Prolog
Prolog
Nepal, październik 2019
Jak dobrze, że mam osobny pokój, ucieszył się w myślach Walter Weber, po
czym zaległ jak długi na łóżku, nadspodziewanie wygodnym jak na
miejscowe warunki. Z dołu hotelu, a w zasadzie hoteliku, pełnego gości
dobiegały pokrzykiwania kolegów, dla których perspektywa wyruszenia za
kilka godzin na trekking do bazy pod Everestem nie była argumentem
przeciwko dalszemu wznoszeniu toastów.
Weber czuł się już za stary na imprezy w studenckim stylu, choć
jednocześnie nie narzekał na formę. Miał prawie sześćdziesiąt pięć lat,
co w Szwajcarii oznaczało, że chociaż był torakochirurgiem o ugruntowanej międzynarodowej pozycji i długoletnim szefem kliniki
chirurgii klatki piersiowej w rodzinnym Zurychu, niedługo będzie musiał
przejść na emeryturę. Dobijało go to. Fizycznie, intelektualnie i zawodowo czuł się w życiowej formie. Atrakcyjny jak wyjęty prosto z bankomatu milion dolarów, żartował do żony, z którą łączył go związek
namiętny i satysfakcjonujący mimo spędzonych razem prawie trzydziestu
lat. Miał sobie do zarzucenia jedynie to, że nie szusował już na nartach
tak dynamicznie, jak w czasach, gdy był lekarzem szwajcarskiej kadry
zjazdowców. Ale i tak jeździł lepiej niż większość narciarzy
popisujących się w Alpach.
Wieść o mielofibrozie go zmroziła. Na początku był pewien, że to
pomyłka, kilka razy powtarzał badania, ale kiedy jego kumpel David
upierał się, że wyniki są jednoznaczne, a dziwność tego nowotworu
potwierdził patolog Mark, Weber przyjął to do wiadomości. Przytłoczony
perspektywą emerytury i choroby, z którą nie wiadomo co robić, przystał
na propozycję kumpli, aby wyskoczyć na trekking do Nepalu, zresetować
myśli i popatrzeć na inne góry niż Alpy.
Wyjął telefon z szuflady szafki nocnej. Wszedł w skrzynkę nadawczą,
wystukał "Wszystko OK" i wysłał wiadomość do żony. Zaczął oglądać
zdjęcia. Te, które przechodziły weryfikację atrakcyjności, wysyłał
żonie. Jedno z lotniska w Katmandu tuż po wylądowaniu. Dobrze na nim
wyglądał, lot był sprawny i spokojny, Weber z zadowoleniem przyglądał
się swojej wypoczętej twarzy na tle samolotu. Przesuwał palcem dalej. Po
dwóch dniach zwiedzania zabytków, w których scenerii kręcono Ostatniego
cesarza, i objadania się lokalnymi przysmakami miał kilkanaście udanych
zdjęć, którymi mógł się pochwalić żonie.
"Następnym razem lecisz ze mną", napisał kolejnego SMS-a. Wiedział, że
Anna boi się latać, dlatego nie proponował jej wspólnych wyjazdów. Ona
wolała ich bezpieczny domek nad jeziorem, gdzie czytali książki,
gotowali, gadali godzinami i uprawiali namiętny seks. Łóżko nie jest
tylko do spania, a stół do jedzenia - Anna miała swoje powiedzenie,
które niezmiennie działało na wyobraźnię Waltera.
Żonie nie przeszkadzało, że Walter czasem potrzebuje silniejszych emocji
i zmiany krajobrazu na inny niż szwajcarski. Nie zabraniała mu samotnych
wakacji, wyjazdów z kolegami, ufała mu. Ale Weber, leżąc teraz na
nieporównywalnym do domowego, a jednak całkiem wygodnym łóżku, po
wzięciu ciepłego prysznica, co w warunkach himalajskich nie jest proste,
zrelaksowany i radosny, puścił wodze fantazji. Myślał, jak by to było,
gdyby to Anna, zamiast kolegów, leciała z nim trzy dni temu niewielkim
samolotem z Katmandu do Lukli, która jest punktem wyjściowym do bazy pod
Everestem i słynie z niebezpiecznego lotniska. Piloci muszą mieć
specjalną licencję, aby móc tam lądować, a ich pilot najwyraźniej ją
miał, bo posadził maszynę bardzo sprawnie. Żona byłaby zadowolona, a przynajmniej nie panikowałaby przy takim pilocie. Później spędziliby tu
razem trzy, cztery dni, bo Lukla położona jest wysoko i to świetne
miejsce do aklimatyzacji. Rozmarzając się w obrazach podsuwanych przez
wyobraźnię, Weber czuł się błogo, jakby ciepło niedawno zjedzonej
kolacji, kilku kieliszków wina i dobrych myśli na przyszłość rozlało się
w nim tą przyjemną falą nadchodzącej senności, kiedy jest się jeszcze
świadomym, ale już powoli zapada się w sen. Jego ostatnią myślą była
prośba bez konkretnego adresata, możliwe, że do opatrzności lub niemych
świadków jego snu, by trwał on do samej planowanej pobudki niczym
nieprzerwany, a na pewno nie jego własnym chrapaniem, które zbyt często
go budziło.
Zasnął mocno, zupełnie nieświadomy, że głębokość jego snu została
wzmocniona przez niezwykle skuteczny środek sporządzony z miejscowych
ziół, nieznanych w Europie. Dosypano mu go do wina w trakcie kolacji,
ale trudno dociec, czy stało się to w barze, czy może przy stole w chwili nieuwagi, o którą nie było trudno, zważywszy na ilość alkoholu
wypitego przez uczestników imprezy.
Drzwi skrzypnęły głośno, może nawet głośniej niż zazwyczaj, gdy dwaj
ludzie wchodzili do pokoju, nie dbając zbytnio o zachowanie ciszy ani
ostrożności. A może to po prostu nieprzenikniony spokój poranka, kiedy
słońce dopiero co nieśmiało wspinało się nad szczyty Himalajów,
specjalnie wyostrzał dźwięki, jakby chciał zbudzić i uchronić Webera
przed tym, co miało go czekać. Drugi z mężczyzn ubranych w szare
uniformy przypominające stroje obsługi technicznej zamknął za sobą drzwi
do pokoju, ale też nie zrobił tego specjalnie cicho. Obaj czuli się
bardzo pewnie. Jakby stało za tym przekonanie o absolutnej skuteczności
specyfiku podanego Weberowi. Po zgraniu tych ludzi, ich sprawności,
porozumiewaniu się bez słów widać było, że nie pierwszy raz z niego
korzystali. Działali jak szwajcarski zegarek, który leżał na szafce
nocnej przy głowie Webera.
Mężczyźni nie tracili czasu na zbędne ruchy. Wyższy podszedł do
wezgłowia łóżka, na którym Weber spał jak dziecko. Prośba profesora
została wysłuchana, bo tym razem pochrapywał cichutko. Wszystkie siły
wszechświata sprzysięgły się przeciwko niemu. Może gdyby chrapał głośno,
jak wtedy, gdy budził tym żonę albo sam siebie w ich szwajcarskim łóżku,
a potem przez kolejną godzinę nie mógł zasnąć, wypełniając sobie głowę
zapętlonymi myślami o wykonanych już operacjach oraz o tym, co go czeka,
gdy wiek zmusi go do opuszczenia stanowiska przy chirurgicznym stole,
może wtedy by się obudził, zobaczył tych dwóch, zaczął krzyczeć i wzywać
pomocy, może któryś z kolegów wybudziłby się z pijackiego snu i przybiegł mu na pomoc. Ale Weber spał. Twardo, głęboko, z miarowym
oddechem, w poczuciu bezpieczeństwa, które właśnie było mu odbierane.
