5
Maxine
Trzęsę się z wściekłości i szybkim krokiem zmierzam w stronę auta. Kiedy jestem już w środku, wzdycham ciężko. Tak, widok Charliego po trzech latach wywołał we mnie wybuch rozpaczy. Podświadomie czułam, że prędzej czy później nasze drogi się skrzyżują, ale i tak nie byłam na to gotowa, dlatego teraz chowam głowę w dłoniach i dyszę głośno.
Widząc go przed momentem, czułam, jak coś się we mnie znowu rozdziera i jednocześnie goi. To strasznie dziwne uczucie. Emocje, które przez długi czas odsuwałam od siebie, teraz wracają ze zdwojoną siłą. Stan odrętwienia, w którym tkwiłam przez ostatnie lata, był jak schron, ale ten właśnie runął, zostawiając mnie zupełnie bezradną.
Daję sobie trochę czasu, aby się otrząsnąć z pierwszego szoku, a potem prostuję się i jak nawiedzona walę dłońmi w kierownicę.
- Kurwa! - wyrzucam z siebie.
Nie zliczę, ile razy wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Zawsze widziałam siebie jako silną i asertywną, nie wiotką i roztrzęsioną jak przed chwilą. Wyszło żenująco. Jestem kretynką, która zostawiła zakupy w markecie i uciekła przed swoim eks. Może ta terapia jednak jest mi potrzebna...
Para uchodzi ze mnie, a ogień mojej wściekłości niespiesznie dogasa. Już po kilku minutach mój oddech się uspokaja, a ramiona się odprężają. Za chwilę będę gotowa, żeby ruszyć dalej. Zerkam w lusterko i z ulgą stwierdzam, że na szczęście moja twarz nie oddaje szoku, jaki przeżyłam. Poprawiam włosy i nakładam błyszczyk na usta. Chcę zostawić za sobą tę żałosną scenę, wrócić do domu, zrzucić ubrania i wziąć cholernie długi, gorący prysznic.
Jeszcze raz na chwilę przymykam oczy, żeby zebrać się w sobie. Odpalam auto, ale wtedy dobiega mnie stukanie do okna. Aż podskakuję na fotelu.
- Co jest do... - mruczę do siebie z irytacją, gdy moje serce wali w piersi jak szalone.
Z niedowierzaniem zerkam w szybę od strony pasażera i widzę Devina z torbą pełną zakupów. Moich zakupów. Jedną ręką ściska torbę, a drugą wskazuje na okno, dając mi znak, żebym opuściła szybę. Patrzę na niego ze zdumieniem. Poważnie, Charlie?
Przyszedł tutaj, chociaż widział, że przed nim uciekłam. Co jest z nim nie tak? Nie znam drugiego człowieka, który byłby aż tak słaby w odczytywaniu sygnałów niewerbalnych. A może on je ignoruje?
Zrezygnowana, gaszę silnik, wywracam oczami i opuszczam szybę, bo zakładam, że typ tak łatwo nie da za wygraną.
- Twoje zakupy - mówi uprzejmym tonem.
Jakbym przypadkiem o nich zapomniała, a nie porzuciła ich i nie wybiegła ze sklepu w popłochu. Zakładam, że próbuje być miły, udawać, że nic się nie stało, że możemy zachowywać się jak dorośli. Nie jestem jednak pewna, czy ja tak potrafię.
- Nie musiałeś... - bąkam, żeby powiedzieć cokolwiek.
- Ale chciałem. - Posyła mi wymowne spojrzenie spod uniesionych brwi. - Mam je włożyć do bagażnika czy położyć tutaj? - Ruchem głowy wskazuje na miejsce pasażera.
Mrugam kilka razy, żeby dobrze przetworzyć okoliczności, w jakich się znalazłam. Nadeszła chwila, której wyczekiwałam, jednocześnie licząc, że może nigdy nie nastąpi. Cóż, poziom ambiwalencji moich uczuć wobec tego mężczyzny osiągnął zenit już jakiś czas temu. Dochodzę do wniosku, że konfrontacja i tak jest nieunikniona, więc może lepiej mieć ją za sobą, niż znowu trwać w zawieszeniu i dusić się we własnej skórze.
