Desire. Love&Wine. Tom 3 - Nana Bekher

Kup ebooka

44.99 zł
36.89 zł (36,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Seila

Mia­łam wra­że­nie, że czas w Re­dwo­od się za­trzy­mał. Było tu nie­mal tak samo, jak za mo­ich szkol­nych cza­sów. Pi­ęk­nie, spo­koj­nie, wręcz idyl­licz­nie. Wie­dzia­łam, co się tu wy­da­rzy­ło kil­ka ty­go­dni temu. Grant opo­wie­dział mi o tym, gdy już było po wszyst­kim, i aż trud­no mi było uwie­rzyć, że wpa­ko­wał się w ta­kie ba­gno. Poza jed­nym in­cy­den­tem, gdy tra­fił do aresz­tu za po­bi­cie, za­wsze był roz­sąd­ny, twar­do stąpał po zie­mi i wy­da­wał się zor­ga­ni­zo­wa­ny. To Ca­le­ba uwa­ża­li­śmy za ło­bu­za, któ­ry wpa­da na sza­lo­ne po­my­sły, cha­dza wła­sny­mi ście­żka­mi i ni­ko­go się nie słu­cha. Daw­no się z nim nie wi­dzia­łam i by­łam cie­ka­wa, co u nie­go. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że nie na­roz­ra­biał jak Grant. Na­wet się nie zo­rien­to­wa­łam, że ktoś mnie ochra­niał, że coś mi gro­zi­ło. Może to i le­piej, bo gdy­bym była tego świa­do­ma, to chy­ba­bym osza­la­ła. Na szczęście wszyst­ko było już do­brze i na­szej ro­dzi­nie nic nie gro­zi­ło. Gdy dwa ty­go­dnie temu przy­je­cha­łam do Re­dwo­od, od­wie­dzi­li mnie Cal­lie i Lars, a ty­dzień temu wpa­dli Grant z Isa­bel­le. To nie­sa­mo­wi­te, jak moje ro­dze­ństwo od­na­la­zło swo­je dru­gie po­łów­ki, choć Cal­lie i Lars tym spon­ta­nicz­nym ślu­bem prze­bi­li chy­ba wszyst­ko.

Mi­ędzy mną a Le­onar­dem ci­ągle była wiel­ka nie­wia­do­ma. Ostat­nio roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon trzy dni temu. Do­stał bar­dzo duże zle­ce­nie i miał te­raz mnó­stwo pra­cy. Zresz­tą kie­dy nie miał? Li­czy­łam, że przy­je­dzie w ten week­end, tak jak się umó­wi­li­śmy, i spędzi­my tro­chę cza­su ra­zem. Póki co jesz­cze tego nie od­wo­łał, więc była na­dzie­ja, choć z jego pra­cą tak na­praw­dę ni­g­dy nie mia­łam szans.

Cie­szy­łam się, że tu je­stem. Cze­ka­ło mnie spo­ro ro­bo­ty, ale to do­brze. Przy­zwy­cza­iłam się do tego, że dużo pra­co­wa­łam, lecz sta­ra­łam się tak or­ga­ni­zo­wać swój czas, by mieć go dla męża i zna­jo­mych. Częściej jed­nak wi­dy­wa­łam się ze zna­jo­my­mi niż z nim. Mo­głam śmia­ło po­wie­dzieć, że Leo nie miał wol­ne­go cza­su. Albo pra­co­wał w biu­rze, albo w domu. Ja mu­sia­łam te­raz nie­co prze­or­ga­ni­zo­wać swo­ją pra­cę, ale mia­łam na­praw­dę świet­ne­go sze­fa, któ­ry przy­dzie­lił mi ta­kie za­da­nia, bym przez te trzy mie­si­ące mo­gła pra­co­wać zdal­nie. Do­sta­łam co praw­da wi­ęcej pra­cy re­dak­cyj­nej, jed­nak na tę chwi­lę to mi naj­bar­dziej od­po­wia­da­ło. W mi­ędzy­cza­sie po­sta­ram się przy­go­to­wać ja­kieś ar­ty­ku­ły z wy­da­rzeń w oko­li­cy.

Pra­ca na ran­czu była wy­ma­ga­jąca, ale wszy­scy tu byli tak świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­ni, że nie mia­łam się cze­go bać. Będę jed­nak mu­sia­ła zna­le­źć za­stęp­stwo za Ca­ro­li­ne, któ­ra, na szczęście, zgo­dzi­ła się zo­stać z nami nie­co dłu­żej i będzie pra­co­wa­ła pra­wie do ko­ńca sierp­nia, oraz za Ry­ana, któ­ry od wrze­śnia też od­cho­dzi. Wie­dzia­łam, iż trud­no mi będzie zna­le­źć ko­goś na jego miej­sce. Miał nie­sa­mo­wi­te po­de­jście do zwie­rząt, a one go uwiel­bia­ły i słu­cha­ły się go jak ni­ko­go. Po­sia­dał też ogrom­ną wie­dzę z za­kre­su we­te­ry­na­rii i me­tod le­cze­nia. Wi­dać było, że to jego praw­dzi­wa pa­sja. Mu­sia­łam też przy­znać, że mimo wszyst­ko wci­ąż mia­łam w gło­wie nasz po­ca­łu­nek, choć ro­bi­łam so­bie wy­rzu­ty, bo prze­cież mia­łam męża. Pró­bo­wa­li­śmy jesz­cze ja­koś się do­ga­dać, a ja ca­ło­wa­łam się z in­nym... I choć mój mąż mnie ole­wał, a Ryan mnie po­ci­ągał, to nie było w po­rząd­ku wo­bec Le­onar­da. Nie­ste­ty mia­łam wra­że­nie, że nie je­stem zbyt dys­kret­na, bo Ryan zo­rien­to­wał się, że mi się po­do­ba. Na­wet nie po­tra­fi­łam za­prze­czyć. Zresz­tą gdy wbił we mnie to swo­je szma­rag­do­we, hip­no­ty­zu­jące spoj­rze­nie, nie by­łam w sta­nie skła­mać. By­łam zła na sie­bie, bo nie po­win­nam była zwra­cać uwa­gi na in­nych fa­ce­tów, i do tej pory zresz­tą tak było. Do­pó­ki nie po­zna­łam Ry­ana...

Dzi­siej­szy dzień był wy­jąt­ko­wo pi­ęk­ny i sło­necz­ny. Ko­lej­ne też tak się za­po­wia­da­ły, więc po­my­śla­łam, że sko­rzy­stam z po­go­dy i odświe­żę nie­co dom. Chcia­łam po­ma­lo­wać ścia­ny w sa­lo­nie, kuch­ni i moim po­ko­ju, ale chy­ba ogra­ni­czę się tyl­ko do po­miesz­czeń na par­te­rze, je­śli chcę zdążyć przed przy­jaz­dem Leo. Po śnia­da­niu po­je­cha­łam do Med­ford po wszyst­kie po­trzeb­ne rze­czy, bo tam był wi­ęk­szy wy­bór, niż w lo­kal­nym skle­pie. Po po­wro­cie prze­bra­łam się i za­bra­łam naj­pierw za przy­go­to­wy­wa­nie sa­lo­nu. Mia­łam mnó­stwo ener­gii i chęci do pra­cy. Oczy­wi­ście Finn za­ofe­ro­wał mi wspar­cie, ale póki co świet­nie so­bie ra­dzi­łam. Po­pro­si­łam go tyl­ko o po­moc przy prze­su­ni­ęciu sza­fy. Oko­ło dru­giej zro­bi­łam so­bie prze­rwę na obiad, a po­tem wró­ci­łam do ma­lo­wa­nia. By­łam tak tym po­chło­ni­ęta, że na­wet nie usły­sza­łam, jak ktoś wsze­dł do domu. To był Ryan. Chło­pak miał dzi­siaj wol­ne, więc się go nie spo­dzie­wa­łam.

