Detektyw Zuzia na tropie. Zuzia i Panna N - Mariusz Niemycki


Reflow text when sidebars are open.
1.
Zuzia miała dość. Bolały ją nogi, była senna i głodna. Co gorsza, czuła, że zsunął jej się plaster z otartej pięty. Jeszcze trochę i zacznie kuleć. Pociągnęła mamę za rękę, spoglądając wymownie - "Chodźmy już". W odpowiedzi ujrzała grymas zniecierpliwienia.
- Za chwilę - syknęła Magdalena Nadobna, nerwowo odgarniając włosy z czoła.
- Słucham? - zapytała kobieta w garsonce. Przerzuciła kilka kartek w grubym, oprawionym w brązowy skaj notatniku.
- Nic, nic... - uśmiechnęła się mama. - Mówiłam do córki. Poczytaj ulotki, Zuzka.
- Już czytałam.
- Właściwie to... - kobieta rozłożyła ręce. - Jest tylko ten kościół.
Pani Magdalena zacisnęła wargi. Miała wrażenie, że śni. Przebyły parę setek kilometrów z Zielonej Góry do Krakowa na zaproszenie kierowniczki Działu mebli i zegarów Zamku Królewskiego na Wawelu. A teraz...
- Tylko kościół? Dlaczego wcześniej mnie pani nie poinformowała? Miałam propozycję konserwacji mebli w Książu, ale pomyślałam, że Wawel to... Wawel - zacisnęła dłonie.
- Ależ poinformowałam - kierowniczka podniosła brwi. - Najpierw listownie, a potem nagrałam się na pocztę głosową dla pewności. Nie rozumiem, skąd te pretensje, pani Madziu. Popracuje pani w Niepołomicach, a za miesiąc przyjedzie do nas, jak już wyjaśniłam.
- Listownie?
- Mhm, taki mamy zwyczaj, proszę pani.
- Nie dostałam żadnego listu - oburzyła się mama.
Kierowniczka wzruszyła ramionami, po czym sięgnęła do szuflady biurka. Wyjęła z niej plik kartek spiętych kolorowym spinaczem. Przesunęła palcem po zapisanych rubrykach, po czym powiedziała:
- Na wykazie pism wychodzących znajduje się pani nazwisko i adres. Proszę spojrzeć.
Mama spojrzała, po czym zamrugała zdumiona.
- Zuzieńko - zapytała słodko - czy odbierałaś list polecony z Krakowa?
- Może - ziewnęła Zuzia, zawiązując sznurowadło. - Nie pamiętam.
- A czy... A czy odsłuchałaś ostatnio jakąś wiadomość?
- Tydzień temu - podpowiedziała kierowniczka.
- Tydzień temu - powtórzyła mama.
- Coś tam było, ale odłożyłam słuchawkę.
Zuzia potarła powieki. Nie miała chęci na rozpamiętywanie jakichś nieistotnych spraw sprzed tygodnia. Tęskniła za Tomkiem i za Pauliną. Limit wrażeń wyczerpany.
- Ogromnie panią przepraszam - w głosie pani Nadobnej czaiło się coś niedobrego. Niedobrego dla Zuzi, oczywiście. - My już pójdziemy - dodała przez zęby i zacisnęła dłoń na nadgarstku córki.
- Aua! - krzyknęła dziewczynka. - Dlaczego mnie szarpiesz?
- A dlaczego ty doprowadzasz mnie do szału?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, ponieważ w tym momencie pani Magdalena i jej jedynaczka obraziły się na siebie. Nie na długo, jak się wkrótce miało okazać.
- List polecający - przypomniała kierowniczka działu, machając kartką z niebieskimi pieczątkami.
- Ach, rzeczywiście - mama zatrzymała się w drzwiach. - Bardzo dziękuję i jeszcze raz przepraszam za nieporozumienie. To dziecko...
- Tak?
- Do zobaczenia za miesiąc - dokończyła szybko. Są sprawy, o których nie mówi się obcym.
- Do widzenia - kierowniczka zdjęła okulary, po czym przetarła je satynową chusteczką. Znała takie młode, zagubione kobiety, miotające się między karierą zawodową, a samotnym wychowywaniem dziecka. - Powodzenia, pani Madziu - westchnęła smutno.
Szły na parking w pełnym napięcia milczeniu. Zuzia zerknęła w stronę budki z zimnymi napojami. Przełknęła ślinę.
