Desperacja - Aleksandra Siwiec

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chwila I

Jestem zmęczona.

Zmęczona nie tym, że spałam niecałe cztery godziny. Nie kwaśnym posmakiem, który pozostał na nabrzmiałym języku po dwóch - albo trzech? - butelkach Fresco i jednym kieliszku mojito. Nawet nie sam seks mnie zmęczył, bo trwał jakieś żałosne dwie godziny.

Jej widok mnie zmęczył.

Włosy rozrzucone na poduszce nie kusząco, a raczej niechlujnie. Kołdrę skopała na koniec łóżka, więc widzę ją całą. Śpi rozkraczona, w pełnej okazałości, tak, jakby wczoraj zaoferowała mi cokolwiek interesującego. Jedna noga zgięta w kolanie, druga wisi poza łóżko, głowa odwrócona do mnie tyłem; za to gładko wygolone - po co, no po co? - krocze gapi się prosto na mnie. Biust młody, ale już jakby pusty, nudny, pospolity. Jest piękna. Ma piękną twarz. Ciało też ma piękne, jej pospolity biust jest piękny i wygolone - no po co? - łono też jest piękne. Ale nudne, bo cała noc była nudna. Choć to, co przed nocą, było obiecujące.

Każdy piątkowy wieczór spędzam w Lex, jednym z wielu barów w moim mieście dedykowanych osobom LGBT, jednak jedynym typowo lesbijskim. Chociaż nie wyklucza towarzystwa panów, jakoś tak się przyjęło, że do Lex chodzą tylko kobiety. I dobrze. Geje mają dużo "swoich" barów, "swoich" aplikacji na smartfony, "swoich" portali internetowych. Nie, żebym miała z nimi problem; po prostu łatwiej szukać towarzystwa, gdy w zasięgu wzroku są tylko kobiety.

W każdy piątkowy wieczór siedzę przy barze, samotnie popijając mojito, z nadzieją, że do domu nie wrócę sama. Przeważnie się udaje. Piję do momentu znalezienia odpowiedniej partnerki, ale nigdy więcej niż cztery. Cztery drinki, nie partnerki. Nie lubię być nawalona. Więc jeśli po czwartym drinku dalej siedzę sama, po prostu wracam do domu i włączam jakiś durnowaty sitcom, jeden z tych, które podpowiadają ci, kiedy masz się zaśmiać.

Nieprawda. Nie kończę, nie wychodzę po czterech. Ale zawsze sobie obiecuję, że tym razem tak będzie.

Jednak dziś to ona cuchnie kacem. Nie ja. Wypiła dużo więcej ode mnie. Cuchnie kacem i brakiem prysznica, a jej gapiące się na mnie krocze cuchnie beznadzieją.

W ten piątek - dziś jest sobota, więc we wczorajszy - byłam wyjątkowo trzeźwa. Po pierwszej szklance uśmiechnęła się do mnie Gładka Pusia, na imię Natalia, lat 21, biseksualna, farbowane na pseudo-ombre blond włosy, czarna sukienka do kolan, piękny uśmiech. Nim mnie urzekła. Mówiła bardzo dużo, a ja popijałam mojito, przytakując i wpatrując się w równiutkie, nieco pożółkłe od kofeiny lub nikotyny, lub jednego i drugiego, zęby, w ten uśmiech pełen dziewczęcego wdzięku, radości. Choć miała do powiedzenia naprawdę wiele, w międzyczasie zdążyła wydoić kilka przeróżnych drinków, przy każdym nowym prosząc o mocniejszy. A im bardziej pijana, tym więcej słów. Spodobała mi się jej energia. I to, że tak samo, jak ja, szukała tylko przygodnego seksu.

