Departament 19. W ogniu walki - Will Hill

-
Proszę czekać
4 PUSTYNIA NIE POWINNA BYĆ MIEJSCEM DLA WAMPIRA

HRABSTWO LINCOLN, NEVADA, USA WCZORAJ

Donny Beltran odchylił się na krześle i wpatrywał się w ciemne pustynne niebo. Nad jego głową wisiały gwiazdy - bezkresny obraz migoczących złotych i srebrnych punktów. Mógłby się w nie wpatrywać godzinami, gdyby Walt nie zawołał, że burgery są gotowe, ściągając go na ziemię i wywołując potężne burczenie w brzuchu.

Donny ciężko podniósł się z krzesła i podszedł do Walta Beauforda, który właśnie przekładał mięso z metalowej kratki na plastikowe talerze obok bułek i saszetek z musztardą i ketchupem. Kiedy kumpel się zbliżył, Walt podał mu kolejne piwo z przenośnej lodówki. Donny odkręcił butelkę i pociągnął solidny łyk. Potem głośno beknął, wytarł usta wierzchem dłoni i uśmiechnął się do przyjaciela. Mężczyźni usiedli i zaczęli jeść. Czuli się swobodnie w swoim towarzystwie. Był to wynik dwudziestopięcioletniej przyjaźni, która rozpoczęła się na uczelni w Kalifornii i przetrwała nawet zagrażające każdej przyjaźni małżeństwa i narodziny dzieci.

Ale ten weekend był święty.

Była to rocznica pewnego niezwykle surrealistycznego dnia w 1997 roku, kiedy sprzedali pięć procent swoich udziałów pewnej wyszukiwarki internetowej, którą pomogli sfinansować prywatnej firmie inwestycyjnej, i ze szczerym zdumieniem uświadomili sobie, że zostali milionerami. By to uczcić, pojechali starym vanem Donny'ego do Joshua Tree, gdzie pili whiskey, palili trawę i wspominali. Teraz taki coroczny dwudniowy wyjazd na pustynię stał się tradycją przyjaciół.

Donny pochłonął burgera trzema kęsami. Walt jadł powoli, smakując każdy kęs, i dopiero kończył pierwszego burgera, kiedy jego przyjaciel rzucał się już na trzeciego. Jedli w przyjemnej ciszy, ze wzrokiem skierowanym na zachodnie niebo ponad wzgórzami, które osłaniały Strefę 51 przed ciekawskimi spojrzeniami. Ich małe radyjko stało na ziemi między nimi. Znaleźli częstotliwość nadawanej z Las Vegas stacji, puszczającej klasycznego rocka; Bruce Springsteen śpiewał właśnie swoją piosenkę Highway Patrolman.

Donny skończył ostatniego burgera, poczuł, jak w żołądku burczy mu z zadowolenia, i rozsiadł się wygodniej na krześle. Koniec końców obydwaj zasną w takich pozycjach. Potem jeden z nich się zbudzi i szturchnie drugiego. Przeniosą się do namiotu, gdzie prześpią resztę chłodnej nocy. To była swoista tradycja, którą bardzo lubili.

- Co to? - spytał Walt.

Donny się uśmiechnął. Za pierwszym razem, gdy tu przyjechali, prawie dziesięć lat temu, większość pierwszej nocy spędzili na twierdzeniu, że widzą coś w oddali. Próbowali się wzajemnie nastraszyć. Ale nad sławną Strefą 51 nie widzieli nic poza zwykłymi wojskowymi myśliwcami i helikopterami. Donny nie miał zamiaru dać się wciągnąć w tę grę.

- Nic - odpowiedział, nawet nie obracając głowy. - Tak jak w zeszłym roku nie było nic. Jak zawsze. Nie próbuj starych sztuczek, Walt.

- Mówię poważnie.

Coś w głosie przyjaciela sprawiło, że Donny się obejrzał. Nie był to lęk ani nawet niepokój. Brzmiało to raczej jak niedowierzanie. Spojrzał w kierunku, który wskazał Walt, gdzieś nad północnym horyzontem.

W oddali po nocnym niebie gładko sunęło czerwone światełko. Było może niecały kilometr od nich. Wyglądało jak główka szpilki, ale szybko gnało przez pustynię, często i gwałtownie zmieniając kierunek. Nagle Donny coś sobie uświadomił. To pędziło w ich stronę.

- Co to, u diabła, ma być? - głowił się.

- Nie mam pojęcia. - Walt utkwił wzrok w zbliżającym się świetle. - Cokolwiek by to było, jest małe.

- Nie wydaje też dźwięku - dodał Donny. - Nie słychać silnika.

Dwaj przyjaciele zamilkli. Na autostradzie przemknął samochód, ale z północy, z kierunku, z którego zbliżała się świecąca kropka, nie dochodził żaden dźwięk.

Światło zawirowało i pomknęło po niebie z zadziwiającą prędkością. Przez chwilę przyspieszało w jednym kierunku, zatrzymywało się, chwilę unosiło w miejscu i ruszało w zupełnie inną stronę. Migotało, jakby ktoś je szybko włączał i wyłączał. Potem opadło tak blisko ziemi, że zdawało się po niej sunąć, i wreszcie wystrzeliło w górę. I z każdą chwilą było coraz bliżej obserwujących je mężczyzn.

- To nie może być samolot - powiedział Donny. - Jest za ciche i za szybkie.

- Może to dron? - zasugerował Walt. - Jakiś nowy model?

- Może. - Donny miał wątpliwości.

Prędkość, z jaką światło co rusz zmieniało kierunek, była zbyt duża, a skręty zbyt gwałtowne nawet dla najmniejszego statku powietrznego. Mężczyzna przyglądał się tańczącemu punktowi z fascynacją. Nagle oddech ugrzązł mu w piersi. Światełko przyspieszyło w ich stronę. Opadło ku ziemi i po raz pierwszy Donny coś usłyszał - szelest pustynnego piachu, zupełnie jakby coś sunęło nad nim z niezwykłą prędkością. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie miał szansy.

Świecący czerwony punkt minął obozowisko zaledwie dwa metry nad ich głowami. Grill upadł na ziemię, a namiot zatrzepotał w potężnym podmuchu wiatru, wydając głośne dudnienie. Podskoczyły talerze, kubki i puste puszki po piwie. Donny zasłonił oczy, ponieważ czuł, że i on się unosi. Patrzył wciąż na ten fragment nieba, gdzie punkt minął ich z zawrotną prędkością. Stracił równowagę. Usłyszał pęknięcie plastikowego krzesła i zwalił się na ziemię. Walt momentalnie znalazł się przy nim i pomógł mu wstać. Uciszył go, nim Donny zdołał powiedzieć choćby słowo. Mężczyźni stali pośrodku zniszczonego obozowiska, nasłuchując i obserwując niebo w poszukiwaniu czerwonego punktu.

Nigdzie go nie dostrzegli.

Znikł.

- Co to, do diaska, było? - spytał Donny.

- Nie wiem - odparł Walt z oczami lśniącymi z przejęcia. - Nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Nigdy. A ja... - Urwał, wpatrując się w niebo.

- Ty, co? - dopytał Donny. Zaczynał się uśmiechać na myśl o dziwnym zjawisku. Cieszył się, że dzielił to doświadczenie z przyjacielem.

- Wydawało mi się, że coś słyszałem - odparł Walt. - Przez chwilę, kiedy to nas mijało. Coś szalonego.

- Co takiego?

- Śmiech - odparł Walt z zakłopotaniem. - To brzmiało jak śmiech dziewczyny.

Pięćdziesiąt metrów nad ich głowami Larissa Kinley unosiła się w chłodnym powietrzu z uśmiechem wyrażającym niezmąconą radość na pięknej, bladej twarzy.

Okazała lekkomyślność, przelatując tak blisko obozowiska. Z pewnością naruszyła niejedną zasadę, ale miała to w nosie. Wiedziała, że przy prędkości, z jaką gnała, żaden z mężczyzn jej nie dostrzegł, tak samo jak teraz nie mogliby jej zauważyć, choćby patrzyli wprost na nią. Czarny matowy materiał jej munduru sprawiał, że całkiem znikała na tle pustynnego nieba. Zresztą żaden z mężczyzn na nią nie patrzył. Toczyli ze sobą pogawędkę, którą słyszała dzięki swojemu superczułemu słuchowi. Przez kilka chwil delektowała się swobodą, z jaką ze sobą rozmawiali, a potem odwróciła się i powoli poleciała w kierunku wyschniętego białego dna jeziora Groom.

Larissa uwielbiała pustynię.

Jej rozległość sprawiała, że czuła się maleńka i wolna. Oczywiście, zakazano jej latać za dnia. Nie mogłaby tego robić nawet wtedy, gdyby nie istniało niebezpieczeństwo, że stanie w płomieniach. Ale kiedy słońce schowało się już za horyzontem, mogła zawładnąć niebem. Taka wolność była czymś bezcennym po trzech miesiącach spędzonych w Departamencie 19, gdzie jej każdy krok podlegał całodobowej inwigilacji i musiała się stosować do dziesiątek zasad i zakazów. Część wynikała z geografii. Pętla była ukryta w jednym z najgęściej zaludnionych krajów na świecie. Tymczasem NS9 umiejscowiono na środku mającego kilkaset kilometrów kwadratowych obszaru, należącego do amerykańskiego rządu, na który żaden z cywili nie miał prawa wstępu. Wszyscy słyszeli o istnieniu Strefy 51, ale nikt nie wiedział, co się tam dzieje. Wojskowi z radością pozwalali krążyć plotkom o UFO. Doskonale odciągały uwagę ludzi od prawdy.

Była na pustyni prawie od trzech tygodni. Kiedy Cal Holmwood powiedział jej, że zostanie na jakiś czas oddelegowana do NS9, założyła, że to kara. Wydało jej się okrutne, że dyrektor, który był świadom tego, co się działo między nią i Jamiem, wysyłał ją na drugi koniec świata. Tę misję mógł powierzyć któremukolwiek z agentów. Jednak teraz zrewidowała swoje poglądy.

Larissa tęskniła za Jamiem, Kate i Mattem. Dzięki przyjaciołom czuła się szczęśliwa, a sam Jamie wprawiał ją niekiedy w niesamowicie błogi nastrój. Ale w Czarnym Filtrze to były często jedyne pozytywne punkty. Była wampirem i jednocześnie członkinią organizacji, której jedynym powodem istnienia jest to, by zniszczyć wampiry. I chociaż od czasu wstąpienia w szeregi agencji nieraz już udowodniła, po czyjej stronie stoi, w bazie wciąż nie brakowało agentów, którzy patrzyli na nią z ledwie skrywaną odrazą. Częściowo dlatego, że pierwsze dni spędziła zamknięta w celi, a częściowo dlatego, że wielu osobom wydawało się, iż naraziła życie matki Jamiego, by osiągnąć własne cele. Głównym powodem pozostawało jednak to, kim się stała. Otaczały ją wrogość i ciągłe podejrzenia i nie zanosiło się na to, by miały w najbliższym czasie zniknąć.

W NS9 zaczęła od nowa. Tabula rasa. W Pętli nigdy by tego nie dostała. Tutaj przywitano ją serdecznie. Szybko zdobyła przyjaciół, co szczególnie ją zadziwiło. Przebywała tu z mężczyznami i kobietami, wśród których czuła się normalnie i dzięki którym mogła na chwilę odpocząć od towarzyszącej jej zawsze nienawiści do samej siebie. Unosząc się nad jeziorem Papoose i powoli zbliżając do szeroko otwartych drzwi hangaru bazy, dostrzegła jednego z nowych przyjaciół. Czekał na nią, oświetlony padającym ze środka żółtym światłem. Z łatwością stanęła na ziemi i uśmiechnęła się do Tima Albertssona, który odpowiedział jej tym samym, prezentując idealnie proste amerykańskie zęby.

Ten dobrze zbudowany komandos marynarki został opiekunem Larissy podczas jej pobytu na pustyni. Jego przodkowie pochodzili ze Skandynawii, co zdradzały jasne włosy i niebieskie oczy. Obecnie był członkiem elitarnego programu obejmującego agentów specjalnych.

- Przyjemny lot? - spytał.

- Bardzo - odpowiedziała. - Wręcz piękny. Mam wrażenie, że mogłabym stąd dostrzec ocean.

- Z twoim wzrokiem? Nie wątpię.

Larissa się zaśmiała.

- Możliwe.

- Kolacja? - zaproponował Tim. - Spotykamy się ze wszystkimi w stołówce.

- Teraz nie mogę. Muszę się stawić u dyrektora. Za kilka godzin chcę zadzwonić do domu, ale wpadnę, jeśli będę miała trochę wolnego czasu.

Tim skinął głową.

- Jeśli nie, to pozdrów ode mnie Jamiego - powiedział.

- Dobrze - przytaknęła, wiedząc, że wcale tego nie zrobi.

- Bomba. - Chłopak uśmiechnął się szeroko. - Więc być może do zobaczenia.

- Może - odparła i weszła do hangaru. Czuła, jak mocno wali jej serce.

Larissa czekała, aż drzwi windy się zamkną i ruszy na dół. Wówczas oparła się ciężko o metalową ścianę.

Serce nie chciało zwolnić. Częściowo z powodu Tima, jego przystojnej twarzy, jasnych włosów, wyluzowanego sposobu bycia, opanowania i pewności siebie. Ale przede wszystkim dlatego, że od około tygodnia narastało w niej pewne przekonanie. Wzmagało się, ilekroć miała rozmawiać z Jamiem. Była to jedyna rzecz, o której nie mogła mu powiedzieć, a której on nie chciałby usłyszeć.

