W obszernej kuchni rodziny Kefirków na kuchennym stole leżała gazeta. Nie było to jakieś nieistotne lokalne pismo, tylko jeden z najpoczytniejszych dzienników krajowych. Przerażone oczy pobladłych domowników wpatrzone były w rozkładówkę. Co tak poruszyło Karola, Dorotę i Teodora? Jeśli mielibyśmy kamerę i skierowali jej obiektyw na strony czwartą i piątą, zobaczylibyśmy obszerny artykuł o jednoznacznie negatywnym tytule:
MALI SADYŚCI
W artykule wielokrotnie powtarzały się znane Kefirkom imiona Zachariasza K. i Bartłomieja G., pięcioletnich sadystów, którzy porwali kolegę, złośliwie nazywanego przez tychże sadystów Klapciakiem.
- "Przy ulicy Krótkiej rozegrały się sceny rodem z filmów kryminalnych. Niestety nie był to film. Dwóch przedszkolaków porwało i uwięziło swojego kolegę Miłoszka Gwiazdkę. Przetrzymywało go przez kilka godzin, poddając torturom psychicznym i fizycznym. Między innymi zmuszając do wypicia naparu piołunu!" - odczytywała po raz setny, zdanie po zdaniu, Dorota Kefirek...
ISiedem dni przed sprawdzianem
Zanim mój rodzony brat Zachariasz Kefirek, zwany Młodszym, i jego kumpel Bartuś Gałuszko stali się bohaterami artykułu o młodocianych przestępcach, nie działo się zbyt wiele. Moje biuro detektywistyczne pokryło się kurzem. Rodzice wzięli w swoje ręce wychowanie Młodszego, a mnie pędzili do nauki w mało wychowawczy sposób. Widocznie sądzili, że człowieka należy najpierw nafaszerować wiedzą jak gęś wątróbkami, a potem wychować. Gdybym ja był nimi, nigdy nie zrobiłbym sobie takiego numeru, jak oni mnie: tylko dwie godziny dziennie wolno mi spędzić przed komputerem! Resztę doby, czyli całe dwadzieścia dwie godziny, muszę przeznaczyć na naukę!
- Kiedy będę spał? - zapytałem logicznie, ale nie otrzymałem logicznej odpowiedzi.
- Wyśpisz się w wakacje! - wypaliła mama, po czym dodała pojednawczo: - Można tak rozplanować pracę, żeby wystarczyło czasu na wszystko, na sen też.
Pokiwałem głową z politowaniem.
- I kto to mówi? Kobieta, która nie ma czasu zjeść w domu; nie wspominając o gotowaniu rodzinie.
- Ojciec gotuje.
- Do czasu. Powiedział wczoraj, że zostanie wojującą feministką - przypomniałem.
Mama machnęła ręką.
- Ucz się! - powiedziała i znów poleciała do pracy.
Poszedłem z Dominikiem na strych, do biura, żeby się pouczyć. Muszę się podciągnąć z matematyki, bo za tydzień nasza klasa ma sprawdzian. Zygzak od matmy powiedział, że to moja ostatnia szansa na poprawę oceny. Nie będę mówił, co mi grozi na koniec roku, sami się domyślicie. Dominik właściwie nie musi się uczyć, urodził się z mózgiem wypełnionym wiadomościami. Ja urodziłem się tylko z mózgiem i wciąż nie mogę wypełnić w nim pustych miejsc. Natura jest niesprawiedliwa.
Gdzieś tak po półgodzinie dołączył do nas milczący Jasiek Gałuszko, brat gadatliwego Bartusia - potencjalnego przestępcy i najlepszego przyjaciela Młodszego. Zdziwiłem się, że chce się pouczyć. Nie przypuszczałem, że to właśnie on nagra nam sprawę, która rozwinie się tak obiecująco, że zapomnę o sprawdzianie i związanym z nim stresem.
- Jest coś! - powiedział lakonicznie Jasiek i skinął na nas głową.
Wyszliśmy z nim aż za furtkę.