Choć po wyjściu z Lex z trudnością utrzymywała równowagę, po drodze zahaczyła o monopolowy i kupiła kilka butelek różowego Fresco. Ani to dobre, ani niedobre. Ot, wino musujące. Wypite już w moim mieszkaniu, jej całkowicie zawróciło w głowie, a mi dodało animuszu. Pod koniec drugiej - lub trzeciej, kto by to liczył? - butelki, pomogłam jej w rozrzucaniu bielizny po podłodze; sama nie potrafiła już rozpiąć stanika, roześmiana od ucha do ucha. Przyznała, że zdecydowanie częściej sypia z mężczyznami - w zasadzie z kobietą miała tylko dwa stosunki; tak to raczej pocałunki po pijaku. Objęłam za punkt honoru pokazać jej, jak piękny jest seks kobiecy.

Plusem Gładkiej Pusi jest to, że podczas pieszczot nic nie drażni języka. Za to samej zainteresowanej pozwala czuć o wiele więcej. I rzeczywiście, Gładka doszła po kilku zaledwie minutach moich starań. Gdy dotykałam ją przez bieliznę w windzie bloku, była już wilgotna. Kiedy wsunęłam pierwszy palec w jej oparte o drzwi mojej kawalerki ciało, była całkowicie gotowa. Gdy piłyśmy wino wpół rozebrane na podłodze, praktycznie błagała wzrokiem, bym wreszcie skończyła to, co zaczęłam. I choć w lesbijowni była tak rozgadana, to w trakcie seksu uroczo cicha. Gdy większość moich kochanek jęczała lub wzywała wszelkich bogów, ona wzdychała, dyszała, uśmiechała się. Sukienkę zostawiła pod drzwiami, bielizna wylądowała na podłodze; lizałam ją już na łóżku, rozkraczoną jak teraz, gdy śpi. Gdy zassałam ustami jej łechtaczkę, wypchnęła biodra z tak oczywistym zdumieniem, jakby nie miała pojęcia, że jej ciało potrafi takie rzeczy.

Po pierwszym spełnieniu zdyszana, mokra, zaróżowiona, pozwoliła mi przerzucić się na brzuch. Stała się całkowicie uległa, lekka i wiotka jak lalka. Twarz wbiła w poduszkę, biodra odrzuciła nieco do góry, podkreślając krągłe, miękkie pośladki; uda rozsunęła tak, bym widziała całą jej wilgoć. Pozwoliła złapać się za włosy i pociągnąć do siebie, gdy w nią wchodziłam; z każdym kolejnym pchnięciem prosząc w końcu o więcej i więcej. Jej poprzednie kochanki nie używały strap-ona, ich palce nie miały wibracji.

Po drugim spełnieniu padła na poduszki, powtarzając, że było niesamowicie - mile połechtała moje ego; nie uważam się za wyjątkowo dobrą w łóżku. Raczej przeciętną, co najwyżej poprawną. Tak czy inaczej, byłam już nieźle wstawiona i cholernie podniecona; miałam wrażenie, że moja łechtaczka za chwilę eksploduje. Całując dochodzącą do siebie Gładką za uchem, przyciągnęłam jej dłoń do swojego ciała, wyraźnie domagając się jakiegokolwiek działania. Nie była zbyt delikatna; od razu wsunęła we mnie dwa palce i, hacząc paznokciami od środka, zaczęła ruszać ręką tak szybko, jakby próbowała mnie rozerwać. Drugą złapała wiszącą nad jej twarzą pierś i ścisnęła jak pluszaka. Jak gdyby pierwszy raz dotykała kobiety. Miętosiła na zmianę jeden i drugi cycek, monotonnie próbując zadowolić mnie palcami; w efekcie sprawiła tylko sporo bólu. Kiedy po kilku minutach próśb, by była nieco delikatniejsza, zrozumiałam, że nie ma zamiaru zmienić taktyki i prawdopodobnie nie ma zielonego pojęcia, do czego służy łechtaczka, wydałam z siebie kilka dźwięków imitujących orgazm i pozwoliłam jej zasnąć.

Jestem zmęczona brakiem zaspokojenia.

