Deszcz - Marcin Ciszewski

-
Proszę czekać

NIEDZIELA

Tyszkiewicz stał przed lustrem i bez powodzenia próbował zawiązać krawat.

- Wyglądam jak idiota - powiedział.

Wyjściowy mundur nie leżał dobrze. Jakub odkurzył go i wyprasował - mimo to nadal fatalnie się układał. Wypolerował też buty, co w żaden sposób nie poprawiło mu samopoczucia. Nie pamiętał, kiedy ostatnio chodził w mundurze, o wersji wyjściowej nie wspominając. Jutro będzie musiał go założyć, co oczywiście niczego nie zmieni, a nastrój pogorszy jeszcze bardziej.

Poczuł na ramionach dłonie żony i ten szczególny rodzaj ciepła na karku, który bierze się z czyjegoś uśmiechu. Wczorajszy wieczór, noc i dzisiejszy poranek zostawiły w nich ślad - gęstą, czułą pamięć bliskości. Tamte godziny mogłyby trwać w nieskończoność i dziwnie kontrastowały z jego obecnym nastrojem.

- Mundurek jest po prostu o numer za mały, to wszystko - powiedziała.

- Albo właściciel o numer za duży.

- Chciałam być uprzejma.

Jakub przyjrzał się facetowi w lustrze. Noc w domu, z Heleną i odcięcie się od wieści ze świata posłużyły mu. Worki pod oczami zbladły, zmarszczki stały się mniej widoczne, niemal zniknęła chorobliwa bladość policzków. Ręce przestały drżeć. Nawet siwizna na skroniach i czoło wyższe niż jeszcze rok temu przestały go drażnić. Być może jutro nie będzie wyglądał jak pacjent OIOM-u.

Być może.

- Wezmę się za siebie - obiecał. - Wkrótce będę miał nadmiar wolnego czasu. Zacznę chodzić na siłownię, biegać, może pojeżdżę na rowerze. Tu czy w Portugalii, gdziekolwiek.

Dłonie Heleny zacisnęły się lekko.

- Nie rób tego - powiedziała.

- Czego? Nie jeździć na rowerze?

- Nie dawaj im satysfakcji.

Zerknął na niemy telewizyjny obraz. Eksperci dyskutowali o jutrzejszym zaprzysiężeniu nowego rządu. Ranne głosowanie w Sejmie zajmie kwadrans. Zaprzysiężenie u prezydenta pół godziny. Nazwiska nowych ministrów od dawna nie były tajemnicą. Zarówno wewnętrzna, jak i zewnętrzna polityka miały zyskać nowy wymiar. Fala rosła. I nabierała pędu.

- To nie ma sensu - zaprotestował słabo. Spał dobrze, przez cały wieczór rozmawiał z Heleną i bawił się z dziećmi, ale myśleć nie przestał.

- Niech oni cię wyrzucą. Niech zrobią pierwszy krok. Ty nie musisz niczego udowadniać.

Deszcz za oknem był niemal niesłyszalny, niewidoczny, niematerialny, a jednak był, nie dało się od niego uciec.

Przemknęło mu przez głowę, żeby jej powiedzieć wszystko, bez upiększania, postawić ją oko w oko z wymową surowych faktów. Zwolnienie z pracy, nawet w trybie dyscyplinarnym, oznaczało dopiero początek kłopotów. Opłacenie dobrego adwokata pochłonie fortunę, a więzienia uda się uniknąć tylko przy szczęśliwym splocie okoliczności. Niedawna wizyta prokuratora Kalca oraz podinspektora Berdycha, faceta z wydziału wewnętrznego, dała pierwszy, bardzo konkretny sygnał, co nowa władza dla niego szykuje. Zagrożenie traktował poważnie, choć nie przygotował jeszcze precyzyjnej linii obrony. Przekonanie o słuszności podejmowanych działań było argumentem zasługującym tylko na wzruszenie ramion, nigdy nie miał co do tego złudzeń. Tak, popyta o cwanego mecenasa, poukładanego z nowym reżimem.

Powinien powiedzieć to wszystko żonie, ale nie powiedział.

Dociągnął węzeł krawata, jeszcze raz spojrzał w lustro i się odwrócił. Helena trzymała w ręku szklankę soku pomarańczowego. Na kuchennym blacie stał laptop. Jakub wskazał brodą ekran, na którym nieduży, parterowy dom ze zgrabnym gankiem i jasną elewacją wygrzewał się w blasku południowego słońca. Pobliskie morze odcinało się od matowego beżu piasku czystą zielenią. Oferta przyszła wczoraj. Mieli się szybko zdecydować.

- Zadzwonisz do agenta? - zapytał.

- Już dzwoniłam. Jestem z nim umówiona jutro w południe.

- Lecisz do Portugalii? - zdziwił się.

- Mam lot o szóstej rano. Zanim odbiorę auto z wypożyczalni i dojadę na miejsce, będzie akurat południe - dodała. - Wrócę późnym wieczorem. Opiekunka zajmie się dziećmi.

- Przecież masz tę cholerną aukcję.

- W środę. Lester wytrzyma beze mnie dwanaście godzin.

- Służby się wściekną.

- Przeżyję.

Jakub ponownie zerknął na ekran. Poczuł przypływ spokoju i silne pragnienie, by znaleźć się na wybrzeżu oceanu już teraz. Żona, dzieci, woda, słońce, może łódka. W sumie, dlaczego nie? Helena nigdy nie miała problemu z wydawaniem pieniędzy. Przyzwoity używany jacht morski można kupić za osiemdziesiąt tysięcy euro. Tymczasem podczas ubiegłotygodniowej aukcji jego żona zarobiła trzy razy tyle. Zniknięcie na jakimś atlantyckim zadupiu jego sprawie nie zaszkodzi, a możliwe, że niektórym najbardziej zajadłym pomoże o nim zapomnieć. Tak, będzie pływał i uczył Lolka podstaw żeglarstwa.

Naiwne. Ale był w takim nastroju, że chwytał się również naiwności.

Pocałował ją.

- Nie muszę się zwalniać, sami mnie wywalą. Wizyta u nowego ministra potrwa pięć minut - powiedział. - Odbębnisz aukcję i wyniesiemy się na dobre. Pojedziemy samochodem, przez całą Europę. I nie będzie nam się nigdzie spieszyło.

- Na zdjęciach wszystko zawsze ładnie wygląda - zaśmiała się. - Pojadę, obejrzę i od razu zadzwonię do ciebie. Będzie dobrze, kupię ten dom. Wtedy pojedziemy.

Pocałował ją ponownie, tym razem dłużej. Odwzajemniła pocałunek.

Założył gabardynowy płaszcz i zapiął go pod szyję.

- Rasowy pies w stroju galowym - orzekła Helena, przyglądając mu się z szelmowskim uśmiechem. - Troszkę przytyty, ale ujdzie.

- No, no - mruknął z rozbawieniem i zaczął uwalniać pierwszy guzik.

***

Spotkanie zaplanowane zostało na trzynastą.

Janina Bogucka przyjrzała się zgromadzonym. Wszyscy przybyli punktualnie. Sześciu mężczyzn. Sześciu polityków - i ona, która w żadnej mierze nie uważała się za polityka. Kosztowne, przeważnie szyte na miarę garnitury kontrastowały z czarną garsonką z taniego materiału i znoszonymi czółenkami, których nie zamieniłaby na nic innego. Bogucka miała siedemdziesiątkę na karku, jednak czuła się młodsza niż większość gości.

