Detoks rządzi. Detoks, detox, de-tox.
To słowo kołatało się w mojej głowie tak długo chyba po to, żeby zagłuszyć niechciane wspomnienia.
Detoks zrobił niesamowitą karierę. Nagle takie modne stało się fundowanie sobie detoksu od wszystkiego - od smartfonów, Internetu, mediów społecznościowych, kawy, zakupów. Od ludzi.
"Sypiam w lesie, bo to mnie uspokaja".
"Mój tydzień bez makijażu".
"Odkryj znaczenie słów i zamilknij na weekend".
"Jak odetchnąć od technologii".
"Opowiem wam, jak się zmieniło moje życie po odstawieniu coli".
Toksyny. Musiałam pozbyć się toksyn - zmartwień, obaw, wspomnień. Toksycznych ludzi.
Zwłaszcza ludzi.
Moja siostra bliźniaczka miała wszystko - od dziesięciu lat cała nasza rodzina skakała wokół niej i robiła, co się dało, żeby jej przypadkiem nie urazić. Bo Wera została skrzywdzona przez los. Jej plecy znaczyły blizny. Kochałam moją siostrę, ale ani trochę jej nie rozumiałam. Była śliczna, mądra i obsesyjnie skupiona na sobie. A teraz jeszcze miała boski tatuaż na całych plecach i faceta jak z okładki książek erotycznych.
Tak. Mam na myśli gołe klaty.
Babcia twierdziła, że wszyscy byliśmy śliczni - banda jej jasnowłosych aniołków. Ale mimo że i Wera, i ja miałyśmy jasne włosy, jej były jakieś takie... bardziej błyszczące. Mimo że obie miałyśmy błękitne oczy, jej były lśniące, a moje matowe. Obie byłyśmy zgrabne, ale to ją Anatom nazywał elfem.
Anatom. Znów bez pytania wdarł się w moje myśli.
Kiedy kilka miesięcy temu po raz pierwszy sobie uświadomiłam, że ludzie bez przerwy porównują mnie z siostrą bliźniaczką, uznałam, że nie chcę być podobna do Weroniki; muszę się od niej odróżnić. Niewiele myśląc, z dnia na dzień ścięłam długie włosy na krótko. Teraz troszkę zdążyły odrosnąć i sięgały mi już do podbródka, ładnie się układając. Uznałam, że taka fryzura podkreśla moją energiczną naturę, i tego postanowiłam się trzymać.
Ja byłam energiczna, bo Wera była spokojna i zamyślona, ja byłam zdecydowana, bo Wera zawsze dzieliła włos na czworo. Zastanawiałam się, jak się wyplątać z historii, że obie miałyśmy po liceum europejskim złożyć papiery na anglistykę, i proszę - ostateczny pretekst na srebrnej tacy podarował mi Anatom. Pieprzony, głupi, debilny, kretyński, cudowny, zabawny Anatom. Tom. Tomek.
Musiałam odetchnąć, bo byłam pewna, że inaczej oszaleję. Nie byłam nikomu potrzebna, miałam konto zasilane przez babcię od urodzenia i mogłam sobie pozwolić na rok przerwy, żeby spróbować ułożyć sobie w głowie co dalej.
Żeby zwolnić. Rzucić na swoje życie potterowe zaklęcia Immobulus i Impedimenta. Spowolnić wyroki boskie i ludzkie.
Kiedy poszłam się wyżalić Rafiemu, który prowadził pub Wypita Tequila i był przyjacielem całej naszej rodziny i każdego z osobna, natychmiast mnie zdiagnozował i zalecił doskonałą kurację - musiałam nabrać dystansu i stać się panią swojego losu. Innymi słowy, doradził, że powinnam na trochę wyjechać i znaleźć pracę, żeby przez ten rok samodzielnie na siebie zarabiać i poczuć, że wszystkie decyzje podejmuję sama. Że mam kontrolę nad własnym życiem. I że jeśli coś mi się nie podoba, mam prawo to coś kopnąć w cosiowy tyłek.
Jak Anatom kopnął mnie.
Jego kopniak wciąż bolał.
Co za niedojrzały dupek, w którym od razu się zakochałam! Wiedziałam, co o nim mówią, ale wcale nie planowałam się zakochać na poważnie! Chciałam coś wreszcie poczuć; poczuć, że komuś na mnie zależy; poczuć, że żyję.
Detoks.
Detoks od dupków i ściemniaczy.
Detoks od playboyów, bad boyów, sunny boyów.
Nie będę słuchała nawet boysbandów.
