1
Minął tydzień od ostatniego mrozu. Zima
pozostawiła po sobie jedynie odstręczające pożółkłe zwały śniegu, które
piętrzyły się na chodnikach, oraz tysiące nowych dziur wyzierających z jezdni. Nadkomisarz Witold Ptak przyglądał się kołom tonącym w asfaltowych wyżłobieniach i przy każdym wstrząsie zaciskał zęby.
Zastanawiał się, dlaczego zawsze po zimie łódzkie drogi wyglądają tak,
jakby przez Polskę przeszła wielomiesięczna nawałnica. I dlaczego, choć
od ponad dekady jesteśmy w Unii Europejskiej, podpięci do
niewyczerpanego cycka unijnych funduszy, nic się nie zmienia. Gdzie
podziały się miliony, które miały zostać zainwestowane w modernizację
dróg? Ile z nich utknęło w kabzach polityków? I dlaczego ta cholerna
Unia na to wszystko pozwala?
- Jak na polu minowym - syknął Witold. - Gapisz się, a mimo to i tak nie
masz pojęcia, kiedy urwie ci nogę.
Młodsza aspirant Magda Giętka, która w skupieniu prowadziła samochód,
posłała mu kwaśny uśmiech. Z jego miny próbowała wyczytać, czy jest na
nią zły. Czy ma do niej żal o to, że wplątała go w nieprzyjemną
sytuację. Czy będzie chciał to wykorzystać. Ale z jego pomarszczonej
twarzy, z charakterystycznym garbatym nosem i czerwonymi
przebarwieniami, ciężko było cokolwiek wyczytać. Prędzej by odgadła
nazwę jego ulubionego trunku, niżby się dowiedziała, w jakim jest
nastroju.
Choć dzieliło ich ponad dziesięć lat, pod wieloma względami byli do
siebie podobni. Wysportowani i szczupli. Raczej poważni niż groteskowi.
Surowi. A przede wszystkim nieszczególnie urodziwi. Witolda gubiła
sfatygowana gęba i nienaturalnie długi nos. Magda traciła przez szparę
między zębami, wyłupiaste oczy i zaniedbane włosy w kolorze siana, które
opadając na kościste policzki, dodatkowo wyszczuplały twarz. Gdyby nie
widoczna różnica wieku, każdy mógłby ich uznać za parę. Stanowiliby
niezauważalny duet: niewzbudzający zdziwienia, nierodzący pytań,
nieodznaczający się niczym szczególnym. Niewidzialny. Porażający
nijakością.
Wykorzystując kilkumetrowy odstęp, Magda wcisnęła się przed czerwoną
toyotę. Dzięki temu zyskali jedną pozycję w wyścigu kulawych żółwi
toczonym w sercu miasta. Chwilę później dotarli na wysokość skrzyżowania
i zobaczyli niebieskie światła policyjne odbijające się od kamienic.
Byli już prawie na miejscu.
- Uratowałeś mi dzisiaj dupę - wypaliła Magda, kiedy zatrzymali się
przed przejściem dla pieszych.
- Raz ja ratuję twoją dupę, innym razem ty ratujesz moją, tak to już
bywa - odparł beznamiętnie Witold. Jedną dłonią wodził po twarzy, jak
gdyby szukał na niej resztek zgolonej rano brody. W drugiej trzymał
smartfona, którym nerwowo stukał o kolano.
- Co nie zmienia faktu, że jestem twoją dłużniczką. Sama bym sobie z nim
nie poradziła.
- W tej robocie nie ma dłużników - powiedział Witold po dłuższym
milczeniu. - Są tylko fajni goście i chuje. Fajnym gościom się pomaga, a chujom nie. Ty wydajesz się fajnym gościem.
Wydajesz się, zanotowała w myślach Magda. Co nie znaczy, że nim jesteś.
- Raczej gościówą.
- Może być gościówą.
- A on? Jemu w końcu też pomogłeś.
Spojrzeli za siebie. Oboje westchnęli. Z tylnego siedzenia dobiegało
ciężkie, nieregularne chrapanie.
- Co do niego mam coraz więcej wątpliwości.
Magda przypomniała sobie historie, które opowiadali starsi koledzy z jej
poprzedniej pracy. O dziwaku z kryminalnego. Nielubianym,
kontrowersyjnym i upierdliwym. A przy tym wyjątkowo inteligentnym i chorobliwie zaangażowanym. O świetnym śledczym, który był wrzodem na
dupie zarówno dla przestępców, jak i dla swoich kolegów. O śledczym,
który dwa lata temu, po rozstaniu z żoną, rozsypał się na drobne kawałki
i w lawinowym tempie zaczął osuwać się na dno.
A teraz ona miała być jego partnerką.
- Czy to prawda, że cierpi na zespół Aspergera?
Witold spojrzał na nią jak na kosmitkę.
- Słyszałaś kiedyś o Trumanie Capote?
- Tak - odparła szybko, mając nadzieję, że Witold nie zechce tego
sprawdzić.
- Ja nie słyszałem. Dopiero od niego dowiedziałem się, że to amerykański
pisarz, który słynął ze znakomitej pamięci. Podobno zapamiętywał
wszystkie przeprowadzane rozmowy. Nie musiał robić notatek. Z nim jest
podobnie. Nie wiem, czy zapamiętuje wszystko, co mu ludzie mówią, ale z całą pewnością zapamiętuje sporo. Tak przynajmniej było kiedyś. Przed
metamorfozą. - Witold zrobił pauzę, żeby rzucić okiem na czarny ekran
milczącego telefonu. - Nie wiem, czy ma zespół Aspergera, czy to tylko
jedna z wielu wydziałowych legend, ale podejrzewam, że większość
historii, które o nim słyszałaś, została zmyślona.
- A co jest prawdą?
- To, że swoim podejściem do życia potrafi wysysać z innych energię.
Jest toksyczny.
- To dlatego zdecydowałeś się na zmianę partnera?
- Ja? - Witold zaśmiał się chrapliwie. - To, że jestem szefem grupy
dochodzeniowej, nie znaczy, że odpowiadam za dobór zespołu. Jako prosty
policjant mam łapać przestępców, najlepiej jak potrafię. Decyzje kadrowe
podejmują nasi specjaliści od zarządzania. Ale gdyby zależało to ode
mnie, już dawno nie bylibyśmy partnerami. - Zmierzył Magdę wzrokiem. -
To pomysł Szczebiota. Wie, że Kawęcki może dać wydziałowi wiele dobrego.
Dlatego próbuje do niego jakoś dotrzeć.
- I liczy na to, że ja w tym pomogę? - zdziwiła się Magda.
- Może.
- Że gdy będzie pracować ze mną, przestanie chlać?
- Tak uważa Szczebiot. Ale moim zdaniem jemu już nikt nie jest w stanie
pomóc.
Witold odebrał telefon w chwili, gdy znaleźli się na wysokości
kamienicy, do której za kilka minut mieli wejść. Wychyleni do przodu,
wpatrywali się przez przednią szybę samochodu w wysokie okna mieszkania
na czwartym piętrze. Wraz z nimi robił to tłum gapiów ściśniętych po obu
stronach chodnika.