Nawet nie drgnęła mu powieka, gdy dwaj mężczyźni zawinęli go w kołdrę i nieniepokojeni przez nikogo wynieśli z hotelu. Szli szybkim krokiem, bez
oznak zmęczenia, jedynie wraz z kolejnymi minutami ich oddech stawał się
szybszy, ale sił mieli jeszcze na kilometry do przodu. Posuwali się
równo jak kompania reprezentacyjna wojska, kołysząc długim pakunkiem na
tyle delikatnie, że dawało to efekt przyjemnego bujania, a na pewno nie
miało nic z gangsterskiego uprowadzenia. Nadal nie zakłócano Weberowi
przyjemnego snu. Słońce, wschodzące czerwoną łuną, oświetlało dwóch
mężczyzn z wielkim pakunkiem i torowało im drogę pomiędzy skałami, które
po kilkuset metrach się rozsunęły, ukazując małe lotnisko, na którym
stał w osamotnieniu sześciomiejscowy samolot.
Uprawiał górski trekking od kilkunastu lat, ale nigdy dotąd w czasie
wędrówki nie był tak blisko skał. Teraz wydawało mu się, że góry, o rysie wyjątkowo łagodnym jak na Himalaje, znajdowały się tuż przed jego
twarzą, zbliżały się i oddalały, tak że momentami mógł musnąć zbocze
nosem. Dziwne uczucie, zwłaszcza że te wzniesienia były niewiele większe
od niego. Za którymś razem, gdy jego twarz znów prawie złączyła się z jedną z nich, Weber postanowił sprawdzić sam, dlaczego akurat ta ma tak
nietypowy rozmiar i ciągle jak wahadło zbliża się do jego twarzy i oddala. Spróbował wyciągnąć rękę, żeby dotknąć góry, i poczuł, że nie
może. Opór czegoś cienkiego, ale jednocześnie mocnego blokował mu ruch
rąk. Nie rozumiał też, dlaczego im bardziej próbuje się poruszyć, tym
mocniej zaczyna boleć go głowa. Ból narastał w błyskawicznym tempie, był
pulsujący i rozpierający tak silnie, że w końcu Weber się ocknął i zamiast gór zobaczył przed sobą dwa oparcia siedzeń, w stronę których w czasie snu, a później już letargu, kiwała się jego otępiała głowa.
Rozejrzał się błędnym wzrokiem dookoła. Zanim mózg przetworzył
informację, że jego właściciel nie znajduje się w pokoju hotelowym, w którym zasnął, Weber był przekonany, że to po prostu kac gigant. Musiała
upłynąć dobra chwila, nim zorientował się, że ma skrępowane ręce i nogi.
Co jest, kurwa? - pomyślał przerażony i zarazem zaskoczony, że przeklął.
Bardzo rzadko to robił, musiał naprawdę stracić panowanie nad sobą.
Teraz najwyraźniej dostał taki zastrzyk kortyzolu, że stres zalał całą
jego kulturę osobistą na trzy pokolenia do przodu. Odrętwiały z bólu i strachu rozglądał się jak zwierzę złapane we wnyki. Obok niego nikogo
nie było. Zorientował się, że jest w samolocie.
- To dlatego nie mam knebla - odezwał się trzeźwo mimo emocji. - Nikt
mnie nie usłyszy, nie mam po co wzywać pomocy. - Kolejne zdania
diagnozujące sytuację, w jakiej się znalazł, przebijały się przez huk
silników samolotu.
W tym momencie zobaczył nad sobą wyglądającego na Nepalczyka młodego
mężczyznę, który gestem ręki nakazał mu ciszę i półgębkiem uśmiechnął
się do niego.
Samolot wylądował na niewielkim lotnisku. Weber był już zupełnie
przytomny i o wiele spokojniejszy. W czasie lotu nikt go nie pobił, nie
nękał, nie skrzywdził, a łagodna twarz tubylca, który doradził mu
milczenie, niespodziewanie uspokoiła Webera. Ustępujący stres zrobił
miejsce myśli, że cała ta sytuacja to gigantyczne nieporozumienie, które
zaraz po wylądowaniu zostanie wyjaśnione, a on sam solennie przeproszony
i odwieziony do hotelu, gdzie do wieczora, zamiast wspinać się po
górach, będzie opowiadał kolegom o przygodzie, jaka go spotkała, rodem z amerykańskich thrillerów, które dla relaksu czytał w przerwach na
dyżurze.
- Get up! - Sucha komenda wytrąciła go z reżyserowania sceny happy
endu.
Weber posłusznie wstał i nawet nie zdążył się zorientować, a już miał na
głowie nieprzezierny kaptur. Poczuł uścisk na ramieniu, ktoś go dokądś
prowadził. Stawiał ostrożnie kroki, ale jego towarzysz nadawał marszowi
coraz szybsze tempo. Po kilkunastu krokach profesor wyczuł stopami
schody, a za chwilę lekki powiew wiatru. Był już na zewnątrz.
Czy jestem jeszcze w Nepalu? Jak długo leciałem tym samolotem? Dokąd
mnie wiozą? Co mi zrobią? Co to, do cholery, są za ludzie? Weberowi
przez głowę przelatywał huragan myśli. Poczuł, że czyjaś ręka zgina mu
kark, a po chwili siedział już w samochodzie.
Natychmiast ruszyli. Nie wiedział, ile osób jedzie razem z nim. Nikt nic
nie mówił. Czerń przed oczami zaczęła go męczyć, odruchowo spróbował
ściągnąć z głowy kaptur, ale ręce wciąż miał skrępowane. Lewą stroną
ciała wyczuł, że siedzi przy drzwiach, skierował więc głowę w stronę
szyby, chciał wyłapać wzrokiem światło, zorientować się, jaka może być
pora dnia, czy jest słonecznie, pochmurno, czy może cokolwiek zobaczyć.
Nic to nie dało. Uderzył tylko głową o szybę, kiedy samochód kolejny raz
podskoczył na nieutwardzonej, wyboistej drodze. Auto co chwilę skręcało,
gnało, nie zważając na dziury, doły i kamienie.
Czyli raczej nie jesteśmy w Europie, pomyślał Weber, chociaż zaraz
zganił się w duchu, że może nie mieć racji. Ale nie miał nic przeciwko
tym myślom, choćby głupim i bezsensownym, które teraz przychodziły mu do
głowy. Byle tylko czymś się zająć, nie panikować, nie rozsypać się.
Samochód przyspieszył, wziął kolejny zakręt. Weber poczuł, że robi mu
się niedobrze.
- Będę rzygał - powiedział odruchowo po angielsku, jakby był w nocnej
taksówce wiozącej go z corocznego bankietu lekarzy, których znana firma
farmaceutyczna wywoziła do wypasionego hotelu na obrzeżach Zurychu i pod
pretekstem nowych badań namawiała do kupowania jej lekarstw i sprzętu.
