ROZDZIAŁ I
Krzysztof siedział w fotelu za biurkiem w swoim niedawno otwartym biurze detektywistycznym.
Kiedy zdecydował się zostać detektywem, jego wiedza na temat detektywistyki była bardzo mała. Wiedział tylko, że jest względnie odważny, dość inteligentny i nic innego nie potrafi robić. No tak, miał też talent do walki wręcz i dobrze strzelał, umiał też skakać ze spadochronem, ale wątpił, czy to może się przydać detektywowi w dzisiejszej Polsce. Był bez zawodu, a wspomniane umiejętności nabył w "czerwonych beretach".
Gdy się ustatkował, ożenił z Dorotą, a na świat przyszły bliźniaki, posiedział w domu rok, wśród buteleczek i pampersów, aż w końcu stwierdził, że oszaleje, jeśli nie zajmie się czymś poważniejszym.
Zapisał się więc na kurs detektywów, zdał egzamin i otrzymał licencję.
Domek miał niewielki, ale z ogródkiem i garażem, gdzie stał całkiem młody samochód, który kupili za gotówkę, bez kredytu, więc należał do nich, a nie do banku. Oboje byli w średnim wieku, ale udało im się poskładać życie osobiste w całkiem udaną rodzinę. Pensja rehabilitanta, którą przynosiła Dorota, wystarczała z trudem na utrzymanie i Krzysztof nie czuł się z tym dobrze jako głowa rodziny.
Wymyślił więc zawód dla siebie, a ponieważ bazował na tym, co widział, słyszał i czytał, wynajął w centrum Gdyni mini lokal w jakiejś zabudowanej bramie prawie w środku miasta. Lokal miał małą toaletę z umywalką, a po poprzednim przedsiębiorcy pozostały dwa biurka, krzesło i fotel.
Jak to bywa w życiu rodzinnym, musiały pojawić się komplikacje. Dorota zgodziła się na jego zajęcie, ale postawiła warunek. Miał przyjąć do pomocy sekretarkę, jej dwudziestopięcioletnią bezrobotną bratanicę, podobno bardzo inteligentną dziewczynę po filologii polskiej.
Bratanica okazała się wysoką, patykowatą okularnicą, która oprócz znajomości zasad języka polskiego, poruszała się dobrze w internecie i w tych paru niewielkich sprawach, które dotychczas rozwiązali, była bardzo przydatna. Znała też dobrze angielski i niemiecki, studiując, pracowała w wakacje za granicą, przeważnie jako opiekunka starszych ludzi, z którymi musiała się jakoś dogadać.
Sprawy, jakie trafiały im się dotychczas, dotyczyły przeważnie tzw. rogacizny, bo tak detektywi nazywali te związane ze śledzeniem niewiernych partnerów. Czasami były to zlecenia bardzo dobrze płatne, ale w Krzysztofie i jego sekretarce Kasi budziły przeważnie niesmak.
Poza tym, gdy akurat nie było nic do roboty, gadali bez końca o wszystkim. Kasia zaraz na początku umieściła w internecie ich firmową stronę, co pozwoliło na powitanie ich w środowisku lokalnych detektywów, którzy czasem wpadali do nich na kawę, a także chętnie zapraszali ich do siebie. Urządzenie biura trochę kosztowało, ale czynsz był umiarkowany, a stały lokal budował u klientów większe zaufanie niż tylko numer telefonu komórkowego czy adres internetowy. Krzysztof mógł więc powiedzieć, że dochód z pracy wystarcza mu na utrzymanie rodziny, choć szału nie ma.
Pewnego dnia detektyw Kris siedział więc przy biurku w fotelu, jego sekretarka Kasia również przy biurku, ale na krześle, i czekali na następną sprawę, porządkując papiery. Byli już po drugiej kawie i, oboje zajęci, nic nie mówili.
Drzwi wejściowe do biura były szklane, zmatowione, i dostrzegali czasem przez nie cienie przechodniów. Na drzwiach pysznił się napis "Biuro Detektywistyczne Kris", który widzieli od wewnątrz, oczywiście na lewą stronę.
