Rozdział 1
Seila
Siedziałam z lampką wina w dłoni, obserwując moje rodzeństwo. Grant i Callie wydawali się szczęśliwi. Właściwie byli szczęśliwi i wcale się temu nie dziwiłam. Lars jak dla mnie był dziwny, ale dawał Callie szczęście i widać było, że naprawdę ją kocha, zaś Grant przy Isabelle się uspokoił. Brakowało tylko Caleba, któremu niestety nie udało się przylecieć na urodziny Granta. Ach! Brakowało również mojego męża Leonarda, ale moje rodzeństwo chyba się już do tego przyzwyczaiło, że on ciągle nie ma czasu. Był architektem, i to jednym z najlepszych w mieście, co wiązało się z tym, że miał licznych klientów i mnóstwo zleceń. Jemu to odpowiadało. Naprawdę kochał swoją pracę i poświęcał jej dużo czasu. Szkoda, że pomijał w tym wszystkim mnie. Pierwszy rok po ślubie był magiczny. Dużo podróżowaliśmy, spędzaliśmy ze sobą czas, niemalże nie wychodziliśmy z łóżka. Kochaliśmy się dziko i namiętnie, nie potrafiąc oderwać od siebie rąk i ust, a potem... Potem czar nagle prysł.
Leo otworzył własne biuro architektoniczne i ruszył z impetem. Ja zaś awansowałam na redaktorkę naczelną i godzinami przesiadywałam w biurze. Nie do końca mi to odpowiadało. Chciałam być w ruchu, jeździć na reportaże, być w centrum wydarzeń, dlatego zrezygnowałam z tego stanowiska i wróciłam do wywiadów, artykułów. Leo twierdził, że popełniłam największy życiowy błąd, ale w końcu robiłam to, co kochałam. Oboje byliśmy tak pochłonięci pracą, że mieliśmy coraz mniej czasu dla siebie. Staraliśmy się tak planować zajęcia, by co jakiś czas wyskoczyć gdzieś razem na weekend. Parę razy się udało, ale potem żadne z nas nie chciało już przekładać swoich obowiązków. W rezultacie razem wyjeżdżaliśmy albo do moich, albo jego rodziców, i to tylko na święta. Powoli oddalaliśmy się od siebie, porzucając nawet plany powiększenia rodziny.
Tak, marzyliśmy o dzieciach. Trzy lata temu myślałam, że się udało. Okres mi się spóźniał i naprawdę sądziłam, że jestem w ciąży. Niestety, to był bardzo intensywny i stresujący czas w moim życiu. Byłam przepracowana, przemęczona i po tym, jak zemdlałam w pracy, trafiłam do szpitala. Lekarz uświadomił mi, że jeśli myślę o dziecku, najpierw muszę zadbać o siebie. Niby proste, logiczne, a jednak... Wtedy przystopowałam, wzięłam się za siebie i przede wszystkim regularnie badałam. Chciałam być gotowa na dziecko nie tylko mentalnie, lecz również fizycznie. Nie miałam tylko pojęcia, że mój mąż już nie chciał mieć ze mną dziecka. Powiedział, że teraz nie jest na to odpowiedni moment, że może za parę lat się postaramy, że ma teraz dużo pracy i nie będzie mógł się skupić na dziecku. To był dla mnie cios. Kolejny, gdy zaczął używać prezerwatyw i stwierdził, że lepiej by było, gdybym brała tabletki albo zastrzyki. Jasno dał mi do zrozumienia, że o dziecku mogę zapomnieć.
Po tym naprawdę się między nami popsuło. Albo ciągle się kłóciliśmy, albo unikaliśmy, by nie dochodziło do kłótni. Wtedy Leo pierwszy raz wspomniał o rozwodzie. Najpierw pomyślałam, że ma kogoś na boku, ale jego jedyną kochanką była praca. Piąta rocznica ślubu była lekkim przełomem. Próbowaliśmy na nowo rozpalić w sobie ogień i nawet przez pewien czas nam się to udawało, jednak później znowu się zepsuło. Gdy mu powiedziałam, że lato spędzę w Redwood, powiedział krótko: "A więc podjęłaś decyzję co do naszego małżeństwa".
