- Znajdziemy inny sposób - uspokaja mnie Maja, kiedy wypakowujemy przed kwiaciarnią towar z busa.
- Ciekawe jaki. Słyszałaś, co mówiła przez telefon prawniczka z urzędu pracy. W razie remontu lub rozbiórki budynku wynajmujący ma obowiązek zapewnić najemcy lokal zamienny oraz pokryć koszty przeprowadzki. Oni nas stąd wywalą i upchną w jakiejś budzie na zadupiu.
- Przynajmniej czynsz w tymczasowym lokalu nie może być większy. Może uda nam się znaleźć coś odpowiedniego.
- Nie wiem, Majuś. Pół nocy nie mogłam spać przez tego zasrańca, który planuje zgotować nam ten los. Idę o zakład, że to jakiś nienażarty, opasły wieprz. Wywali lokatorów na zbity pysk i rozpieprzy ten piękny budynek. Wielki pan inwestor chce się nachapać. Wybuduje superduper wypasiony apartamentowiec, który będzie tu pasował jak kwiatek do kożucha. Musimy go jakoś urobić. Na każdego znajdzie się sposób.
- Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, co zrobię z budynkiem. - Niespodziewanie tuż za moimi plecami rozlega się męski głos. - Ale z chęcią wysłucham pani sugestii, jak można by mnie urobić.
Zamieram. Przymykam powieki. Ja chromolę. Teraz to na bank nas stąd wypieprzy. Głęboki wdech, wydech. Maja, stojąca obok, również tyłem do mężczyzny, szturcha mnie łokciem i zerka pytającym wzrokiem, poruszając niemo ustami: "I co teraz?".
Wzruszam ramionami. Wypadałoby się obrócić, przykleić uśmiech na twarz i rżnąć przymilną idiotkę. To jednak oznaczałoby przegraną bitwę, a ja dopiero rozpoczęłam walkę i tak łatwo się nie poddam.
Muszę być naprawdę zdeterminowana, bo w trymiga wpadam na wspaniały pomysł. Wskakuję do busa, łapię za linkę holowniczą, przedzieram się przez przednie siedzenia, wypadam z auta i biegnę prosto do kwiaciarni, kryjąc się przed wzrokiem mężczyzny.
Gdy już jestem w środku, opasam się liną i oplatam ją wokół nogi od stołu, która jest przytwierdzona do podłogi.
Hm, i co teraz? W mojej wyobraźni wyglądało to znacznie lepiej. Zastanawiam się, jak by tu zespolić ze sobą dwa końce liny, żeby nie można mnie było stąd ruszyć, i wtedy do środka z rozanieloną miną oraz czterema bukietami gerber wchodzi Maja. Tuż za nią podąża mężczyzna obładowany resztą kwiatów zakupionych przez nas na giełdzie.
Zatyka mnie. Nie takiego widoku się spodziewałam. Temu osobnikowi stanowczo daleko do opasłego wieprza, zwłaszcza w tym grafitowym garniturze. Jeśli już miałabym go porównywać do jakiegoś zwierzęcia, to raczej do statecznego, karego konia. Wysoki, atletyczny, z ciemnymi oczami, wydatnymi brwiami i długimi rzęsami.
- Proszę położyć je na podłodze - zaleca Maja. - Dziękuję za pomoc.
- Nie ma problemu. - Mężczyzna miota się, szukając wolnego miejsca, którego zwyczajnie nie ma, a to dlatego, że rano nie zdążyłam sprzątnąć swojego legowiska po spędzonej tu nocy.
W końcu udaje mu się znaleźć skrawek posadzki w rogu i pozbyć kwiatów. Prostuje się, otrzepuje marynarkę, przenosi wzrok prosto na mnie i wtedy nasze spojrzenia się spotykają.
Moje serce wykonuje niespokojny podskok: coś między szarpnięciem a zakołataniem. Nie mam jednak czasu, by analizować rytm skurczów moich komór i przedsionków, bo przecież muszę działać! Walczyć!
- Strajkujemy! Nigdzie stąd nie pójdziemy! - Rytmicznie poruszam w powietrzu dłonią zaciśniętą w pięść i kiwam na Maję, żeby do mnie dołączyła.
Przyjaciółka z lekkim zażenowaniem zaczyna mi wtórować i drzemy papy razem:
- Strajkujemy! Nigdzie stąd nie pójdziemy! Strajkujemy! Nigdzie stąd nie pójdziemy!
Mężczyzna patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Na jego czole pojawia się głęboka pionowa bruzda, usta rozchylają się pytająco, aż wreszcie, podczas mojej przerwy na wdech, odzywa się z wyraźną konsternacją w głosie:
- Kredka? To ty?
Wypuszczam głośno powietrze wraz z urwanym: "Strajk..." i głupieję. A to dlatego, że nikt mnie tak nie nazywał od czasów ogólniaka.
- Kredka - potwierdzam. - My się znamy? - Przyglądam się mężczyźnie, próbując go skojarzyć z jakimś wspomnieniem z przeszłości. Wpatruję się w jego bursztynowe oczy i długie rzęsy. Facet kogoś mi przypomina. Ale kogo, u diabła?
- Ida Kredkowska - odzywa się ponownie. - Szóste liceum ogólnokształcące, biol-chem, urodzona trzynastego października tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku, wada wzroku: krótkowzroczność, brat Tomasz, chomik Żwirek, pies Głodek, zamieszkała w Rzgowie przy ulicy Wiosennej dziesięć, ulubione piosenkarki: Anna Jurksztowicz i Whitney Houston, film: Dirty Dancing. Średnia ocen na pierwsze półrocze pierwszej klasy: cztery przecinek osiem, na koniec roku pierwszej klasy: cztery przecinek...
- Dobra, rozumiem - przerywam mu w połowie zdania. - Ja wiem, kim jestem, ale kim pan jest?
Mój mózg nadal przetwarza jego słowa. Skąd ten facet zdobył o mnie tyle szczegółowych informacji, zwłaszcza że są to dane sprzed kilkunastu lat?
- Dorian Serafin - pada odpowiedź.
A mnie zatyka. Ja pierniczę. Nie wierzę. Nie, to przecież nie on. Człowiek nie może się aż tak bardzo zmienić, prawda?
- Einstein?
Mężczyzna się krzywi.
- Nikt już tak do mnie nie mówi.
- Podobnie jak do mnie Kredka. - Kręcę głową z niedowierzaniem. - W ogóle cię nie poznałam.
- Bez aparatu na zębach, pryszczy, grzywki i dwudziestu kilogramów niedowagi? Nie mów. - Na jego twarzy pojawia się uśmiech, a ja muszę przyznać, że aparat ortodontyczny wykonał zajebistą robotę.