Cień kobiety zbliżył się nagle do szyby, więc Krzysztof odruchowo poprawił się w fotelu.
Ruch powietrza wywołany otwarciem drzwi spowodował, że w biurze zapachniało jakimiś eleganckimi perfumami, klientka chyba była prawdziwą damą.
Pięknie osadzona na długiej szyi głowa, czarne, lśniące włosy uczesane gładko, z hiszpańskim kokiem upiętym nisko i przeplecionym jedwabną chustą, szlachetny rys podbródka, dumne usta i czarne, ogromne, błyszczące oczy sprawiały, że miała w sobie coś, co nie pozwalało się jej sprzeciwić czy zwątpić choćby w jedno jej słowo.
– Przyszłam tutaj, bo muszę coś wyjaśnić. Coś bardzo dla mnie ważnego, o czym nie powinien dowiedzieć się mój mąż – spojrzała niechętnie na Kasię, która natychmiast pochyliła się niżej nad komputerem, jakby chciała podkreślić tym swoją własną nieważność.
– Proszę się nie obawiać – powiedział Krzysztof. – Brak dyskrecji już dawno wykluczyłby nas z rynku agencji detektywistycznych. Takie przepisy!
Kasia wstała i rzuciła:
– Muszę iść i załatwić coś w Urzędzie Miejskim.
Wzięła z wieszaka kapelusz i parasolkę i wyszła, skinąwszy głową klientce.
– Słucham więc – Krzysztof zawiesił głos.
– Nazywam się Natalia Kosowska. Kosowska po mężu. Mój mąż jest człowiekiem zamożnym. Mówię o tym, bo ma to znaczenie w sprawie, z którą do pana przyszłam. Otóż miałam... właściwie mam romans... Chciałam właśnie powiedzieć o tym mężowi i rozstać się z nim, ale sprawy się skomplikowały. Niespodziewanie zjawił się mój narzeczony sprzed kilku lat, a ja, wie pan...
– Ciągle go pani kocha?
– Tak, to chciałam powiedzieć. On zniknął na kilka lat, nic nie mówiąc, nie wiedziałam, gdzie był, myślałam, że nie żyje. Wrócił i wytłumaczył mi wszystko, więc znów planowaliśmy być razem...
– Powiedział pani, gdzie był?
– Tak. Musiał wyjechać do USA, ukrywał się przed kimś. Kimś bardzo niebezpiecznym. Groziła mu śmierć. I dlatego nic mi nie powiedział...
– Dobra, stara zasada: "Jak nie wie, to nie powie" – wtrącił Krzysztof, choć nie było to specjalnie eleganckie.
– Dokładnie tak – zgodziła się niespodziewanie łatwo Natalia.
– Przepraszam panią, ale mam parę dodatkowych pytań. Imię i nazwisko partnera? Czym zajmował się wtedy? Kiedy wrócił?
– Wrócił dwa miesiące temu. Był dziennikarzem. Dziennikarzem śledczym. Nazywa się Karol Świderski. Wyjechał, no, właściwie zniknął w marcu dwa tysiące ósmego roku.
– Czyli nie było go osiem lat. Gdzie publikował swoje reportaże, wyniki śledztw czy jak to nazwać?
– W "Tygodniku Krajowym" i "Kurierze Śledczym". Napisał także kilka książek. Mam je wszystkie, mogę panu pożyczyć.
– Bardzo chętnie przeczytam, to może mieć związek ze sprawą.
– Więc je dostarczę. Mój mąż, jako człowiek zamożny...
– Imię męża proszę – przerwał znów.
– Sławomir Kosowki. Ma on hobby. Zbiera oryginalne samochody. Posiada ich kilkadziesiąt. I właśnie pożyczyłam Karolowi pod nieobecność męża jeden z nich – wyjęła z torebki karteczkę. – Ford mustang convertible, taki czerwony, numery tablic... – podyktowała numer, a Krzysztof zapisał wszystko w notesie.
– Kiedy pani pożyczyła mu to auto?