Wysiadła z windy na pierwszym poziomie i poleciała korytarzem. W NS9 nigdy nie przyszło jej nawet do głowy, że może jednak nie powinna tego robić, nie czuła się skrępowana ani zmartwiona, że ktoś spojrzy na nią z pogardą. Wewnątrz bazy, nazywanej przez wszystkich Krainą Marzeń, jedyną emocją, którą prowokowały wampirze umiejętności, była niegroźna koleżeńska zazdrość innych agentów, pragnących podczas akcji mieć jej siłę i szybkość.

Larissa zastukała do drzwi gabinetu dyrektora i poczuła, że się lekko uchylają. Rzadko bywały zamknięte, nie mówiąc już o zamknięciu na klucz, i jeszcze nigdy nie widziała przed nimi strażnika. To był jeden z wielu punktów, w których NS9 różniła się od Czarnego Filtru. Larissa pchnęła drzwi mocniej, wołając jednocześnie generała Allena.

- Wejdź - odpowiedział.

Wleciała do środka. Gabinet był kwadratowy. Z boku stało szerokie biurko, a na przeciwległej ścianie wisiał czarny monitor sięgający niemal od podłogi po sufit. W głębi gabinetu na drewnianym stoliku leżała srebrna taca z różnymi butelkami: whiskey, brandy, wódki, ginu. Pod stolikiem znajdowała się mała szara lodówka. Larissa wiedziała, że zawsze jest pełna. Stół stał pomiędzy dwojgiem drzwi, które prowadziły do pokoi generała, a nad nim wisiały różne proporczyki, flagi i chusty w kolorach czerni i złota - memorabilia drużyny futbolowej Akademii Wojskowej West Point.

Larissa spędziła kilka wieczorów w tym przyjemnym, wygodnym gabinecie. Generał Allen był ciepłym, gadatliwym człowiekiem; bardzo lubiła jego towarzystwo. Raczył ją opowieściami o agentach, których poznała podczas swojego pobytu w NS9, i o tych pozostawionych przez nią w Anglii, o niezwykłych przygodach, bohaterstwie, o krwi i śmierci. Ostatnio opowiedział jej historię Henry'ego Sewarda i Juliana Carpentera, dwóch mężczyzn, których darzył ogromną życzliwością. Słuchała uważnie, kiedy opowiadał, jak bardzo ich trójka była zdeterminowana, by zniszczyć każdego wampira chodzącego po świecie. Młodzi i pełni ognia niejednokrotnie walczyli ramię w ramię, ich ścieżki przecinały się przy wielu okazjach i z czasem dwóch Anglików i Amerykanin zostali przyjaciółmi. Chociaż geografia im nie sprzyjała, pozostali ze sobą w bliskich relacjach. Larissa wiedziała, że utrata Henry'ego Sewarda była dla generała Allena dużym ciosem. Zwłaszcza że od śmierci Juliana Carpentera nie minęły nawet trzy lata.

Ich pierwsza rozmowa przekształciła się w delikatne przesłuchanie na temat tego, czy Departament 19 będzie w stanie odnaleźć Henry'ego Sewarda i sprowadzić go do domu. Larissa odniosła wrażenie, że jedynie protokół powstrzymywał generała przed wysłaniem wszystkich agentów NS9 na misję poszukiwawczą do Europy. Przypomniała mu, że Cal Holmwood i Paul Turner to dobrzy ludzie, i zapewniła, że robią wszystko, co w ich mocy. Jej obecność w Nevadzie była dowodem na to, że chcą przywrócić Czarny Filtr do pełni sił najszybciej, jak to możliwe, aby móc skuteczniej szukać zaginionego dyrektora. Najwyraźniej taka odpowiedź usatysfakcjonowała Allena, przynajmniej pozornie.

Larissa podleciała do jednej z dwóch kanap, które zdominowały środek gabinetu. Zostały ustawione pod takim kątem, by można z nich było widzieć to, co znajdowało się na czarnym ekranie. Między nimi stała niska ława. Usiadła i czekała na przyjście generała. Liczyła na to, że będzie kontynuował opowieść o tacie Jamiego. Uwielbiała słuchać tych historii. Zaczęła je nawet zapisywać w zeszycie. Po powrocie do domu podaruje go Jamiemu. Miała nadzieję, że to pomoże mu pamiętać ojca takim, jakim był naprawdę.

Jakąś minutę później otworzyły się jedne z drzwi i w gabinecie pojawił się generał Allen. Był dużym mężczyzną, wysokim i szerokim w barach. Nosił się z pewnością siebie, jaka cechuje wojskowego. Miał na sobie białą koszulkę i bojówki. Ręcznikiem usuwał z twarzy resztki pianki do golenia. Zobaczył siedzącą na kanapie wampirzycę i się uśmiechnął.

- Larisso, jak miło cię widzieć. Napijesz się czegoś?

- Poproszę colę light, sir.

Allen wyjął puszkę z lodówki. Sobie wziął piwo. Podał dziewczynie szklankę z lodem. Podziękowała mu i przelała napój. Generał otworzył piwo i upił spory łyk.

- Tim mówi, że straszysz naszych rekrutów - powiedział. - Ponoć kilku poprosiło o przeniesienie z powrotem do swoich jednostek.

- Boże! - Larissa się zarumieniła. - Przepraszam. Naprawdę nie miałam takiego zamiaru.

- Nie przejmuj się - odparł dyrektor bazy z szerokim uśmiechem. - Wszystkim odmówiono. Otworzyłaś im oczy, tyle. Przejdzie im. A jeśli nie, to znaczy, że nie będziemy mieli z nich żadnego pożytku.

Larissa przytaknęła.

- Prawdopodobnie nie, sir.

- Raporty z twoich misji są znakomite. Wszystkie jednogłośne.

- Dobrze to słyszeć, sir.

Allan skinął głową.

- Rozmawiałaś z Jamiem?

- Od dwóch dni nie, sir. Zamierzam dzisiaj do niego zadzwonić.

- To dobrze. Wciąż zdumiewa mnie to, co zrobił z Alexandru Rusmanovem. Dzieciak w jego wieku? To niewiarygodne.

Larissa czuła dumę.

- On nie uważa, by zrobił coś wielkiego, sir - odparła. - Sądzi, że po prostu spełnił swoje zadanie. Próbowałam mu uzmysłowić, że się myli, ale nie chciał mnie słuchać.

- Oczywiście, że się MYLI - zawyrokował generał. - Wiesz, jak wielu agentów straciło przez Alexandru życie? Starszych, bardziej doświadczonych od Jamiego? Zbyt wielu, by ich zliczyć, Larisso. Każdy chciał po prostu zrobić to, co musiało zostać zrobione. Ale to Jamie tego dokonał.

Larissa uśmiechnęła się promiennie. Uwielbiała podziw, z jakim po tej stronie Atlantyku o jej chłopaku mówili wszyscy, od żółtodzioba na szkoleniu aż po dowodzącego bazą generała. Jamie był tu traktowany jak legenda - nastolatek, który zniszczył Alexandru Rusmanova, wziął oddział do kryjówki najstarszego wampira w Paryżu, uratował Victora Frankensteina, zapracował na zaufanie Henry'ego Sewarda i na pełen niechęci, ale jednak szacunek Paula Turnera. Nie czuła zazdrości, kiedy inni ją o niego pytali, lecz miłość i dumę.

- Wiem, sir - rzekła. - Powinien pan to powiedzieć jemu.

- Tak zrobię - odparł generał. - Kiedyś na pewno.

- Doceni te słowa, sir.

- Tęsknisz za nim? Cieszysz się na powrót do domu?

Larissa przez chwilę to rozważała. Dwa pytania, dwie różne odpowiedzi.

- Tęsknię za nim - powiedziała.

Generał Allen skinął głową.

- Słyszę na twój temat same pochwały - ciągnął. - Tim jest niemal gotów cię adoptować. Na pewno to zauważyłaś.

- Miło to słyszeć, sir.

- Pewnie moglibyśmy to zrobić. - Allen zatrzymał na niej spojrzenie szarych oczu. - Moglibyśmy załatwić ci tu stałe przeniesienie. Co byś powiedziała na taki obrót spraw?

Larissa poczuła nagłe podniecenie. Wyobraziła sobie siebie, jak leci ponad wielkimi terenami Krainy Marzeń, jak je i śmieje się z przyjaciółmi w stołówce, jak trenuje rekrutów i pomaga NS9 w operacjach na całym obszarze tego nieznanego jej kraju.

- A co z Jamiem? - spytała. - Czy i jego moglibyście przenieść?

Generał Allen zaśmiał się serdecznie.

- Nic nie sprawiłoby mi większej radości, Larisso. Tego możesz być pewna. Ale sądzę, że szanse na to, by Cal Holmwood do tego dopuścił, są bliskie zeru.

Bob Allen patrzył, jak Larissa zamyka za sobą drzwi. Sięgnął do lodówki i wyjął kolejne piwo. Otwierając je, znów poczuł wewnętrzny konflikt, który pojawiał się po każdej wizycie dziewczyny. Jego ekscytację rozmowami z wampirzycą na temat nowego pokolenia Czarnego Filtru zagłuszało poczucie winy. Zdradził człowieka, który siedział teraz zamknięty w celi osiem poziomów pod jego stopami. Powiedział Larissie prawdę - pewnego dnia pozna Jamiego Carpentera, a kiedy to się stanie, uściska mu dłoń i mu pogratuluje. To za mało, ale nie ma słów, by oddać sprawiedliwość temu, czego dokonał ten chłopak. Bob Allen nigdy nie pozwoliłby, żeby samotny agent stawił czoła najniebezpieczniejszemu wampirowi, szczególnie tak niebezpiecznemu jak Alexandru Rusmanov. Wątpił, czy na taką misję puściłby mniej niż pięćdziesięciu swoich najlepszych agentów. A Jamie walczył z nim sam, mając do dyspozycji minimalną ilość broni i zaliczony zaledwie podstawowy trening. I przetrwał.

A jednak pomimo szczerego podziwu Bob Allen obawiał się Jamiego Carpentera. Bał się tego, jak chłopak mógłby zareagować, gdyby któregoś dnia odkrył prawdę - że po obu stronach Atlantyku ludzie, którym powinien móc bezgranicznie ufać, zataili przed nim to, że jego ojciec żyje.

Dyrektor dopił drugie piwo i skierował się do drzwi. Na końcu korytarza znajdowała się winda mająca go zabrać na dół, na poziom więzienny, gdzie mężczyzna, którego opisał Larissie jako swojego najlepszego przyjaciela, czeka na niego samotnie i w ciemności.

2 LAZARUS W NOWEJ ODSŁONIE

Kiedy Matt Browning otworzył ciężkie drzwi w korytarzu na poziomie F, był przejęty jak dziecko w bożonarodzeniowy poranek. A jednak mimo wczesnej godziny nie był pierwszym z grupy projektu Lazarus, który stawił się do pracy. Profesor Karlsson spojrzał na Matta, gdy ten wszedł do sali, uśmiechnął się i skinął głową na powitanie, a potem powrócił do leżącego na biurku tekstu.

"Jest szefem - pomyślał. - Chyba nie powinno mnie to dziwić".

Odbudowa projektu Lazarus po utracie admirała Henry'ego Sewarda została podjęta w pośpiechu. Cal Holmwood pozwolił Mattowi, jedynemu z ekipy, który przeżył, zarekomendować ludzi do projektu. Gdy chłopak pokonał wrodzony lęk i przekonał się, że nie wpadnie w tarapaty, wyrażając swoje zdanie, z radością poczynił kilka sugestii. Pierwszą było to, by Czarny Filtr zrobił wszystko, co w jego mocy, aby przekonać profesora Roberta Karlssona, dyrektora Szwedzkiego Instytutu Badań Genetycznych, aby został nowym szefem projektu. Matt już od jakiegoś czasu znał pracę profesora Karlssona i uważał go za jednego z najinteligentniejszych ludzi na świecie. Specjalizował się on w manipulacjach enzymami replikacyjnymi DNA, co czyniło go idealnym kandydatem do poprowadzenia badań nad lekarstwem na wampiryzm.

Holmwood przytaknął uprzejmie, wyraźnie niewiele rozumiejąc, podziękował Mattowi i go odprawił. Cztery dni później Karlsson przybył do Pętli z małą walizką i skórzanym workiem pełnym przenośnych dysków twardych. Został przedstawiony Mattowi, wysłuchał z uprzejmością, jak nastolatek rozpływa się w zachwytach nad jego osobą niczym dziewczynka podczas spotkania ze swoim muzycznym idolem, i zasugerował, żeby wzięli się do pracy.

Dzisiaj był pierwszy dzień działalności nowego, reaktywowanego projektu Lazarus z całym sprzętem i obsadzonymi stanowiskami. Czarny Filtr zrekrutował najlepsze umysły z całego świata, przebudował i powiększył laboratoria oraz nadzorował zainstalowanie najpotężniejszej lokalnej sieci komputerowej w Europie.

Każda minuta, której nie poświęcano na odbudowę i rozbudowę, była przeznaczana na analizowanie danych z dysku twardego odebranego profesorowi Richardowi Talbotowi, poprzedniemu szefowi projektu Lazarus i jednocześnie służącemu Valeriego Rusmanova. Obecnie agencja była coraz pewniejsza, że jego prawdziwe nazwisko brzmiało Christopher Reynolds. Dysk odzyskano, kiedy Jamie strzelił zdrajcy w głowę, podczas gdy nieprzytomny Matt leżał na podłodze pomiędzy nimi. Reynolds wymordował cały zespół projektu. Już miał zakończyć życie Matta i uciec, kiedy w drogę wszedł mu Jamie. To właśnie przez Reynoldsa ponowne obsadzenie stanowisk w projekcie trwało aż miesiąc. Każdego kandydata sprawdzano tak dokładnie, że graniczyło to z pogwałceniem jakichkolwiek praw człowieka. Departament nie mógł sobie pozwolić na kolejną zdradę.