Stoimy oszołomieni w milczeniu i patrzymy sobie w oczy. Mam wrażenie, jakby czas się cofnął. Pierwsza klasa ogólniaka, lekcja biologii i Einstein dyktujący z pamięci cały wykład nauczycielki na temat znaczenia mitozy i mejozy. Później chemia i bezbłędne cytowanie podręcznika z zakresu reakcji chemicznych w roztworach wodnych. Następnie geografia i błyskawiczne wymienianie stolic świata. Dorian był nadzwyczajnym geniuszem, który dziwnym zbiegiem okoliczności trafił do naszej zwyczajnej klasy, by po roku zmienić szkołę. Gdzie dokładnie się udał? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że wyjechał z rodzicami do USA. Nasz kontakt się urwał. Serafin nie był duszą towarzystwa, miał jednego kumpla, takiego kujonka Szymonka, który pod względem inteligencji nie dorastał Dorianowi do pięt. Inni uczniowie często z niego szydzili, współczesne dzieciaki określiłyby go pewnie nerdem. Dla mnie jednak miał on w sobie coś zachwycającego. Pomimo że był cholernie nieśmiały i małomówny, to jak już się odezwał, wszystkim opadały kopary. Zawsze mnie intrygował. Po zakończeniu pierwszej klasy powiedziałam mu, że go podziwiam i liczę na to, że zrobi użytek ze swojej superpamięci i o mnie nie zapomni. I nie zapomniał.
- Powiesz mi, dlaczego przywiązałaś się do stołu? - Ze wspomnień wyrywa mnie głos Serafina, znacznie różniący się od tego, który zapamiętałam ze szkoły średniej. Teraz jest bardziej męski, niższy, pewny siebie.
Powracam do teraźniejszości i momentalnie ogarnia mnie niezrozumiałe uczucie rozdarcia. Z jednej strony znam przecież tego człowieka, pamiętam go jako uprzejmego, grzecznego, godnego zaufania chłopaka, sprawiającego wrażenie poczciwca, co nie skrzywdziłby nawet muchy. Z drugiej zaś - minęło ponad dwadzieścia lat, przede mną stoi rosły na jakieś metr dziewięćdziesiąt facet, który jest deweloperem zamierzającym pozbawić mnie tego, co kocham najbardziej: mojej Peonii. Z trzeciej natomiast - skoro Dorian mnie rozpoznał, to może zmieni zdanie i odpuści tę inwestycję ze względu na starą znajomość?
- Przywiązałam się, bo nie zamierzam się stąd ruszyć. To moja kwiaciarnia. Ciężko pracowałam, żeby doprowadzić ją do takiego stanu, i nie pozwolę, by ktoś mi ją odebrał. - Odchrząkuję i poprawiam linę wżynającą mi się w kość biodrową. - Rozumiem, że to ty zdecydujesz o dalszych losach tego budynku?
- Tak. Spłaciłem długi Radosława Jakimowicza, który w zamian odsprzedał mi tę nieruchomość w okazyjnej cenie.
- Z lokatorami?
- Tak. Wszyscy zgodzili się na warunki przekwaterowania. Wszyscy oprócz ciebie.
- Nikt mi ich nie proponował.
Ściąga brwi.
- Joanna Tyl z mojego biura z tobą nie rozmawiała? Przecież tu była.
- Była, ale nie składała mi żadnej propozycji.
- Zapewne nie zdążyła, bo ją wyrzuciłaś.
- Wyrzuciłam. I nawet jeśli zaoferowałaby mi wczoraj lokal w Pałacu Królewskim, tobym odmówiła.
- Tam nikogo akurat nie znam, ale dysponuję kontaktami do właścicieli innych obiecujących nieruchomości w centrum.
Kręcę głowę.
- Ty niczego nie rozumiesz, prawda? Ja chcę zostać tutaj. Włożyłam w tę kwiaciarnię całe serce i wszystkie pieniądze, które udało mi się zarobić w ciągu ostatnich dwóch lat. Nie wyobrażam sobie zaczynać gdzie indziej od zera. Tu jest moje miejsce. Nasze! - Wyciągam rękę w stronę Majki, by mnie wsparła, lecz ona stoi w bezruchu, przygryza niepewnie wargę i łypie tymi swoimi wielkimi, zielonymi oczami to na mnie, to na Doriana.
- O co chodzi? - Rzucam jej pytające spojrzenie.
- Może wysłuchajmy chociaż, co Dorian ma do zaproponowania? - Zerka na niego z uśmiechem, a mnie strzela cholera.
Co jest grane? Zostawiłam ich samych przed kwiaciarnią na pięć minut, a on już zdążył ją przekabacić?
- Trzymasz jego stronę? - Patrzę na nią oburzona.
- Boże, Iduś, oczywiście, że nie. Ale skoro i tak nasz lokal ma być przeznaczony na garaż albo zburzony, to możemy skorzystać z okazji i przeprowadzić się w inne, być może lepsze miejsce.
- Okazji? Okazji!? Maja, czy ty siebie słyszysz? To nie jest żadna okazja, tylko mydlenie oczu. On chce się nas pozbyć i zrobi wszystko, żebyśmy się stąd wyniosły.
- To prawda. - Dorian niespodziewanie potwierdza. - Ale nie robię wam tego na złość, lecz z powodów biznesowych. Żaden z moich planów na tę nieruchomość nie zakłada prowadzenia tu kwiaciarni.
- Dlaczego nie? - pytam.
- Bo to nie jest dobra lokalizacja na tego typu działalność. W przeciągu ostatnich dwudziestu czterech miesięcy zalegałaś z płatnością za czynsz i najem dziewięć razy, za prąd cztery, a za towary siedem. Masz zadłużenie na karcie kredytowej na prawie trzydzieści tysięcy złotych, nie posiadasz żadnej nieruchomości. Nie zamierzam podejmować ryzyka tylko dlatego, że masz sentyment do tej kwiaciarni. Mogę ci jednak pomóc przenieść biznes w dogodniejsze dla ciebie miejsce i rozwiążemy ten konflikt bezproblemowo. Wilk syty i owca cała.
Gapię się na niego osłupiała.
- Skąd...? - Przełykam ślinę, bo aż zaschło mi w gardle. Tego typu informacje nie są ogólnie dostępne. Nikczemnik musiał je zdobyć nielegalnie! - Skąd to wszystko wiesz? O moim zadłużeniu, nieopłaconych rachunkach?
- Mam swoje sposoby. Taka praca. Każda inwestycja wymaga dogłębnej analizy finansowej i nieszablonowych metod pozyskiwania danych. A ty jesteś słabym ogniwem, które należy wyeliminować.
- Wyeliminować... - Pocieram ręką czoło, robi mi się niedobrze. - Czyli zanim tu dzisiaj przyszedłeś, wiedziałeś, kim jestem, mimo to postanowiłeś mnie WYELIMINOWAĆ? - Podkreślam ostro ostanie słowo, którego pejoratywny wydźwięk skręca mi jelita.
Dorian przymyka powieki.
- Nie, Kredka. - Wzdycha ciężko, po czym spogląda mi prosto w oczy. - Wiedziałem, kim jest Ida Kalecińska. Nie skojarzyłem, że chodzi o ciebie. Nosisz nazwisko po mężu.
Racja.
- Co nie zmienia faktu, że chciałeś bezlitośnie pozbyć się człowieka, który próbuje odbić się od dna i ułożyć sobie życie mimo drobnych potknięć. To mało etyczne. Fakt, mam kredyt, ale sukcesywnie go spłacam, a wszystkie rachunki są regulowane, choć bywa, że z opóźnieniem. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby odcięto nam prąd albo eksmitowano nas z lokalu za zaległości w czynszu. Tymczasem ty chcesz nas WYELIMINOWAĆ, chociaż w niczym ci nie zawiniłyśmy.