- Wiesz, że Stare Polesie i Centrum to najbardziej niebezpieczne osiedla
w Łodzi? - zapytał Witold.
- Specjalnie mnie to nie dziwi - odparła Magda.
- A mimo to ludzie, którzy tu mieszkają, czują się bezpiecznie. Przez to
są potencjalnie łatwiejszymi ofiarami niż mieszkańcy miejskich
peryferii, ciągle spłoszeni i przekonani, że za chwilę ktoś ich napadnie
albo zgwałci. Nie są świadomi, że to w ich getcie czai się największe
zło.
- Może to i dobrze. - Poczuła na sobie ciężki wzrok Witolda, ale
pozostała skupiona na drodze. - Dzięki temu mniej się stresują.
- Ale żyją krócej.
W ślamazarnym tempie, przedzierając się przez ulicę zastawioną
radiowozami, pokonali kilkaset metrów i zjechali na niewielki betonowy
parking. Witold wysiadł i przegonił dwóch meneli, którzy próbowali
wydębić od niego pieniądze. Przywitał się z pryszczatym, potarganym
chłopakiem, który siedział na murku. Zaprowadził go do samochodu.
- Do której masz czas? - zapytał.
- Do dziewiętnastej - odparł chłopak.
Witold spojrzał na zegarek.
- Powinno wystarczyć. Jedyne, co musisz robić, to siedzieć w samochodzie
i czekać, aż się obudzi. Wtedy zadzwonisz do mnie i przypilnujesz, żeby
nigdzie nie poszedł. Jasne?
Chłopak pochylił się i spojrzał na mężczyznę śpiącego na tylnym
siedzeniu. Pokiwał głową.
- Nie da się tego spierdolić - stwierdził Witold, wręczając chłopakowi
pięćdziesięciozłotowy banknot. - Chodźmy - zwrócił się do Magdy.
We dwoje ruszyli w stronę kamienicy, a speszony małolat wsiadł do
samochodu.
Pierwsi na miejscu zbrodni zjawili się gapie, głównie okoliczne męty,
bliżsi i dalsi sąsiedzi, pracownicy pobliskich sklepów. Po nich przybyli
przedstawiciele służb, policjanci i ratownicy medyczni. Niedługo później
zaczęli pojawiać się dziennikarze.
Redakcja "Expressu Łódzkiego" mieściła się w ścisłym centrum miasta, w jednej z odrestaurowanych kamienic na Piotrkowskiej, dzięki czemu Alicja
Mioduszewska była pierwszą reporterką, która dotarła na miejsce. A przynajmniej tak jej się wydawało. Zdążyła zebrać kilka informacji,
zanim policjanci zapanowali nad chaosem wokół budynku i na wszystkie
pytania zaczęli odpowiadać: "Bez komentarza". Kiedy kilkanaście minut
później funkcjonariuszy oblepili pozostali przedstawiciele mediów,
licząc na zdobycie choćby strzępów wypowiedzi, nie byli w stanie uzyskać
od nich nic, co dałoby się zacytować.
Alicja przeciskała się wówczas przez tłum gapiów.
Mężczyzna z ogorzałą twarzą i oddechem cuchnącym alkoholem:
- Widywałem ją, pewnie. Nie za często, ale widywałem. Młoda,
wysportowana. Jak to mówią, dobrze wyposażona przez naturę. Chyba w miarę normalna, zwyczajna, porządna. Studentka, zdaje się. Co więcej
można powiedzieć o człowieku?
Kobieta z fioletowymi włosami tworzącymi parodię irokeza:
- To ta studentka z czwartego piętra? Wydawała się taka spokojna,
tajemnicza. Jakby smutna. Albo zamyślona, sama nie wiem. Szkoda wielka.
To znaczy szkoda, że to ona. Choć oczywiście byłoby też szkoda każdej
innej osoby, którą by to spotkało. Tragedia. Po prostu tragedia.
Mężczyzna z sadłem wylewającym się spomiędzy niezapiętej kurtki:
- To zwykłe kurwisko było. Bo to raz ją widziałem z jakimiś fagasami? Co
rusz sprowadzała kogoś do mieszkania. Ta jej koleżanka też. Takie same
były. Jeden czort. Może niezbyt poprawne będzie to, co powiem, ale chyba
dobrze się stało, wie pani? Dobrze się stało, bo coś takiego nie mogło
się ciągnąć w nieskończoność. Tak może uda się jakoś powstrzymać tę
zarazę. A pani jak myśli? Coś to pomoże?
Kobieta ze łzami w oczach i makijażem spływającym z twarzy:
- Raz czy drugi widziałam ją w sklepie. To straszne. Taka młoda,
grzeczna, uprzejma. Tyle życia miała przed sobą. Gdyby to był ktoś w moim wieku, jakaś pijaczka albo zła matka, toby nie było tak żal. Ale
ona? Dwudziestoletnia dziewczyna? Boże kochany! Ja się teraz będę bać
swoje dzieci na dwór wypuszczać, bo jeszcze ktoś je pozabija. W łeb da i będzie po wszystkim. I będzie koniec.
Alicja nie po raz pierwszy się przekonała, że ludzie to w zdecydowanej
większości wariaci chorobliwie żądni sławy, choćby minimalnego
zainteresowania ze strony jakiejś obcej osoby, albo panicznie bojący się
wszystkiego, czego nie znajdują w swojej szarej codzienności. Tylko
przez chwilę się łudziła, że znajdzie kogoś, kto powie jej coś, co
będzie nadawało się do publikacji. Cokolwiek. Ale ludzie, którzy
upierali się, że znali ofiarę, nie potrafili określić jej wieku ani
opisać wyglądu. Jedni nie wierzyli, że ktoś mógł ją zamordować, inni bez
zająknięcia wymieniali całą listę sprawców. Niektórzy traktowali język
polski jako narzędzie służące wyłącznie do oddzielania rzucanych
wściekle kurew. Z gburowatego bełkotu polskiej tłuszczy wyłaniał się
dołujący obraz nizin społecznych, stworzonych z konfabulantów, pieniaczy
i wypłoszów. Jedni nienawidzili drugich. Wszyscy nienawidzili
wszystkich.
Muszę się stamtąd wydostać, pomyślała Alicja, zanim ten rozemocjonowany
motłoch odbierze mi chęć do życia.
Szybkim krokiem pokonała kilkaset metrów i weszła do pierwszej kawiarni,
na jaką trafiła po drodze. Zanim zamówiła kawę, poprosiła barmana o hasło do Wi-Fi. Zajęła miejsce przy najbliższym wolnym stoliku i wyciągnęła laptopa z torby. Pospiesznie spisała kilka informacji i zadzwoniła do Piotrka Wochyńskiego, który pełnił w niedzielę dyżur w internetowej redakcji "Expressu".