- Wi­dzę, że się nie nu­dzisz - po­wie­dział, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Spo­sób, w jaki na mnie pa­trzył, nie był taki zwy­czaj­ny. Pa­trzył z za­in­te­re­so­wa­niem, po­żąda­niem, jak­by do­sko­na­le wie­dział, że wte­dy to nie była tyl­ko chwi­la sła­bo­ści. On mnie po pro­stu po­ci­ągał.

- Lu­bię mieć za­jęcie - od­pa­rłam, ocie­ra­jąc dło­nią pot z czo­ła. - A co ty tu wła­ści­wie ro­bisz?

- Od­wio­złem mamę do ciot­ki i po­my­śla­łem, że wpad­nę w dro­dze po­wrot­nej.

- Tak? - Splo­tłam dło­nie na pier­siach. - A gdzie miesz­ka two­ja ciot­ka? - za­py­ta­łam po­dejrz­li­wie. Coś mi mó­wi­ło, że nie przy­je­chał tu przy­pad­kiem.

- W oko­li­cach Bun­com, trzy­dzie­ści mil stąd.

- Ja­sne.

- Co, nie wie­rzysz mi? - Roz­ło­żył ręce, zmniej­sza­jąc dy­stans mi­ędzy nami.

- Wie­rzę - zro­bi­łam krok w tył i prze­łk­nęłam śli­nę - bo prze­cież byś nie kła­mał w ta­kiej spra­wie.

- Nie kła­mię. Nie­na­wi­dzę kłamstw. - Nie od­ry­wał ode mnie spoj­rze­nia. - Po­mo­gę ci z tym ma­lo­wa­niem.

- Daję radę.

- Wiem, ale mo­żesz od cza­su do cza­su przy­jąć czy­jąś po­moc - za­su­ge­ro­wał.

- Po­bru­dzisz so­bie ko­szul­kę. - Zer­k­nęłam na jego ubiór. Miał na so­bie dżin­so­we spodnie i śnie­żno­bia­łe polo.

- Masz ra­cję - od­pa­rł i zro­bił coś, cze­go ra­czej się nie spo­dzie­wa­łam. W na­stęp­nej chwi­li ści­ągnął ko­szul­kę, pre­zen­tu­jąc swój nagi, umi­ęśnio­ny tors. - Te­raz się nie po­bru­dzi.

O Boże... Na mo­ment wstrzy­ma­łam od­dech. Ryan był taki go­rący i cho­ler­nie sek­sow­ny. Co mia­łam po­ra­dzić na to, iż by­łam tak spra­gnio­na bli­sko­ści z mężczy­zną, że ta­kie wi­do­ki mnie roz­pa­la­ły i ostat­kiem sił po­wstrzy­my­wa­łam się, by go nie do­tknąć?

- Może... Może przy­nio­sę ci ja­kąś ko­szul­kę Gran­ta? - za­pro­po­no­wa­łam i ru­szy­łam w stro­nę drzwi, ale Ryan zła­pał mnie za rękę.

- Na­praw­dę nie będzie po­trzeb­na - po­wie­dział, prze­wier­ca­jąc mnie wzro­kiem.

- Okej - szep­nęłam, czu­jąc, że w środ­ku cała drżę. - Chcesz coś do pi­cia?

- Wodę.

- Ja­sne - od­pa­rłam i po­szłam do kuch­ni.

Se­ila, do cho­le­ry, weź się w ga­rść!

Gdy wró­ci­łam do sa­lo­nu, za­sta­łam Ry­ana ma­lu­jące­go ścia­nę na­prze­ciw drzwi. Za­trzy­ma­łam się na mo­ment, po­dzi­wia­jąc jego wy­rze­źbio­ne cia­ło: ru­chy rąk, na­pi­na­jące się mi­ęśnie ple­ców przy ka­żdym wy­ci­ągni­ęciu rąk lub schy­le­niu się. Dłu­ższą chwi­lę spędzi­łam, przy­gląda­jąc się ko­lo­ro­we­mu ta­tu­ażo­wi, któ­ry zdo­bił ple­cy chło­pa­ka. To były pło­mie­nie, przy­po­mi­na­jące skrzy­dła, w ko­lo­rach czer­wie­ni, po­ma­ra­ńczy i żó­łci. Mu­sia­łam przy­znać, że Ryan wy­glądał nie­sa­mo­wi­cie. Oczy­wi­ście od razu skar­ci­łam się za te my­śli, choć nie po­tra­fi­łam ode­rwać od nie­go wzro­ku. Po chwi­li za­trzy­mał się, jak­by czuł, że na nie­go pa­trzę, po czym po­wo­li się od­wró­cił.

- Zo­ba­czy­łaś coś cie­ka­we­go? - za­py­tał, opie­ra­jąc dłoń na bio­drze.

- Tak... - od­pa­rłam bez na­my­słu i przy­gry­złam dol­ną war­gę, wpa­tru­jąc się w jego mi­ęśnie brzu­cha ukła­da­jące się na kszta­łt li­te­ry V.

- Se­ilo, to dla mnie? - Wska­zał na szklan­kę z wodą, któ­rą trzy­ma­łam w dło­ni.

- Ach tak! Prze­pra­szam. - Po­de­szłam do nie­go i po­da­łam mu ją. - Masz bar­dzo cie­ka­wy ta­tu­aż.

- Dzi­ęki! - uśmiech­nął się lek­ko.

- A na tor­sie co będzie?

- Na ra­zie nic. Zro­bi­łem so­bie taki pre­zent na osiem­na­ste uro­dzi­ny.

- Och, i pew­nie my­śla­łeś, że szyb­ko pój­dzie - za­śmia­łam się.

- Że­byś wie­dzia­ła - przy­tak­nął, od­po­wia­da­jąc śmie­chem.

- To co, dzia­ła­my da­lej?

- Ja­sne, sze­fo­wo!

Za­jęli­śmy się ma­lo­wa­niem i choć by­łam nie­co roz­ko­ja­rzo­na, sta­ra­łam się ca­łko­wi­cie sku­pić na pra­cy. Prak­tycz­nie nie roz­ma­wia­li­śmy, za­mie­ni­li­śmy ze sobą do­słow­nie kil­ka słów w te­ma­cie ma­lo­wa­nia. Dwa razy za­dzwo­nił te­le­fon, ale go zi­gno­ro­wał. Za trze­cim ra­zem rów­nież od­rzu­cił po­łącze­nie, jed­nak tym ra­zem chy­ba wy­słał wia­do­mo­ść.

- Je­śli to coś pil­ne­go, to ja so­bie po­ra­dzę - ode­zwa­łam się, bo być może nie chciał zo­sta­wiać mnie sa­mej z tą ro­bo­tą.

- Nie, to nic ta­kie­go. Już to za­ła­twi­łem - po­wie­dział wy­mi­ja­jąco.

- Dziew­czy­na? - za­py­ta­łam szyb­ko.

- Tak - od­pa­rł, lek­ko się krzy­wi­ąc, jak­by nie było mu to na rękę.

- Ryan, na­praw­dę so­bie po­ra­dzę. Nie chcę ci psuć pla­nów. Czu­ję się z tym nie­zręcz­nie.

- Ale ja nie mia­łem na dziś żad­nych pla­nów - upie­rał się.

