zu­mia­łam w końcu, że jego istotą jest umie­jęt­ność robie­nia cze­goś zupeł­nie nie­na­tu­ral­nego - przy­glą­dam się bli­żej temu, od czego nor­malni ludzie odwra­cają wzrok.

To jak nur­ko­wa­nie w ropie. Ten, kto w niej się zanu­rzy, nie jest w sta­nie prze­bić się wzro­kiem przez mrok, ale czuje ota­cza­jącą go śli­ską sub­stan­cję. Cza­sami zapusz­czam się za głę­boko. Cza­sami prze­raża mnie to w głębi duszy, cza­sami poznaję w ten spo­sób wła­sne tajem­nice.

Pięć lat temu ści­ga­łam czło­wieka, który mor­do­wał tylko młode piękne bru­netki. Wszyst­kie do dwu­dzie­stu pię­ciu lat, wszyst­kie zja­wi­skowe. Nawet mnie, kobie­cie, wyda­wały się zmy­słowe i piękne, nawet po śmierci. Stwo­rzone, by zawra­cać męż­czy­znom w gło­wach.

Ich zabójca wła­śnie tak się czuł. Gwał­cił je, a potem zabi­jał pię­ściami. Bił je powoli, meto­dycz­nie, w sku­pie­niu, póki nie wyzio­nęły ducha. To intymna, bar­dzo oso­bi­sta metoda zabój­stwa.

Sta­łam nad jedną z jego ofiar i patrzy­łam. Patrzy­łam i zoba­czy­łam go. Zabójcę. Wpa­try­wa­łam się tak długo, aż go poczu­łam. Dzia­łał w gorączce, wszech­ogar­nia­ją­cym szale sek­su­al­nego pożą­da­nia i gniewu. Zda­łam sobie sprawę, że tak naprawdę chce seksu z tymi kobie­tami, chce, by aż księ­życ spadł z wra­że­nia.

Wypro­sto­wa­łam się oszo­ło­miona i ku swemu prze­ra­że­niu poczu­łam lekką wil­goć mię­dzy nogami. Zanu­rzy­łam się zbyt głę­boko, poczu­łam zbyt mocno to, co on.

Pobie­głam do naj­bliż­szej łazienki i gwał­tow­nie zwy­mio­to­wa­łam.

To było okropne, ale pomo­gło w śledz­twie. Wie­dzia­łam, że szu­kamy kogoś, kto jest zor­ga­ni­zo­wany i inte­li­gentny, ale nie potrafi nad sobą zapa­no­wać, kiedy poczuje odpo­wiedni bodziec.

Zła­pa­li­śmy go, spraw­dzi­li­śmy DNA i dzięki mojemu głę­bo­kiemu zanu­rze­niu wydu­si­li­śmy z niego przy­zna­nie się do winy. Stacy Hobbs była nową agentką w naszym biu­rze w Los Ange­les. Dosko­nale nada­wała się do tego, co chcia­łam zro­bić. Miała dwa­dzie­ścia cztery lata, była bru­netką i przy­cią­gała wzrok wszyst­kich face­tów w pro­mie­niu trzy­stu metrów.

Kaza­łam jej się ubrać tak, jak ubie­rały się mor­do­wane przez niego kobiety, zro­bić odpo­wiedni maki­jaż. Wyja­śni­łam jej, jak ma sta­nąć w kącie, jak ma na niego patrzeć, jak wygiąć bio­dro i uśmiech­nąć się uwo­dzi­ciel­sko. Kaza­łam jej mil­czeć.

Jasper St James, bo tak się nazy­wał, nie mógł od niej ode­rwać wzroku. Patrzy­łam, jak zaci­ska pię­ści. Obser­wo­wa­łam, jak nieco roz­chyla usta. Na moich oczach wargi mu nabrzmiały jak u wam­pira. Zaczął się pocić i mam­ro­tać pod nosem.

- Suka. Suka. - I tak w kółko.

Pod­czas poprzed­nich prze­słu­chań był zimny jak lód.

Skrzy­żo­wa­łam nogi, dając sygnał Stacy. Zro­biła to, co jej kaza­łam: popa­trzyła Jaspe­rowi pro­sto w oczy i obli­zała usta powoli, prze­cią­gle, obsce­nicz­nie. Potem nagle odwró­ciła się i wyszła bez słowa.