Tym razem na jego zapowiedź katastrofy fizjologicznej nikt nie
zareagował. Weber czuł się coraz gorzej. Potęgowała to wizja
przyszłości: nie dość, że uprowadzony, z workiem na głowie, to jeszcze
zarzygany i śmierdzący. W tym momencie samochód się zatrzymał. Drzwi
obok Webera się otworzyły. Ktoś podał mu rękę.
---
- Jak mamy zgłosić zniknięcie kolegi, skoro jedyny policjant w tej
dziurze nie mówi słowa po angielsku? - Olivier, kolega Webera od
trekkingu i najbardziej komunikatywny wśród chłopaków z ich wyprawy,
wściekał się na funkcjonariusza.
Małe oczy policjanta robiły się coraz większe z każdym wykrzyczanym w jego stronę słowem. Nie poprawiło to komunikacji z nepalskim stróżem
prawa, który balansował na granicy strachu i poirytowania, a najbardziej
na świecie chciałby, aby dano mu święty spokój.
- Nie pierwszy raz ktoś tu znika albo się gubi, a potem szczęśliwie
odnajduje się po samotnej wędrówce, i nie trzeba z tego powodu wyrywać z drzemki jedynego w okolicy policjanta - powiedział, wiedząc, że nie
zostanie zrozumiany.
Koledzy Webera nie ustępowali. Przeczuwali, że stało się coś złego.
Znane im były poimprezowe wędrówki ludów, niejednemu po alkoholu włączał
się tryb szwendacza, ale tu był obcy, nieznany teren, nikt nie wychodził
poza hotel. Poza tym Weber wypił najmniej, poszedł do pokoju jak
grzeczne dziecko po dobranocce i w ogóle takie znikanie nie było w jego
stylu.
- Urwisko i okolica przeszukane, czysto. - Koledzy Oliviera wyznaczeni
do spenetrowania pobliskiego terenu przerwali mu gonitwę myśli.
Właśnie wrócili z obchodu. Nie wiadomo, czy była to dobra, czy zła wiadomość.
- Najważniejsze, że nie znaleziono ciała, więc Walter na pewno żyje -
rzekł Olivier, głównie po to, żeby uspokoić samego siebie oraz
zmotywować kolegów do poszukiwań.
Wiedział, że jeszcze kilka godzin bez rezultatu i to on będzie musiał
zadzwonić do Anny. Sama myśl o ewentualnej rozmowie z żoną Webera,
której miałby przekazać tragiczną wiadomość, sprawiała, że czuł w żołądku mróz, choć na zewnątrz robiło się upalnie.
- Zawiadomię ambasadę Szwajcarii - dodał, wyznaczając sobie nowe
zadanie.
---
Waltera wprowadzono do miejsca, w którym wyczuł w miarę równą posadzkę
oraz zapach kadzideł. Gdy zdjęto mu kaptur, zobaczył, że znajduje się w sporym pokoju, w którym są łóżko, fotel, umywalka i niewielkie biurko z krzesłem. Na łóżku leżały komplet bielizny, spodnie, koszula i sweter
oraz ręczniki i przybory toaletowe. Przy drzwiach stał strażnik, na oko
dwudziestokilkuletni. Najwyraźniej to on zdjął mu przed chwilą kaptur.
- Gdzie jest mój telefon? - zapytał zdezorientowany Weber, jakby
zaginięcie komórki było teraz jego najpoważniejszym problemem. Strażnik
odpowiedział milczeniem, a do pokoju wszedł starszy mężczyzna w stroju
mnicha, który odezwał się całkiem dobrą angielszczyzną:
- Witamy w naszym świecie, profesorze Weber.
- Skąd pan mnie zna? - Walter próbował doszukać się w twarzy mężczyzny
swojego dawnego pacjenta, nawróconego na buddyzm członka dalekiej
rodziny albo któregoś z byłych przełożonych. Nikogo jednak nie umiał
rozpoznać.
- Jest pan tu bezpieczny - odpowiedział mnich. - Naszemu gościowi nic
złego stać się nie może.
- Chcę stąd wyjść! Kiedy mnie uwolnicie? - Weber podniósł głos.
- Tego na razie nie mogę obiecać. Ale będzie tu panu dobrze. Naszym
jedynym, może nieco kłopotliwym zadaniem dla pana będzie pobieranie
krwi. Dla obu stron byłoby lepiej, gdyby poddawał się pan temu drobnemu
zabiegowi dobrowolnie.
- Czy sprzęt do poboru macie jednorazowy? - zapytał odruchowo Walter i już w momencie wypowiadania ostatniej sylaby uznał pytanie za
idiotyczne.
Mnich tylko się uśmiechnął i skinął głową.
- Proszę podać swoje dane i miejsce mojego pobytu.
Mężczyzna zbył to milczeniem i wyszedł z pokoju.
Weber nie wiedział, że mnich nie powiedział mu prawdy, ale i tak głowa
pękała mu od chaotycznych myśli, które kończyły się samymi znakami
zapytania.
Drzwi się otworzyły. Inny, tym razem bardzo młody mnich wniósł do pokoju
porządnie wyglądający obiad i grzecznie zapytał, czy gość życzy sobie
poczytać jakieś książki. Weber nie odpowiedział. Wiedziony pierwotnym
instynktem przetrwania, zabrał się do jedzenia. Telefonu komórkowego mu
nie zwrócono.
---
- Ustalono, że ostatnią aktywnością z telefonu Webera był SMS wysłany do
żony, a mniej więcej o piątej rano telefon został wyłączony. - Olivier
mocniej przycisnął komórkę do ucha, żeby nie umknęła mu żadna informacja
od zastępcy ambasadora Szwajcarii. - Władze lotnicze potwierdziły, że
samolot, który jako pierwszy rano wystartował z Lukli, był prywatną
własnością indyjskiego miliardera Rahula Kovindry i przyleciał
poprzedniego dnia wieczorem jako ostatni dopuszczony do lądowania.
Lotnisko nie jest przystosowane do nocnych startów i lądowań. Ustalono,
że odbył lot do Pokhary w zachodnim Nepalu.
Słowa urzędnika strzelały jak pociski karabinu maszynowego, Olivier
próbował wszystkie zapamiętać jak wiersz mówiony w podstawówce na ocenę,
bo wiedział, że nie powinien marnować koncentracji na rozumienie. Teraz
najważniejsze było wklepać na twardo wszystkie informacje, przekazać
kolegom i wspólnie zastanowić się, co dalej. Przeszło mu przez myśl, że
może trzeba wynająć dobrą agencję detektywistyczną.
- Właściciel potwierdził, że wysłał swój mały samolot, aby przetestować
lądowanie na trudnym lotnisku, zanim sam przyleci na jego pokładzie, a następnego dnia rano nakazał mu podróż do Pokhary. Tam po zabraniu
miejscowych wyrobów rękodzielniczych odleciał do Indii. Nikt nie widział
ani nie słyszał niczego podejrzanego. Będę pana informował o nowych
ustaleniach ambasady, jeśli takie się pojawią. - Konsul zakończył
rozmowę.