- Chryste, dziewczyno. Czy ty nie rozumiesz, że to nic personalnego? Mam już podpisane kontrakty z inwestorami. Jestem deweloperem i flipperem. Taką po prostu mam pracę.
- Flipperem? - wtrąca się Maja wyraźnie zaciekawiona, jakby nazwy zawodów były głównym przedmiotem naszej rozmowy.
- Jako deweloper kupuję grunt i buduję na nim szeregowiec, blok lub dom. Jako flipper nabywam tanio budynek bądź mieszkanie i remontuję je na wysoki standard. W obu przypadkach sprzedaję nieruchomość z zyskiem, który przeznaczam na zakup kolejnej.
- W naszym przypadku możesz być tym albo tym, tak? - ciągnie wątek Maja.
- Tak. Albo wyburzę ten budynek i postawię w jego miejscu nowy, albo go zmodernizuję i przerobię na apartamentowiec. W ostateczności i tak będzie przeznaczony do sprzedaży.
Ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie daje mi nadzieję, więc chwytam się jej niczym tonący brzytwy.
- Czyli to nie od ciebie w rezultacie zależy, na co kupujący przeznaczy ten lokal, tylko od nowego właściciela, który może mieć kaprys, żeby powstała tu kwiaciarnia.
Dorian kręci głową.
- To nie tak, Ida. Jeśli zdecyduję się na gruntowny remont, to z myślą o nowych lokatorach, którzy muszą parkować gdzieś swoje auta.
- Do tej pory parkowali na ulicy i nikt się nie skarżył.
- Uwierz mi, ktoś, kto kupuje czteropokojowy apartament za ponad milion złotych, nie będzie chciał trzymać na ulicy swojego samochodu wartego kilkaset tysięcy. W obu przypadkach w miejscu twojej kwiaciarni musi powstać garaż wielostanowiskowy. To zwiększy atrakcyjność nieruchomości i zachęci nabywców. Ta kwestia nie podlega dyskusji. - Patrzy na mnie stanowczo, a ja czuję, jak do oczu napływają mi łzy bezradności.
To koniec. Nic nie wskóram.
- Czyli musimy opuścić to miejsce. - Łamie mi się głos.
- Tak. Przykro mi.
Przesuwam wzrokiem po ukochanej kwiaciarni i serce mi pęka. Zachwycająca witryna - okno na świat, chluba i duma. Kafelki w kwiaty, których szukałyśmy po całej Polsce - takie urocze, piękne...
Moje spojrzenie pada na skotłowane koce na posadzce i przypominam sobie, dlaczego postanowiłam spać tu dzisiejszej nocy.
W ułamku sekundy decyduję się na chwycenie ostatniej deski ratunku:
- I muszę się wyprowadzić, nawet jeśli tu mieszkam, jestem w ciąży i nie będę miała gdzie się podziać? - Robię minę zbitego psiaka.
Dorian rozchyla usta w zdumieniu. Spogląda na mój brzuch.
- Jesteś w ciąży?
- Tak.
- Który miesiąc?
- Czwarty.
- Nic nie widać.
- Taka moja uroda.
- W twoim stanie nie powinnaś wiązać się liną w pasie tak mocno.
- Nie jest mocno. Jest akurat. - Zerkam na Maję, która zaciska usta, żeby się nie roześmiać, i kontynuuję odgrywanie roli skrzywdzonej ciężarnej: - Czyli mogę tu mieszkać dalej? Z moim dzieckiem? Wstawię łóżeczko na zaplecze. Jakoś damy sobie radę.
Dorian marszczy czoło, zastanawia się, a we mnie zapala się iskierka nadziei.
- Rozumiem, że ojciec dziecka nie poczuwa się do odpowiedzialności.
- Nie poczuwa. Wyrzucił mnie z domu. - Pochylam głowę i pociągam nosem. - Jestem zdana wyłącznie na siebie. Ale to nic. Tutaj nam będzie dobrze, tylko zostaw nas w spokoju. Zrobisz to dla mnie? - Spoglądam na niego błagalnie.
- Nie. To absolutnie nie wchodzi w grę - pada stanowcza odmowa.
- Nie?! - A to samolubny drań! - Wyrzucisz ciężarną na bruk?
- Załatwię ci mieszkanie. Nie możesz żyć w takich warunkach. - Rozgląda się po kwiaciarni, marszcząc nos. - I to w ciąży geriatrycznej...
- Geriatrycznej!? - Robi mi się gorąco. Co za obraza! - Przecież jestem w twoim wieku. Nie mam siedemdziesięciu lat.
- Tak się mówi, kiedy ciężarna jest powyżej trzydziestego piątego roku życia. Twój ginekolog o tym nie wspomniał?
O ja pitolę.
- Nie kojarzę... - Do uczucia gorąca dochodzą poty. - Może coś napomknął. On jest małomówny i zawsze się spieszy. Ech, ci lekarze na NFZ. Dwie minutki na fotelu, piękna maciczka, szyjka okej, proszę brać witaminki i kwas foliowy, widzimy się za trzy tygodnie. - Nogi mi drętwieją na samą myśl o niewygodnym fotelu ginekologicznym. A może to od tej cholernej liny?
- Mam znajomego, który jest świetnym położnikiem. - Dorian wyciąga komórkę. - Jest oblegany i może nie mieć wolnego terminu, ale zadzwonię i jakoś cię do niego wcisnę.
- Co? Nie trzeba. - Pocieram czoło. Czuję narastający ból głowy. Nie sądziłam, że kłamanie może być aż tak męczące. To nie dla mnie. Jestem za uczciwa na prowadzenie biznesu. Pora kończyć ten teatrzyk, bo i tak nic nie ugram, a wpakuję się w jeszcze większe kłopoty. - Dorian, nie dzwoń.
- To żaden problem. Chociaż tyle mogę dla ciebie zrobić. - Przesuwa palcem po ekranie w poszukiwaniu kontaktu do znajomego.
- Nie możesz.
- Dlaczego?
- Bo nie jestem w ciąży.
- Nie rozumiem. - Podnosi wzrok znad telefonu.
- Chciałam cię zmanipulować. Dziękuję za propozycje umówienia wizyty lekarskiej i wynajęcia dla mnie mieszkania, ale nie mogę ich przyjąć. Staram się uniezależniać finansowo od ludzi, szczególnie od mężczyzn. Niczego nie przyjmuję za darmo, na wszystko chcę zapracować. Dlatego nie skorzystam z twojej oferty. Tym bardziej że nie jestem w ciąży. - Odchrząkuję. - Rozumiem, że obowiązuje mnie trzymiesięczny okres wypowiedzenia i po tym czasie mam się wynieść?
Dorian przetwarza moje słowa, po czym chowa telefon do kieszeni.
- Myślę, że powinniśmy gdzieś usiąść i na spokojnie porozmawiać. Szczerze, jak dorośli ludzie, bez durnych żartów, oszustw i kłamstw. - Podkreśla wyraźnie trzy ostatnie słowa, a mnie robi się głupio. - Czy możesz się już rozwiązać?