- Ja­sne - prych­nęłam. - Od­wio­złeś mamę, masz wol­ną cha­tę i mam ci uwie­rzyć, że nie chcia­łeś sko­rzy­stać z oka­zji? - po­pa­trzy­łam na nie­go po­dejrz­li­wie.

Chło­pak uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo, po­trząsa­jąc gło­wą, po czym si­ęgnął po ko­lej­ną pusz­kę z far­bą i ru­szył z nią w moim kie­run­ku. Pró­bo­wa­łam ucie­kać wzro­kiem gdzieś na boki, ale to oka­za­ło się zbyt trud­ne. Sta­łam jak za­hip­no­ty­zo­wa­na. Aż głu­pio mi się było tak w nie­go wpa­try­wać.

- Mo­żesz mi nie uwie­rzyć, ale tu z tobą jest mi zde­cy­do­wa­nie le­piej - po­wie­dział, mi­nął mnie i jak gdy­by ni­g­dy nic kon­ty­nu­ował ma­lo­wa­nie.

A więc tak?

Nim zdąży­łam co­kol­wiek od­po­wie­dzieć, za­dzwo­nił mój te­le­fon.

- Za­raz wra­cam - ode­zwa­łam się i prze­szłam do holu, gdzie go zo­sta­wi­łam.

Leo. No, w ko­ńcu. Od razu po­my­śla­łam, że za­re­zer­wo­wał lot.

- Cze­ść, Leo.

- Cze­ść, Se­ilo. - Czu­łam w jego gło­sie chłód.

- Kie­dy przy­je­dziesz? - za­py­ta­łam nie­cier­pli­wie.

- Wła­śnie nie przy­ja­dę - od­pa­rł, a mnie kom­plet­nie za­mu­ro­wa­ło.

- Ale jak to? - za­częłam się de­ner­wo­wać.

- Se­ilo, to nie ma sen­su - wes­tchnął.

- Ale co nie ma sen­su? Twój przy­jazd czy na­sze ma­łże­ństwo?! - wy­bu­chłam.

- Do­brze wiesz, że po­psu­ło się mi­ędzy nami.

- Dla­te­go my­śla­łam, że cho­ciaż spró­bu­je­my to ura­to­wać.

- Tu już nie ma co ra­to­wać, Se­ilo - po­wie­dział, a ja po­czu­łam, jak­by ktoś wy­lał mi na gło­wę ku­beł zim­nej wody.

- Cze­kaj, ty chcesz mi po­wie­dzieć, że... - Od­wró­ci­łam się, bo po­czu­łam, że Ryan stoi tuż za mną. Nie my­li­łam się. Chło­pak mu­siał sły­szeć moją roz­mo­wę z mężem, bo był moc­no zdez­o­rien­to­wa­ny. - Le­onard, po pro­stu po­wiedz to! - nie­mal za­łka­łam.

- Se­ilo, uwa­żam, że po­win­ni­śmy się roz­stać. Chcę roz­wo­du - rzu­cił sta­now­czo.

Po­cząt­ko­wo mia­łam wra­że­nie, że się prze­sły­sza­łam, ale to nie był pierw­szy raz, kie­dy Leo mó­wił o roz­wo­dzie. Aż tak się męczył w na­szym ma­łże­ństwie? I co ja mia­łam te­raz zro­bić? Mój mąż już mnie nie ko­chał i nie chciał ze mną być, bo w prze­ciw­nym ra­zie wal­czy­łby o nas. Pod­dał się, bo ten ogień, któ­ry był w nas, już daw­no zga­sł, za­bie­ra­jąc ze sobą mi­ło­ść i na­mi­ęt­no­ść. Nie mie­li­śmy już nic. Nie za­trzy­mam go siłą, na­dzie­ja umie­ra­ła.

Leo chce się ze mną roz­wie­ść.

- Wy­star­czy, że zgo­dzisz się na roz­wód bez orze­ka­nia o wi­nie.

- A ja­kie mam wy­jście? Nie mam za­mia­ru się z tobą szar­pać.

- Po­słu­chaj, nie mu­sisz się ni­czym zaj­mo­wać. Już wszyst­ko za­ła­twi­łem z moim ad­wo­ka­tem, więc po­zew do­sta­niesz na dniach. To na­praw­dę naj­lep­szy ad­wo­kat i, przede wszyst­kim, bar­dzo sku­tecz­ny. Za­ła­twi­my to szyb­ko i spraw­nie, bez nie­po­trzeb­nej se­pa­ra­cji. Mo­żesz mi za­ufać, nie zo­sta­wię cię na lo­dzie - kon­ty­nu­ował, a ja słu­cha­łam zszo­ko­wa­na i nie po­tra­fi­łam mu prze­rwać. - Nie ukry­wam, że chcia­łbym za­trzy­mać dom, bo mam w nim urządzo­ne biu­ro i do tego bli­sko do fir­my. Zresz­tą wiesz...

Oczy­wi­ście!

- Rze­czo­znaw­ca już go wy­ce­nił i wiem, ile mia­łbym ci za­pła­cić. Pie­ni­ądze prze­le­ję za­raz po roz­pra­wie. - To chy­ba mia­ło brzmieć za­chęca­jąco. - Będziesz mo­gła ku­pić so­bie pi­ęk­ne miesz­ka­nie w oko­li­cach Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding. Za­wsze chcia­łaś tam za­miesz­kać.

Na­praw­dę nasz dom był aż tyle wart?

- Se­ilo, nie chcę cię ra­nić, ani spra­wiać ci przy­kro­ści...

Ja­kiś ty szla­chet­ny!

- Mam na­dzie­ję, że uło­żysz so­bie ży­cie, po­znasz ko­goś od­po­wied­nie­go. Chcę, byś była szczęśli­wa, bo za­słu­gu­jesz na to... Se­ilo, po­wiesz coś?

- Wy­pchaj się tymi pie­ni­ędz­mi! - rzu­ci­łam ner­wo­wo, po czym się roz­łączy­łam.

Ryan spoj­rzał na mnie py­ta­jąco, ale roz­mo­wa o moim nie­uda­nym ma­łże­ństwie i roz­wo­dzie była ostat­nim, cze­go w tym mo­men­cie chcia­łam.

- Prze­pra­szam, mu­szę wy­jść - ode­zwa­łam się i ostat­kiem sił, po­wstrzy­mu­jąc na­pły­wa­jące do oczu łzy, wy­bie­głam na ze­wnątrz.

Rozdział 3

Seila

Swo­je chwi­lo­we szczęście od­na­la­złam w wi­niar­ni, po­mi­ędzy spo­rą licz­bą bu­te­lek z wi­nem. Nie mo­głam w to uwie­rzyć. Mój mąż, czło­wiek, któ­re­go znam od sied­miu lat, za­ko­ńczył nasz zwi­ązek przez te­le­fon. Nie stać go było na­wet na to, by tu przy­je­chać i ze mną po­roz­ma­wiać. Wo­lał za­dzwo­nić i w ten spo­sób prze­ka­zać mi wia­do­mo­ść o roz­wo­dzie. Prze­cież by­łam świa­do­ma, jak kiep­sko nam się ukła­da­ło, ale sądzi­łam, że obo­je chce­my tego sa­me­go. Że jesz­cze spró­bu­je­my ura­to­wać na­sze ma­łże­ństwo. Nie po­tra­fi­łam na­wet po­wie­dzieć, co w tej chwi­li do nie­go czu­łam. On mnie nie ko­chał, a ja? Sama tego nie wie­dzia­łam. Ow­szem, uczu­cie mi­ędzy nami się wy­pa­la­ło, od daw­na ga­sło, jed­nak nie umia­łam prze­stać go ko­chać z dnia na dzień. Nie­raz za­sta­na­wia­łam się, czy jest w jego ży­ciu inna ko­bie­ta i choć nie mia­łam pew­no­ści, ra­czej my­śla­łam, że to pra­ca go tak po­chła­nia. Od­da­li­li­śmy się od sie­bie, ży­li­śmy gdzieś obok, nie pie­lęgno­wa­li­śmy na­sze­go zwi­ąz­ku, dla­te­go za­czął się roz­pa­dać. Ten te­le­fon uświa­do­mił mi, że nic z nie­go nie zo­sta­ło.