Olivier próbował to wszystko powtórzyć w myślach i zapamiętać. Dlaczego
Weber poleciał w prywatny rejs samolotem jakiegoś bogatego Hindusa? W jakie interesy jest zamieszany? Przecież znał go długie lata. To
stateczny, zrównoważony profesor, naukowiec, zdolny i dynamiczny facet,
ale w życiowych wyborach nudno-rozsądny. Jego największą ekstrawagancją
były sporty zimowe i ten cholerny trekking, który teraz ściągnął na nich
kłopoty.
A może Weber ich wszystkich wystawił? Może tak naprawdę nic o nim nie
wiedzieli, a profesor od dawna prowadził podwójne życie? Olivier
próbował uporządkować myśli. Wszystko było możliwe. Jedyne, co wiedzieli
na pewno, to to, że szwajcarski uczony w niewyjaśniony sposób zniknął ze
swojego pokoju, niczego nie ukradziono, nie ma śladów walki, a telefon
profesora nie działa. Reszta to spekulacje. Wprawdzie nepalska policja
obiecała kontynuować śledztwo, ale kontaktujący się z nimi szwajcarski
konsul odpowiedzialny za opiekę nad obywatelami swojego kraju miał
nieodparte wrażenie, że robią to z czystej kurtuazji czy może raczej dla
uspokojenia głosu sumienia.
Rozdział I
Rozdział I
USA, listopad 2019
Paul Townsend obudził się po krótkim znieczuleniu, które zafundował mu
kolega anestezjolog ze szpitala Barnes w St. Louis w stanie Missouri.
Delikatnie poruszył się na łóżku, chcąc sprawdzić, czy coś go boli.
Poczuł lekkie kłucie w klatce piersiowej, ale i tak bał się, że będzie
gorzej. Rutynowa procedura pobrania szpiku kostnego z talerza kości
biodrowej i mostka do badań układu krwiotwórczego nie była przyjemna,
ale do przeżycia.
Kilka dni później, gdy już prawie zapomniał o swoim zabiegu, kolega z Japonii Keichi Sato w ramach plotek doniósł mu, że ich wspólny
przyjaciel Tomasz Grudkowski, także chirurg klatki piersiowej, którego
znał z młodych lat, gdy ten odbywał staż w jego szpitalu, został wybrany
na marszałka senatu w Polsce. Paul z Tomkiem zaprzyjaźnili się już wtedy
na stażu, później często się widywali, a Townsend odwiedził nawet
klinikę w Szczecinie. Wygłosił wtedy znakomicie przyjęty wykład na temat
transplantacji płuc. Paul wiedział, że jego polski kolega był od pewnego
czasu senatorem. Spotykał go na kongresach i dopytywał się, jak godzi
tak czasochłonną funkcję z pracą w szpitalu, ale wybór kumpla na
stanowisko top three naprawdę zrobił na nim wrażenie.
Chwycił więc za telefon i zadzwonił do Polski. Miał wrażenie, że ktoś
ich podsłuchuje, bo dźwięki przy wybieraniu numeru były inne niż
zazwyczaj, ale to zignorował. Rozmowa była kurtuazyjna i przyjacielska,
więc uznał, że jeśli jacyś ludzie ich podsłuchują, niczego ważnego się
nie dowiedzą. Szczerze pogratulował Tomkowi, na co ten odpowiedział, że
nawet najtrudniejsza operacja torakochirurgiczna jest prostsza od
uprawiania polityki, w której w przeciwieństwie do medycyny nic nie jest
takie, na jakie wygląda. Szybko zmienił temat i zwierzył się, że dwa dni
wcześniej miał biopsję szpiku kostnego z powodu zaburzeń morfologii
krwi. Chwilę później Paul już wiedział, że zaburzenia morfologii Tomasza
są niemal identyczne jak u niego.
Zdumienie Paula stopniowo narastało, gdy różnymi kanałami w jednym
miesiącu dotarły do niego wiadomości, że podobny problem z wynikami krwi
mają inni torakochirurdzy. Między innymi jego najlepszy przyjaciel
Walter Weber ze Szwajcarii, z którym rozmawiał już o tym dwa miesiące
wcześniej, a ponadto ich wspólni koledzy: Erino Randone z Włoch i Jens
Rickhoff z Niemiec oraz paru innych, mniej mu znanych.
Ostatniego dnia listopada w samo południe, gdy pracował nad artykułem
naukowym, do jego gabinetu wszedł postawny mężczyzna, który przedstawił
się jako agent CIA Greg Bumpler. Miał tylko jedno pytanie: czy Townsend
zna doktora Waltera Webera ze Szwajcarii. Paul potwierdził i uniesieniem
brwi dał znać, że chciałby dowiedzieć się czegoś więcej. Bumpler nie
wyglądał na rozmownego, bąknął tylko lakonicznie: "Zaginął", po czym
wyszedł.
Rozdział II
Rozdział II
USA, wrzesień 2017
Guz miał średnicę ośmiu centymetrów, a poza tym naciekał oskrzele płata
górnego płuca niemal w całości, dlatego istniało ryzyko, że trzeba
będzie usunąć płat obok lub nawet całe płuco. Paul wszedł "na otwarto",
ale nie starym sposobem trzydziestocentymetrowego cięcia, czym skazałby
pacjentkę na zwijanie się z bólu tygodniami po operacji. Wystarczało mu
dwanaście centymetrów. Pobłogosławił w myślach wideochirurgię, dzięki
której mógł usuwać nowotwory za pomocą kamery i specjalnych narzędzi
przez "dziurkę od klucza". Wprawdzie to była raczej dziura, ale przez
mniejszą nie da się wyciągnąć płata, a tym bardziej całego płuca. Tyle
że w tym przypadku nie było to możliwe, bo guz był zbyt duży.
I tak z niej szczęściara, pomyślał Townsend, patrząc na kobietę leżącą
na stole.
Była niewiele starsza od niego. No i rzeczywiście miała szczęście, bo
choć obciążały ją miażdżyca naczyń, nietolerancja glukozy i średnio
zaawansowana rozedma płuc, jej guz, mimo sporych rozmiarów, nie naciekał
jeszcze żadnego dużego naczynia, przełyku ani kręgosłupa. Paul pewnym
ruchem włożył dłoń do wnętrza klatki piersiowej i zbadał palpacyjnie,
czy nie da się usunąć chorej tkanki, a jednocześnie oszczędzić dwóch
pozostałych płatów prawego płuca. Wierzył, że mimo ogromnego postępu
medycyny palec chirurga jest ciągle jednym z najlepszych narzędzi
diagnostycznych, zwłaszcza gdy używa go tak doświadczony operator jak
on.
- Jest szansa, że wytniemy tylko jeden płat - powiedział, nie wiadomo,
czy do siebie, czy do asystentów przy stole.
Starannie wypreparował naczynia żylne i tętnicze do górnego płata,
zaopatrzył je podwiązkami i przeciął. Odciął też oskrzele do tego płata
i zamknął światło jego kikuta szwem ciągłym. Usunął płat płuca z guzem
oraz okoliczne węzły chłonne, w których mogły się kryć przerzuty.
Zdrenował klatkę piersiową. Wprawdzie takich operacji wykonał już kilka
tysięcy, ale zawsze był maksymalnie skupiony. Wiedział, że naczynia
płucne nie dość, że są relatywnie duże, to ich ściana jest znacznie
cieńsza niż w innych częściach ciała, więc przez jeden nieostrożny ruch
można wpakować się w duże tarapaty.
