Detektyw Zuzia na tropie. Zuzia i zagadka Pani Labiryntu - Mariusz Niemycki


Reflow text when sidebars are open.
1.
Kórnik, tydzień wcześniej
Trzymał telefon w spoconej dłoni, nie był w stanie się uspokoić. To, co słyszał, wykraczało poza jego chłopięce rozumienie świata. Potarł czoło wierzchem dłoni.
- Zaczekaj, Paulina, nie bardzo łapię.
- Co tu jest do łapania? Przecież mówię wyraźnie.
- Ale jakoś bez sensu. Zuzia nie mogła tak po prostu, no wiesz... - zagwizdał z braku odpowiedniego określenia. - Może to tylko żart albo, czy ja wiem, próba?
Paulina zachichotała, jakby powiedział coś szczególnie zabawnego.
- Próba, jasne. Nie chcesz wierzyć, twój problem - stwierdziła kpiąco. - Ja swoje zrobiłam.
- Swoje? To znaczy co?
- To znaczy uprzedziłam cię lojalnie, bo mam wrażenie, że fajny z ciebie chłopak. Niełatwo znieść myśl, że Zuzia ma innego, prawda? - tym razem udała zatroskanie.
- Ma swoje za uszami, ale żeby zaraz... - przełknął ślinę - ...innego? Zresztą, dlaczego sama mi nie powiedziała?
- Dziewczyny już takie są, że wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Ale nie przejmuj się, jestem po twojej stronie. Tylko nie myśl, że mnie jest lekko - westchnęła.
- Tobie? A co ja mam teraz zrobić? Myślałem, że przejdą jej te szkockie fochy, że my...
- Odpuść ją sobie - doradziła, nie czekając, aż powie coś, czego nie chciała słuchać. - Są inne, bardziej normalne dziewczyny. Na przykład ja.
- Ty? Nie rozumiem.
- Spotkajmy się. Pogadamy, wyżalisz się. Może nawet coś do siebie poczujemy? - Tomek nie odpowiedział, więc zapytała zaniepokojona: - Hej, jesteś tam jeszcze?
- Jestem - szepnął. - Chcesz, żebym do ciebie przyjechał? Do Zielonej Góry?
- Mhm. Byłoby miło.
- A Zuzia wie, że ma świnię za koleżankę?
- Słucham?!
- Zdradliwą zołzę - ciągnął ze spokojem. - Fałszywą psiapsiułę od serca?
- Głupi ośle, jak śmiesz mnie oceniać? - krzyknęła, gotując się ze złości. - Chciałam cię pocieszyć, a ty...
Rozłączył się. Nie był ciekaw, co Paulina ma jeszcze do powiedzenia. Rzucił sfatygowaną komórkę na niezaścielone łóżko i podszedł do otwartego okna. Podwórze wydało mu się zaskakująco brudne i szare. Dostrzegał każdą rysę w betonowych płytach zaśmieconej nawierzchni. Głosy ptaków były dziwnie drażniące; leżące pod klonem czerwonawe liście szeleściły złowieszczo, a chłopak, odbijający o mur nowiutką piłkę, miał wyraźnie złośliwy wyraz twarzy. Ich spojrzenia się spotkały.
- O, hej Tomuś! - pomachał ręką ubrany w czerwony dres chudzielec, nie przestając kopać futbolówki. - Wyjdź, podryblujemy jeden na jednego.
- Spadaj, Damian - burknął w odpowiedzi.
- A ciebie co ugryzło? - chłopak kopnął piłkę z całej siły. - Znowu coś z Zuzką?
Tomek zamknął okno, wprawiając kolegę w konsternację. Zaszurała opuszczana roleta. Poczuł zmęczenie, więc położył się i przymknął oczy. Od razu zobaczył twarz Zuzi. Uśmiechała się smutno.