- Jeszcze wczoraj późnym wieczorem odbyłam kilka rozmów telefonicznych - oświadczyła. Zawsze od razu przechodziła do rzeczy. Nie znosiła pustosłowia. - Nie muszę chyba tłumaczyć, że były bardzo nieprzyjemne. Wywiad tego policjanta narobił dużo złego. Moskwa już wezwała swojego ambasadora na konsultacje, a nasi dyplomaci dostali nakaz opuszczenia placówek w ciągu dwudziestu czterech godzin. Zapowiadają dalsze restrykcje. Mają do nas pretensje. Słuszne.

Pawłowski, szef największej partii zwycięskiej koalicji, mający w najbliższej przyszłości objąć tekę premiera, wyglądał na zmarzniętego, choć ogrzewanie w urządzonym z wytworną dyskrecją salonie działało bez zarzutu. Reszta gości siedziała nieruchomo. Na początku spotkania pojawił się kelner, przyjął zamówienia i bezszelestnie zniknął.

- Jutro zmieni się rząd - powiedział Pawłowski. Był zmęczony ciągnącymi się od wyborów wielogodzinnymi naradami dotyczącymi powyborczej układanki personalnej. Działacze zgłaszali żądania rosnące proporcjonalnie do ich zaostrzonych wieloletnim oczekiwaniem apetytów. A on nie mógł każdemu z osobna tłumaczyć, że większości decyzji nie jest władny podejmować samodzielnie. - Podważymy bzdury ujawnione przez Tyszkiewicza, ukarzemy winnych, jego samego w pierwszej kolejności. Pozwolimy im na parę lukratywnych przejęć. Wymienimy ambasadora na bardziej przyjaznego.

- Do wynagrodzenia im strat zaraz przejdziemy. - Bogucka się skrzywiła. Pawłowski nie grzeszył ani inteligencją, ani dobrą orientacją w sprawach międzynarodowych. Dlatego zostanie premierem. Zgodziła się na jego kandydaturę, tolerowała go, ale czasem trudno jej było ukryć, jak bardzo ją irytował. - Nie w tym rzecz. Uważają, że nie panujemy nad sytuacją. I mają rację.

- No, jednak nie my rządziliśmy - wtrącił Tokarski. Jego partia przekonująco wygrała wybory, a on sam już wkrótce zostanie ministrem spraw wewnętrznych, człowiekiem obdarzonym największą władzą w kraju. Nie potrafił jednak wykrzesać z siebie entuzjazmu. Dzisiejszy poranek był nawet gorszy od poprzednich. Czas oczywiście robił swoje, powoli, niepostrzeżenie; głos, śmiech, nawet wybuchy złości córki stawały się coraz bardziej odległe, matowe, traciły wyrazistość. Mijające lata zacierały szczegóły, ale nie potrafiły stępić bólu. W takie poranki jak dzisiejszy Olga stała mu przed oczami jak żywa. Nie umiał myśleć o niczym innym. Musiał użyć całej siły woli, by skupić się na temacie rozmowy. - Oni mieli jednak znacznie większe możliwości, choćby z racji zwierzchnictwa nad służbami.

- Olku, zwierzchnictwo formalne to jedno, faktyczna władza pozostaje niezmienna - zaoponowała Bogucka. - Przynajmniej powinna pozostawać. My tymczasem nie zapanowaliśmy nad przebiegiem śledztwa w sprawie katastrofy samolotu. Pozwoliliśmy na aresztowanie braci Pieniążków. Dmitrij Tomkin musiał porzucić interesy i wyjeżdżać w pośpiechu. Bardzo wiele osób poczuło się zagrożonych. O to właśnie nasi przyjaciele mają pretensje. O niedotrzymywanie zobowiązań i utratę kontroli.

Tokarski przytaknął. Znał Bogucką bardzo długo. Nie uznawał jej za polityczną mentorkę, niemniej dużo się od niej nauczył: spokojnego pragmatyzmu i umiejętności dostrzeżenia, gdzie leżą prawdziwe interesy. Ostrożności połączonej z brutalnością. Zdolności ukrywania zamiarów i celów. Anonimowości. Skuteczności.

Pomyślał, że stąpa po cienkim lodzie. Jego obecni protektorzy mogli z powodzeniem uznawać się za najpotężniejszych na świecie. Ale przecież zawsze coś mogło pójść źle. I on, pionek w tej wielkiej grze, zostanie poświęcony bez chwili wahania. Po raz kolejny się zastanawiał, po co to wszystko robi. Nie miał wielkich potrzeb materialnych. Był zresztą niezależny finansowo - i samotny. Mógł do końca życia poświęcić się lenistwu. Ale zżerający duszę rak pchał go do działania - nawet jeśli motywy nie były do końca jasne.

- To Holt jest wszystkiemu winien, należałoby wyrzucić go z posady - powiedział Pawłowski. - Trzeba pokazać wszem i wobec, że samodzielne inicjatywy nie będą tolerowane.

Janina Bogucka od śmierci ojca ubierała się na czarno. To on uczynił ją tym, kim, mimo zmiennych koniunktur, nadal jeszcze była. Choć nie żył od wielu lat, uważała, że nic nie zwalnia jej z okazywania mu szacunku.

- Holt postąpił nieroztropnie - przyznała, podnosząc do ust szklankę wrzącej, mocnej, słodkiej herbaty (zawsze taką piła), usadowioną w stalowym, inkrustowanym koszyczku. Wywiadu z Tyszkiewiczem nie oglądała na żywo, pochłonięta raczej gaszeniem pożaru spowodowanego aresztowaniem braci Pieniążków. Potem główne tezy wystąpienia streścił jej jeden ze współpracowników. Nadal bolał ją żołądek, uderzony głuchym ciosem gniewu. - Ale nie będziemy go wyrzucać. To w końcu formalnie jego firma, a on jest jednak lojalnym partnerem i wiarygodnym biznesmenem.

- Niech przynajmniej zwolni Sendecką - upierał się premier in spe.

- Nie zrobi tego - odparła Bogucka cierpliwie. - Pokazałby, że nie szanujemy wolności słowa.

Pawłowski z niesmakiem się skrzywił. Bogucka spojrzała na niego ostro.

- Zachowanie pozorów jest ważne - stwierdziła. Jej głos brzmiał surowo. - Mamy do wygrania zbyt wiele rzeczy, by zaniedbywać szczegóły. A widzowie ją lubią. Nie mówiąc o tym, że robi połowę oglądalności stacji. Czy muszę przypominać, że to nasz główny kanał komunikacji z elektoratem?

Tokarski zaśmiał się w duchu. Znał tę mantrę na pamięć; demokracja, europejskie wartości, tolerancja wobec cudzych poglądów, wolność wypowiedzi. Wszystko oczywiście w ściśle określonych ramach nowoczesnego rozumienia tych pojęć.

- Holt zachował się nieodpowiedzialnie, Sendecka jest zwykłą piranią łasą na słupki oglądalności, czyli na kasę - powiedział. - Co nie zmienia faktu, że mamy, co mamy. Musimy zareagować na wersję przedstawioną przez tego... - zawahał się przywołany do porządku spojrzeniem Boguckiej. Znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie toleruje wulgaryzmów i prostackich sformułowań. Z partyjnego zebrania wyszłaby po minucie, o ile w ogóle by się na nim znalazła. - Przez Tyszkiewicza.