- W porządku - rzucam leniwie. - Możesz położyć je tutaj. - Wskazuję na fotel pasażera, a Charlie łapie za klamkę.
Patrzy na mnie tak, jakby znał mnie od zawsze, jakbyśmy byli sobie bliscy i nie dzieliły nas długie trzy lata rozłąki.
- Mogę? - pyta, pokazując palcem siedzenie.
Coś ściska mnie w środku na myśl, że tak łatwo mu to przychodzi. Ja jestem o krok od załamania się, za to on sprawia wrażenie tak cholernie opanowanego.
- Jasne - bąkam i wzruszam ramionami, wpatrując się w widok z przedniej szyby samochodu.
Serce wali mi jak szalone, ale kiedy zdaję sobie z tego sprawę, karcę się w myślach. Opanuj się, błaga mnie mój wewnętrzny głos, a ja całą swoją życiową energię koncentruję na tym, aby przebrnąć przez ten moment z godnością. Mężczyzna siada obok mnie i robi się jakoś dziwnie. Znajomo i nostalgicznie, a jednocześnie boleśnie. Jakby gość, na którego czekałam, w końcu się zjawił. Tylko czekałam tak długo, że wszystko zdążyło już ostygnąć i pozostał tylko przenikliwy chłód.
Charlie mruży oczy i składa usta w ten znajomy sposób, który wskazuje na to, że jednak jest spięty. Porusza nogą w miarowy rytm, ale kiedy zdaje sobie z tego sprawę, przestaje. Chyba też się denerwuje, chociaż jeszcze chwilę temu sprawiał wrażenie pewnego siebie. Zawsze tak miał. Nadrabiał hardością i arogancją. Tym razem jednak wydaje się inny. Jakby nie chciał się już obnosić ze swoją defensywną postawą. Może spokorniał, a może tylko udaje przede mną, żeby wzbudzić empatię.
- Co u ciebie słychać, Max? - pyta, a ja patrzę na niego z niedowierzaniem.
- Serio? - odpowiadam z nutką ironii.
Wkurza mnie to, jak bardzo Charlie próbuje udawać, że nic takiego się nie stało i możemy normalnie rozmawiać. Nie, nie możemy.
- Chciałbym wiedzieć... - mamrocze, a ja wywracam oczami i kręcę głową.
Nie zaszczycam go odpowiedzią, tylko wpatruję się w widok przed sobą. Nie dzieje się nic szczególnego, ale szukam wzrokiem czegokolwiek, co choćby na chwilę mogłoby odwrócić moją uwagę.
- Maxine - przywołuje mnie do siebie tym tonem, który kiedyś zwalał mnie z nóg i uwalniał motyle w brzuchu. Tyle że teraz zamiast motyli czuję miliony maleńkich igieł bezlitośnie wbijających się w moje wnętrze. - Chcę tylko porozmawiać - mówi stanowczym tonem.
- Znowu zaczynasz?! - podnoszę głos i obserwuję, jak mężczyzna obok mnie zaczyna tracić grunt pod nogami.
- Co zaczynam?
Między nami zapada cisza, którą najchętniej wypełniłabym krzykiem i płaczem, ale on zwyczajnie na to nie zasługuje. Oddycham więc głęboko i uśmiecham się ironicznie.
- Nieważne. - Zaplatam ręce na piersiach.
Złośliwa pamięć podsuwa mi wspomnienie tego dnia, gdy rozstaliśmy się na dworcu, a wtedy wściekłość rozlewa się po moim ciele. Nie licząc kilku maili, nie mieliśmy ze sobą kontaktu przez ostatnie lata, a teraz on staje przede mną z moimi głupimi zakupami i wpatruje się we mnie jak jakiś zakochany kundel. Co on sobie myśli? Że wszystko jest okej? Nie mam na to siły. Odsuwam od siebie wspomnienia i towarzyszącą im złość. Chcę mieć to z głowy, dlatego biorę się w garść. Lepiej od razu zmierzyć się z nieuniknionym. Zamienimy kilka zdań, będziemy udawać, że między nami wszystko jest w porządku, a potem każde z nas pójdzie w swoją stronę i będzie po wszystkim.