- Co tutaj tak ciemno? - do pokoju weszła Michalina. Po długim pobycie w szpitalu mocno zeszczuplała, upodobniając się do czarnowłosego wieszaka, ubranego w dżinsy i bluzę. - Źle się czujesz?
- Nie zapukałaś - warknął. Z reguły miał dla niej mnóstwo braterskiej miłości, lecz nie dziś.
- Ojej, chciałam tylko powiedzieć, że tato odgrzał pizzę na obiad. Już gotowa, możemy jeść.
- Nie mam ochoty.
- Ale jest pyszna, z szynką i mnóstwem sera.
- Nie rozumiesz po polsku? Nie mam ochoty - odwrócił się od niej.
- Jaki z ciebie dziwak. Zmieniłeś się, Tomciu.
- Dobrze, że wy wszystkie jesteście jednakowo niezmienne, siostrzyczko. Nie dogadamy się - wcisnął twarz w poduszkę.
- Płaczesz? - zaniepokojona usiadła na krawędzi łóżka. Zerknęła przelotnie na filmowe plakaty na ścianie. Nie lubiła ich, były agresywne. Podobnie jak czarna koszulka brata, ozdobiona czerwoną twarzą jakiegoś heavymetalowca.
- Nie płaczę. Zastanawiam się, co dalej - sapnął.
- Z czym?
- Z życiem, mała, z życiem.
- Przerażasz mnie... - klepnęła brata w plecy. - Hej, gdzie się podział nasz wesoły Tomek?
Usiadł, mrużąc oczy.
- Jestem może niewesoły, ale ciągle taki sam. Masz jeszcze tę książkę o zamku w Książu? - zapytał z błyskiem w oczach.
- A bo co? - wstała, kręcąc głową. - Szybko mu się odmieniło - pomyślała.
- A bo nic - ziewnął. - Przynieś. Poczytam, może wymyślę coś mądrego.
Zabrzmiało to tak, jakby planował wymyślić coś wyjątkowo głupiego. Michalina zadrżała.
2.
Zielona Góra, teraz
Ojciec nie przestawał jej zaskakiwać. Nie było w tym niczego dziwnego, mało go znała, jednak czy to nie głupio mieć za tatę kogoś prawie obcego? Tak czy owak, umawianie się na dworcu autobusowym nie pasowało w mniemaniu Zuzi do wizerunku tajnego agenta, w dodatku międzynarodowego. Podzieliła się wątpliwościami z Pauliną.
- I to mówi taka światowa dziewczyna? - przyjaciółka uśmiechnęła się nieco kpiąco. - W ogóle się nie znasz na tajnych agentach - stwierdziła, opierając nogę o siedzenie ławki.
Poprawiła poluźnione sznurowadło niebieskiej tenisówki. Wszystko miała pod kolor oczu - spodnie, koszulkę i sweterek zapinany na wielkie guziki. Nawet przewieszony przez ramię plecaczek był jasnogranatowy. Niemal każdy mijający ją chłopak przyglądał się jej z podziwem.
- Za to ty się znasz. Od kiedy pamiętam, nosa z Zielonej Góry nie wystawiłaś.
- Tak? - Kozikówna potrząsnęła blond grzywką. - A kto tobie pomagał w katedrze na Wawelu? Nie ja?
- No dobra, pomagałaś. Skoro jesteś taką specjalistką, pozwolę ci dokończyć.
- Ale co?
- Rozważania o międzynarodowych agentach. Nawijaj, jeszcze... - zerknęła na dworcowy zegar - prawie dziesięć minut. Zdążysz się wymądrzyć.
- Straciłam ochotę - dziewczyna usiadła na skraju ławki, otulając się połami swetra. Dni stawały się coraz chłodniejsze, choć wrzesień był w tym roku wyjątkowo słoneczny.
Zza budynku dworca wyszła krótko ostrzyżona młoda blondynka w szarej garsonce i ciemnych okularach. Czarne buciki na płaskim obcasie dopełniały obrazu typowej urzędniczki niższego szczebla. Coś jednak w tym obrazie zaniepokoiło Paulinę.