- Właśnie wysyłam ci dwa maile. W pierwszym znajdziesz krótkie
wprowadzenie do sprawy, kilka faktów, które udało mi się ustalić, i wypowiedź policjanta, który zdążył cokolwiek powiedzieć, zanim starsi
koledzy zatkali mu usta. Dasz radę to dodać do newsa?
- Jasne - odparł lapidarnie Piotrek.
- W drugim mailu znajdziesz kilka zdjęć budynku, w którym doszło do
zabójstwa. Robiłam je w pośpiechu i przy słabym oświetleniu, więc na
jedynkę żadne z nich się nie nadaje. Warto je jednak wstawić do
materiału.
- Pewnie. Poczekaj chwilę - powiedział Piotrek i zamilkł, żeby
porozumieć się z kimś z redakcji. Po chwili oznajmił: - Zaraz do ciebie
oddzwonię.
Dwie minuty później telefon Alicji zawibrował. Podniosła go ze stołu i zaklęła. Na wyświetlaczu pojawił się numer Kornelii Lemiesz, szefowej
działu miejskiego i zastępczyni redaktora naczelnego. A przy okazji
jedynej osoby w redakcji, której Alicja szczerze nie znosiła.
- Musimy popracować nad twoim tytułem - powiedziała na powitanie
Kornelia.
- Dlaczego?
- Jest słaby.
Alicja zacisnęła dłoń na gorącej filiżance.
- Nudny. Nijaki. Lead zresztą też. Potrzebujemy kilku mocnych określeń,
które wciągną czytelnika do gry.
- "Zabójstwo" jest według ciebie słabym określeniem, nie wciąga do gry?
- zapytała, starając się zatuszować frustrację.
- Musimy to zmienić, w takiej formie tego nie puszczę. Zredaguję twój
tekst, a ty postaraj się dowiedzieć czegoś więcej o sprawie.
Rozłączyła się.
Alicja wiedziała, w jaki sposób pracuje Kornelia i czym skończy się jej
ingerencja w tekst. Zadzwoniła do Piotrka.
- Przepraszam - wymamrotał szeptem. - Doskoczyła do mnie, gdy tylko się
zorientowała, że rozmawiam z tobą.
- Nie ma sprawy, znam ją nie od dzisiaj. Mam tylko jedną prośbę -
powiedziała. - Usuniesz moje nazwisko z tekstu?
- A co, wstydzisz się swojej pracy?
- Nie swojej. Jej.
Zapłaciła za niewypitą kawę, spakowała komputer do torby i wyszła z kawiarni.
Potworny ból głowy przywrócił Tomka Kawęckiego do życia. Suchość w ustach ledwo pozwalała mu przełknąć ślinę. Gdy ją przeciskał przez
ciasny, uzbrojony w kolce przełyk, czuł się tak, jakby mu ktoś rozcinał
nożem gardło. Musiało upłynąć kilkadziesiąt sekund, zanim na spuchniętej
wardze wyczuł skrzepniętą krew i rozpoznał znajomy smak wymiocin.
Otwierał oczy i ponownie je zamykał, silnie zwierając przy tym powieki.
Miał nadzieję, że zdoła dzięki temu przenieść rozrywający czaszkę ból na
inne części ciała, na ramiona lub ręce, a przy odrobinie wysiłku nawet
na nogi. Kiedy przyzwyczaił się do cierpienia, począł rejestrować
niewyraźne obrazy wyłaniające się z migawek. Próbował wędrować wzrokiem
po klaustrofobicznym pomieszczeniu, w którym go umieszczono. Zaczynał
reagować na bodźce słuchowe. Radio. Serwis informacyjny. Łódź.
Zabójstwo. Strzępy informacji wpadały do jego świadomości, ale po chwili
się ulatniały, a on tracił przytomność i zapadał w sen.
Po jednym z przebudzeń poczuł niespodziewany przypływ energii.
Wspierając się na rękach, podniósł się z kanapy. Dopiero wtedy się
zorientował, że nie leży w pomieszczeniu, tylko w samochodzie. I że na
przednim siedzeniu pojazdu jest jakiś człowiek. Widział go jednak jak
przez mgłę. Opuścił więc głowę, skupiając wzrok na umazanych wymiocinami
spodniach.
- Obudził się.
Kawęcki ponownie uniósł swój ołowiany łeb. Długowłosa, potargana istota
z pryszczami na twarzy przyglądała mu się z lękiem, przyciskając do ucha
telefon. Rozmawiając, a właściwie słuchając rozmówcy, usilnie próbowała
wyciągnąć coś z kieszeni. W końcu wyjęła kluczyki i włożyła je do
stacyjki. Czekała na kogoś, nerwowo wyglądając przez uchylone okno
samochodu. Kawęcki nie potrafił rozpoznać po głosie, czy to kobieta, czy
zniewieściały mężczyzna.
Ale zrozumiał, co się stało. A w zasadzie - co się nie wydarzyło. Nie
umarł. I nie zanosiło się na to, żeby miał umrzeć niebawem.
A to martwiło go najbardziej.
Kiedy ktoś pytał Witolda Ptaka o najstraszniejszą rzecz, z jaką spotkał
się w pracy, on za każdym razem relacjonował tę samą historię.
Opowiadał o tym, jak jednego ze swoich pierwszych dni w policji, na
początku lat dziewięćdziesiątych, wraz z partnerem Władysławem Górą,
dobijającym pięćdziesiątki grubasem z esbecką przeszłością, wylądował w niedawno wybudowanym bloku na Teofilowie. Wszystko było w nim nowe:
począwszy od domofonu przez śnieżnobiałą klatkę schodową, w której nadal
pachniało farbą, na drzwiach antywłamaniowych skończywszy. Nawet
mieszkańcy bloku wydawali się zupełnie nieużywani. Idealny obraz psuł
jedynie zamek w drzwiach do mieszkania pod trójką, który wyglądał jak po
interwencji domorosłego MacGyvera.
Opowiadając tę historię, Witold zawsze podkreślał, że gdy weszli do
środka, omal nie podeptali zwłok. Mężczyzna, którego ciało blokowało
wejście do mieszkania, miał na sobie białą koszulę, zaprasowane w kant
spodnie i nienaganną fryzurę. W zasadzie od razu można było go kłaść do
trumny. Podobnie jak jego żonę. Leżała kilka metrów dalej, ubrana w elegancką garsonkę, czarne rajstopy i buty na obcasie. Z jedną ręką
wyciągniętą wzdłuż tułowia, a drugą uniesioną nad głową, przypominała
kraulistkę. Natomiast w pokoju, do którego wstępu broniła drewniana
kotara, znajdowało się ich dziecko. Maleńkie, najwyżej kilkutygodniowe.
Do tego stopnia jeszcze nieukształtowane, że Witold i Góra nie potrafili
określić jego płci. Wiedzieli tylko, że nie oddycha. Najprawdopodobniej
od dawna.