Scho­wa­łam się w piw­nicz­ce, de­lek­tu­jąc się wi­nem taty. Czu­łam się jak za szkol­nych lat, gdy mu­sia­łam uwa­żać, by nie zo­stać przy­ła­pa­ną, ale i tym ra­zem się nie uda­ło. Ryan nie od­pusz­czał. Po­win­nam mu po­wie­dzieć, by wró­cił do domu. Nie by­łam w na­stro­ju na po­ga­dusz­ki i ra­czej nie po­trze­bo­wa­łam te­raz to­wa­rzy­stwa. No, chy­ba że tych pi­ęk­nych bu­te­lek z trun­kiem w nie­sa­mo­wi­tym kar­ma­zy­no­wym ko­lo­rze.

- Se­ilo, je­steś tu? - usły­sza­łam jego głos. - Se­ila?

- Nie ma mnie - burk­nęłam.

Ryan sta­nął na­prze­ciw, krzy­żu­jąc ręce i ob­rzu­cił mnie kar­cącym spoj­rze­niem. Chy­ba się za­ga­lo­po­wał.

- Po­sta­no­wi­łaś się upić?

- Nie twój in­te­res, dzie­cia­ku - rzu­ci­łam lu­źno.

- O, zno­wu je­stem dzie­cia­kiem - prych­nął, pod­su­nął so­bie skrzyn­kę i usia­dł na niej.

- Ryan, prze­pra­szam, ale je­stem w kiep­skim na­stro­ju - po­kręci­łam gło­wą - a ty po­wi­nie­neś już wra­cać do domu.

- Chy­ba żar­tu­jesz. Nie zo­sta­wię cię w ta­kim sta­nie.

- Je­stem dużą dziew­czyn­ką, po­ra­dzę so­bie.

- A wiesz, że nie sko­ńczy­li­śmy ma­lo­wa­nia?

- Pie­przyć ma­lo­wa­nie - bąk­nęłam, po czym wy­chy­li­łam spo­ry łyk wina.

- Czy­li na pew­no się stąd nie ru­szę.

- Nie mam ocho­ty na zwie­rze­nia.

- Nie mu­sisz się zwie­rzać.

- To do­brze.

- Ro­zu­miem, że twój mąż nie przy­je­dzie? - za­py­tał wy­ra­źnie za­cie­ka­wio­ny.

- Nie - po­kręci­łam obo­jęt­nie gło­wą.

- Dla­cze­go?

- Bo ma mnie gdzieś - prych­nęłam. - A, i naj­lep­sze, chce roz­wo­du, tym ra­zem już na po­wa­żnie, bo za­czął wszyst­ko za­ła­twiać.

- Czy­li się roz­wie­dzie­cie?

- Leo mnie nie ko­cha, nie jest ze mną szczęśli­wy i chce ode­jść. My­śla­łam, że mamy jesz­cze szan­sę, że ura­tu­je­my nasz zwi­ązek, ale on na­praw­dę nie chce ze mną być - po­wie­dzia­łam. - Cho­le­ra! Mia­łam ci się nie zwie­rzać...

- To nic złe­go - wzru­szył ra­mio­na­mi. - Chcę ci po­móc lub cho­ciaż wy­słu­chać.

- Dla­cze­go to ro­bisz? - Pod­nio­słam na nie­go spoj­rze­nie, a on na chwi­lę od­pły­nął gdzieś my­śla­mi.

- Wiem, jak może bo­leć roz­wód.

- A co, je­steś roz­wod­ni­kiem? - zmarsz­czy­łam czo­ło.

- Nie ja. Moi ro­dzi­ce kil­ka lat temu się roz­wo­dzi­li i pa­mi­ętam, jak mama to prze­ży­wa­ła - wspo­mniał z wy­ra­źnym smut­kiem.

- Przy­kro mi. - Spu­ści­łam na mo­ment wzrok.

- Dla­te­go chcę, że­byś wie­dzia­ła, że mo­żesz na mnie li­czyć.

Po­czu­łam cie­pło na ser­cu, gdy to po­wie­dział. Nie zna­li­śmy się aż tak do­brze, a już oka­zał mi swo­je wspar­cie.

- Dzi­ęku­ję.

- Nie ma spra­wy. Chy­ba po­win­ni­śmy do­ko­ńczyć jed­nak to ma­lo­wa­nie...

- Nie­ste­ty, mój mąż za­bił cały mój en­tu­zjazm - od­pa­rłam, krzy­wi­ąc się nie­co.

- To ja będę pra­co­wał, a ty mo­żesz sie­dzieć i pa­trzeć, czy do­brze to ro­bię - za­su­ge­ro­wał, po­ru­sza­jąc zna­cząco brwia­mi, aż się za­śmia­łam.

- Nie­mo­żli­wy je­steś.

- Po pro­stu chcę ci po­pra­wić hu­mor.

- No do­bra, wy­gra­łeś - po­wie­dzia­łam, pod­no­sząc się z podło­gi. - Bierz­my się do ro­bo­ty.

Nie mia­łam wy­jścia. Sa­lon wy­glądał jak po­bo­jo­wi­sko i bez po­mo­cy Ry­ana taki by po­zo­stał. Wcze­śniej mia­łam w so­bie tyle chęci i ener­gii, że od­ma­lo­wa­ła­bym ka­żdy dom w Re­dwo­od, a te­raz nie chcia­ło mi się na­wet ru­szyć pędz­lem. Oczy­wi­ście za­bra­łam się za ma­lo­wa­nie z Ry­anem, bo ob­ser­wo­wa­nie go przy pra­cy je­dy­nie dzia­ła­ło­by na mnie roz­pra­sza­jąco. Mu­sia­łam się czy­mś za­jąć, bo ina­czej bym zwa­rio­wa­ła.

Szło nam ca­łkiem spraw­nie, bio­rąc pod uwa­gę mój brak en­tu­zja­zmu, i koło siód­mej by­li­śmy już pra­wie na fi­ni­szu. Ra­czej od­pusz­czę ju­tro ma­lo­wa­nie mo­je­go po­ko­ju, ale mia­łam już far­bę, więc zro­bię to ja­koś na dniach. Ochło­nę i wró­cę do pra­cy.

- I zo­bacz, pra­wie sko­ńczy­li­śmy - po­wie­dział Ryan, zbie­ra­jąc pu­ste pusz­ki.

- Zo­staw, ju­tro to ogar­nę. Pew­nie chcesz wra­cać do domu.

- Mam wra­że­nie, że od po­cząt­ku pró­bu­jesz się mnie po­zbyć.

- Prze­pra­szam, to wca­le nie tak - po­kręci­łam gło­wą - po pro­stu... Zresz­tą nie­wa­żne. Mam ocho­tę na chi­ńsz­czy­znę, może zjesz ze mną?