- Ty, Zuzka - szepnęła, nachylając się do przyjaciółki. - Popatrz na tę damulkę.
- Którą?
- Na tamtą. Zbliża się do kiosku. I co powiesz?
Zuzia obrzuciła przelotnym spojrzeniem oddalającą się kobietę.
- Nic nie powiem. Zwyczajna.
- Chyba twoje detektywistyczne podejście do życia jest mocno przereklamowane - Paulina uśmiechnęła się chytrze. - Zwróciłaś uwagę na jej torebkę?
- Przecież nie ma żadnej.
- No właśnie.
- Masz rację, to bardzo podejrzane - Zuzia postarała się, by słowa "bardzo podejrzane" zabrzmiały ironicznie. - A nie przyszło ci do głowy, że mogła po prostu zostawić ją w samochodzie, albo, czy ja wiem, może nie lubi torebek?
- Bredzisz, wszystkie damulki lubią torebki...
W tym momencie rozległ się dudniący głos dworcowej dyspozytorki. "Autobus pospieszny z Poznania do Wrocławia przez Nową Sól, Głogów, Polkowice, Lubin, podjedzie na stanowisko piąte! Planowany odjazd..."
- To ten! - pisnęła Zuzia, ciesząc się i martwiąc jednocześnie. Czy rzeczywiście dobrze robi, angażując ojca w swoje sprawy? Mama będzie wściekła, gdy się dowie. A że się dowie było tak pewne jak wakacje w lipcu.
- O matko, Zuzka, źle stanęłyśmy - Paulina pociągnęła ją za rękę. - Musimy iść na przystanek dla wysiadających, tam, za kioskiem. No, rusz się, nieprzytomna dziewczyno!
3.
Damulka bez torebki odłożyła przeglądaną gazetę i pokręciła głową.
- Zdaje się, że już czytałam, przepraszam.
- A pewnie, że czytała - fuknęła kioskarka - sama widziałam, przed chwilą. Przeczytała, nie zapłaciła i ma w nosie, za co człowiek chleb powszedni kupi! - odprowadziła wzrokiem niedoszłą klientkę. - Co to za czasy nastały, panie kochany? - zapytała opartego o ladę tęgiego mężczyznę w kraciastej koszuli. - Biorą, przeczytają co ciekawsze i oddają.
- Ja tam nic nie wiem, przejazdem jestem - oświadczył, odliczając drobne. - "Lubuską" poproszę, ale nie tę. Pani da świeżą. Po kimś doczytywać nie zamierzam.
Młoda kobieta stanęła przy rozłożystym dębie, sięgnęła do kieszeni garsonki, wyjęła telefon i zerknęła na pasażerów odbierających bagaże z autobusowego kufra. Dyskretnie sfotografowała barczystego, łysego mężczyznę, który rozmawiał z kierowcą przyciszonym głosem. Wysłała zdjęcie czekającemu w bazie technikowi. Chwilę później w wetkniętym w ucho głośniczku zabrzęczało potwierdzenie:
- To Błażej Wenzel. Zachowaj dystans, Malwina, wysyłam chłopaków.
Malwina schowała się za drzewem, starając nie rzucać się w oczy. Łysy, ubrany na sportowo mężczyzna, klepnął przyjacielsko kierowcę, podniósł niewielką torbę podróżną i rozejrzał się bacznie. Na widok biegnących ku niemu nastolatek uśmiechnął się szeroko.
- Tato! - krzyknęła Zuzia, sprawiając wrażenie, jakby chciała rzucić się na szyję przyjezdnemu. W ostatniej chwili Jednak zwolniła kroku i podała ojcu rękę na przywitanie. Wenzel niezgrabnie przytulił córkę.
- To Paulina, jak się domyślam? - skinął głową Kozikównie.