- Jasne. - Jest mi wstyd. - Trochę mnie poniosło, ale miałam nóż na gardle. - Zaczynam się odplątywać w pasie. - To ogromna zmiana, jeszcze tego nie przetrawiłam, potrzebuję czasu... - Mimowolnie łamie mi się głos.
- Rozumiem i zapewniam cię, że nie zamierzam was skrzywdzić. - Pochwytuje moje spojrzenie. - Zwłaszcza ciebie, Kredka.
Trzydzieści minut później siedzimy we dwójkę w kawiarni oddalonej przecznicę od Peonii (gdzie została Maja, żeby obsługiwać klientów, bo przecież nadal prowadzimy kwiaciarnię), a Dorian przedstawia mi możliwe opcje przeprowadzki, namawiając mnie do wcześniejszego opuszczenia wynajmowanego przeze mnie lokalu. Dziwnie jest tak pić z nim kawę przy jednym stoliku, utrzymując przy tym biznesowy sznyt. Bo z jednej strony powinnam zachowywać się profesjonalnie i negocjować, by wyjść z tego układu obronną ręką, a z drugiej - mam ochotę szturchnąć Doriana w ramię i powiedzieć: "No, Einstein, dajmy z tym spokój. Zostaw mi moją kwiaciarnię i rozstańmy się w przyjacielskich stosunkach". Niestety to już nie jest ten Einstein, z którym chodziłam do ogólniaka. Zmienił się, i to ogromnie. Jego wygląd przyciąga uwagę kobiecych spojrzeń. Ton głosu i wypowiadane słowa brzmią pewnie, zdecydowanie, lecz nienachalnie. Ten wycofany, nieśmiały chłopak przeszedł zadziwiającą metamorfozę. Wszystko jest w nim inne. Wszystko oprócz pamięci. Ta pozostała bezbłędna i nadal wprawia mnie w taki sam zachwyt jak wtedy, gdy byłam nastolatką.
Dorian pokazuje mi zdjęcia lokali na swoim tablecie i wymienia z głowy szczegóły dotyczące najmu:
- Ten z kolei jest na Sienkiewicza dziesięć, w bloku na osiedlu mieszkaniowym, blisko centrum, trzydzieści sześć metrów kwadratowych, rok budowy dwa tysiące trzeci, dwa pomieszczenia: jedno dziesięć metrów kwadratowych, drugie dwadzieścia trzy, toaleta trzy metry kwadratowe. Klimatyzacja, ogrzewanie, prąd, internet. W sąsiedztwie salon fryzjerski, cukiernia, kebab, sklep spożywczy. Koszt wynajmu to dwa tysiące dziewięćset złotych miesięcznie, czynsz sześćset złotych, plus opłaty za media.
Przyglądam się fotografiom i wzdycham. Położenie, rozkład pomieszczeń, okolica są bajeczne.
- Ten wydaje się idealny...
- To chciałem usłyszeć. - Na twarzy Doriana pojawia się wyraz zadowolenia. - Poproszę Joannę, żeby przygotowała z właścicielem umowę.
- Ale nie stać mnie na niego - dodaję.
- Najem jest jedynie siedemset złotych droższy od obecnego, a lokalizacja jest znacznie lepsza.
- Tylko że trzeba zrobić kapitalny remont. Terakota do wymiany, okna i drzwi, nowe oświetlenie... Wyjdzie z pięćdziesiąt tysięcy złotych, jeśli nie więcej. Nie mam oszczędności, by zainwestować w ten lokal. Odpada. Pokaż następny.
Dorian marszczy czoło.
- Ten był ostatni. Oczywiście mogę poszukać czegoś innego, ale z obecnych na rynku to były najlepsze opcje. Reszta się nie nadaje.
- W takim razie będę musiała sama coś znaleźć.
- A znasz się na tym?
- Na przeglądaniu portali ogłoszeniowych? To nie jest matematyka dla zaawansowanych.
- Chodzi mi o ceny rynkowe, czy jesteś w nich zorientowana. Każda kwota najmu poniżej tych, które ci przedstawiłem, powinna wzbudzić twoją czujność.
- Że coś może być z lokalem nie tak?
- Dokładnie. Skoro ten z Sienkiewicza ci się podoba, powinnaś go wynająć.
- Dorian, nie mam kasy.
- Mąż cię nie wesprze?
- Z Arkiem mamy rozdzielność majątkową, a on i tak jest sceptycznie nastawiony do wydawania przeze mnie pieniędzy.
- Pożyczka od znajomych lub rodziców?
- Nie wchodzi w grę.
- Dlaczego? - Przygląda mi się badawczo. - Wspomniałaś o uniezależnieniu finansowym, ale to byłoby tylko krótkoterminowe zapożyczenie, a nie darowizna.
- Byłoby to finansowe zobowiązanie. Przypływ gotówki, na którą nie zapracowałam. To równia pochyła ku... - zawieszam głos, a po karku przechodzą mnie ciarki na samą myśl, że mogłabym ulec pokusie i pójść w zakupowe tango, mając tak dużą kwotę na koncie.
- Równia pochyła ku czemu? - dopytuje Dorian, a ja zastanawiam się, czy istnieje jakikolwiek powód, bym ukrywała przed nim swoją chorobę. Bo to jest choroba, którą należy leczyć. Czuję, jak ogarnia mnie wstyd na myśl o wyznaniu prawdy. Policzki mi płoną.
- Kredka... - Dorian nieoczekiwania kładzie dłoń na mojej.
Jego dotyk jest ciepły, kojący, dodaje otuchy. Nasze spojrzenia się spotykają.
- Możesz mi zaufać - zapewnia. - Przecież mnie znasz - przekonuje ściszonym, niskim głosem, za sprawą którego powracają dawne wspomnienia: ognisko w wieczór poprzedzający zakończenie pierwszej klasy, ja siedząca samotnie z patykiem, na którym piecze się kiełbasa. Wszechobecny gwar i śmiech rówieśników, widok całujących się par i to uczucie niedopasowania do reszty.
Gdy masz piętnaście lat i łakniesz aprobaty oraz przynależności do grupy, wszystko inne jest bez znaczenia. Nie liczy się wysoka średnia, twoja wrażliwość, inność. Pragniesz, by ktoś cię po prostu zaakceptował i pokochał taką, jaką jesteś. Nawet jeśli nosisz cholernie paskudne okulary, bo twój ojciec skąpi na zakup modnych oprawek.
Zaskakujące, jak łatwo wyparłam tamten okres ze swojej świadomości. Jak szybko zapomniałam tamtego chudego, nieśmiałego chłopaka z długimi rzęsami, aparatem na zębach i mutacją głosu.
- Baw mnie! Zepsuj lub zbaw mnie! - zafałszował koszmarnie słowa piosenki Seweryna Krajewskiego, czym momentalnie mnie rozbawił, a następnie przysiadł się do mnie na ławce skąpanej w blasku ogniska.
- Tragicznie śpiewasz - zaśmiałam się.
- Ale przynajmniej poprawiłem ci humor.
- Odrobinę. - Obróciłam kijek w dłoniach.