– Pięć dni temu. I znów kontakt się urwał. A mąż wraca za dziesięć dni i na pewno zauważy brak auta... Trzyma samochody w dwóch miejscach. W garażu w Warszawie, wie pan, w apartamentowcu jest podziemny garaż i tam wykupił dwadzieścia miejsc na samochody. Drugi garaż jest w naszej... jego posiadłości na Mazurach. Niedaleko jeziora Wigry. Chce pan adresy?
– Oczywiście – Kris zanotował skrupulatnie wszystkie dane. – Więc mam odnaleźć Karola Świderskiego i samochód?
– Przede wszystkim Karola. Boję się, że znów ma kłopoty. Samochód też proszę znaleźć. Chcę być fair wobec męża, kiedy się rozstaniemy...
– Rozumiem. Proszę podać mi jeszcze wszystkie możliwe adresy pana Karola. To znaczy miejsca, gdzie mógłby się schować, jakieś mieszkania, kempingi, domy bliskich krewnych...
– Dobrze. Jego była żona mieszkała, a może nadal mieszka, w Szczecinie, w willowej dzielnicy Pogodno, przy ulicy... podam panu później, mam to zapisane w starym kalendarzu. Ojciec żyje gdzieś w górach, chyba w Nowym Targu, ma na imię Mścisław, dlatego zapamiętałam. Ale Karol miał znajomych wszędzie, najczęściej wspominał o Wiedniu i Hamburgu.
– Pani Natalio – uznał, że może sobie pozwolić na poufałość – czy Karol wspominał ostatnio o jakichś kłopotach, wrogach, których się obawiał?
– Wie pan, w takim zawodzie miał mnóstwo wpływowych wrogów, którzy go nienawidzili, ale raczej mi o tym nie opowiadał. Mam drugi telefon na kartę, niech pan sobie zapisze numer, jakby chciał pan o coś jeszcze zapytać, proszę wysłać SMS-a, a ja oddzwonię, jak będę sama – wstała, uznając sprawę za zakończoną.
– Dobrze, jeszcze tylko jedna kwestia. Biorę trzydzieści złotych za godzinę, plus koszty – dodał formalnie, nie zrobiło to na niej jednak żadnego wrażenia.
– Oczywiście. Jeszcze dostanie pan premię, jeśli sprawa zakończy się sukcesem.
Powietrze znów zapachniało jej perfumami, kiedy znikała za drzwiami.
Kasia pojawiła się prawie natychmiast po jej wyjściu.
– Fajnie, że jesteś – powiedział Kris – Zobacz, co ogólnie wiadomo o Sławomirze Kosowskim i Karolu Świderskim. Wiesz, poszukaj w internecie, popytaj w naszych źródłach, a ja przygotuję się do drogi.
***
Krzysztof postanowił znaleźć Karola Świderskiego jak najszybciej. Na ściennych kalendarzach w domu i w biurze zaznaczył dziesięć dni, które pozostały mu do powrotu męża klientki.
Dorota zmartwiła się, że Kris zabierze samochód na nie wiadomo jak długo, więc jako posiadacz, było nie było, własnej działalności skontaktował się z firmą oferującą auta w leasingu i zamówił toyotę yaris. Dorota parę razy wspominała, że chciałaby mieć taki mały samochód i obecna sytuacja zmusiła go wreszcie do działania.
Granatowe, zgrabne autko już na drugi dzień stało przed ich domem. Kris wręczył więc żonie kluczyki i dokumenty, a potem pojechał do biura starym autem.
– Znalazłam w internecie co nieco na temat tych dwóch panów. Wydrukowałam ci wszystko, przeczytasz w drodze – powiedziała Kasia.
– I bardzo słusznie. Dobrze przewidziałaś, że wyjeżdżam. Zajmij się jeszcze ojcem Karola, może uda się dowiedzieć o nim czegoś telefonicznie. Poinformuj mnie, jak znajdziesz coś ciekawego. Ja na razie jadę do Szczecina, do jego byłej żony. Od czegoś trzeba zacząć.