Teraz znów się udało. Nie poczuł jednak radości. Intuicyjnie czuł, że
wielkimi krokami zbliża się moment, którego przy operacjach nie lubił
najbardziej. Wyluzowanie. Kiedyś to była jego ulubiona chwila, gdy
najtrudniejsze etapy miał za sobą i pozostawało mu tylko zamykanie
powłok klatki. Atmosfera na bloku stawała się wtedy swobodniejsza.
Ciśnienie operatora spadało, a mózg zalewała przyjemna, ciepła fala
satysfakcji, że znów nie zawiódł, uratował życie, a na pewno je
przedłużył. Tylko że Paul od dwóch lat nie znosił tego momentu. Bał się
go, bo wraz z nim słyszał fanfary przenoszące jego myśli w stronę żony i koszmarnych okoliczności jej śmierci na nieoperacyjnego raka mózgu.
Wtedy nie umiał jej uratować, tak jak teraz nie umiał zapanować nad
kierunkiem, w którym uciekała jego świadomość.
Dlatego ciągle tyle pracował. Nie unikał dyżurów, brał ciężkie przypadki
jeden po drugim. Byle nie mieć czasu na myślenie o Judy i o swojej
samotności. Ich dwóch synów było już dorosłych, a że nie obdarzyli go
jeszcze wnukami, ich kontakty, choć serdeczne, były sporadyczne.
Codzienna praca dawała Paulowi w tyłek. Bywało, że miał ochotę rzucić to
wszystko w cholerę i odpocząć, ale wtedy przypominał sobie, jakie
przygnębienie, a czasem nawet obrzydzenie, wywołuje w nim pusty dom, i natychmiast żegnał się z pomysłem przejścia na emeryturę. Fatalnie
znosił zmiany, a zmiana męża we wdowca była najokrutniejszą, jaką życie
na nim wymusiło.
- Jeszcze sobie kogoś znajdziesz, tato - przekonywał go syn raz w miesiącu, czyli za każdym razem, kiedy do niego dzwonił, zagłuszając
wyrzuty sumienia wobec owdowiałego ojca.
Dzisiejsze sześćdziesiąt to dawne czterdzieści - tego typu niewyszukane
hasła miały zachęcić Paula do schowania czarnych ubrań na dnie szafy i wyjścia do ludzi, a konkretnie do kobiet. Dla niego byłoby to jak skok
na bungee. I tak w ciągu ostatnich dwóch lat doświadczył sportów
ekstremalnych: nauczył się robić jajecznicę, nie spalił czajnika z wodą
na herbatę, pojął, jak segregować pranie, by slipy po zetknięciu w bębnie z dżinsami nie były do wyrzucenia po dwóch użyciach. Najgorsze to
zdziadzieć, mówił mu syn, a i on się tego bał. Ale jeszcze bardziej bał
się zmian i ze wszystkich sił bronił się przed myślami, że wspierająca
go jako druga asysta trzydziestotrzyletnia Yang Ling, Chinka
przebywająca u nich na dwuletnim stażu badawczym, wzbudza w nim uczucia,
których dotąd nie znał, żyjąc w ustabilizowanym związku małżeńskim.
Wmawiał sobie, że po prostu ją lubi, ale łapał się na tym, że choć Yang
odbywała staż naukowy w laboratorium, to zapraszał ją do operacji pod
pretekstem obserwowania, w jaki sposób pobiera się próbki tkanek do
badań, które ona później prowadzi. Częściej, niż wymaga się tego od
mentora, chodził do laboratorium, aby spędzać czas z młodą, drobną i naprawdę urodziwą Chinką na dyskusjach o badaniach. Dbał jedynie o to,
by nie wzbudzić podejrzeń, że przekracza dozwolone granice. A ponieważ
był flirciarskim analfabetą, nie potrafił nawet odgadnąć, czy Yang Ling
traktuje go wyłącznie jako mentora i opiekuna stażu, czy może jednak go
lubi. Jak wielu mężczyzn przed nim i po nim, mało wiedział o kobietach.
Ta operacja była jego trzecią od rana.
- Zabieg się udał, zrobiliśmy go metodą możliwie najmniej inwazyjną. -
Chirurg stanął w poczekalni i zwrócił się do mężczyzny, który zatrzymał
go i przedstawił się jako syn operowanej. - Teraz poczekamy na wynik
histopatologiczny. Wtedy z onkologiem podejmiemy decyzję co do
ewentualnej radio- i chemioterapii.
Mężczyzna był młody, niezbyt wysoki, ale bardzo sprężysty i ewidentnie
wysportowany. Jego ruchy, gesty, sposób mówienia oraz patrzenia
zdradzały, że odbył jakieś szkolenie wojskowe.
- Wiem, jak poważna jest sytuacja mamy, dziękuję, że zrobił pan dla niej
tak dużo. - Mężczyzna wyciągnął w stronę lekarza dłoń, z której
wystawała mała karteczka. - Gdybym kiedykolwiek mógł się odwdzięczyć,
proszę o kontakt.
Facet odszedł, a Paul zorientował się, że trzyma w ręku wizytówkę.
Dziwną, bo zawierała tylko trzy informacje: Little Greg, Marines, i numer telefonu.
Ucieszył się, że intuicja go nie myliła, podpowiadając wojskowe
wyszkolenie mężczyzny, ale pomyślał, że choć gest syna pacjentki był
bardzo miły, to pozostanie tylko gestem.
Rozdział III
Rozdział III
Nepal, październik 2018
Patrzył w przerażone oczy matki, które nabiegły krwią. Kobieta,
trzymając się za ciężki brzuch, z którego za trzy tygodnie miał się
wydostać jego wyczekiwany brat, zapierała się nogami, próbując odwlec w czasie to, co nieuniknione. A on krzyczał, nie czując bólu zdzierającego
się dziecięcego gardła. Nic to nie dało. Agenci chińscy byli głusi nie
tylko na wrzask dziecka, lecz także na prośby matki, która błagała ich,
by pozwolili jej pożegnać się z synkiem. Jeden z mężczyzn brutalnym
ruchem szarpnął ciężarną za włosy i pchnięciem wyprowadził z domu. Drugi
zrobił to samo z bladym jak ściana ojcem. Minutę później było już po
wszystkim. Pięcioletni Migmar Dorjee, którego imię oznaczać miało
Czerwonooki Piorun, nie mogąc złapać oddechu, zobaczył na podłodze,
gdzie jeszcze przed chwilą siedziała jego matka, plamę krwi. Krew i plama dziecięcego moczu, która za chwilę rozlała się obok, były
ostatnimi fizycznymi znakami po jego rodzinie. Dwie fizjologiczne
kałuże.
Teraz znów je zobaczył. Tak jak wczoraj, przedwczoraj i prawie
czterdzieści lat temu. Ten obraz był zawsze pierwszym, który Migmar -
najpierw jako dziecko, a później już jako dorosły mężczyzna - widział
zaraz po przebudzeniu.