- No?! - rzucił ni to pytanie, ni to twierdzenie, nieznacznym ruchem dłoni wskazując przeciwległą stronę ulicy, gdzie nic, ale to NIC się nie działo. Zresztą cała ulica wyglądała jak wymarła, jakby wszyscy wkuwali do sprawdzianu z matematyki.
- Coś wam tu nie pasuje? - zapytał Jaś.
Jeszcze raz przyjrzałem się ulicy Krótkiej, która jest całkiem długa, jednak nie dostrzegłem żadnej niepokojącej zmiany. Wszystko było na swoim miejscu, pomijając nieliczne samochody, które poruszały się w obie strony.
Popatrzyliśmy z Dominikiem na Jaśka, a nasze oczy wyrażały zdziwienie.
- Zamontowali satelitę przedwczoraj, widać, nie? - Jasiek miał do nas pretensje, że go nie rozumiemy. - U księżnej Elżbiety na dachu ją zamontowali.
U księżnej? - powtórzyłem w myślach i przeniosłem wzrok na drugą stronę ulicy, gdzie obok domu Jasia i Bartusia stoi najstarszy budynek w naszej dzielnicy, nazywany willą księżnej Elżbiety. Popatrzyłem na dach pokryty zmurszałą dachówką. Rzeczywiście, tuż obok włazu, przy kominie, zainstalowano antenę satelitarną, taką samą jak u nas i u Jasia.
- Widzimy, ale... - Grzeczny Dominiczek nie chciał drażnić Jaśka, który nie lubi być wypytywany.
- Po co ją zamontowali? - spytał Jaś.
Milczeliśmy. Pytanie nie wymagało odpowiedzi albo miało jakieś inne znaczenie. Przecież każdy wie, że anteny satelitarne montuje się po to, żeby oglądać telewizję przez satelitę.
- Po co? Po nic! - odpowiedział sam sobie Jaś i splunął nam pod nogi. - Czaicie?
Nie czailiśmy! A raczej czailiśmy: Jaś robi nam primaaprilisowy kawał. Zaraz będzie się śmiał z tego, że daliśmy się wyciągnąć z ciepłego domu.
- Jasiu, prima aprilis już był, masz kłopoty z odczytem kalendarza - zauważyłem z przekąsem.
- To nie prima aprilis. Księżna nie ma telewizora. - Jasiek wysilił się na pełne wyjaśnienie. - Przyjechali, łazili po dachu nie wiadomo po co. Patrzyłem sobie, że jakby co, to babcię zawołać czy jak. Od razu mi nie pasowało. Dwóch gości było. Jeden starszy, siwy, drugi młody, dwuoczny.
- Dwuoczny? Jasiek, puknij się w czoło! Widziałeś czteroocznych ludzi? A może są trzyoczni? - zakpiłem. Miałem dość ględzenia, z którego nic nie wynikało. - Wracamy. Szkoda czasu.
- Chwileczkę. - Dominik musiał wyjaśnić do końca nawet największą bzdurę. - Uporządkujmy naszą wiedzę. Księżna to pani Popławska, tak? Czyli to ta starsza pani, która jest sąsiadką Jasia?
Dominik nie zna wszystkich z naszej ulicy tak dobrze jak ja, więc mu przypomniałem. Sąsiadka Jaśka, Elżbieta Popławska, nazywana księżną Elżbietą, należy do tych staruszek, które wycisnęły ponure piętno na moim życiu. Po pierwsze, budziła we mnie lęk od zawsze. Wystarczyło, że pociągnąłem kota Jaśka za ogon, a ona się zjawiała. Nie krzyczała, tylko pytała, czy czuję, jak kot cierpi. Byłem pewien, że gdybym miał ogon, to pociągnęłaby mnie za niego, żebym pocierpiał dłużej niż kot. Po drugie, lata mijały, a ona zawsze była tak samo stara, więc nic dziwnego, że w dzieciństwie uważałem ją za czarownicę. Przechadzała się po wielkim ogrodzie i gadała z kwiatami albo czytała książki. Gdyby kiedyś wzleciała na miotle, wcale bym się nie zdziwił.
Jednym słowem nie darzyłem jej sympatią i wolałem omijać z daleka. Dominik nie miał tak nieprzyjemnych wspomnień, więc wypytywał dalej.