- Jakie masz plany na wakacje?
- Nie mam. - Poprawiłam okulary. - A ty?
- Wyjeżdżam z rodzicami do Stanów.
- O! Nieźle. Na długo?
- Na zawsze - odparł z wyraźnym zawodem w głosie.
- Wyprowadzasz się? Dlaczego?
- Ojciec dostał posadę w szpitalu w Cleveland.
- No tak, jest lekarzem, dobrze kojarzę?
- Neurochirurgiem.
- Prestiżowo. A ty zamierzasz pójść w jego ślady? Jesteś świetny z bioli i chemii.
- Raczej nie mam wyjścia. Tata od dziecka wmawia mi, że to jedyna słuszna droga. - Wyczułam w jego głosie rezygnację.
- Nie chcesz tego?
- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - A ty? Kim chcesz zostać po skończeniu szkoły?
- Też nie wiem. Może farmaceutką. Na pewno nie stomatologiem jak połowa naszej klasy. - Kiwnęłam głową w stronę rozbawionych rówieśników. - Będzie ci brakować naszej szkoły?
- Nie. Za niski poziom.
- No tak. Wynudziłeś się przez ten rok, co?
- Koszmarnie.
- Pewnie za tymi baranami też nie będziesz tęsknił. - Zaśmiałam się, widząc chłopaków przeskakujących przez ogień niczym lamy przez kałużę, przy akompaniamencie piszczących dziewczyn.
- Za nimi? Zdecydowanie nie. Ale za tobą... - Przeniósł na mnie wzrok. - Za tobą jak najbardziej.
Nasze spojrzenia się spotkały, a moje serce podskoczyło, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Przecież nie byłam zabujana w Dorianie, nawet mi się nie podobał. Mimo to coś mnie do niego ciągnęło. Może jego inteligencja, nieprzeciętna pamięć. Był w nim jakiś łagodzący spokój, rozwaga. Nie to, co u tych opitych szałaputów, przypalających sobie tyłki nad ogniskiem.
- Lubię cię, Kredka. I to bardzo - wyznał nieśmiało, a jego głos rozbrzmiał radośnie w mojej duszy. - Ja wiem, że teraz jest już za późno... - Przygryzł wnętrze policzka i przymknął powieki. - Nie jestem dobry w te klocki, ale chcę, żebyś wiedziała, że... - Otworzył oczy i popatrzył na mnie tak, jak żaden chłopak nigdy na mnie nie patrzył. - Podobasz mi się - oznajmił, a w moim żołądku zatrzepotały skrzydła motyli.
Podobałam mu się. Lubił mnie. Ktoś mnie wreszcie polubił, i to bardzo.
Twarz Doriana znalazła się tuż przy mojej. Zawsze zachwycały mnie jego oczy, ciemne brwi i długie rzęsy. Przywodziły mi na myśl piosenkę Hej, man Anny Jurksztowicz. Tak, Dorian zdecydowanie miał "rzęsy jak firanka".
Zatopił we mnie spojrzenie, jego usta przybliżyły się do moich warg...
- Uhu! Dajesz, Einstein! Bierz ją! Kredka, z języczkiem! Gorzko, gorzko! - Rozległy się okrzyki, a ja wzdrygnęłam się i odsunęłam jak rażona prądem.
Popatrzyłam w stronę chłopaków z klasy: przedrzeźniali nas, udając, że się całują. Dziewczyny wykrzywiały twarze z obrzydzeniem, a mnie ogarnął tak przepotężny wstyd, że bez zastanowienia zerwałam się z miejsca, rzuciłam kijek w ogień i pobiegłam przed siebie prosto do domu, ścigana buczeniem tych pieprzonych baranów:
- Szkoda kiełbasy, Kredka! Lepszej nie znajdziesz. Ha, ha, ha!
Później, kiedy przekręcałam się w swoim łóżku z boku na bok, trawiły mnie ogromne wyrzuty sumienia. Było mi szalenie szkoda Doriana, wyrzucałam sobie, że uciekłam, zostawiając go na pożarcie tym klasowym hienom. Równocześnie czułam tak ogromne zażenowanie zaistniałą sytuacją, że przez całą noc nie zmrużyłam oka.
Następnego dnia podczas rozdania świadectw oboje byliśmy skrępowani poprzednim wieczorem i unikaliśmy swoich spojrzeń. Dopiero po wyjściu ze szkoły, gdy tłum się przerzedził, Dorian podszedł do mnie i z miną zbitego psa powiedział:
- Przepraszam za wczoraj. Nie chciałem narobić ci wstydu.
- Nie narobiłeś - odparłam bez wahania. - To te barany z naszej klasy mają się czego wstydzić. Bezmózgowce. Poza tym to ja powinnam cię przeprosić. Uciekłam jak tchórz, żałuję, że tak wyszło. Zwłaszcza że to był twój ostatni wieczór w Polsce. Chyba że coś się zmieniło?
- Nie. Nic się nie zmieniło. Rodzice już na mnie czekają, żeby jechać na lotnisko. - Wskazał głową za ogrodzenie.
Powiodłam wzrokiem w tamtą stronę i zobaczyłam zaparkowanego czarnego mercedesa, zza okna którego właśnie wychynęła kobieca ręka, machająca ponaglająco.
- To moja mama. Muszę iść.
- Rozumiem...
Chciałam mu coś powiedzieć na odchodne. Żeby do mnie napisał albo że ja napiszę do niego. Lecz tego nie zrobiłam. Nie wiedziałam, co mam o nas myśleć. Byliśmy wyłącznie znajomymi z klasy. Wczorajszego wieczora coś między nami zaiskrzyło, jednak nic tak naprawdę się nie wydarzyło, a ja nie byłam nawet pewna, czy Dorian mi się podoba. Lubiłam go, bez dwóch zdań. Podziwiałam jego talent. Ale czy czułam do niego coś więcej? Czy chciałam, żeby wtedy przy ognisku mnie pocałował? Biło mi mocniej serce, miałam motylki w brzuchu. Pytanie tylko, czy czułam się tak dlatego, że to był właśnie on, Dorian, czy jedynie chłopak, który wyznał, że mu się podobam i bardzo mnie lubi. Czy tak rozpaczliwie łaknęłam wówczas czyjeś uwagi, uczucia, akceptacji, że było mi obojętne, kim ta osoba jest - najważniejsze, aby była?
- Mam nadzieję, że wszystko ci się tam ułoży - powiedziałam i od razu wydało mi się to płytkie i bezbarwne. Dorian nie zasługiwał na takie słowa. Dlatego po chwili dodałam: - Chcę, żebyś wiedział, że cię podziwiam... - To z kolei zabrzmiało zbyt poważnie, patetycznie. Postanowiłam więc zakończyć naszą rozmowę luźno i żartobliwie: - Po prostu zrób użytek ze swojej superpamięci i o mnie nie zapomnij, okej? - Uśmiechnęłam się, a on odwzajemnił uśmiech.
- Masz to jak w banku.
- Dorian, synku! Bo się spóźnimy! - Rozległo się wołanie jego matki, która wychyliła się z auta.
- Muszę lecieć. Trzymaj się.
- Ty też.
