ROZDZIAŁ 1MITCH
Gdy sunę po lodzie podczas przedmeczowej rozgrzewki, pieką mnie mięśnie, ale w najlepszy możliwy sposób. Lepiej, by piekły mięśnie, ciało i skóra niż ten dokuczliwy narząd w klatce piersiowej. Po pięciodniowej przerwie w grze bardzo potrzebowałem tego meczu.
Nie chcę myśleć o tym, że nie mam rodziny, z którą mogłem spędzić tak zwane ferie. Ani o tym, że reszta chłopaków z drużyny nie ma takiego problemu. Że cieszą się świętami razem z bliskimi.
Ja nie. Ale mnie nie jest to potrzebne, ja potrzebuję tego. Wyzwania dla umysłu i ciała. Używania mięśni do tego, co opanowały do perfekcji. Do wszystkiego, na co pracowałem. Jedynej dobrej rzeczy w moim życiu, która nie zniknęła.
Od osiemnastu lat czuję strach przed różnego rodzaju wolnymi dniami. Najpierw przed szkolnymi feriami, potem letnimi wakacjami, a teraz... przed świąteczną przerwą w rozgrywkach NHL. Te wszystkie dni wolne oznaczają tylko jedno: zbyt dużo czasu na myślenie.
Zerkając ponad szybą z pleksi, widzę, jak po drugiej stronie moi koledzy z drużyny przymilają się do potomstwa i żon. Wszystkie dzieciaki są ubrane w miniaturowe bluzy z numerami swoich ojców. Przewracam z irytacją oczami. Jakie to cholernie banalne.
Chłopaki machają i posyłają całusy swoim partnerkom, co wygląda idiotycznie, kiedy mają założone rękawice. Dziewczynom to nie przeszkadza i odmachują, jakby ci potężni, spoceni hokeiści byli ósmym cudem świata.
Właśnie to jest najgorsze w meczach u siebie. I dlatego też wolę mecze wyjazdowe.
Podnoszę jeden z krążków i rzucam go w stronę bramkarza. Chłopak jest rozkojarzony i z szerokim uśmiechem przygląda się rodzinom. Krążek trafia go w kask, a on natychmiast odwraca do mnie głowę. Zwęża oczy w szparki, ale w kącikach jego ust błąka się uśmiech. Bruce jest jedynym członkiem drużyny, który nie czuje się urażony tym, co reszta nazywa moją "gburowatą miną".
Bruce ma włosy w kolorze popielaty blond i psotne zielone oczy - wszystko w nim jest radosne i promienne. Jest jak krzepki bożonarodzeniowy elf. Sprawia wrażenie lepiej przystosowanego do pracy w fabryce Świętego Mikołaja niż jako bramkarz, ale prawdę mówiąc, świetnie spisuje się w swojej roli. Jeśli chcecie znać moje zdanie, to jest najlepszy w całej lidze, no ale oczywiście jestem stronniczy.
- Nie bądź zrzędą! - woła po drugiej stronie lodowiska Bruce, po czym odbija krążek w moim kierunku.
Przewracam oczami.
- Jestem po prostu gotowy, aby zacząć już mecz - kłamię.
To znaczy rzeczywiście jestem gotowy, ale myślałem przecież o tym, jak irytująco zachowują się moi koledzy. Jakby nie spędzili dopiero co całych pięciu dni z rodzinami.
Wbijam kolejny krążek do bramki i z boku za szybą dostrzegam dziewczynkę. Nie ma raczej nawet dziesięciu lat i obserwuje nas z malującym się na twarzy zachwytem. Na głowie ma czapkę D.C. Eagles, ale na ramiona opadają jej brązowe warkocze. Reszta jej ciuchów wygląda na równie znoszoną, jak czapka. Nie otaczają jej pełni uwielbienia rodzice ani rodzeństwo, nie ma na sobie najnowszych ciuchów Eagles i nie zjawiła się z jednym z tych ogromnych, ostentacyjnych transparentów, na których widnieją napisy w stylu "#1 jesteś moim bohaterem!" albo "#00 zrobisz sobie ze mną selfie?".
Kiedy jadę w jej stronę, nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy. Jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia. Nie mam pewności, czy powodem jest to, że ktoś ją zauważył, czy też fakt, że zrobiłem to ja... a ja nie słynę przecież z nawiązywania interakcji z fanami. Ale, co jest dziwaczne, w tej dziewczynce widzę samego siebie. Moją żałosną postać z dzieciństwa. I właśnie dlatego unoszę kij tak wysoko, że prześlizguje się ponad krawędzią oddzielającego nas przepierzenia z pleksiglasu i wpada do jej trzęsących się rąk. Dziewczynce opada szczęka.
Z ruchu jej warg odczytuję nerwowe "dziękuję". Kiwając w odpowiedzi głową, słyszę dudniący głos trenera, a kiedy podnoszę wzrok, widzę, że sygnalizuje nam, abyśmy wrócili do szatni, gdyż rozgrzewka dobiegła wreszcie końca.
Gdy wjeżdżam do tunelu, słyszę za sobą głos Bruce'a:
- Widziałem to. Lepiej uważaj, Mitch, bo fani mogą się zorientować, że masz serce.