Reynolds pracował nad DNA wampirów od ponad dekady i wiele danych pozyskał sposobami starymi jak świat, a przy okazji nielegalnymi: sekcjami zwłok, eksperymentami na żywych osobnikach, torturami. Jego praca, szczególnie mapowanie wampirzego genomu i analiza fizycznych efektów wampiryzmu na przemienionym człowieku, okazała się bezcenna dla obecnych badań projektu Lazarus. Bez niej skala postawionego im zadania byłaby nie do ogarnięcia.

Dzięki badaniom Reynoldsa mieli szansę i punkt wyjścia.

Proces analizy i tworzenia baz danych na podstawie odzyskanych dokumentów już trwał. Każdy nowy członek projektu, który przyjeżdżał do bazy, natychmiast zaczynał pracę. Lecz dzisiejszego poranka miała nastąpić oficjalna inauguracja i Matt doskonale wiedział, że tekst zajmujący teraz profesora Karlssona to przemowa, jaką ma wygłosić. Zostawił szefa samego i skierował się do jednego z biurek pod przeciwległą ścianą pomieszczenia. Zalogował się na bezpieczny serwer projektu Lazarus, otworzył plik z analizą, nad którą pracował jeszcze kilka godzin temu, i zatopił się w skomplikowanej strukturze budowy ludzkiego ciała.

O 7.10 trzydziestu dwóch pracowników projektu Lazarus siedziało już przy swoich biurkach. W powietrzu wyczuwało się napięcie, niemal było słychać delikatny szum wielkich umysłów. Wszystkie skupiały się na jednym celu - celu tak szlachetnym, jak jeszcze żaden w historii badań naukowych. Wzrok Matta powędrował, a działo się dość często, ku ślicznej szczupłej twarzy Natalii Lenski, niemal nadnaturalnie inteligentnej osiemnastoletniej Rosjance, która siedziała pięć biurek od niego. Została zwerbowana przez KOP, rosyjską Komisję Ochronną do spraw Nadnaturalnych, na uniwersytecie w Leningradzie, gdzie robiła doktorat. Dyplom magistra otrzymała cztery lata wcześniej, w wieku czternastu lat. Miała cerę bladą jak syberyjski śnieg i blond włosy, zaledwie dwa tony ciemniejsze. Spojrzała znad monitora i uśmiechnęła się do chłopaka. Matt poczuł, że na policzki wypływa mu rumieniec. Szerzej otworzył oczy i natychmiast ponownie spojrzał załamany na swój monitor.

"O Boże. O Boże. O Boże".

Powoli, milimetr po milimetrze, odwrócił głowę i spojrzał na nią kątem oka. Ku swemu całkowitemu przerażeniu stwierdził, że Natalia wciąż na niego patrzy z tym samym uśmiechem na twarzy. Przed kolejnymi niekończącymi się sekundami uratował go profesor Karlsson, który wybrał właśnie tę chwilę, aby wstać, przejść na przód laboratorium i uderzyć dłonią w blat najbliższego biurka. Czar prysł. Każdy mężczyzna i każda kobieta w sali, łącznie z Natalią, skupili uwagę na swoim szefie, który wyraźnie nie czuł się swobodnie, mając na sobie tyle par oczu.

- Dzień dobry - zaczął niepewnym głosem. - Dobrze widzieć nas tu wszystkich razem po raz pierwszy. W rzeczy samej.

Słuchacze mruknęli z aprobatą.

- Panie Browning - kontynuował profesor, patrząc na nastolatka. - Matt. Czy mógłbyś tutaj podejść, proszę?

Współpracownicy Matta spojrzeli na niego z zachęcającymi uśmiechami. Założyli, że rumieńce na jego twarzy to rezultat wyróżnienia przez profesora Karlssona. Gdyby tylko Natalia znała prawdę... Matt odsunął włosy z czoła i wstał niepewnie. Powoli podszedł i stanął obok szefa, który patrzył na niego z dumą. Matt zaczął się uśmiechać, czując, że rumieniec znika z jego twarzy. Był niezwykle szczęśliwy, miał cel i całe pokłady determinacji.

- Panie i panowie - zaczął ponownie profesor, patrząc na pracowników projektu Lazarus. - Mamy szansę zrobić coś wspaniałego. Możemy uratować tysiące, może nawet miliony ludzkich istnień i zetrzeć z powierzchni ziemi chorobę bardziej śmiertelną niż jakakolwiek inna badana w laboratoriach na całym świecie. Nasz projekt stanowi najdalszą, najdzikszą granicę, jaką musi przekroczyć nauka. Każdy z nas powinien być dumny, że dostał szansę, by być częścią tego zespołu.

Karlsson mówił dalej, ale Matt już go nie słuchał. Myślami powrócił do matki i do tego, jaka byłaby dumna, gdyby mogła go teraz widzieć i gdyby wiedziała, czym się zajmuje. Myślał też o minionym miesiącu, który okazał się najszczęśliwszy w jego życiu.

Po raz pierwszy czuł, że znalazł swoje miejsce, że stanowi część czegoś większego. To było oszałamiające uczucie dla Matta - chłopca, który większość swojego nastoletniego życia spędził w samotności, wstydząc się samego siebie i nie dając z siebie nic ponad absolutne minimum. Doświadczenie podpowiadało mu, że im więcej siebie pokaże światu, tym większe prawdopodobieństwo, że świat wykorzysta te informacje, żeby go zranić. Ale już tak nie uważał. Tutaj, w tym dziwnym miejscu, pod lasami wschodniej Anglii, odnalazł prawdziwą przyjaźń wykutą pod ogromną presją sytuacji oraz cel, któremu mógłby poświęcić całe swoje życie, jeśli zaszłaby taka potrzeba.

- A teraz do roboty - zakończył Karlsson i w sali rozległy się brawa, które wytrąciły Matta z transu.

Dołączył do braw na tyle szybko, by być pewnym, że nikt nie zauważył, że odpłynął gdzieś myślami. A kiedy każdy po kolei zaczął wracać do swoich zajęć, do tej misji, dla której wszyscy poświęcili szansę na jakąkolwiek normalność, Matt spojrzał na Natalię Lenski. I chwilę przed tym, jak się od niego odwróciła, dostrzegł na jej bladych policzkach delikatne rumieńce.

ZAWIADOMIENIE

-----------------------------

Od: Biuro Dyrektora Połączonego Komitetu Wywiadu

Temat: Poprawiona klasyfikacja departamentów rządu brytyjskiego

Klauzula: ŚCIŚLE TAJNE

-----------------------------

Departament 1

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów

Departament 2

Urząd Rady Ministrów

Departament 3

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych

Departament 4

Ministerstwo Spraw Zagranicznych

Departament 5

Ministerstwo Obrony

Departament 6

Armia Brytyjska

Departament 7

Królewska Marynarka Wojenna

Departament 8

Służba Dyplomatyczna Jej Królewskiej Mości

Departament 9

Ministerstwo Finansów Jej Królewskiej Mości

Departament 10

Wydział Transportu

Departament 11

Biuro Prokuratora Generalnego

Departament 12

Ministerstwo Sprawiedliwości

Departament 13

Wywiad Wojskowy, Sekcja 5 (WW5)

Departament 14

Tajna Służba Wywiadowcza (TSW)

Departament 15

Królewskie Siły Powietrzne

Departament 16

Urząd do spraw Irlandii Północnej

Departament 17

Urząd do spraw Szkocji

Departament 18

Urząd do spraw Walii

Departament 19

POUFNE

Departament 20

Policja Państwowa

Departament 21

Ministerstwo Zdrowia

Departament 22

Rządowa Centrala Łączności (RCŁ)

Departament 23

Połączony Komitet Wywiadu (PKW)

5 CZAS LECZY RANY

Kate Randall otarła łzy i ochlapała twarz wodą. To był pierwszy raz, kiedy się popłakała, od prawie dwóch i pół dnia. To jej nowy osobisty rekord od czasu tamtej nocy przed miesiącem, gdy patrzyła, jak umiera jej chłopak.

Stała w niewielkiej łazience jednego z pokoi należących do WZOB-u - Wewnętrznego Zespołu Oceny Bezpieczeństwa. Pośrodku znajdowała się sala przesłuchań, w której stały ławka ze stalowymi szafkami ze sprzętem monitorującym po bokach, biurko i dwa plastikowe krzesła. Przed wejściem do sali przesłuchań mieściła się mała poczekalnia oddzielona od reszty pomieszczeń wywiadu ciężkimi stalowymi drzwiami. Można je było otworzyć tylko dzięki wstukaniu dziewięciocyfrowego kodu znanego jedynie trzem osobom. Na lewo od poczekalni znajdowały się drzwi prowadzące do niewielkiego pokoju dziennego i kuchni. W cienkiej gipsowej ścianie salonu umiejscowiono kolejne dwie pary drzwi. Jedne kryły małą kwaterę, gdzie sypiał dyrektor WZOB-u, za drugimi była łazienka, w której Kate właśnie przestała płakać.

Rozległo się delikatne pukanie.

- Jedną minutę! - zawołała.

- Wszystko w porządku? - W głosie mężczyzny pobrzmiewała troska.

- Tak - skłamała. - Proszę dać mi chwilę.

- Dobrze - odparł głos. - Jesteśmy gotowi. Proszę się nie spieszyć.

Kate po raz ostatni wytarła oczy.

"Weź się w garść - myślała. - On cię potrzebuje".

Przez dłuższy moment przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. Potem nabrała powietrza, przytrzymała je w płucach i wydychając, otworzyła drzwi łazienki. Major Paul Turner stał w małym salonie z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Uśmiechał się do niej. Prawie udało mu się ukryć, że się o nią martwi. Kate dostrzegła to w jego twarzy, kiedy wyszła z łazienki.

- Gotowa? - spytał.

- Gotowa - odparła.

Turner poklepał ją po ramieniu. Przez chwilę trzymał na nim dłoń, lecz szybko ją opuścił. Poprowadził Kate do pokoju przesłuchań.

WZOB został utworzony po ataku Valeriego Rusmanova na bazę. Był odpowiedzią na informacje uzyskane podczas przesłuchania od jego brata Valentina. Nastąpiło ono po jego ucieczce do Czarnego Filtru.

Paul Turner spytał starego wampira, czy ma jakieś informacje na temat istnienia podwójnych agentów wewnątrz Departamentu. Smutny przypadek Thomasa Morrisa, byłego agenta operacyjnego, który ich zdradził, przyłączył się do Alexandru i przyczynił się do śmierci Juliana Carpentera, był uważany za odosobniony. Odpowiedź Valentina rzuciła cień na to założenie. Wampir twierdził, że odkąd w latach dwudziestych Departament się rozrósł, Valeri zawsze ma PRZYNAJMNIEJ jednego szpiega w jego szeregach.

Valentin nie mógł niczym poprzeć tego twierdzenia. Nie znał nazwisk, dat, nie wiedział o żadnych oczerniających kogokolwiek dowodach. Wszyscy od razu pomyśleli, że chodziło mu tylko o wywołanie zamętu i nadszarpnięcie zaufania, jakim darzą się agenci. Ale wtedy baza została zaatakowana przez armię wampirów, która przemknęła niezauważona przez czujniki ruchu i laserowe siatki. Podwójne życie profesora Reynoldsa wyszło na jaw. Przez całe życie był szpiegiem Valeriego Rusmanova. Kiedy Holmwood starał się naprawić to, co zostało, i odbudować Departament, Paul Turner podszedł do niego i po cichu wyjaśnił, że muszą posprzątać w firmie, i to jak najszybciej. Holmwood zgodził się z tym i nakazał Turnerowi, agentowi wydziału bezpieczeństwa, stworzenie zespołu, który przeprowadzi czystki.

- Paul, oni cię za to znienawidzą - uprzedził Holmwood. - Ale masz rację. Trzeba to zrobić. Kiedy będziesz gotów zacząć przesłuchania, daj mi znać. Zaczniemy ode mnie.

Turner się zgodził i stworzył WZOB, pierwszą grupę wewnętrzną w długiej i dumnej historii Czarnego Filtru.

Holmwood miał rację - nienawidzili go za to. Informacja, że tworzy grupę mającą sprawdzać każdego agenta, rozniosła się szybko po bazie i wzbudziła wiele negatywnych emocji. Uznano za okrutne rzucanie podejrzeń na wszystkich agentów, którzy dopiero co walczyli o własne życie i musieli patrzeć, jak giną ich koledzy i przyjaciele. Ci, którzy przeżyli, stwierdzili, że udowodnili już swoją niewinność i lojalność ponad wszelką wątpliwość. Paul Turner rozumiał ich oburzenie, ale się nim nie przejmował. Tajemnicą poliszynela było, dlaczego ma to w nosie. WZOB stał się jego prywatną wojną. Jednym z poległych agentów był dwudziestojednoletni Shaun Turner - jego syn, a zarazem chłopak Kate Randall.

W rezultacie pierwszy tuzin agentów, którym Turner zaproponował stanowiska w wydziale wewnętrznym, odmówił. Za bardzo bali się oficera bezpieczeństwa - jego lodowate spojrzenie mogło zamienić nawet najtwardszego z agentów w trzęsącą się galaretę - aby powiedzieć mu, co naprawdę sądzą o tym projekcie. Ale nie aż tak, by przyjąć jego propozycję. Turner nie miał im tego za złe. Po prostu przechodził do kolejnego nazwiska na liście. Potrzebował tylko jednego człowieka, z którym mógłby dzielić to brzemię, kogoś, kto by zaświadczył, że jego działania nie budzą żadnych wątpliwości. Jeśli zaszłaby taka potrzeba, spytałby każdego agenta w bazie. Gdyby wszyscy odmówili, wróciłby na początek listy i zaczął od nowa. Ale ostatecznie nie okazało się to konieczne.