Byłam wściekła, że tak do tego podchodzi. To nie był mój kaprys, ale nie miałam zamiaru się wymigiwać. Przez jakiś czas mogłam pracować zdalnie, on zresztą też, lecz Leonard nie wyobrażał sobie życia bez swojego ukochanego biura. Szanse na uratowanie naszego małżeństwa malały z każdym dniem.
Kiedy wylądowałam w Medford, zadzwonił do mnie. Zapomniał, że dziś miałam być w Redwood i oczywiście jeszcze raz się pokłóciliśmy. A jeszcze wczoraj rano, przed wyjściem do pracy, przypominałam mu o wyjeździe i próbowałam namówić, żeby ze mną jechał, ale powiedział, że ma w sobotę ważnego klienta i nie może tego przełożyć. Nie rozumiałam jego zaskoczenia, że wyjechałam, ale właśnie tak wyglądało nasze małżeństwo.
Gdy zaczęło się ściemniać, Callie i Lars zebrali się do domu; niedługo po nich poszli również Grant z Isabelle, ale ja nie miałam ochoty jeszcze zamykać się w pokoju. Byłam lekko wstawiona, a przebywanie na świeżym powietrzu dobrze mi robiło. W winiarni znalazłam moje ulubione wino, więc zabrałam butelkę i wróciłam do ogrodu.
- To i ja będę leciał - usłyszałam głos Ryana i aż podskoczyłam, nie wiedzieć czemu, chowając za plecami butelkę.
- Myślałam, że jestem tu sama - powiedziałam speszona.
- Zaraz już mnie tu nie będzie.
- Daj spokój, nie to miałam na myśli.
- Wiem. - Podniósł na mnie wzrok. - Nie chciałaś zostać przyłapana z butelką wina.
- Masz mnie. - Zmarszczyłam nos. - Najwyżej Grant urwie mi głowę - zaśmiałam się i wyciągnęłam butelkę zza pleców.
- Passion Desire - szepnął, wpatrując się w nią. - Bardzo dobry wybór.
- To może pomożesz mi zatrzeć ślady? - Przygryzłam dolną wargę.
- Właściwie... Chętnie - zgodził się, po czym przenieśliśmy się do altanki w głębi ogrodu.
Musiałam przyznać, że dobrze się czułam w towarzystwie Ryana. Chłopak miał dwadzieścia jeden lat, choć wyglądał na starszego i jak na swój wiek był bardzo dojrzały. Ja w jego wieku... Och, lepiej było do tego nie wracać.
Ta altanka była takim moim małym azylem. Tata zbudował ją, gdy miałam dwanaście lat. Lubiłam tu przychodzić, by się pouczyć, poczytać, posłuchać muzyki lub po prostu posiedzieć w spokoju, w otoczeniu zieleni.
Ryan nalał nam wina, podał mi lampkę i usiedliśmy w wygodnych fotelach.
- O czym tak rozmyślasz? - zapytał w pewnej chwili, a ja się lekko uśmiechnęłam.
- Przypomniały mi się chwile z młodości.
- No tak, z młodości, bo teraz jesteś już stara - zaśmiał się.
- Ej, mam dwadzieścia dziewięć lat.
- Okej, sorry, babciu - rzucił rozbawiony.
- Babcią to akurat nie będę, bo nie planuję mieć dzieci - prychnęłam.
- Nie obudził się w tobie instynkt macierzyński?
- Obudził, ale zdążył ponownie zasnąć. - Wzruszyłam ramionami.
- Mogę wiedzieć, skąd taka zmiana?