Kiedy Rafi zaproponował Szkocję, pomyślałam... dlaczego nie? Szkoci nie mają opinii najbardziej urodziwego narodu świata (z góry przepraszam wszystkich megaprzystojnych Szkotów), a skupiona na pracy i na tym, żeby odzyskać równowagę duchową, szybko dojdę do siebie.
Edynburg wprawdzie nie brzmiał jak wioska na końcu świata, w której oczami wyobraźni widziałam już siebie w samotnej latarni morskiej na rocznym zesłaniu, ale podobno przyjaciółka Rafiego mieszkała w dzielnicy Portobello, nadmorskim przedmieściu stolicy Szkocji. Wprawdzie marzenia o latarni morskiej musiałam odłożyć na później, ale zatoka Firth of Forth też brzmiała nieźle. Z jednej strony, od centrum Edynburga dzieliło mnie tylko dwadzieścia minut autobusem i osiem kilometrów, a z drugiej, było to na tyle daleko, że dzielnica stanowiła odrębny świat.
Mikrokosmos, w którym moje problemy staną się mikro.
Miejsce dobre jak każde inne. Rafi twierdził, że zajmie się mną Paula, a e-mail od współwłaścicielki pubu tylko to potwierdził. Pisała, że spadam im z nieba, bo osoba, która została zatrudniona, by latem wspomóc obsługę kelnerską, w ostatniej chwili zrezygnowała i teraz szukają kelnerki. A że zatrudniają wyłącznie ludzi z polecenia, mogę liczyć na szansę.
No proszę, było miejsce na ziemi, gdzie ktoś mnie potrzebował.
Nawet jeśli jedynie latem.
I tylko przejściowo.
Paula zapewniła, że jeśli sprawdzę się w wakacje, być może będę mogła zostać na dłużej, ale oficjalnie oferowała zatrudnienie i zakwaterowanie na lipiec i sierpień. Obiecała, że ktoś z personelu odbierze mnie z lotniska i wkrótce pomoże dopełnić wszelkich formalności. Znajdowanie pracy za pomocą znajomych znajomych miało, jak widać, same plusy. Kobieta wydawała się sympatyczna, chociaż zaznaczyła, że powinnam się nastawić na harówkę w pubie, że robota nie należy do najłatwiejszych ze względu na to, że pracuje się w godzinach popołudniowo-wieczornych, i że towarzystwo jest... różne.
Chyba nie było niczego, czym zdołałaby mnie odstraszyć w tym stanie ducha, w jakim się znajdowałam. Przyleciałabym tu, nawet gdyby powiedziała, że przez najbliższe pół roku będzie codziennie lało, że wszyscy faceci niezależnie od pogody noszą męskie spódnice, że nie zrozumiem szkockiego bełkotu, a wieczna szarość krajobrazu wpędzi mnie w depresję.
Potrzebowałam zmiany, a mój brat Jonasz, ściskając mnie na pożegnanie, wyznał, że zazdrości mi widoków w rodzaju Harry'ego Pottera i Władcy Pierścieni. I że jeśli natknę się na młodsze wydanie Ewana McGregora, mam walić Anatoma i czym prędzej wychodzić za mąż.
Choć miałam siostrę bliźniaczkę, to właśnie z Jonaszem trzymałam się naprawdę blisko. Był młodszy o rok, ale od zawsze zachowywał się jak nasz starszy brat. Od dzieciństwa to on był moim powiernikiem i sprzymierzeńcem. Trzymaliśmy sztamę przed rodzicami, młodszym rodzeństwem (tak, szok w dzisiejszych czasach, było nas pięcioro), znajomymi. On mnie rozumiał.
Mój brat nie miał mi za złe, że spakowałam walizkę i zapięłam suwak, jakbym grubą kreską oddzielała moją dotychczasową egzystencję od przyszłości. Że rozczarowałam rodziców, zarządzając roczną przerwę od życia i studiów, bo i on zaplanował to samo. Tyle że on zostawał w Poznaniu, chociaż zamierzał pracować. Pewnie gdyby nie jego ukochana Ella-Nutella, której szczegółowo zaplanowana przyszłość prowadziła w stronę USA, gdzie mieszkała jej babcia, spakowałby plecak już teraz i wyrwał się ze mną do Aten Północy albo Starego Kopciucha, jak nazywano magiczny Edynburg.
Ale tego nie zrobił.
Wzruszyłam ramionami.