Kate powiedziała Jamiemu, że zgłosi się na ochotnika do wydziału wewnętrznego, zanim to zrobiła. Nie prosiła go o pozwolenie i wiedziała, co jej odpowie, ale nie chciała, żeby dowiedział się o tym od kogoś innego. Jego odpowiedź była dokładnie taka, jakiej się spodziewała.

- Żartujesz - skwitował. - Po cholerę chcesz to zrobić?

- Mam swoje powody - odparła, patrząc mu prosto w oczy. - Z pewnością domyślasz się jakie.

- Oczywiście, że się domyślam - rzucił. - To jasne. Ale czy to przemyślałaś? Tak naprawdę porządnie? Wszyscy cię znienawidzą, jeśli to zrobisz. Wszyscy.

- Mam to w nosie. Mogą mnie nienawidzić do woli.

Przez kolejne pół godziny próbował ją od tego odwieść, ale kiedy zrozumiał, że to nie ma sensu, zrobił kolejną rzecz, której się po nim spodziewała. Powiedział, że niezależnie od tego, co powiedzą lub pomyślą inni, będzie ją wspierał. Podziękowała mu i przekazała pozdrowienia. Znów napłynęły jej do oczu łzy, a w gardle pojawiła się gula.

Larissa i Matt byli wspaniali po śmierci Shauna. Do pewnego stopnia ją rozumieli. Oboje musieli żyć bez osób, które kochali. W przypadku Matta - odbyło się to dobrowolnie. W przypadku Larissy było wynikiem tego, co zrobił jej Grey, stary wampir, który ją przemienił. Oni rozumieli samotność, wiedzieli, co oznacza tęsknota za kimś. Ale nie mogli w pełni pojąć, przez co Kate przechodziła. Jamie był jedynym, który mógł to zrozumieć. Niecałe trzy lata wcześniej patrzył, jak ginie jego tata.

Kate nigdy nie porównałaby swojej straty do jego. Ona była z Shaunem od kilku miesięcy, a biorąc pod uwagę tryb życia w Czarnym Filtrze, spędzali ze sobą naprawdę mało czasu. Wiedziała, że utrata chłopaka nijak się nie miała do straty ojca, i nigdy nie twierdziła inaczej. Ale oznaczało to, że Jamie rozumiał, z czym się zmagała, z czym musiała się pogodzić, ponieważ to samo gnębiło go przez wiele miesięcy po śmierci Juliana Carpentera - że Shaun odszedł, że wszystko, czym był i czym mógł się stać, zostało w jednej chwili przekreślone. Już nigdy go nie zobaczy, nikt inny też nie. On nie był gdzie indziej, nie dzieliły ich rozkazy ani protokoły.

On nie żył i już nigdy nie wróci.

W oczach Paula Turnera rozbłysła iskierka, kiedy Kate weszła do jego gabinetu i powiedziała, że chce się zgłosić do jego grupy.

Od śmierci Shauna spędzała wiele czasu z dowódcą wydziału bezpieczeństwa. Stanowili dla siebie wsparcie, na co agenci Czarnego Filtru patrzyli ze zdumieniem. Wielu z nich nigdy nie dopuściło do siebie myśli, że Paul Turner w ogóle ma jakieś ludzkie emocje. Kate również z niepokojem odpowiedziała na jego prośbę o spotkanie zaledwie dzień po śmierci Shauna. W przeciwieństwie do Jamiego nigdy nie rozmawiała z nim prywatnie. Nie wstydziła się przyznać, że zwyczajnie się boi. Ale tego okropnego dnia przyjął ją w swoim gabinecie ciepło i serdecznie, czego się po nim nie spodziewała. Zaparzył jej herbatę i zapytał o syna. Opowiedziała mu o swoim chłopaku i w tej chwili poczuli, że mają ze sobą coś wspólnego.

Kate bardzo polubiła majora Turnera i była coraz bardziej pewna, że to uczucie jest odwzajemnione. Podczas ostatniej wizyty napomknął, że kiedy to wszystko się skończy, powinna poznać matkę Shauna. Caroline Turner, siostra Henry'ego Sewarda i żona Paula, która zapewne przeżywa teraz takie piekło, jakiego Kate nawet nie próbowała sobie wyobrazić, wiele razy wspominała, że chciałaby ją poznać. Kate z radością przyjęła zaproszenie i Turner obiecał, że zorganizują spotkanie, gdy tylko nadejdzie stosowna chwila. Dlatego jej pojawienie się w drzwiach gabinetu nie było zaskoczeniem. Turner zaprosił ją do środka i słuchał uważnie, kiedy wyłuszczała mu powody swojej decyzji.

- Jesteś pewna? - zapytał, gdy skończyła.

- Tak.

- Dziękuję - odparł i ją uściskał.

Wrażenie było tak dziwne, że przez dłuższy czas stała sztywno. Dopiero po chwili uniosła ramiona i także go objęła.

WZOB był gotów do podjęcia działań w niecały tydzień. Pokoje zostały wyposażone, wywiad poinformowano o sytuacji i przeprowadzono wstępne przesłuchania mężczyzn i kobiet, którzy mieli pracować w wydziale, włączając także Kate i Paula Turnera. Mężczyzna nalegał, by zacząć od niego. Na tym etapie wywiad już od ponad miesiąca przeprowadzał najdokładniejsze kontrole w historii brytyjskich służb wywiadowczych. Był to pierwszy rozkaz Turnera wydany zaraz po tym, jak Cal Holmwood zatwierdził WZOB. Kontrola Turnera okazała się wzorcowa. Ale sprawdzanie dokumentów to tylko połowa procesu. Drugą stanowiło przesłuchanie, podczas którego agent siedział podłączony do detektora kłamstw czulszego niż jakikolwiek dostępny cywilom.

Maszyny WZOB-u mierzyły te same zmienne co tradycyjne wariografy: rytm serca, oddech, potliwość i tym podobne. Ale robiły to z nieporównywalną dokładnością. Wyniki były wiarygodne w dziewięćdziesięciu dziewięciu i dziewięciu dziesiątych procenta. Z perspektywy matematycznej znajdowały się tak blisko ideału, jak to tylko możliwe. Agenci wywiadu podłączyli Paula do maszyn i kabli. Kate zadawała mu pytania, które wspólnie opracowywali. Zdał śpiewająco, ale przecież nikt nigdy w to nie wątpił. Potem przyszła kolej na Kate i na ośmiu innych agentów wywiadu wyznaczonych na członków zespołu. Wszyscy zdali. Major Turner wysłał wiadomość do Holmwooda, że są gotowi i zapraszają.

To było wczoraj.

Cal Holmwood również przeszedł test - w jego przypadku także nikogo to nie zaskoczyło - i wydał rozkaz do działania. Aby uniknąć jakichkolwiek oskarżeń o ukryte motywy, wzywali agentów w przypadkowej, wyznaczonej przez komputer kolejności. Pierwszy z nich, porucznik Stephen Marshall, uniósł wzrok, gdy do pokoju przesłuchań weszli Kate i Turner. Maszyna była już podłączona. Na twarzy agenta malowała się lekka pogarda, gdy Kate i Turner usiedli naprzeciwko.

- Poruczniku Marshall - odezwał się Paul Turner. - Zanim zaczniemy, czy potrzebuje pan czegoś?

Mina agenta wyrażała niesmak.

- Zaczynajmy - rzucił.

- Jak pan chce. - Turner spojrzał na Kate, która przytaknęła i otworzyła teczkę na pierwszej stronie.

- Przesłuchanie WZOB numer 012 - powiedziała. - Oficer prowadzący: porucznik Kate Randall, NS303, 78-J, w obecności majora Paula Turnera, NS303, 36-A. Proszę podać swoje nazwisko.

- Porucznik Stephen Marshall.

Kate spojrzała na stół. W jego blacie zamontowano niewielki monitor, ustawiony pod takim kątem, by był niewidoczny dla przesłuchiwanego. Widoczne na nim dwa szare kwadraty wyświetlały wyniki dwóch maszyn, brzęczących cicho po obu stronach krzesła porucznika Marshalla. Po milisekundzie obydwa kwadraty zabłysły na zielono. Przytaknęła.

- Proszę odpowiedzieć niewłaściwie - rzekła Kate. - Proszę określić swoją płeć.

Marshall uśmiechnął się ledwie widocznie.

- Jestem kobietą.

Szare kwadraty zabłysły na czerwono.

- W porządku. Możemy zaczynać. Czy jest pan członkiem Departamentu 19?

- Tak.

Zielone.

- Czy obecnie służy pan w randze porucznika?

- Tak.

Zielone.

- Czy ma pan przydział do wydziału inwigilacji rzeczonego Departamentu?

- Tak.

Zielone.

- Czy rozumie pan, że pana pozycja wymaga pozyskiwania i analizowania danych, które mają status "ściśle tajne" i wyższy?

- Tak.

Zielone.

- Czy kiedykolwiek wykorzystał pan swoją pozycję w celach innych niż ujęte w rozkazach?

Marshall spiął się ze złości.

- Nie - powiedział.

Czerwone.

- Proszę, żebyś dokładnie przemyślał swoją ostatnią odpowiedź - odparł Paul Turner. - Porucznik Randall powtórzy pytanie.

Twarz Marshalla przybrała kolor purpury.

- To jakiś absurd!

- Poruczniku Marshall - zaczęła Kate. - Czy kiedykolwiek wykorzystał pan swoją pozycję w celach innych niż ujęte w rozkazach?

- Tak - rzucił przesłuchiwany. - Przecież już to wiecie.

Zielone.

- Proszę wyjaśnić okoliczności, które do tego doprowadziły - zażądała Kate.

- Moja dziewczyna i ja mieliśmy problemy - powiedział Marshall lodowatym głosem, z czerwoną twarzą. - Dziwnie się zachowywała, miała sekrety i kłamała. Podsłuchałem kilka jej rozmów telefonicznych.

Zielone.

- Kiedy do tego doszło? - spytał Turner, przejmując przesłuchanie.

Marshall spojrzał na Kate wzrokiem pełnym nienawiści, a potem skupił uwagę na majorze.

"Pierwsze przesłuchanie - pomyślała Kate. - Pierwsze, a już mam wroga. Jamie uprzedzał, że będą się za to domagać mojej głowy".

Nawet nie wiedziała, jak prawdziwe były te słowa.

PROLOG

CROWTHORNE, BERKSHIRE

W miasteczku Crowthorne jest syrena alarmowa.

To kopia przeciwlotniczej syreny z czasów drugiej wojny światowej. Jest jaskrawoczerwona i umiejscowiona na szczycie masztu dwa metry nad ziemią.

Alarm połączono podziemną siecią kabli ze szpitalem Broadmoor, rozległym kompleksem budynków z czerwonej cegły, zbudowanym nieopodal wioski, domem dla prawie trzystu najbardziej niebezpiecznych, zwichrowanych obywateli Wielkiej Brytanii.

Zaprojektowano go tak, by zaalarmować każdego w odległości czterdziestu kilometrów i poinformować go, że doszło do ucieczki ze szpitala. W ostatnich pięćdziesięciu latach rozległ się jedynie pięć razy.

Ben Dawson spał od czterdziestu pięciu minut, kiedy alarm zaczął wyć. Zerwał się ze swojego snu o spaniu, jednego z tych długich, głębokich i trudnych do przerwania, które nie zdarzały mu się często przez ostatnie sześć tygodni, czyli od narodzin Isli. Poczuł, że żona też unosi głowę z poduszki.

- Z dzieckiem wszystko w porządku? - mruknęła.

- To nie Isla - odparł. - To alarm.

- Syrena?

- Cholerny alarm z Broadmoor - rzucił poirytowany.

Dźwięk był ogłuszający - dwutonowe wycie, które sprawiało, że w piersi narastał mu gniew.

- Która jest godzina? - spytała Maggie, z trudem otwierając powieki i patrząc na męża.

Ben włączył lampkę, zmrużył oczy, kiedy światło zalało pokój, i spojrzał na zegar.

- Za kwadrans czwarta - jęknął.

"To nie w porządku - pomyślał. - To po prostu nie w porządku".

Potem usłyszał inny dźwięk, pomiędzy kolejnymi alarmami syreny. Wysoki, pełen determinacji płacz dobiegający z pokoju ponad ich sypialnią. Ben zaklął i usiadł.

- Zostań - rzekła Maggie, podnosząc się. - Moja kolej.

Ben wsunął stopy w trampki i wciągnął sweter przez głowę.

- Idź do Isli. Ja wyjdę na zewnątrz i sprawdzę, czy ktoś jeszcze się obudził.

- Dobrze - odparła Maggie, potykając się w drzwiach, na wpół zaspana. Jej ruchy były całkiem automatyczne, typowe dla świeżo upieczonych rodziców na całym świecie.

Ben usłyszał jej kroki na schodach i to, jak uspokaja ich córkę.

Nie bał się, słysząc dźwięk syreny. Kilka razy jeździł do szpitala, widział ogrodzenie pod napięciem, dyżurkę przy bramie i solidne budynki. Nie obawiał się, że ktoś mógłby stamtąd uciec. Oczywiście przez lata prób było kilka. Na przykład ucieczka Johna Straffena w 1952 roku. Facet uciekł przez płot podczas obowiązkowego sprzątania podwórka i zabił młodą dziewczynę z Farley Hill. To właśnie dlatego pojawiła się syrena. Ostatni raz komukolwiek udało się uciec prawie dwadzieścia lat temu. Od tamtego czasu wzmocniono środki bezpieczeństwa i ochronę. A jednak idąc ku frontowym drzwiom, Ben czuł narastającą frustrację. Dziecko i tak już się obudziło, więc kogo obchodzą środki bezpieczeństwa?

