Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia. Tom 3 - Małgorzata Strękowska-Zaremba

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Co­py­ri­ght ? by Mał­go­rzata Strę­kow­ska-Za­remba, 2011

Co­py­ri­ght ? by Vir­tu­alo, 2025

Redakcja: Magdalena Gonta-Biernat / To Się Wyda

Korekta: Maria Gonta / To Się Wyda

Skład i łamanie: Gabriel Gonta / To Się Wyda

Projekt okładki: Beata Woźniak

Wydanie II

War­szawa 2025

ISBN 978-83-272-9206-3

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Mar­szał­kow­ska 104/122

00-017 War­szawa

www.vir­tu­alo.pl

Chcesz wy­dać książkę lub au­dio­book? Wejdź na vir­tu­alo.eu lub na­pisz do nas na ad­res: re­dak­cja@vir­tu­alo.pl.

Zobacz nas na

W ob­szer­nej kuchni ro­dziny Ke­fir­ków na ku­chen­nym stole le­żała ga­zeta. Nie było to ja­kieś nie­istotne lo­kalne pi­smo, tylko je­den z naj­po­czyt­niej­szych dzien­ni­ków kra­jo­wych. Prze­ra­żone oczy po­bla­dłych do­mow­ni­ków wpa­trzone były w roz­kła­dówkę. Co tak po­ru­szyło Ka­rola, Do­rotę i Teo­dora? Je­śli mie­li­by­śmy ka­merę i skie­ro­wali jej obiek­tyw na strony czwartą i piątą, zo­ba­czy­li­by­śmy ob­szerny ar­ty­kuł o jed­no­znacz­nie ne­ga­tyw­nym ty­tule:

MALI SADYŚCI

W ar­ty­kule wie­lo­krot­nie po­wta­rzały się znane Ke­fir­kom imiona Za­cha­ria­sza K. i Bar­tło­mieja G., pię­cio­let­nich sa­dy­stów, któ­rzy po­rwali ko­legę, zło­śli­wie na­zy­wa­nego przez tychże sa­dy­stów Klap­cia­kiem.

- "Przy ulicy Krótkiej ro­ze­grały się sceny ro­dem z filmów kry­mi­nal­nych. Nie­stety nie był to film. Dwóch przed­szko­la­ków po­rwało i uwię­ziło swo­jego ko­legę Mi­łoszka Gwiazdkę. Prze­trzy­my­wało go przez kilka go­dzin, pod­da­jąc tor­tu­rom psy­chicz­nym i fi­zycz­nym. Mię­dzy in­nymi zmu­sza­jąc do wy­pi­cia na­paru pio­łunu!" - od­czy­ty­wała po raz setny, zda­nie po zda­niu, Do­rota Ke­fi­rek...

ISie­dem dni przed spraw­dzia­nem

Za­nim mój ro­dzony brat Za­cha­riasz Ke­fi­rek, zwany Młod­szym, i jego kum­pel Bar­tuś Ga­łuszko stali się bo­ha­te­rami ar­ty­kułu o mło­do­cia­nych prze­stęp­cach, nie działo się zbyt wiele. Moje biuro de­tek­ty­wi­styczne po­kryło się ku­rzem. Ro­dzice wzięli w swoje ręce wy­cho­wa­nie Młod­szego, a mnie pę­dzili do na­uki w mało wy­cho­waw­czy spo­sób. Wi­docz­nie są­dzili, że czło­wieka na­leży naj­pierw na­fa­sze­ro­wać wie­dzą jak gęś wą­trób­kami, a po­tem wy­cho­wać. Gdy­bym ja był nimi, ni­gdy nie zro­bił­bym so­bie ta­kiego nu­meru, jak oni mnie: tylko dwie go­dziny dzien­nie wolno mi spę­dzić przed kom­pu­te­rem! Resztę doby, czyli całe dwa­dzie­ścia dwie go­dziny, mu­szę prze­zna­czyć na na­ukę!

- Kiedy będę spał? - za­py­ta­łem lo­gicz­nie, ale nie otrzy­ma­łem lo­gicz­nej od­po­wie­dzi.

- Wy­śpisz się w wa­ka­cje! - wy­pa­liła mama, po czym do­dała po­jed­naw­czo: - Można tak roz­pla­no­wać pracę, żeby wy­star­czyło czasu na wszystko, na sen też.

Po­ki­wa­łem głową z po­li­to­wa­niem.

- I kto to mówi? Ko­bieta, która nie ma czasu zjeść w domu; nie wspo­mi­na­jąc o go­to­wa­niu ro­dzi­nie.

- Oj­ciec go­tuje.

- Do czasu. Po­wie­dział wczo­raj, że zo­sta­nie wo­ju­jącą fe­mi­nistką - przy­po­mnia­łem.

Mama mach­nęła ręką.

- Ucz się! - po­wie­działa i znów po­le­ciała do pracy.

Po­sze­dłem z Do­mi­ni­kiem na strych, do biura, żeby się po­uczyć. Mu­szę się pod­cią­gnąć z ma­te­ma­tyki, bo za ty­dzień na­sza klasa ma spraw­dzian. Zyg­zak od matmy po­wie­dział, że to moja ostat­nia szansa na po­prawę oceny. Nie będę mó­wił, co mi grozi na ko­niec roku, sami się do­my­śli­cie. Do­mi­nik wła­ści­wie nie musi się uczyć, uro­dził się z mó­zgiem wy­peł­nio­nym wia­do­mo­ściami. Ja uro­dzi­łem się tylko z mó­zgiem i wciąż nie mogę wy­peł­nić w nim pu­stych miejsc. Na­tura jest nie­spra­wie­dliwa.