- Nic z tego. W samochodzie mamy sok - powiedziała mama, która najwyraźniej potrafiła czytać w myślach. - Nie będę później słuchać narzekania, że boli cię gardło. Ani wydawać pieniędzy w aptekach.
- Na razie boli mnie pięta - burknęła Zuzia. - Przez ciebie.
- Jak to przeze mnie?
- Bo mi kazałaś jechać w nowych butach i... I w ogóle mi kazałaś jechać.
- Przestań! Dlaczego ty mnie tak męczysz? Chowasz listy, nie mówisz o telefonach...
- A ty mi nie mówisz o tacie.
Zapadła lodowata cisza.
2.
Pod kołami czerwonego fiata seicento zaszurały drobiny czarnego żużlu. Wjechały na niewielki parking przed kanciastym budynkiem przydrożnej restauracji.
- To już te Niepołomice? - Zuzia otworzyła oczy. Po półgodzinnej drzemce poczuła się trochę lepiej.
- Nie, jeszcze parę kilometrów.
- No to dlaczego...
- Jest już po trzeciej. Powinnyśmy coś zjeść.
Mama sięgnęła po torebkę, skinieniem nakazując Zuzi, by wysiadła. Chwilę później weszły do niewielkiej, pachnącej obiadem sali z kontuarem i czterema drewnianymi stołami. Większość była zajęta, więc usiadły niedaleko drzwi.
- Co będziesz robić?
- Teraz?
- W tym kościele - sprecyzowała Zuzia.
- Zdaje się, że ogólną konserwację, głównie ołtarza. Zresztą zobaczymy... - mama przerwała na widok zbliżającej się kelnerki w kremowym fartuszku.
- Czy panie coś wybrały? - w dłoni dziewczyny pojawił się notesik.
- Yyy... właściwie jeszcze nie - pani Magdalena dopiero teraz zauważyła leżącą na stole kartę dań. - Małą chwileczkę. Już patrzymy...
Kelnerka pokiwała głową, starając się nie okazywać zniecierpliwienia. Spod wpółprzymkniętych powiek zerkała na te zdumiewająco podobne do siebie osoby. Pewnie mama i córcia, oceniła. Zastukała ołówkiem o notes, przypominając o swoim istnieniu.
- Chcesz udko w panierce?
Zuzia skrzywiła się niepewnie. Udko? Z reguły nie jadała za wiele, a za mięsem nie przepadała, lecz po tylu godzinach jazdy o batoniku i soku nie czuła się w nastroju do wybrzydzania.
- Może być - mruknęła.
- W takim razie dwa razy udko i dwa barszczyki z uszkami.
- Po co zamówiłaś te barszczyki? Ja nie chcę - szepnęła Zuzia, odprowadzając wzrokiem kelnerkę. - Wiesz, że wolę pierogi z serem.
- Mogłaś mówić wcześniej. Zresztą, nic ci się nie stanie, jeśli zjesz trochę na zapas. Kto wie, o której się z tym wszystkim uporamy.
Zuzi przypomniały się słowa babci, że nie jada się na zapas, bo to niezdrowo, ale milczała. Pewnie dlatego, że bardzo mamę kochała i czasami rozumiała, jak ciężko być dorosłym. To rozumienie pojawiło się nagle i trwało aż do końca obiadu.
W niecałą godzinę później do tej samej restauracji wszedł, ubrany w ciemny garnitur, postawny mężczyzna w średnim wieku. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się uważnie.
- Czym mogę panu służyć? - zagadnęła kelnerka, uśmiechając się zalotnie. Zawsze się jej podobali ogoleni na łyso mężczyźni, o sympatycznej twarzy i jasnym spojrzeniu.
- Coś na wynos?
- Pierogi z serem, pierogi ruskie i pierogi z mięsem - wyrecytowała zawiedziona. Miała nadzieję, że uda jej się przez chwilę porozmawiać z klientem, jednak ten najwyraźniej się spieszył.
- Z serem? Doskonale - mężczyzna pokiwał głową. - Mógłbym je jeść co drugi dzień - zażartował.
3.
Na plebanii kościoła parafialnego spędziły niecały kwadrans, ponieważ proboszcz szykował się do pogrzebu.
- Bardzo mi przykro - mówił, zerkając na zegarek. - Gdybyście panie... to znaczy pani i ta miła dziewczynka, zechciały poczekać dwie godzinki, to wówczas...