- Weź na siebie policjanta. - Nadal patrzyła na niego uważnie. - My zneutralizujemy jego wersję wydarzeń.

Kiwnął głową. Słuchał na żywo tego nieszczęsnego wywiadu, przeszedł do porządku dziennego nad złożonymi publicznie przeprosinami, po rewelacjach o sobowtórze zaciskał pięści i marzył o momencie, gdy będzie mógł w końcu ruszyć do akcji. Choć przez ostatnie lata nauczył się cierpliwości, żałował, że na skutki przyjdzie jeszcze poczekać.

- Tyszkiewicz zostanie wyeliminowany - obiecał. - Na dobre. Wy macie trudniejsze zadanie.

Bogucka wiedziała o tym lepiej od niego.

- Po wizycie amerykańskiego prezydenta - odparła.

Wszyscy podnieśli głowy.

Cyrk zaczął się jeszcze wczoraj wieczorem, pół godziny po emisji. Rosjanie zareagowali wściekłym oburzeniem na sugestię udziału w zamachu, głos w telewizji zabrał osobiście prezydent Federacji Rosyjskiej. Stanowczo odrzucił tezę, że w samolocie był sobowtór ministra, i zagroził Polsce daleko idącymi konsekwencjami. Mimo późnej pory sprawa odbiła się szerokim echem w konserwatywnych mediach na całym świecie. Media liberalne zarzuciły obecnemu jeszcze rządowi stosowanie brudnych metod wobec przeciwników politycznych, co dawało pewną osłonę, ale faktów nie zmieniało. Gdy nowy rząd obejmie władzę, przyjdzie popracować nad ukryciem części z nich, a wyeksponowaniem innych. Niemniej bracia Pieniążkowie zostali aresztowani, a zgromadzony przeciw nim materiał dowodowy wyglądał na niemożliwy do podważenia. Zaufany adwokat przekazał, że obaj przysięgli zachować milczenie, ale takich rzeczy człowiek nigdy nie jest pewny. Rzeczą najpilniejszej wagi będzie przydzielenie do sprawy prokuratora podzielającego poczucie odpowiedzialności nowej władzy za kraj.

- Słucham? - zapytał Korkuć, prezes mniejszej z koalicyjnych partii, poruszając się niespokojnie. Był zajadłym przeciwnikiem porozumienia z Amerykanami. Chciał spokoju na wszystkich frontach, zwłaszcza na rosyjskim. Nazajutrz miał objąć stanowisko wicepremiera i ministra spraw zagranicznych. Od wielu dni ciężko pracował nad nowym ułożeniem pionków na wewnętrznej szachownicy. Pragnął tego samego co Bogucka i stojący za nią ludzie. Dlatego zaszedł wysoko. Na arenie międzynarodowej zamierzał po prostu słuchać wskazówek płynących od sojuszników i przyjaciół, by bez dyskusji się do nich stosować.

- Po wizycie Amerykanów - powtórzyła cierpliwie.

- Przecież wizyta miała zostać odwołana - zaprotestował.

- Wizyta się odbędzie i układ zostanie podpisany.

Cisza była tak gęsta, że niemal namacalna. Deszcz ogłosił chwilową przerwę, wiatr zamilkł, uliczka przed domem wyglądała na opustoszałą.

- Nie rozumiem - powiedział Pawłowski. Jego garnitur mienił się w miękkim świetle lamp. Wystylizowana fryzura aż prosiła o kamerę. Miał trzydzieści osiem lat i stał u szczytu kariery. Z dyskretną pomocą Boguckiej tak wielu wrogów przyprawił o polityczną śmierć, że większości nie pamiętał. Niskie ciśnienie i zła pogoda nie robiły na nim wrażenia. Nadal nerwowo zacierał ręce. - Zdecydowana większość naszych wyborców chce szybkiej poprawy stosunków z Brukselą, która jest przeciw układowi. Berlin i Bruksela nas zjedzą, zanim w ogóle powołamy komisje. Amerykański traktat to dla nich wypowiedzenie wojny. Francuzi już kręcą nosem. Żydzi są przeciw układowi, z Izraelem i tak mamy pożar. O Moskwie nawet nie mówię, bo zaraz nam zamkną granicę na głucho. Elektorat oszaleje.

Bogucka ponownie sięgnęła po szklankę. Mdłe światło wczesnego jesiennego popołudnia oświetlało jej twarz, eksponując starość i zmęczenie. Rozdrażniła ją uwaga o Żydach. Była starej daty. I była Żydówką. Dzisiejsze państwo Izrael wzbudzało w niej niechęć.

- Układowi towarzyszyć będą kontrakty na zakup uzbrojenia o łącznej wartości siedemnastu miliardów dolarów - powiedziała. - To będzie największa transakcja w historii Polski. Amerykanie zobowiązali się do zawarcia umów offsetowych w wysokości dziewięćdziesięciu procent tej sumy. Dziewięćdziesiąt procent od siedemnastu miliardów to piętnaście i trzy dziesiąte. Oni te pieniądze zainwestują w nasze fabryki. Nasze. Dodatkowo sześć miliardów złotych pochłonie budowa infrastruktury. To my będziemy ją budowali. Będzie bardzo dużo luźnych pieniędzy. Opłaca nam się podpisać.

Luźne pieniądze. Różnica pomiędzy wartością kontraktu a faktycznymi kosztami jego realizacji. Miliardy wpuszczane do niezliczonych fundacji, NGO-sów, stowarzyszeń. Tysiące posad, przepływów i zależności. Wszyscy obecni w tym pomieszczeniu ludzie - z wyjątkiem Boguckiej - zasiadali w zarządach albo radach nadzorczych przynajmniej kilku takich organizacji. Doskonale wiedzieli, jak wielką rolę w ich życiu grają luźne pieniądze.

- Rosjanie... - bąknął Korkuć, przełykając głośno ślinę.

- Rosjanie dali zielone światło.

Tokarski pokręcił głową z podziwem, choć wiedział już o decyzji skądinąd, i to od kilkunastu godzin. Korkuć cmoknął z niedowierzaniem. Pawłowski odstawił filiżankę z niedopitą kawą. Pozostali trzej mężczyźni, ścisły krąg zaufanych, nawet nie ukrywali zaskoczenia.

- W tej sytuacji? - zapytał Tokarski.

- Właśnie w tej - odparła Bogucka. Najlepiej z obecnych wiedziała, że Rosjanie nigdy nie kierowali się stwarzanymi przez siebie pozorami, umieli za to dostrzec prawdziwe korzyści.

- Czego chcą w zamian? - zapytał Pawłowski.

- Trzydziestu procent naszego udziału. W efekcie wyrażą nadzieję, że nowy rząd będzie prowadził rozsądniejszą politykę, stopniowo przywrócą normalne stosunki dyplomatyczne i ograniczą się do formalnego wyrażenia troski o zachowanie równowagi sił - powiedziała spokojnie.

- Nie wierzę, że chodzi o pieniądze - zaoponował Pawłowski. - Nie w tej sytuacji. Pozwalając na układ, stracą twarz. Nie mówiąc o tym, że trzy eskadry F-35 naprawdę zmienią stosunek sił.

Mój partyjny kolega jest jednak strasznym durniem, pomyślał Tokarski. Bogucka spojrzała na niego. Nikogo nie faworyzowała, ale od dawna miał wrażenie, że z jego zdaniem liczy się najbardziej.