Kiedy to zro­biła, Jasper aż krzyk­nął z fru­stra­cji. To był poje­dyn­czy wysoki krzyk, tak gło­śny, jakby ktoś ści­snął mu jądra szczyp­cami. Pochy­li­łam się w jego stronę nad sto­łem.

- Ależ to musiało być przy­jemne, co? - ode­zwa­łam się niskim, dyszą­cym gło­sem. - Patrzeć, jak dociera do nich, że za chwilę umrą.

Pamię­tam jego wzrok. Było w nim prze­ra­że­nie, fascy­na­cja i nadzieja. Nie­mal sły­sza­łam jego myśli.

Czy ona naprawdę to rozu­mie? Czy to moż­liwe?

To moż­liwe, Bóg mi świad­kiem, ale nie tak, jak mu się wyda­wało. Czu­łam to, rozu­mia­łam, ale moje zro­zu­mie­nie było mimo wszystko sztuczne. Byłam nie­wierna; tylko miłość Jaspera była czy­sta.

Coś beł­ko­tał i bre­dził, pocił się i drżał, kiedy mówił. Wyja­wił mi swoje sekrety. Był szczę­śliwy, że może się tym z kimś podzie­lić, wdzięczny, że w końcu ktoś go słu­cha. Słu­cha­łam, kiwa­łam głową i uda­wa­łam współ­czu­cie.

Uświa­do­mi­łam sobie, że Jasper praw­do­po­dob­nie wyko­rzy­sty­wał współ­czu­cie, żeby zwa­bić wszyst­kie te kobiety. Czy to wła­śnie uczy­niło z niego moją ofiarę? Nasze cele nie róż­niły się aż tak bar­dzo. On chciał znisz­czyć te kobiety, ja chcia­łam znisz­czyć jego. Róż­nica pole­gała na tym, że on na to zasłu­żył.

Żadna z tych myśli nie odbiła się na mojej twa­rzy. Słu­cha­łam go w peł­nym sku­pie­niu. W pew­nej chwili, kiedy się roz­pła­kał, potrzy­ma­łam go nawet za rękę. Biedny Jasper, szep­ta­łam. Biedny, biedny Jasper.

Tam­tego wie­czoru po powro­cie do domu moczy­łam się w wan­nie, aż woda zupeł­nie wysty­gła.

Wice­dy­rek­tor Jones prosi mnie, żebym zanu­rzyła się w ropie, żebym znów prze­była ten pro­ces, żebym zaczęła wczu­wać się w czło­wieka, który to zro­bił.

- Mam jesz­cze za mało danych - mówię. - Bra­kuje mi skład­nika emo­cjo­nal­nego. Sam czyn jest nie­wia­ry­godny. Zuchwały. Ma dla niego zna­cze­nie. To albo prze­sła­nie, albo dopa­lacz emo­cjo­nalny. Albo jedno i dru­gie.

- Jakie prze­sła­nie?

Coś nagle przy­cho­dzi mi do głowy, choć to płyt­kie zanu­rze­nie.

- Jestem dosko­nały. Albo dosko­nały jest powód, dla któ­rego to robię.

Wice­dy­rek­tor Jones marsz­czy czoło.

- To zna­czy?

- To jak... mor­der­stwo w zamknię­tym na klucz pokoju. Zabił ją w powie­trzu. Znaj­do­wał się w potrza­sku i miał wokół wielu świad­ków. Myślę, że zabił ją na początku lotu, żeby móc sie­dzieć obok ciała i czuć pod­nie­ce­nie. To byłoby kuszące. Czy ktoś zauważy? Jeśli tak, to nie ma dokąd ucie­kać. Mógł się na to powa­żyć tylko per­fek­cjo­ni­sta, ktoś kto ma odwagę, kto pora­dzi sobie ze stra­chem. Czuł, że chro­nią go albo wła­sne umie­jęt­no­ści, albo prze­ko­na­nie, że robi coś słusz­nego.

- Co jesz­cze?