Ostatnich sześć tygodni w niczym nie przypominało tego, co opisywały książki o rodzicielstwie ani o czym mówili ich przyjaciele. Oczekiwał, że będzie zmęczony, zgryźliwy i zestresowany, ale nic nie mogło przygotować go na to, jak naprawdę się czuł.

Był fizycznie wyczerpany.

Isla była piękna i kiedy na nią patrzył, czuł coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczył. To zgadzało się ze wszystkim, o czym pisano, jak z zadowoleniem zauważył. Ale mała płakała, głośno i bez końca. On i Maggie chodzili do niej na zmianę, podgrzewali butelki, klepali po pleckach, żeby jej się odbiło, albo po prostu kołysali w ramionach. Wreszcie zamykała oczy, a oni kładli ją ostrożnie do łóżeczka i szli na palcach do swojego łóżka. Jeśli mieli szczęście, mogli przespać pełne dwie godziny, zanim mała znów zaczęła płakać.

Ben otworzył frontowe drzwi. Nocne powietrze było ciepłe, a syrena - o wiele głośniejsza tu, na zewnątrz. Wyszedł na wąską brukowaną ulicę i zobaczył światła w oknach domów sąsiadów. Zapalił papierosa. Trzymał jedną paczkę na wypadek nagłych sytuacji, takich jak ta, kiedy budzi się trzeci raz przed czwartą rano. Drzwi domów sąsiadów zaczęły się otwierać i na zewnątrz pojawiły się pierwsze blade postacie w piżamach i szlafrokach.

- Co, u licha, się dzieje? - zażądała wyjaśnień jedna z osób. Był to duży, potężnie zbudowany mężczyzna z łysym plackiem na czubku głowy. - Dlaczego nikt tego nie wyłączy?

Charlie Walsh mieszkał obok Bena i Maggie. Ben spojrzał na niego, gdy ten podszedł, ale szybko znów skierował wzrok na wzgórze za wioską. Potężna sylwetka budynku szpitala była widoczna jako czarny kształt na tle słabego żółtego światła.

- Chyba się nie da - odrzekł. - Jestem niemal pewien, że można ją wyłączyć jedynie ze szpitala.

- Więc może ktoś powinien tam pójść i sprawdzić, co się dzieje?

- Może - odparł Ben.

- Dobra - rzucił Charlie. - Idę z tobą.

Ben spojrzał na sąsiada. Jedyne, czego chciał, to pójść do domu, schować głowę pod poduszkę i czekać, aż ten piekielny hałas ucichnie. Ale to już nie było możliwe.

- Dobra - mruknął i ruszył energicznym krokiem do domu po kluczyki do auta. Leżały na stoliku w przedpokoju.

Minutę później mężczyźni gnali przez centrum Crowthorne w srebrnym range roverze Bena i kierowali się w stronę szpitala.

Siedzący za biurkiem na komendzie policji miasteczka Crowthorne Andy Myers próbował usłyszeć głos w słuchawce. Syrena alarmowa robiła wszystko, by mu to uniemożliwić.

Komendzie w Crowthorne policja Thames Valley nadała taki status, że w praktyce oznaczało to, że wszyscy pracują tu jako wolontariusze. Grupa składała się z dwunastu osób, w większości emerytów, na zmianę zajmujących się niewielką liczbą spraw, z którymi przychodzili do nich miejscowi. Były wśród nich drobne wykroczenia, takie jak grafficiarstwo i wandalizm, a także poważniejsze, na przykład wypadki komunikacyjne. Na komendzie nie odbywano całodobowych dyżurów, ale jeden z ochotników był zawsze pod telefonem. Dzisiaj Andy Myers wyciągnął krótką słomkę.

Kiedy zawyła syrena, wstał z łóżka i jęcząc, starał się rozciągnąć. Każde z sześćdziesięciu ośmiu przeżytych lat bardzo mu w tej chwili ciążyło. Miejsce w łóżku obok niego było puste i zimne - jego żona Glenda zajmowała je przez ponad trzydzieści lat, zanim poprzedniego lata przegrała z nowotworem. Od tamtej pory Andy, który pracował w domach maklerskich w City, szukał nowych sposobów na wypełnienie pustki w swoim życiu. Wolontariat na komendzie również do nich należał. Innymi były zasiadanie w radzie lokalnego klubu rotariańskiego, członkostwo w stowarzyszeniu Village Green i sprawowanie funkcji sekretarza w Klubie Krykietowym Crowthorne.

Ubrał się szybko i w ciągu pięciu minut dotarł na posterunek. Nie spieszył się, ponieważ podobnie jak Ben Dawson nie wierzył, że ktoś mógłby uciec ze szpitala. Ale na wypadek, gdyby rozległa się syrena, istniały protokoły postępowania, a Andy Myers wierzył w przestrzeganie odgórnych zaleceń.

Wszedł na parking, krzywiąc się z powodu rozdzierającego hałasu syreny, stojącej za budynkiem. Był to zwykły dom zaadaptowany na posterunek. Stał na końcu ulicy, wieńcząc rząd podobnych do siebie parterowych domów. Andy otworzył drzwi i wszedł do środka, opadł na wytarte skórzane krzesło przy biurku, sięgnął po słuchawkę i wybrał numer.

Oficjalne zalecenie postępowania na wypadek ucieczki pensjonariusza Broadmoor zawierało jedynie dwa punkty. Po pierwsze, miejscowe szkoły miały zatrzymać dzieci w środku i pod stałą opieką aż do chwili, kiedy przyjadą po nie rodzice. Po drugie, miały zostać zorganizowane blokady drogowe w promieniu piętnastu kilometrów od szpitala. Komenda w Crowthorne miała jeden radiowóz, starego forda focusa stojącego na parkingu. Andy musiał więc zatelefonować do Wydziału Ciężkich Przestępstw w Reading i poprosić o instrukcje.

- Sir, proszę powtórzyć! - starał się przekrzyczeć syrenę. - Co mam zrobić?!

- Pojedź tam! - wrzasnął funkcjonariusz po drugiej stronie linii. - Jedź i zobacz, co tam się, u diabła, dzieje! Wysyłam jednostki, które zorganizują blokady drogowe! Jeśli to fałszywy alarm, odwołamy je!

- Co mówią ci ze szpitala?! - krzyknął Andy.

- Nie odpowiadają - rzekł inspektor. - Sądzimy, że system im się zawiesił albo ogłuchli, albo stało się coś równie cudownego. Pojedź tam, porozmawiaj z dyżurną pielęgniarką i złóż raport przez radio. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Przyjęto?

- Tak, sir! - zawołał Andy Myers i odłożył słuchawkę.

Zaklął siarczyście. Kiedyś, gdy tak robił, Glenda szerzej otwierała oczy i patrzyła na niego ostrzegawczo. Teraz złapał kluczyki do forda, wiszące na haczyku nad biurkiem. Potem zamknął posterunek, wsiadł do auta i wyjechał z parkingu. Gdy dotarł do obrzeży Crowthorne, włączył światła i syrenę na dachu, chociaż w tym hałasie i tak nikt by jej nie usłyszał. Docisnął gaz i pokierował forda tą samą drogą, którą niecałe pięć minut wcześniej jechał range rover Bena Dawsona.

Charlie Walsh bawił się radiem, przerzucając z jednej stacji na kolejną, aż Ben rzucił mu ostre spojrzenie. Wtedy całkiem wyłączył odbiornik. W zupełnej ciszy wjeżdżali na wzgórze, które dominowało nad okolicą. Obaj mężczyźni patrzyli na światła widoczne z kompleksu szpitalnego. Wreszcie pokonali ostatni zakręt i ich oczom ukazał się Broadmoor.

Otwarto go w 1863 roku. Wówczas nazywał się Szpital Psychiatryczny dla Kryminalistów w Broadmoor. Już dawno zmieniono tę nazwę. Uznano ją za obraźliwą. W dzisiejszych czasach szpital rozrósł się do rozmiarów małej wioski. Wokół pojawiły się liczne betonowe budowle, stanęły przyczepy, komórki i zasłonięte przejścia. Ale główne budynki, te, w których przebywali pacjenci i w których poddawano ich kuracjom, były takie same jak sto pięćdziesiąt lat wcześniej - przysadziste gotyckie budowle z pomarańczowoczerwonej cegły i z szarymi dachówkami zdradzającymi ich funkcję. Wszystko w wyglądzie tych budynków wołało: "Więzienie!".

Kiedy zbliżyli się do ogrodzenia, Ben zwolnił. Wysoka na co najmniej siedem metrów siatka zwieńczona drutem i pod napięciem wyznaczała granicę wokół szpitala. Za nią znajdowały się wysokie ceglane mury, drzwi zamykane na amen i kraty w oknach. Do tego teren patrolowali strażnicy. Każdy z tych elementów miał informować potencjalnych intruzów: "Nie zbliżajcie się". Jeśli zignorowaliby ostrzeżenie, czekałaby ich bardzo niemiła niespodzianka.

Brama stała otworem.

Przesuwna, podzielona na środku i zasilana przez zautomatyzowany system, którym zarządzano ze stróżówki. Na bramie umieszczono niewielką skrzynkę, a w niej telefon, którego jednak rzadko używano. Niewiele osób przyjeżdżało do Broadmoor bez zapowiedzi.

Ben wjechał za bramę.

- To mi się nie podoba - stwierdził Charlie Walsh. - Powinniśmy zawrócić. Niech policja się tym zajmie.

- Już tu jesteśmy - odparł Ben. - Równie dobrze możemy się rozejrzeć.

Za ogrodzeniem pod napięciem droga prowadziła lekko w górę, do głównego wejścia. Wjazd przypominał średniowieczną warownię - były tu dwie wieżyczki, po jednej z każdej strony, a wyżej wisiał, wyglądający na bardzo ciężki, zegar zdobiony czernią i złotem. Zewnętrzne budynki szpitala rozciągały się za wjazdem po obu stronach i łączyły się z wieżami strażniczymi na wewnętrznym murze. Brama sprawiała wrażenie niemożliwej do sforsowania.

Chyba że stała otworem tak jak teraz.

Ben jechał powoli dalej, czując coraz większy niepokój. Bramy Broadmoor nigdy nie stały otwarte. Gdyby chodziło o usterkę lub awarię systemu zasilania, nigdy nie mogliby wjechać tak daleko niezatrzymani przez strażników. To, że obie bramy były otwarte, nie mieściło się w głowie. Ben zauważył coś jeszcze. Nacisnął przycisk na klamce drzwi i opuścił szybę. Poczuł napływające do auta ciepłe powietrze i nasłuchiwał.

Syrena nadal wyła w miasteczku jak oszalała. Ale poza jej dźwiękiem, w przerwach między kolejnymi sygnałami panowała cisza.

Zwykle szpital tętnił życiem, zawsze coś się tu działo, zawsze panowały ruch i hałas, nawet o tak wczesnej godzinie jak teraz. Powinni słyszeć odgłosy kroków, szczekanie stróżujących psów, rozmowy pracowników nocnych zmian...

Ale nie słyszeli niczego.

- Czego nasłuchujesz?! - krzyknął Charlie Walsh, starając się wygrać z syreną. - Słyszysz coś?

- Nic! - zawołał Ben. - Zero.

Zamknął okno i lekko nacisnął pedał gazu. Auto wjechało przez bramę i minęło dwa punkty ochrony - drobne budki, takie jak te, które stoją na autostradach i w których uiszcza się opłaty za przejazd. Ben spojrzał na jedną z nich. Była pusta. Ani śladu jakiegokolwiek ruchu, chociaż na tylnej ścianie dostrzegł jakiś cień. Jakby wylano na nią puszkę farby.

- Jak jest po twojej stronie? - spytał. - Widzisz tam kogoś?

- Nikogo - odparł Charlie i Ben po raz pierwszy usłyszał lęk w głosie sąsiada. - Tutaj nikogo nie ma. Gdzie oni wszyscy, u licha, są?

- Nie wiem.

W ciszy wjechali na dziedziniec. Z obu stron stały nowoczesne dobudówki administracyjne, ale głównym budynkiem pozostawał ten z ciemnopomarańczowych cegieł. Do zdobionych frontowych drzwi prowadziły szerokie schody. To na nich Ben dostrzegł coś dziwnego.

Gwałtownie wcisnął hamulce, sprawiając, że Charliem Walshem porządnie szarpnęło, i aż krzyknął z zaskoczenia.

- Co, do diabła?!

- Cicho - przerwał mu Ben. Włączył długie światła i oświetlił dziedziniec.

Na schodach leżał mężczyzna w białej szpitalnej koszuli, poplamionej czymś szkarłatnym.

- Boże... - szepnął Charlie. - Boże, Ben, nie chcę tutaj być. Wynośmy się.

Ben nie odpowiedział. Nachylał się do przedniej szyby i próbował spojrzeć w górę. Sam nie wiedział, co spodziewał się tam zobaczyć. Strzeliło mu w karku, ale coś dostrzegł.

Na czwartym piętrze, dokładnie nad miejscem, gdzie leżał mężczyzna, było okno. Ale brakowało w nim szyby.

- Wyskoczył - szepnął Ben. - Widać odłamki szkła. Wyskoczył.

Walsh także się nachylił, ale miał zbyt szerokie ramiona i szyję, żeby zobaczyć to, na co wskazywał Ben. Opadł na siedzenie, ciężko oddychając.

- Ben, on nie żyje - powiedział słabym głosem. - Nie możemy dla niego nic zrobić. Jedźmy do domu. Zawiadomimy policję, a oni przyślą tu karetkę. Proszę cię, Ben. Jedźmy stąd.

- Ale dlaczego on tu leży? - zastanawiał się Ben na głos. - Dlaczego nikt nie próbował mu pomóc? Gdzie są pielęgniarki?