Poczułam, że tego właśnie w tej chwili potrzebuję. Chciałam to chyba z siebie wyrzucić, wygadać się, zwłaszcza po dzisiejszej kłótni z Leo. W Nowym Jorku miałam przyjaciółkę, ale miała zupełnie inne poglądy na życie, dlatego nie rozumiała mojego rozczarowania negatywnym testem ciążowym.
- Długo by opowiadać.
- Jak widzisz, nigdzie się nie wybieram. - Uśmiechnął się uroczo.
- No dobra, tylko nie zaśnij.
Ryan przechylił głowę na bok, po czym otrząsnął się i przetarł oczy.
- Mówiłaś coś? - zażartował, przez co i ja się zaśmiałam.
- Już w tym wieku masz problemy ze słuchem?
- Za to wzrok mam doskonały.
- Ciekawe, co takiego widzisz?
- Piękną kobietę.
- Nie podlizuj się.
- Więc słucham twojej historii. - Rozsiadł się wygodnie. - Dlaczego nie chcesz zostać matką?
- Wiesz, to nie tak, że nie chcę, po prostu nie mam na to nadziei - odparłam zamyślona.
- Naprawdę mówisz jak staruszka. - Pokręcił głową.
- Nie układa nam się z Leo - wyznałam. - Jesteśmy małżeństwem od sześciu lat, a z każdym dniem jest coraz gorzej między nami.
- Już go nie kochasz?
- Nie wiem, co mam czuć do człowieka, którego tak naprawdę nie znam - westchnęłam. - Kiedyś byliśmy inni. Pełni miłości, namiętności, pasji, a teraz? Praktycznie się nie widujemy. W ostatnią niedzielę mieliśmy okazję razem zjeść śniadanie. Leo zrobił mi kawę z mlekiem i cukrem. Nie pamiętał, że od dwóch lat nie słodzę.
- Kiepsko - skrzywił się.
- Nie winię go za to. Ja nie pamiętałam, że już nie lubi syropu klonowego.
- I co z wami będzie? - zapytał, po czym upił łyk wina.
- Żebym to ja wiedziała.
- Wiesz, nie jestem ekspertem, ale może terapia małżeńska? - zasugerował niepewnie.
- Leo nawet nie chce o tym słyszeć. Powiedział, że nie będzie się zwierzał komuś obcemu. A poza tym trzeba jeszcze mieć czas na terapię.
- Przepracowuje się?
- Tak, ale on to kocha. Praca jest dla niego wszystkim. Parę godzin temu, gdy wylądowałam w Medford, zadzwonił do mnie i już był zdenerwowany, bo zapomniał, że dziś będę w Redwood. Powiedział mi: "Zobacz, jaką byłabyś matką. Ciągle nie ma cię w domu. Nasze dziecko przestałoby cię poznawać".
- Dupek z niego - rzucił Ryan, a ja uniosłam brwi.
- Oboje przedłożyliśmy pracę nad nasze małżeństwo, naszą rodzinę, więc taki jest tego skutek. - Podniosłam się z fotela, by rozprostować nogi. Podeszłam do wyjścia, oparłam się o futrynę i odwróciłam w stronę Ryana. - Leo miał rację, byłabym beznadziejną matką.
- Ej, nie mów tak - wstał z miejsca i ruszył w moim kierunku. - Calvados cię uwielbia.
- Ty to potrafisz pocieszyć.
- Staram się, jak mogę - odparł i stanął naprzeciw mnie.
- Fajny chłopak z ciebie - rzuciłam luźno, mierząc go wzrokiem.
- Dziękuję za komplement. - Ukłonił się z promiennym uśmiechem.
- Twoja dziewczyna to szczęściara.
- Obecnie nie ma takiej.
- Żartujesz?
- Dziewczyny jakoś się mnie nie trzymają.
- Och, nie ukrywam, że trudno mi w to uwierzyć.
- Wiesz, może niektóre uważają mnie za dzieciaka - rzucił z przekąsem.
- Zasłużyłam sobie. - Spuściłam na moment wzrok.
- Przepraszam, to nie było fair, ale byłaby z nas niezła para. Dzieciak i babcia - zaśmiał się.