Gdzieś tak po pół­go­dzi­nie do­łą­czył do nas mil­czący Ja­siek Ga­łuszko, brat ga­da­tli­wego Bar­tu­sia - po­ten­cjal­nego prze­stępcy i naj­lep­szego przy­ja­ciela Młod­szego. Zdzi­wi­łem się, że chce się po­uczyć. Nie przy­pusz­cza­łem, że to wła­śnie on na­gra nam sprawę, która roz­wi­nie się tak obie­cu­jąco, że za­po­mnę o spraw­dzia­nie i zwią­za­nym z nim stre­sem.

- Jest coś! - po­wie­dział la­ko­nicz­nie Ja­siek i ski­nął na nas głową.

Wy­szli­śmy z nim aż za furtkę.

- No?! - rzu­cił ni to py­ta­nie, ni to twier­dze­nie, nie­znacz­nym ru­chem dłoni wska­zu­jąc prze­ciw­le­głą stronę ulicy, gdzie nic, ale to NIC się nie działo. Zresztą cała ulica wy­glą­dała jak wy­marła, jakby wszy­scy wku­wali do spraw­dzianu z ma­te­ma­tyki.

- Coś wam tu nie pa­suje? - za­py­tał Jaś.

Jesz­cze raz przyj­rza­łem się ulicy Krót­kiej, która jest cał­kiem długa, jed­nak nie do­strze­głem żad­nej nie­po­ko­ją­cej zmiany. Wszystko było na swoim miej­scu, po­mi­ja­jąc nie­liczne sa­mo­chody, które po­ru­szały się w obie strony.

Po­pa­trzy­li­śmy z Do­mi­ni­kiem na Jaśka, a na­sze oczy wy­ra­żały zdzi­wie­nie.

- Za­mon­to­wali sa­te­litę przed­wczo­raj, wi­dać, nie? - Ja­siek miał do nas pre­ten­sje, że go nie ro­zu­miemy. - U księż­nej Elż­biety na da­chu ją za­mon­to­wali.

U księż­nej? - po­wtó­rzy­łem w my­ślach i prze­nio­słem wzrok na drugą stronę ulicy, gdzie obok domu Ja­sia i Bar­tu­sia stoi naj­star­szy bu­dy­nek w na­szej dziel­nicy, na­zy­wany willą księż­nej Elż­biety. Po­pa­trzy­łem na dach po­kryty zmur­szałą da­chówką. Rze­czy­wi­ście, tuż obok włazu, przy ko­mi­nie, za­in­sta­lo­wano an­tenę sa­te­li­tarną, taką samą jak u nas i u Ja­sia.

- Wi­dzimy, ale... - Grzeczny Do­mi­ni­czek nie chciał draż­nić Jaśka, który nie lubi być wy­py­ty­wany.

- Po co ją za­mon­to­wali? - spy­tał Jaś.

Mil­cze­li­śmy. Py­ta­nie nie wy­ma­gało od­po­wie­dzi albo miało ja­kieś inne zna­cze­nie. Prze­cież każdy wie, że an­teny sa­te­li­tarne mon­tuje się po to, żeby oglą­dać te­le­wi­zję przez sa­te­litę.

- Po co? Po nic! - od­po­wie­dział sam so­bie Jaś i splu­nął nam pod nogi. - Cza­icie?

Nie cza­ili­śmy! A ra­czej cza­ili­śmy: Jaś robi nam pri­ma­apri­li­sowy ka­wał. Za­raz bę­dzie się śmiał z tego, że da­li­śmy się wy­cią­gnąć z cie­płego domu.

- Ja­siu, prima apri­lis już był, masz kło­poty z od­czy­tem ka­len­da­rza - za­uwa­ży­łem z prze­ką­sem.

- To nie prima apri­lis. Księżna nie ma te­le­wi­zora. - Ja­siek wy­si­lił się na pełne wy­ja­śnie­nie. - Przy­je­chali, ła­zili po da­chu nie wia­domo po co. Pa­trzy­łem so­bie, że jakby co, to bab­cię za­wo­łać czy jak. Od razu mi nie pa­so­wało. Dwóch go­ści było. Je­den star­szy, siwy, drugi młody, dwu­oczny.

- Dwu­oczny? Ja­siek, puk­nij się w czoło! Wi­dzia­łeś czte­ro­ocz­nych lu­dzi? A może są trzy­oczni? - za­kpi­łem. Mia­łem dość glę­dze­nia, z któ­rego nic nie wy­ni­kało. - Wra­camy. Szkoda czasu.

- Chwi­leczkę. - Do­mi­nik mu­siał wy­ja­śnić do końca na­wet naj­więk­szą bzdurę. - Upo­rząd­kujmy na­szą wie­dzę. Księżna to pani Po­pław­ska, tak? Czyli to ta star­sza pani, która jest są­siadką Ja­sia?

Do­mi­nik nie zna wszyst­kich z na­szej ulicy tak do­brze jak ja, więc mu przy­po­mnia­łem. Są­siadka Jaśka, Elż­bieta Po­pław­ska, na­zy­wana księżną Elż­bietą, na­leży do tych sta­ru­szek, które wy­ci­snęły po­nure piętno na moim ży­ciu. Po pierw­sze, bu­dziła we mnie lęk od za­wsze. Wy­star­czyło, że po­cią­gną­łem kota Jaśka za ogon, a ona się zja­wiała. Nie krzy­czała, tylko py­tała, czy czuję, jak kot cierpi. By­łem pe­wien, że gdy­bym miał ogon, to po­cią­gnę­łaby mnie za niego, że­bym po­cier­piał dłu­żej niż kot. Po dru­gie, lata mi­jały, a ona za­wsze była tak samo stara, więc nic dziw­nego, że w dzie­ciń­stwie uwa­ża­łem ją za cza­row­nicę. Prze­cha­dzała się po wiel­kim ogro­dzie i ga­dała z kwia­tami albo czy­tała książki. Gdyby kie­dyś wzle­ciała na mio­tle, wcale bym się nie zdzi­wił.