- Jest bar­dzo inte­li­gentny, bar­dzo zor­ga­ni­zo­wany, zdolny do szcze­gó­ło­wego pla­no­wa­nia na długą metę. Zapewne jest doj­rzały, ale nie stary. Przed pięć­dzie­siątką.

- Dla­czego?

- Jak na mło­dego jest zbyt pewny sie­bie, zbyt doświad­czony. - Wzdy­cham. - Prze­słu­chamy pozo­sta­łych pasa­że­rów, ale mogę się zało­żyć, że ryso­pis na nic nam się zda.

- Myślisz, że leciał w prze­bra­niu?

- Tak, ale w sub­tel­nym. Prze­far­bo­wane włosy, kolo­rowe szkła kon­tak­towe, coś takiego. Naj­bar­dziej będzie róż­nić się oso­bo­wość. Na pewno uda­wał coś cha­rak­te­ry­stycz­nego, co zapa­dło świad­kom w pamięć, coś, co przy­kuło ich wzrok i odwio­dło od dal­szych obser­wa­cji.

- Skąd ta pew­ność?

- Bo wszystko inne byłoby nie­do­sko­nałe. A to musi być per­fek­cjo­ni­sta.

John­ston zaczął ścią­gać skórę Lisy z czaszki, żeby otwo­rzyć jej głowę i dostać się do mózgu. Uznaję, że czas zająć się czymś innym. Dzwo­nię do Bon­nie. Tu docho­dzi ósma trzy­dzie­ści, co ozna­cza, że w Kali­for­nii jest pora kola­cji. Odbiera komórkę, którą jej kupi­łam, już po pierw­szym dzwonku.

- Cześć, Smoky!

- Cześć, kocha­nie. Jak się masz?

- Super. Ela­ina zro­biła maka­ron z serem.

Ela­ina Washing­ton jest żoną Alana, jed­nego z człon­ków mojej ekipy. Laty­no­ska, którą uwiel­biam, uro­dziła się, by dawać miłość i wspar­cie innym. Ale nie robi tego w prze­sło­dzony, nad­mier­nie sen­ty­men­talny spo­sób. Ela­ina potrafi kochać, przy­tu­la­jąc, ale rów­nież przy­wo­łu­jąc do porządku, kiedy trzeba. To ona pierw­sza odwie­dziła mnie w szpi­talu po napa­dzie Sandsa. Trzy­mała mnie w ramio­nach i pozwo­liła mi się wypła­kać. Zawsze ją będę za to kochała.

Ela­ina opie­kuje się Bon­nie, kiedy w pracy mam takie sytu­acje jak teraz. Prze­ra­bia z nią także mate­riał szkolny.

- To świet­nie, skar­bie.

- Alan wyje­chał. Czy to zna­czy, że nie będzie cię dłu­żej?

- Wygląda na to, że tak. Prze­pra­szam.

- Prze­stań, mamo Smoky.

Bon­nie doj­rzała szyb­ciej niż jej rówie­śniczki, zarówno z powodu tego, co ją spo­tkało, jak i z powodu swo­ich talen­tów. Po mor­der­stwie matki i tym, co nastą­piło potem, została jej głę­boka bli­zna w duszy. Stała się nie­zwy­kle doj­rzała emo­cjo­nal­nie. Talent uwi­dacz­nia się w jej dzie­łach - bo Bon­nie jest malarką - i w prze­ni­kli­wo­ści. Ale okre­śle­nie "mama Smoky", któ­rym nazywa mnie cza­sem, żeby mnie pocie­szyć, a cza­sem zupeł­nie bez powodu, zawsze wpra­wia mnie w dobry nastrój. To głos dziecka, dowód, że Bon­nie ma w sercu mło­dość.

- Co mam prze­stać, skar­bie?

- Prze­pra­szać za coś, na co i tak nie masz wpływu. Mor­dercy nie dzia­łają zgod­nie z pla­nem, a ty łapiesz mor­der­ców, więc twoje życie nie prze­biega zgod­nie z pla­nem. Nie prze­szka­dza mi to.

- Dzięki, ale u mam pewne rze­czy po pro­stu nie zależą od logiki. Więc przy­kro mi, że nie jestem z tobą.