- Nie wiem, co miałybyśmy robić przez dwie godzinki - burknęła "miła dziewczynka". - Przecież w tym miasteczku niczego nie ma.
- Oczekujesz czegoś szczególnego? - zapytał proboszcz, znacząco zerkając na mamę Zuzi. Pani Nadobna bezradnie rozłożyła ręce.
- No... nie wiem. Domu towarowego?
- Nie mogę pojąć, skąd w tobie, dziecko, taki głód konsumpcji - ksiądz westchnął ciężko. Dokąd ten świat zmierza? - pomyślał.
- Mam prawie trzynaście lat, proszę księdza - wyjaśniła Zuzia, zastanawiając się, co znaczy "głód konsumpcji".
- To wiele wyjaśnia. Jednakże mogę zagwarantować, że Niepołomice zaskoczą cię i zdumieją. A wracając do rzeczy... Czy możemy liczyć, łaskawa pani, na szczegółową rekonstrukcję ołtarza?
- Oczywiście - odetchnęła mama, zadowolona, że rozmowa zeszła na tematy zawodowe. - Likwidacja drewnojadów, odnowienie złoceń i polichromii, czyszczenie, politurowanie i tak dalej - wyliczyła jednym tchem.
- Znakomicie - proboszcz zerknął do modlitewnika, a potem ponownie na zegarek. - Spotkajmy się o... siedemnastej trzydzieści. Skieruję panie na kwaterę, no i mam nadzieję, że nie pogardzicie porządną kawą i sernikiem - mrugnął do Zuzi. - Moja gospodyni jest niezastąpiona w kwestii ciast i deserów.
Postanowiły zrobić sobie długi spacer po mieście. Prawdę mówiąc, to mama tak postanowiła. Zuzia jedynie przewróciła oczami, skrzywiła się i parsknęła pogardliwie. Z chęcią przesiedziałaby ten czas w samochodzie, wysyłając SMS-y do Tomka i Pauliny. Coś jej się przypomniało.
- Mamuś - pogłaskała rękaw maminego sweterka. - Daj mi dwie dyszki na zdrapkę.
- Zobacz, jakie piękne kamienice - zachwycała się pani Nadobna. - Niewysokie, ale... cudne po prostu. Ślicznie odnowione.
- Cudne, cudne - Zuzia nawet nie podniosła wzroku, skupiona na własnym problemie. - To jak będzie?
- Z czym?
- No, z dwiema dyszkami.
- Po co ci aż dwadzieścia złotych? Jeśli myślisz, że śpimy na pieniądzach, to się grubo mylisz, moja droga.
Zuzia nie mogła zrozumieć, o co chodzi. Usiadła na ławce, ciągnąc mamę za rękę. Kobieta zdjęła z ramienia mały plecak, wytarła wypolerowane deski chusteczką higieniczną i przycupnęła na krawędzi.
- Muszę doładować konto w telefonie, po to chcę kupić zdrapkę - wyjaśniła. - Za darmo ani nie pogadam, ani nie wyślę wiadomości.
- Aha - posmutniała mama. - Może jutro dostanę zaliczkę, to sobie kupisz.
- Ale ja nie mogę czekać do jutra, mamo!
- Dlaczego? Z Paulinką widziałaś się wczoraj. Nic się nie stanie, jeśli dwa dni od siebie odpoczniecie. Będziesz miała więcej do opowiadania.
- A Tomek? Nie widziałam go prawie pięć miesięcy, od Bożego Narodzenia... - Zuzia poczuła zimne krople na twarzy. Zamrugała.
Dopiero teraz zauważyła, że siedzą obok okrągłej fontanny, pośrodku której, na kamiennej głowie ustrzelonego
byka stoi nimfa z kuszą. Rozejrzała się wokół i otworzyła usta ze zdziwienia.
Przy fontannie stał rudowłosy chłopczyk z naszytym na rękaw kurtki emblematem toruńskiej podstawówki i, uderzając dłonią w strumień wody, chlapał w jej stronę z szelmowskim uśmieszkiem. Od strony lodziarni nadciągała spora gromada jemu podobnych.
- Bo jak cię chlapnę... - zagroziła.
- Ruda, ruda - chłopczyk pokazał język. - Wie-wió-ra!
- A ty to niby jaki? Niebieski? - prychnęła z politowaniem.