Tym, że Gładka potrafiła wziąć, ale nie umiała dać. Tym, że jej poprzedniczka nie chciała kochać się przy zapalonym świetle i nie zdjęła nawet koszulki. Tym, że jeszcze wcześniejsza nalegała na kolejne spotkanie, tym razem w trójkącie z jej chłopakiem, o którym zapomniała mi wspomnieć. Tym, że choć niemal każdej soboty zalewam pościel sokami innej kobiety, wciąż czuję nudę. I że każdego poranka patrzę z obrzydzeniem na te skacowane, roznegliżowane, czasami podrapane ciała. Że w moim mieszkaniu, zamiast pachnieć seksem, wali trawionym alkoholem i jednostronnym orgazmem.

Jestem zmęczona smrodem desperacji.

Chwila II

Obudziła się.

Dłonią przetarła wciąż zamknięte oczy, rozmyła resztki tandetnego makijażu na powiekach i przy nosie, jakby dotychczas wyglądała za mało odpychająco. Jedno ramię wyciągnęła do tyłu, wyciągnęła drugie, łącząc łopatki. Blady biust wypchnęła do przodu, zaprezentowała niewielkie, ale cudownie brązowe otoczki maleńkich jak guziki, sterczących z zimna sutków. Płaski brzuch zapadł się lekko, zwisający z niego srebrny kolczyk delikatnie zakołysał. Przeciągnęła się mocno i długo jak kotka w rui, wydając przy tym niski pomruk. Otworzyła jedną powiekę, zamknęła. Otworzyła dwie, zamrugała, zamknęła oczy, porażona słońcem. Zsunęła kolana, jakby orientując się wreszcie, że Jej Wysokość Gładkość od kilku godzin wpatruje się we mnie swoim małym, miękkim okiem.

- Wo... wody... - wydukała głosem zachrypniętym, skacowanym, zbolałym. Znów uchyliła powieki, tym razem delikatniej, ostrożniej, przygotowana na tępy ból światła. Wyciągnęła rękę z dłonią o starannie wypielęgnowanych, ewentualnie doklejonych, paznokciach w kolorze wiśni. Jakby w barze była. "Wody", zażąda, i wodę po sekundzie dostanie, tak myśli? Nie dostanie, bo nie przyniosłam. Niech się męczy, jak ja się męczyłam całą noc - niespełniona.

Podciągnęła się na poduszkach, jej blade piersi zafalowały delikatnie; do góry, na dół, jeszcze raz do góry i na dół. Usiadła, nagie plecy oparłszy o wezgłowie łóżka; zmarszczyła czoło, czując jego drewniany chłód. Na łydki, następnie uda, biodra i w końcu brzuch naciągnęła kołdrę wymiętą, jak wymięte pozostało wspomnienie naszego pseudoseksu. Jej seksu.

- Masz wodę? - zapytała już trochę trzeźwiej i spojrzała na mnie w końcu, ale w taki sposób, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. Naciągnęła kołdrę pod samą szyję gestem zawstydzonym, gestem kobiety, która zdała sobie sprawę z tego, że znowu spuściła hamulce i przespała się z pierwszym lepszym nieznajomym; gestem, którego nie cierpię.

Nie mogę patrzeć na jej wstyd.

Idę więc do kuchni. Mam nadzieję, że nie będzie chciała zjeść śniadania. Nie chcę oglądać jej uciekającego przy każdym gryzie spojrzenia, sztucznego uśmiechu, skrępowania tym, że słyszę każde jej przełknięcie, mlaśnięcie, ruch zębów, których wczoraj nie umyła. Otwieram lodówkę i udaję, że wyciągam wodę. Nie mam wody, bo jej nie pijam. Na śniadanie zresztą też mam niewiele; na górnej półce siatka ze zmiękłymi pomidorami, niżej świeży jarmuż, owocowy koktajl domowej roboty, który stoi w butelce od kilku dni. Na dolnej półce resztka wczorajszego obiadu; kuskus wymemłany z pastą marchewkową, a w misce obok sama pasta, na kanapki. Co z tego, skoro w piekarni nie byłam od dwóch dni. Przecież nie dam jej jarmużu na śniadanie.

Z szafki wyjmuję ciemnobrązową szklankę z duralexu, przemywam ją pod kranem, sama nie wiedząc po co. Nalewam wodę. Masz, kurwa, Kranówiankę. Wracam do Gładkiej.