- Przeciwnie, będą mogli podtrzymywać legendę, że zły Zachód chce ich napaść - powiedział, nie zwracając się do nikogo w szczególności. Był pełen podziwu dla pragmatyki działania Rosjan. - Będą mogli zwiększyć budżet na zbrojenia. A my im łaskawie dostarczymy pretekstu i jeszcze odpalimy dolę. Zarobią dwadzieścia razy tyle co my. Tak, chodzi przede wszystkim o pieniądze.

Bogucka nieznacznie skłoniła głowę, jakby w uznaniu trafności argumentacji.

- Zyskamy jeszcze jedno - dodała. - Godząc się na układ, na początku kadencji unikniemy otwartej wojny z prezydentem. To da nam dodatkowych parę punktów premii.

Prezydent należał do poprzedniej ekipy. Dopiero za rok stanie do walki o reelekcję. Sondaże nie dawały mu wielkich szans. Jak cały jego obóz polityczny należał do zagorzałych zwolenników traktatu z Amerykanami. Bogucka miała oczywiście rację: Polacy kochali polityczną zgodę, nawet jeśli była całkowitą fikcją i ograniczała się do gry pozorów. I bali się Rosji.

 

Pawłowski przewidywał szereg trudności, choćby przy gaszeniu oburzenia Niemiec czy Komisji Europejskiej, ale był wystarczająco inteligentny, by zaniechać protestów. Gniew ubranej na czarno kobiety obchodził go bardziej niż cała Bruksela razem wzięta. Miał ambicję, by rządzić co najmniej jedną pełną kadencję.

- Racja - mruknął Tokarski.

- No dobrze - powiedziała Bogucka. Wstała. Mężczyźni podnieśli się również. - Nie zatrzymuję. Odpocznijcie, wyśpijcie się. Jutro zaczniemy nowy rozdział w historii tego kraju.

Goście wyszli w milczeniu, pożegnawszy ją uprzejmym skinieniem głowy.

***

Krzeptowski spojrzał na Barbarę Rakoczy, a potem nieco dłużej zatrzymał wzrok na Kice. Siedzieli w maleńkiej knajpce nieopodal siedziby Biura. Była niedziela, kawiarnia wypełniona po brzegi. Mówili cicho, nie zwracali niczyjej uwagi, łagodna muzyka sączyła się w tle.

- Wolałabym go zapytać. - Kika wyglądała na szczerze zmartwioną.

- Nie odbiera telefonów, trudno mu się dziwić, też bym tak zrobił - odparł Krzeptowski, starając się nie okazywać zniecierpliwienia. - A my mamy robotę.

- Kika ma rację - powiedziała Barbara.

- Wszyscy mamy rację. Jestem waszym szefem. Biorę to na siebie.

Kika pokręciła głową. Doskonale ją rozumiał. Była uporządkowana i lojalna, niedługo wychodziła za mąż, ciężko pracowała na to, żeby nie obawiać się zwolnienia. Nie tak dawno jeszcze ją w tym utwierdzał. Teraz czuł, że musi bronić zasad. Łamać drobne, by zachować te ważniejsze.

- Musimy posprzątać - powtórzył po raz kolejny. - Mamy czas do jutra. Przyjdzie nowy minister, możemy się pakować.

- Chcesz ukrywać dowody?

Westchnął. Tyle lat pracy okazało się daremnych. Czuł coś w rodzaju żalu. Cieszył się, że czuł cokolwiek. Myśl o świeżo usypanym grobie żony krążyła mu po głowie niczym barakuda wokół ofiary. Jeszcze wczoraj umówił się na wizytę u psychiatry. Czytał, że są farmaceutyki, które mogą pomóc. Dziś rano stwierdził, że przez noc motywacja mu nie osłabła; chciał, by życie nie przygniatało go ciężarem ponad siły.

- Chcę usunąć to, co może posłużyć do sformułowania aktu oskarżenia. - Podniósł dłoń, widząc, że Barbara nabiera powietrza w płuca. - Wiecie, jak jest. Fakty można interpretować na różne sposoby.

Kika przyjrzała mu się z uwagą. Miała do czynienia z różnymi sędziami i różnymi prokuratorami. Jednym przeszkadzały rzeczy, które dla innych były niewartymi uwagi drobiazgami. Prowadziła kilka doskonale udokumentowanych śledztw, które zostały zamiecione pod dywan, bo nie było politycznego zapotrzebowania, by ujrzały światło dzienne, o skazaniu sprawców nie wspominając. Odwrotne sytuacje zdarzały się równie często.

- On wie, że chcesz go chronić? - zapytała. Teraz i Barbara zawiesiła spojrzenie na wychudłej twarzy Krzeptowskiego.

- Nie jego - zaprzeczył. - Nas. Za dużo osiągnęliśmy, żeby jakieś obszczymury mówiły, co jest zgodne z nową wykładnią, a co nie.

Barbara Rakoczy pomyślała, że ma do czynienia z interesującym rodzajem lojalności. Ale nie zaprotestowała. Wierzyła, że Krzeptowski wie, co robi. Kilka dni temu działali wspólnie, a ona, choć najadła się strachu, nie tylko przeżyła, ale miała wrażenie, że udało im się coś osiągnąć. Uznała, że może mu zaufać jeszcze raz.

Kika dopiła kawę. Niedawna ulewa na powrót zamieniła się w mżawkę. Chmury krążyły nisko: niebo pochylało się nad ulicami.

- Nie da się posprzątać bez śladu - powiedziała. - Zaczną się jazdy, przesłuchania, uczciwi ludzie dostaną zarzuty.

- Jeśli nie posprzątamy, na Jakubie i na mnie się nie skończy. - Krzeptowskiemu wyraźnie kończyła się cierpliwość.

- To jest karalne - oznajmiła Barbara. - Funkcjonariusz ukrywający czy niszczący dowody... Jezu - westchnęła.

Krzeptowski zamknął oczy. Widział zaciętą, pełną złośliwej satysfakcji twarz Cieńskiego, zwolnionego dyscyplinarnie operatora sekcji bojowej Biura. Facet się mścił, media kupiły jego narrację, riposta Tyszkiewicza we wczorajszym programie Sendeckiej była celna i mocna, ale podzieliła los większości ripost na świecie; okazała się spóźniona. A przecież Cieński był nikim, pionkiem, zaledwie forpocztą ataku. Sendecka, gracz nieporównanie cięższego kalibru, też przecież nie była żadną rozgrywającą.

- Słuchajcie, moje panie - powiedział Krzeptowski. Myśl wyklarowała się w końcu. - Nowi obejmą władzę jutro. Słyszałem z poważnych ust, że jest rozważana koncepcja likwidacji Biura. Jeśli damy im pretekst, zrobią to na pewno.

- Chcą zlikwidować Biuro? - Kice nie udało się zapanować nad mimiką. Nigdy nie zajmowała się wysłuchiwaniem czy komentowaniem plotek - zresztą, przez ostatnich kilka tygodni była tak zajęta, że nie miała nawet czasu odetchnąć.

- W jednym z wariantów, tak.

- No ale przecież jednak parę razy okazaliśmy się przydatni - mruknęła Barbara.

- Nie żartujmy. - Krzeptowski podniósł do ust kawałek szarlotki. Od rana czuł głód. W końcu zaczął jeść. - Już sama nazwa ich drażni. Polska nie powinna kojarzyć się z terroryzmem.

- Bzdury - żachnęła się Kika.

- Ty to wiesz, ja to wiem, Barbara to wie. Reszty to nie obchodzi. Pomyślcie o tym. Ja wylecę na pewno. Ale wy może się uchowacie, nawet jeśli Biuro miałoby przetrwać jako fasada.