Ale to nie ciała, na które natrafili w mieszkaniu, były w tym wszystkim
najgorsze. Nie to, że po przepracowaniu zaledwie kilku tygodni w policji
natknął się na martwego noworodka, największy koszmar każdego
policjanta. Najgorsze było to, że mieszkanie wydawało się sterylne. Nie
unosił się w nim fetor rozkładających się zwłok, fekaliów i Bóg wie
czego jeszcze, tylko owocowy zapach środków czyszczących. Meble i podłogi pachniały cytrynowym płynem do mycia drewna, a łazienkę
wypełniała intensywna woń kostek zapachowych. Stojące na szafce buty
były nawoskowane czarną pastą. Wszystkie ubrania leżały na dnie szafy w identycznych kupkach, jak gdyby miały zaświadczyć o czyjejś pedantycznej
dewiacji. Ale najgorszy był salon. To tam, w jego centralnym punkcie,
znajdowało się kilkanaście fotografii noworodka, oprawionych w jednakowe
białe ramki i w równych odstępach zawieszonych na ścianie.
Kiedy jednak Witold stał w przedpokoju mieszkania na Próchnika i ściskał
w zębach niezapalonego papierosa, nie był pewien, czy nadal będzie
opowiadał tę historię.
Bo właśnie zdobył lepszą.
- Telefon.
- Co?
Magda Giętka wycelowała w Witolda palcem.
- Telefon ci dzwoni. Odbierz.
Jej słowa dotarły do niego z dużym opóźnieniem. W końcu zdjął lateksowe
rękawiczki, rozsunął suwak papierowego kombinezonu ochronnego, który
musiał na siebie założyć, żeby móc obejrzeć miejsce zbrodni, i zanurkował do kieszeni. Przez dobre kilka sekund wpatrywał się w wyświetlacz telefonu. Przez kilka kolejnych obracał trzymanego w ustach
papierosa, bezmyślnie wpatrując się w Magdę. Był blady. Bardziej niż
ściany mieszkania na Teofilowie, do którego przed laty wparował z tłustym esbekiem, aby podziwiać efekty rozszerzonego samobójstwa.
- Aż tak źle? - zapytała Magda, która w pośpiechu wciskała się w kombinezon.
- Gorzej.
Witold wyciągnął w końcu papierosa z ust. Ścisnął go w dłoni.
- Nie wchodź tam - powiedział.
- Muszę. Taka praca. Poza tym nieźle się nakombinowałam, żeby ubrać się
w to cholerstwo.
Witold wyciągnął rękę. Zagrodził Magdzie drogę.
- Kiedyś mi za to podziękujesz - powiedział.
Magda zatrzymała się i spojrzała na niego. Nie żartował. Ale ona też
nie. Chwyciła jego rękę i powoli ją opuściła.
- Nie będę musiała. A przynajmniej nie za to.
Tomek Kawęcki długo gmerał w kieszeniach spodni. W końcu wyciągnął z jednej garść papierków, parę monet, banderolę po wódce i kilka
połamanych, sypiących tytoniem papierosów. W drugiej znalazł jedynie
puste pudełko po zapałkach i dziurę, przez którą musiała się ulotnić
większość zawartości.
- Masz ogień? - wycharczał, po raz pierwszy od wielu godzin wydobywając
głos z gardła.
- Tu nie wolno palić.
Policjant popatrzył na pryszczatą twarz nastolatka przypiętą do zbyt
dużej głowy, którą z trudem utrzymywało wątłe ciało.
- Przecież to nie twój samochód.
- Skąd wiesz?
- Widziałeś kiedyś faceta, który we własnym samochodzie siedziałby na
miejscu pasażera?
Kawęcki obnażył udawaną pewność siebie chłopaka. Małolat niemal zapadł
się w sobie.
- Tym samochodem jeździ kobieta. Mężczyźni nie wieszają misiów pod
lusterkami i nie przypinają futrzanych breloków do kluczyków. Chyba że
są pedałami. - Kawęcki uchwycił w lusterku wzrok chłopaka. - Jesteś
pedałem?
- Nie jestem.
- A mówisz i wyglądasz jak pedał.
Małolat milczał, bojąc się cokolwiek powiedzieć. Miał pilnować
cywilizowanego człowieka z problemem alkoholowym. Niegroźnego i małomównego. Tymczasem wpatrywał się w niego agresywny brudas
przypominający narkomana na głodzie. Można było się po nim spodziewać
okropnych rzeczy. Również tego, że za chwilę się na niego rzuci i rozłupie mu głowę o kierownicę. Zastanawiał się, czy Witold nie wrobił
go w pilnowanie jakiegoś przestępcy.
- Ile masz lat? - zapytał Kawęcki.
- Dziewiętnaście.
- Niewykluczone, że jeszcze nie jesteś świadomy swojej orientacji.
Chłopaki w twoim wieku, zamiast rozmawiać, obrzucają się gównem.
Wyzywają się od ciot i wyliczają, kogo i ile razy dymali Murzyni.
Nakręcają się wzajemnie, tworząc środowisko, w którym posuwający się
faceci uchodzą za największych zwyrodnialców. Może się okazać, że
odrzucasz swój homoseksualizm podświadomie, byle nie być zgnojonym przez
otoczenie.
- Nie jestem pedałem!
Podnosząc głos, chłopak odzyskał pewność siebie. Witold by mi tego nie
zrobił, pomyślał. Nie zostawiłby mnie z jakimś pieprzonym zbirem.
- Nieważne. Mówisz, że nie palisz?
- Nie.
- A potrafisz uruchomić zapalniczkę samochodową?
- Tu nie ma zapalniczki.
- A co jest?
- Transmiter.
- Co?
- Transmiter. Można do niego podłączyć pendrive'a lub kartę SD. To
CQ-118, jeden z najtańszych transmiterów na rynku. Obniża jakość
dźwięku, generuje szumy i trudno go wyregulować. Dokąd idziesz?
Tomek Kawęcki uchylił drzwi i zaczął przesuwać zbolałe ciało w stronę
wyjścia. W głębokim poważaniu miał parametry urządzenia, które
bezprawnie zajęło miejsce zapalniczki samochodowej. Interesowało go
jedynie, jak zdobyć ogień.
Kiedy wydostał się z pojazdu, nie żałował trudu, jaki go to kosztowało.
Późne promienie słoneczne przebijały się przez chmury, rozświetlały
betonowy parking i tłumiły typową późnozimową ponurość. Przypomniał
sobie studenckie czasy, kiedy we wczesnych godzinach porannych
przedzierał się przez centrum miasta. Zamroczony alkoholem, chłonął
pierwsze symptomy wiosny. Lubił nietrzeźwość. Stan beztroski, pogardy
dla lęków i przeciwności losu, spychania w odmęty świadomości obaw o teraźniejszość i przyszłość. Dlatego żałował, że od kilku lat tak rzadko
bywał wstawiony. Że od niezachwianej trzeźwości przechodził od razu do
stanu podłego i posępnego upojenia. Że tak gwałtownie zatapiał się w rynsztokową rzeczywistość.
- Masz ogień? - zaczepił jednego z dwóch siedzących na chodniku meneli.