Wiem, że żartuje, ale ma rację. Jeśli nie chcę, aby mnie prześladowali, muszę być ostrożniejszy.
W szatni zajmujemy swoje wyznaczone miejsca i czekamy, aż Remy, czyli Remington Ford, kapitan naszej drużyny, uraczy nas przedmeczową mową dopingującą. Stoi obok trenera i czeka, aż się uspokoimy.
Dołącza do nich Weston Kershaw. Na jego klatce piersiowej widnieje litera A oznaczająca asystenta kapitana. Należy do drużyny od nieco ponad roku i wysoko się już wspiął. Niechętnie przyznaję, że dobry z niego zawodnik... Trudno polemizować z faktem, że w tym sezonie zdobył największą liczbę bramek w NHL - okej, w zeszłym także - ale ten koleś mnie irytuje. Nie jestem pewny, czy to dlatego, że tak łatwo zjednuje ludzi i urabia ich za pomocą swojego "czaru", czy też chodzi o to, że po roku jest lepiej zaaklimatyzowany w Waszyngtonie niż ja po pięciu. A może dlatego, że on i jego narzeczona przypuszczalnie w ciągu kilku kolejnych lat dołączą do klubu "tatusiowych bluz". Jest po prostu jedną z tych osób, które wszyscy od razu darzą sympatią, ma kochającą rodzinę i wszystko przychodzi mu łatwo. Jest jak ulubiony serial, który się włącza po długim dniu, serial, który wszyscy uwielbiają i z którego rzucają ciągle cytaty. West to Przyjaciele naszej drużyny. I nie cierpię go za to.
Siedzący po mojej prawej Colby Knight daje mi kuksańca w żebra. Podnoszę głowę i widzę, że Remy i West patrzą się na mnie.
- Hej, Mitch! Słyszysz mnie? - W całej szatni słychać dudniący głos Remy'ego.
Przesuwam dłonią po spoconych włosach.
- Przepraszam, myślałem o tych nowych strategiach gry.
Bruce, którego szafka mieści się na lewo od mojej, posyła mi spojrzenie, które mówi, że doskonale wie, że gadam bzdury.
Remy uśmiecha się drwiąco i krzyżuje ręce na piersiach, West zaś przygląda mi się zdezorientowany. Choć w sumie to bardziej się pewnie upaja tym, że nie słuchałem i zostałem przywołany do porządku.
- Mówiłem, żebyśmy wszyscy trzymali się z dala od ławki kar i nie zapewniali drużynie Renegades przewagi.
Ledwie zauważalnie kiwam głową i przesuwam językiem po krawędzi zębów, starając się nie irytować jego słowami. Ale wiem, że na nie zasługuję. W zeszłym sezonie miałem pięć kar meczowych i musiałem zapłacić NHL tysiące dolarów za uderzenie kijem innego zawodnika. To nie moja wina, że później zainicjował bójkę, która skończyła się dla niego zerwaniem więzadła krzyżowego przedniego.
Trener Young kontynuuje mowę i uwaga wszystkich skupia się na nim. Mówi coś o tym, abyśmy podczas pierwszego meczu skopali tyłki przeciwnikom, ale ja patrzę na Remy'ego, którego laserowe spojrzenie pozostaje wbite we mnie. Wygląda na to, że nie tylko ja zauważyłem, że po przerwie mogę być wyjątkowo narażony na kary, zwłaszcza podczas meczu przeciwko drużynie Carolina Renegades, naszemu największemu rywalowi w Dywizji Metropolitalnej.
Trzydzieści minut później zajmujemy pozycje na lodzie, gotowi na rozpoczęcie meczu. Zerkam na trybuny, ale dziewczynki, którą tam widziałem, już nie ma. Stoi za to grupa kobiet z transparentami, na których pytają Westona Kershawa i Colby'ego Knighta o to, czy się z nimi ożenią, i klnąc cicho, odwracam wzrok. Nie ma ani jednego transparentu z moim nazwiskiem, co w ogóle mi nie przeszkadza. Lubię pozostawać niezauważonym. Ale stanowi to także przypomnienie, że jestem drużynowym awanturnikiem... tym niekochanym.
Praktycznie czuję, jak emanuje ze mnie nagromadzona energia i agresja, a wraz z nią ulatuje samokontrola. A to akurat nie może mi dzisiaj przeszkodzić w grze.
W końcu sędzia rzuca krążek, a ja sunę w jego stronę, pamiętając nasze zagrywki z treningu. Obok mnie kręci się numer trzydziesty siódmy z Renegades i kątem oka dostrzegam jego białą bluzę. Spodziewałem się tego. Obelgi, jakimi mnie obrzuca, nie tylko przekraczają granice standardowego obrażania, ale w dodatku koleś, którego w zeszłym sezonie przewróciłem, to jego najlepszy przyjaciel. Ups.
Staram się unikać bezpośredniego kontaktu wzrokowego z Ilyą Adrikiem, bo jeszcze mógłbym zamienić się w kamień.
- Anderson! - Z powodu ochraniacza na zęby lekko sepleni.
Ignoruję go, ale on przekrzykując hałas, woła:
- Jak ci minęły święta, stary?