- Nie wiem! - Charlie tracił zimną krew. - Chcę jechać do domu, Ben. Chcę jechać do domu, natychmiast!

Ben spojrzał na sąsiada. Mężczyzna wyglądał tak, jakby zaraz miał wpaść w panikę. Oddychał szybko, a oczy otworzył szeroko ze zdumienia. Miał rację. Nic nie mogli zrobić dla tego nieszczęśnika - kałuża krwi pod jego ciałem wydawała się ogromna. Ale coś się tutaj nie zgadzało. Nie chodziło jedynie o otwarte bramy. Było zbyt cicho i zbyt pusto. Jeden z pacjentów leżał martwy na dziedzińcu i wyglądało na to, że nikt tego nie zauważył.

Odpiął pas bezpieczeństwa i otworzył drzwi. Charlie jęknął.

- Co ty wyrabiasz?! - krzyknął.

Syrena w miasteczku wciąż wyła niemiłosiernie.

Ben go zignorował. Wysiadł z auta jak w transie. Jego umysł starał się ogarnąć to, co widział. Miał wrażenie, że to układanka, której rozwiązanie jest w zasięgu wzroku, ale jeszcze niedostępne. Jakby z oddali usłyszał, że otworzyły się drzwi od strony pasażera i Charlie Walsh wysiadł. Nerwowo przestępował z nogi na nogę.

- Wracaj do auta! - zawołał. - Proszę cię!

Prośba w jego głosie przywróciła Bena do rzeczywistości. Machnął głową, jakby chciał coś odpędzić i oczyścić myśli.

- Dobra! - krzyknął i zobaczył ulgę na twarzy towarzysza. - Wybacz, stary. Jedziemy.

Wsiadł za kółko i już miał zamknąć drzwi, gdy nieboszczyk podniósł się i na nich spojrzał.

Był to mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Jego koszula wyglądała, jakby ktoś umaczał ją w czerwonej farbie, a lewe ramię zwisało pod nienaturalnym kątem. Jednak na twarzy pacjent miał szeroki, głodny uśmiech, a oczy lśniły kolorem lawy.

Charlie Walsh pisnął, przyciskając dłonie do deski rozdzielczej, jakby próbował się odepchnąć jak najdalej od tego koszmaru, który miał przed oczami. Ben mógł jedynie patrzeć z szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co właściwie widzi. I nagle skąpana we krwi postać skoczyła na maskę range rovera i przebiła pięścią przednią szybę.

Ben otrząsnął się z paraliżu, a Walsh ponownie krzyknął. Hałas syreny wdarł się do auta przez zbitą szybę, ogłuszając ich obu. Mężczyzna z czerwonymi oczami znów wbił ramię w okno, rozdzierając skórę na cienkie wstążeczki. Krew chlusnęła w powietrze, kiedy jego dłoń minęła szyję Bena i skierowała się ku twarzy Walsha. Mężczyzna wrzeszczał tak głośno, że przekrzykiwał wycie syreny, ale Ben nie rozróżniał słów wychodzących z jego ust, które pluły krwią tworzącą na szybach czerwone wzory. Nieznajomy starał się dosięgnąć obu ludzi siedzących w środku.

Potem jego zimne palce zacisnęły się na dolnej wardze Charliego. Z pierwotnym okrzykiem triumfu szkarłatny potwór oderwał ją z twarzy Walsha z dźwiękiem przypominającym drący się papier. Krew trysnęła z rany, plamiąc deskę rozdzielczą i szybę. Krzyk Walsha stał się jeszcze głośniejszy.

Ben wrzucił wsteczny bieg i docisnął gaz do dechy. Walsha rzuciło do przodu. Przez przerażający ułamek sekundy dłoń pacjenta zacisnęła się na jego szyi. Siła przyspieszenia rzuciła jednak mężczyzną do tyłu tak, że z impetem spadł na wyłożony kamieniami dziedziniec. Natychmiast znów się poderwał, skąpany w światłach wycofującego się auta. Ben spojrzał przez ramię i zobaczył, że szybko zbliża się do bramy. Nie miał czasu na korektę kursu, mógł mieć jedynie nadzieję, że od chwili, gdy wjechali na dziedziniec, nie obrócił kierownicy.

Usłyszał zgrzyt metalu, kiedy rover minął budkę strażnika. Gdy auto ocierało się o mur, od strony pasażera sypnął snop iskier. Charlie Walsh na zmianę płakał i krzyczał. Miał minę człowieka pragnącego się obudzić z koszmarnego snu. Podskoczył na siedzeniu i niemal wpadł na Bena, który bez ceregieli go od siebie odepchnął. Wtedy zgrzyt metalu ucichł - byli za bramą. Ben gwałtownie zahamował i obrócił kierownicę. Spod opon wydobywały się dym i pisk, lecz już po chwili duży wóz skierował się w stronę drogi, którą kilka minut wcześniej przyjechał. Za nimi rozległ się łomot. Ruszając z miejsca, Ben spojrzał w tylne lusterko. Docisnął gaz do dechy.

Zakrwawiony pacjent, który urwał jego sąsiadowi dolną wargę, wbiegł rozpędzony w tył rovera. Na tylnej szybie pojawiły się plamy świeżej krwi. Gdy auto ruszyło, Ben zauważył, że mężczyzna leży na ziemi. Wyglądało na to, że sam się znokautował. Ale gdy tak na niego patrzył, kątem oka dostrzegł coś, co niemal przyprawiło go o zawał.

Na dziedzińcu pojawiały się ciemne kształty, szybko przemieszczające się w kierunku bramy. Ben ponownie nacisnął przełącznik i otworzył okno. Pośród hałasu syreny słyszał tłuczone szyby i niskie warczenie, jakie wydają stada dzikich zwierząt. Wyjeżdżając przez zewnętrzną bramę, wciąż patrzył w tylne lusterko. W rezultacie nie dostrzegł czerwono-niebieskiej poświaty wyłaniającej się zza ostrego zakrętu przed nimi.

Andy Myers zacisnął zęby i dodał gazu. Dźwięk syreny alarmowej był ogłuszający nawet wewnątrz auta. Drzwi i okna starego forda nie były już tak szczelne jak kilka lat temu. Hałas wydawał się na tyle potężny, że równie dobrze szyby mogłyby być opuszczone. Mężczyzna chciał się dowiedzieć od dyżurnej pielęgniarki, co się dzieje, przekazać to wyżej i wrócić do łóżka. W południe mieli rozegrać mecz krykieta; wiedział już, że wielu członków drużyny nie będzie po takiej nocy w dobrej formie.

Lekko wszedł w ostatni zakręt przed szpitalem. Wtedy oślepiło go jaskrawe światło i miał zaledwie chwilę na ustalenie, co to jest, zanim range rover zderzył się z nim czołowo.

- Uważaj! - krzyknął niewyraźnie z powodu swojej dolnej wargi Charlie Walsh.

Ben oderwał wzrok od lusterka, świadomy, że coś jest przed nim. Wówczas czerwono-niebieska poświata rozświetliła przednią szybę, rozległ się szczęk metalu i wszystko pochłonęła ciemność.

Gdy Ben się ocknął, wokół panował chaos.

Otworzył oczy i miał wrażenie, że głowa pęknie mu z bólu. Syrena nadal wyła, zagłuszając wszystko wokół. Powoli odwrócił się i spojrzał na Charliego Walsha.

Sąsiad wisiał podtrzymywany przez pas bezpieczeństwa z głową w dole i zamkniętymi oczami. Twarz miał pokrytą krwią, a na czole już zaczęła się pojawiać opuchlizna. Ben dostrzegł na ustach Charliego pęcherzyk powietrza. Potem drugi i trzeci.

"Żyje - pomyślał. - Dzięki Bogu".

Spojrzał na siebie i zalała go fala ulgi. Nadwozie jego dużego auta wytrzymało. Za pedałami było spore wgięcie. Silnik został dociśnięty do wewnątrz, ale nie przebił metalu. Gdyby tak się stało, zgniótłby dolną połowę ciała Bena na miazgę. Benowi leciała krew z nosa i widział w desce rozdzielczej wgniecenie po uderzeniu. W głowie mu dudniło i nie mógł zebrać myśli. Starał się, ale wszystko mu umykało. Rozwiewało się niczym dym na wodzie. Drżącą ręką otworzył drzwi. Chciał wysiąść, ale uderzenie bólu, które promieniowało z jego lewej kostki na całe ciało, na chwilę go unieruchomiło. Krzyknął. Popatrzył w dół i dostrzegł, że jego stopa jest obrócona o niemal dziewięćdziesiąt stopni w bok. Był to tak dziwny widok, tak okropny, że mężczyzna zwymiotował na kolana. Nie mógł się powstrzymać.

Wyjął telefon komórkowy z kieszeni i wybrał numer Maggie. Wiedział, że powinien zadzwonić na policję, ale z jakiegoś powodu miał opory. Coś się stało przed tym wypadkiem, chociaż nie był pewien co. Czy było tu inne auto? Czy w kogoś uderzył? Trzymając aparat przy uchu, wyjrzał przez pękniętą przednią szybę. Wokół znajdowały się rozrzucone skrawki metalu. Nachylił się, bo miał wrażenie, że jego auto jest wyższe niż zazwyczaj, że droga wygląda inaczej. Pod przednimi kołami rovera dostrzegł zgnieciony płat metalu. Patrzył na niego jakby nieobecnym wzrokiem, lecz po chwili, kiedy spojrzał na resztki czerwono-niebieskich świateł, wszystko wróciło.

Szpital, mężczyzna, warga Charliego, policja, samochód i...

Zamarł.

"Boże, pozostali pacjenci. Pękające szkło. Są za mną".

Syrena alarmowa nie przestawała wyć. Usłyszał w słuchawce głos Maggie. Krzyczała, chciała wiedzieć, czy ją słyszy. Ale nie potrafił zmusić ust do mówienia. Jeszcze raz spojrzał w tylne lusterko i dostrzegł schodzący ze wzgórza czerwony blask, tworzony przez setki par połyskujących złowrogo szkarłatnych oczu.

- Uciekaj - wydusił. - Weź Islę i uciekaj.

6 CYWILIZOWANI LUDZIE

CHÂTEAU DAUNCY AKWITANIA, POŁUDNIOWO-ZACHODNIA FRANCJA

- Jeszcze wina? - Głos był spokojny i pobrzmiewał w nim cichy autorytet.

Admirał Henry Seward skinął głową i uniósł kieliszek drżącą dłonią. Służący w nienagannym czarno-białym stroju wieczorowym z lśniącymi przytłumioną czerwienią oczami pojawił się za nim i napełnił kielich winem o kolorze tak ciemnym, że zdawał się czarny. Piwniczka w château zawierała skarby, na widok których niejeden najbardziej doświadczony sommelier otworzyłby oczy ze zdumienia. Przynoszono butelkę za butelką na górę i przelewano do karafki tuż przed kolacją, chociaż nigdy nie było na niej więcej niż trzech osób. Zazwyczaj jednak były dwie.

Tak wyglądało to i dzisiejszego wieczoru.

Henry Seward siedział na końcu długiego stołu, przy którym spokojnie zmieściłoby się dwadzieścia osób. Jego towarzysz zajął miejsce po przeciwnej stronie. Niewielka grupa wampirzych sług spełniała każde jego życzenie z wyrazem nabożnego strachu malującym się na potwornych twarzach. Seward wiedział, że to nie jego się lękają.

Źródło ich strachu siedziało na drugim krańcu stołu z delikatnym uśmiechem na wąskiej twarzy.

Vlad Tepes, który później zasłynął w Europie jako Vlad Drakul lub Vlad Palownik i który ostatecznie zaczął siebie nazywać hrabią Drakulą, siedział w swobodnej pozie na krześle i obserwował gościa. Valeriemu Rusmanovowi nic nie można było zarzucić pod względem lojalności lub uporu, za to wiele w kwestii manier i etykiety. Mówił o Sewardzie "więzień". Dla Vlada było to nie do zaakceptowania. Owszem, adekwatne do sytuacji - Seward był w château wbrew własnej woli, ale takie słownictwo tworzyło atmosferę niegodną cywilizowanych ludzi... mężczyzn dowodzących armiami i walczących o to, w co wierzyli. Dlatego zwracał się do Henry'ego Sewarda jak do gościa i tak też go traktował podczas wspólnych kolacji. Przyjęcie, jakiego doświadczał dyrektor Departamentu 19 w czasie długich nocnych godzin po kolacji, było już mniej cywilizowane, ale niestety tego wymagała sytuacja. Niestety z punktu widzenia manier. Z osobistej perspektywy Vlad uważał torturowanie Henry'ego Sewarda za iście szampańską zabawę.

Pierwszy wampir spojrzał na swego gościa. Seward był odziany w piękny ciemnoniebieski garnitur, który Vlad zamówił specjalnie dla niego w jednym z najlepszych butików w Paryżu. Dwa dni temu wysłał służących Valeriego na północ, aby go odebrali, i z radością stwierdził, że strój pasuje na gościa jak ulał. Nie był pewien, jak długo - Seward szybko tracił na wadze. Wynikało to z ograniczenia pokarmu i cierpień, jakich doświadczył w ostatnim miesiącu. Mimo eleganckiego połysku materiału, miękkiej koszuli i krawata szkód wyrządzanych mu nocą nie dało się całkiem ukryć.