Obdartus pokręcił głową, co nie musiało oznaczać, że nie ma ognia. Mógł
po prostu nie zrozumieć pytania.
- A ty? - zapytał Kawęcki drugiego męta.
- Może mam, a co? - wychrypiał tamten głosem zwiastującym raka krtani.
- Chciałem ci zaproponować układ. Dasz mi ogień, a ja dam wam po
papierosie.
Kawęcki pochylił się, z trudem utrzymując równowagę, i pokazał parze
bezdomnych zawartość swojej dłoni. Menele zerknęli zachłannie na wymięte
kawałki papierosów i szybko porozumieli się spojrzeniami. Jeden z nich
zanurkował do kieszeni i wyjął pudełko zapałek.
- Dawaj - powiedział.
Obaj bezdomni i policjant rozsiedli się na murku i w milczeniu palili
coś, co kiedyś musiało być papierosami. Na pierwszy rzut oka wyglądali
na ludzi tego samego sortu, fabrycznie uszkodzonych i skazanych na
błyskawiczną eksploatację. Różnili się tylko sposobem palenia. Bezdomni
zaciągali się zachłannie, co rusz pokasłując i spluwając wpadającymi im
do ust drobinami tytoniu. Kawęcki palił wolniej, z namaszczeniem
wciągając dym w płuca i powoli go wypuszczając. Przypominał arystokratę,
który przypadkiem trafił na ulicę.
W pewnym momencie na ramieniu Kawęckiego wylądowała ciężka ręka i pociągnęła go za sobą. Zanim się zorientował, co się stało, ponownie
znalazł się na tylnym siedzeniu auta, z nowym guzem na głowie. Tyle że
tym razem w towarzystwie rozwścieczonego Witolda Ptaka.
- Co ty, kurwa, wyprawiasz! - pieklił się Witold.
Zacisnął pięść i złożył się do uderzenia, ale nie wyprowadził ciosu.
Rozprostował palce, a po chwili zacisnął je ponownie na zagłówku fotela.
Jeszcze długo po tym, jak go puścił, widniały na nim deformacje
spowodowane przez jego stalowy uścisk.
- Masz w ogóle pojęcie, co się stało?
- Zgubiłem papierosa. Podejrzewam, że jesteś za to przynajmniej
częściowo odpowiedzialny.
- Nie zgrywaj się. Pamiętasz cokolwiek?
Kawęcki skrzywił się w głupkowatym uśmiechu.
- Jaka jest ostatnia rzecz, którą pamiętasz?
- "Kiedy wypijam ostatni kieliszek, wtedy piję tym bardziej, ponieważ
ostatniego kieliszka nie wypiłem nigdy"1 - wybełkotał w afektowany sposób Kawęcki.
Witold opuścił szybę i zapalił papierosa.
- Tu nie wolno palić. - Małolat wciąż zasiadał na przednim siedzeniu,
przysłuchując się mężczyznom, którzy zapomnieli o jego obecności.
- Wyjdź, proszę, zanim dam ci w łeb za to, że pozwoliłeś mu wysiąść -
powiedział Witold, rzucając chłopakowi ukradkowe spojrzenie spod
pomarszczonego czoła.
Małolat błyskawicznie ulotnił się z auta.
- Nie chcesz być poważny? Nie szkodzi. Ja będę. Opowiem ci, co się
stało. Nie będzie to jednak historia o tobie. Opowiem ci o dziewczynie,
której poćwiartowane ciało właśnie widziałem.
Witold osiągnął swój cel. Z twarzy Kawęckiego zaczął się zsuwać
irytujący uśmiech.
- Kilkaset metrów stąd, w kamienicy na Próchnika, znaleźliśmy martwą
kobietę. Ktoś ją zaszlachtował. Choć nie wiem, czy "zaszlachtował" to
odpowiednie słowo - powiedział Witold. - Jej ciało było w kawałkach.
Kilkunastu. Ktoś porąbał ją siekierą.
Kawęcki milczał. Jego obolała głowa wolno przetwarzała przyswojone przed
chwilą informacje.
- Daj mi papierosa - poprosił po chwili.
- Nie, nie będziesz teraz palić. Za półtorej godziny ma się odbyć
konferencja prasowa. Po niej mamy zebranie, na którym Szczebiot uformuje
grupę śledczą. Spróbuję je przesunąć, a ty doprowadzisz się do porządku.
W bagażniku masz czyste ubrania i przybory kosmetyczne. Odśwież się i przebierz. Kup sobie coś do jedzenia. W drodze na komendę opowiem ci, co
wiadomo o zabójstwie.
- Jak się nazywa ta kobieta?
- Martyna Bułecka.
Tomek Kawęcki skinął powoli głową i wyciągnął rękę po banknot, który
Witold wydobył z portfela.
- Jesteś mi winny pięćdziesiąt złotych, które zapłaciłem temu
gówniarzowi, żeby cię pilnował. I dwadzieścia złotych, które daję ci
teraz. Oraz flaszkę, za fatygę. Ale jeśli kupisz za te pieniądze wódkę
zamiast jedzenia, nie będziesz musiał mi nic oddawać, ponieważ urwę ci
łeb. Rozumiesz?
- Kupię papierosy i wodę.
- Nie kupuj szlugów - powiedział Witold, wyrzucając przez okno
wypalonego do połowy papierosa. - Nie słyszałeś młodego? Tu się nie
pali.
- A czyj to samochód?
- Magdy. Zacznij się do niego przyzwyczajać.
Menedżer powinien delegować zadania i efektywnie rozdzielać pracę.
Menedżer powinien umiejętnie zarządzać czasem, zarówno swoim, jak i pracowników, którzy mu podlegają.
Menedżer powinien ufać podwładnym.
Mariusz Szczebiot wściekał się, przypominając sobie teorie, które
zapamiętał z jednej z wielu książek dotyczących zarządzania i przywództwa. Zaczytywał się w nich od kilku miesięcy, choć właściwie nie
wiedział, czy ma to jakikolwiek sens. Z każdą książką nabierał
przekonania, że piszą je niekompetentni cwaniacy nastawieni na łatwy
zarobek. Wypisują rady coachów i ekspertów od zarządzania, które ich
zdaniem mają uniwersalne zastosowanie. Tymczasem, jak uważał Szczebiot,
żadna rada nie może go mieć, ponieważ wszędzie tam, gdzie czynnik ludzki
odgrywa choćby minimalną rolę, teorie biorą w łeb. A rzeczywistość
zawsze przynosi rezultat gorszy od spodziewanego.
Dlatego w życiu Mariusz Szczebiot uznawał tylko dwie teorie, których nie
znalazłby w żadnym menedżerskim podręczniku: Jeśli chcesz, żeby coś
zostało zrobione dobrze, zrób to sam. I nigdy nie ufaj ludziom.