- I nie daj się tym bezmózgowcom następnym razem.
- Jedyne, na co będą mogli liczyć, to że zobaczą mój środkowy palec.
Zaśmialiśmy się oboje. Po chwili jednak spoważnieliśmy, patrząc sobie w oczy. Dorian się do mnie przybliżył. Moje serce zatrzepotało dokładnie tak samo jak tamtego wieczora przy ognisku. Czy tak będzie wyglądał mój pierwszy pocałunek?
- Synu! Ojciec się niecierpliwi! - zawołała jego matka z taką mocą, aż oboje podskoczyliśmy.
Dorian cofnął się ze zbolałą miną.
- Muszę iść. Cześć - wypowiedział do mnie swoje ostatnie słowa, na które odpowiedziałam:
- Cześć.
A wtedy on odwrócił się i pobiegł w stronę samochodu rodziców.
- Kredka, co się dzieje? - Niski, męski głos przywołuje mnie do teraźniejszości.
Zerkam na dłoń Doriana na mojej, podnoszę wzrok i napotykam jego pytające spojrzenie. Próbuję sobie przypomnieć moment, w którym odpłynęłam myślami. No tak, uniezależnienie finansowe, równia pochyła ku powrotowi do nałogu... Przymykam powieki. Coś w głębi duszy podpowiada mi, że powinnam wyznać Dorianowi prawdę, zamiast chować głowę w piasek i ukrywać przed nim to, kim jestem. Już raz w jego obecności stchórzyłam. Nie zamierzam robić tego znowu.
- Muszę się uniezależnić, bo sama jestem uzależniona. Jestem zakupoholiczką - wyznaję, a jego ciemne brwi unoszą się wysoko.
Zabieram rękę spod jego dłoni, czując narastające zawstydzenie. Po ciele rozchodzi się strumień gorąca. Zdejmuję bluzę i odwieszam ją na krzesło obok. Dorian nic nie mówi, jakby czekał na ciąg dalszy. Krępuje mnie cisza między nami, więc postanawiam pociągnąć temat.
- Zaczęło się niedługo po studiach, kiedy znalazłam pracę i poznałam Arka. Dobrze nam się powodziło, otaczaliśmy się luksusowymi dobrami, wzięliśmy ślub i tak mi się spodobało to wystawne życie, że zaczęłam wydawać coraz więcej i więcej, kupowałam kompulsywnie, nadmiernie i bezmyślnie rzeczy, których wcale nie potrzebowałam. Wpadłam w nałóg. Zadłużyłam się po uszy, roztrwoniłam sporo pieniędzy męża, przez co straciłam jego zaufanie i do tej pory nie udało mi się go odzyskać, wyrzucono mnie z pracy za kradzież leków psychotropowych, którymi chciałam poprawić sobie nastrój. Sięgnęłam dna, zaczęłam się leczyć, chodzić na terapię grupową, gdzie poznałam Maję. Zrobiłyśmy kurs z florystyki i projektowania ogrodów, a później dostałam dotację na założenie kwiaciarni, którą prowadzę od dwóch lat. Staram się być niezależna, samowystarczalna, zarobić na podstawowe potrzeby i na spłatę kredytu. I czasami, po ciężkim dniu takim jak wczorajszy, poprawiam sobie nastrój, myśląc: kurczę, a może to i dobrze, że mój biznes kręci się powoli i nie generuje wysokich zysków? Dzięki temu nie czuję pokusy nadmiernego wydawania pieniędzy. I zastanawiam się, czy przypadkiem nie sabotuję samej siebie. Wiesz, czy nie stopuję celowo rozwoju firmy, by ustrzec się przed powrotem do nałogu... - zawieszam głos i pochwytuję spojrzenie Doriana, który bacznie mi się przygląda. - To chore, nie? - pytam go, bo nie potrafię odczytać z wyrazu jego twarzy, co sobie teraz o mnie myśli.
- Nic z tych rzeczy - oznajmia. - Uważam, że każda czynność, działanie czy myśl, która pozwala ci zachować wstrzemięźliwość, jest na wagę złota. Nawet jeśli jest to sabotowanie rozwoju własnej firmy - odpowiada, jakby naprawdę mnie rozumiał. - Uczęszczasz regularnie na mityngi?
- Raczej tak. Chodzimy razem z Mają. Jak mnie się nie chce, to ona mnie wyciąga. I na odwrót.
- To dobrze. - Dorian kiwa głową i porusza nerwowo szczęką, jakby nad czymś intensywnie się zastanawiał.
Pewnie go wystraszyłam i odeszła mu ochota na znajomość ze mną oraz szukanie dla mnie lokalu zastępczego.
- Słuchaj, jeśli mój nałóg to dla ciebie problem... - zaczynam, lecz w tym samym momencie rozlega się dźwięk jego telefonu.
Dorian sięga do kieszeni spodni, wyciąga komórkę i marszczy brwi. Jego twarz tężeje.
- Przepraszam cię. Muszę odebrać. - Wstaje.
- Jasne, pocze... - Nim zdążę odpowiedzieć, Dorian sprężystym krokiem pokonuje już kawiarnię, by po chwili wyjść na chodnik przed budynek.
Wychylam się na krześle, żeby dojrzeć go przez okno. Chodzi wzdłuż krawężnika, lekko przygarbiony, jakby wsłuchiwał się uważnie w każde słowo rozmówcy, po czym zaczyna coś tłumaczyć. Przyglądam się mu przez cały czas i uświadamiam sobie, że miło się na niego patrzy. To chyba nie tylko moje zdanie, bo jakaś kobieta czekająca na przystanku obok lustruje go spojrzeniem od stóp do głów. Nie dziwię jej się. Muszę przyznać, że Serafin jest przystojny. Aż trudno uwierzyć, że to ten sam człowiek, z którym omal się nie pocałowałam jako nastolatka. Ciekawe, jak by to było, gdyby nam wtedy nie przerwano - rozważam, a moje myśli idą o krok dalej: a jak by to było, gdybyśmy pocałowali się teraz jako dorośli? Moje serce niespodziewanie przyspiesza rytm. Odchylam się jeszcze bardziej na krześle, by lepiej widzieć Doriana przez szybę. Dostrzegam, jak przeczesuje włosy i gestykuluje powolnie. Jego ruchy są zrównoważone, twarz wydaje się już mniej spięta. A moje cholerne serce bije coraz szybciej i szybciej... Nagle rozlega się wibracja komórki leżącej na blacie, a ja się wzdrygam i o mały włos nie lecę do tyłu z krzesłem. W ostatniej chwili łapię się stołu i powracam do siedzącej pozycji. Chwytam za telefon i odczytuję wiadomość tekstową od Majki:
Wracaj prędko! Twój ojciec tu jest!!!
Żołądek skręca mi się w precel i wywija piruety jeden za drugim jak pojebana łyżwiarka. Cholerny tatuś, jak zwykle. Odwiedziny z zaskoczenia, żeby czymś zagiąć córeczkę.
Już idę. Nie częstuj go herbatą, to może sobie pójdzie.
Za późno. Pospiesz się, on mnie tak stresuje, że zaraz stąd ucieknę i pobiegnę kupić buty.