Nie inaczej było dziś, kiedy rozpoczynał kolejny dzień pobytu w Nepalu,
w luksusowym wnętrzu wyglądającym jak hotelowy pokój, zachowując się w sposób odległy od nakazów i obyczajów buddyjskich mnichów. Przyzwyczaił
się do tego przykrego rytuału pierwszego obrazu, który jak trzask bicza
zadawał ból, ale miał też swoje dobre strony. Nic tak nie podgrzewa
żądzy zemsty jak codzienny cios przypominający, jak bardzo kogoś
nienawidzisz. Migmar, mimo że znał się na technikach hipnozy, medytacji
i samooczyszczania umysłu, nie potrafił żadnymi sposobami usunąć z głowy
tego obrazu. Ale przynajmniej wiedział, jak go okiełznać. Obraz pojawiał
się zaraz po przebudzeniu, trzeba więc było go zaakceptować i przyjąć
jak niechcianego, ale spodziewanego gościa. Jak oczekiwany krótki
dyskomfort na fotelu u pielęgniarki, która w zachodnim świecie, bardzo
dobrze znanym Migmarowi, mówi: "A teraz troszeczkę zaboli". Jego bolało
bardziej niż troszkę, ale po latach zrozumiał, że potrwa to minutę, do
czasu pełnego rozbudzenia się, i jak zawsze odejdzie. Dziś też odeszło.
Migmar wstał, wsunął chude stopy w idealnie białe kapcie i podszedł do
ogromnego okna tarasowego, z którego rozpościerał się widok na góry.
Uśmiechnął się na myśl, jak długo, przywdziewając zręczne kamuflaże,
udaje mu się istnieć w dwóch światach, z czego ten, w którym teraz się
znajdował, pociągał go bardziej. Oficjalnie był czterdziestodwuletnim
mnichem buddyjskim na dworze dalajlamy, odzianym w kaszaję. Wielu z otoczenia uważało go za nieformalnego zastępcę religijnego przywódcy
Tybetu. Miał wybitne zdolności organizacyjne, pomocne w inicjatywach,
których na dworze dalajlamy nie brakowało. Migmar towarzyszył przywódcy
w podróżach, budował przez lata sieć rozległych kontaktów. Nikt się nie
domyślał, że w duszy nosi głęboko skrywaną, ale żywą i dziką nienawiść
do Chińczyków.
Kilka dni po uprowadzeniu rodziców przez chińskich agentów Migmar trafił
pod opiekę obcych ludzi, którzy dali mu schronienie. Nie bardzo
kojarzył, w jaki sposób przemycono go przez góry do Indii i oddano do
jednej z ochronek przyklasztornych, w których dorastał. Wtedy nie zdawał
sobie sprawy, że istnieje świat inny niż mury klasztorne i najbliższa
okolica.
Kiedy po osiągnięciu pełnoletności został oficjalnie włączony jako młody
mnich w skład sporego zespołu obsługującego dalajlamę, jego świat nabrał
kolorów. Okazało się, że ma ponadprzeciętne zdolności do nauki języków i w krótkim czasie doszedł do takiej biegłości, że poprawnie umiał się
porozumieć z Chińczykami, mimo różnorodności dialektów w tym ogromnym
kraju, oraz Hindusami, ponadto opanował angielski i w słabszym stopniu
francuski. Nie dbał o to, czy jego chiński to czysty dialekt
mandaryński, a indyjski to hindu. Ważne, że potrafił bez problemu
dogadać się z obcokrajowcami. Dzięki studiom przyrodniczym i z zakresu
medycyny naturalnej posiadł imponującą wiedzę na temat roślin
indyjskich, tybetańskich i himalajskich oraz substancji uzyskiwanych z lokalnie występujących zwierząt. Na własną już rękę rozczytywał się w książkach medycznych, zarówno starych, jak i najnowszych, choć nie
bardzo wierzył, że ta wiedza kiedykolwiek mu się przyda. Wydawało się,
że jego życie zostało zdefiniowane na zawsze. Ani on sam, ani nikt z otoczenia nie brał pod uwagę, że jego żar nienawiści do Chińczyków nie
tylko nie przygasał, ale wręcz narastał z każdym rokiem.
Ta nienawiść pewnie nie wydostałaby się z ciemnych zakamarków jego
duszy, gdyby w swoich peregrynacjach pewnego dnia nie spotkał dwóch
nieprzyzwoicie bogatych ludzi: indyjskiego nababa Rahula Kovindry oraz
chińskiego miliardera Guo Tanga z Szanghaju - miasta, w którym każdy
milioner uchodził niemal za ubogiego, a zamożność zaczynała się od
miliardów dolarów.
Panowie z nieujawnianych nigdy pobudek, dbając o dyskrecję, wspierali
Tybetańczyków na uchodźstwie, a Migmar Dorjee pełnił funkcję łącznika. Z czasem się zaprzyjaźnili. Może nie stanowili nierozłącznej trójki, ale
spędzali ze sobą dużo czasu. Doszło do tego, że w trakcie wyjazdów poza
klasztor Migmar zrzucał szaty mnicha i przebierał się w cywilne ubranie,
coraz bardziej rozsmakowując się w urokach życia poza klasztorem i dworem dalajlamy. Z powodów, których nie dociekał, nie interesował się
kobietami, z czego nawet się cieszył, gdyż ograniczało to krąg jego
znajomych i umożliwiało przez lata ukrywanie jednego swojego świata
przed drugim. Nie był również homoseksualistą. Mógłby uznać się za
aseksualnego, ale nie zastanawiał się nad tym zupełnie, bo jedyną siłą
napędzającą jego emocje była rosnąca chęć zemsty. Nie stronił za to od
alkoholu w trakcie imprez ze swoimi zamożnymi znajomymi, ale zawsze dbał
o to, aby być mniej pijany od kolegów.
Z czasem odkrył, że jego dwaj sponsorzy byli bardziej dziwaczni i ekscentryczni, niż się na początku wydawało, ale przyjął to za normę u ludzi, którzy nigdy nie musieli martwić się o pieniądze. Okazało się, że
jedną z ich fobii jest obawa o przeludnienie świata, zwłaszcza Indii i Chin. Dobudowywali do tego pseudoteorie gospodarcze, twierdząc, że zbyt
dużo ludzi na świecie oznacza rosnące ubóstwo, a ponieważ obaj dorobili
się miliardów, handlując innymi dobrami niż towary pierwszej potrzeby,
obawiali się, że ich dochody spadną. Zmniejszenie liczby ludności
świata, które określali szumnie depopulacją, uznawali za istotne nie
tylko dla przyszłości globu, lecz także dla swych prywatnych interesów.
Migmar podszedł do niedużej lodówki. Wyjął z niej wodę i cytrynę. Wodą
napełnił szklankę po brzegi, a dwie połówki cytryny ścisnął tak mocno,
że po trzech sekundach została z nich jedynie miazga. Sprawnym ruchem
wyrzucił sfatygowaną skórkę do kosza pod blatem, a drugą ręką uniósł
szklankę do ust. Wypił duszkiem, a na jego twarzy nie pojawił się żaden
grymas. Płynnie chwycił butelkę z oliwą z oliwek i wziął porządny łyk.
Od lat wierzył, że ten poranny napój oczyści jego wątrobę sfatygowaną
popijawami. Od dawna nie był na żadnej libacji, bo miał teraz mnóstwo
roboty w laboratorium, ale regenerować ciało trzeba nieprzerwanie. Dolał
sobie jeszcze wody, zawiesił wzrok na widoku gór, a w głowie kolejny raz
wyświetlił mu się ulubiony pokaz zdjęć z imprezy sprzed pół roku.