Naczelnik Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji dreptał po
korytarzu, nerwowo zerkając w kierunku schodzących się do budynku
dziennikarzy. Co kilkanaście sekund przyciskał do ucha telefon, a następnie, zdenerwowany, wpychał go z powrotem do kieszeni. Konwulsyjnie
poprawiał swoją nienaganną fryzurę - krótko ostrzyżone czarne włosy z niewielką, lekko podniesioną grzywką - i strzepywał niewidzialne okruchy
z munduru. Nie miał pojęcia, co zrobić z rękoma, które zdawały się
służyć mu wyłącznie do ściągania spojrzeń zdezorientowanych kolegów. Już
nawet nie łudził się, że podczas konferencji prasowej zdoła zapanować
nad stresem. Miał jedynie nadzieję, że przed tą bandą żądnych sensacji
pajaców nie skompromituje się do reszty.
Kiedy zobaczył na korytarzu Witolda Ptaka, momentalnie ruszył w jego
stronę. Wskazał mu palcem puste pomieszczenie, w końcu znajdując jakieś
zastosowanie dla swoich rąk. Będąc już poza zasięgiem wzroku pozostałych
policjantów, wręczył Witoldowi zadrukowaną do połowy i złożoną we czworo
kartkę.
- To jest treść komunikatu, który przedstawimy mediom - oznajmił.
Witold rozłożył kartkę i szybko przebiegł ją wzrokiem.
- Poważnie?
- Tak.
- Ale przecież tu nie ma żadnych informacji. Niczego się nie dowiedzą.
- A czy zależy nam, żeby dużo wiedzieli? Jeśli ludzie się dowiedzą, że
jakiś psychopata zaszlachtował atrakcyjną dziewczynę, zlecą się sępy i zaczną dziobać. Przez kilka dni będą nas zamęczać wszystkie
ogólnokrajowe telewizje. A to sprawi, że góra zacznie jeszcze mocniej
naciskać, żebyśmy szybko rozwiązali sprawę. Tego nie chcemy. To znaczy
chcemy szybko rozwiązać sprawę, ale nie chcemy, by wywierano na nas
nacisk.
Szczebiot zrobił kilka kroków w miejscu, po czym poluzował krawat. Pocił
się, jakby był na bieżni.
- Jesteś pewien, że to dobra strategia?
- Gdybyśmy wszystko dali im od razu, toby nas rozszarpali. Dlatego
musimy dozować wiedzę. Codziennie będziemy podrzucać strzępy informacji,
powoli oswajając ich z tym, co się wydarzyło. Rozumiesz?
Witold wsparł się pod boki i głośno sapnął, okazując w ten sposób
dezaprobatę wobec władczego tonu szefa. Niektórzy w wydziale mówili, że
Szczebiotowi nie służy władza, którą dostał wraz z objęciem funkcji
naczelnika. Sprawiła, że stał się arogancki, nieuprzejmy, nieufny i z jakiegoś powodu przekonany o swojej wyższości nad niedawnymi kolegami,
często starszymi od niego. Inni twierdzili, że zawsze taki był. Tyle że
ukrywał to pod fasadą nieszczerego uśmiechu i poufałego klepania po
plecach. Witold zaliczał się do tych drugich.
- Widziałeś kiedyś coś podobnego? - zapytał Szczebiot, próbując zmienić
temat. - To nieludzkie. Ten pokój wyglądał jak ubojnia.
- Wiem, jak wyglądał - odburknął Witold. - Właśnie próbuję wyrzucić ten
widok z pamięci.
- Czy mamy DNA sprawcy?
- Prawdopodobnie tak.
- Prawdopodobnie?
- Musimy poczekać na analizę nasienia znalezionego w pochwie ofiary. Nie
zdziwiłbym się, gdyby w tym chaosie zostało zanieczyszczone czymś, co
nie pozwoli dokonać odczytu.
Naczelnik ze zrozumieniem pokiwał głową, po czym zerknął na zegarek. Do
rozpoczęcia konferencji zostało piętnaście minut. Czuł, że coraz mocniej
pocą mu się dłonie.
- Gdzie jest Kawęcki? - zapytał.
- Trudno powiedzieć - odparł Witold. - Ostatni raz widziałem go godzinę
temu.
- Dlaczego nie było go na miejscu zbrodni?
- Był, ale ulotnił się, zanim przyjechałeś. Już ci to mówiłem.
- Mówiłeś też, że pojechał coś sprawdzić. Coś, co nie może czekać. I nie
powiedział, co to takiego?
- Nie.
- A ty nie byłeś na tyle ciekawy, żeby go o to zapytać?
- Wiem, kiedy nie warto zadawać mu pytań.
Witold włożył ręce do kieszeni i wymacał palcami wygniecioną paczkę
papierosów. Miał ochotę zapalić. Najlepiej dwa naraz. Tak, by każde
zaciągnięcie raniło jego płuca i wyżerało wszystko, co znajduje się na
drodze łączącej je z ustami. Wiedział, że Szczebiot przejrzał jego
kłamstwa i że z trudem się powstrzymuje, by mu tego nie wygarnąć.
- Znowu zaczął chlać? - zapytał naczelnik.
- Nic mi o tym nie wiadomo.
Witold przypomniał sobie, jak kilka godzin wcześniej trzymał głowę
Kawęckiego, żeby nie zakrztusił się rzygami. Jak wpychał jego bezwładne
ciało na tylne siedzenie samochodu.
- Dzisiaj wydawał się trzeźwy - dodał.
Szczebiot ponownie zerknął na zegarek. Dwanaście minut. Nie miał czasu
martwić się ewentualną kompromitacją podwładnego, kiedy wielkimi krokami
zbliżała się jego własna.
- Dopilnuj, żeby przyszedł na jutrzejszą odprawę. Trzeźwy. W przeciwnym
razie wykluczę go ze śledztwa.
Może tak byłoby lepiej, pomyślał Witold, kierując się do wyjścia.
Tomek Kawęcki patrzył, jak pod jego stopy spływa mocz ściekający z tylnej ściany nieczynnego kiosku. Zapiął rozporek, mocując się z guzikami. Schylił się po stojącą obok powstałej właśnie kałuży puszkę
piwa i opróżnił ją kilkoma haustami. Beknął, uwalniając smród
strawionego alkoholu i taniej zapiekanki, którą zjadł kilka minut
wcześniej. Po raz pierwszy tego dnia mógł powiedzieć, że czuje się
przyzwoicie. A przynajmniej nie tak, jakby pod wpływem najdrobniejszego
ruchu miał się rozpaść na kawałki.
Zapalił papierosa. Z kieszeni lekkiej wiosennej kurtki, której nie
widział od przynajmniej kilku lat i nie pamiętał, w jaki sposób znalazła
się na jego grzbiecie, wyciągnął telefon z popękanym wyświetlaczem. Miał
siedemnaście nieodebranych połączeń, większość od Magdy i Szczebiota.
Otrzymał też jednego esemesa. Od Witolda.
Próbowałem przekonać Szczebiota, że pojechałeś sprawdzić coś, co ma
związek ze sprawą. Nie uwierzył mi. Odprawa rozpoczyna się o ósmej.
Przeczytaj raport, który Ci wysłałem, i przyjdź na nią przygotowany. A przede wszystkim zacznij odbierać ten jebany telefon.