Jed­nym sło­wem nie da­rzy­łem jej sym­pa­tią i wo­la­łem omi­jać z da­leka. Do­mi­nik nie miał tak nie­przy­jem­nych wspo­mnień, więc wy­py­ty­wał da­lej.

- Dla­czego nie­po­koi cię an­tena na da­chu domu two­jej są­siadki? - zwró­cił się do Ja­sia.

- Ona jest jak ten zwią­zek, o któ­rym mó­wiła Przy­dawka na po­laku. Coś z kwiat­kiem i ko­żu­chem - wy­ja­śnił Jaś, jesz­cze bar­dziej gma­twa­jąc to, co już i tak za­gma­twał.

- Masz na my­śli zwią­zek fra­ze­olo­giczny? - Na­wet Do­mi­nik się zdzi­wił, że Jaś za­pa­mię­tał coś z lek­cji pol­skiego. Czyżby mój nie­zbyt pra­co­wity są­siad za­czął uwa­żać na za­ję­ciach?

- No, do­brze cza­isz - przy­znał Jaś.

- Ta an­tena pa­suje tu jak kwiat do ko­żu­cha? - zro­zu­mia­łem wresz­cie, co Ja­siek ma na my­śli.

- No, do­brze cza­isz - po­wtó­rzył, tylko tym ra­zem w moim kie­runku.

Jesz­cze kilka py­tań i wresz­cie wy­du­si­li­śmy z niego pra­wie pełne wy­ja­śnie­nia sprawy an­teny sa­te­li­tar­nej.

Zda­niem Ja­sia księżna Elż­bieta nie miała te­le­wi­zora i nie za­mie­rzała go ku­pić. Była nie­prze­jed­naną prze­ciw­niczką tego wy­na­lazku. Wo­lała ra­dio, pa­te­fon, ro­śliny i książki.

- Jak wy­gląda pa­te­fon? - za­py­ta­łem.

- Z tubą, jak trąba two­jego ojca - wy­ja­śnił Ja­siek.

- Może ktoś dał jej te­le­wi­zor w pre­zen­cie? - za­sta­na­wiał się Do­mi­nik.

- Ona ni­kogo nie ma! - Jaś zło­ścił się na nas za to, że nie po­dzie­lamy jego nie­po­koju. - Ogar­nij­cie się i słu­chaj­cie! Przy­je­chali po po­łu­dniu, dwóch go­ści w ro­bo­czych ciu­chach, ta­kim bu­sem bia­łym z na­pi­sem "TV-ROB Ja­cek Ro­biń­ski". Raz je­den gość stał na da­chu, a ten drugi znik­nął, to znów drugi stał, a pierw­szy znik­nął. Za­mon­to­wali ta­lerz, choć Po­pław­ska nie ma te­le­wi­zora.

No wie­cie co! Ta­kiego ory­gi­nała jak Ja­siek chyba ni­g­dzie nie ma. Wy­cią­gnął nas z domu, bo jego są­siadce za­in­sta­lo­wali ta­lerz na da­chu. Ma­sa­kra!

- Trzeba było pójść do księż­nej Elż­biety i za­py­tać, co jest grane, a nie ga­pić się w sa­te­litę! - prych­ną­łem.

- Kogo mia­łem za­py­tać? - Jaś po­pa­trzył na nas, jak­by­śmy spa­dli z księ­życa.

Obłęd w ciapki!

- Po­wiesz wresz­cie, dla­czego nas wy­cią­gną­łeś z domu? - spy­ta­łem znie­cier­pli­wiony.

Po­dzia­łało. Jaś ze­brał się w so­bie i wresz­cie się do­wie­dzie­li­śmy, co go nie­po­koi. Nie mógł po­roz­ma­wiać z księżną Elż­bietą, bo są­siadka wy­je­chała do sa­na­to­rium. Miała je­chać tam do­piero je­sie­nią, ale do­stała nie­spo­dzie­wany te­le­fon z pro­po­zy­cją gra­ti­so­wego po­bytu. Mu­siała tylko na­tych­miast pod­jąć de­cy­zję, coś jakby last mi­nute. Bez wa­ha­nia zde­cy­do­wała, że je­dzie.

- Chcesz po­wie­dzieć, że two­jej są­siadki nie było z domu, gdy przy­je­chali ci od sa­te­lity? - upew­niał się Do­mi­nik.

Jaś przy­tak­nął.

- Chcesz po­wie­dzieć, że mimo to we­szli na dach i za­mon­to­wali sa­te­litę? - do­py­ta­łem.

- Chcę po­wie­dzieć! Za­łożę się, że księżna nic nie wie o sa­te­li­cie. Ona nie ma te­le­wi­zora i jej też nie ma! A sa­te­lita jest i ka­bel od an­teny zwisa so­bie. Gdyby była i miała te­le­wi­zor, to ka­bel prze­cią­gnę­liby do miesz­ka­nia. Cza­icie?!

O-o, to za­czyna być cie­kawe - po­my­śla­łem. Pod nie­obec­ność wła­ści­cielki domu dwóch ko­lesi wcho­dzi na jej po­dwórko, włazi na dach i niby to mon­tuje an­tenę, a tak na­prawdę wła­muje się do miesz­ka­nia. Z tego może być sprawa dla de­tek­tywa!

- Dzięki, Ja­siu! - Klep­ną­łem go w ra­mię.