Bez słowa łapie szklankę i wypija kranówę duszkiem; jeden wielki łyk za drugim. Gdyby miała jabłko Adama, skakałoby jak szalone. Trochę wody ucieka jej kącikiem ust, ścieka po brodzie, skapuje na pościel, zostawia mokrą plamę wielkości jednogroszówki. Oddaje mi szklankę, usta przeciera wierzchem wypielęgnowanej dłoni i rozpoczyna gorączkową gonitwę wzrokiem za częściami swojej odzieży. Koronkowy, czarny stanik na podłodze przy łóżku. Majtki, pewnie kupione w komplecie, pół metra dalej. Sukienka, pognieciona, leży pod drzwiami. Nic nie zmieniło się od wczoraj.

Marszczy czoło delikatnie, jak gdyby analizując, ile czasu spędzę oglądając ją nagą, gdy będzie zbierać ciuchy; no bo przecież to nie ja, tylko moja sąsiadka, spędziła kilka minut z językiem między jej nogami. Przy pierwszej Wstydliwej uważałam to za zabawne i urocze. Dziś wiem, że to żałosny wynik zabraniania kobietom ich seksualności. Wmawiania nam, że seks jest dla mężczyzn. Zdobywanie jest dla mężczyzn. Kobieta jest tylko chodzącym układem rozrodczym, zbiorem jajeczek; pojęcia takie jak przyjemność czy orgazm zna tylko z tandetnych pism dla kur domowych, do których znudzone żony wysyłają przepisy na pasztety, sałatki i inne serniki. Gardzę pruderyjnością.

Nie mogę na to patrzeć.

Podaję jej koronkowe figi, a ona wsuwa je pod kołdrę ze wzrokiem wbitym w pościel, sugerując, że nie ma zamiaru pamiętać, jak przy zsuwaniu ich z jej gładkich, mocnych ud, przejeżdżałam po nich ustami. Podaję stanik, ona szybkim ruchem zapina go na plecach. I nawet w bieliźnie nie wstaje po sukienkę. Wciąż pozostaje pod kołdrą. Ocipieję.

Zbieram z podłogi sukienkę, rzucam jej na pościel. Wychyla się po nią, przy czym nie zapomina, żeby pościel kurczowo trzymać tuż pod brodą - sytuacja zaczyna się robić komiczna. I tak jak jej twarz była piękna wczorajszego wieczoru, była piękna nocą, gdy odrzucała ją w przedłużającej się ekstazie i nawet dziś, gdy spała, była piękna, teraz jest żadna. Żadne są jej zwrócone wciąż gdzieś obok mnie jasne oczy, żadne są zaokrąglone policzki z żadnymi dołeczkami pośrodku. Żadne są wąskie usta z resztkami ciemnej szminki w kącikach. Żadne jest jej pożegnanie, gdy już po kilku minutach od zakrycia krągłości sukienką i znalezieniu w kuchni torebki, stoi w drzwiach mojego mieszkania; wciąż unikając mnie wzrokiem, klepie niezdarnie po ramieniu jakby żegnała irytującego wujka, który po raz kolejny nawalił się na imprezie rodzinnej i cały wieczór smyrał ją stopą po łydce, pod stołem, co by żona nie widziała.

Wyszła. Zamknęłam drzwi.

Pozostałam ja i wątły zapach, smród, odór jej tanich perfum, kaca i nagiej kobiety, która obok drugiej nagiej kobiety, śpiącej, zaspokajała się samą dłonią, tą samą, którą wcześniej pieściła niedoszłą - choć ona doszła - kochankę.

Panna Gładka, kolejny punkt na liście moich nocy kończących się masturbacją, choć strap-on lśni od soków.

Chwila VI

Molo jest dokładnie takie, jakie zapamiętałam. Piękne. Krótkie, tandetne, białe, ale piękne. Deski trochę bardziej kołyszą się niż przed laty, ale wszystko inne jest takie samo. Wątły zapach glonów, soli i mokrego piasku; wilgotny, chłodny wiatr. I mewy. Nie wiem, dlaczego tak wielu ludzi ich nie lubi - to znaczy wiem, przez te wrzaski, ale przecież to właśnie one są w mewach najbardziej interesujące. W Trójmieście. Mewy są jego dźwiękiem.