- Nie chcę pracować w fasadzie - powiedziała Kika.

- Ale to ty zdecydujesz, nie oni.

- On ma rację - odezwała się Barbara. Wstała. - To, co jest u mnie, skopiuję i przekażę ci. Zdecydujesz sam.

Krzeptowski spojrzał na Kikę.

- Niech będzie - oświadczyła. - Choć uważam, że robimy błąd.

***

Korytarz był długi. Kończył się idącą w górę studnią, zapomnianą i wilgotną jak reszta. Pokonanie dystansu zajęło dwóm ubranym w kombinezony miejskiego przedsiębiorstwa kanalizacyjnego mężczyznom blisko kwadrans - przejście w kilku miejscach zwężało się tak bardzo, że musieli zdejmować plecaki i przeciskać się bokiem. Jeden z odcinków okazał się niski; tam szli na czworakach. Na miejsce dotarli pokryci pajęczynami i pasmami pleśni. W świetle zamontowanych na kaskach latarek widzieli wirujące w powietrzu kropelki wilgoci. Był to ich szósty i zarazem ostatni kurs.

Prowadzący podniósł dłoń. Plecaki wylądowały na ziemi. Zawierały ostatnią, liczącą dwadzieścia kilogramów partię materiału wybuchowego, zwój przewodu elektrycznego, zapalniki oraz odbiornik radiowy. Obaj mężczyźni byli wykwalifikowanymi pirotechnikami. Rozmieszczenie i uzbrojenie ładunków zgromadzonych w stojących pod ścianami dwunastu drewnianych skrzynkach zajęło im kolejny kwadrans. Nim ruszyli z powrotem, obserwowani przez zielone światełko diody kontrolnej odbiornika, jeden z nich przytknął do ust krótkofalówkę.

- Jesteśmy gotowi - powiedział.

Znajdujący się dwa kilometry dalej mężczyzna, którego współpracownicy znali pod imieniem Adam, potwierdził otrzymanie wiadomości i rozłączył się. Siedział przy biurku, pod którym karnym szeregiem stały komputery podłączone do miejskiej sieci monitoringu. Na kilku dużych ekranach widział znaczną część śródmieścia Warszawy. Ludzie przechodzili, migały samochody, ciężko toczyły się autobusy. Nie działo się nic odbiegającego od codziennej szarości, rutynowego pośpiechu wielkiego miasta - poza tym, że padało coraz mocniej. Budynek będący głównym przedmiotem jego zainteresowania stał oddzielony barierkami, mimo krążących wokół kilku patroli policji cichy, na razie bezludny. Mały roadster w kolorze jaskrawej zieleni parkował nieopodal wejścia, ale nie zwracał niczyjej uwagi.

Mężczyzna zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko. Spojrzał na ekran stojącego osobno telewizora. Leciała kolejna powtórka wczorajszego, bijącego rekordy oglądalności politycznego talk-show. Jedna z najpopularniejszych polskich dziennikarek zaciskała usta, wysłuchując rewelacji serwowanych przez dyrektora Biura Zwalczania Terroryzmu CBŚ. Adam mówił po polsku słabo, ale sporo rozumiał.

"Zaraz, zaraz, chwileczkę. Coś się nie zgadza. Powiedział pan, że zamach był inspirowany przez rosyjski wywiad wojskowy..." - powiedziała Beata Sendecka. Wyglądała na coraz bardziej skonsternowaną.

Tyszkiewicz uśmiechnął się z ekranu samymi ustami.

"Rosjanom zależy, żeby porozumienie z Amerykanami nie doszło do skutku" - powiedział. "Sprawstwo Marszu Narodowego było dogodne z kilku powodów. Po pierwsze, użyto do zamachu amerykańskich rakiet, które Stany Zjednoczone dostarczają na Ukrainę w ramach pomocy wojskowej, łatwo więc oskarżyć USA o wspieranie terroryzmu. Po drugie, polskie kontakty z Ukraińcami zostały przedstawione jako dogadywanie się przeciwko Rosji..."

Adam wyłączył telewizor. Wczorajsze sensacje nic go nie obchodziły. Miał swoją robotę do wykonania, tu i teraz. Wstał, rozejrzał się po pokoju, zamknął drzwi na klucz, po czym opuścił niczym niewyróżniający się budynek zlokalizowany przy cichej, sennej śródmiejskiej uliczce.

PONIEDZIAŁEK

Przy goleniu Tyszkiewicz nawet podśpiewywał pod nosem. Dawno nie czuł się tak zrelaksowany i wypoczęty, co nie powinno mieć miejsca, ale miało i to było dobre. Nie zastanawiał się nad tym. Zjedli śniadanie, przyszła opiekunka, Helena wydała jej kilka poleceń, oznajmiła, że wróci nie później niż o jedenastej wieczorem. Jakub chciał powiedzieć, że on pewnie będzie w domu po południu, ale zachował tę uwagę dla siebie. Zeszli do garażu. Mimo ulewy droga na lotnisko zajęła tylko nieco ponad pół godziny. Helena kategorycznie odmówiła odprowadzania. Jakub patrzył, jak idzie w stronę hali odlotów - szczupła, poruszająca się z naturalną lekkością. Poczuł jednocześnie ciepło w sercu i wyrzuty sumienia, niebezpieczną mieszankę, na którą chyba nigdy się nie uodporni. Odprowadzał ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła za szklanymi drzwiami. Do spotkania z ministrem pozostało jeszcze sporo czasu. Wrócił do domu i długo siedział nad kawą, patrząc w deszcz, a potem zasnął. Gdy tuż po przebudzeniu włączył telefon, ujrzał dwadzieścia sześć nieodebranych połączeń i sześć gniewnych esemesów. Dziennikarze, politycy, dyrektor CBŚ, nawet komendant główny. Większość solidarnie zignorował. Jednego wezwania, wysłanego przez nowego szefa, zignorować nie mógł. Nawet się nie dziwił; głosowanie nad wotum zaufania i zaprzysiężenie rządu poszło ekspresowo, jak nigdy dotąd.

Jechał na Mokotów, nadal myśląc o Helenie, w jakimś pokrzepiającym stanie ducha, dziwnie spokojny. Gdy dotarł na Rakowiecką, gmach ministerstwa, na co dzień ponury i przytłaczający, teraz na dodatek owinięty w szarość i zalany deszczem, wydał mu się niczym monstrualny grobowiec. Nawet jednak to posępne skojarzenie nie wybiło Jakuba z nastroju pogodnej zadumy.

Na korytarzu uścisnął dłoń szefa CBŚ, Ślusarskiego. Dyrektor był zmęczony i przygarbiony, ale wyjściowy mundur leżał na nim znacznie lepiej niż na Tyszkiewiczu. Komendant główny pojawił się jak spod ziemi, udawał, że ich nie dostrzega. Przez pięć minut milczeli, nawet nie patrzyli na siebie. W końcu sekretarka zaprosiła wszystkich do gabinetu ministra.

W pomieszczeniu nie zmieniło się nic poza tym, że zniknęła stojąca na biurku fotografia wnuków poprzedniego szefa. Tokarski był rozwiedziony, Tyszkiewicz słyszał plotki, że prowadzi ascetyczne, samotne życie. Na żywo widział go po raz ostatni na pogrzebie córki, kilka lat temu. Od tamtego czasu zaprzysiężony przed dwiema godzinami minister schudł i posiwiał. Rumiana niegdyś twarz pokryła się niezmywalnym, szarym nalotem starości i smutku.

Powitanie było krótkie i formalne.

- Proszę. - Tokarski wskazał ręką fotele ustawione wokół stołu.

Usiedli. Kawa pachniała, to się również nie zmieniło.

- Zanim zaczniemy omawiać najważniejsze zadania, chcę wam coś powiedzieć - zaczął. Głos miał wysoki, chropawy, mówił wolno, jakby zastanawiał się nad każdym słowem. Jakub starał się patrzeć na niego jak na każdego innego człowieka. - Zapewne spodziewacie się zmian. Jasne jest, że najwyższe stanowiska w policji muszą zajmować ludzie, którym będę ufał. Ale na razie niczego nie przesądzam. Muszę wam się przyjrzeć. Zobaczyć w działaniu. Wszyscy mają równy start.

Nie najgorzej, pomyślał Jakub. Spodziewał się raczej pompatycznej mowy pełnej wzniosłych haseł. Facet okazał się zadziwiająco konkretny.

- Waszym głównym, właściwie wyłącznym zadaniem na najbliższych kilka dni jest zabezpieczenie wizyty prezydenta Stanów Zjednoczonych - ciągnął Tokarski. - To i tylko to jest w tej chwili ważne, najważniejsze. Wszystkie inne sprawy mają drugorzędne znaczenie.

- Tak jest - powiedział komendant główny. Jakub starał się ukryć zaskoczenie. Był przekonany, że wizyta zostanie odwołana. Nowy rząd miał zupełnie inne priorytety.

Tokarski po raz pierwszy uważniej przyjrzał się gościom. Siedzieli sztywno, a on patrzył w oczy każdemu po kolei. Przy Jakubie zatrzymał się dłużej. Tyszkiewicz wytrzymał tylko kilka sekund, po czym opuścił wzrok.

Pukanie. Do gabinetu zdecydowanym krokiem weszli pułkownik Mastalerz, szef Urzędu Zabezpieczenia Instytucji Państwa, powołanej dwa lata temu agendy będącej następcą zlikwidowanego BOR-u, dyrektor ABW oraz komendant Żandarmerii Wojskowej. Po krótkim powitaniu wszyscy na powrót usiedli.

- Chciałbym omówić przygotowania do wizyty. Proszę o szczegóły - polecił gospodarz.

Szef UZIP-u chrząknął. Wedle starych ustaleń odpowiadał za wszystko. Żandarm patrzył w okno, wyglądał na niezainteresowanego tematem. Podlegał innemu ministrowi, co nie znaczyło, że zachowa posadę. Dyrektor ABW, podwładny premiera, był tu z uprzejmości i poczucia obowiązku. Za pół godziny on też odbędzie spotkanie z nowym szefem. Jakub zastanawiał się, w ilu teczkach tkwią wnioski o dymisję. Był gotów się założyć, że we wszystkich.

- Air Force One wyląduje na Okęciu w środę o godzinie piętnastej - powiedział Mastalerz. - Lotnisko zostało sprawdzone zarówno przez pirotechników Urzędu, jak i Secret Service. Tu jest raport. - Przesunął w stronę ministra teczkę wypełnioną zadrukowanymi kartkami, mapami, tabelami, wykresami, zdjęciami. - Na płycie lotniska nie będzie oficjalnego powitania, tylko protokolarne. Ceremonia potrwa pięć minut. Potem kolumna pojedzie do Pałacu Prezydenckiego, tam odbędzie się formalne przywitanie przez naszego prezydenta, następnie przewidywane jest dwugodzinne spotkanie robocze obu delegacji. Trasa obstawiona przez oddziały prewencji i żandarmerii, punkt dowodzenia będzie zlokalizowany przy...

Jakub poszedł w ślady żandarma i wyłączył się. Każde słowo znał na pamięć. Przygotowania do wizyty ciągnęły się od dwóch miesięcy. Na spotkania na ogół wysyłał Kikę, na kilku naradach musiał stawić się osobiście. Komórka w kieszeni wibrowała. Świat ciągle czegoś od niego chciał. Odczuł nagłą potrzebę, by sięgnąć do teczki, wbrew radom żony położyć na lśniącym blacie trzyzdaniową prośbę o dymisję ze skutkiem natychmiastowym, wyjść bez oglądania się na odpowiedź, pojechać do domu, spakować siebie i Helenę w kilka walizek, zabrać dzieci pod pachę i ruszyć do Portugalii, nad morze, obojętnie, czy ściany będą stały prosto i czy pieprzona elewacja wymaga malowania na inny kolor. Chrzanić pracę, problemy, przyjazd amerykańskiego prezydenta, chrzanić wystawę, obecność bankierów i celebrytów oraz wszystkich kamer świata. Czuł, że Helena telefonicznie poinstruowałaby go, co ma zabrać, udzieliła szeregu rad, wskazówek i poleceń, umówiliby się w konkretnym miejscu, na przykład pod ratuszowym zegarem w tej maleńkiej rybackiej miejscowości, o ile tam jest jakiś ratusz z zegarem, nawet nie miał czasu sprawdzić. Wyjazd był jej pomysłem, cóż poradzić, on tylko przyklasnął, dom miał być początkowo tylko wakacyjnym azylem, koncepcja szybko się zmieniła, nadal jeszcze niekupiona nieruchomość przerodziła się w stały punkt odniesienia wyznaczający przyszłość. Pomysł spodobał mu się od razu. Helena rzuciła go w kiepskim momencie - Jakub był wtedy wściekły po tym cholernym wywiadzie, telefon dzwonił bez przerwy, aż musiał go wyłączyć. Wystąpienie na żywo u własnej medialnej oponentki okazało się strzałem w stopę, szkodzącym głównie jemu, a sprawcom najmniej. Początkowo nie rozumiał nawet, o czym Lena mówi - nie umiał wskazać na mapie tego zachodniego portugalskiego wybrzeża. Potem złapał, o co chodzi, przejrzał kilka propozycji i zadumał się głęboko, wpatrzony w bezbrzeżny lazur Atlantyku.

Nowe życie, nowe małżeństwo.

Czy naprawdę powinien teraz składać dymisję?

- Panie podinspektorze?

Ocknął się. Dopiero po chwili zrozumiał, że w pokoju panuje cisza, a pytanie skierowane jest do niego.

- Tak?

- Pytałem o pański zakres zadań.

Jakub mechanicznie sięgnął do aktówki, wyjął cienki plik kartek spiętych zszywaczem. Położył plik przed ministrem.

- Przepraszam - powiedział. - Mój zespół zapewni ochronę kontrterrorystyczną całego przyjazdu - przede wszystkim działania wywiadowcze i zapobiegawcze. Uzgodniliśmy również, że sekcja bojowa będzie fizycznie zabezpieczała niektóre punkty wizyty jako wsparcie, a podczas aukcji z udziałem Pierwszych Dam przejmie główny ciężar ochrony galerii. Na stronie drugiej ma pan wymienione lokalizacje, wraz z dokładnym harmonogramem działań, rozlokowaniem sekcji, punktami dowodzenia, umiejscowieniem odwodów i tak dalej.

- Niech mnie pan poprawi, jeśli się mylę - powiedział powoli minister, nawet nie zerkając na dokumenty. - Aukcja odbędzie się równolegle z negocjacjami prowadzonymi przez głowy państw, prawda?

- Niemal. Obie Pierwsze Damy spotkają się w Pałacu Prezydenckim. Później mają dla siebie pół godziny. Następnie przejdą do galerii, gdzie zacznie się aukcja. W tym czasie prezydenci pewnie będą już po rozmowach i rozpoczną konferencję prasową.

- Powiedział pan: przejdą? Panie prezydentowe będą szły na piechotę? W tę pogodę?

- To po drugiej stronie ulicy, panie ministrze. UZIP uznał, że tak będzie najwygodniej.

Tokarski przyjrzał się uważniej Tyszkiewiczowi, ale tym razem Jakub nie uciekł wzrokiem.

- Na aukcji będą wystawiane obrazy pańskiej żony, prawda?

- Tak.

- To duży sukces. Ogromny. Być głównym uczestnikiem wydarzenia medialnego transmitowanego na cały świat.

Jakub poczuł, że się czerwieni. Spodziewał się ataku z kilku możliwych stron, z tej - nie. Nowy szef powinien zrównać go z ziemią za przedwczorajsze wystąpienie w telewizji. Na razie prowadził działania oskrzydlające.

- Moja żona pełni w tym przedsięwzięciu tylko rolę dostawcy przedmiotu sprzedaży - powiedział, będąc pewnym, że w jego głosie pobrzmiewa usprawiedliwienie. Czuł się jak idiota. - Oferuje jeden obraz, reszta pochodzi od kolekcjonerów, którzy zgodzili się odsprzedać swoje egzemplarze.

- Pańska żona robi to, rzecz jasna, bezinteresownie.

Spokojnie, pomyślał Jakub.

- Oczywiście. - Niemal wzruszył ramionami. - Całość dochodu z oferowanego przez nią obrazu pójdzie na fundację onkologiczną Pierwszej Damy.

Jakub widział kątem oka miny pozostałych zgromadzonych. Byli wyraźnie zadowoleni, że uwaga ministra nie koncentruje się na nich.

- No dobrze - westchnął Tokarski. Sprawiał wrażenie człowieka wahającego się, jaką decyzję podjąć. - Czy może mnie pan zapewnić, że obecność pańskiej żony na ochranianej przez pracowników Biura Zwalczania Terroryzmu imprezie nie wpłynie na pańską ocenę sytuacji? Że w razie jakiegoś, choćby hipotetycznego zagrożenia, nie będzie pan działał pod wpływem emocji?

- Oczywiście, panie ministrze - odparł, starając się nadać głosowi neutralne brzmienie. - Staram się przede wszystkim trzymać procedur i dokonywać wszechstronnej oceny sytuacji. Nigdy nie działam pochopnie.

Kończąc zdanie, wiedział, że się podłożył. Przecież linia ataku Kalca i Berdycha, z pewnością zgodna z poglądami nowej władzy, szła właśnie dokładnie w tę stronę. Przekraczanie kompetencji, niezgodność działań z przepisami, samowola, brak współdziałania z innymi służbami. Jakub był pewien, że cios zaraz spadnie. Teraz, pomyślał. Założył nogę na nogę. Opanował go spokój. Czuł, jak schodzi z niego napięcie. Skazaniec idący na szafot też podobno czuje ulgę, że skończyło się oczekiwanie.

- Nie muszę chyba objaśniać, że aukcja, chociaż jako impreza towarzysząca nie ma znaczenia politycznego, ma ogromne znaczenie prestiżowe dla naszego kraju i jest jego promocją - powiedział minister, wyraźnie pod adresem pozostałych. - Nie widziałem obrazów pani Berezowiec, słyszałem, że są bardzo ciekawe. Ale to właściwie nieistotne. Wszyscy musicie panowie zrozumieć, że centralnymi postaciami będą obie Pierwsze Damy. I na ich bezpieczeństwie należy się skupić. Wszystko ma pójść gładko, jak po sznurku.

- Oczywiście - odparł Jakub, nadal nie mogąc opanować zaskoczenia. Facet wygłaszał garść truizmów. Po co?

- Jak wspomniałem, obok obu prezydenckich małżonek, na wystawie będą gościć biznesmeni oraz ta gwiazdka...

- Ellaiah - podpowiedział usłużnie Mastalerz. Gwiazdka. Minister określił w ten sposób osobę, która sprzedała na całym świecie miliony płyt. Jej kanał na YouTube śledziła armia fanów, a trzydzieści stadionowych koncertów z rzędu promotor wyprzedał w ciągu kilku godzin.

- Tak, właśnie. Osobiście uważam to za lekką paranoję, no, ale moi poprzednicy nie grzeszyli rozsądkiem we wszystkich innych sprawach, dlaczego mieliby okazać się rozsądni w tej? - zapytał retorycznie Tokarski. - Gdyby to ode mnie zależało, aukcja, jeśli w ogóle miałaby się odbyć, byłaby zamknięta, lista gości ściśle limitowana. A tak naprawdę należało z niej zrezygnować. Żona podinspektora Tyszkiewicza mogłaby wylansować się przy innej okazji, z tego, co wiem, nie narzeka na brak pieniędzy ani popularności.

Jakub zgrzytnął zębami.

Oddzieliwszy złośliwości, rozmowa miała zadziwiający przebieg. Całkowicie zgadzał się z opinią ministra, od dwóch miesięcy walczył, by albo z aukcji w ogóle zrezygnować, albo - jeśli już koniecznie musi mieć miejsce - uczynić ją wydarzeniem jak najbardziej kameralnym, z mocno ograniczonym dostępem. Udało mu się w pewnym zakresie osiągnąć cel. W środę późnym popołudniem w drzwiach niewielkiej śródmiejskiej galerii stanie dwóch saudyjskich książąt, ośmiu biznesmenów z pierwszej setki światowego "Forbesa", a na dokładkę nieschodząca z okładek kolorowych magazynów gwiazda muzyki pop deklarująca się jako "największa w kosmosie fanka malarstwa tej polskiej malarki". W sumie jedenaście osób. Niby niewiele, ale Jakub oczyma duszy widział tłum fanów czyhających wokół galerii, by choć z daleka zobaczyć swą idolkę, rzucających się na policyjny kordon i blokujących samochody. Kolejna rzecz: każdy z tych ludzi miał własną ochronę - Saudyjczycy pokaźną, Ellaiah ograniczoną do dwóch napakowanych byków, eksmarines, bez których się nie ruszała - i słyszeć nie chciała, by z niej zrezygnować. Podczas długich i nerwowych negocjacji, w których pierwsze skrzypce grał arogancki i wszystko wiedzący najlepiej dupek z Secret Service, Jakub w końcu zagroził gościom wykreśleniem z listy, jeśli nie zgodzą się na warunki dyktowane przez polskie i amerykańskie służby bezpieczeństwa. Stanęło na tym, że ochrona VIP-ów mogła przebywać - nieuzbrojona - w specjalnie oznakowanych samochodach nieopodal budynku mieszczącego galerię, już po wewnętrznej stronie barier i kordonu policji.

- Nasza pani prezydentowa jest zdania, że aukcja charytatywna o takim zasięgu medialnym przyczyni się do wzrostu zainteresowania badaniami prewencyjnymi - odrzekł Jakub, wkładając dużo wysiłku, by zachować spokój. Polska Pierwsza Dama patronowała kilku fundacjom onkologicznym. Tokarski z pewnością dobrze o tym wiedział.

Minister skrzywił się. Pani prezydentowa była żoną swego męża, przeciwnika politycznego, wroga, którego należało unicestwić. Z definicji oboje nie mogą więc czynić niczego wartościowego. Powstrzymał się jednak od komentarza.

- Wrócę do mojego pytania, panie podinspektorze: czy będzie pan potrafił oddzielić sprawy prywatne od zawodowych? - powiedział.

- Nigdy nie mieszałem życia prywatnego z pracą - oświadczył Jakub.

- Słyszałem co innego.

Tyszkiewicz nieco odchylił się na oparciu fotela.

- Od kogo? - zapytał.

- Mam swoje źródła. - Tokarski nie uciekał wzrokiem, przeciwnie, jego spojrzenie było nieruchomo zawieszone na twarzy rozmówcy.

Jakub wiedział, że powinien odpuścić, ale to była właśnie taka chwila, w której bieg wsteczny nieodwołalnie się blokował.

- Proszę podać przykład.

- Mógłbym podać bardzo wiele przykładów. Niech pan nie przeciąga struny.

Teraz był dogodny moment. Jakub sięgnął odruchowo do teczki. Czuł kartkę z dymisją pod palcami. Ale potem pomyślał o Krzeptowskim, Kice, Smotryczu i innych. Pomyślał o czekającej go robocie - już ostatniej. Miał sporo wad, ale nigdy nie zhańbił się ucieczką.

Dłoń wróciła na stół.

- Przepraszam - powiedział Jakub.

Tokarski popatrzył na niego przez sekundę, jakby oceniając, czy przeprosiny są szczere.

- Dobrze - stwierdził minister. - Dotychczasowe ustalenia na razie nie ulegają zmianie. Dopóki nie postanowię inaczej, szefem zespołu koordynacyjnego pozostaje pułkownik Mastalerz. To tyle. Proszę o kontynuowanie realizacji zadań.

Jakub podniósł się śladem innych, mając nadzieję, że gotuje się tylko wewnętrznie.

- Podinspektora Tyszkiewicza proszę o pozostanie - polecił minister.

A więc jednak.

Mężczyźni opuścili gabinet. Ostatni wychodził Mastalerz. Na pożegnanie obrzucił Jakuba spojrzeniem, w którym było współczucie.

Zostali sami.

- Panie ministrze, myślę, że chyba będzie najprościej, jeśli zrezygnuję - stwierdził Jakub, nie czekając na cios. - Proszę powierzyć moje obowiązki komuś, do kogo pan nie ma tylu pretensji i nie żywi osobistych uraz.

- Już to ustaliliśmy. Na razie zostaje pan na stanowisku - odrzekł Tokarski. Nie zapanował jednak nad cieniem, który przebiegł mu przez twarz. Uderzenie Jakuba było celne i zupełnie niepotrzebnie zaogniało i tak napiętą sytuację. Jego głos stał się wyższy. - Jednak myślę, że przyda się panu pomoc.

- Pomoc?

Minister pochylił się nad interkomem.

- Niech wejdzie nadkomisarz Paskiewicz - polecił.

Nim Tyszkiewicz uświadomił sobie, że zna to nazwisko, że zaledwie kilka dni temu słyszał je od Tolaka, który ostrzegał przed noszącą je osobą, do gabinetu weszła kobieta. Miała około czterdziestki. Niska, o krótko obciętych włosach nieokreślonego koloru i figurze przypominającej kulę bilardową. Twarz jak księżyc wycięty z żółtego sera. Małe oczy biegały we wszystkie strony.

- Panie ministrze - powiedziała, przyjmując pozycję, która wydawała jej się zapewne postawą zasadniczą. Głos miała piskliwy, załamujący się w wyższych rejestrach.

Tokarski wskazał na Jakuba.

- To podinspektor Tyszkiewicz. Dyrektor Biura Zwalczania Terroryzmu.

Kula bilardowa ruszyła do przodu, wyciągnęła rękę. Jakub wstał, uścisnął zadziwiająco mocną i dużą dłoń. Małe oczy wbijały w niego spojrzenie, które odczuwał w niemal fizyczny sposób.

- Dzień dobry - powiedział.

- Jestem nadkomisarz Hanna Paskiewicz - oznajmiła.

Tyszkiewicz poczuł nagły przypływ irytacji. Wszystko już ułożyli, pomyślał. Lewa ręka ponownie, niemal bez udziału świadomości, poszybowała w kierunku teczki. Zatrzymała się w ostatniej chwili. Tokarski jej nie przyjmie, za to upokorzy go przed tą kobietą.

Szczurzyca. Gryzie wszystkich dookoła, przypomniał sobie słowa Tolaka.

Usiadł, nie czekając na zaproszenie. Paskiewicz zajęła miejsce w fotelu naprzeciwko. Stała się skupiona, oczy przestały omiatać pomieszczenie, czekała, co dalej.

- Nie ukrywam, że nie mam pełnego zaufania do pańskich kompetencji, podinspektorze - oznajmił Tokarski. Suchy głos, słowa niczym kamienie, tak to zapewne miało wyglądać. - Jednak, jak wspomniałem, teraz nie jest właściwy czas na zmiany. Nadkomisarz Paskiewicz jest bardzo doświadczoną funkcjonariuszką z wieloletnim stażem. Dołączy do pańskiego zespołu jako zastępca z uprawnieniami dostępu do wszystkich informacji, jakich zażąda. Czy to jasne?

Nawet nie udaje, pomyślał Tyszkiewicz.

Gdy kilka dni później wracał do tego momentu, nie umiał sobie przypomnieć, co nim powodowało. Dorabiał rozmaite teorie, wpadał na pomysły, dobre, bo powzięte post factum, myślał o odpowiedzialności za zespół, o długu wobec Krzeptowskiego, o niedokończonych sprawach - żadne z tych skądinąd słusznych zastrzeżeń nie tłumaczyło motywów. Po prostu nie wiedział. Powinien się wtedy wycofać i jeszcze tego samego popołudnia ruszyć śladem Heleny. Powinien natarczywością i agresją wymusić na Tokarskim zgodę na przyjęcie dymisji, ostatecznie, w razie nader prawdopodobnej odmowy, iść na zwolnienie lekarskie.

Nie zrobił tego, kiwnął natomiast głową, przyjmując do wiadomości zarządzenie przełożonego.

Potem zeszli na dół, przebiegli przez zalany deszczem parking i on wsiadł z tą kobietą do samochodu. Jechali w milczeniu. Zbyt ciasny mundur uciskał i przeszkadzał, dzień i bez tego zrobił się wystarczająco gówniany.

- Jakie ci dał zadanie? - zapytał, gdy znaleźli się na ostatniej prostej przed siedzibą Biura. - Masz patrzeć mi na ręce? Wywęszyć to, czego nie wywęszyli Berdych z Kalcem? Uciąć mi głowę i wysłać Tokarskiemu pocztą?

- Nie przypominam sobie, żebyśmy byli na ty. - Piskliwy głosik stał się jeszcze wyższy. - Nic mi nie mówią nazwiska, które pan wymienił.

- U nas w Biurze wszyscy jesteśmy jak rodzina - powiedział serdecznie, bo nagle cała sytuacja zaczęła go bawić. - Nie przywiązujemy znaczenia do tytułów i stopni.

Nie odpowiedziała, w końcu nie zadał żadnego pytania. Może był zbyt agresywny, albo uznała, że jest już zawodowym trupem. Może nawet nie tylko zawodowym.

Zacisnął usta, dodał gazu. Deszcz rozmazywał rzeczywistość.

***