ROZDZIAŁ III
Rodzinna impreza udała się znakomicie: wszyscy jedli, pili, wspominali dawne czasy... Dzięki temu Markowi udało się na chwilę zapomnieć o zawodowych kłopotach. Co więcej, pogrążeni we wspomnieniach krewni, nawiązali w rozmowie do siostry jego ojca, która przed laty wyjechała do Australii, a potem... słuch o niej zaginął. Podobno wyszła tam za mąż za maklera giełdowego, przez co woda sodowa uderzyła jej do głowy: poczuła się lepsza od swoich ubogich krewnych z Polski, więc ani ich nie odwiedzała, ani nie zapraszała do siebie. W rezultacie nikt nie wiedział, co się z nią dzieje.
Marek nie brał udział w tej rozmowie, gdyż ledwie pamiętał ciotkę sprzed wyjazdu. Kojarzyła mu się jedynie z pięknym wozem strażackim, który dostał od niej na swoje trzecie urodziny, i ze słowami matki:
- Podziękuj cioci Ani!
Właśnie się zastanawiał, czy ten wóz nie leży jeszcze przypadkiem na strychu, ponieważ nigdy nie zdobył się na to, aby go wyrzucić. Może jednak matka pozbyła się jego zabawek podczas robienia porządków? W końcu już od lat się nimi nie interesował... Postanowił zapytać ją o to po zakończeniu imprezy. Tymczasem słuchał złośliwych komentarzy innych ciotek.
- To zdumiewające, że Antek nawet nie wie, czy ma jakichś siostrzeńców...
- Bo jej dzieci pewnie uważają się za rodowitych Australijczyków...
- Jeśli się tam urodziły, to są rodowitymi Australijczykami - wtrącił jeden z wujków.
- To nie powód, żeby czuły się kimś lepszym od nas!
- A może ona nie ma dzieci? - odezwał się nagle ojciec Marka. - Skoro nigdy nie dała nam znać o powiększeniu rodziny...
- Odbiło jej i tyle!
- Forsa się czasami ludziom na mózg rzuca!
- W sumie nie warto o niej rozmawiać. To czarna owca!
- No pewnie! Wyparła się rodziny, więc dla nas też nie powinna istnieć!
Uboczny skutek tej dyskusji był taki, że Marka nikt nie wypytywał, co u niego słychać. Oczywiście chłopak był z tego bardzo zadowolony. A kiedy wreszcie opadły emocje, wszyscy mieli już nieźle w czubach i skoncentrowali się na zakąskach. Wówczas nie pozostało mu nic innego, jak pójść za ich przykładem...
Przez cały następny dzień leczył kaca. Miało to pewien plus: dolegliwości powodowały, iż zobojętniał na wszystko. Koncentrował się głównie na tym, aby zwalczyć pulsujący ból głowy, suchość w ustach i chęć wymiotowania. Leżał zatem spokojnie, przyjmował właściwe medykamenty i cieszył się ciszą panującą w domu. Mgliście kojarzył, że jubileuszowa impreza rodziców była huczna, a gości tak pochłonęły wspomnienia dawnych czasów, że o nic go nie pytali. W pewnym momencie skojarzył, że to on miał zamiar o coś zapytać matkę, ale o co...? Tego nie był w stanie sobie przypomnieć.
Dzień później poczuł się trochę lepiej, więc zszedł na śniadanie. Rodziców zastał w kuchni - obydwoje także byli już w lepszej formie. Popijali kawę, jedli kanapki i wspominali swój jubileusz.
- Wszystko się świetnie udało - mówił ojciec. - Ludzie mieli dobre humory, nikt się z nikim nie pokłócił...
- Tylko niepotrzebnie mieszaliśmy alkohole - westchnęła matka.
- Kochanie, ale jak inaczej? Przecież najpierw był toast szampanem za nasze zdrowie, potem winko albo wódeczka, żeby każdy miał wybór, a na końcu likiery do deserów. Gdybyśmy zaserwowali mniej, wyszlibyśmy na skąpiradła.
- W zasadzie tak...
Przyjście syna przerwało te dywagacje.
- Zgadzam się z tym, że impreza była bardzo udana - powiedział Marek. - A złe samopoczucie następnego dnia należy po prostu wliczyć w koszty.
- No właśnie - podchwycił ojciec.
Chłopak usiadł przy stole, nalał sobie kawy i sięgnął po kanapkę. W tym momencie matka pacnęła się w głowę.
- Z tego wszystkiego zapomnieliśmy ci powiedzieć o ważnej sprawie!
- Tak...?
- Podobno zwalnia się etat w naszym miejskim teatrze. Jeden z aktorów odchodzi, więc będzie ogłoszony nabór na jego miejsce. Mógłbyś się zgłosić. Miałbyś zajęcie tutaj, nie musiałbyś wynajmować mieszkania w Warszawie ani pracować jako dostawca.
- Pod warunkiem, że mnie zatrudnią.
- A czemu by cię mieli nie zatrudnić? - zdziwił się ojciec. - Grałeś już w filmie, masz doświadczenie...
- Jakoś nie pomaga mi to w zdobyciu kolejnej roli.
- Bo w Warszawie jest większa konkurencja - odparła matka. - Tutaj nie będzie tylu chętnych. Tego możesz być pewny.
- Dobrze, zastanowię się nad tym.
Zadowolone spojrzenia, jakie wymienili między sobą rodzice, nieco go zaskoczyły. Wyglądało na to, że już pogodzili się z wyborem jego życiowej drogi...
Zgodnie z daną im obietnicą rozważał sprawę przez cały dzień. Rzeczywiście praca w radomskim teatrze była jakimś rozwiązaniem - pod warunkiem, że by ją dostał. Skąd jednak mógł wiedzieć, czy w krytycznej chwili znów się nie zdenerwuje i nie pokpi sprawy? A jeśli do tego dojdzie, to będzie dla niego gwóźdź do trumny - wtedy już powrót do Warszawy mu nie pomoże, bo tam wszyscy będą mówić: "Nawet w Radomiu go nie chcieli". Należało zatem dobrze się zastanowić i rozważyć wszystkie za i przeciw. Po namyśle Marek doszedł jeszcze do wniosku, że warto się z tym przespać. Taką zasadę wyznawała niegdyś jego babcia - zapamiętał to z dzieciństwa. I rzeczywiście, kiedy obudził się następnego ranka, przyszło mu do głowy, że może warto poradzić się Łukasza. Ciekawe, co on by zrobił na jego miejscu...
Dzięki podjęciu tej decyzji wracał do Warszawy w dobrym nastroju.
Jednego mógł być pewny: Łukasz będzie z nim szczery. Wprawdzie w relacjach damsko-męskich często uciekał się do bajerowania, ale w męsko-męskich nigdy nie owijał w bawełnę. Należało zatem domniemywać, że i tym razem powie, co myśli, nawet gdyby to miało być przykre albo bolesne.
Niestety, po przyjeździe do domu czekało go rozczarowanie. Łukasz najwyraźniej szykował się do wyjścia: był już elegancko ubrany i właśnie spryskiwał się perfumami. Czyli musiało chodzić o dziewczynę...
- Masz randkę? - zapytał pro forma.
Przyjaciel skinął głową i powiedział wesoło:
- Wyobraź sobie, że dałem się poderwać.
To była zaskakująca nowina, zważywszy na to, iż Łukasz zdecydowanie wolał sam wykazywać inicjatywę. Zapewne dlatego Marek nie mógł się powstrzymać od zadania dodatkowego pytania.
- Komu?
- Dziewczynie z tej firmy, którą reklamowałem. Wiesz, Hair Beauty.
- Aha...
Jego powściągliwa reakcja nie uszła uwadze tamtego.
- Co jest? - zapytał od razu. - Rodzinna impreza się nie udała, czy starzy znów ci truli?
Marek pokręcił głową.
- Impreza się udała, a staruszkowie zasugerowali mi, żebym się starał o etat w radomskim teatrze.
Ta wiadomość zainteresowała Łukasza, więc odstawił perfumy i rzucił mu zaciekawione spojrzenie.
- Masz zamiar to zrobić?
- Sam nie wiem...
- Słuchaj, ja ci nie doradzę. I wcale nie dlatego, że się spieszę. Po prostu teatr nigdy mnie nie pociągał. Zawsze chciałem zostać aktorem filmowym.
- Trudno - westchnął Marek.
Właściwie mógł się tego spodziewać. Dlaczego dopiero teraz skojarzył, że Łukasz nigdy nie ubiegał się o żadne role teatralne? Chyba był za bardzo pochłonięty własnymi sprawami.
- Wiesz, niektórzy cenią sobie bezpośredni kontakt z widzem, oklaski publiczności, bisy... Musisz po prostu stwierdzić, jak jest w twoim przypadku, bo rozumiem, że wcześniej się nad tym nie zastanawiałeś?
- Nie.
- No i musisz zdecydować, czy chcesz znowu mieszkać w Radomiu. Jeśli o to chodzi, mogę ci powiedzieć, że ja już bym się chyba nie zdecydował na powrót do Ostrołęki. Przyzwyczaiłem się do życia w Warszawie.
- Dzięki chociaż za to!
- Nie ma sprawy!
Łukasz chwycił płaszcz i wyszedł, a on znowu został sam ze swoimi myślami. Z pewnym zdumieniem stwierdził, że akurat powrót do Radomia nie byłby dla niego wielkim problemem. Lubił swoje rodzinne miasto i czuł się dobrze w rodzinnym domu. Poza tym miał tam wielu krewnych i znajomych jeszcze z czasów szkolnych. Mógłby odnowić z nimi kontakty i znów poczuć się swojsko. O wiele większym problemem była świadomość, że praca tam wcale nie jest pewna. Kto wie, ilu aktorów się zgłosi i czy któryś znów nie zostanie uznany za lepszego od niego? Wtedy i on będzie rozczarowany, i rodzice... Poza tym to będzie świadczyło o tym, że naprawdę poniósł zawodową klęskę.