Chło­pak był wy­ra­źnie zdez­o­rien­to­wa­ny. Nie chcia­łam go wy­ga­niać, bo do­brze spędza­ło mi się z nim czas, ale gdy my­śla­łam o swo­jej bez­na­dziej­nej sy­tu­acji, zbie­ra­ło mi się na płacz.

- Okej, dzi­ęki za za­pro­sze­nie - przy­tak­nął zmie­sza­ny.

- Su­per! To za­mó­wię i za­raz do­ko­ńczę sprząta­nie.

Si­ęgnęłam po te­le­fon i za­dzwo­ni­łam do re­stau­ra­cji, by zło­żyć za­mó­wie­nie. Mia­łam tyl­ko na­dzie­ję, że nie za­nu­dzę Ry­ana i że przy oka­zji nie prze­le­ję na nie­go swo­je­go kiep­skie­go hu­mo­ru. Wie­dzia­łam, że moje ma­łże­ństwo z Le­onar­dem wi­sia­ło na wło­sku i podświa­do­mie czu­łam, że roz­wód to kwe­stia cza­su, jed­nak nie by­ła­bym sobą, gdy­bym nie mia­ła choć odro­bi­ny na­dziei. Dla­te­go jesz­cze w nas wie­rzy­łam, na­wet gdy Leo już daw­no prze­stał. Jed­nak fakt, że o roz­wo­dzie po­wia­do­mił mnie te­le­fo­nicz­nie... Nie miał od­wa­gi, by przy­je­chać i po­wie­dzieć mi to pro­sto w oczy. Chy­ba to mnie naj­bar­dziej za­bo­la­ło.

Ja­kąś go­dzi­nę pó­źniej sie­dzie­li­śmy w moim po­ko­ju przy włączo­nym te­le­wi­zo­rze i za­ja­da­li­śmy się chi­ńsz­czy­zną. Nie mo­gło za­brak­nąć rów­nież wina, od któ­re­go już nie­co szu­mia­ło mi w gło­wie. Mia­łam nie­od­par­te wra­że­nie, że Ryan cze­kał, że­bym w ko­ńcu się przed nim otwo­rzy­ła i zrzu­ci­ła z sie­bie ten ci­ężar. Ja jed­nak nie chcia­łam go nim przy­tła­czać. To nie były jego pro­ble­my i mu­sia­łam sama się z tym upo­rać. Wy­star­czy­ło, że był tu ze mną, że mi to­wa­rzy­szył, a do­dat­ko­wo bar­dzo po­mó­gł przy ma­lo­wa­niu.

- Albo by­łam taka głod­na, albo to jest ta­kie pysz­ne - wes­tchnęłam, od­sta­wia­jąc pu­ste pu­de­łko.

- Już zja­dłaś? No to fak­tycz­nie by­łaś głod­na... Swo­ją dro­gą to naj­lep­sze chi­ńskie żar­cie w oko­li­cy.

- Praw­da? - uśmiech­nęłam się do nie­go.

- Nie chcę się chwa­lić, ale po­dob­no ro­bię wy­śmie­ni­te ri­sot­to z kur­cza­kiem i wa­rzy­wa­mi.

- Go­tu­jesz? - Nie mo­głam uwie­rzyć.

- Tro­chę. Ostat­ni rok spędzi­łem, opie­ku­jąc się mamą, więc mu­sia­łem się na­uczyć.

- Nie chcę być wścib­ska, ale... Czy two­ja mama na coś cho­ru­je?

- Moja mama ule­gła po­wa­żne­mu wy­pad­ko­wi - za­czął. - Zde­rzy­ła się z ci­ęża­rów­ką, wsku­tek cze­go stra­ci­ła lewą rękę i przez kil­ka ty­go­dni była w śpi­ącz­ce. Mia­ła też licz­ne zła­ma­nia.

- O rany... Przy­kro mi, Ryan.

- Wiesz, ona się zu­pe­łnie za­ła­ma­ła. - Wi­dzia­łam, że i jemu to spra­wia smu­tek. - Naj­pierw roz­wód, przez któ­ry wpa­dła w de­pre­sję. Prze­pro­wadz­ka do Mer­lin, a gdy sta­wa­ła na nogi, zda­rzył się ten wy­pa­dek. Nie mo­głem zo­sta­wić jej sa­mej, zwłasz­cza że ni­ko­go do sie­bie nie do­pusz­cza­ła. Za­mknęła się w so­bie i z ni­kim nie chcia­ła roz­ma­wiać.

- Mu­sia­ła bar­dzo cier­pieć - szep­nęłam.

- Ale była też nie­zwy­kle upar­ta. Po­wie­dzia­łem jej, że ca­łkiem rzu­cę stu­dia, je­śli nie we­źmie się w ga­rść i wi­dzę, że do­pie­ro to po­skut­ko­wa­ło.

- No wła­śnie, co będzie z two­ją mamą, gdy wró­cisz na uczel­nię?

- Mama co­raz le­piej so­bie ra­dzi, a ciot­ka June za­de­kla­ro­wa­ła, że jej po­mo­że - wy­ja­śnił.

- A twój oj­ciec? - za­py­ta­łam nie­pew­nie.

- Nie mam ojca - od­pa­rł szorst­ko.

- Masz na my­śli to, że zma­rł?

- Nie. My­ślę, że on ma się świet­nie, ale dla mnie nie ist­nie­je i nie po­zwo­lę mu się zbli­żyć do mamy. Przez lata ją zdra­dzał, oszu­ki­wał, więc niech się cie­szy, że mu nie obi­łem gęby za krzyw­dy, któ­re jej wy­rządził.

- Na­praw­dę mi przy­kro z tego po­wo­du, Ryan.

- Było, mi­nęło. Na szczęście nie ma go już w na­szym ży­ciu. Śmie­ci same się wy­nio­sły - do­dał z wy­ra­źną od­ra­zą.

- Wi­dzisz, za to ja prak­tycz­nie w ogó­le nie go­tu­ję - po­sta­no­wi­łam wró­cić do bez­piecz­niej­sze­go te­ma­tu.

- Ale jak to?

- Lu­bię ro­bić rze­czy, z któ­rych czer­pię ra­do­ść, a go­to­wa­nie tyl­ko dla sie­bie do nich nie na­le­ży - od­po­wie­dzia­łam, po czym upi­łam łyk wina.

- Nie je­dli­ście z mężem wspól­nie śnia­dań czy obia­dów? - za­py­tał, a ja po­kręci­łam prze­cząco gło­wą.

- Bar­dzo rzad­ko, może raz w ty­go­dniu. Na po­cząt­ku było ina­czej - wspo­mnia­łam. - Jak tyl­ko by­li­śmy na miej­scu, uma­wia­li­śmy się za­wsze w po­rze lun­chu, by ra­zem zje­ść. Po­tem za­czy­na­ło nam bra­ko­wać na to cza­su, je­dli­śmy o ró­żnych po­rach i ró­żnych miej­scach.

- Co zro­bisz po po­wro­cie z Re­dwo­od?

- Nie mam po­jęcia. Tro­chę się oba­wia­łam przy­jaz­du tu­taj, a te­raz naj­chęt­niej bym zo­sta­ła.

- To zo­stań - za­su­ge­ro­wał z uśmie­chem.

- Nie mogę. Zdal­na pra­ca na dłu­ższą metę nie wy­pa­li, a lu­bię swój ze­spół, at­mos­fe­rę, miej­sce. Będę mu­sia­ła po pro­stu za­cząć od nowa.

- Zo­sta­jesz w wa­szym domu?

- Leo chce go za­trzy­mać, a mnie spła­cić, bym mo­gła so­bie ku­pić miesz­ka­nie w oko­li­cach Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding.