- Dlaczego niepokoi cię antena na dachu domu twojej sąsiadki? - zwrócił się do Jasia.
- Ona jest jak ten związek, o którym mówiła Przydawka na polaku. Coś z kwiatkiem i kożuchem - wyjaśnił Jaś, jeszcze bardziej gmatwając to, co już i tak zagmatwał.
- Masz na myśli związek frazeologiczny? - Nawet Dominik się zdziwił, że Jaś zapamiętał coś z lekcji polskiego. Czyżby mój niezbyt pracowity sąsiad zaczął uważać na zajęciach?
- No, dobrze czaisz - przyznał Jaś.
- Ta antena pasuje tu jak kwiat do kożucha? - zrozumiałem wreszcie, co Jasiek ma na myśli.
- No, dobrze czaisz - powtórzył, tylko tym razem w moim kierunku.
Jeszcze kilka pytań i wreszcie wydusiliśmy z niego prawie pełne wyjaśnienia sprawy anteny satelitarnej.
Zdaniem Jasia księżna Elżbieta nie miała telewizora i nie zamierzała go kupić. Była nieprzejednaną przeciwniczką tego wynalazku. Wolała radio, patefon, rośliny i książki.
- Jak wygląda patefon? - zapytałem.
- Z tubą, jak trąba twojego ojca - wyjaśnił Jasiek.
- Może ktoś dał jej telewizor w prezencie? - zastanawiał się Dominik.
- Ona nikogo nie ma! - Jaś złościł się na nas za to, że nie podzielamy jego niepokoju. - Ogarnijcie się i słuchajcie! Przyjechali po południu, dwóch gości w roboczych ciuchach, takim busem białym z napisem "TV-ROB Jacek Robiński". Raz jeden gość stał na dachu, a ten drugi zniknął, to znów drugi stał, a pierwszy zniknął. Zamontowali talerz, choć Popławska nie ma telewizora.
No wiecie co! Takiego oryginała jak Jasiek chyba nigdzie nie ma. Wyciągnął nas z domu, bo jego sąsiadce zainstalowali talerz na dachu. Masakra!
- Trzeba było pójść do księżnej Elżbiety i zapytać, co jest grane, a nie gapić się w satelitę! - prychnąłem.
- Kogo miałem zapytać? - Jaś popatrzył na nas, jakbyśmy spadli z księżyca.
Obłęd w ciapki!
- Powiesz wreszcie, dlaczego nas wyciągnąłeś z domu? - spytałem zniecierpliwiony.
Podziałało. Jaś zebrał się w sobie i wreszcie się dowiedzieliśmy, co go niepokoi. Nie mógł porozmawiać z księżną Elżbietą, bo sąsiadka wyjechała do sanatorium. Miała jechać tam dopiero jesienią, ale dostała niespodziewany telefon z propozycją gratisowego pobytu. Musiała tylko natychmiast podjąć decyzję, coś jakby last minute. Bez wahania zdecydowała, że jedzie.
- Chcesz powiedzieć, że twojej sąsiadki nie było z domu, gdy przyjechali ci od satelity? - upewniał się Dominik.
Jaś przytaknął.
- Chcesz powiedzieć, że mimo to weszli na dach i zamontowali satelitę? - dopytałem.
- Chcę powiedzieć! Założę się, że księżna nic nie wie o satelicie. Ona nie ma telewizora i jej też nie ma! A satelita jest i kabel od anteny zwisa sobie. Gdyby była i miała telewizor, to kabel przeciągnęliby do mieszkania. Czaicie?!
O-o, to zaczyna być ciekawe - pomyślałem. Pod nieobecność właścicielki domu dwóch kolesi wchodzi na jej podwórko, włazi na dach i niby to montuje antenę, a tak naprawdę włamuje się do mieszkania. Z tego może być sprawa dla detektywa!
- Dzięki, Jasiu! - Klepnąłem go w ramię.
- Przeanalizujmy to. - Dominik zachowywał się jak zawsze: powściągliwie. - Widzimy, że coś przybyło, a nie ubyło. Pani Popławska dostała talerz satelitarny, w dodatku od razu z montażem. Przecież mogło tak być, że ekipę umówiła wcześniej, potem się okazało, że wyjeżdża w tempie ekspresowym, montażu nie odwołała, więc przyjechali i zamontowali. Księżna po powrocie przeciągnie kabel do mieszkania i podłączy do telewizora.