Sły­szę na tera­ko­cie buty wice­dy­rek­tora Jonesa i odwra­cam się, by spo­tkać jego wzrok. Głową wska­zuje szklaną ścianę.

- Muszę lecieć, kocha­nie. Zadzwo­nię jutro, dobrze?

- Smoky?

- Tak?

- Czy cio­cia Cal­lie naprawdę wycho­dzi za mąż?

Uśmie­cham się.

- Naprawdę. Dobra­noc, skar­bie.

- Dobra­nocka. Kocham cię.

- Ja cie­bie też.

Dok­tor John­ston poka­zuje tackę z ser­cem Lisy Reid.

- Ktoś prze­bił jej serce. Dziura jest mała, ale po pra­wej stro­nie klatki pier­sio­wej wid­nieje otwór odpo­wia­da­jący śred­nicą temu. - Wska­zuje to miej­sce. Dziura nie jest bar­dzo duża, ale siniak, jaki wywo­łała, ma wiel­kość obu moich dłoni. Nie zauwa­ży­łam go wcze­śniej z powodu szoku, kiedy oka­zało się, że Lisa to Dexter.

- To ma sens - mówi wice­dy­rek­tor Jones. - Lisa sie­działa przy oknie, a zabójca miał miej­sce po jej pra­wej stro­nie.

- Czym można zadać taką ranę? - pytam.

- Czym­kol­wiek dłu­gim, cylin­drycz­nym i ostrym. Wystar­czyłby nawet drut do włóczki, cho­ciaż jak na drut ten otwór jest za mały. Zabójca musiał być silny, zde­ter­mi­no­wany i znał pod­stawy ana­to­mii. - Składa dłoń w pięść i mar­kuje cios. - Jedno czy­ste pchnię­cie przez płuco, aż do serca i koniec.

- Musiał ją czymś oszo­ło­mić, żeby zro­bić to na pokła­dzie samo­lotu - zauwa­żam.

John­ston pota­kuje wielką głową.

- Tak. Śmierć była bar­dzo szybka, ale też bar­dzo bole­sna. Musiał ją czymś znie­czu­lić.

Zasta­na­wiam się nad tym.

- Musia­łoby to być coś, co można podać doust­nie - mówię. - Ani zastrzyk pod­skórny, ani dożylny, bo dożylny wyma­gałby uci­sku. Jakieś pomy­sły?

- Wystar­czy­łoby GHB, keta­mina albo rohyp­nol, ale z tymi sub­stan­cjami byłyby pro­blemy. Wszyst­kie mogą wywo­łać wymioty. Po keta­mi­nie można nawet dostać kon­wul­sji. - John­ston krzy­żuje potężne ramiona. - Nie, na jego miej­scu zasto­so­wał­bym coś w sta­rym stylu. Wodzian chlo­ralu.

- Czyli drink z czymś eks­tra - rzuca wice­dy­rek­tor Jones.

- Naj­le­piej działa z alko­ho­lem, a w tre­ści żołądka wyczu­łem alko­hol. Wodzian działa szybko, mógł dać jej więk­szą dawkę, żeby szybko stra­ciła przy­tom­ność.

- Racja - zga­dzam się - prze­cież i tak nie musiał się mar­twić, że umrze z przedaw­ko­wa­nia. Spraw­dzi pan to wszystko w bada­niu tok­sy­ko­lo­gicz­nym?

- Tak. Pogo­nię, kogo trzeba. Wyniki powinny być jutro po połu­dniu razem z moim rapor­tem.

Przy­cho­dzi mi do głowy coś jesz­cze.

- Zasta­na­wiam się, jak wniósł na pokład to coś, czym ją prze­bił?

Dok­tor John­ston wzru­sza ramio­nami.

- To nie moja działka, przy­kro mi.

Daję mu numer mojej komórki.