- Skąd pan wie, że ja to... ja? - dziewczyna zamrugała zdziwiona. - Wcale nie planowałam tu przychodzić. Spotkałyśmy się przypadkiem przy bloku i...
- Opisała mi ciebie dokładnie - wyjaśnił, łypiąc w stronę dębu. - Zresztą, pogadamy w samochodzie. Idziemy - zarządził, zarzuciwszy torbę na ramię i ruszył szybkim krokiem. Dziewczęta podreptały za nim.
Placyk pod drzewem szybko się wyludniał. Kobieta w szarej garsonce oparła się plecami o szorstki pień, usiłując uspokoić oddech. To była jej pierwsza akcja w mieście i bardzo się bała. Miała nadzieję, że wszystko pójdzie gładko i nikt jej nie wypomni zapomnianej torebki. Mało kto zwraca uwagę na takie szczegóły, bynajmniej nie mężczyźni.
- Proszę pana - szepnęła Paulina. - Widział pan tę młodą panią za drzewem?
- Mhm - mruknął Wenzel, nie zwalniając. Wyszli na ulicę.
- Dziwna jakaś.
- Owszem, troszkę niekompletna - uśmiechnął się krzywo. - Brak torebki.
- O czym mówicie? - zainteresowała się Zuzia, zajęta rozmyślaniem o czekającej ją przeprawie z mamą.
- Twój tato potwierdził moją obserwację - wyjaśniła przyjaciółka. - Gdzie ta fura?
- Fura?
- No, samochód, proszę pana. Spodziewam się czegoś, hm, wie pan, wypasionego.
- Przestań, Paula - fuknęła Zuzia. - Tato pewnie wynajął coś... coś...
- Coś takiego - dokończył Błażej na widok podjeżdżającego do krawężnika srebrnego BMW. - Może być?
- Łał... - westchnęły dziewczęta, trudno powiedzieć, czy na widok lśniącej nowością karoserii, czy siedzącego za kierownicą chłopaka w naciągniętej na uszy czerwonej czapce i wielkich przeciwsłonecznych okularach.
Szyba od strony kierowcy opuściła się ze szmerem. Dudniące basy rapowego hitu zagłuszyły wypowiedziane z uśmiechem słowa:
- ...do środka.
- Słucham? - Zuzia zatrzepotała rzęsami.
Opalony palec musnął gałkę regulacji głośności. Dudnienie ucichło.
- Zapraszam do środka - powtórzył, szczerząc zęby.
Panna Nadobna zmarszczyła czoło i otworzyła tylne drzwi. Siadając, poczuła, jak bolą ją nogi. Stopy, obute w nowe martensy, wręcz paliły otarciami.
- Mogę obok ciebie, to znaczy obok pana? - Paulina niemal wsadziła głowę do środka.
- Wsiadaj - warknął Wenzel, odciągając ją bezceremonialnie za kołnierz swetra. - Tam - pokazał głową tylną kanapę. - Migiem!
- Ojej, porozmawiać nie można? - oburzyła się dziewczyna, pakując się na siedzenie z wyraźnym ociąganiem.
- Nie można - mężczyzna zerknął na zbliżającego się szybko czarnego mercedesa. Wskoczył zwinnie do samochodu. - Zmykaj, Kamil.
- Się robi, szefie - chłopak wrzucił bieg i samochód ruszył z piskiem opon.
Zaraz potem rozległ się głośny klakson. Ktoś gwałtownie zahamował, ktoś inny krzyknął przestraszonym, cienkim głosem. Zuzia obejrzała się, niewiele jednak zdołała dostrzec, ponieważ w lukę za nimi wmanewrował kursowy autobus.
- Już ich zgubiliśmy. Dobry jestem, nie? - zarechotał Kamil, zdejmując okulary. Dziewczęta dostrzegły spoglądające na nie z lusterka wesołe, brązowe oczy.
- Przystojniak - sapnęła córka pana Kozika do ucha przyjaciółki.
- Tomek ładniejszy - odsapnęła córka tajnego agenta.