- Pytaj, o co chcesz - rzucam z udawaną obojętnością. Po jego minie wnioskuję, że sam już nie wie, co myśleć, ale ostatecznie podejmuje rozmowę.
- Mieszkasz tam, gdzie kiedyś?
- Yhm.
- Jakieś dzieci? Mąż? - wypowiada to ostatnie słowo z taką niechęcią, jakby z trudem przechodziło mu przez gardło.
- Mieszkam sama. To znaczy mam psa - poprawiam się w ekspresowym tempie i zerkam na niego, jak całe napięcie nagle z niego schodzi. To urocze, że czekał tylko na to, by usłyszeć, że nie ułożyłam sobie życia i nie założyłam rodziny... - Aha, no i mieszkam z Jordanem.
- Co u niego? - Charlie łapie się tego tematu, chcąc ukryć satysfakcję, która jeszcze przed chwilą malowała się na jego twarzy.
- Spytaj Jordana - fukam.
- Maxine... - Znów ten jego słodki ton, od którego aż mnie mdli.
- Możesz przestać?! - wybucham i od razu tego żałuję.
Znów dałam się podejść, pozwoliłam złości nade mną zapanować, a co najgorsze - okazałam słabość przy tym dupku. Atmosfera robi się nie do wytrzymania.
- Przepraszam - rzuca Charlie, a ja znów zaczynam sprawiać wrażenie osoby zrównoważonej, żebyśmy mogli dokończyć rozmowę.
Mężczyzna zaciska usta, jakby próbował zdusić emocje. Przechodzi mi przez myśl, że może on też walczy ze sobą, że wcale nie przychodzi mu to tak łatwo, jak początkowo mi się zdawało.
- A ty? Po co wróciłeś? Żeby z żoną i dziećmi osiedlić się na starych śmieciach? - pytam z cieniem ironii w głosie, ale prawda jest taka, że kiedy wypowiadam te słowa, mam wrażenie, jakby coś rozsadzało mnie od środka.
Charlie, żona i dzieci? Umrę, jeśli to prawda...
- Nie mam żony. Jestem sam - oznajmia bez emocji.
- To fajnie - wypalam, a on uśmiecha się półgębkiem.
Moja reakcja najwyraźniej wprawia go w rozbawienie. Przez chwilę robi się jakoś lżej, jakby najgorsze było już za nami. Charlie pociera dłonią policzek, na którym widać kilkudniowy zarost. Dokładnie taki, jaki lubię najbardziej. Chyba szykuje się na kolejne pytania, ale ja mam na dzisiaj dość. I tak dostał więcej, niż na to zasługiwał.
Przesuwa się na fotelu, ja odruchowo też się poruszam. Nagle w samochodzie zaczyna robić się zbyt ciasno i duszno.
- Może moglibyśmy kiedyś... - Wbija we mnie wzrok.
- Raczej nie - odburkuję oschle, nie dając mu dokończyć. - Na razie - spławiam go.
- Co? - pyta, jakby naprawdę niedosłyszał, a jego twarz wykrzywia dziwny grymas.
- Słyszałeś? Koniec na dzisiaj - mówię, a on zerka na mnie tak, jakby nie dowierzał.
Marszczy brwi, przez co poprzeczna zmarszczka na jego czole się pogłębia. Wreszcie dociera do niego mój przekaz.
- Okej - odpowiada.
Odwracam wzrok, żeby nie musieć dłużej na niego patrzeć, ale to nie ma znaczenia, bo i tak cały mój samochód pachnie teraz nim, Old Spice'em i lasem. Wyczuwam zapach sosen.
Charlie łapie za klamkę i już ma wychodzić, kiedy tym razem ja się odzywam.
- Aha... - Łapie moje spojrzenie z dziwnym błyskiem w oku, jakby miał na coś nadzieję. - Ile jestem ci winna?
- Za co? - pyta zbity z tropu, a ja wzrokiem wskazuję na zakupy. - Aaa... Nic - bąka.
- Nie chcę mieć u ciebie żadnych długów.
- Daj spokój, Max - rzuca smętnie.
- Jak chcesz. - Wzruszam ramionami. - To cześć.
- Do zobaczenia - odpowiada.
Oby nie prędko.