PROLOG
DEVI
Mój ślub odbył się w Dubaju, w słynnym na cały świat siedmiogwiazdkowym hotelu Burdż al-Arab. Główną salę z widokiem na Zatokę Perską przystrajano czerwonymi kwiatami oraz złotymi dodatkami przez ponad dobę, a ślubną altanę, ustawioną na zewnątrz, dekorowała najlepsza firma z rodzimego miasta Mumbaju. Również stamtąd pochodził sławny projektant mojego weselnego sari oraz innych kostiumów, które miałam włożyć na siebie podczas trwającej trzy dni ceremonii. Ponieważ nie byliśmy w Indiach, ślub miał znacznie różnić się od typowego hinduskiego ożenku. Jednak wiele tradycji udało się zachować. Mojemu przyszłemu mężowi oraz jego rodzinie dla jasności. Nas nie byłoby stać na wiele i dlatego też znaczna część gości pochodziła ze strony pana młodego. Na sto osiemdziesiąt zaproszonych znałam jedynie trzydzieści twarzy. Moi rodzice i ich rodzeństwo z dziećmi. Bez wątpienia czułam rozczarowanie, że jednego z najważniejszych dni w moim życiu nie mogłam dzielić z ludźmi, którymi pragnęłam się otaczać. A spojrzenia obcych mi osób, jeszcze mocniej przypominały o powodach, dla którzy się tutaj znalazłam. I wcale nie były nimi jedynie warunki ekonomiczne. Fakt, pochodziłam z ubogiej rodziny. Mój ojciec pracował w podrzędnym biurze jako księgowy, a mama była pielęgniarką w jednej z indyjskich klinik w Dubaju. Miałam trójkę rodzeństwa. Dwie siostry i najmłodszego, upragnionego przez tatę syna. Żyliśmy skromnie, ale nie mogłam powiedzieć, żeby było nam źle. Małżeństwo moich rodziców, choć aranżowane, okazało się dobrze prosperującą maszyną. Po latach zmagania się z troskami, jakimi obarczali ich bogowie, nadal stanowili dla siebie podporę. Może i kuleli, jednak toczyli się przez życie ramię w ramię. Ja nie byłam pewna, jak moje małżeństwo będzie wyglądać. Wcale nie chciałam wychodzić za Sanchaya, a bogowie od początku mnie przed nim przestrzegali. Niby wydawał się szarmancki, był wykształcony, dobrze sytuowany. Podróżował po świecie, o czym ja mogłam jedynie pomarzyć. Miał profil kandydata idealnego. I dlatego nie rozumiałam powodów, dla których zainteresował się tak przeciętną dziewczyną, jaką byłam ja. Mógł mieć przecież każdą. Piękniejszą, bogatszą, lepiej wykształconą. Co więcej, oszukał mnie. Kiedy podczas naszego sekretnego spotkania jeszcze przed zaręczynami wytłumaczyłam mu, że nie jestem gotowa na ślub i wolałabym najpierw skończyć studia, ten wyrozumiale potakiwał moim słowom. Uzgodniliśmy, iż podczas finalnej rozmowy z rodzicami zajmiemy wspólne stanowisko, żeby niczego już nie przeciągać. Dlatego jeszcze tego samego dnia podszepnęłam mamie o swojej decyzji. Chciałam dać rodzicom czas na pogodzenie się z takim stanem i nie robić scen przed obcymi nam ludźmi. Niestety Sanchay miał w tej kwestii odmienne zdanie. Szkoda tylko, że nawet tego ze mną nie przedyskutował.
- Chciałem wam podziękować za cierpliwość - rozpoczął przemowę podczas spotkania w naszym skromnym mieszkanku. - Potrzebowaliśmy z Devi trochę czasu, by podjąć słuszną decyzję w sprawie naszej przyszłości. Wiem, że powinienem uszanować tradycję, ale chciałem mieć pewność, że mamy podobne zamiary. Dlatego spotkaliśmy się wczoraj, by wspólnie podjąć ostateczną decyzję - po tych słowach wymownie spojrzał mi w oczy, usypiając tym moją czujność. - Devi ma pewne obawy. Uważa, że powinna najpierw skończyć studia i znaleźć sobie pracę, by nie obciążać nikogo finansowo. Wychodząc za mąż już teraz, nie tylko pozostałaby na moim utrzymaniu, ale też obciążyła was koniecznością podarowania mi dowry[1]. Jest wspaniałą dziewczyną, która myśli o wszystkich i nie ukrywam, że skradła tym moje serce. Dlatego, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości z tej ślicznej główki, chciałem oświadczyć, iż nie przyjmę od was żadnej darowizny - ogłosił dumnie, a mojej mamie aż wyrwał się z gardła niekontrolowany jęk zachwytu.
Taka okazja to nie jedna na milion, taka okazja, to jedna na całe życie. W teorii Sanchay wydawał się spełnieniem marzeń o idealnym zięciu. Tylko moje serce nie dawało mi spokoju. Czułam ciężar w klatce piersiowej na samą myśl o tym człowieku i wiedziałam, że jeśli go poślubię, będę żałować tej decyzji do końca swoich dni. Bo dla rodzin hinduskich nie istniała opcja rozwodu. Małżeństwo było jedno, na resztę życia. Również bogowie zdawali się zgadzać z moim sercem i od dnia naszego poznania, nawet jedna modlitwa nie upłynęła mi w spokoju. Niestety, po jego słowach wiedziałam, że decyzja już zapadła. Ojciec nie pozwoliłby mi odrzucić tak hojnej oferty tylko dlatego, że miałam złe przeczucia. Mama podobno płakała na własnym ślubie, błagając rodziców, by nie wydawali jej za mojego ojca, ponieważ był od niej dużo starszy. Teraz to ona odwracała wzrok ode mnie, wierząc, że i ja odnajdę spełnienie w małżeństwie: wstając o świcie przygotować dla męża śniadanie i uprasować mu koszulę do biura; sprzątając, piorąc oraz gotując przez cały dzień, by wieczorem uszczknąć choć chwili jego uwagi. I tak od teraz miało wyglądać moje życie. Podobnie jak milionów innych Hindusek pochodzących z rodzin szczycących się zachowaniem dawnych tradycji. Z czasem miały jeszcze dojść obowiązki przy dzieciach. Gdybym chociaż robiła to z miłości, jak to coraz częściej w tych naszych indyjskich małżeństwach aranżowanych bywało, może łatwiej potrafiłabym przełknąć niemy tytuł służącej. Tyle że w moim przypadku decyzję o wybranku oraz późniejszym zaakceptowaniu kandydata podjęli rodzice. Wierząc jego słowom i dobroduszności; ufając, iż Sanchay podaruje mi miłość i zapewni godziwe warunki życia, o jakich oni nawet nie marzyli.
Dlatego w dniu ślubu posłusznie wyciągnęłam ozdobioną henną dłoń w kierunku mojego ojca, pozwalając, by w myśl tradycji zwanej kanyadaan[2] oddał mnie Sanchayowi za żonę. Odbyło się to pod piękną altaną, ozdobioną czerwonymi oraz pomarańczowymi kwiatami, z obłędnym widokiem na lazurowe wody Zatoki Perskiej. Ale pomimo modlitwy do ukochanego Ganesha[3], nie byłam w stanie wyzbyć się bólu z serca. Cierpiałam, nakładając mężowi na szyję Jai Mala, wieniec z kolorowych kwiatów. Symbolizował on partnerstwo i wzajemne powitanie w swoich rodzinach. Nic jednak takiego nie czułam. Sanchay był mi obcy i jego rodzice byli mi obcy.
Kolejne ceremonie coraz mocniej odbierały mi wartość człowieka. Rozglądając się po nieprzyzwoicie bogato zdobionej sali, pełnej elegancko ubranych osób, chciałam stamtąd uciec. A uśmiechnięty Sanchay, wkładając mi na szyję Mangala Sutra, kosztowny, złoty naszyjnik, doskonale zdawał sobie sprawę, że właśnie mnie tym złamał. Bezpowrotnie odebrał hardość i silny charakter, który tak bardzo podziwiały we mnie koleżanki ze szkoły. Teraz miałam stać się cieniem mojego męża, nic nieznaczącą służką, potulnym współlokatorem, zabawką do rozładowania nagromadzonego w ciągu dnia napięcia.
***
- Poszczęściło ci się, mój synu - starszy człowiek ściskający rękę mojego męża, przyglądał mi się z uwagą przed opuszczeniem sali - twoja żona to piękna i skromna kobieta. Jestem przekonany, że Sunil (zmarły dziadek Sanchaya, którego doskonale pamiętałam z dzieciństwa) byłby teraz z ciebie bardzo dumny - zapewnił, poklepując mojego męża po plecach. Następnie wręczył mu grubą kopertę.
Rodzina i znajomi mojego męża nie żałowali nam pochwał ani pieniędzy. Jedni zachwycali się moją urodą, inni czerwoną sari bogato zdobioną złotymi nićmi. Naszyjnik, który podarował mi Sanchay, zakrywał niemal całą moją szyję. A najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że te wszystkie dobra nigdy tak naprawdę moje nie będą. Cała biżuteria, którą oboje mieliśmy teraz na sobie, zaraz po ceremonii miała wylądować w sejfie, do którego kod znał będzie jedynie mój mąż. To samo miało stać się z podarowanymi nam pieniędzmi. I to było w tym wszystkim najdłuższym gwoździem do trumny mojego małżeństwa. Trafiając do bogatej rodziny, nawet nie będę mogła wspomóc potrzebujących rodziców ani rodzeństwa. O czym Sanchay dosadnie poinformował mnie dzisiaj rano.
"Przestaniesz się z nimi kontaktować, chyba że zadecyduję inaczej - oświadczył".
Nie zdziwiło mnie jego życzenie. Wielu hinduskich mężów odseparowywało swoje żony, by te nie mogły nikomu poskarżyć się z problemów małżeńskich. Każdy zdawał sobie sprawę, że plotki rozchodziły się wśród naszej społeczności w ekspresowym tempie.
Przytaknęłam jego decyzji, bo sprzeciw i tak nie miałby sensu. Poza tym już od dawna nie czułam w sercu nic, prócz pustki. Najpierw zrozumiałam, że nikt nie uchroni mnie przed niechcianym małżeństwem. Ojciec pod niebiosa wychwalał okazję, jaka nam się trafiła, a matka, świadoma, iż nie godzę się na małżeństwo z Sanchayem, ignorowała wymowne spojrzenia, jakie posyłałam jej przy każdej okazji. Później zniknęła moja najlepsza przyjaciółka, dosłownie zapadając się pod ziemię. Zmieniła numer, nie była dostępna na kontach społecznościowych. A kiedy jeszcze przed ślubem wybrałam się do jej domu, ogrodnik poinformował mnie, że wyjechała z kraju. Nigdy wcześniej nie czułam się tak bardzo przytłoczona. Tak bardzo samotna. W tamtej chwili potrzebowałam jej najbardziej na świecie, jak kiedyś ona potrzebowała mnie. Jednak lista rozczarowań w moim życiu dopiero miała się zapisać.