Siedzi teraz, siedzi, jedna, tłusta, na oparciu ławki naprzeciw mnie i wpatruje się w morze z uporem i cierpliwością, których ludziom zdecydowanie brakuje. Myślę, że jest mewią matką, a to jej chwila relaksu, ucieczki od swoich wrzaskliwych mewich córek i synów. Siedzi, stoi, nieruchoma i spokojna, jakby pierwszy raz od dawna nie musiała zastanawiać się, czy wystarczy jej pożywienia dla całej rodziny. Jakby dzień wcześniej zapierdalała dwanaście godzin w pracy, wyciągając z morza ziarna piasku i przerzucając je na plażę, ona, mewa z ambicjami, pracująca dla jakiegoś żałosnego gołębia; ale gołąb jest z bogatej rodziny, odziedziczył plażową firmę po ojcu. Więc może zatrudniać mewy do łowienia piasku. A mewa chciałaby robić coś więcej. Coś ważnego. Zostawić po sobie ślad lepszy niż biała plama na włosach turystki. Mewa chciałaby pozować ludziom do zdjęć i zarabiać dzięki temu o wiele więcej kawałków chleba i bułek z kebaba, niż daje jej za dniówkę ten pieprzony gołąb, bo ludzie płacą dużo.

Słyszała mewa stojąca, siedząca, że gołąb przez noszenie na szyi skórki z chleba i przez brak jednej łapki, zarabia na zdjęciach całe stosy okruchów. Niby fajnie, niby zazdrości mewa stojąca, siedząca, gołębiowi, ale tylko trochę, bo ptaki przecież nie mogą jeść pieczywa, gołąb będzie niedługo chory, kolejną łapkę straci. I będzie się odbijał z tą skórką na szyi od chodnika tylko brzuszkiem, aż wszystkie pióra mu wypadną. A wtedy zarobi jeszcze więcej okruchów na zdjęciach, patrzcie, jaki śmieszny, biedny gołąb, patrzcie, jaka głupia, nudna mewa. Mewa też chciałaby dostać więcej okruchów za wyglądanie głupio. Niezdrowych, ale dobrych. Ludzie nie karmią zdrowo, ale siebie też nie, w siebie też wrzucają żarcie, które ich wyniszcza. Może tak powinno być, takie są zasady ludzkiego świata, nażreć się, aż zdechniesz.

Odleciała. Razem z moimi idiotycznymi myślami o mewim życiu.

Często przychodziłyśmy tutaj z Alicją. Przyjeżdżałyśmy. Z Gdańska, bo z Gdańska jest, była, Alicja. I byłam ja, gdy przyjechałam do niej, gdy mieszkałyśmy razem. Obie wolałyśmy Sopot, ale tam miała mieszkanie, nie musiałyśmy płacić czynszu, więc było wygodniej. Ale tak, Sopot, Sopot był naszym ulubionym miastem. Molo, ulubionym miejscem. I ta ławka, dalej ta sama, dalej biała i drewniana, i zimna, i wilgotna od wilgotnego powietrza, i brudna, i obsrana ptasią pogardą. I marzenia o masażu w Sheratonie, o Sylwestrze w Sheratonie, o balu w Sheratonie, na który byłyśmy zbyt maluczkie, za mało wytworne, ze zbyt bosymi stopami, za bardzo letnimi sukienkami, za słabym makijażem, nie dość nadęte.

Razem obserwowałyśmy mewy, układałyśmy całe scenariusze ich życia. Godzinami swatałyśmy Panią Mewę z Panem Mewą, choć do dziś nie wiem, czym się różnią. Tak jak teraz mnie, mijało nas grono turystów; nieważne czy to grudzień, czy lipiec, czy maj, zawsze jednostki, dziesiątki, setki turystów. Dzieciaki z goframi, kobiety z wózkami, młodzi - zakochani przy zachodzie słońca, zakochani tandetnie. Też takie byłyśmy. Tandetnie zakochane.