Ten to ma dar psucia radości! Człowiek haruje na lekcjach, a kiedy wreszcie może zająć umysł czymś naprawdę pożytecznym, to taki prymusiasty Dominik odbiera mu całą przyjemność.
- Księżna Elżbieta nie ma telewizora i nie będzie miała. Słyszałeś, co powiedział Jaś? Słyszałeś - odpowiedziałem sobie i dodałem pojednawczo: - No dobra, musimy sprawdzić, czy te TV-ROB-y włamały się do środka. Jeśli nie było włamania, damy sobie spokój i wrócimy do matmy.
Myślałem, że tym zapewnieniem uspokoję Dominika, jednak on nadał kombinował pod górkę. Uparł się, że trzeba zadzwonić do sanatorium i spytać księżną Elżbietę, czy zamówiła instalację anteny satelitarnej.
- Chcesz, żeby kopnęła w kalendarz? Ona tam pojechała z chorym sercem. Dowie się o gościach na dachu i umrze na zawał jak nasz kot - obruszył się Jasiek.
Nie wiedziałem, że kot Jaśka (ten, którego w dzieciństwie ciągnąłem za ogon) umarł na zawał, myślałem, że ze starości. Nieważne. Ważne, że satelita księżnej Elżbiety czeka na wyjaśnienie!
Dominik niechętnie wycofał się ze swojego pomysłu.
- Jak sprawdzimy, czy dokonano włamania? - spytał.
To akurat było najprostsze pod słońcem.
- Włamiemy się - powiedziałem i zatarłem ręce z radości.
- Mocne! - pochwalił mnie Jaś i splunął na leniwą ulicę, na której nic, ale to NIC się nie działo. Ale będzie się dziać!
IISiedem dni przed sprawdzianem, cd.
Dominik zgodził się na włamanie w celu weryfikacji naszych podejrzeń co do przestępczego charakteru niezrozumiałych działań monterów firmy TV-ROB, jednak starał się zrobić wszystko, żeby do niego nie doszło. Nie chciał łamać prawa nawet w słusznej sprawie.
Jeszcze raz przepytał Jaśka. Informacje, które zebrał, były interesujące, ale niczego nie wyjaśniły. Biały bus miał na bocznych drzwiach logo i nazwę firmy TV-ROB. Jasiek nie zapamiętał numerów rejestracyjnych, niestety. Monterzy byli w różnym wieku, jeden starszy, niski, siwiejący, drugi znacznie młodszy, wysoki, blondyn. I - to ciekawe - młodszy miał tęczówki w różnym kolorze: w prawym oku niebieską, a w lewym brązową.
Dobre i to, łatwo będzie go zidentyfikować - pomyślałem. Szkoda, że Jaś nas nie zawołał, gdy montowali antenę.
- Musiałem to przemyśleć. Dziś wiem, że jest sprawa - wyjaśnił.
No tak, brat Bartusia nie grzeszy inteligencją. Za to Bartuś jest bystry jak nikt inny.
Dominik wygooglował firmę TV-ROB. Gdyby nie istniała, mielibyśmy pełne usprawiedliwienie włamania do domu księżnej. Niestety, firma TV-ROB Jacek Robiński miała swoją stronę WWW, a na niej podany adres, numery faksu i telefonu. Dominik wyciągnął komórkę i zadzwonił, żeby spytać, czy Elżbieta Popławska z ulicy Krótkiej zamawiała montaż anteny satelitarnej.
- Kto pyta i w jakim celu? - chciał wiedzieć ten ktoś z drugiej strony.
Dominik się speszył.
- W... w celu weryfikacji - wybąkał.
Oczywiście otrzymał jedyną możliwą odpowiedź: firma nie udziela tego rodzaju informacji każdemu, kto do niej zadzwoni, szczególnie jeśli ten ktoś jest u progu mutacji.