- O! Pew­nie na żywo robi nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie.

- Jak już ku­pię tam miesz­ka­nie i się urządzę, to cię za­pro­szę - rzu­ci­łam lu­źno.

- Będę cię trzy­mał za sło­wo, choć pew­nie do tego cza­su już o mnie za­po­mnisz - mó­wi­ąc to, na mo­ment spu­ścił wzrok.

- Z moją pa­mi­ęcią jest jesz­cze ca­łkiem do­brze - zwró­ci­łam mu uwa­gę. - W ko­ńcu pa­mi­ętam, że się roz­wo­dzę - prych­nęłam.

- Se­ilo...

Nie wiem dla­cze­go, ale po­czu­łam na­gle...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział 1

Seila

Sie­dzia­łam z lamp­ką wina w dło­ni, ob­ser­wu­jąc moje ro­dze­ństwo. Grant i Cal­lie wy­da­wa­li się szczęśli­wi. Wła­ści­wie byli szczęśli­wi i wca­le się temu nie dzi­wi­łam. Lars jak dla mnie był dziw­ny, ale da­wał Cal­lie szczęście i wi­dać było, że na­praw­dę ją ko­cha, zaś Grant przy Isa­bel­le się uspo­ko­ił. Bra­ko­wa­ło tyl­ko Ca­le­ba, któ­re­mu nie­ste­ty nie uda­ło się przy­le­cieć na uro­dzi­ny Gran­ta. Ach! Bra­ko­wa­ło rów­nież mo­je­go męża Le­onar­da, ale moje ro­dze­ństwo chy­ba się już do tego przy­zwy­cza­iło, że on ci­ągle nie ma cza­su. Był ar­chi­tek­tem, i to jed­nym z naj­lep­szych w mie­ście, co wi­ąza­ło się z tym, że miał licz­nych klien­tów i mnó­stwo zle­ceń. Jemu to od­po­wia­da­ło. Na­praw­dę ko­chał swo­ją pra­cę i po­świ­ęcał jej dużo cza­su. Szko­da, że po­mi­jał w tym wszyst­kim mnie. Pierw­szy rok po ślu­bie był ma­gicz­ny. Dużo pod­ró­żo­wa­li­śmy, spędza­li­śmy ze sobą czas, nie­ma­lże nie wy­cho­dzi­li­śmy z łó­żka. Ko­cha­li­śmy się dzi­ko i na­mi­ęt­nie, nie po­tra­fi­ąc ode­rwać od sie­bie rąk i ust, a po­tem... Po­tem czar na­gle pry­sł.

Leo otwo­rzył wła­sne biu­ro ar­chi­tek­to­nicz­ne i ru­szył z im­pe­tem. Ja zaś awan­so­wa­łam na re­dak­tor­kę na­czel­ną i go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wa­łam w biu­rze. Nie do ko­ńca mi to od­po­wia­da­ło. Chcia­łam być w ru­chu, je­ździć na re­por­ta­że, być w cen­trum wy­da­rzeń, dla­te­go zre­zy­gno­wa­łam z tego sta­no­wi­ska i wró­ci­łam do wy­wia­dów, ar­ty­ku­łów. Leo twier­dził, że po­pe­łni­łam naj­wi­ęk­szy ży­cio­wy błąd, ale w ko­ńcu ro­bi­łam to, co ko­cha­łam. Obo­je by­li­śmy tak po­chło­ni­ęci pra­cą, że mie­li­śmy co­raz mniej cza­su dla sie­bie. Sta­ra­li­śmy się tak pla­no­wać za­jęcia, by co ja­kiś czas wy­sko­czyć gdzieś ra­zem na week­end. Parę razy się uda­ło, ale po­tem żad­ne z nas nie chcia­ło już prze­kła­dać swo­ich obo­wi­ąz­ków. W re­zul­ta­cie ra­zem wy­je­żdża­li­śmy albo do mo­ich, albo jego ro­dzi­ców, i to tyl­ko na świ­ęta. Po­wo­li od­da­la­li­śmy się od sie­bie, po­rzu­ca­jąc na­wet pla­ny po­wi­ęk­sze­nia ro­dzi­ny.

Tak, ma­rzy­li­śmy o dzie­ciach. Trzy lata temu my­śla­łam, że się uda­ło. Okres mi się spó­źniał i na­praw­dę sądzi­łam, że je­stem w ci­ąży. Nie­ste­ty, to był bar­dzo in­ten­syw­ny i stre­su­jący czas w moim ży­ciu. By­łam prze­pra­co­wa­na, prze­męczo­na i po tym, jak ze­mdla­łam w pra­cy, tra­fi­łam do szpi­ta­la. Le­karz uświa­do­mił mi, że je­śli my­ślę o dziec­ku, naj­pierw mu­szę za­dbać o sie­bie. Niby pro­ste, lo­gicz­ne, a jed­nak... Wte­dy przy­sto­po­wa­łam, wzi­ęłam się za sie­bie i przede wszyst­kim re­gu­lar­nie ba­da­łam. Chcia­łam być go­to­wa na dziec­ko nie tyl­ko men­tal­nie, lecz rów­nież fi­zycz­nie. Nie mia­łam tyl­ko po­jęcia, że mój mąż już nie chciał mieć ze mną dziec­ka. Po­wie­dział, że te­raz nie jest na to od­po­wied­ni mo­ment, że może za parę lat się po­sta­ra­my, że ma te­raz dużo pra­cy i nie będzie mógł się sku­pić na dziec­ku. To był dla mnie cios. Ko­lej­ny, gdy za­czął uży­wać pre­zer­wa­tyw i stwier­dził, że le­piej by było, gdy­bym bra­ła ta­blet­ki albo za­strzy­ki. Ja­sno dał mi do zro­zu­mie­nia, że o dziec­ku mogę za­po­mnieć.

Po tym na­praw­dę się mi­ędzy nami po­psu­ło. Albo ci­ągle się kłó­ci­li­śmy, albo uni­ka­li­śmy, by nie do­cho­dzi­ło do kłót­ni. Wte­dy Leo pierw­szy raz wspo­mniał o roz­wo­dzie. Naj­pierw po­my­śla­łam, że ma ko­goś na boku, ale jego je­dy­ną ko­chan­ką była pra­ca. Pi­ąta rocz­ni­ca ślu­bu była lek­kim prze­ło­mem. Pró­bo­wa­li­śmy na nowo roz­pa­lić w so­bie ogień i na­wet przez pe­wien czas nam się to uda­wa­ło, jed­nak pó­źniej zno­wu się ze­psu­ło. Gdy mu po­wie­dzia­łam, że lato spędzę w Re­dwo­od, po­wie­dział krót­ko: "A więc pod­jęłaś de­cy­zję co do na­sze­go ma­łże­ństwa".

By­łam wście­kła, że tak do tego pod­cho­dzi. To nie był mój ka­prys, ale nie mia­łam za­mia­ru się wy­mi­gi­wać. Przez ja­kiś czas mo­głam pra­co­wać zdal­nie, on zresz­tą też, lecz Le­onard nie wy­obra­żał so­bie ży­cia bez swo­je­go uko­cha­ne­go biu­ra. Szan­se na ura­to­wa­nie na­sze­go ma­łże­ństwa ma­la­ły z ka­żdym dniem.