Nie mogłam w tej chwili martwić się tym, że zostawiam ich wszystkich. Nie mogłam żałować, że zostawiam mamę, tatę, siostrę, Jonasza i młodszych braci: Mata i Antka. Że zostawiam Rafiego, który przeszedł w życiu tyle, że umiał słuchać ludzi - zwykle przy polerowaniu szklanek albo mopowaniu podłogi, ale zawsze. Osiągnęłam stan, w którym było mi totalnie wszystko jedno. Czułam, że powinnam zadzwonić do rodziców i w spokoju wytłumaczyć im, co zamierzam, ale najpierw musiałam dojść do porozumienia sama ze sobą.
Okay, wdech - wsiadasz do samolotu, wydech - lądujesz w zupełnie innej rzeczywistości.
Zamykasz oczy, żeby wyrzucić z głowy obrazy idealnych sióstr, zdradliwych erotomanów i trudne decyzje, po czym unosisz powieki, żeby odzyskać jasność spojrzenia.
Magia.
Stanęłam w hali przylotów i spokojnie rozejrzałam się po tłumie osób, które pojawiły się, żeby odebrać kogoś bliskiego. Nie miałam pojęcia, kto ostatecznie po mnie przybędzie, bo nie zapytałam, a teraz zżerały mnie nerwy, a mózg podsuwał obrazy Ewana McGregora i kadry z filmu Braveheart. Siląc się na spokój, szukałam swojego imienia na kartkach trzymanych przez mniej lub bardziej niecierpliwie czekających.
Przesuwając się powoli, zastanawiałam się, w której kieszeni mam adres pubu, w razie gdyby żaden z wojowniczych Szkotów nie przybył mi na ratunek. A może powinnam spodziewać się dziewczyny? Może pojawi się sama Paula, właścicielka?
Jest! "YODA MELLER". Mimowolnie się uśmiechnęłam, choć z mistrzem Yodą nie miałam nic wspólnego, uniosłam wzrok i zamarłam.
W pierwszej chwili byłam pewna, że dziesięć metrów ode mnie stoi Anatom.
Na kilka sekund wstrzymałam oddech, równocześnie oblewając się potem, ale na szczęście jakieś przytomne synapsy nerwowo-mięśniowe potrząsnęły czym trzeba i zresetowały moje ciało.
Zamrugałam. Uff, to niemożliwe. To na pewno nie był Anatom, który rozkochał mnie w sobie i porzucił. Chłopak, który opuścił kartkę z moim imieniem, miał wprawdzie blond włosy, ale jego oczy były niemal granatowe. Był też na pewno bardziej umięśniony, jakby trenował rugby albo piłkę nożną. Albo układanie na półkach skrzynek z butelkami piwa. Gapił się na mnie wyraźnie zdziwiony moją przerażoną reakcją.
Wyciągnęłam do niego prawą rękę jak świetnie wychowany android i uścisnęłam mu dłoń, krótko i zdecydowanie, po czym schowałam rękę na plecy. Lewa tak mocno trzymała uchwyt walizki, że byłam pewna, iż lada moment eksplodują mi wszystkie kostki.
- Did you have a pleasant flight? - zapytał jak robot jeszcze lepiej wychowany od androida, na pewno zachodząc w głowę, czy przypadkiem nie wycieram dłoni w spodnie (zwłaszcza że właśnie to robiłam).
Czego się spodziewałam? Czy grzeczność na Wyspach nie wymagała, by autochtoni zachowywali się z uprzejmym dystansem wobec nieobliczalnych przyjezdnych?
- Mhm... - mruknęłam, maksymalnie elokwentnie jak na kogoś, kto zamierzał składać papiery na anglistykę!
- Okaaay, I'm Eric. - Biedak. Gdyby mieszkał w Polsce, wyśmiewano by się z jego imienia na równi z Brajanem i Dżesiką. Ponieważ nie ułatwiałam mu niczego, lekko westchnął i wskazał dłonią wyjście. - Shall we?
Kiedy ruszyliśmy do wyjścia z hali przylotów, kierując się do Short Stay Car Park, byłam pewna, że mruknął pod nosem coś w rodzaju "Those fucking Poles", ale mógł też powiedzieć "I wanna play with dolls" albo "Wish I could kill some trolls". Mruknięcie, które mogło być najbardziej pogardliwym określeniem, jakie usłyszałam w życiu, skojarzyło mi się jeszcze niespodziewanie z "Chcesz fangę w nos?". Wspomnienie o przygodach Mikołajka, których namiętnie słuchał mój dziewięcioletni brat Antek w interpretacji Jerzego Stuhra, na chwilę zaszkliło mi oczy.
Musiałam być dzielna.