- Prze­ana­li­zujmy to. - Do­mi­nik za­cho­wy­wał się jak za­wsze: po­wścią­gli­wie. - Wi­dzimy, że coś przy­było, a nie ubyło. Pani Po­pław­ska do­stała ta­lerz sa­te­li­tarny, w do­datku od razu z mon­ta­żem. Prze­cież mo­gło tak być, że ekipę umó­wiła wcze­śniej, po­tem się oka­zało, że wy­jeż­dża w tem­pie eks­pre­so­wym, mon­tażu nie od­wo­łała, więc przy­je­chali i za­mon­to­wali. Księżna po po­wro­cie prze­cią­gnie ka­bel do miesz­ka­nia i pod­łą­czy do te­le­wi­zora.

Ten to ma dar psu­cia ra­do­ści! Czło­wiek ha­ruje na lek­cjach, a kiedy wresz­cie może za­jąć umysł czymś na­prawdę po­ży­tecz­nym, to taki pry­mu­sia­sty Do­mi­nik od­biera mu całą przy­jem­ność.

- Księżna Elż­bieta nie ma te­le­wi­zora i nie bę­dzie miała. Sły­sza­łeś, co po­wie­dział Jaś? Sły­sza­łeś - od­po­wie­dzia­łem so­bie i do­da­łem po­jed­naw­czo: - No do­bra, mu­simy spraw­dzić, czy te TV-ROB-y wła­mały się do środka. Je­śli nie było wła­ma­nia, damy so­bie spo­kój i wró­cimy do matmy.

My­śla­łem, że tym za­pew­nie­niem uspo­koję Do­mi­nika, jed­nak on nadał kom­bi­no­wał pod górkę. Uparł się, że trzeba za­dzwo­nić do sa­na­to­rium i spy­tać księżną Elż­bietę, czy za­mó­wiła in­sta­la­cję an­teny sa­te­li­tar­nej.

- Chcesz, żeby kop­nęła w ka­len­darz? Ona tam po­je­chała z cho­rym ser­cem. Do­wie się o go­ściach na da­chu i umrze na za­wał jak nasz kot - ob­ru­szył się Ja­siek.

Nie wie­dzia­łem, że kot Jaśka (ten, któ­rego w dzie­ciń­stwie cią­gną­łem za ogon) umarł na za­wał, my­śla­łem, że ze sta­ro­ści. Nie­ważne. Ważne, że sa­te­lita księż­nej Elż­biety czeka na wy­ja­śnie­nie!

Do­mi­nik nie­chęt­nie wy­co­fał się ze swo­jego po­my­słu.

- Jak spraw­dzimy, czy do­ko­nano wła­ma­nia? - spy­tał.

To aku­rat było naj­prost­sze pod słoń­cem.

- Wła­miemy się - po­wie­dzia­łem i za­tar­łem ręce z ra­do­ści.

- Mocne! - po­chwa­lił mnie Jaś i splu­nął na le­niwą ulicę, na któ­rej nic, ale to NIC się nie działo. Ale bę­dzie się dziać!

IISie­dem dni przed spraw­dzia­nem, cd.

Do­mi­nik zgo­dził się na wła­ma­nie w celu we­ry­fi­ka­cji na­szych po­dej­rzeń co do prze­stęp­czego cha­rak­teru nie­zro­zu­mia­łych dzia­łań mon­te­rów firmy TV-ROB, jed­nak sta­rał się zro­bić wszystko, żeby do niego nie do­szło. Nie chciał ła­mać prawa na­wet w słusz­nej spra­wie.

Jesz­cze raz prze­py­tał Jaśka. In­for­ma­cje, które ze­brał, były in­te­re­su­jące, ale ni­czego nie wy­ja­śniły. Biały bus miał na bocz­nych drzwiach logo i na­zwę firmy TV-ROB. Ja­siek nie za­pa­mię­tał nu­me­rów re­je­stra­cyj­nych, nie­stety. Mon­te­rzy byli w róż­nym wieku, je­den star­szy, ni­ski, si­wie­jący, drugi znacz­nie młod­szy, wy­soki, blon­dyn. I - to cie­kawe - młod­szy miał tę­czówki w róż­nym ko­lo­rze: w pra­wym oku nie­bie­ską, a w le­wym brą­zową.

Do­bre i to, ła­two bę­dzie go zi­den­ty­fi­ko­wać - po­my­śla­łem. Szkoda, że Jaś nas nie za­wo­łał, gdy mon­to­wali an­tenę.

- Mu­sia­łem to prze­my­śleć. Dziś wiem, że jest sprawa - wy­ja­śnił.

No tak, brat Bar­tu­sia nie grze­szy in­te­li­gen­cją. Za to Bar­tuś jest by­stry jak nikt inny.

Do­mi­nik wy­go­oglo­wał firmę TV-ROB. Gdyby nie ist­niała, mie­li­by­śmy pełne uspra­wie­dli­wie­nie wła­ma­nia do domu księż­nej. Nie­stety, firma TV-ROB Ja­cek Ro­biń­ski miała swoją stronę WWW, a na niej po­dany ad­res, nu­mery faksu i te­le­fonu. Do­mi­nik wy­cią­gnął ko­mórkę i za­dzwo­nił, żeby spy­tać, czy Elż­bieta Po­pław­ska z ulicy Krót­kiej za­ma­wiała mon­taż an­teny sa­te­li­tar­nej.

- Kto pyta i w ja­kim celu? - chciał wie­dzieć ten ktoś z dru­giej strony.

Do­mi­nik się spe­szył.

- W... w celu we­ry­fi­ka­cji - wy­bą­kał.