U lewej dłoni Sewarda brakowało teraz dwóch palców. Zostały połamane młotkami i oderwane tego dnia, kiedy Valeri doprowadził dyrektora Czarnego Filtru do château. Rusmanov miał na ustach szeroki, pełen satysfakcji uśmiech, kiedy prezentował zdobycz swemu panu. Kikuty zostały ładnie zabandażowane, a opatrunek zmieniał codziennie jeden ze służących, który kiedyś był lekarzem. Kolejne bandaże zasłaniały opuszki pozostałych palców Sewarda, chowając poszarpane ciało, które poraniono, gdy wyrywano mu paznokcie. Chociaż ta starożytna tortura, jedna z najstarszych, nie łamała tak zdeterminowanych i doświadczonych mężczyzn jak Henry Seward, powodowała krzyki będące muzyką dla uszu Vlada. Stanowiło to też dobry punkt wyjścia - granicę, za którą będzie już tylko gorzej, im dłużej ofiara będzie się opierać. I owszem, bywało naprawdę dużo, dużo gorzej.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

1 NASTĘPNE POKOLENIE

Jamie Carpenter był tak skupiony na scenie walki rozgrywającej się przed jego oczami, że dopiero przy trzecim piknięciu konsoli zauważył, że dostał wiadomość.

- Pięć minut przerwy! - zawołał, wyciągając metalowy prostokąt zza paska. Usłyszał dwa jednoczesne jęknięcia ulgi. Wcisnął CZYTAJ na ekranie dotykowym i zobaczył krótką wiadomość.

NS303, 67-J/NARADA/ODPR/TERAZ

Była prosta, ale Jamie wciąż czuł smutek. To był rozkaz nieróżniący się od tych, które otrzymał do tej pory. Miał się stawić na odprawie podobnej do tuzinów innych, w jakich uczestniczył w ciągu tych miesięcy od swojego przybycia do Pętli, tajnej bazy, będącej sercem Departamentu 19. Ale ten rozkaz wysłano tylko jemu. Jego numer operacyjny widniał na ekranie czarno na białym. Prawie wszystkie wcześniejsze rozkazy wysyłano z prefiksem G-17 - numerem grupy operacyjnej, którą dowodził jeszcze przed miesiącem, złożonej z niego samego, Larissy Kinley i Kate Randall.

Grupę rozwiązano w wyniku ataku Valeriego Rusmanova na bazę. Ich wspólne doświadczenia miały pomóc Departamentowi podnieść się po tym ataku i się odbudować. Był to jeden z pierwszych rozkazów pełniącego funkcję dyrektora Cala Holmwooda. Jamie rozumiał tę decyzję, ale i tak miał wrażenie, że ich trójka została ukarana za bycie dobrymi w tym, co robią. Holmwood zapewnił ich, że tak nie jest, a to, jak się czuli, nie miało znaczenia. Otrzymali rozkazy i je wypełnią.

- Sir?

Głos był drżący, więc Jamie podniósł wzrok znad konsoli. Siedział na ławce na Placu Zabaw - w szerokiej, okrągłej sali na poziomie F, gdzie na twardej, lśniącej podłodze pośród potu i krwi szkolono kilka pokoleń agentów. Od jakichś piętnastu lat sala była królestwem Terry'ego, wysokiego instruktora o szerokiej klatce piersiowej, który stał na środku ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Ale to nie on się odezwał. Głos należał do Johna Mortona, który padł na podłogę i patrzył na Jamiego szeroko otwartymi oczami.

Morton oddychał z trudem i krwawił z kilku ran, najpoważniej z dolnej wargi, którą rozcięła pięść instruktora. Siedział na podłodze po turecku, z dłońmi opartymi na kolanach i tak blady, że Jamie obawiał się, że zaraz zwymiotuje. Krew z wargi sączyła się równomiernie, tworząc kałużę między jego nogami.

- Nic, czym musiałbyś się martwić - odparł Jamie. - Muszę iść na chwilę na górę.

- Wszystko w porządku, sir? - spytał drugi głos.

Jamie obrócił się i spojrzał na mówiącego. Obok Mortona siedziała ciemnowłosa kobieta, Lizzy Ellison. Była niemal tak blada jak Morton i także krwawiła. Miała rozcięty łuk brwiowy, ale krew sączyła się też z jej ust. Niemniej głos miała mocny i spokojny.

- Tak - odpowiedział Jamie, uśmiechając się lekko do obojga. - Przynajmniej o ile mi wiadomo. Terry?

- Tak, sir? - odezwał się wołany. Potężny mężczyzna wykorzystał chwilową przerwę w treningu i pozwolił sobie na chwilę zadumy. Gdy spojrzał na Jamiego Carpentera, na jego ustach pojawił się pełen dumy uśmiech.

Wydawało się, jakby ledwie wczoraj ten chłopak wszedł na Plac Zabaw. Był chuderlawy i kompletnie zdezorientowany, ale miał w sobie całe pokłady determinacji, które Terry od razu dostrzegł. Był mistrzem w odczytywaniu ludzi. Otrząsnął się ze swych myśli, zdławił uśmiech i odpowiedział świetnemu, zabójczemu agentowi, którym stał się ten chłopiec.

- Walka wręcz - powiedział Jamie. - Jeszcze raz.

Morton i Ellison jęknęli. Popatrzyli najpierw na Jamiego, potem na siebie nawzajem, a wreszcie na okazałą sylwetkę instruktora.

- Tak jest, sir - odparł Terry i obrócił się w kierunku dwóch rekrutów z pełnym oczekiwania uśmiechem na twarzy.

Jamie szedł korytarzem do windy, która miała go zabrać do sali odpraw.

Na myśl o bezwzględnym programie treningowym, któremu Terry poddawał Mortona i Ellison, poczuł wyrzuty sumienia. Walka wręcz była brutalna i wyczerpująca. Takiego zmęczenia nie zapomni pewnie aż do ostatnich chwil swego życia. Ale szybko odsunął od siebie to uczucie. Rekruci musieli zostać złamani i stworzeni na nowo. Tak jest i zawsze tak było. Rozumiał, że koniec końców dwaj nowi członkowie jego grupy operacyjnej tylko na tym skorzystają. Będą gotowi na konfrontację ze światem, w którym przemoc i niebezpieczeństwo, jakiego sobie nie wyobrażali, czyhają za każdym rogiem. To wszystko, co Czarny Filtr trzymał w ryzach przez tak długi czas, miało szansę ich przytłoczyć, więc nie można było marnować czasu na urażone uczucia i kilka siniaków.

Jamie wykazywał ostrożny optymizm co do tych dwojga potencjalnych agentów, którzy zostali przydzieleni pod jego skrzydła. Ta sytuacja do tej pory wywoływała na jego twarzy uśmiech rozbawienia. Oboje byli starsi od niego i o wiele bardziej doświadczeni życiowo. Ale w Pętli nic to nie znaczyło, a Jamie był tu już niemal legendą. Oboje patrzyli na niego z ledwie skrywanym podziwem.

John Morton miał dwadzieścia jeden lat i został osobiście zwerbowany przez majora Paula Turnera. Miał zostać przeniesiony do Pierwszego Batalionu Skoczków i wielu typowało go jako przyszłego kandydata do jednostki SAS - specjalnego oddziału komandosów brytyjskiej armii. Turner usłyszał o nim od dawnych kolegów z Hereford i szybko wkroczył do akcji, by zmienić ścieżkę kariery młodego żołnierza. Niecały dzień później Morton przybył do bazy; towarzyszyły mu takie same uczucia zaskoczenia, zdziwienia i podziwu, jakie malowały się na twarzy Jamiego prawie pół roku wcześniej.

Lizzy Ellison miała dwadzieścia trzy lata. Była o dwa lata starsza od kolegi z treningu i prawie o pięć od Jamiego. Pracowała jako agentka TSW - Tajnej Służby Wywiadowczej znanej wcześniej jako MI6. To, co tam robiła, jest ściśle tajne. Dostęp do jej akt ma tylko dyrektor. Jamie jej o to nie pytał, chociaż wiedział, że nadejdzie chwila, kiedy tak się stanie. Doświadczenie mówiło mu, że sekrety między członkami grupy operacyjnej oznaczają kłopoty. Na razie nie miał nic przeciwko temu, żeby jej przeszłość pozostała tajemnicą. Powód był tylko jeden: Angela Darcy. Piękna i przerażająca agentka, która towarzyszyła Jamiemu podczas desperackiej akcji ratunkowej w Paryżu przed mniej więcej miesiącem. Ona także pracowała dla TSW i w opinii Jamiego była najbardziej śmiercionośnym i opanowanym drapieżnikiem w ludzkiej skórze, jakiego kiedykolwiek poznał. Angela wiedziała, kim jest Ellison. Nie miał pojęcia skąd, ale tyle mu wystarczyło. Skoro Darcy, która przed wstąpieniem do Czarnego Filtru nie unikała przemocy i kąpania się we krwi, słyszała o Ellison, to lepiej będzie nie naciskać na nową rekrutkę, by ujawniła swoje tajemnice.

Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Drzwi windy rozsunęły się i Jamie wszedł do środka. Nacisnął guzik zero. Gdy winda zaczęła się unosić, rozmyślał, czego tym razem może chcieć od niego Cal Holmwood.

Często miał wrażenie, że więcej czasu spędza w sali odpraw niż w tej niewielkiej klitce, gdzie od czasu do czasu zdarzyło mu się przespać. Był to owalny pokój znajdujący się w samym centrum jedynego nadziemnego poziomu bazy. To tutaj omawiano najważniejsze misje i stąd wysyłano grupy operacyjne. W miesiącu następującym po ataku na Pętlę i porwaniu Henry'ego Sewarda, dyrektora Departamentu, to pomieszczenie stało się sercem bazy. Każda z misji zyskała status priorytetowej. Tutaj rzadko otrzymywało się dobre wiadomości.

Jamie oparł się o chłodną metalową ścianę windy i pozwolił myślom dryfować. Jak to często bywało, do głowy od razu przyszli mu przyjaciele. Katastrofalny atak Valeriego i jego armii wampirów na bazę Czarnego Filtru wpłynął na życie wszystkich. Kate wciąż nie pogodziła się ze śmiercią Shauna, młodego agenta, który był jej chłopakiem. W ostatnich dniach podjęła pewną decyzję. Jamie prosił, żeby jeszcze ją przemyślała. Matt Browning zaginął gdzieś w trzewiach bazy i przez całe dnie patrzył w monitor komputera. A Larissa, wampirzyca, która stała się najważniejszą osobą w świecie Jamiego, znikła.

Drzwi windy otworzyły się i Jamie wyszedł na korytarz poziomu zero. Przystanął przed drzwiami sali odpraw, odetchnął i wszedł do środka.

Wokół długiego stołu na środku pomieszczenia zebrały się ciemne postacie.

Cal Holmwood stał u szczytu stołu z Jackiem Williamsem u swego boku. Wzdłuż stołu, skupiając uwagę na tymczasowym dyrektorze, miejsca zajęli Patrick Williams, Dominique Saint-Jacques, Jacob Scott, Andrew Jarvis, Richard Brennan i agentka wydziału łączności Amy Andrews. Przyjęto ją do oddziału specjalnego razem z Dominikiem i Angelą Darcy, która najwyraźniej była nieobecna. Po ataku Valeriego oddział specjalny został powiększony i składał się z agentów z każdego wydziału Departamentu.

Siadając, Jamie dostrzegł, że brakuje też Paula Turnera. Chociaż to go akurat nie zaskoczyło.

- Poruczniku Carpenter - rzekł Cal Holmwood. - Jak idzie szkolenie pańskich rekrutów?

- Całkiem nieźle, sir - odparł Jamie. - Terry uświadamia im, na co się zdecydowali.

Cal Holmwood się uśmiechnął.

- Cieszę się. Za kilka godzin przekonają się o tym na własnej skórze.

Jamie zmarszczył brwi. Kiedyś szkolenie w Czarnym Filtrze trwało trzynaście miesięcy. Oczywiście następowało po wszystkich treningach, śpiewająco zaliczonych przez nowych rekrutów w oddziałach, z których zostali zwerbowani. Teraz sytuacja się zmieniła, okoliczności to uniemożliwiły. Obecnie na Placu Zabaw odbywano kurs przyspieszony, daleki od ideału, ale nie dało się tego uniknąć. Departament poniósł straty, i to ogromne.

Na poziomach mieszkalnych znajdowały się pokoje agentów, którzy nigdy do nich nie powrócą, puste biurka w wydziałach inwigilacji, bezpieczeństwa i wywiadu. Grupy operacyjne traciły jednego swojego członka, dwóch, a w niektórych przypadkach wszystkich trzech. Te puste miejsca, dziury w tkaninie, z jakiej uszyty był Departament, mimo wszystkich mężczyzn i kobiet zwerbowanych właśnie w tym celu, niełatwo będzie wypełnić. Zginęli przyjaciele, koledzy, nawet członkowie rodzin. Żaden żółtodziób nie będzie mógł ich zastąpić. Chociaż to prawda, że byli oni najważniejszym elementem w uzupełnianiu braków kadrowych, obecnie przywrócenie Departamentowi pełni sił stało się priorytetem.

Nie można czekać z odliczaniem do godziny zero, aż będą gotowi.

Niemniej Jamie nie wierzył, że członkowie jego grupy są gotowi. Nie planował brać ich w teren jeszcze przynajmniej przez tydzień.

- Dlaczego, sir? - spytał, patrząc na tymczasowego dyrektora. - Co się wydarzyło?

Holmwood spojrzał na Williamsa.

- Jack?

Przyjaciel Jamiego skinął głową.

- Dziękuję, sir - rzekł. - Pod nieobecność oficera bezpieczeństwa zostałem poproszony o zapoznanie was z wydarzeniami ubiegłej nocy.

Wpisał serię poleceń do stojącej przed nim konsoli i wszyscy agenci skierowali uwagę na umieszczony na ścianie monitor. Otworzyło się okno i pojawił ziarnisty obraz z kamery przemysłowej: biegnące postacie w białych koszulach, skaczące sylwetki chwytające wszystko, co się poruszyło, niszczące i miażdżące. Krew tryskała po ścianach i sufitach, a pełne paniki i błagania spojrzenia ofiar i ich szeroko otwarte z przerażenia oczy były wyraźne nawet w tak niskiej rozdzielczości.