Kawęcki rzucił niedopałek pod nogi. Włożył do ust gumę do żucia i zaczął
ją energicznie przeżuwać. Obmacał kieszenie, upewniając się, że ma
odznakę i dokumenty, po czym ruszył w kierunku ulicy Próchnika.
Kamienica niczym się nie wyróżniała. Przed laty wraz z sąsiadującymi z nią budynkami musiała stanowić bardzo atrakcyjną lokalizację w tętniącej
rytmem robotniczego życia Łodzi. Usytuowana była zaledwie kilkaset
metrów od Piotrkowskiej, towarzyskiego i kulturalnego centrum miasta,
nieopodal zakładów włókienniczych i wystawnych domów wielkich
fabrykantów. Ale ślady świetności tego miejsca zostały skutecznie
zatarte. Zmył je kryzys i upadek przemysłu włókienniczego. Resztę
zadeptali dawni robotnicy, biedujący, głodni, częściej wybierający się
do monopolowego niż do pracy. Gustowne elewacje niszczały, a jedyne
zabiegi renowacyjne prowadzili młodzi gniewni, szalikowcy albo zwykli
dresiarze, zostawiając na ścianach bezmyślne bazgroły lub odciski butów.
Na niegdyś urokliwych balkonikach dziś wisiały sprane prześcieradła,
postrzępione obrusy i podarte portki.
Policjanci znali takie miejsca zbyt dobrze. To tu byli wzywani przez
mieszkańców zaniepokojonych odgłosami dochodzącymi zza ścian. Zazwyczaj
przyjeżdżali do awantur domowych, mężów tłukących żony, konkubentów
gwałcących konkubiny albo pozwalających na to innym w zamian za
pieniądze. Przyjeżdżali do mężczyzn i kobiet trzymających papierosy w dziurach pomiędzy połamanymi zębami, spluwających i smarkających na
podłogę. Do humanoidalnych stworów, którym ewolucja wyrządziła psikusa,
w równym stopniu upodabniających się do ludzi, jak do wstrętnych
elewacji budynków, w których przyszło im dogorywać.
Ale oprócz nich w tego typu budynkach mieszkali młodzi łodzianie i przyjezdni z pobliskich wsi. Zazwyczaj bardziej zagubieni od lokalnych
mętów. A przy tym piekielnie zdolni. Zawieszeni między Akademią
Muzyczną, filmówką i Akademią Sztuk Pięknych. Podróżujący po świecie,
znający języki obce, rozsmakowani w kulturze. Z premedytacją
przedkładający złożoność nad prostotę. Celowo wynajmowali jamy w takich
kamienicach, ponieważ chcieli żyć blisko centrum, miejscowego elementu i miejskiego folkloru. W gnijącym sercu miasta odnajdywali piękno, które
kryło się głęboko pod powłoką kurzu, brudu i marazmu.
Być może dwudziestoczteroletnia Martyna Bułecka była jedną ze zbłąkanych
dusz, które w łódzkim piekle szukały sensu życia, a znalazły
niewyobrażalne cierpienie. Tego Tomek Kawęcki zamierzał się dowiedzieć.
Na razie znał tylko jej imię, nazwisko i adres.
Budynek, w którym mieszkała ofiara, opustoszał dopiero kilkanaście minut
po północy. Wtedy pracę zakończyli lekarz medycyny sądowej, policyjni
technicy i funkcjonariusze, którzy przez kilka godzin przesłuchiwali
sąsiadów i potencjalnych świadków. Przed kamienicą kręcił się jeden
policjant. Maszerował w tę i z powrotem, robiąc, co tylko się da, żeby
zbytnio nie zmarznąć. Kawęcki machnął mu przed nosem legitymacją
policyjną i pewnym krokiem wszedł do budynku.
Martyna Bułecka wynajmowała mieszkanie na ostatnim, czwartym piętrze
kamienicy. Prowadziły do niego betonowe schody i szerokie korytarze, w których dobrze niósł się dźwięk. Sąsiedzi musieli wyraźnie słyszeć
wszystkie stąpnięcia, kaszlnięcia i krzyki, zwłaszcza że drewniane drzwi
broniące dostępu do większości mieszkań nie wyglądały na
dźwiękoszczelne. To samo tyczyło się wejścia do lokum Martyny Bułeckiej,
przed którym rozpościerała się biało-niebieska taśma odgradzająca z napisem POLICJA, który niemal zlewał się z bliźniaczym nadrukiem na
kamizelce siedzącego obok policjanta.
- Komisarz Tomasz Kawęcki.
Młody policjant rzucił mu podejrzliwe spojrzenie, a potem przyjrzał się
jego legitymacji policyjnej. Szukał podobieństw między człowiekiem ze
zdjęcia a wrakiem mężczyzny, który się przed nim zameldował.
- To zdjęcie sprzed kilku lat. Tutaj bardziej przypominam siebie. -
Kawęcki podał policjantowi dowód osobisty. - Czas nie jest dla mnie
łaskawy - powiedział.
Policjant przeniósł wzrok na listę osób uprawnionych do wejścia do
mieszkania. W końcu oddał Kawęckiemu legitymację i dowód, a z obszernej
torby wydobył kombinezon ochronny.
- Proszę to założyć, komisarzu. Technicy nie zdążyli zająć się dzisiaj
wszystkim. Dokończą jutro.
- A co już zrobili?
- Na pewno zabrali zwłoki.
Kawęcki wciskał się w papierowy strój, starając się wykonywać jak
najmniej ruchów, aby nie rozpylać fetoru swojego ciała. Młody policjant
przyglądał mu się uważnie, zastanawiając się, czy wpuściwszy pijanego
komisarza na miejsce zbrodni, zasłużył na większy gniew przełożonych,
niż gdyby zabronił mu tam wstępu.
- Będzie mi to potrzebne? - zapytał Kawęcki, wskazując na opakowanie
maści mentolowej, które leżało w torbie.
- Jeżeli przeszkadza panu zapach krwi, to tak.
- Uwielbiam go. Zwłaszcza o poranku.
Młody odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem, podając listę do podpisania.
Potem zszedł na półpiętro.
Kawęcki wszedł do mieszkania, schylając się pod policyjną taśmą, i zapalił światło. Kiedy tylko znalazł się w środku, w nozdrza uderzyła go
charakterystyczna metaliczna woń. Rozejrzał się po przedpokoju, starając
się nie zaglądać do pomieszczenia, w którym, jak wywnioskował z rozstawu
policyjnych oznaczeń, jeszcze niedawno znajdowały się zwłoki. Najpierw
jego uwagę przykuła okrągła plama na zniszczonej brązowej wykładzinie,
prawdopodobnie po wymiocinach, a potem stojąca przy drzwiach wejściowych
szafka na buty, na której równo ustawiono cztery pary damskich pantofli.
Podniósł pierwszą z nich i przyjrzał się podeszwom. Były czyste. Czyste
letnie buty pod koniec mroźnej zimy. A nad nimi pusty wieszak na kurtki
i opróżniona z ubrań szafa.