Cholera. Nie jest dobrze, ojciec musiał jej nieźle zaleźć za skórę.
Lecę!
Zrywam się od stołu i uświadamiam sobie, że nie mam przy sobie portfela, żeby zostawić gotówkę za kawę.
Podbiegam do baru, gdzie spory tłumek czeka na przyjęcie zamówienia.
- Przepraszam, mogę tylko zapłacić? - Macham telefonem. - Spieszy mi się.
- Jak każdemu - odpowiada jakiś przemądrzały cymbał z kolejki.
- Niestety musi pani poczekać - mówi kasjerka. - Ktoś do pani podejdzie z terminalem.
A Maja w tym czasie wykupi pół obuwniczego - dodaję w myślach, robię w tył zwrot, wychodzę z kawiarni i idę szybkim krokiem w stronę Doriana. Stoi do mnie tyłem i nadal rozmawia przez telefon. Nie chcę mu przeszkadzać, ale sytuacja jest podbramkowa, a ktoś musi uregulować rachunek. Znajduję się już tuż za nim, kiedy słyszę, jak mówi do słuchawki:
- ...jestem twoim sponsorem. Zostaw męża i przyjedź wieczorem do hotelu - poleca stanowczo i w tym samym momencie odwraca się i napotyka moje spojrzenie. Wygląda na zaskoczonego. Ja chyba też, bo orientuję się, że stoję z otwartymi ustami.
- Sorry, mam... yyy... - miotam się skrępowana, zupełnie jak dzieciak, który nakrył swoich starszych na baraszkowaniu w sypialni.
Boże, ale kanał. Nie chciałam tego usłyszeć, nie chciałam wiedzieć, że Dorian zajmuje się sponsoringiem, uwodząc przy tym zamężne kobiety.
- Kseniu, poczekaj sekundę - mówi do słuchawki, patrząc mi w oczy, po czym zwraca się do mnie: - Coś się stało?
- Muszę lecieć do kwiaciarni. Nagła sytuacja. Zapłacisz za kawę? Nie żebym się wymigiwała, stać mnie na kawę, ale jest duża kolejka, a ja naprawdę muszę uciekać. Nie chciałam ci przeszkadzać, w yyy... No, wiesz, w tym czymś. Nie żebym cię oceniała. Wcale nie podsłuchiwałam, usłyszałam tylko jedno zdanie. Wielu mężczyzn to robi...
- Kredka. - Dorian przerywa mi w połowie wywodu, i dobrze, bo dzięki temu mogę wreszcie złapać dech. - Zapłacę.
- Tak?
- Tak.
- Okej, dzięki. I jeszcze raz przepraszam, że wam przeszkodziłam. To twoja sprawa, co i z kim robisz wieczorami. Panny, wdowy, mężatki. Nie osądzam...
- Idź już.
- Tak, tak. Idę. Pozdrów Ksenię.
Odwracam się na pięcie i daję sobie w myślach po twarzy. "Pozdrów Ksenię"? Zupełnie mnie popieprzyło.
Wpadam zziajana do kwiaciarni i od razu dostrzegam siwą czuprynę. Ojciec siedzi przy blacie tyłem do wejścia, a naprzeciw niego Maja szykuje wiązankę dla klientki oglądającej ceramiczne pierdółki na regałach. Gdy tylko napotykam spojrzenie przyjaciółki, wiem, że mój starszy dał jej popalić.
Biorę głęboki oddech, odrzucam wszelkie uprzedzenia i przybieram na twarz uśmiech, jakim dobra córka powinna obdarować swego rodzica.
- Cześć, tato. - Podchodzę do niego. - Co tu robisz?
Zapach wody po goleniu Wars, której ojciec używa, odkąd pamiętam, sprawia, że czuję znajome, niemiłe ukłucie w żołądku. Zadziwiające, jak dzięki zmysłowi węchu potrafimy przywołać najodleglejsze wspomnienia: ojciec krytykujący mój charakter pisma w zeszycie od polskiego, oceniający negatywnie wysokość płacy, jaką otrzymałam na start w Farmagenie, czy też rwący sobie włosy z głowy (a tych Bozia mu nie poskąpiła na starość), kiedy oświadczyłam, że z farmaceutki przekwalifikowuję się we florystkę i projektantkę ogrodów.
- Piję herbatę - odpowiada. - Choć trudno tego wymoczonego szczura nazwać herbatą. Farbowana woda bez smaku. - Pociąga za sznureczek od torebki i wykrzywia usta z niesmakiem. - Tyle razy ci mówiłem, że najlepsza jest sypana, granulowana. Oryginalna indyjska za niecałe trzy złote. Ale ty wolisz przepłacać, kupując ekspresową. Na nic moje nauki o oszczędności. W ogóle się nie uczysz, dziecko, w ogóle. - Spogląda na mnie znad okularów, mierząc mnie wzrokiem. - Źle wyglądasz. Znowu masz kłopoty?
Przewracam oczami. Mój kochany, wspierający tatuś. Ani mi w głowie uświadamiać go, że mam kłopoty, i to cholernie wielkie. Ale jakoś muszę go oświecić, że siedzi przy tym stole po raz ostatni.
- Wręcz przeciwnie. Planuję zmienić lokal. Lepsza lokalizacja, większy metraż. Rozwijam się.
- Tak? - pytają oboje z Majką w tej samej chwili, a ja rzucam przyjaciółce znaczące spojrzenie.
- To znaczy... Tak. - Majka momentalnie się koryguje. - Przeprowadzamy się.
- Dokąd? - dziwi się ojciec.
- W fantastyczne miejsce... - Przyjaciółka szuka w moich oczach ratunku.
- Na Sienkiewicza - mówię. - Jestem właśnie po rozmowie z deweloperem.
- Deweloperem? Kupujesz nowy lokal? - Tata jest wyraźnie zaintrygowany, a ja wychwytuję w jego głosie uznanie i dumę, o które zawsze tak zaciekle walczyłam, lecz rzadko dane mi było je usłyszeć.
- Budynek jest z dwa tysiące trzeciego roku i na razie będę go tylko wynajmować.
Ojciec marszczy gęste, oszronione siwizną brwi.
- To po co ci spotkanie z deweloperem? - dopytuje, a ja żałuję, że w ogóle o nim wspomniałam. Teraz nie da mi spokoju.
Szukam odpowiednich słów, żeby opisać mu w kolorowych barwach moją obecną sytuację, a wtedy z pomocą przychodzi mi klientka, dzięki której zyskuję więcej czasu.
- Wezmę jeszcze ten malutki wazonik i figurkę jelonka. - Stawia je na blacie.
- Oczywiście. Właśnie kończę wiązankę. - Maja owija wstęgą gałązki, a ja przechodzę na drugą stronę blatu. Pakuję w papier wybrane przez kobietę drobiazgi, obmyślając, jak w najbardziej przystępny sposób obwieścić tatusiowi, że moja kwiaciarnia przeobrazi się w wielostanowiskowy garaż.
- To co z tym deweloperem? - Niecierpliwi się ojciec.
Nie ma sensu kłamać. Znając niezapowiedziane wizyty taty, równie dobrze może wpaść tu za dwa miesiące i zastać remont lub (co gorsze) gruzowisko po świeżym wyburzeniu.