Kie­dy wy­lądo­wa­łam w Med­ford, za­dzwo­nił do mnie. Za­po­mniał, że dziś mia­łam być w Re­dwo­od i oczy­wi­ście jesz­cze raz się po­kłó­ci­li­śmy. A jesz­cze wczo­raj rano, przed wy­jściem do pra­cy, przy­po­mi­na­łam mu o wy­je­ździe i pró­bo­wa­łam na­mó­wić, żeby ze mną je­chał, ale po­wie­dział, że ma w so­bo­tę wa­żne­go klien­ta i nie może tego prze­ło­żyć. Nie ro­zu­mia­łam jego za­sko­cze­nia, że wy­je­cha­łam, ale wła­śnie tak wy­gląda­ło na­sze ma­łże­ństwo.

Gdy za­częło się ściem­niać, Cal­lie i Lars ze­bra­li się do domu; nie­dłu­go po nich po­szli rów­nież Grant z Isa­bel­le, ale ja nie mia­łam ocho­ty jesz­cze za­my­kać się w po­ko­ju. By­łam lek­ko wsta­wio­na, a prze­by­wa­nie na świe­żym po­wie­trzu do­brze mi ro­bi­ło. W wi­niar­ni zna­la­złam moje ulu­bio­ne wino, więc za­bra­łam bu­tel­kę i wró­ci­łam do ogro­du.

- To i ja będę le­ciał - usły­sza­łam głos Ry­ana i aż pod­sko­czy­łam, nie wie­dzieć cze­mu, cho­wa­jąc za ple­ca­mi bu­tel­kę.

- My­śla­łam, że je­stem tu sama - po­wie­dzia­łam spe­szo­na.

- Za­raz już mnie tu nie będzie.

- Daj spo­kój, nie to mia­łam na my­śli.

- Wiem. - Pod­nió­sł na mnie wzrok. - Nie chcia­łaś zo­stać przy­ła­pa­na z bu­tel­ką wina.

- Masz mnie. - Zmarsz­czy­łam nos. - Naj­wy­żej Grant urwie mi gło­wę - za­śmia­łam się i wy­ci­ągnęłam bu­tel­kę zza ple­ców.

- Pas­sion De­si­re - szep­nął, wpa­tru­jąc się w nią. - Bar­dzo do­bry wy­bór.

- To może po­mo­żesz mi za­trzeć śla­dy? - Przy­gry­złam dol­ną war­gę.

- Wła­ści­wie... Chęt­nie - zgo­dził się, po czym prze­nie­śli­śmy się do al­tan­ki w głębi ogro­du.

Mu­sia­łam przy­znać, że do­brze się czu­łam w to­wa­rzy­stwie Ry­ana. Chło­pak miał dwa­dzie­ścia je­den lat, choć wy­glądał na star­sze­go i jak na swój wiek był bar­dzo doj­rza­ły. Ja w jego wie­ku... Och, le­piej było do tego nie wra­cać.

Ta al­tan­ka była ta­kim moim ma­łym azy­lem. Tata zbu­do­wał ją, gdy mia­łam dwa­na­ście lat. Lu­bi­łam tu przy­cho­dzić, by się po­uczyć, po­czy­tać, po­słu­chać mu­zy­ki lub po pro­stu po­sie­dzieć w spo­ko­ju, w oto­cze­niu zie­le­ni.

Ryan na­lał nam wina, po­dał mi lamp­kę i usie­dli­śmy w wy­god­nych fo­te­lach.

- O czym tak roz­my­ślasz? - za­py­tał w pew­nej chwi­li, a ja się lek­ko uśmiech­nęłam.

- Przy­po­mnia­ły mi się chwi­le z mło­do­ści.

- No tak, z mło­do­ści, bo te­raz je­steś już sta­ra - za­śmiał się.

- Ej, mam dwa­dzie­ścia dzie­wi­ęć lat.

- Okej, sor­ry, bab­ciu - rzu­cił roz­ba­wio­ny.

- Bab­cią to aku­rat nie będę, bo nie pla­nu­ję mieć dzie­ci - prych­nęłam.

- Nie obu­dził się w to­bie in­stynkt ma­cie­rzy­ński?

- Obu­dził, ale zdążył po­now­nie za­snąć. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- Mogę wie­dzieć, skąd taka zmia­na?

Po­czu­łam, że tego wła­śnie w tej chwi­li po­trze­bu­ję. Chcia­łam to chy­ba z sie­bie wy­rzu­cić, wy­ga­dać się, zwłasz­cza po dzi­siej­szej kłót­ni z Leo. W No­wym Jor­ku mia­łam przy­ja­ció­łkę, ale mia­ła zu­pe­łnie inne po­glądy na ży­cie, dla­te­go nie ro­zu­mia­ła mo­je­go roz­cza­ro­wa­nia ne­ga­tyw­nym te­stem ci­ążo­wym.

- Dłu­go by opo­wia­dać.

- Jak wi­dzisz, ni­g­dzie się nie wy­bie­ram. - Uś­miech­nął się uro­czo.

- No do­bra, tyl­ko nie za­śnij.

Ryan prze­chy­lił gło­wę na bok, po czym otrząsnął się i prze­ta­rł oczy.

- Mó­wi­łaś coś? - za­żar­to­wał, przez co i ja się za­śmia­łam.

- Już w tym wie­ku masz pro­ble­my ze słu­chem?

- Za to wzrok mam do­sko­na­ły.

- Cie­ka­we, co ta­kie­go wi­dzisz?

- Pi­ęk­ną ko­bie­tę.

- Nie pod­li­zuj się.

- Więc słu­cham two­jej hi­sto­rii. - Roz­sia­dł się wy­god­nie. - Dla­cze­go nie chcesz zo­stać mat­ką?

- Wiesz, to nie tak, że nie chcę, po pro­stu nie mam na to na­dziei - od­pa­rłam za­my­ślo­na.

- Na­praw­dę mó­wisz jak sta­rusz­ka. - Po­kręcił gło­wą.

- Nie ukła­da nam się z Leo - wy­zna­łam. - Je­ste­śmy ma­łże­ństwem od sze­ściu lat, a z ka­żdym dniem jest co­raz go­rzej mi­ędzy nami.

- Już go nie ko­chasz?

- Nie wiem, co mam czuć do czło­wie­ka, któ­re­go tak na­praw­dę nie znam - wes­tchnęłam. - Kie­dyś by­li­śmy inni. Pe­łni mi­ło­ści, na­mi­ęt­no­ści, pa­sji, a te­raz? Prak­tycz­nie się nie wi­du­je­my. W ostat­nią nie­dzie­lę mie­li­śmy oka­zję ra­zem zje­ść śnia­da­nie. Leo zro­bił mi kawę z mle­kiem i cu­krem. Nie pa­mi­ętał, że od dwóch lat nie sło­dzę.

- Kiep­sko - skrzy­wił się.

- Nie wi­nię go za to. Ja nie pa­mi­ęta­łam, że już nie lubi sy­ro­pu klo­no­we­go.

- I co z wami będzie? - za­py­tał, po czym upił łyk wina.

- Że­bym to ja wie­dzia­ła.

- Wiesz, nie je­stem eks­per­tem, ale może te­ra­pia ma­łże­ńska? - za­su­ge­ro­wał nie­pew­nie.

- Leo na­wet nie chce o tym sły­szeć. Po­wie­dział, że nie będzie się zwie­rzał ko­muś ob­ce­mu. A poza tym trze­ba jesz­cze mieć czas na te­ra­pię.

- Prze­pra­co­wu­je się?

- Tak, ale on to ko­cha. Pra­ca jest dla nie­go wszyst­kim. Parę go­dzin temu, gdy wy­lądo­wa­łam w Med­ford, za­dzwo­nił do mnie i już był zde­ner­wo­wa­ny, bo za­po­mniał, że dziś będę w Re­dwo­od. Po­wie­dział mi: "Zo­bacz, jaką by­ła­byś mat­ką. Ci­ągle nie ma cię w domu. Na­sze dziec­ko prze­sta­ło­by cię po­zna­wać".