- Nie zapominaj o Calvadosie.
- Twój mąż naprawdę jest dupkiem - powiedział, patrząc mi prosto w oczy.
- Ryan...
- Za to nie zamierzam przepraszać. Gdybyś była moja, zrobiłbym wszystko, żebyś czuła się jak księżniczka. Byłabyś dla mnie najważniejsza - wyznał, co z jednej strony było dosyć niezręczne, a z drugiej przywołało wspomnienia, gdy to dla Leo byłam księżniczką.
W tym momencie coś we mnie pękło i choć próbowałam powstrzymać łzy, czułam, że płyną po moich policzkach. Otarłam je szybko kciukiem, jednak Ryan to zauważył.
- Powiedziałem coś nie tak? - Patrzył na mnie, a jego zielone tęczówki błyszczały niczym dwa szmaragdy.
Nie miałam pojęcia, co w tamtym momencie mną kierowało. Byłam nieco rozbita po kłótni z Leo, a Ryan był taki czarujący, w dodatku alkohol też zrobił swoje, bo nagle przysunęłam się do chłopaka i wpiłam w jego usta. Początkowo zaskoczony Ryan nie zareagował, ale w następnej chwili ujął moją twarz w dłonie i pogłębił pocałunek. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a on uniósł mnie za biodra i docisnął do ściany. Oplotłam go nogami w pasie, przyciągając do siebie. Moje zmysły kompletnie oszalały. Zatraciłam się w jego gorących ustach, silnych ramionach i obłędnym zapachu. Ryan całował mnie z taką namiętnością, z taką pasją, że całkowicie mu się oddałam.
Przenieśliśmy się na fotel. Usiadł, pociągając mnie na swoje kolana, tak że usiadłam na nim okrakiem. Czułam, jaki jest twardy, a ja sama byłam już niesamowicie podniecona. Rozsunęłam mu rozporek, a on włożył dłonie pod moją bluzkę, złapał moje piersi i ściskał je, masował, aż niemal zapłonęłam. Czułam to pożądanie, ten ogień, zupełnie jak na początku mojego związku z Leo.
Boże, Leo...
- Ryan, stop! - przerwałam gwałtownie, zrywając się z jego kolan i poprawiając ubranie, by nieco się otrząsnąć. - Przepraszam cię, ale nie mogę... - niemal jęknęłam. - Mam chwilę słabości, jednak jest też Leo i nie mogę ryzykować, jeśli mamy próbować naprawić nasze małżeństwo. - Aż sama miałam ochotę strzelić się w twarz. - Po prostu brakuje mi bliskości, ale nie chcę cię wykorzystywać - kontynuowałam. - Nie mogę zrobić tego tobie, sobie ani jemu.
- To ja przepraszam - odparł, przeczesując dłonią włosy. - Wiem, że jesteś rozbita, ale masz męża i nie powinienem, choć...
- Co takiego?
Dlaczego chciałam to wiedzieć?
- Jesteś niesamowicie piękną i zmysłową kobietą - wyznał, a ja poczułam piekące policzki. - Szalenie cię pragnę, ale obiecuję, będę trzymał ręce przy sobie - dodał i posłał mi tak uwodzicielski uśmiech, że z ledwością się powstrzymałam, by nie zatopić się znowu w jego ramionach.
- Wygłupiłam się tylko. - Potrząsnęłam głową. - Możemy o tym zapomnieć? Czuję się niezręcznie.
Przecież nie mogłam mu powiedzieć, jak bardzo zrobiło mi się gorąco od tego pocałunku. W głowie mi się zakręciło, gdy przycisnął swoje wargi do moich. I choć serce zabiło mi mocniej z podniecenia, musiałam to przerwać. Nic więcej nie mogło się wydarzyć.
- W porządku - przytaknął, choć miałam wrażenie, że poczuł to samo. - To co, jeszcze po kieliszku? - zapytał, sięgając po butelkę wina.
- Chętnie.