- Kupił ten budynek i planuje zrobić tu apartamentowiec - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Hm. - Ojciec upija łyk herbaty. - Czyli krótko mówiąc, wywala cię na zbity pysk i wciska ci jakiś lokal zastępczy. Wyremontowany chociaż? - Przygląda mi się, mrużąc powieki, a ja unikam jego wzroku i nabijam na kasę sprzedaż dla klientki.
- Razem będzie sto dwadzieścia złotych. Kartą czy gotówką?
- Kartą.
- Ido, zadałem ci pytanie. - Wwierca we mnie to swoje krytyczne spojrzenie, które sprawia, że ręce oblewa mi pot.
- Moment, tato, obsługuję.
Słyszę, że ktoś właśnie wszedł do kwiaciarni, lecz nie podnoszę oczu i skupiam się na terminalu. Nabijam kwotę, powtarzając sobie w myślach: "Każdy potencjalny klient może być urzędnikiem, pamiętaj wręczyć paragon, pamiętaj wręczyć paragon, pamiętaj...". Wysuwam terminal w stronę klientki, a wtedy ten wyślizguje mi się ze spoconej dłoni i leci w dół, by z łoskotem upaść na posadzkę.
- Niech to. - Schylam się i sprawdzam, czy urządzenie przetrwało kontakt z kafelkami. Moimi ukochanymi, pięknymi kafelkami w kwiaty, które zostaną bestialsko podziobane i uśmiercone młotem pneumatycznym. A może jest jakiś sposób, żeby je delikatnie zdemontować i zabrać ze sobą do nowego lokalu?
- Ido, czekam... - Dobiega mnie zniecierpliwiony głos ojca, a ja mam ochotę schować się przed nim pod blatem i nie wychodzić, aż sobie stąd nie pójdzie. - Znam cię na tyle, moje dziecko, że wiem, kiedy wymigujesz się od odpowiedzi. Dałaś się zrobić w bambuko, mam rację? Zostaniesz na lodzie. Deweloper wyrzuci cię z twojej kwiaciarni, a nowy lokal nie będzie gotowy na prowadzenie działalności. Teraz niełatwo o sprawną, tanią ekipę. Wiem, co mówię, matka uparła się na odświeżenie łazienki... - peroruje, a ja naciskam na klawisze urządzenia, które najwyraźniej wyzionęło ducha, bo jego ekran zasnuła czerń.
- Cholera, nie działa. - Wydaję z siebie jęk i czuję narastającą frustrację. Fantakurwastycznie, do pełni szczęścia brakuje mi tylko kosztów naprawy terminala.
- Strata pieniędzy, przecież mamy gdzie się myć, załatwiać... - dywaguje dalej ojciec. - Tyle lat korzystaliśmy z obecnej łazienki i było dobrze. Ale twoja matka się uparła, że trzeba glazurę wymienić, bo odpadło kilka płytek, i brodzik cieknie. A o dobrych i tanich fachowców trudno. Trzeba rezerwować termin z półrocznym wyprzedzeniem. Zobaczysz, zostaniesz bez pracy i bez lokalu. Już ja dobrze znam takich jak ten twój deweloper, to starzy cwaniacy...
- Daleko mi do cwaniaka, panie Kredkowski. - Rozlega się niespodziewanie męski głos. - Mam najlepszych podwykonawców, którzy zajmą się odświeżeniem lokalu. A o córkę proszę się nie martwić. Na czas remontu Ida będzie się zajmować aranżacją ogrodu na nowo powstającym osiedlu Garden Park.
He? Co on gada i skąd się tu wziął? Wychylam się zza blatu i widzę, że Dorian stoi po drugiej stronie stołu, górując nad moim ojcem.
- A pan to kto? - Ojciec mruga, jakby zapomniał okularów.
- Dorian Serafin. Stary znajomy Idy. Wspomniany deweloper. - Wyciąga dłoń w kierunku mojego ojca, a on ściska ją, przyglądając się nowo poznanemu z zainteresowaniem.
- Dorian Serafin... Kojarzę to nazwisko. Skąd znasz moją córkę?
- Chodziliśmy razem do pierwszej klasy w liceum.
Ojciec mruży oczy.
- A zaraz, zaraz. Twoja matka to Helena Serafin? - pyta nieoczekiwanie.
Po twarzy Doriana przebiega skurcz.
- Tak - odpowiada sucho.
- Pracowała u nas w przychodni jako pielęgniarka, a potem uciekła do Stanów. Dobrze pamiętam?
- Nie uciekła, tylko pojechała z moim ojcem. Kochała pracę w poradni - prostuje twardo Dorian.
- Nieźle sobie radziła. Kiedyś pobierała mi krew. Szybko i sprawnie. Żadnego siniaka - chwali ojciec, co rzadko mu się zdarza. - Jak się miewa twoja matka?
- Zmarła pięć lat temu.
Zapada niezręczna cisza, którą przerywa nagłe piknięcie terminala. Zerkam na wyświetlacz, który miga do mnie ikonką Mastercard. Działa!
- Nareszcie! - wykrzykuję, zrywam się z kolan i orientuję, że oczy wszystkich są skierowane w moją stronę.
Ojciec kręci z dezaprobatą głową, klientka wpatruje się we mnie zszokowana, a Dorian wbija we mnie nieodgadnione spojrzenie. Przenoszę wzrok na Maję, która jako jedyna próbuje powstrzymać śmiech.
Odtwarzam w pamięci ostatnie dziesięć sekund:
Ojciec: Jak miewa się twoja matka?
Dorian: Zmarła pięć lat temu.
Ida (uszczęśliwiona!!!): Nareszcie!
Ja pitolę. Chodząca ze mnie empatia.
- Nareszcie zadziałał terminal... - Odchrząkuję i przekazuję urządzenie Majce, ze wzrokiem mówiącym: "Zajmij się tym, proszę, ja muszę się tłumaczyć". - Nie miałam na myśli, broń Boże, twojej matki - zwracam się do Doriana, na co on zakłada ręce na piersi. - W sensie, że nareszcie zmarła. Zresztą sam powiedziałeś, że to było pięć lat temu, więc słowo "nareszcie" ewidentnie tu nie pasuje, co tylko świadczy o tym, że miałam na myśli właśnie terminal. Nie żywię niechęci do twojej mamy, praktycznie jej nie znałam. Być może miałam do niej odrobinę żalu za to, że przerwała nam wtedy pod szkołą, kiedy chciałeś mnie pocałować, ale nie życzyłam jej śmierci...
- Kredka, wystarczy - wtrąca Dorian, a do mnie dociera, że zdeczka się zagalopowałam.
Zapada niezręczna cisza. Przemykam wzrokiem po pozostałych. Ojciec marszczy czoło, jakby nadal przetwarzał, Maja wywala gały jak srający pies na deszczu, a klientka gapi się na mnie, jakby chciała powiedzieć: "Dziewczyno, coś z tobą nie tak".
Nie mija pięć sekund, jak krępujące milczenie przerywa zdezorientowany głos ojca:
- Kim jest Kredka?
Cięcie!