Oczy­wi­ście otrzy­mał je­dyną moż­liwą od­po­wiedź: firma nie udziela tego ro­dzaju in­for­ma­cji każ­demu, kto do niej za­dzwoni, szcze­gól­nie je­śli ten ktoś jest u progu mu­ta­cji.

- Źle się do tego za­bra­łeś. Słu­chaj i ucz się! - prze­ją­łem ini­cja­tywę. Za­dzwo­ni­łem do działu re­kla­ma­cji i opu­ściw­szy "dzień do­bry", jak to za­zwy­czaj robi mama, gdy dzwoni w spra­wie zbyt wy­so­kiego ra­chunku za te­le­fony, krzyk­ną­łem do słu­chawki: - Chcę zło­żyć re­kla­ma­cję! Pań­stwa pra­cow­nicy za­mon­to­wali mi an­tenę sa­te­li­tarną przed­wczo­raj, a dziś spa­dła z da­chu! To skan­dal!

- Tak? Nu­mer umowy po­pro­szę. - Re­kla­ma­cja bez­czel­nie ziew­nęła do słu­chawki.

- Pan zwa­rio­wał?! W ta­kiej chwili mam szu­kać umowy?! An­tena spa­dła mi pod nogi! Wy­star­czyłby je­den krok! Żą­dam uka­ra­nia mon­te­rów! I nich mi pan nie ziewa do słu­chawki!

Za­krzy­czeć go, naj­waż­niej­sze, to go za­krzy­czeć i nie do­pu­ścić do głosu, żeby stra­cił pew­ność sie­bie - pod­po­wia­da­łem so­bie w du­chu.

Re­kla­ma­cja czknęła, ale mi nie prze­ry­wała.

- Biały bus miał na bocz­nych drzwiach logo wa­szej firmy - cią­gną­łem - i na­pis "TV-ROB Ja­cek Ro­biń­ski!". Młod­szy mon­ter ma prawe oko nie­bie­skie, a lewe brą­zowe! Z pew­no­ścią nie ma­cie wielu ta­kich pra­cow­ni­ków i znaj­dzie­cie go bez nu­meru mo­jej umowy! Pro­szę go tu­taj przy­słać jesz­cze dziś, bo oskarżę was o spo­wo­do­wa­nie śmier­tel­nego za­gro­że­nia dla mnie i mo­ich bli­skich!

Wy­star­czy! - po­wie­dzia­łem so­bie.

Re­kla­ma­cja prze­stała zie­wać. Stwier­dziła, że w fir­mie nie ma ani jed­nego pra­cow­nika o róż­nym ko­lo­rze tę­czó­wek. Nie ma też bu­sów z logo, po­nie­waż zo­stały ze­zło­mo­wane, nowe nie mają na bocz­nych drzwiach żad­nych na­pi­sów, więc naj­le­piej zro­bię, je­śli znajdę nu­mer umowy albo...

Usły­sza­łem to, co chcia­łem usły­szeć. Firma TV-ROB jest praw­dziwa, ale, moim zda­niem, bus, któ­rym przy­je­chali niby-mon­te­rzy, nie tra­fił na złom, tylko do go­ścia o ko­lo­ro­wych oczach albo do jego si­wie­ją­cego kum­pla. I przy­naj­mniej ten dwu­oczny, jak na­zwał go Jaś, nie jest pra­cow­ni­kiem firmy.

- Ko­cham cię, re­kla­ma­cjo! - rzu­ci­łem do słu­chawki. Trium­fal­nie po­pa­trzy­łem na ka­mienną twarz Do­mi­nika. - Idziemy na włam! - za­rzą­dzi­łem.

Jaś, choć my­śli wolno, za­re­ago­wał bar­dzo szybko.

- Mó­wi­łem, że ta sa­te­lita to ściema. Nie masz wyj­ścia, Do­mi­nik, mu­sisz zła­mać prawo - po­parł mnie z ca­łym prze­ko­na­niem.

Nie było czasu na dłuż­sze przy­go­to­wa­nia. Ak­cję na­le­żało prze­pro­wa­dzić, za­nim mama się zo­rien­tuje, że prze­sta­łem za­ku­wać. Do­stała obłędu w ciapki na punk­cie mo­ich ocen. Na szczę­ście tata nie pa­ni­kuje i po­zwala mi "zła­pać od­dech".

Wła­ma­nie, a ści­ślej "dzia­ła­nie ope­ra­cyjne", miało po­le­gać na spraw­dze­niu, czy w domu Po­pław­skiej są ślady wła­ma­nia i kra­dzieży. Je­śli tak, a by­łem pra­wie pe­wien, że tak, na­szym za­da­niem bę­dzie wy­kry­cie spraw­ców, za­nim księżna Elż­bieta wróci z sa­na­to­rium.

- Wie­cie, co mnie naj­bar­dziej za­sta­na­wia? - ode­zwał się Do­mi­nik. - Gra­ti­sowy po­byt w sa­na­to­rium, który za­pro­po­no­wano księż­nej. Ta­kie rze­czy ofe­rują biura po­dróży albo spa, żeby się za­re­kla­mo­wać, ale nie sa­na­to­ria dla ubo­gich eme­ry­tów. Tam trzeba do­pła­cać. Nie­dużo, ale trzeba. Coś mi tu nie pa­suje...

Nie wy­trzy­mam z tym ma­rudą! Za­miast się cie­szyć, że mamy sprawę, więc od­pocz­niemy od na­uki, nie po­do­bają mu się gra­tisy dla eme­ry­tów. Prze­cież nie zaj­mu­jemy się dzia­łal­no­ścią sa­na­to­riów, tylko do­mnie­ma­nym wła­ma­niem. Mnie za­sta­na­wiało coś in­nego: jaką drogę wła­ma­nia wy­brać. Drzwiami? Oknem? Przez właz na da­chu?