Patrząc przed siebie, Kawęcki ruszył w głąb wąskiego przedpokoju.
Mieszkanie nie było duże, najwyżej trzydziestokilkumetrowe, za to
wysokie, jak w większości łódzkich kamienic. Wyremontowane i odświeżone
mogłoby wyglądać ładnie, ale najwyraźniej nikt w nie od lat nie
inwestował. Mimo to wydawało się wyjątkowo zadbane. Nic nie wskazywało
na to, że parę godzin wcześniej przewinęło się przez nie kilkanaście
osób w kombinezonach ochronnych. To znak, że technicy i policjanci
dobrze wykonali swoją pracę.
Na końcu mieszkania znajdowało się małe kwadratowe pomieszczenie,
zapewne należące do współlokatorki zamordowanej dziewczyny. Zdecydowanie
różniło się od przedpokoju. Pełno w nim było drobiazgów i szpargałów,
gęsto poupychanych w szafkach i zajmujących większość jednego biurka.
Drugie, dostawione obok, było puste. Na niedokładnie zasłanym łóżku
leżała sterta ubrań oraz pościel. Obok niego stała niedomknięta szafa.
Gdy Kawęcki rozsunął drzwi, wysypało się z niej kilka par czarnych
kozaków i parę kurtek. Pewnie zawartość wieszaków i szafki z przedpokoju. Na parapecie ledwo mieściły się doniczki z różnokolorowymi
kwiatami.
Wrócił na korytarz i zajrzał do łazienki. Gdy włączył światło, zobaczył
idealnie wysprzątane pomieszczenie. Pochylił się, żeby podnieść klapę
toalety. Poczuł silny chemiczny zapach cytrynowego detergentu. Następnie
przyjrzał się uważnie odpływom w zlewie i w wannie. Nie dostrzegł ani
jednego włosa. Podobne oględziny przeprowadził w kuchni. Potwierdziły
jego przypuszczenia: mieszkanie było idealnie wysprzątane. Nienaturalnie
czyste. Żaden, nawet najbardziej pedantyczny domownik nie byłby w stanie
utrzymać w nim takiego porządku. Wyjątek stanowił jedynie mały
kwadratowy pokój.
Oraz pomieszczenie, które Kawęcki zostawił sobie na koniec.
Zabójca najwidoczniej chciał dać wszystkim do zrozumienia, gdzie dokonał
zbrodni. A właściwie - gdzie stworzył swoje dzieło. Widząc zalane krwią
ściany, pokryte niezliczonymi czerwonymi plamami o najróżniejszych
kształtach, Kawęcki miał wrażenie, że ogląda obraz abstrakcjonisty,
który wnętrze niewielkiej podłużnej izdebki potraktował jak płótno. Na
rozłożonej kanapie, jedynym meblu w pomieszczeniu, nie licząc
przymocowanej do sufitu lampy, artysta zostawił ślady swojego pędzla.
Stara wersalka była połamana w kilku miejscach, w innych przecinały ją
głębokie nacięcia. Na Kawęckiego spoglądało jej puste wnętrze, które
roiło się od krwawych plam przypominających niepożądane, choć
nieszkodzące dziełu zacieki. Brakowało tylko bohaterki portretu.
Wymknęła się z obrazu w kilkunastu plastikowych torbach.
Powinienem być pieprzonym krytykiem sztuki, a nie śledczym, pomyślał
Kawęcki.
Odruchowo sięgnął do kieszeni, ale strój ochronny zagrodził mu dostęp do
papierosów.
Zaklął pod nosem i pospiesznie wyszedł z mieszkania.
- I jak, dowiedział się pan czegoś? - zagadnął go młody policjant.
- Tylko tego, że nie lubię malarstwa.
Kawęcki ściągnął kombinezon, rzucił go w kąt i bez pożegnania opuścił
budynek. Zapalił papierosa i mocno się nim zaciągnął. Wszedł do
pierwszej napotkanej bramy, oparł się o mur i sięgnął po telefon.
Uruchomił transfer danych i otworzył skrzynkę pocztową. Spośród kilku
otrzymanych tego dnia wiadomości tylko jedna miała dla niego jakąkolwiek
wartość - ta od Witolda, zatytułowana "Martyna.Bułecka_raport". Kawęcki
otworzył plik i zjechał na dół dokumentu, pomijając notatkę policyjną.
Skoncentrował się na zdjęciach ofiary.
Rozdygotane palce sunęły po ekranie, co chwila ujawniając przerażające
szczegóły zbrodni. Policyjny fotograf wyodrębnił każdą część ciała,
która została oderwana od tułowia denatki: począwszy od pojedynczych
fragmentów palców, a skończywszy na głowie, z piękną twarzą młodej
kobiety. Ofiara miała duże piwne oczy, wypielęgnowane brwi i wyraziste
usta. Krew lepiła się do jej długich jasnych włosów.
Kawęcki wrócił do notatki. Dowiedział się z niej, że Martyna Bułecka
została przywiązana do rozłożonej wersalki, zgwałcona, o czym miały
świadczyć zaschnięte ślady spermy na jej udach, a następnie
poćwiartowana. Sprawca prawdopodobnie najpierw okaleczył jej narządy
płciowe, potem zaś rozkawałkował ciało, rozrzucając jego części po
pokoju niczym niepasujące do siebie puzzle. Pierwszą osobą, która
ujrzała tę makabrę, była Weronika Tarnawska, współlokatorka Bułeckiej.
Gdy tylko to zobaczyła, zwymiotowała. Kawęcki przypomniał sobie okrągłą
plamę na wykładzinie. Zastanowił się, czy to dzieło Tarnawskiej, czy
któregoś z policjantów.
Zgasił papierosa pod butem i wybrał numer Witolda.
- Czy wiesz, która jest godzina?
Witold był zły, ale nie zaspany. Po tym, co zobaczył, zapewne nie mógł
usnąć.
- Mniej więcej.
- Czego chcesz?
- Byłem na miejscu zbrodni.
- I co w związku z tym?
- Nic. Po prostu uznałem, że powinieneś wiedzieć.
- To twój zasrany obowiązek. Nie mogę się z tego powodu cieszyć.
- Nie dzwonię, żeby cię uszczęśliwić. Chcę, żebyś po mnie jutro
przyjechał. Nie dotrę na komendę o własnych siłach.
Kawęcki rozłączył się, zanim Witold zdążył zaprotestować.
Schował telefon do kieszeni i wyciągnął kolejnego papierosa. Zapalił go,
po czym sięgnął do górnej kieszeni kurtki, w której schował
dwustumililitrową butelkę czystej wódki. Opróżnił ją w dwóch krótkich
podejściach i roztrzaskał flaszkę o beton. Ruszył przed siebie.
Zatrzymał się na skrzyżowaniu Próchnika z Zachodnią. Spojrzał na
rozświetlony szyld sklepu monopolowego. Ciężko westchnął. Po długim
namyśle ruszył w przeciwną stronę. W stronę Radogoszcza. W stronę domu.