Najważniejszej w jego dotychczasowym życiu.
To była wyjątkowa noc. Migmar czuł wprawdzie, że wzajemna zażyłość jego
i dwóch stukniętych miliarderów cudownie się zacieśnia, ale nie
spodziewał się, że osiągnęła już najwyższy poziom wzajemnego zaufania,
dopóki Guo Tang zupełnie niespodziewanie nie zdradził, że jego dobrym
kumplem jest wiceszef CIA John Kohler, z którym wyświadczają sobie różne
przysługi. Tangowi wystarczyło na tyle rozumu, żeby się nie wygadać, na
czym one polegają, ale dziwnie tajemniczy uśmiech, który błąkał się na
jego ustach podczas tej opowieści, zwiastował, że dotyczą one rzeczy,
które na zawsze powinny pozostać wyłącznie między nimi dwoma.
Właśnie po tym wyznaniu Migmar uznał, że nadszedł czas na podzielenie
się z ekscentrycznymi miliarderami mrocznymi sekretami duszy.
- Ze śliny jaków tybetańskich udało mi się uzyskać substancję, która
dodana do pokarmu wywołuje chorobę zwaną mielofibrozą, zarówno u zwierząt laboratoryjnych, jak i u kilku ludzi, których bez ich wiedzy
zaraziłem - wypalił, polewając kolegom dwudziestoletnią whisky.
Tang i Kovindra niemal jednocześnie odstawili szklanki i spojrzeli na
Migmara z zainteresowaniem, jakiego się nie spodziewał.
- Co to za choroba i co możemy z tego mieć? - zapytał krótko Kovindra.
Migmar zajarzył w kilka sekund. Oto panowie po latach zboczonych
fantazji znaleźli w końcu wykonawcę swojego planu depopulacji. Bardzo mu
się to spodobało.
- Choroba polega na tym, że szpik kostny odpowiadający za produkcję
ludzkich czerwonych krwinek zaczyna ulegać procesom włóknienia i stopniowo przestaje spełniać swoją funkcję. - Migmar starał się być
maksymalnie precyzyjny i używał prostego języka. - Liczba krwinek
czerwonych maleje, co łatwo sprawdzić w zwykłym badaniu morfologicznym
krwi - kontynuował. - Chory staje się coraz słabszy i jeśli nie
zareaguje na skomplikowane i drogie leczenie, umiera w czasie od trzech
miesięcy do dziesięciu lat po pierwszych objawach.
- Da się ustalić, czy w zarażeniu brały udział osoby trzecie? - Guo Tang
zapalił cygaro. Smród dymu rozniósł się po dużym pokoju.
- W zasadzie nie można wykryć, że choroba nie wystąpiła z powodu
naturalnej skłonności czy niekorzystnego profilu genetycznego
odziedziczonego po przodkach, lecz że została wywołana sztucznie -
odparł Migmar, a jego słowa wprawiły miliarderów w bardzo dobry nastrój.
Jedyną wadą tej metody w aspekcie masowej depopulacji była jej
powolność, dlatego Migmar planował opracowanie sposobu, aby karmione
jego substancją szczury nabyły zdolności zarażania ludzi, z którymi
zetknęły się choćby przelotnie, bez konieczności gryzienia czy drapania
ofiary. Do tego jednak potrzebował środków i laboratorium, w którym
mógłby wraz z gronem absolutnie zaufanych współpracowników prowadzić
prace badawcze nad szczurami, a być może i innymi obiektami
doświadczalnymi.
Hindus i Chińczyk poprosili o kilka dni do namysłu. Gdy spotkali się
ponownie, zadeklarowali znalezienie właściwego miejsca, zapewnienie
pracowników oraz nieograniczone środki finansowe.
Po naradzie uznano, że Indie, w których rezyduje dalajlama, a poza tym
są gęsto zaludnione, nie będą dobrym wyborem. Chiny, przez wszechobecną
inwigilację, nie wchodziły w rachubę, a Tybet był wprawdzie dostępny dla
obywateli Chin i okresowo dla turystów z innych krajów, ale Migmar
zostałby tam natychmiast wyłowiony przez chińskich agentów jako człowiek
z otoczenia dalajlamy, które było mocno zinfiltrowane.
Kovindra, a w zasadzie jego zaufany człowiek, znalazł w końcu w Nepalu
stary, opuszczony klasztor Matenari Gongka u podnóża masywu Annapurny.
Budynek wymagał pewnych prac, aby przystosować go do ponownego
użytkowania, ale miał także ogromną zaletę. Tajnym przejściem zręcznie
ukrytym za figurą Buddy wchodziło się do wykutej w skale drugiej części
klasztoru składającej się z dziesięciu pomieszczeń, z których każde
miało przynajmniej czterdzieści metrów kwadratowych. Panowała tam stała
temperatura, około dwudziestu stopni Celsjusza. Doprowadzono wodę i elektryczność, zainstalowano toalety, umywalki i prysznice oraz
nowoczesny system odprowadzania ścieków. W ciągu paru miesięcy powstało
nowe laboratorium, stopniowo zapełniane specjalistycznym sprzętem: od
prostych wirówek po sekwencjonery DNA i RNA. Urządzono niezbyt dużą, ale
zgodną z najnowszymi standardami zwierzętarnię, do której zakupiono dwie
typowe rasy szczurów laboratoryjnych: Wistar i Brown Norway.
Migmar wiedział, że takie same rasy szczurów są obiektami badawczymi w ogromnym laboratorium P5 w mieście Wunxi w środkowych Chinach. To w nim
we współpracy z Francuzami od kilku lat prowadzono pożyteczne
eksperymenty, służące walce z chorobami zakaźnymi, planowane i nadzorowane przez wybitnych immunologów, wirusologów i innych
specjalistów głównie z Chin, ale sporadycznie też z innych krajów, które
gospodarze zaliczali do grona przyjaznych. Migmar miał swoje plany w stosunku do tej placówki badawczej, ale musiał jeszcze trochę popracować
w swojej nowej siedzibie w Nepalu, gdzie czuł się jak w domu i miał
przeczucie, że postęp jego badań będzie szybki.
U szczurów obu ras karmionych pokarmem skażonym przez ekstrakt ze śliny
jaka szybko zaczęły występować objawy mielofibrozy, natomiast czas od
początku objawów do śmierci zwierzęcia był różny, ale dość krótki - nie
przekraczał kilku miesięcy. Co jednak najważniejsze, te z nich, które
były jednocześnie zainfekowane laboratoryjną odmianą wirusa grypy
używanego do badań nad szczepionkami, znanego jako jeden z ponad dwustu
wirusów z grupy koronawirusów, przenosiły mielofibrozę między sobą i ginęły zdecydowanie szybciej niż te dotknięte samą mielofibrozą.
Umierały najczęściej w ciągu zaledwie kilku dni. Migmar przyjął, że
śmierć zwierząt następowała z powodu zapalenia płuc spowodowanego
wirusem grypy, ale ponieważ nie było to głównym celem jego badań, nie
poświęcał temu zagadnieniu zbytniej uwagi. Cieszył się w swoim chorym
umyśle, że jego pomysł na masowe zabijanie ludzi - w jego przekonaniu
Chińczyków - ma realne szanse powodzenia.