Nie mie­li­śmy dra­biny, żeby się do­stać na dach, zresztą właz jest od strony ulicy, każdy mógłby nas za­uwa­żyć. Drzwi miały trzy so­lidne zamki, w do­datku były wi­doczne z okien babci Bo­cia­no­wej, czyli babci Ja­sia i Bar­tu­sia. Po­zo­stały okna.

Obej­rza­łem dom z każ­dej strony i wy­bra­łem po­dłużne okienko pro­wa­dzące do piw­nicy. Znaj­do­wało się pod scho­dami od strony ogrodu, więc nie mu­sie­li­śmy się oba­wiać zde­ma­sko­wa­nia przez prze­chod­niów. Okno było bar­dzo wą­skie, ale ża­den z nas nie jest na­pa­ko­wa­nym kul­tu­ry­stą, za­tem nie po­winno być pro­blemu z jego po­ko­na­niem.

Wy­ją­łem z kie­szeni śru­bo­kręt i mło­tek, pod­wa­ży­łem za­wiasy, i droga była wolna.

Za­czyna się śledz­two! - po­my­śla­łem z nie­skry­waną ra­do­ścią. Prze­ci­sną­łem się przez okno i spa­dłem na coś twar­dego. Stos ka­mieni czy coś po­dob­nego.

- Przez to okno wsy­pują wę­giel do piw­nicy! - Ja­siek sap­nął, lą­du­jąc obok mnie.

- Księżna nie używa gazu do ogrze­wa­nia? - zdzi­wi­łem się.

- Ani gazu do ogrze­wa­nia, ani te­le­wi­zora do oglą­da­nia. Prze­cież mó­wi­łem - przy­po­mniał Jaś.

Otrze­pa­łem ręce. W piw­nicy było ciemno. Wą­skie okienko ukryte w cie­niu pod scho­dami wpusz­czało bury cień za­miast świa­tła.

Włą­czy­li­śmy la­tarki. W prze­ci­wień­stwie do ca­łego bu­dynku piw­nica nie była zbyt duża. Pod oknem le­żał stos wę­gla, z boku kilka de­sek, pod ścia­nami na me­ta­lo­wych pół­kach stały sło­iki z prze­two­rami. W głębi, po le­wej, sze­ro­kie drew­niane schody bie­gły w górę aż do drzwi.

- Za­mknięte - szep­nął Do­mi­nik.

- Tylko je­den za­mek. Na­wet Młod­szy so­bie z nim po­ra­dzi - stwier­dzi­łem za­do­wo­lony.

Po chwili za­mek ustą­pił. Ostroż­nie uchy­li­łem drzwi. Ko­ry­tarz bez okien był rów­nie ciemny jak piw­nica. Prze­su­ną­łem świa­tłem la­tarki w prawo, w lewo: drew­niany wie­szak na ścia­nie po pra­wej stro­nie drzwi wej­ścio­wych - no­to­wa­łem w my­ślach - pod wie­sza­kiem szafka na buty, na pod­ło­dze chod­nik w brą­zowe i bor­dowe ciapki, na prze­ciw­le­głej ścia­nie półki wy­peł­nione książ­kami, da­lej, na tej sa­mej ścia­nie, cztery ob­razy w gru­bych, zło­co­nych ra­mach. Po­rzą­dek i ci­sza. Żad­nych śla­dów wła­ma­nia.

Ja­siek otwo­rzył drzwi pro­wa­dzące do ob­szer­nego po­koju.

- Sa­lon - za­ko­mu­ni­ko­wał.

Za­słony były za­cią­gnięte, więc nie­wiele zo­ba­czy­li­śmy, tym bar­dziej że na dwo­rze za­padł już zmrok. Zga­si­li­śmy la­tarki, wy­so­kie okna sa­lonu wy­cho­dziły na ulicę, na­le­żało więc po­stę­po­wać ostroż­nie. Do­piero kiedy oczy przy­wy­kły do pół­mroku, ro­zej­rze­li­śmy się do­okoła. Na środku sa­lonu stała ka­napa przy­kryta ko­lo­rową na­rzutą. W na­szych do­mach taka ka­napa stoi na wprost kina do­mo­wego albo cho­ciaż naj­zwy­klej­szego sto­lika z naj­zwy­klej­szym te­le­wi­zo­rem, jed­nak tu było ina­czej. Na wprost ka­napy znaj­do­wały się półki, na któ­rych zmie­ściłby się te­le­wi­zor, pod wa­run­kiem że usu­nę­łoby się równe rzędy gru­bych ksiąg.

Obok ka­napy stał mały, okrą­gły sto­lik, a na nim lampka nocna, dwie książki, z któ­rych wy­sta­wały pa­pie­rowe za­kładki. Pod oknem, na ko­mo­dzie, do­strze­głem ja­kieś dziwne urzą­dze­nie z tubą. To ten cały pa­te­fon - przy­po­mnia­łem so­bie. Wzdłuż po­zo­sta­łych ścian, na pod­staw­kach, za­wiesz­kach i przy­wiesz­kach stały do­niczki i do­nice z naj­róż­niej­szą zie­le­niną, którą na­zy­wają kwia­tami.

- Oran­że­ria w bi­blio­tece - pod­su­mo­wał Do­mi­nik.

- No. Księżna Elż­bieta ma ho­pla na punk­cie kwia­tów. Obie z moją bab­cią go mają. - W gło­sie Jaśka usły­sza­łem dumę.

- U was nie ma tyle kwia­tów - za­uwa­ży­łem.