Przygryzam wnętrze policzków tak mocno, że niemal krwawię.
- Miło i... spokojnie? Tak jak lubisz?
Przechylam głowę w prawo i lewo, przez co strzela mi w szyi.
- A może odwiedziłeś tatę? - pyta i śmieje się drwiąco.
Moje resztki samokontroli w jednej sekundzie się rozsypują, to samo za chwilę stanie się z jego twarzą.
ROZDZIAŁ 2ANDIE
- Noah! Jazda na dół! Spóźnimy się! Znowu. - To ostatnie słowo mruczę pod nosem, kiedy z rękami na biodrach czekam u dołu schodów.
Moje spojrzenie prześlizguje się po leżących na schodach rzeczach: stertach niezbyt starannie poskładanego prania, książkach, towarach zamawianych przez program oszczędnościowy Amazona - który, tak na marginesie, jest niesamowicie przydatny i tylko dzięki niemu nie skończyła nam się pasta do zębów - czyli tym wszystkim, co ja i Noah położyliśmy tutaj. Szczerze zamierzyliśmy odłożyć je później na miejsce. Czego ostatecznie nie zrobiliśmy, a teraz te wszystkie rzeczy stanowią kolejne przypomnienie tego, jak chaotyczne jest moje życie.
Raz jeszcze zerkam na zegarek i wzdycham.
U szczytu schodów pojawia się Noah, nieprzejęty moim zniecierpliwieniem. Ciemne włosy ma potargane po nocy, a jego zaspane oczy mówią mi, że dopiero co się obudził. Mimo że wczoraj wieczorem ustawiłam mu budzik na piątą czterdzieści pięć. Nie mam do niego pretensji, nikt o zdrowych zmysłach nie lubi wstawać o tak wczesnej porze. Ale niestety z tym wiąże się bycie pielęgniarką.
Noah schodzi na dół. Dziś rano wygląda na wyjątkowo marudnego, więc zamiast raczyć go wykładem, wyjmuję z kieszeni batonik musli i wręczam mu go jako gałązkę oliwną.
Bierze go, ledwie zaszczycając mnie spojrzeniem ciemnobrązowych oczu. Oczu, które uwielbiam, ale przez które zbiera mi się także na płacz. Dlatego że mama miała takie same. Serce boleśnie mi się ściska. Tak bardzo za nią tęsknię.
Odsuwając od siebie te myśli, schylam się po leżący u moich stóp plecak, Noah zaś się odwraca, żebym mogła mu pomóc go założyć. Bez słowa bierze czapkę z daszkiem D.C. Eagles i wychodzi z domu.
- Trening hokeja - szepczę do siebie.
Czapka Eagles przypomina mi, że po drodze z pracy muszę odebrać Noaha z lodowiska.
Minęło prawie dziewięć miesięcy od czasu, kiedy zostałam opiekunką prawną mojego młodszego brata, a nadal nie potrafię spamiętać jego grafiku.
Dziewięć miesięcy, a on nadal prawie się nie odzywa. (Przynajmniej do mnie).
Może za dziewięć kolejnych miesięcy jakoś wszystko ogarniemy. Ale mocno w to wątpię.
Odwożę go swoim małym samochodem do szkoły, co jest dla mnie taką samą nowością, jak opiekowanie się dzieckiem i mieszkanie w Waszyngtonie - i dosłownie cała reszta, która spadła na mnie dziewięć miesięcy temu, kiedy nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
Nie zmuszam Noaha do mówienia, nie naciskam na niego. W tej małej dziecięcej głowie wystarczająco dużo się dzieje. Tego, z czym nie powinno musieć się mierzyć żadne dziecko. Od jego nauczycielki wiem, że w szkole nadal jest milczący - i nadal wdaje się w bójki z innymi uczniami z klasy. Ale jego terapeutka zapewnia mnie, że widzi u niego postępy... więc rozumiem, że na razie nie mogę oczekiwać niczego więcej.
Wjeżdżam na pas dla osób odwożących dzieci do szkoły i jak na tak wczesną porę jadę nim dojmująco powoli. Zazwyczaj zjawiam się jako pierwsza.
Zaciskając z irytacją dłonie na kierownicy, obserwuję, jak matka przede mną wysiada z samochodu.
- Nie! - jęczę, mimo że mnie nie słyszy. - Nigdy, powtarzam: nigdy nie wysiada się z samochodu na tym pasie!
Patrzę, jak odpina swoje dziecko w foteliku i pomaga mu wysiąść. Przytula je i całuje. To słodkie, zgoda. Ale to dziecko jest w wieku przedszkolnym, a przedszkolaków nie wyrzuca się na tym pasie.
- Pchnij dzieciaka, zawołaj "do zobaczenia!", a potem gaz do dechy! - krzyczę, wyrzucając w górę ręce.
Zazwyczaj nie zachowuję się tak zrzędliwie, ale jestem już spóźniona i nie mam nawet czasu, aby zatrzymać się i kupić kawę.
Matka po raz ostatni macha, po czym posyła mi lodowate spojrzenie. Och, może jednak mnie usłyszała.
- Cholera - mamroczę.
Obserwujący mnie Noah śmieje się cicho, a oczy błyszczą mu tak samo jak tacie, kiedy się z nami droczył. Uśmiecham się do niego, uradowana tym, że się zaśmiał. Przypuszczalnie powinno być mi wstyd za to, że nakrzyczałam na tę słodką matkę przed nami, ale nie czuję niczego oprócz radości. I może odrobiny nadziei, że ja i Noah w końcu znowu będziemy najlepszymi przyjaciółmi.
Odwraca wzrok, otwiera drzwi i wysiada. Zanim zdąży zamknąć drzwi, zatrzymuje się i patrzy na mnie.
- Dolar do słoiczka wulgarniczka.
Zapomniałam o tym słoiku. Kiedy się tu przeprowadziłam, aby zająć się Noahem, dotarło do mnie, jak bardzo nadużywam obscenicznego słownictwa, nie będąc przyzwyczajona do przebywania w towarzystwie dzieci. W ramach próby zadośćuczynienia powiedziałam mu, że za każdym razem, kiedy przeklnę, wrzucę do słoika jednego dolara, a jeśli się kiedyś zapełni, to zrobimy coś wyjątkowo fajnego. Na przykład wybierzemy się do kina albo... patrząc na to, jak często przeklinam, polecimy do Paryża na luksusowe wakacje. Nie jestem pewna, czy w ogóle stać mnie na ten słoiczek wulgarniczek. Po raz kolejny czuję znajome ukłucie żalu... Gdybym się nie wyprowadziła, bylibyśmy sobie bliżsi. Gdybym się nie wyprowadziła, nie czulibyśmy takiego skrępowania w swoim towarzystwie.
- Szlag by to - mruczę pod nosem.
- Dwa dolary - szepcze Noah, po czym zamyka drzwi.
Odchodzi bez choćby spojrzenia w moją stronę czy uśmiechu. Ale odezwał się do mnie, a nawet zażartował.
Choć jestem biedniejsza o dwa dolary, odjeżdżam, czując się tak, jakbym je wygrała.
- Kiepsko wyglądasz - stwierdza Ronda, moja współpracownica, kiedy siadam ciężko na krześle w maleńkim pomieszczeniu socjalnym. Dochodzi trzecia i w końcu mam czas na zjedzenie lunchu. Nie ma sensu, aby pielęgniarki na OIOM-ie miały duży pokój socjalny, skoro i tak prawie w ogóle nie mamy przerw.
Patrzę na Rondę, ubraną w taki sam ciemnoniebieski strój jak ja. W jej ciemnych oczach, które zdają się lśnić niczym gwiazdy, widać niepokój wymieszany z nutką humoru. Choć ma dwadzieścia lat więcej niż ja, jest moją najbliższą przyjaciółką tutaj, w Waszyngtonie.
Posyłam jej blady uśmiech, zbyt zmęczona na cięte riposty.
Zakłada za ucho siwy lok, który wysunął się z gładkiego koczka.
- Wysypiasz się?
- Jestem pielęgniarką. Nie potrzebuję snu! - rzucam drwiąco.
Sznuruje usta, nie dając się zwieść mojemu sarkazmowi.
- A kiedy po raz ostatni wyszłaś z domu w celu innym niż praca?
Wbijam wzrok w bury szpitalny sufit, kalkulując w myślach, ile czasu minęło, odkąd porządnie się wyspałam albo spotkałam z przyjaciółmi.
- A co z randkami? - Głos Rondy przebija się przez moje myśli. - Kiedy po raz ostatni jakiś mężczyzna zabrał cię do łóżka, co?
- Ronda!
Wstaję z krzesła i przykładam rękę do klatki piersiowej.
Wzdycha ciężko. Wiem jednak, że się o mnie martwi. I o Noaha.
- Wiesz, że zawsze mogę popilnować Noaha. Mieszkamy na tej samej ulicy. Wystarczy, że poprosisz, Andie.
Kiwam głową, wdzięczna za jej życzliwość, ale szybko odwracam wzrok od tych ciemnych oczu, które zdają się aż wwiercać w moją duszę. Podchodzę do lodówki i wyjmuję kanapkę z masłem orzechowym i dżemem.
Ronda odchrząkuje, a kiedy oglądam się na nią, wskazuje brodą na stojącą obok niej na stole torbę z Jimmy John's.
Pociągam nosem udając, że płaczę. Ronda kręci głową i stara się nie roześmiać.
- Nie zaczynaj.
Za późno, bo raczę ją już własną interpretacją starej piosenki Roda Stewarta. A kiedy kończę swoje solo, zatapiam ją w uścisku.
Wyrywa się z moich objęć.
- Bierz się do jedzenia, bo na pochłonięcie tej bagietki zostało ci może z siedem i pół minuty.
- Masz rację.
Ronda zabiera mi kanapkę z masłem orzechowym i dżemem i w drodze do wyjścia wyrzuca ją do kosza. Nie licząc odgłosów pikania urządzeń medycznych i szybkich kroków za drzwiami, w pomieszczeniu panuje teraz cisza. Dociera do mnie, jak mało mam czasu dla siebie, na to, aby spokojnie pomyśleć, i że cisza, która kiedyś wydawała się czymś normalnym, teraz wydaje się przytłaczająca. Jest to dziwaczne... wręcz upiorne. W ciągu dziewięciu miesięcy przyzwyczaiłam się do dźwięków towarzyszących mieszkaniu z dużo młodszym bratem. Piłka, którą odbija od ściany, po czym ją łapie, odgłos jego kroków na górze, podczas gdy ja jestem w kuchni, szelest kartek, kiedy odrabia pracę domową.
Wiem, że mogłabym prosić o pomoc i czasami tak właśnie robię. Ale Ronda pomaga już z tak wieloma rzeczami, że w żadnym razie nie chcę jej się narzucać po to, abym mogła wyjść z domu i... właściwie to co? Wyrywać facetów? Iść na pedicure? Teraz to wszystko wydaje się takie płytkie i bezsensowne. Poza tym, kiedy nie muszę, nie lubię spuszczać Noaha z oczu. Dlatego upieram się, aby zawozić go do szkoły, mimo że on uważa to za wyjątkowo krępujące.
Serce dudni mi w klatce piersiowej i ogarnia mnie znajomy smutek. Mój umysł spowija mgła, przez co mam wrażenie, że już nigdy nie ujrzę słońca. Biorę głęboki oddech i myślę o trzech dobrych rzeczach. Noah, moja praca, niezawodny samochód.
Jeszcze jeden oddech i zaczynam szybko jeść lunch, odsuwając na bok wszystkie inne myśli.
ROZDZIAŁ 3MITCH
- Piętnaście meczów?! - ryczę, zrywając się z krzesła w gabinecie naszego głównego managera Toma Parkera.
Przesuwam wzrokiem po znajdujących się w gabinecie czterech osobach: moim agencie (ciągle zapominam, jak się nazywa), Tomie Parkerze, trenerze Youngu (który jest na maksa wkurzony) i jakimś starszym facecie, którego nigdy dotąd nie widziałem.
Odwracam wzrok od wpatrujących się we mnie mężczyzn i chwytam się za włosy, pociągając za końcówki. Dokonuję w myślach obliczeń i wychodzi mi, że piętnaście meczów podzielonych przez trzy-cztery mecze w tygodniu... daje pięć tygodni bez gry. Pięć tygodni, podczas których będę miał aż za dużo czasu.
- Z powodu głupiego bólu głowy? Ilya przesadza.
Pięć dni temu spuściłem mu łomot, a teraz jestem zawieszony? Niedorzeczne.
Tom opiera się o brzeg biurka, zupełnie niewzruszony. Długie nogi skrzyżował w kostkach, przez co spodnie podjechały mu na tyle, że widzę wystające z eleganckich butów skarpetki D.C. Eagles.
- Przez ciebie ma poważne wstrząśnienie mózgu, Mitch. A ty jesteś recydywistą. Stąd właśnie dłuższe zawieszenie - warczy trener Young.
Siedzi na krześle obok mnie. Jego głos pozwala mi sądzić, że jest wkurzony, na mnie, jasne, ale także na decyzję NHL.
Ale głównie na mnie.
Próbując się uspokoić, biorę głęboki oddech. Nic to jednak nie daje.
- A do tego jeszcze grzywna? Zawieszenie nie wystarczy?
- W porównaniu z niektórymi zawodnikami i tak zostałeś potraktowany ulgowo - dodaje Tom, wcale mi tym nie pomagając. - Ale jest coś jeszcze.
Mężczyzna, którego nie znam, robi krok w moją stronę. Wygląda na nieco starszego od pozostałej trójki i przypuszczalnie jest koło pięćdziesiątki. Włosy ma w większości siwe i jest ubrany w granatowe spodnie i białą koszulę.
Przygląda mi się złotobrązowymi oczami. Jego postawa i bezpośredni kontakt wzrokowy sprawiają, że cofam się myślami do czasów, kiedy miałem sześć albo siedem lat. To był jeden z tych dni, kiedy mój tata nie był na haju i rzeczywiście zachowywał się jak ojciec. Jedno z niewielu dobrych wspomnień... ten dzień, kiedy mnie zabrał do cyrku. Urzekł mnie treser lwów - jak zahipnotyzowany przyglądałem się jego ruchom, gdy z całkowitym spokojem obchodził lwa. Emanowała z niego pewność siebie - pomimo że lew się oblizywał - a chwilę później lew wykonał wyuczoną sztuczkę, mianowicie przeskoczył przez płonącą obręcz.
Ten tajemniczy mężczyzna jest z całą pewnością treserem lwów. Czy to czyni mnie lwem?
- Jak wiesz - kontynuuje Tom - w tym tygodniu po twoim... incydencie... w organizacji Eagles odbyło się spotkanie. W porozumieniu z Amerykańską Ligą Hokeju na Lodzie i jako że jest to wykroczenie, do którego doszło po raz kolejny, zdecydowaliśmy, że z korzyścią... - robi pauzę - dla ciebie i dla drużyny - odchrząkuje ze skrępowaniem - powinieneś spotykać z naszym terapeutą.
Wskazuje na tego starszego pana, który najwyraźniej jest rzeczonym terapeutą.
Lekarz wyciąga rękę, a w porównaniu z ciemną skórą jego włosy wydają się jeszcze bardziej srebrzyste.
- Hej, Mitch, jestem doktor Curtis. Nie mogę się doczekać naszej współpracy.
Przyglądam się gniewnie wyciągniętej ręce. Oni się zachowują, jakbym był dzieckiem. Czy grzywny i zawieszenia nie wystarczą?
- To była tylko głupia bójka - mówię i, ignorując lekarza, przenoszę wzrok na głównego managera. - To jest hokej, nie zespół tańca Rockettes.
- Słyszałem, że w Rockettes też panuje zawzięta rywalizacja - ripostuje doktor Curtis.
Zerkam na niego i widzę, że kąciki jego ust lekko się unoszą.
Nie śmieję się z jego żartu, zamiast tego posyłam mu spojrzenie mówiące: "Dlaczego nadal pan mówi?". Ale skoro mamy razem pracować, to czuję lekką ulgę, że ma przynajmniej poczucie humoru. Opamiętuję się i ponownie przenoszę spojrzenie na Toma.
- To nie podlega dyskusji, Mitch - oświadcza. - W tej organizacji bezpieczeństwo i sprawiedliwe traktowanie są bardzo ważne. Oprócz ciała musisz także wyćwiczyć swój umysł. Potraktuj tę terapię jako siłownię dla mózgu.
Ledwie udaje mi się powstrzymać od przewrócenia oczami, ale nie protestuję. Skoro mam odczekać piętnaście meczów, i tak nie będę miał co robić z wolnym czasem.
Mój agent odchrząkuje. Zdążyłem już o nim zapomnieć, tak samo jak nigdy nie pamiętam, jak ma na imię. Jakoś tak psio, Doug albo Buddy. Posyła mi teraz szeroki uśmiech, taki, jaki nigdy nie sprawia wrażenia szczerego. Może dlatego, że towarzyszy mu zimne spojrzenie.
Tom kiwa do niego głową.
- Och, i Max także ma kilka pomysłów.
Max. No tak.
Mój agent zawsze sprawia wrażenie osoby, która w bezpośrednim kontakcie jest dla ciebie miła, ale wystarczy, że wyjdziesz z pokoju, a nazwie cię dupkiem. Irytuje mnie. Może dlatego, że jest wszędzie tam, gdzie ja. Na każdym evencie i niemal każdym meczu. Wygląda zupełnie nieszkodliwie - jest po czterdziestce i nosi czarne spodnie i niebieską koszulę. Brązowe włosy ma obcięte zbyt krótko, co stanowi kolejny powód do irytacji, ponieważ wiem, że płacę mu wystarczająco, aby go było stać na porządnego fryzjera.
- Powodem, dla którego zjawiłem się tutaj, jest to, aby pomóc ci popracować nad twoim wizerunkiem. - Przykłada rękę do piersi. Paznokcie ma czyste, a dłonie delikatne, jakby nie przepracował ani jednego dnia poza biurem. - My wiemy, że jesteś świetnym gościem, ale muszą się o tym dowiedzieć także fani.
Unoszę jedną brew, jakbym pytał: "Czy ktoś tutaj naprawdę uważa mnie za świetnego gościa?".
Trener Young cicho prycha i wiem, że myśli to samo co ja. Jestem cenny dla drużyny z powodu mojego rozmiaru i brutalnej siły... ale nie jestem Westonem Kershawem. Coś mi mówi, że nikt by mnie nie nazwał "świetnym gościem".
- Poza tym... - Max pociera palce, jakby trzymał w nich pieniądze. - Lepszy wizerunek oznacza lepszych sponsorów. A jako że po obejrzeniu tej głupiej bójki zadzwonił do mnie twój największy sponsor i zerwał kontrakt... na twoim miejscu potraktowałbym to poważnie.
Otwieram szeroko oczy na wieść o tym, że Advanced Athletics zerwało ze mną kontrakt. Nie miałem pojęcia. Zaciskam szczękę. To oznacza stratę w wysokości milionów dolarów.
- Okej, jak więc, u licha, zamierzamy przekonać ludzi do tego, że jestem "świetnym gościem"? - pytam Douga... eee, Maxa, czy jak mu tam.
Moja obcesowość sprawia, że na ułamek sekundy traci rezon, szybko jednak odkasłuje i prostuje się na krześle.
- Jak zapewne wiesz, Eagles sponsorują wiele dziecięcych drużyn w regionie. I na szczęście dla ciebie jedna z takich drużyn potrzebuje tymczasowego asystenta trenera.
- Dzieci? - Patrzę na trenera, a potem na Toma. Obaj podchodzą z rezerwą do tego pomysłu. - Co każe ci sądzić, że praca z dziećmi to w moim przypadku dobry pomysł? Ja nie lubię nawet ludzi, którzy już dorośli.
Max unosi ręce i rysuje nimi kształt telewizora.
- Wielki, twardy hokeista jeżdżący po lodzie razem ze słodkimi dzieciakami w hokejowym osprzęcie. - Przesuwa jedną wypielęgnowaną dłonią po wyimaginowanym telewizorze. - Mitch Anderson: przemiana grizzly w pluszowego misia.
Tym razem rzeczywiście przewracam oczami.
- Potraktuj to poważnie - poleca mi Tom.
Przenoszę na niego wzrok i widzę, że defensywnie skrzyżował ręce na piersi.
- Trenowanie dziecięcego hokeja? Kiedy to oczywiste, że szybko wpadam w złość? Rodzicom to nie przeszkadza?
Czepiam się tych wymówek w nadziei, że się z tego wywinę. No bo naprawdę każdy rodzic dziecka trenującego hokej przypuszczalnie podskakiwałby z radości, że jego dzieciaka będzie trenował zawodnik NHL. Jasne, wdałem się w bójkę i zafundowałem komuś wstrząśnienie mózgu - przez przypadek - ale pewnej dozy brutalności wręcz się od nas oczekuje. To część rozrywki. A raczej tak słyszałem.
- To już postanowione, Mitch - mówi Tom, wyraźnie nierozbawiony moją próbą wykręcenia się z tego.
- Masz czas, a twoja reputacja może na tym sporo zyskać - odzywa się stojący obok mnie trener Young.
- Kto wie, może ci się to spodoba! - oświadcza z nieco zbyt dużym entuzjazmem Max. Wszyscy tu obecni posyłają mu nieprzekonane spojrzenia, a jemu rzednie lekko mina. - Zaczynasz dziś wieczorem. Przesłałem ci w mailu wszystkie potrzebne informacje i grafik. Spróbuj więc zaczerpnąć z tego trochę radości!
Klepie mnie po ramieniu, po czym, nie dodając nic więcej, wychodzi z gabinetu.
Szok i wściekłość, buzujące we mnie niczym lawa w wulkanie gotowym do erupcji, przypominają mi, dlaczego nie powinno się pozostawiać dzieci pod moją opieką.
- Dziś wieczorem?!
Tom się krzywi.
- Przepraszam, że nie poinformowaliśmy cię o tym z wyprzedzeniem, ale żona asystenta trenera zaczęła przedwcześnie rodzić, no i cała ta sytuacja wynikła dość... niespodziewanie.
Odwracam głowę i wbijam wzrok w trenera Younga, licząc, że wydarzy się cud i przyjdzie mi na ratunek. Trener wyciąga przed siebie ręce, jakbym miał do niego podbiec i zaatakować.
- To był pomysł Maxa!
Zgrzytam zębami, po czym wyrzucam z siebie długo powstrzymywane przekleństwo. Niestety tylko na chwilę łagodzi to wzbierające przeze mnie napięcie. A wszyscy obecni w gabinecie przyglądają mi się nieufnie. Po raz kolejny mam wrażenie, że zaraz mi pękną trzonowce. A cała moja poczytalność opuści mnie bezpowrotnie.
Doktor Curtis chichocze. Tylko on wydaje się idealnie spokojny i - co zaskakujące - czuję się dzięki temu nieco lepiej. Przynajmniej jedna osoba nie uważa, że rozniosę to pomieszczenie jak jakiś ogr.
- Mitch, myślę, że trenowanie pomoże ci rozwinąć zupełnie nowe umiejętności... takie jak budowanie relacji. - Na widok mojej gniewnej miny nie wzdryga się, lecz kontynuuje: - No i będziesz miał okazję do pracy nad samokontrolą. Znam kilka ćwiczeń oddechowych, które mogą ci pomóc, porozmawiamy o tym na naszej sesji w przyszłym tygodniu.
Kiedy nic nie mówię, Tom odchrząkuje.
- No dobrze, fajnie było. Ale mam kilka telefonów do wykonania i drużynę, którą muszę zarządzać. Dlatego miłego pierwszego treningu, Mitch.
- Czy wy dwaj musicie iść tak zaraz za mną? - pytam fotografa, sługusa Maxa, i Maxa, którzy depczą mi po piętach, kiedy wchodzę do kompleksu lodowisk.
Nie dość, że ci dwaj niemal nieznajomi śledzą mój każdy ruch i go fotografują, to jeszcze kłębią się we mnie emocje, a wszystkie zmysły mam wyostrzone. I wcale nie w pozytywnym sensie. Moje ubranie wydaje się zbyt ciasne, skóra zbyt wrażliwa, dźwięki w budynku zbyt głośne, a na domiar złego mam w ustach kwaśny posmak. Przez moją głowę przefruwają wspomnienia moich początków na lodzie. Niektóre są dobre, ponieważ hokej był moją odskocznią od życia w domu, ale wiele z nich... jest dużo gorszych.
Przez ten kwaśny smak w ustach robi mi się niedobrze. Dziecięcy hokej był przed laty tym, co mnie motywowało i dawało coś pozytywnego, czego mogłem się trzymać. Ale to miejsce przywołuje także te złe wspomnienia z dzieciństwa, jak na przykład to, kiedy mama odeszła, a tata wpadł w ciąg. Zabierają mnie do tych późnych wieczorów po treningu, kiedy tata mnie nie odbierał, a trenerzy na zmianę odwozili mnie do domu. Dopóki nie zadzwoniono w końcu do służb ochrony dziecka. Zamykam oczy i biorę głęboki oddech, odsuwając od siebie te kolidujące ze sobą wspomnienia, tak bym mógł się skupić na tym, co mnie czeka.
- Przepraszamy, panie Anderson. Postaramy się nie wchodzić panu w drogę - mówi fotograf, a głos mu drży, jakby się denerwował. - Nawet pan nie zauważy naszej obecności.
Śmieję się, ale w tym dźwięku brak radości.
Wchodzimy do dużego pomieszczenia z ławkami, gdzie można się przebrać i zasznurować łyżwy. Przez drzwi, które muszą prowadzić na jedno z lodowisk, wpada jasnowłosy mężczyzna, raczej niewiele starszy ode mnie. Ma już na sobie strój trenera, czyli granatowe spodnie i kurtkę w takim samym kolorze z logo drużyny na klatce piersiowej (którym niestety jest trzymający kij hokejowy wombat), na głowie zaś kask. No a na nogach oczywiście łyżwy.
- Mitch Anderson - wita mnie z szerokim uśmiechem. - To zaszczyt móc cię poznać. Dzieciaki są nakręcone tym, że będą z tobą pracować!
Kiwam w odpowiedzi głową, nie wiedząc, co miałbym powiedzieć, bo przecież wcale nawet nie mam ochoty tu być.
- Jestem Aaron. - Wyciąga do mnie rękę, po czym orientuje się, że nadal ma założone rękawice. Zdejmuje jedną ze śmiechem.
Ściskam mu dłoń. Zna już moje imię, więc raczę go przyjaznym - mam nadzieję - pomrukiem.
- Człowiek małomówny! - Znowu się śmieje.
Wygląda na to, że Aaron często się śmieje. Strasznie to irytujące.
- Twój strój jest w szatni. - Wskazuje na ścianę po lewej stronie. - Przebierz się i spotkamy się na lodzie.
Szybko się przebieram i teraz mam na sobie taki sam strój jak Aaron. Łącznie z durnym wombatem. Zdecydowanie nie jest to jakość NHL, ale bywało gorzej. Wyhaftowany na klatce piersiowej zwierzak jest sztywny i niewygodny. Kto wybrał na drużynową maskotkę akurat wombata? Dlaczego nie coś onieśmielającego, na przykład... smoka? Przynajmniej mam własne łyżwy, w przeciwnym razie Aaron przypuszczalnie dałby mi jakieś z wombatami.
Przed wyjściem na lodowisko Max i fotograf pstrykają mi kilka zdjęć przed banerem Washington Wombats.
Ignorując gapiących się rodziców, robiących zdjęcia i nagrywających filmiki, wjeżdżam na tercję neutralną, gdzie zebrała się cała drużyna. Z maila od Maxa wiem, że dzieci są w wieku od ośmiu do trzynastu lat. Jest wśród nich nawet kilka dziewczynek, którym spod kasków wystają warkocze i długie kucyki.
Aaron klęczy na jednym kolanie i mówi coś do dzieci. Na mój widok uśmiecha się.
- To nasz nowy asystent trenera! - Wstaje. - Wombaty, powitajcie lodowo trenera Andersona!
Wszystkie dzieci uderzają ze śmiechem kijami w lód, wszystkie z wyjątkiem jednego chłopca z tyłu, który wygląda na równie poirytowanego tym wszystkim, jak ja.
- Wow, dzięki. - Staram się przyjaźnie uśmiechnąć. - Miejmy nadzieję, że... eee... - robię pauzę. W jaki sposób zapodać mowę dopingującą bez przekleństw? - Miejmy nadzieję, że będziemy się dobrze... bawić. - To ostatnie słowo wypowiadam zduszonym głosem.
Aaron przygląda mi się tak, jakbym był kosmitą z innej planety, który nigdy dotąd nie rozmawiał z dziećmi. A rozmawiałem?
W końcu klaszcze i przenosi spojrzenie na dzieci.
- No to zaczynajmy!
Młodzi hokeiści się rozjeżdżają, wiedząc, z jakiej tercji będą startować.
Aaron odwraca się w moją stronę.
- Dzisiaj dzielimy się na grupy i ćwiczymy powtórki. Ty zajmiesz się najbardziej utalentowanymi dziećmi, tymi, które biorą udział w zawodach.
Pokazuje kijem na grupkę ćwiczącą na końcu lodowiska prowadzenie krążka kijem. Każdą część oddzielają duże poduchy i po szybkim omieceniu spojrzeniem pozostałych grup staje się oczywiste, że Aaron przypisał mnie do tej najlepiej znającej się na rzeczy. Są nawet ubrani w bluzy z nazwiskami na plecach.
- No dobrze, czego więc konkretnie ode mnie oczekujesz? - pytam, obserwując, jak grupa około ośmiu chłopców wbija krążki do bramki, gładko przechodząc z jazdy przodem do jazdy tyłem.
Aaron klepie mnie mocno w plecy.
- Zacznij może od nauki sportowego zachowania?
Puszcza do mnie oko, po czym odjeżdża, pozostawiając mnie samemu sobie.
- Okej - mówię do siebie, nie rozumiejąc, po co ćwiczyć sportowe zachowanie z grupą niewinnie wyglądających młodych chłopców.