- Źle się do tego zabrałeś. Słuchaj i ucz się! - przejąłem inicjatywę. Zadzwoniłem do działu reklamacji i opuściwszy "dzień dobry", jak to zazwyczaj robi mama, gdy dzwoni w sprawie zbyt wysokiego rachunku za telefony, krzyknąłem do słuchawki: - Chcę złożyć reklamację! Państwa pracownicy zamontowali mi antenę satelitarną przedwczoraj, a dziś spadła z dachu! To skandal!
- Tak? Numer umowy poproszę. - Reklamacja bezczelnie ziewnęła do słuchawki.
- Pan zwariował?! W takiej chwili mam szukać umowy?! Antena spadła mi pod nogi! Wystarczyłby jeden krok! Żądam ukarania monterów! I nich mi pan nie ziewa do słuchawki!
Zakrzyczeć go, najważniejsze, to go zakrzyczeć i nie dopuścić do głosu, żeby stracił pewność siebie - podpowiadałem sobie w duchu.
Reklamacja czknęła, ale mi nie przerywała.
- Biały bus miał na bocznych drzwiach logo waszej firmy - ciągnąłem - i napis "TV-ROB Jacek Robiński!". Młodszy monter ma prawe oko niebieskie, a lewe brązowe! Z pewnością nie macie wielu takich pracowników i znajdziecie go bez numeru mojej umowy! Proszę go tutaj przysłać jeszcze dziś, bo oskarżę was o spowodowanie śmiertelnego zagrożenia dla mnie i moich bliskich!
Wystarczy! - powiedziałem sobie.
Reklamacja przestała ziewać. Stwierdziła, że w firmie nie ma ani jednego pracownika o różnym kolorze tęczówek. Nie ma też busów z logo, ponieważ zostały zezłomowane, nowe nie mają na bocznych drzwiach żadnych napisów, więc najlepiej zrobię, jeśli znajdę numer umowy albo...
Usłyszałem to, co chciałem usłyszeć. Firma TV-ROB jest prawdziwa, ale, moim zdaniem, bus, którym przyjechali niby-monterzy, nie trafił na złom, tylko do gościa o kolorowych oczach albo do jego siwiejącego kumpla. I przynajmniej ten dwuoczny, jak nazwał go Jaś, nie jest pracownikiem firmy.
- Kocham cię, reklamacjo! - rzuciłem do słuchawki. Triumfalnie popatrzyłem na kamienną twarz Dominika. - Idziemy na włam! - zarządziłem.
Jaś, choć myśli wolno, zareagował bardzo szybko.
- Mówiłem, że ta satelita to ściema. Nie masz wyjścia, Dominik, musisz złamać prawo - poparł mnie z całym przekonaniem.
Nie było czasu na dłuższe przygotowania. Akcję należało przeprowadzić, zanim mama się zorientuje, że przestałem zakuwać. Dostała obłędu w ciapki na punkcie moich ocen. Na szczęście tata nie panikuje i pozwala mi "złapać oddech".
Włamanie, a ściślej "działanie operacyjne", miało polegać na sprawdzeniu, czy w domu Popławskiej są ślady włamania i kradzieży. Jeśli tak, a byłem prawie pewien, że tak, naszym zadaniem będzie wykrycie sprawców, zanim księżna Elżbieta wróci z sanatorium.
- Wiecie, co mnie najbardziej zastanawia? - odezwał się Dominik. - Gratisowy pobyt w sanatorium, który zaproponowano księżnej. Takie rzeczy oferują biura podróży albo spa, żeby się zareklamować, ale nie sanatoria dla ubogich emerytów. Tam trzeba dopłacać. Niedużo, ale trzeba. Coś mi tu nie pasuje...
Nie wytrzymam z tym marudą! Zamiast się cieszyć, że mamy sprawę, więc odpoczniemy od nauki, nie podobają mu się gratisy dla emerytów. Przecież nie zajmujemy się działalnością sanatoriów, tylko domniemanym włamaniem. Mnie zastanawiało coś innego: jaką drogę włamania wybrać. Drzwiami? Oknem? Przez właz na dachu?