- Du­pek z nie­go - rzu­cił Ryan, a ja unio­słam brwi.

- Obo­je przedło­ży­li­śmy pra­cę nad na­sze ma­łże­ństwo, na­szą ro­dzi­nę, więc taki jest tego sku­tek. - Pod­nio­słam się z fo­te­la, by roz­pro­sto­wać nogi. Po­de­szłam do wy­jścia, opa­rłam się o fu­try­nę i od­wró­ci­łam w stro­nę Ry­ana. - Leo miał ra­cję, by­ła­bym bez­na­dziej­ną mat­ką.

- Ej, nie mów tak - wstał z miej­sca i ru­szył w moim kie­run­ku. - Ca­lva­dos cię uwiel­bia.

- Ty to po­tra­fisz po­cie­szyć.

- Sta­ram się, jak mogę - od­pa­rł i sta­nął na­prze­ciw mnie.

- Faj­ny chło­pak z cie­bie - rzu­ci­łam lu­źno, mie­rząc go wzro­kiem.

- Dzi­ęku­ję za kom­ple­ment. - Ukło­nił się z pro­mien­nym uśmie­chem.

- Two­ja dziew­czy­na to szczęścia­ra.

- Obec­nie nie ma ta­kiej.

- Żar­tu­jesz?

- Dziew­czy­ny ja­koś się mnie nie trzy­ma­ją.

- Och, nie ukry­wam, że trud­no mi w to uwie­rzyć.

- Wiesz, może nie­któ­re uwa­ża­ją mnie za dzie­cia­ka - rzu­cił z prze­kąsem.

- Za­słu­ży­łam so­bie. - Spu­ści­łam na mo­ment wzrok.

- Prze­pra­szam, to nie było fair, ale by­ła­by z nas nie­zła para. Dzie­ciak i bab­cia - za­śmiał się.

- Nie za­po­mi­naj o Ca­lva­do­sie.

- Twój mąż na­praw­dę jest dup­kiem - po­wie­dział, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

- Ryan...

- Za to nie za­mie­rzam prze­pra­szać. Gdy­byś była moja, zro­bi­łbym wszyst­ko, że­byś czu­ła się jak ksi­ężnicz­ka. By­ła­byś dla mnie naj­wa­żniej­sza - wy­znał, co z jed­nej stro­ny było do­syć nie­zręcz­ne, a z dru­giej przy­wo­ła­ło wspo­mnie­nia, gdy to dla Leo by­łam ksi­ężnicz­ką.

W tym mo­men­cie coś we mnie pękło i choć pró­bo­wa­łam po­wstrzy­mać łzy, czu­łam, że pły­ną po mo­ich po­licz­kach. Ota­rłam je szyb­ko kciu­kiem, jed­nak Ryan to za­uwa­żył.

- Po­wie­dzia­łem coś nie tak? - Pa­trzył na mnie, a jego zie­lo­ne tęczów­ki błysz­cza­ły ni­czym dwa szma­rag­dy.

Nie mia­łam po­jęcia, co w tam­tym mo­men­cie mną kie­ro­wa­ło. By­łam nie­co roz­bi­ta po kłót­ni z Leo, a Ryan był taki cza­ru­jący, w do­dat­ku al­ko­hol też zro­bił swo­je, bo na­gle przy­su­nęłam się do chło­pa­ka i wpi­łam w jego usta. Po­cząt­ko­wo za­sko­czo­ny Ryan nie za­re­ago­wał, ale w na­stęp­nej chwi­li ujął moją twarz w dło­nie i po­głębił po­ca­łu­nek. Za­rzu­ci­łam mu ręce na szy­ję, a on unió­sł mnie za bio­dra i do­ci­snął do ścia­ny. Oplo­tłam go no­ga­mi w pa­sie, przy­ci­ąga­jąc do sie­bie. Moje zmy­sły kom­plet­nie osza­la­ły. Za­tra­ci­łam się w jego go­rących ustach, sil­nych ra­mio­nach i obłęd­nym za­pa­chu. Ryan ca­ło­wał mnie z taką na­mi­ęt­no­ścią, z taką pa­sją, że ca­łko­wi­cie mu się od­da­łam.

Prze­nie­śli­śmy się na fo­tel. Usia­dł, po­ci­ąga­jąc mnie na swo­je ko­la­na, tak że usia­dłam na nim okra­kiem. Czu­łam, jaki jest twar­dy, a ja sama by­łam już nie­sa­mo­wi­cie pod­nie­co­na. Roz­su­nęłam mu roz­po­rek, a on wło­żył dło­nie pod moją bluz­kę, zła­pał moje pier­si i ści­skał je, ma­so­wał, aż nie­mal za­pło­nęłam. Czu­łam to po­żąda­nie, ten ogień, zu­pe­łnie jak na po­cząt­ku mo­je­go zwi­ąz­ku z Leo.

Boże, Leo...

- Ryan, stop! - prze­rwa­łam gwa­łtow­nie, zry­wa­jąc się z jego ko­lan i po­pra­wia­jąc ubra­nie, by nie­co się otrząsnąć. - Prze­pra­szam cię, ale nie mogę... - nie­mal jęk­nęłam. - Mam chwi­lę sła­bo­ści, jed­nak jest też Leo i nie mogę ry­zy­ko­wać, je­śli mamy pró­bo­wać na­pra­wić na­sze ma­łże­ństwo. - Aż sama mia­łam ocho­tę strze­lić się w twarz. - Po pro­stu bra­ku­je mi bli­sko­ści, ale nie chcę cię wy­ko­rzy­sty­wać - kon­ty­nu­owa­łam. - Nie mogę zro­bić tego to­bie, so­bie ani jemu.

- To ja prze­pra­szam - od­pa­rł, prze­cze­su­jąc dło­nią wło­sy. - Wiem, że je­steś roz­bi­ta, ale masz męża i nie po­wi­nie­nem, choć...

- Co ta­kie­go?

Dla­cze­go chcia­łam to wie­dzieć?

- Je­steś nie­sa­mo­wi­cie pi­ęk­ną i zmy­sło­wą ko­bie­tą - wy­znał, a ja po­czu­łam pie­kące po­licz­ki. - Sza­le­nie cię pra­gnę, ale obie­cu­ję, będę trzy­mał ręce przy so­bie - do­dał i po­słał mi tak uwo­dzi­ciel­ski uśmiech, że z le­d­wo­ścią się po­wstrzy­ma­łam, by nie za­to­pić się zno­wu w jego ra­mio­nach.

- Wy­głu­pi­łam się tyl­ko. - Po­trząsnęłam gło­wą. - Mo­że­my o tym za­po­mnieć? Czu­ję się nie­zręcz­nie.

Prze­cież nie mo­głam mu po­wie­dzieć, jak bar­dzo zro­bi­ło mi się go­rąco od tego po­ca­łun­ku. W gło­wie mi się za­kręci­ło, gdy przy­ci­snął swo­je war­gi do mo­ich. I choć ser­ce za­bi­ło mi moc­niej z pod­nie­ce­nia, mu­sia­łam to prze­rwać. Nic wi­ęcej nie mo­gło się wy­da­rzyć.

- W po­rząd­ku - przy­tak­nął, choć mia­łam wra­że­nie, że po­czuł to samo. - To co, jesz­cze po kie­lisz­ku? - za­py­tał, si­ęga­jąc po bu­tel­kę wina.

- Chęt­nie.