Obiecałam sobie przed lustrem, że nie będę pić, że przestanę, że rozpocznę wyrzucanie Alicji trzeźwa i silna, ale Sopot jest silniejszy, molo jest silniejsze. Wzięłam dwie setki cytrynówki. Wystarczy. Zapiję ją, w miejsce naszych wspomnień wstawię wspomnienie samotnego picia do mewy, pracownicy gołębia.

- Kocham cię, Anno.

Anno. Nigdy Aniu, Aneczko, żadnych gównianych zdrobnień. Dla niej byłam Anną. A ona jest Alicją. Była. Nieważne czy szeptała moje imię w ekstazie, czy wypowiadała je z miłością, uśmiechem, czy wykrzykiwała w złości prosto w twarz - zawsze Anna. Uważała, że Ania to imię dla kota.

- Może to zabrzmi jak z ckliwego romansu dla kur domowych, ale chcę, żebyś wiedziała, że nigdy cię nie opuszczę. Że chcę siedzieć z tobą na tej pieprzonej ławce do końca życia. Mawiają, by nie obiecywać miłości, bo to zawsze kłamstwo, ale ja ci ją obiecuję. Zawsze będę przy tobie, Anno.

Ty kłamliwa suko. Dobrze mawiają, o tak, to zawsze kłamstwo. Kłamałaś mi w żywe oczy, kłamałaś każdego cholernego dnia.

Cytrynówka pali w gardło. Dobrze. Niech wypali ją, tę sukę, moją Alicję nie moją, ze mnie raz na zawsze.

Choć spędzałyśmy na tej ławce wiele godzin, wieczorów, poranków i pewnie łącznie wiele dni przez te wszystkie lata, nigdy się na niej nie pokłóciłyśmy. Pomimo że kłóciłyśmy się często. Ale tutaj, tu zawsze byłyśmy spokojne. Gdy nie obgadywałyśmy mew, po prostu siedziałyśmy w ciszy. Ona wtulona we mnie, ja wtulona w nią; z dłońmi splecionymi jak nastolatki. Wpatrywałyśmy się w to cholerne morze z uporem pani mewy. Lubię na nie patrzeć. Od morza bije siła, moc, której mi brakuje.

- Zawsze będę przy tobie, Anno.

A może wcale nie kłamałaś, bo przecież dalej jesteś ze mną, choć ja już wcale tego nie chcę. Zostawiłaś mnie, a jednak nie potrafię się ciebie pozbyć. Łazisz za mną, gapisz się na mnie, nawet teraz kurwa czuję spojrzenie twoich wielkich oczu, wiecznie jakby zdziwione, jakbyś widziała mnie pierwszy raz. Zawsze sądziłam, że jesteś silniejsza ode mnie, ale skoro zniknęłaś, to może wcale nie jesteś, nie byłaś. Albo jesteś, bo potrafisz mnie wciąż prześladować. Ile jeszcze łyków, ile dwusetek potrzeba, bym przestała czuć nacisk twojego ramienia na moje? Bym poza zapachem molo czuła zapach twoich perfum? Ile, no ile kurwa mam wypić?!

Brzydziłaś się alkoholem.

Więc twoje zdrowie, koniec flaszeczki, zdrobnienie irytujące jak złotóweczka. Może jak wyrzucę flaszeczkę za molo, to wypadniesz razem z nią? Nie wypadasz. Tylko spogląda na mnie z pogardą jakaś stara pizda, taaaak, gap się, takie te dzisiejsze kobiety żałosne, chleją w samotności i rzucają puste butelki na plażę, chleją i śmiecą, zobacz, stara pizdo, w jakich czasach żyjesz. Pewnie pije ta ruda farbowana pijaczka, bo mężowi wypłatę zabrała, bo dzieci jej odebrali, bo zasiłek przyszedł, bo jest wyrzutkiem społecznym, bo pracę straciła, bo ją kobieta zostawiła, bo dziecko straciła, bo żyć jej się nie chce, ale zabić się nie umie, bo chce to życie oddalić, wyrzucić, wypierdolić...

- Pani się odpierdoli!

Odwraca wzrok szybko i kroku przyspiesza, może się boi stara pizda, że kolejną flaszeczką zarobi w swoje spasione dupsko. Co ja robię? Wyzywam niczemu winną starszą kobietę, czyjąś babcię, babulinkę, która wnusiowi zawsze doleje dokładkę pomidorowej, kolejną i kolejną, bo wnuczek za szczupły, bo musi być silny, żeby pannicę utrzymać. Serniczek upiecze, wetknie dychę na cukierki w dłoń dwudziestolatkowi, która wyda wnuczek na cukierki, a jakże, ale takie jakby pudrowe, jakby dodające energii, takie, po których dobrze się lata, a jeszcze lepiej śpi, takie z wyżłobionymi zwierzaczkami, piorunami, to od nich jest taki szczupły, za szczupły, za mało mają cukru, za dużo -aminy, jednej z wielu amin, którejś z amin, nie witamin, przynajmniej nie grozi mu cukrzyca, ale zepsute zęby jak najbardziej.

Chuj z nią.

Czy już mną gardzisz, Alicjo? Nie gardzisz, bo dalej tu jesteś. Albo jesteś, ale z pogardą. Nie wiem. Ale jesteś. Milczysz. W porządku, więc też będę milczeć. Taaaaak, zostawiłaś mnie, ale pewnie, nie mów nic, przecież nie jesteś mi winna wyjaśnień, nic nie musisz mi tłumaczyć, po co, po co masz mówić, dlaczego cię nie ma, choć jesteś. Milcz, ja będę milczeć, będziemy wpatrywać się razem w morze, jak gdyby nic się nie stało, jakbym nie musiała wyjeżdżać z Trójmiasta daleko i mieszkać sama w gównianej kamienicy, pieprzyć się z beznadziejnymi w łóżku pannami i gdy zasną, zaspokajać samą siebie pod kołdrą, jakbym nie siedziała tu teraz z cytrynówką i rozmazywała makijażu solą, na którą nie zasługujesz.

Czy już mną gardzisz, Magdo? Tylko raz zadzwoniłaś, więcej nie zadzwonisz, nie będziesz tracić swojego ciążowego czasu na taką żałosną pijaczkę, siedzicie pewnie teraz we dwoje na skórzanej kanapie wziętej na raty prosto z salonu, przed 50-calowym telewizorem wziętym na raty prosto ze sklepu, w mieszkaniu wziętym za kredyt prosto od dewelopera. Trzymacie ręce na brzuchu, brzuszku, brzuszysku ciążowym i czekacie aż kopnie, aż wściekle przypieprzy ci w pęcherz, pytając po co, po co ściągasz mnie na ten gówniany świat pełen plastiku, jednorazowych buteleczek, żałosnych pijaczek, życia na kredyt, panienek na jedną noc.

Jestem pijana.

Znowu.

Wróć, błagam, kurwa mać, błagam, Alicjo, wróć.

Albo odejdź, ale tym razem na zawsze.

- Zaśpiewamy z nimi?

- Wiesz, że ja nie śpiewam.

- Oj, jak ty marudzisz dzisiaj! To posłuchamy. No chodź, Anno!

Ja, w krótkich spodenkach i górze od bikini - tandetna. Ty, w przewiewnej, półprzezroczystej czarnej sukience, sukienko-halce, narzucie na bikini - tandetna również, ale i seksowna. Seksowna, dziewczęca, uwodzicielska. Ja - nudna. Ty - letnia, świeża, podniecająca. Moja, nie ich, nie nikogo. Moja.

- No nie wiem...

- No chodźże. Może mają trawę, widzisz przecież, że to gówniarze!

Alkohol fuj, alkohol nie, ale trawka - taaak, to lubi moja Alicja; trawkę lubi, papierosy lubi, kwas lubi, kawę lubi, seks po kwasie lubi, różne rzeczy Alicja lubi. A ja lubię alkohol, nie lubię kwasu. Trawka... może być.