Nie mieliśmy drabiny, żeby się dostać na dach, zresztą właz jest od strony ulicy, każdy mógłby nas zauważyć. Drzwi miały trzy solidne zamki, w dodatku były widoczne z okien babci Bocianowej, czyli babci Jasia i Bartusia. Pozostały okna.
Obejrzałem dom z każdej strony i wybrałem podłużne okienko prowadzące do piwnicy. Znajdowało się pod schodami od strony ogrodu, więc nie musieliśmy się obawiać zdemaskowania przez przechodniów. Okno było bardzo wąskie, ale żaden z nas nie jest napakowanym kulturystą, zatem nie powinno być problemu z jego pokonaniem.
Wyjąłem z kieszeni śrubokręt i młotek, podważyłem zawiasy, i droga była wolna.
Zaczyna się śledztwo! - pomyślałem z nieskrywaną radością. Przecisnąłem się przez okno i spadłem na coś twardego. Stos kamieni czy coś podobnego.
- Przez to okno wsypują węgiel do piwnicy! - Jasiek sapnął, lądując obok mnie.
- Księżna nie używa gazu do ogrzewania? - zdziwiłem się.
- Ani gazu do ogrzewania, ani telewizora do oglądania. Przecież mówiłem - przypomniał Jaś.
Otrzepałem ręce. W piwnicy było ciemno. Wąskie okienko ukryte w cieniu pod schodami wpuszczało bury cień zamiast światła.
Włączyliśmy latarki. W przeciwieństwie do całego budynku piwnica nie była zbyt duża. Pod oknem leżał stos węgla, z boku kilka desek, pod ścianami na metalowych półkach stały słoiki z przetworami. W głębi, po lewej, szerokie drewniane schody biegły w górę aż do drzwi.
- Zamknięte - szepnął Dominik.
- Tylko jeden zamek. Nawet Młodszy sobie z nim poradzi - stwierdziłem zadowolony.
Po chwili zamek ustąpił. Ostrożnie uchyliłem drzwi. Korytarz bez okien był równie ciemny jak piwnica. Przesunąłem światłem latarki w prawo, w lewo: drewniany wieszak na ścianie po prawej stronie drzwi wejściowych - notowałem w myślach - pod wieszakiem szafka na buty, na podłodze chodnik w brązowe i bordowe ciapki, na przeciwległej ścianie półki wypełnione książkami, dalej, na tej samej ścianie, cztery obrazy w grubych, złoconych ramach. Porządek i cisza. Żadnych śladów włamania.
Jasiek otworzył drzwi prowadzące do obszernego pokoju.
- Salon - zakomunikował.
Zasłony były zaciągnięte, więc niewiele zobaczyliśmy, tym bardziej że na dworze zapadł już zmrok. Zgasiliśmy latarki, wysokie okna salonu wychodziły na ulicę, należało więc postępować ostrożnie. Dopiero kiedy oczy przywykły do półmroku, rozejrzeliśmy się dookoła. Na środku salonu stała kanapa przykryta kolorową narzutą. W naszych domach taka kanapa stoi na wprost kina domowego albo chociaż najzwyklejszego stolika z najzwyklejszym telewizorem, jednak tu było inaczej. Na wprost kanapy znajdowały się półki, na których zmieściłby się telewizor, pod warunkiem że usunęłoby się równe rzędy grubych ksiąg.
Obok kanapy stał mały, okrągły stolik, a na nim lampka nocna, dwie książki, z których wystawały papierowe zakładki. Pod oknem, na komodzie, dostrzegłem jakieś dziwne urządzenie z tubą. To ten cały patefon - przypomniałem sobie. Wzdłuż pozostałych ścian, na podstawkach, zawieszkach i przywieszkach stały doniczki i donice z najróżniejszą zieleniną, którą nazywają kwiatami.
- Oranżeria w bibliotece - podsumował Dominik.
- No. Księżna Elżbieta ma hopla na punkcie kwiatów. Obie z moją babcią go mają. - W głosie Jaśka usłyszałem dumę.
- U was nie ma tyle kwiatów - zauważyłem.
- Babcia jest początkującą oranżystką. Księżna ją uczy.
Dominik zdusił śmiech. Wystraszyłem się, że zacznie przynudzać na temat znaczenia wyrazów oranżystka i oranżeria, dlatego przerwałem to bleblanie o kwiatkach.
- Nie grzebcie się. Jeszcze ktoś weźmie nas za prawdziwych włamywaczy.
Obejrzeliśmy kolejne pokoje, kuchnię i łazienkę. Wszędzie stały regały z książkami (w łazience też!) i panoszyła się kwitnąca zielenina. Od zapachu kwiatów aż wierciło w nosie. U nas w domu nie ma kwiatów. Chyba wszystkie zdechły, zanim się urodziłem. Czasami rodzice dostają w prezencie jakąś roślinę w doniczce, zachwycają się nią przez parę godzin, a po tygodniu już jej nie ma, tylko suchy badyl sterczy smętnie z zeschniętej ziemi. Mama mówi, że emitujemy złą aurę z powodu stresów, i to ona zabija delikatną zieleninę. Może... stresów w naszym domu jest aż za dużo, ale mnie się wydaje, że ktoś powinien podlewać te badyle, zanim uschną. W każdym razie ja się do podlewania nie zgłaszam, wystarczy, że muszę zajmować się młodszym bratem.
Przeszliśmy przez wszystkie pomieszczenia na parterze i nie znaleźliśmy żadnych śladów włamania czy kradzieży. Wszędzie panował wzorowy porządek. Na końcu długiego, szerokiego korytarza znajdowały się drewniane schody, które wznosiły się w górę po linii półokręgu.
- Idziemy na poddasze. Jeśli włamywacze weszli przez właz w dachu, tam powinniśmy szukać ich śladów.
Na górze w obszernym korytarzu stała zakurzona komoda w stylu Ludwika XIV, co uświadomił nam wszystkowiedzący Dominik. Troje drzwi prowadziło do pomieszczeń od strony podwórka, a czwarte, od strony ulicy - na strych.
- Dominik sprawdza pokoje, a my strych! - Rozdzieliłem zadania.
Energicznie otworzyłem drzwi, podrywając w górę chmurę kurzu, która uderzyła mnie prosto w twarz.
- Mega graciarnia! - szepnął Jasiek, wodząc dokoła bladym światłem latarki.
Zasłoniłem nos kapturem bluzy, żeby nie kichnąć, i wszedłem do środka. Manewrując między półkami, pudłami, skrzyniami i zdezelowanymi meblami, dobrnąłem do miejsca, w którym powinien znajdować się właz. Poświeciłem w górę.
Jest!
Właz wyglądał solidnie, ale nie był zabezpieczony. Żadnej kłódki, zasuwy czy innego zamykającego mechanizmu. Wystarczyło chwycić za uchwyt i pchnąć w górę.
- Jasiek, poświeć - poprosiłem.
Miałem nadzieję, że w świetle dwóch latarek zobaczę coś więcej.
I zobaczyłem. Pajęczyny wokół włazu były pozrywane!
Skierowałem latarkę w dół. Na burych deskach leżała warstwa burego kurzu, jednak... pod samym włazem warstwa kurzu nie układała się tak gładko.
- Zawołaj Dominika - poprosiłem Jasia i wcisnąłem się między półki.
Lepkie pajęczyny oblepiły mi twarz. Poczułem się jak mucha w matni. Cóż, praca detektywa nieprzyjemna bywa (staram się unikać głupich rymów, jednak nie zawsze mi to wychodzi, przepraszam).
Mimo pajęczynowego kokonu zrobiłem parę kroków i przestałem się złościć na pająki. W głębi, pod samą ścianą, zobaczyłem dużą drewnianą skrzynię w malowane kwiaty. Wieko było niedomknięte, a obok skrzyni leżało kilka kartek i kopert. Przyjrzałem się im uważnie - bingo! - na żadnej z nich nie było śladu kurzu.
Ostrożnie uniosłem wieko. W środku odkryłem podobne kartki i koperty. Wszystko wskazywało na to, że ktoś grzebał w skrzyni i stąd wzięły się niezakurzone papiery na podłodze.
- O-o... - Usłyszałem za sobą głos Dominika. - Chyba miałeś rację. Ktoś tu był.
Skierowaliśmy światło trzech latarek w głąb skrzyni. Takiego bałaganu nie ma nawet w mojej szafie - pomyślałem. Ktoś musiał w niej grzebać, to pewne.
- Mamy sprawę, Dominiczku! - szepnąłem pół żartem, pół serio, choć tak naprawdę rozpierała mnie radość.
- Mamy sprawę, Teodorku! - przyznał Dominik. Mówił spokojnie, jednak wiedziałem, że i on czuje radość. Nie byłby przecież detektywem, gdyby nie cieszyła go łamigłówka związana z satelitą księżnej Elżbiety.
- Od początku mówiłem, że to sprawa dla was! - Jasiek przypomniał nam o swojej obecności.
We trójkę pochyliliśmy się nad skrzynią. Leżały w niej jakieś paski do spodni, papierośnice, pędzle do golenia, skórzane etui na okulary, kilka portfeli, spinki do koszul, srebrne sygnety, pióra do pisania, a nawet muszle i kamyki. Wszystko to splątane, wyrzucone z pudeł i przysypane papierzyskami, wśród których najwięcej było pożółkłych kopert i ręcznie pisanych listów. Większość z nich zdobiły kolorowe inicjały i przeróżne kwiatki-szmatki.
- Jakaś "Twoja na wieki Kazia" pisze do Wincentego w tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym roku! - Jasiek przerzucał kolejne kartki. - O! A tu jest podpis: "Maleńka Buba"! Hi, hi. A tu "Martwa z tęsknoty Żanet". A pod tym listem aż dwie się podpisały: "Stella i Maruta". Wszystkie listy są do Wincentego. Miał gostek branie!
Może i miał, ale nikt nie włamuje się po to, żeby policzyć, ile dziewczyn miał jakiś Wincenty z początku XX wieku - pomyślałem.
- W sypialni, tej na poddaszu, też są takie listy na...
- Skupmy się na ważniejszych sprawach - przerwałem Dominikowi. - Chyba nie myślicie, że TV-ROB-y włamały się po listy Buby. Co jeszcze tutaj mamy?
- Okulary, pewnie tego Wincentego - ciągnął Jaś. - Drewniane pudełka, toporek...
- Ciupaga, Jasiu - poprawił go dokładny Dominik.
- Eee, różne graty - podsumował Jaś.
Faktycznie, w skrzyni były same graty. Grzebaliśmy w nich w nadziei, że nas olśni i znajdziemy wskazówkę, ślad, poszlakę, no wiecie, coś, co pomoże zrozumieć, czego szukały tu dwa typy z dachu.
- Ciii! Słyszycie? - szepnął Dominik.
Nastawiliśmy uszu. Coś zgrzytnęło. Czyżby klucz w zamku? Hałas się powtórzył. Teraz był całkiem wyraźny. Nie uwierzycie. Ktoś otwierał drzwi wejściowe!
Zastygliśmy.
- Zgaście latarki! - poleciłem przytomnie.
Wstrzymaliśmy oddech.
Jeszcze jeden zgrzyt. To drugi zamek - liczyłem w myślach. Kolejny zgrzyt i trzeci zamek ustąpił. Czyżby Popławska niespodziewanie wróciła z sanatorium? Jeśli to ona, zapali światło w korytarzu na dole.
Ostrożnie, po omacku, podszedłem do drzwi i wyjrzałem na korytarz. Smuga światła powinna być widoczna na schodach... Z dołu dobiegał szmer, szuranie, jednak nic nie rozproszyło głębokich ciemności.
Włamywacze! - zrozumiałem. Wrócili, żeby kontynuować poszukiwania! Poprzednio przepłoszył ich Jaś, więc dziś wybrali inną drogę: drzwiami! Może nawet pojechali do sanatorium i ukradli księżnej Elżbiecie klucze?
- Wrócili! Siwy i dwuoczny! - Jaś rozumował podobnie jak ja.
Serce zabiło mi mocniej. Zobaczyć przestępców w akcji i przyłapać ich na gorącym uczynku - to byłoby coś! Opisaliby nas w gazetach. O takiej reklamie biura detektywistycznego nie mógłbym nawet marzyć.