- Pro­szę do mnie zadzwo­nić, kiedy będą wyniki badań, przy­ślę kogoś po nie. Pro­szę zro­bić jedną kopię dla sie­bie i scho­wać w bez­piecz­nym miej­scu. - Patrzę mu w oczy. - To sprawa fede­ralna z trzech powo­dów, dok­to­rze John­ston. Po pierw­sze, zda­rzyło się to w kra­jo­wym obsza­rze powietrz­nym. Po dru­gie, zamie­szany jest czło­nek Kon­gresu, może to być wstęp do zama­chu na samego Dil­lona Reida. Po trze­cie, może cho­dzić o zbrod­nię z nie­na­wi­ści. Ale te wszyst­kie triki rodem z fil­mów płasz­cza i szpady to gest wobec Reidów, a nie próba tuszo­wa­nia cze­go­kol­wiek. Niech pan to zapa­mięta. Mnie zależy przede wszyst­kim na zła­pa­niu sprawcy.

Obda­rza mnie nieco zmę­czo­nym uśmie­chem.

- Dzię­kuję za szcze­rość, agentko Bar­rett, ale pro­szę się nie oba­wiać. Nie jestem fanem spi­sko­wych teo­rii. Zaj­mo­wa­łem się już trzema innymi zabój­stwami na tle poli­tycz­nym. W jedno z nich zamie­szany był ktoś wysoko posta­wiony i męska pro­sty­tutka. To dla mnie nie pierw­szy­zna.

Dociera do mnie, że dok­tor John­ston jest cho­ler­nie kom­pe­tentny. Nie powinno mnie to dzi­wić, więk­szość ludzi, któ­rzy zaj­mują się zmar­łymi, trak­tuje swoją pracę bar­dzo poważ­nie.

- To bar­dzo dobrze. - Patrzę na Lisę Reid, która leży na czymś, co wciąż nazy­wamy deską, choć od dawna stoły do sek­cji robi się ze stali. - Ma pan jesz­cze jakieś wnio­ski?

- A tak. Coś bar­dzo, bar­dzo nie­zwy­kłego. Wła­śnie mia­łem o tym powie­dzieć. - Bie­rze kolejną tackę i pod­suwa nam pod nos. - Zna­la­złem to wci­śnięte w jej ciało. Zro­bił nacię­cie w jej pra­wym boku. Jest inte­li­gentny, naciął ciało po śmierci, kiedy już ustało krą­że­nie. A potem wci­snął w nią to.

Spo­glą­dam na tackę i widzę śred­niej wiel­ko­ści srebrny krzy­żyk.

- Gdzie ma pan ręka­wice? - pytam.

Wska­zuje głową pudełko z latek­so­wymi ręka­wicz­kami na bla­cie obok. Wyj­muję parę i wkła­dam na dło­nie. Się­gam do tacki i biorę do ręki krzy­żyk.

- Ciężki - mówię. - Duży cię­żar wła­ściwy. Pew­nie jakiś stop sre­bra.

Krzyż jest skromny, pro­sty. Ma około pię­ciu cen­ty­me­trów wyso­ko­ści i jakieś dwa i pół sze­ro­ko­ści. Odwra­cam go w dłoni i mrużę oczy. Z tyłu jest chyba coś wyryte, ale napis jest za mały, by odczy­tać go gołym okiem.

- Ma pan lupę?

John­ston znaj­duje i podaje mi szkło powięk­sza­jące. Patrzę przez nie na krzy­żyk. Widzę jakiś sym­bol, bar­dzo mały i pro­sty: czaszka i skrzy­żo­wane pisz­czele, uni­wer­salny sym­bol tru­ci­zny. Wyryto je z tyłu na gór­nej czę­ści krzy­żyka. Wzdłuż ramie­nia dostrze­gam jakieś liczby.

- Nr 143 - czy­tam na głos.

- Co to, do cho­lery, może zna­czyć? - pyta wice­dy­rek­tor Jones.

- Nie wiem. - Odkła­dam krzy­żyk na tacę. - Dok­to­rze, gdyby cokol­wiek z tego miało prze­ciec do mediów, to infor­ma­cję o krzy­żyku zatrzy­majmy tylko dla sie­bie.

- Oczy­wi­ście.

- Coś jesz­cze?

Kręci głową.

- Na razie nie.

Wice­dy­rek­tor Jones zerka na zega­rek i wska­zuje pal­cem w moją stronę.

- W takim razie jedźmy na lot­ni­sko. Twoja ekipa przy­leci lada chwila, a ja muszę wra­cać do Kali­for­nii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki