Devi. Waleczna Bogini - Kinga Jesman

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

JAK PTAK ZA­MKNIĘTY W KLATCE

Pu­ste miesz­ka­nie, zimne łoże mał­żeń­skie, brak to­wa­rzy­stwa i nudne obo­wiązki. Tak od pra­wie trzech lat wy­glą­dało moje ży­cie. Kiedy spo­glą­da­łam za okno, nie wi­dzia­łam tam ani zie­lo­nej oazy, ani no­wo­cze­snych wie­żow­ców, z któ­rych sły­nął Du­baj. Je­dy­nie żółty piach, bo apar­ta­men­to­wiec, w któ­rym San­chay wy­naj­mo­wał dla nas miesz­ka­nie, znaj­do­wał się gdzieś na środku pu­styni.

No do­brze, może tro­chę dra­ma­ty­zo­wa­łam. Miesz­ka­li­śmy w dziel­nicy prze­my­sło­wej zwa­nej Je­bel Ali, po­nie­waż nie­da­leko sie­dzibę miała bry­tyj­ska firma, w któ­rej pra­co­wał mój mąż. Pro­blem w tym, że więk­szość czasu spę­dza­łam tu­taj sa­mot­nie, na­wet in­ter­net zda­wał się nie pa­mię­tać o tym pust­ko­wiu. Niby dzia­łał, ale po­woli i czę­sto prze­ry­wał. San­chay z re­guły prze­by­wał poza do­mem. Ofi­cjal­nie tłu­ma­czył się obo­wiąz­kami służ­bo­wymi, ale czę­sto zni­kał też na całe noce. Nie py­ta­łam o nic. Nie chcia­łam wie­dzieć, zwłasz­cza że na­sze mał­żeń­stwo od po­czątku było ni­czym wię­cej jak tylko po­rażką.

To nie tak, że nie pró­bo­wa­łam ni­czego zmie­nić. Jak każda ko­bieta, pra­gnę­łam szczę­ścia. Prze­czy­ta­łam setki, może na­wet ty­siące ar­ty­ku­łów o bu­do­wa­niu zdro­wych re­la­cji i utrzy­ma­niu mi­ło­ści w mał­żeń­stwie. Pro­blem w tym, że ni­czego ta­kiego do San­chaya nie czu­łam. A ża­den z tych ar­ty­ku­łów nie in­stru­ował, jak się za­ko­chać. Po­dobno to przy­cho­dziło na­tu­ral­nie. Z cza­sem. O czym za­pew­niały mnie rów­nież ku­zynki pod­czas nie­licz­nych spo­tkań. Prócz tego zna­la­złam wiele in­for­ma­cji na te­mat za­spo­ka­ja­nia po­trzeb męż­czy­zny i drob­nych sztu­czek, za po­mocą któ­rych ko­bieta może tra­fić do serca swego wy­branka.

"Bądź na­tu­ralna, męż­czyźni ce­nią so­bie twoje praw­dziwe piękno"; "Dbaj o hi­gienę, przy­jemny za­pach i atrak­cyjny wy­gląd"; "Nie ża­łuj so­bie flirtu i wy­sy­łaj mu wia­do­mo­ści, które za­dzia­łają na jego wy­obraź­nię"; "Kom­ple­men­tuj swo­jego męż­czy­znę, tak by czuł się do­ce­niany"; "Za­dbaj o jego po­czu­cie war­to­ści i spraw, by za­wsze czuł się po­trzebny"; "Wspie­raj za­in­te­re­so­wa­nia swo­jego part­nera"; "Do­łóż odro­binę pi­kan­te­rii do wa­szej bli­sko­ści"; "Śmiej się z jego dow­ci­pów"; "Po­zwól mu za sobą za­tę­sk­nić"...

Ostatni punkt nas nie do­ty­czył. Tak czę­sto by­li­śmy w roz­łące, że na co dzień sama łak­nę­łam kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem. Na­wet je­śli ogra­ni­czał się on do ob­ser­wo­wa­nia przez okno pra­cow­ni­ków fi­zycz­nych, któ­rzy ko­pali głę­bo­kie otwory w pu­styni. Naj­pew­niej pod fun­da­menty no­wego bu­dynku.

Tak, moje ży­cie było smutne i mo­no­ton­nie. Do­póki nie do­sta­łam wia­do­mo­ści ma­ilo­wej od mo­jej przy­ja­ciółki z cza­sów szkol­nych, Al­mas. Dziew­czyny, która przy­le­ciała do Du­baju z Je­menu i była naj­bar­dziej za­mkniętą w so­bie osobą, jaką w ży­ciu po­zna­łam. Kiedy w wieku szes­na­stu lat tra­fiła wraz z sio­strami do mo­jej szkoły, jej po­ziom wie­dzy ogól­nej pla­so­wał się na po­zio­mie kil­ku­latka, przez co sie­działa w ławce ra­zem z dzie­cia­kami. Za­afe­ro­wana moż­li­wo­ścią na­uki, któ­rej do tej pory od­ma­wiał jej sta­ro­świecki oj­ciec, za­częła prze­ska­ki­wać ko­lejne klasy. Ostatni rok za­koń­czyła nie­mal na równi ze swo­imi ró­wie­śni­kami. Była ode mnie za­le­d­wie dwa lata star­sza, ale bez po­rów­na­nia mą­drzej­sza. Nie­stety w ostat­nim se­me­strze na­sza przy­jaźń bo­le­śnie ucier­piała. Al­mas miała pro­blemy ro­dzinne, ja nie mo­głam po­go­dzić się ze świa­do­mo­ścią, że mu­szę po­ślu­bić San­chaya. Oczy­wi­ście przed wszyst­kimi wo­kół zgry­wa­łam szczę­śliwą na­rze­czoną i może w tym le­żał pro­blem. Nie szu­ka­łam po­mocy, ni­komu na­wet nie zwie­rzy­łam się ze swo­ich wąt­pli­wo­ści. Tylko w za­ci­szu wła­snego po­koju opa­try­wa­łam krwa­wiące serce. Zła­mana bez­sil­no­ścią i bra­kiem na­dziei na od­wró­ce­nie swo­jej przy­szło­ści, mo­dli­łam się o cud.

Osta­tecz­nie stra­ci­ły­śmy z Al­mas kon­takt, kiedy ona jakby roz­pły­nęła się w po­wie­trzu. I choć nie chcia­łam jej za to wi­nić, do tej pory bo­lało mnie, że tak długo się ze mną nie kon­tak­to­wała. A mia­ły­śmy so­bie tyle do opo­wie­dze­nia. Moja przy­ja­ciółka po­ślu­biła wła­snego po­ry­wa­cza. Czło­wieka, któ­rego wcze­śniej znała i ko­chała. O czym ja nie mia­łam naj­mniej­szego po­ję­cia. Miesz­kali te­raz w Ma­roku, na obrze­żach ma­low­ni­czej Ca­sa­blanki. Mia­sta, gdzie Al­mas stu­dio­wała me­dy­cynę - kie­ru­nek, o któ­rym ma­rzyła przez lata. Tak samo mocno jak ja na­uczy­cielką, ona pra­gnęła zo­stać le­ka­rzem.

"Mu­si­cie do nas przy­le­cieć. Są wa­ka­cje, Du­baj pło­nie, a Ca­sa­blanka jest w tej chwili ma­łym ra­jem na ziemi. Prze­ko­naj swo­jego męża, użyj swo­ich sztu­czek jak daw­niej, kiedy na pstryk­nię­cie pal­cem zdo­by­wa­łaś wszystko, czego tylko za­pra­gnę­ły­śmy", prze­ko­ny­wała w wia­do­mo­ściach. Dawna przy­ja­ciółka nie miała po­ję­cia, jak wielką prze­mianę prze­szłam przez ostat­nie lata. Jak bar­dzo zo­sta­łam stłam­szona, a moja duma i silny cha­rak­ter wręcz bez­li­to­śnie po­de­ptane.

Dla­tego ni­gdy, na­wet za mi­lion lat nie po­my­śla­ła­bym, że San­chay przy­sta­nie na taką pro­po­zy­cję.

- A wiesz, że to na­wet do­bry po­mysł? - od­po­wie­dział, gdy po pra­wie ty­go­dniu wresz­cie od­wa­ży­łam się mu o tym wspo­mnieć. - Mam jesz­cze cały urlop do wy­ko­rzy­sta­nia, a za bi­lety oj­ciec chęt­nie za­płaci.

Nie mia­łam po­ję­cia, co się z nim stało. Mąż ni­gdy nie wy­ka­zy­wał chęci po­dró­żo­wa­nia w moim to­wa­rzy­stwie.

- To kiedy le­cimy? - Na­gle sta­łam się bar­dzo nie­cier­pliwa.

Chcia­łam uciec ze swo­jej klatki. Spo­tkać się z ludźmi, cie­szyć roz­mo­wami i to­wa­rzy­stwem daw­nej przy­ja­ciółki. Wresz­cie wy­dało mi się to moż­liwe.

- Naj­pierw mu­szę uzgod­nić to z ze­spo­łem i zło­żyć wnio­sek o urlop, ale je­śli nie bę­dzie więk­szych prze­szkód, być może wy­le­cimy na­wet za kilka dni - po­in­for­mo­wał mój mąż.

Mia­łam ochotę ska­kać z ra­do­ści. Oczy­wi­ście nie mo­głam tego zro­bić. Gdyby San­chay się zo­rien­to­wał, jak bar­dzo za­leży mi na tej po­dróży, go­tów był od­wo­łać wszystko na­wet dzień przed wy­lo­tem. Uwiel­biał psuć mi do­bry na­strój i od­bie­rać szczę­ście. Przez ostat­nie trzy lata ro­bił wszystko, żeby mi do­ku­czyć. Miły by­wał tylko wtedy, kiedy cze­goś ode mnie po­trze­bo­wał, co z oczy­wi­stych po­wo­dów nie zda­rzało się zbyt czę­sto.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

DEVI

Mój ślub od­był się w Du­baju, w słyn­nym na cały świat sied­mio­gwiazd­ko­wym ho­telu Burdż al-Arab. Główną salę z wi­do­kiem na Za­tokę Per­ską przy­stra­jano czer­wo­nymi kwia­tami oraz zło­tymi do­dat­kami przez po­nad dobę, a ślubną al­tanę, usta­wioną na ze­wnątrz, de­ko­ro­wała naj­lep­sza firma z ro­dzi­mego mia­sta Mum­baju. Rów­nież stam­tąd po­cho­dził sławny pro­jek­tant mo­jego we­sel­nego sari oraz in­nych ko­stiu­mów, które mia­łam wło­żyć na sie­bie pod­czas trwa­ją­cej trzy dni ce­re­mo­nii. Po­nie­waż nie by­li­śmy w In­diach, ślub miał znacz­nie róż­nić się od ty­po­wego hin­du­skiego ożenku. Jed­nak wiele tra­dy­cji udało się za­cho­wać. Mo­jemu przy­szłemu mę­żowi oraz jego ro­dzi­nie dla ja­sno­ści. Nas nie by­łoby stać na wiele i dla­tego też znaczna część go­ści po­cho­dziła ze strony pana mło­dego. Na sto osiem­dzie­siąt za­pro­szo­nych zna­łam je­dy­nie trzy­dzie­ści twa­rzy. Moi ro­dzice i ich ro­dzeń­stwo z dziećmi. Bez wąt­pie­nia czu­łam roz­cza­ro­wa­nie, że jed­nego z naj­waż­niej­szych dni w moim ży­ciu nie mo­głam dzie­lić z ludźmi, któ­rymi pra­gnę­łam się ota­czać. A spoj­rze­nia ob­cych mi osób, jesz­cze moc­niej przy­po­mi­nały o po­wo­dach, dla któ­rzy się tu­taj zna­la­złam. I wcale nie były nimi je­dy­nie wa­runki eko­no­miczne. Fakt, po­cho­dzi­łam z ubo­giej ro­dziny. Mój oj­ciec pra­co­wał w pod­rzęd­nym biu­rze jako księ­gowy, a mama była pie­lę­gniarką w jed­nej z in­dyj­skich kli­nik w Du­baju. Mia­łam trójkę ro­dzeń­stwa. Dwie sio­stry i naj­młod­szego, upra­gnio­nego przez tatę syna. Ży­li­śmy skrom­nie, ale nie mo­głam po­wie­dzieć, żeby było nam źle. Mał­żeń­stwo mo­ich ro­dzi­ców, choć aran­żo­wane, oka­zało się do­brze pro­spe­ru­jącą ma­szyną. Po la­tach zma­ga­nia się z tro­skami, ja­kimi obar­czali ich bo­go­wie, na­dal sta­no­wili dla sie­bie pod­porę. Może i ku­leli, jed­nak to­czyli się przez ży­cie ra­mię w ra­mię. Ja nie by­łam pewna, jak moje mał­żeń­stwo bę­dzie wy­glą­dać. Wcale nie chcia­łam wy­cho­dzić za San­chaya, a bo­go­wie od po­czątku mnie przed nim prze­strze­gali. Niby wy­da­wał się szar­mancki, był wy­kształ­cony, do­brze sy­tu­owany. Po­dró­żo­wał po świe­cie, o czym ja mo­głam je­dy­nie po­ma­rzyć. Miał pro­fil kan­dy­data ide­al­nego. I dla­tego nie ro­zu­mia­łam po­wo­dów, dla któ­rych za­in­te­re­so­wał się tak prze­ciętną dziew­czyną, jaką by­łam ja. Mógł mieć prze­cież każdą. Pięk­niej­szą, bo­gat­szą, le­piej wy­kształ­coną. Co wię­cej, oszu­kał mnie. Kiedy pod­czas na­szego se­kret­nego spo­tka­nia jesz­cze przed za­rę­czy­nami wy­tłu­ma­czy­łam mu, że nie je­stem go­towa na ślub i wo­la­ła­bym naj­pierw skoń­czyć stu­dia, ten wy­ro­zu­miale po­ta­ki­wał moim sło­wom. Uzgod­ni­li­śmy, iż pod­czas fi­nal­nej roz­mowy z ro­dzi­cami zaj­miemy wspólne sta­no­wi­sko, żeby ni­czego już nie prze­cią­gać. Dla­tego jesz­cze tego sa­mego dnia pod­szep­nę­łam ma­mie o swo­jej de­cy­zji. Chcia­łam dać ro­dzi­com czas na po­go­dze­nie się z ta­kim sta­nem i nie ro­bić scen przed ob­cymi nam ludźmi. Nie­stety San­chay miał w tej kwe­stii od­mienne zda­nie. Szkoda tylko, że na­wet tego ze mną nie prze­dys­ku­to­wał.

- Chcia­łem wam po­dzię­ko­wać za cier­pli­wość - roz­po­czął prze­mowę pod­czas spo­tka­nia w na­szym skrom­nym miesz­kanku. - Po­trze­bo­wa­li­śmy z Devi tro­chę czasu, by pod­jąć słuszną de­cy­zję w spra­wie na­szej przy­szło­ści. Wiem, że po­wi­nie­nem usza­no­wać tra­dy­cję, ale chcia­łem mieć pew­ność, że mamy po­dobne za­miary. Dla­tego spo­tka­li­śmy się wczo­raj, by wspól­nie pod­jąć osta­teczną de­cy­zję - po tych sło­wach wy­mow­nie spoj­rzał mi w oczy, usy­pia­jąc tym moją czuj­ność. - Devi ma pewne obawy. Uważa, że po­winna naj­pierw skoń­czyć stu­dia i zna­leźć so­bie pracę, by nie ob­cią­żać ni­kogo fi­nan­sowo. Wy­cho­dząc za mąż już te­raz, nie tylko po­zo­sta­łaby na moim utrzy­ma­niu, ale też ob­cią­żyła was ko­niecz­no­ścią po­da­ro­wa­nia mi do­wry[1]. Jest wspa­niałą dziew­czyną, która my­śli o wszyst­kich i nie ukry­wam, że skra­dła tym moje serce. Dla­tego, żeby roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści z tej ślicz­nej główki, chcia­łem oświad­czyć, iż nie przyjmę od was żad­nej da­ro­wi­zny - ogło­sił dum­nie, a mo­jej ma­mie aż wy­rwał się z gar­dła nie­kon­tro­lo­wany jęk za­chwytu.

Taka oka­zja to nie jedna na mi­lion, taka oka­zja, to jedna na całe ży­cie. W teo­rii San­chay wy­da­wał się speł­nie­niem ma­rzeń o ide­al­nym zię­ciu. Tylko moje serce nie da­wało mi spo­koju. Czu­łam cię­żar w klatce pier­sio­wej na samą myśl o tym czło­wieku i wie­dzia­łam, że je­śli go po­ślu­bię, będę ża­ło­wać tej de­cy­zji do końca swo­ich dni. Bo dla ro­dzin hin­du­skich nie ist­niała opcja roz­wodu. Mał­żeń­stwo było jedno, na resztę ży­cia. Rów­nież bo­go­wie zda­wali się zga­dzać z moim ser­cem i od dnia na­szego po­zna­nia, na­wet jedna mo­dli­twa nie upły­nęła mi w spo­koju. Nie­stety, po jego sło­wach wie­dzia­łam, że de­cy­zja już za­pa­dła. Oj­ciec nie po­zwo­liłby mi od­rzu­cić tak hoj­nej oferty tylko dla­tego, że mia­łam złe prze­czu­cia. Mama po­dobno pła­kała na wła­snym ślu­bie, bła­ga­jąc ro­dzi­ców, by nie wy­da­wali jej za mo­jego ojca, po­nie­waż był od niej dużo star­szy. Te­raz to ona od­wra­cała wzrok ode mnie, wie­rząc, że i ja od­najdę speł­nie­nie w mał­żeń­stwie: wsta­jąc o świ­cie przy­go­to­wać dla męża śnia­da­nie i upra­so­wać mu ko­szulę do biura; sprzą­ta­jąc, pio­rąc oraz go­tu­jąc przez cały dzień, by wie­czo­rem uszczk­nąć choć chwili jego uwagi. I tak od te­raz miało wy­glą­dać moje ży­cie. Po­dob­nie jak mi­lio­nów in­nych Hin­du­sek po­cho­dzą­cych z ro­dzin szczy­cą­cych się za­cho­wa­niem daw­nych tra­dy­cji. Z cza­sem miały jesz­cze dojść obo­wiązki przy dzie­ciach. Gdy­bym cho­ciaż ro­biła to z mi­ło­ści, jak to co­raz czę­ściej w tych na­szych in­dyj­skich mał­żeń­stwach aran­żo­wa­nych by­wało, może ła­twiej po­tra­fi­ła­bym prze­łknąć niemy ty­tuł słu­żą­cej. Tyle że w moim przy­padku de­cy­zję o wy­branku oraz póź­niej­szym za­ak­cep­to­wa­niu kan­dy­data pod­jęli ro­dzice. Wie­rząc jego sło­wom i do­bro­dusz­no­ści; ufa­jąc, iż San­chay po­da­ruje mi mi­łość i za­pewni go­dziwe wa­runki ży­cia, o ja­kich oni na­wet nie ma­rzyli.

Dla­tego w dniu ślubu po­słusz­nie wy­cią­gnę­łam ozdo­bioną henną dłoń w kie­runku mo­jego ojca, po­zwa­la­jąc, by w myśl tra­dy­cji zwa­nej ka­ny­adaan[2] od­dał mnie San­chay­owi za żonę. Od­było się to pod piękną al­taną, ozdo­bioną czer­wo­nymi oraz po­ma­rań­czo­wymi kwia­tami, z obłęd­nym wi­do­kiem na la­zu­rowe wody Za­toki Per­skiej. Ale po­mimo mo­dli­twy do uko­cha­nego Ga­ne­sha[3], nie by­łam w sta­nie wy­zbyć się bólu z serca. Cier­pia­łam, na­kła­da­jąc mę­żowi na szyję Jai Mala, wie­niec z ko­lo­ro­wych kwia­tów. Sym­bo­li­zo­wał on part­ner­stwo i wza­jemne po­wi­ta­nie w swo­ich ro­dzi­nach. Nic jed­nak ta­kiego nie czu­łam. San­chay był mi obcy i jego ro­dzice byli mi obcy.

Ko­lejne ce­re­mo­nie co­raz moc­niej od­bie­rały mi war­tość czło­wieka. Roz­glą­da­jąc się po nie­przy­zwo­icie bo­gato zdo­bio­nej sali, peł­nej ele­gancko ubra­nych osób, chcia­łam stam­tąd uciec. A uśmiech­nięty San­chay, wkła­da­jąc mi na szyję Man­gala Su­tra, kosz­towny, złoty na­szyj­nik, do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, że wła­śnie mnie tym zła­mał. Bez­pow­rot­nie ode­brał har­dość i silny cha­rak­ter, który tak bar­dzo po­dzi­wiały we mnie ko­le­żanki ze szkoły. Te­raz mia­łam stać się cie­niem mo­jego męża, nic nie­zna­czącą służką, po­tul­nym współ­lo­ka­to­rem, za­bawką do roz­ła­do­wa­nia na­gro­ma­dzo­nego w ciągu dnia na­pię­cia.

***

- Po­szczę­ściło ci się, mój synu - star­szy czło­wiek ści­ska­jący rękę mo­jego męża, przy­glą­dał mi się z uwagą przed opusz­cze­niem sali - twoja żona to piękna i skromna ko­bieta. Je­stem prze­ko­nany, że Su­nil (zmarły dzia­dek San­chaya, któ­rego do­sko­nale pa­mię­ta­łam z dzie­ciń­stwa) byłby te­raz z cie­bie bar­dzo dumny - za­pew­nił, po­kle­pu­jąc mo­jego męża po ple­cach. Na­stęp­nie wrę­czył mu grubą ko­pertę.

Ro­dzina i zna­jomi mo­jego męża nie ża­ło­wali nam po­chwał ani pie­nię­dzy. Jedni za­chwy­cali się moją urodą, inni czer­woną sari bo­gato zdo­bioną zło­tymi nićmi. Na­szyj­nik, który po­da­ro­wał mi San­chay, za­kry­wał nie­mal całą moją szyję. A naj­gor­sza w tym wszyst­kim była świa­do­mość, że te wszyst­kie do­bra ni­gdy tak na­prawdę moje nie będą. Cała bi­żu­te­ria, którą oboje mie­li­śmy te­raz na so­bie, za­raz po ce­re­mo­nii miała wy­lą­do­wać w sej­fie, do któ­rego kod znał bę­dzie je­dy­nie mój mąż. To samo miało stać się z po­da­ro­wa­nymi nam pie­niędzmi. I to było w tym wszyst­kim naj­dłuż­szym gwoź­dziem do trumny mo­jego mał­żeń­stwa. Tra­fia­jąc do bo­ga­tej ro­dziny, na­wet nie będę mo­gła wspo­móc po­trze­bu­ją­cych ro­dzi­ców ani ro­dzeń­stwa. O czym San­chay do­sad­nie po­in­for­mo­wał mnie dzi­siaj rano.

"Prze­sta­niesz się z nimi kon­tak­to­wać, chyba że za­de­cy­duję ina­czej - oświad­czył".

Nie zdzi­wiło mnie jego ży­cze­nie. Wielu hin­du­skich mę­żów od­se­pa­ro­wy­wało swoje żony, by te nie mo­gły ni­komu po­skar­żyć się z pro­ble­mów mał­żeń­skich. Każdy zda­wał so­bie sprawę, że plotki roz­cho­dziły się wśród na­szej spo­łecz­no­ści w eks­pre­so­wym tem­pie.

Przy­tak­nę­łam jego de­cy­zji, bo sprze­ciw i tak nie miałby sensu. Poza tym już od dawna nie czu­łam w sercu nic, prócz pustki. Naj­pierw zro­zu­mia­łam, że nikt nie uchroni mnie przed nie­chcia­nym mał­żeń­stwem. Oj­ciec pod nie­biosa wy­chwa­lał oka­zję, jaka nam się tra­fiła, a matka, świa­doma, iż nie go­dzę się na mał­żeń­stwo z San­chayem, igno­ro­wała wy­mowne spoj­rze­nia, ja­kie po­sy­ła­łam jej przy każ­dej oka­zji. Póź­niej znik­nęła moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, do­słow­nie za­pa­da­jąc się pod zie­mię. Zmie­niła nu­mer, nie była do­stępna na kon­tach spo­łecz­no­ścio­wych. A kiedy jesz­cze przed ślu­bem wy­bra­łam się do jej domu, ogrod­nik po­in­for­mo­wał mnie, że wy­je­chała z kraju. Ni­gdy wcze­śniej nie czu­łam się tak bar­dzo przy­tło­czona. Tak bar­dzo sa­motna. W tam­tej chwili po­trze­bo­wa­łam jej naj­bar­dziej na świe­cie, jak kie­dyś ona po­trze­bo­wała mnie. Jed­nak li­sta roz­cza­ro­wań w moim ży­ciu do­piero miała się za­pi­sać.