- Bab­cia jest po­cząt­ku­jącą oran­żystką. Księżna ją uczy.

Do­mi­nik zdu­sił śmiech. Wy­stra­szy­łem się, że za­cznie przy­nu­dzać na te­mat zna­cze­nia wy­ra­zów oran­żystka i oran­że­ria, dla­tego prze­rwa­łem to ble­bla­nie o kwiat­kach.

- Nie grzeb­cie się. Jesz­cze ktoś weź­mie nas za praw­dzi­wych wła­my­wa­czy.

Obej­rze­li­śmy ko­lejne po­koje, kuch­nię i ła­zienkę. Wszę­dzie stały re­gały z książ­kami (w ła­zience też!) i pa­no­szyła się kwit­nąca zie­le­nina. Od za­pa­chu kwia­tów aż wier­ciło w no­sie. U nas w domu nie ma kwia­tów. Chyba wszyst­kie zde­chły, za­nim się uro­dzi­łem. Cza­sami ro­dzice do­stają w pre­zen­cie ja­kąś ro­ślinę w do­niczce, za­chwy­cają się nią przez parę go­dzin, a po ty­go­dniu już jej nie ma, tylko su­chy ba­dyl ster­czy smęt­nie z ze­schnię­tej ziemi. Mama mówi, że emi­tu­jemy złą aurę z po­wodu stre­sów, i to ona za­bija de­li­katną zie­le­ninę. Może... stre­sów w na­szym domu jest aż za dużo, ale mnie się wy­daje, że ktoś po­wi­nien pod­le­wać te ba­dyle, za­nim uschną. W każ­dym ra­zie ja się do pod­le­wa­nia nie zgła­szam, wy­star­czy, że mu­szę zaj­mo­wać się młod­szym bra­tem.

Prze­szli­śmy przez wszyst­kie po­miesz­cze­nia na par­te­rze i nie zna­leź­li­śmy żad­nych śla­dów wła­ma­nia czy kra­dzieży. Wszę­dzie pa­no­wał wzo­rowy po­rzą­dek. Na końcu dłu­giego, sze­ro­kiego ko­ry­ta­rza znaj­do­wały się drew­niane schody, które wzno­siły się w górę po li­nii pół­okręgu.

- Idziemy na pod­da­sze. Je­śli wła­my­wa­cze we­szli przez właz w da­chu, tam po­win­ni­śmy szu­kać ich śla­dów.

Na gó­rze w ob­szer­nym ko­ry­ta­rzu stała za­ku­rzona ko­moda w stylu Lu­dwika XIV, co uświa­do­mił nam wszyst­ko­wie­dzący Do­mi­nik. Troje drzwi pro­wa­dziło do po­miesz­czeń od strony po­dwórka, a czwarte, od strony ulicy - na strych.

- Do­mi­nik spraw­dza po­koje, a my strych! - Roz­dzie­li­łem za­da­nia.

Ener­gicz­nie otwo­rzy­łem drzwi, pod­ry­wa­jąc w górę chmurę ku­rzu, która ude­rzyła mnie pro­sto w twarz.

- Mega gra­ciar­nia! - szep­nął Ja­siek, wo­dząc do­koła bla­dym świa­tłem la­tarki.

Za­sło­ni­łem nos kap­tu­rem bluzy, żeby nie kich­nąć, i wsze­dłem do środka. Ma­new­ru­jąc mię­dzy pół­kami, pu­dłami, skrzy­niami i zde­ze­lo­wa­nymi me­blami, do­brną­łem do miej­sca, w któ­rym po­wi­nien znaj­do­wać się właz. Po­świe­ci­łem w górę.

Jest!

Właz wy­glą­dał so­lid­nie, ale nie był za­bez­pie­czony. Żad­nej kłódki, za­suwy czy in­nego za­my­ka­ją­cego me­cha­ni­zmu. Wy­star­czyło chwy­cić za uchwyt i pchnąć w górę.

- Ja­siek, po­świeć - po­pro­si­łem.

Mia­łem na­dzieję, że w świe­tle dwóch la­ta­rek zo­ba­czę coś wię­cej.

I zo­ba­czy­łem. Pa­ję­czyny wo­kół włazu były po­zry­wane!

Skie­ro­wa­łem la­tarkę w dół. Na bu­rych de­skach le­żała war­stwa bu­rego ku­rzu, jed­nak... pod sa­mym wła­zem war­stwa ku­rzu nie ukła­dała się tak gładko.

- Za­wo­łaj Do­mi­nika - po­pro­si­łem Ja­sia i wci­sną­łem się mię­dzy półki.

Lep­kie pa­ję­czyny ob­le­piły mi twarz. Po­czu­łem się jak mu­cha w matni. Cóż, praca de­tek­tywa nie­przy­jemna bywa (sta­ram się uni­kać głu­pich ry­mów, jed­nak nie za­wsze mi to wy­cho­dzi, prze­pra­szam).

Mimo pa­ję­czy­no­wego ko­konu zro­bi­łem parę kro­ków i prze­sta­łem się zło­ścić na pa­jąki. W głębi, pod samą ścianą, zo­ba­czy­łem dużą drew­nianą skrzy­nię w ma­lo­wane kwiaty. Wieko było nie­do­mknięte, a obok skrzyni le­żało kilka kar­tek i ko­pert. Przyj­rza­łem się im uważ­nie - bingo! - na żad­nej z nich nie było śladu ku­rzu.

Ostroż­nie unio­słem wieko. W środku od­kry­łem po­dobne kartki i ko­perty. Wszystko wska­zy­wało na to, że ktoś grze­bał w skrzyni i stąd wzięły się nie­za­ku­rzone pa­piery na pod­ło­dze.