Rozdział V
Rozdział V
Wunxi, Chiny, sierpień 2019
- Dzień dobry.
Powiedziałem to może nazbyt głośno, wyraźniej niż zwykle, i chyba
niepotrzebny był ten uśmiech, skarcił się w myślach Migmar, mijając jak
co dzień od trzech miesięcy strażników broniących wejścia do
laboratorium P5 przed osobami bez uprawnień. Przyłożył identyfikator do
czipa w bramce i wtedy zorientował się, że ma spocone ręce. Dziwne, nie
pamiętał, kiedy wcześniej miał takie objawy. Od czasu traumatycznych
przeżyć z dzieciństwa nie tylko nie umiał w sposób rzeczywisty i szczery
przeżywać emocji, jakby ośrodek w jego mózgu odpowiadający za uczucia
został zabetonowany, ale też jego ciało niezwykle rzadko zdradzało
jakiekolwiek stany ducha. Nie mógł być zestresowany, bo od lat nie był.
Zatem to musiała być ekscytacja. Miał do niej prawo. Niósł bowiem ukryte
w specjalnej wewnętrznej kieszeni kurtki pudełko, w którym siedział
ostatni szczur, wieńczący grupę pięćdziesięciu chorujących na wczesną
mielofibrozę. Tylko dwa razy w ciągu tylu tygodni codziennego wchodzenia
do laboratorium zdarzyło się Migmarowi, że padło na niego i strażnik
pobieżnie rzucił okiem, czy ten czegoś nie wnosi. Ale nigdy nic
podejrzanego nie zwróciło jego uwagi. Kieszeń, w której Dorjee ukrywał
pudełko na tyle małe, że w żaden sposób nie odznaczało się pod luźną
kurtką, choć w rozmiarze typowym dla osób o sylwetce właściciela, a jednocześnie pojemne na tyle, że udawało się w nim pomieścić nawet trzy
sztuki zwierząt, była bardzo sprytnie wszyta. Nisko, na wysokości
ostatnich żeber. Nie powstydziłby się jej student ani maturzysta przed
egzaminem. Ten ostatni szczur z pudełka Migmara już za chwilę miał
dołączyć do tej wyjątkowej klatki, w której od kilku tygodni mieszały
się egzemplarze z mielofibrozą oraz te zakażone wirusem grypy.
- Dzień dobry - odpowiedział strażnik, co też było nietypowe, bo zwykle
po prostu kiwał głową albo nie reagował.
Tak naprawdę Migmar Dorjee był już gotowy do działania pod koniec maja.
Miał pokarm, po którym szczury chorowały na mielofibrozę, miał
laboratoryjną odmianę wirusa grypy, miał zainfekowane nim szczury.
Pozostał do pokonania ostatni etap - dostanie się do laboratorium P5 w Wunxi. Okazało się to jednak łatwiejsze, niż przypuszczał. Zaopatrzony w fałszywy paszport na nazwisko Rubin Mehtar, technik weterynaryjny z Mumbaju, szybko znalazł zatrudnienie w ośrodku, w którym pracowało ponad
tysiąc osób. Nie wiedział, że aby uwiarygodnić jego legendę, ludzie
Kovindry przenieśli na tamten świat prawdziwego Mehtara, technika
weterynaryjnego pracującego w Mumbaju od lat, a jego ciało zgodnie z hinduskim zwyczajem zostało spalone. Migmar alias Rubin poświęcił trzy
tygodnie na rozeznanie się w trybach działania tego ultranowoczesnego
laboratorium. Pracę miał łatwą - polegała na opiece nad tysiącami
szczurów w zwierzętarni, wielokrotnie większej i nowocześniejszej niż
jego własna, ukryta pod skałami Annapurny. Zauważył też jedną ważną
rzecz w codziennym funkcjonowaniu laboratorium - bardzo skrupulatnie
kontrolowano osoby wychodzące z pracy, natomiast pobieżnie albo wcale
tych, którzy do tej pracy wchodzili. Nikomu, a przynajmniej strażnikom,
nie przyszło do głowy, że ktoś mający dostęp do tysięcy szczurów wniesie
do laboratorium dwa czy trzy szczury dziennie - i tak aż do osiągnięcia
liczby pięćdziesięciu zwierząt chorujących na wczesną mielofibrozę, a dodatkowo zakażonych wirusem zwykłej grypy.
- Udało się. - Migmar westchnął z ulgą po wniesieniu do klatki
ostatniego szczura i delektując się swoim angielskim, mruknął pod nosem:
- Let the play begin.
Nie minęło wiele tygodni, gdy zgodnie z oczekiwaniami Migmara liczba
szczurów zakażonych mielofibrozą zaczęła rosnąć w przyśpieszonym tempie,
a ponieważ rzesze naukowców zajmujących się nimi były skupione na
badaniach wirusologicznych, zjawisko to pozostawało niezauważone. W prostym badaniu morfologii krwi - obojętnie, czy człowieka, czy szczura
- a takie wykonywano w laboratorium P5 w Wunxi, wykrycie wczesnej
mielofibrozy było w zasadzie niemożliwe. Migmar wiedział, że dopiero
pogłębione badanie i pomiar liczby niedojrzałych prekursorów krwinek
czerwonych, erytroblastów, oraz specjalne badania genetyczne pozwalają
na postawienie wiarygodnej diagnozy, więc nie przejmował się ryzykiem
dekonspiracji. Bardziej martwiło go, czy ktoś z doświadczonego personelu
laboratorium nie zwróci w końcu uwagi na szybkie zgony badanych
populacji szczurów. Zdecydował się przyśpieszyć akcję.
Wiedział, że laboratorium P5, słynące z wysokiej jakości hodowanych
zwierząt, eksportuje je na cały świat. Do jego zadań należało
przygotowywanie zwierząt do transportu. Zauważył w zamówieniach, że
regularnie niewielkie partie szczurów wysyłano do Szwajcarii, Niemiec,
Włoch, a nawet Polski, do laboratoriów badawczych zajmujących się
różnymi aspektami transplantacji płuc, głównie skupionymi na
eliminowaniu śmiertelnych skutków odrzucania płuc dawcy przez organizm
biorcy. Przeszczep płuc u ludzi jest trudnym zabiegiem, ale wykonanie
tej procedury u szczura z użyciem mikroskopu operacyjnego to już
absolutny majstersztyk. Zaledwie kilkudziesięciu naukowców na świecie
potrafi tego dokonać.
Gdy Migmar wystarczająco dobrze rozeznał się w układzie kanałów
wentylacyjnych w zwierzętarni, uznał, że nadeszła właściwa godzina. Był
już bardzo późny wieczór, kiedy otworzył kanały, przy wejściu do nich
rozłożył karmę, wypuścił szczury z klatek i z satysfakcją obserwował,
jak te inteligentne zwierzęta po krótkim czasie zaczynają masowo znikać
w czeluściach kanałów, wybierając wolność. Ten wieczór był ostatnim
momentem, gdy widziano Migmara wychodzącego z pracy. Później jakby
rozpłynął się w powietrzu. Był pewien, że jego misja szybko zbierze
śmiertelne żniwo. Spokojnie zaczął snuć kolejne zbrodnicze plany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki