Rozdział 1. Teraz. Adela
Kiedy byłam małą dziewczynką, przyszłość jawiła mi się w jasnych barwach. Była jak budzący się do życia dzień z oślepiająco białym niebem, w które nie da się spojrzeć. Zawsze myślałam o niej z nadzieją, kusiła pełnią możliwości. Czekały na mnie gdzieś za tym jasnym światłem, nosiłam w sobie przeczucie, że spotka mnie jeszcze dużo dobrego. Potem do tej wizji powoli wkradały się zakłócenia. Z wiekiem nabierałam do przyszłości dystansu, podsycał ją lęk o siebie i o bliskich. Moje podejście powoli się zmieniało, ale teraz czuję, że zostałam brutalnie pociągnięta w dół. Wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam.
- Może pan powtórzyć? - pytam policjanta siedzącego naprzeciw mnie, choć przecież wyraźnie usłyszałam, co powiedział.
- Pani siostra nie żyje - mówi cicho.
On też wie, że wszystko dotarło do mnie za pierwszym razem i że ta prośba jest swoistą grą na czas. Chcę jeszcze chwilę poudawać, że to nieprawda, nie wchodzić na drogę, z której nie ma już odwrotu.
Oczy powoli zachodzą mi mgłą. Siedzę na kanapie w restauracji Miłocin Park, gdzie wczoraj bawiłam się z Mateuszem na czterdziestce Eweliny, naszej koleżanki. Huczna piątkowa impreza z noclegiem, na której przesadziłam z alkoholem. Dziś planowaliśmy wrócić do mieszkania na Psim Polu, tam odpocząć, nie robić nic konkretnego. Informacja o śmierci Iny jest jak trujący dym wpuszczony do tego beztroskiego sobotniego poranka.
Solenizantka zastukała do drzwi mojego pokoju kwadrans temu, wyrywając mnie ze snu. Powiedziała, że na dole czekają na mnie policjanci. Kiedy do nich podchodziłam, obaj ściągnęli czapki. Natychmiast wyczułam bijące od nich współczucie i jeszcze zanim usiadłam na kanapie, poczułam wślizgujący mi się do żołądka nieznośny chłód. Ponoć byli u nas w mieszkaniu, ale nikogo nie zastali. Sąsiadka powiedziała im, że jestem w Miłocin Parku pod Wrocławiem. Nie musiałam pytać która. Utrzymuję kontakt tylko z Ireną Nowacką z mieszkania naprzeciwko. Chwaliła wczoraj moją sukienkę, życzyła dobrej zabawy.
Policjanci pokonali kilkanaście kilometrów, żeby przekazać mi wiadomość o śmierci Iny osobiście i choć wiem, że zachowali się wzorowo, czuję, jak rośnie we mnie niechęć do nich, jakby to była ich wina.
- Pani Ina Janas została znaleziona martwa w swoim domu - mówi jeden z nich, nieco wyższy.
Tylko on się do mnie odzywa. Drugi wydaje się młodszy, ma bladą, piegowatą cerę i wystraszone oczy, jak u pisklęcia.
Czekają na jakąś reakcję z mojej strony. Jak dotąd zachowuję się jednak tak, jakby nic do mnie nie docierało. Pozwalam wzrokowi ślizgać się po ich twarzach, potem przerzucam go na dziewczynę zamiatającą podłogę w oddali.
- Kto ją znalazł? - pytam szeptem.
- Sąsiadka.
- Ina... Ina mieszka przecież w Pętlicach - mówię, a ten z ciemniejszą karnacją rzuca mi pełne wyrozumiałości spojrzenie.
Czy ja sugeruję, że w Pętlicach ludzie nie umierają? Że jeśli to jest tak daleko stąd, to nie może być prawdą? Po co w ogóle to mówię?
- Tak, przy Porannej. Numer osiem.
Podaje dokładny adres, chcąc zapewnić mnie, że nie doszło do żadnej pomyłki.
- Co się stało? Jak ona...
Słowo "umarła" nie chce mi przejść przez gardło. Chyba wciąż nie mogę tego do siebie dopuścić. Potrzebuję szczegółowych wyjaśnień. Czegoś, co mnie przekona, co przebije mur wyparcia, który wyrósł głęboko we mnie.
- Została znaleziona w sypialni. Leżała w łóżku, miała pocięte ręce.
- Pocięte ręce? Podcięła sobie żyły?
- Tak.
Spuszczam głowę i obejmuję ją dłońmi, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.
- Nie zrobiłaby tego - mamroczę. - To niemożliwe.
Głos mi jednak drży, bo zdaję sobie doskonale sprawę, w jakim była stanie, gdy ostatni raz się widziałyśmy.
Policjant odpowiada:
- Sprawą zajmują się śledczy z Pętlic. Zostaliśmy tylko poproszeni, żeby przekazać pani wiadomość o śmierci siostry.
- Nasza mama już wie?
Policjanci patrzą na siebie porozumiewawczo, a ja zaczynam się jeszcze bardziej denerwować.
- Co z moją mamą? - dopytuję.
- Poinformowano ją dziś rano. Trzeba było wezwać na miejsce karetkę, bo zasłabła. Dostała leki uspokajające. Są u niej pielęgniarka i psycholog - odpowiada funkcjonariusz, zerkając do notatek.
Moje przerażenie narasta. Patrzę w kierunku schodów prowadzących na piętro. Jeszcze piętnaście minut temu wylegiwałam się w łóżku, wtulona w narzeczonego, podczas gdy w mojej rodzinie rozgrywał się taki dramat. Siostra została znaleziona martwa, a do matki pędziła karetka na sygnale.
Wszystko wiruje mi przed oczami. Twarz Iny, jej niebieskie roześmiane oczy, otoczone długimi rzęsami, jej ręce pomagające mi sadzić kwiaty na grobie ojca i spontaniczne wybuchy śmiechu, którymi w młodości zarażała wszystkich wokół.
- Śledczy prowadzący sprawę na pewno będą chcieli z panią porozmawiać i teraz pytanie: czy czuje się pani na siłach, żeby pojechać do Pętlic? - pyta z lekkim zakłopotaniem policjant.
- Zostawiła jakiś list?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Czy może pani pojechać do Pętlic? - ponawia pytanie.
- Tak, pojadę.
Zapada cisza, która dla mnie może trwać bez końca. Właściwie nie myślę teraz o niczym konkretnym, ale czuję, jak rośnie we mnie rozpaczliwe poczucie straty.
Słyszę chrząknięcie, po nim krótkie skrzypnięcie kanapy. Policjant kładzie na stole jakąś wizytówkę.
- To są namiary na komisarza Michała Orłowskiego, który wstępnie zajął się sprawą. Może się pani z nim skontaktować, kiedy tylko pani zechce.
Przymykam oczy na dźwięk tego nazwiska. Każdy, tylko nie on.
Głos policjanta zaczyna mnie drażnić. Czuję wręcz fizyczny ból z powodu tego, że wciąż coś mówi, i w ten sposób odciąga mnie od rozpaczy, w której właśnie się pogrążam. Na dodatek sprawę prowadzi Michał. Niebawem będę musiała z nim porozmawiać, co wydaje się ogromnym wyzwaniem.
Słyszę rytmiczny stukot obcasów. Kieruję wzrok lekko na lewo i widzę szmaragdową sukienkę Eweliny, falującą przy każdym kroku. Przechodzi obok nas, w pośpiechu, rzucając mi zaciekawione spojrzenie.
- Zostawiam też kontakt do policyjnej psycholożki, gdyby potrzebne było pani wsparcie. Jest do dyspozycji nawet dzisiaj. Proszę to zachować - dodaje policjant, kładąc na stole kolejną wizytówkę.
Choć nic nie mówię, widzi, w jakim jestem stanie. Napatrzył się pewnie podczas swojej służby i ma doświadczenie z takimi jak ja. Z ludźmi, którym po jego słowach zawalił się cały świat.
- Może pani do niej zadzwonić w każdym momencie - nie przestaje mówić. - W porządku? - dopytuje, gdy dłuższą chwilę milczę.
- Tak, w porządku - odpowiadam.
- Dobrze. Nie będziemy pani dłużej zajmować czasu. Na pewno chce pani odpocząć.
Wstają niemal jednocześnie i odchodzą w pełnym szacunku milczeniu. Gdy odprowadzam ich wzrokiem, widzę zaspanego Mateusza. Zmierza w moją stronę na wpół przytomny, zasuwając zamek swetra. W końcu siada na kanapie obok mnie.
- Adela, co się dzieje? - pyta.
- Ina nie żyje.
- Co? - Głos mu się załamuje, a potem oboje zaczynamy płakać.