- O-o... - Usły­sza­łem za sobą głos Do­mi­nika. - Chyba mia­łeś ra­cję. Ktoś tu był.

Skie­ro­wa­li­śmy świa­tło trzech la­ta­rek w głąb skrzyni. Ta­kiego ba­ła­ganu nie ma na­wet w mo­jej sza­fie - po­my­śla­łem. Ktoś mu­siał w niej grze­bać, to pewne.

- Mamy sprawę, Do­mi­niczku! - szep­ną­łem pół żar­tem, pół se­rio, choć tak na­prawdę roz­pie­rała mnie ra­dość.

- Mamy sprawę, Teo­dorku! - przy­znał Do­mi­nik. Mó­wił spo­koj­nie, jed­nak wie­dzia­łem, że i on czuje ra­dość. Nie byłby prze­cież de­tek­ty­wem, gdyby nie cie­szyła go ła­mi­główka zwią­zana z sa­te­litą księż­nej Elż­biety.

- Od po­czątku mó­wi­łem, że to sprawa dla was! - Ja­siek przy­po­mniał nam o swo­jej obec­no­ści.

We trójkę po­chy­li­li­śmy się nad skrzy­nią. Le­żały w niej ja­kieś pa­ski do spodni, pa­pie­ro­śnice, pędzle do go­le­nia, skó­rzane etui na oku­lary, kilka port­feli, spinki do ko­szul, srebrne sy­gnety, pióra do pi­sa­nia, a na­wet muszle i ka­myki. Wszystko to splą­tane, wy­rzu­cone z pu­deł i przy­sy­pane pa­pie­rzy­skami, wśród któ­rych naj­wię­cej było po­żół­kłych ko­pert i ręcz­nie pi­sa­nych li­stów. Więk­szość z nich zdo­biły ko­lo­rowe ini­cjały i prze­różne kwiatki-szmatki.

- Ja­kaś "Twoja na wieki Ka­zia" pi­sze do Win­cen­tego w ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym szó­stym roku! - Ja­siek prze­rzu­cał ko­lejne kartki. - O! A tu jest pod­pis: "Ma­leńka Buba"! Hi, hi. A tu "Mar­twa z tę­sk­noty Ża­net". A pod tym li­stem aż dwie się pod­pi­sały: "Stella i Ma­ruta". Wszyst­kie li­sty są do Win­cen­tego. Miał go­stek bra­nie!

Może i miał, ale nikt nie wła­muje się po to, żeby po­li­czyć, ile dziew­czyn miał ja­kiś Win­centy z po­czątku XX wieku - po­my­śla­łem.

- W sy­pialni, tej na pod­da­szu, też są ta­kie li­sty na...

- Skupmy się na waż­niej­szych spra­wach - prze­rwa­łem Do­mi­ni­kowi. - Chyba nie my­śli­cie, że TV-ROB-y wła­mały się po li­sty Buby. Co jesz­cze tu­taj mamy?

- Oku­lary, pew­nie tego Win­cen­tego - cią­gnął Jaś. - Drew­niane pu­dełka, to­po­rek...

- Ciu­paga, Ja­siu - po­pra­wił go do­kładny Do­mi­nik.

- Eee, różne graty - pod­su­mo­wał Jaś.

Fak­tycz­nie, w skrzyni były same graty. Grze­ba­li­śmy w nich w na­dziei, że nas olśni i znaj­dziemy wska­zówkę, ślad, po­szlakę, no wie­cie, coś, co po­może zro­zu­mieć, czego szu­kały tu dwa typy z da­chu.

- Ciii! Sły­szy­cie? - szep­nął Do­mi­nik.

Na­sta­wi­li­śmy uszu. Coś zgrzyt­nęło. Czyżby klucz w zamku? Ha­łas się po­wtó­rzył. Te­raz był cał­kiem wy­raźny. Nie uwie­rzy­cie. Ktoś otwie­rał drzwi wej­ściowe!

Za­sty­gli­śmy.

- Zga­ście la­tarki! - po­le­ci­łem przy­tom­nie.

Wstrzy­ma­li­śmy od­dech.

Jesz­cze je­den zgrzyt. To drugi za­mek - li­czy­łem w my­ślach. Ko­lejny zgrzyt i trzeci za­mek ustą­pił. Czyżby Po­pław­ska nie­spo­dzie­wa­nie wró­ciła z sa­na­to­rium? Je­śli to ona, za­pali świa­tło w ko­ry­ta­rzu na dole.

Ostroż­nie, po omacku, pod­sze­dłem do drzwi i wyj­rza­łem na ko­ry­tarz. Smuga świa­tła po­winna być wi­doczna na scho­dach... Z dołu do­bie­gał szmer, szu­ra­nie, jed­nak nic nie roz­pro­szyło głę­bo­kich ciem­no­ści.

Wła­my­wa­cze! - zro­zu­mia­łem. Wró­cili, żeby kon­ty­nu­ować po­szu­ki­wa­nia! Po­przed­nio prze­pło­szył ich Jaś, więc dziś wy­brali inną drogę: drzwiami! Może na­wet po­je­chali do sa­na­to­rium i ukra­dli księż­nej Elż­bie­cie klu­cze?

- Wró­cili! Siwy i dwu­oczny! - Jaś ro­zu­mo­wał po­dob­nie jak ja.

Serce za­biło mi moc­niej. Zo­ba­czyć prze­stęp­ców w ak­cji i przy­ła­pać ich na go­rą­cym uczynku - to by­łoby coś! Opi­sa­liby nas w ga­ze­tach. O ta­kiej re­kla­mie biura de­tek­ty­wi­stycz­nego nie mógł­bym na­wet ma­rzyć.