- To - zaczął Jack - jest oddział D szpitala Broadmoor, jednego z trzech znajdujących się w naszym kraju szpitali o zaostrzonych środkach bezpieczeństwa. Umieszczają tutaj niebezpiecznych chorych mężczyzn i chore kobiety z całego kraju. O 1.47 grupa wampirów wdarła się do środka, zabiła wszystkich pracowników i uwolniła wszystkich pacjentów z ich pokoi. Dotąd doszło do konfrontacji z dwudziestoma dziewięcioma z nich. Dwóch zostało aresztowanych. Każdy pacjent został przemieniony.

Wszyscy w sali gwałtownie nabrali powietrza.

- Każdy? - spytał Patrick Williams cicho.

- Tak - odparł jego brat.

- To atak na nas, a nie na pacjentów - orzekł Dominique Saint-Jacques. - Przemienili pacjentów i wypuścili ich, mam rację?

- Na to wygląda - skwitował Jack. - Jednakże nie był to jedyny tego typu incydent wczorajszej nocy. Wampiry zaatakowały więzienia Supermax we Florence w Kolorado, Czarny Delfin w Sol-Ilecku, C-Max w Pretorii, Al-Ha'ir w Rijadzie, Centrum Więzienne w Malezji, Ośrodek Korekcyjny Goulburn w Nowej Południowej Walii i Federalny Zakład Penitencjarny w Catanduvas w południowej Brazylii. Na wolności są ponad cztery tysiące najgorszych kryminalistów na świecie. Każdy, którego pojmaliśmy, został przemieniony. To wygląda na celowy międzynarodowy, świetnie skoordynowany atak na departamenty do spraw nadprzyrodzonych na całym świecie.

W sali zapanowała cisza. Agenci starali się przyswoić usłyszane informacje i ogarnąć skalę problemu. Jamie rozejrzał się po twarzach zebranych - Patrick Williams i Dominique Saint-Jacques patrzyli spokojnie na Jacka. Czuł, jak przepełnia go podziw dla tych dwóch osób.

"Nic ich nie rusza - pomyślał. - Zupełnie nic".

Już miał zwrócić uwagę na Jacka, kiedy kątem oka dostrzegł Jacoba Scotta. Australijski pułkownik utkwił wzrok w blacie stołu. Był blady jak prześcieradło. Ten wygadany weteran akcji wyglądał tak, jakby miał dostać zawału serca. Tak mocno zaciskał pięści, że pobielały mu kłykcie.

- To jest teraz priorytet Departamentu - odezwał się Cal Holmwood.

Jamie oderwał wzrok od pułkownika Scotta i skupił się na dyrektorze.

- Jestem pewny, że rozumiecie, jak duże jest prawdopodobieństwo przeniknięcia informacji do opinii publicznej. Istnieje ogromne niebezpieczeństwo, że cywile stracą życie. Wzywam do bazy grupy, które mamy obecnie w terenie...

- Wszystkie? - wtrącił Jamie. - Nawet te, które szukają admirała Sewarda? I Drakuli?

- Zespół majora Landisa będzie kontynuował poszukiwania admirała - odparł Holmwood, przewiercając Jamiego lodowatym spojrzeniem. - Pozostałe grupy wracają do domu, aż rozwiążemy tę sytuację.

- Drakula zbiera siły - przypomniał Jamie. - Teraz, podczas gdy my tu siedzimy. To on jest naszym priorytetem.

- Tu chodzi o Drakulę - odparł Holmwood. - Jack, zapis z bramy.

Materiał z kamer przemysłowych znikł. Na ekranie pojawiła się łukowata brama wjazdowa do Broadmoor. Jamie aż się wzdrygnął. Nad łukiem namazano krwią dwa słowa:

ON POWRACA

- No dobrze. - Jamie nie dawał za wygraną. - Jeśli Drakula i Valeri uwolnili więźniów, to zrobimy dokładnie to, czego oni chcą.

- Dziękujemy, poruczniku Carpenter - odparł Holmwood sucho. - Sami nigdy byśmy na to nie wpadli.

- Więc czemu to robicie?

Holmwood spojrzał na Jacka.

- Poruczniku Williams, proszę puścić nagranie z Crowthorne.

Jack skinął głową i kliknął serię przycisków. Na ekranie otworzyło się nowe okno. Ukazywało malowniczą uliczkę w niewielkim miasteczku. Nacisnął ODTWÓRZ i obraz zaczął się poruszać. Widoczny był rząd parterowych domów z wypielęgnowanymi ogródkami, czysty chodnik i stojący przy ulicy mały samochód. W przedniej szybie odbijało się światło latarni, pod którą był zaparkowany.

Kilka sekund później coś się zaczęło dziać. Mężczyzna w średnim wieku biegł środkiem ulicy, machając rękami i stukając twardymi podeszwami o asfalt. Po chwili w kadrze pojawił się drugi mężczyzna. Miał długą szpitalną koszulę, bose stopy i płonące żądzą oczy. Wyglądało na to, że podchodząc do zaparkowanego auta, uśmiechał się.

Wampir się zatrzymał i przez dłuższy moment nic się nie wydarzyło. Mężczyźni zdawali się rozmawiać, stojąc po przeciwnych stronach wozu. Potem wampir sięgnął w dół i bez trudu obrócił auto, które przesunęło się po ulicy, posyłając w górę snop iskier, i rozbiło się na murze jednego z ogrodów.

Zebrani w sali agenci gwałtownie nabrali powietrza. Jamie rozejrzał się po twarzach zgromadzonych. Wszyscy byli wstrząśnięci. Na ekranie bezbronny mężczyzna stał całkowicie odsłonięty, składając dłonie w bezsensownym błagalnym geście. Wampir zrobił pół kroku naprzód, a potem rzucił się na mężczyznę z taką prędkością, że znikł z ekranu razem z ofiarą.

Jack zatrzymał materiał, ukazujący leżące pod murem zniszczone auto. Tymczasowy dyrektor obrócił się do członków grupy operacyjnej Godzina Zero.

- Wampir na tym filmie został przemieniony nie więcej niż czterdzieści pięć minut wcześniej - oznajmił. - Czy ktoś może mi powiedzieć, co jest nie tak na tym obrazku?

- Chryste - wydukał Patrick Williams. - Był naprawdę SILNY.

- I szybki - dodał Dominique. - Zbyt szybki.

- Właśnie - przytaknął Holmwood. - Wszystkie zniszczone dotąd wampiry wyróżniały się siłą i szybkością znacznie przekraczającymi to, czego można by się było spodziewać po dopiero co przemienionych osobnikach.

- Dlaczego? - spytała Amy Andrews.

- Nie wiemy. Wydział naukowy bada dwóch więźniów, których udało nam się zatrzymać, ale do tej pory niczego nie znaleźli. To oczywiste, że w tych wampirach musi znajdować się coś innego. Na wolności hula takich około trzystu. Dlatego to jest nasz priorytet, poruczniku Carpenter, ponieważ główną misją Departamentu jest chronienie cywili przed istotami paranormalnymi. Rozumie pan?

- Tak, sir - odparł Jamie. - Czemu schwytanych badają w naukowym? Czy nie powinien się tym zająć projekt Lazarus?

Holmwood pokręcił głową.

- Nie chcę ich odrywać od głównej misji. Doktor Cooper jest w kontakcie z profesorem Karlssonem. Jeśli będzie potrzebował ich pomocy, ma uprawnienia, żeby o nią prosić.

- W porządku - skwitował Jamie.

- Doskonale. Czy są jeszcze jakieś pytania?

- Sir, gdzie jest Angela? - spytał Jack Williams. - Powinna tu być.

- Porucznik Darcy i jej zespół są w terenie - odparł Holmwood. - Mieli służbę, kiedy zaczęły nadchodzić pierwsze wezwania. Mają wrócić w ciągu godziny.

Jack przytaknął, ale nie potrafił ukryć swojego niepokoju.

- No dobrze - rzekł Holmwood. - Coś jeszcze? Nie? Zatem...

- A co z Godziną Zero? - zapytał Jamie. - W jaki sposób będziemy chronić cywili, jeśli pozwolimy Drakuli powrócić?

Holmwood posłał Jamiemu lodowate spojrzenie.

- Mężczyźni, którzy uciekli z Broadmoor, zostali odizolowani od społeczeństwa, poruczniku Carpenter. Wielu z nich cierpiało na najcięższe formy chorób psychicznych, liczni przez lata cechowali się niezwykłą brutalnością i nieobliczalnością. Wszyscy muszą otrzymywać lekarstwa. Zostali przemienieni w taki sposób, by zyskać niespotykane u tak młodych wampirów siłę i szybkość. W ciągu następnych godzin każdy z nich zacznie odczuwać nienasyconą żądzę krwi. Jeśli ich nie zatrzymamy, możemy nie mieć żadnych cywili do chronienia.

Jamie spuścił wzrok.

- Zatem jaki mamy plan, sir? - Patrick Williams miał spokojny głos.

Cal Holmwood spojrzał na agenta.

- Znaleźć i zniszczyć - odparł cicho. - Najszybciej, jak to tylko możliwe. To proste.

Jamie spojrzał na obrócone auto na ekranie monitora.

"Tak - pomyślał. - Proste".

3 BRAK WIADOMOŚCI

WAPPING, LONDYN TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

Kevin McKenna rzucił ostatni z papierosów do stojącej na biurku puszki po piwie i sprawdził godzinę.

Dochodziła 21.30, a on był jedynym członkiem redakcji "The Globe", który nadal tkwił w pracy. Anglia grała z Portugalią w Oporto i wszyscy inni siedzieli w pubie Dziesięć Dzwonów po drugiej stronie ulicy. Kibicowali, pili i klęli. Albo byli już w drodze do domu, zadowoleni, że mają wymówkę, żeby wyjść z biura o rozsądnej godzinie, nie ryzykując, że ktoś przypnie im łatkę lenia. McKenna chciał być w pubie z kumplami, ale telefon, który odebrał przed godziną, zbyt go zaintrygował, aby mógł to zignorować. Dlatego został w swoim gabinecie za zamkniętymi drzwiami i z odłączonym czujnikiem dymu, czekając, aż kurier przyniesie mu paczkę od nieboszczyka.

Telefonował adwokat, którego McKenna nie znał. Nie był to żaden z tych, którym od czasu do czasu wsuwał w dłoń wypełnioną banknotami białą kopertę w zamian za kilka minut sam na sam z aktami sprawy kolejnych celebrytów. Mężczyzna był uprzejmy i zapewnił McKennę, że jego kancelaria zajmuje się wykonaniem testamentu zmarłego Johna Bathursta. Nastąpiła długa przerwa, podczas której McKenna miał najwyraźniej wyrazić dozgonną wdzięczność lub bezgraniczny smutek. Lub jedno i drugie. Ale nie wiedział, co powiedzieć. To nazwisko było mu obce.

Kiedy zdał sobie sprawę, o kogo chodzi, zaśmiał się głośno do słuchawki.

W głosie prawnika pobrzmiewała nutka nagany, ale mężczyzna zachował profesjonalizm. Poinformował dziennikarza, że pan Bathurst zapisał mu coś w testamencie, i spytał, czy życzy sobie, aby podesłać mu to dzisiaj kurierem. W każdym innym wypadku McKenna powiedziałby prawnikowi, żeby wysłał paczkę pocztą, i sam zszedłby do pubu. Ale nie tym razem. Podał adwokatowi adres redakcji "The Globe" i zapewnił, że poczeka na kuriera, żeby pokwitować odbiór.

"Jesteś martwy, a wciąż sprawiasz mi problemy - pomyślał, zapalając kolejnego papierosa. - Pan John cholerny Bathurst".

Nie od razu skojarzył nazwisko człowieka, który umieścił go w swoim testamencie, ponieważ słyszał je wypowiadane na głos tylko raz, i to też miało swoje uzasadnienie.

Było to prawdziwe nazwisko Johnny'ego Supernovy i jego najbaczniej strzeżona tajemnica.

Był czas, że Kevin McKenna splunąłby w twarz każdemu, kto ośmieliłby się zasugerować, że pewnego dnia będzie pisał artykuły o celebrytach drugiego sortu do gazety tak moralnie zepsutej, jaką jest "The Globe".

Pełna pasji, złości i szczuplejsza wersja jego samego przyjechała do Londynu w 1995 roku w wieku dziewiętnastu lat. W uszach słyszał muzykę kapel gitarowych i house, a w żyłach płynęła mu gorąca krew klasy robotniczej. Miał rozpocząć pracę w legendarnej lewicowej biblii stylu - magazynie "The Gutter". Wszedł do siedziby na Pentonville Road, gdzie został powitany przez recepcjonistkę piękniejszą od jakiejkolwiek dziewczyny widzianej w ciągu jego dziewiętnastu spędzonych w Manchesterze lat. Recepcjonistka przytrzymała mu drzwi do gabinetu redaktora naczelnego, a kiedy ją mijał, posłała mu prowokacyjny uśmiech.

Za wielkim biurkiem, zawalonym okładkami i zdjęciami z najnowszego numeru, siedział Jeremy Black. Nosił grafitowy garnitur. McKenna wiedział, że gdyby spytał, dowiedziałby się, że kupiono go u Paula Smitha lub Ozwalda Boatenga. Pod nim miał znoszoną koszulkę beatlesów. Gdy McKenna podszedł do biurka, spojrzał na niego.

- Piwo? - spytał.

- Jasne - odparł chłopak. Nie było jeszcze 11.30, ale nie miał zamiaru wyjść na cieniasa przed nowym szefem.

Black sięgnął w dół i z lodówki, której McKenna nie widział, wyjął dwa piwa. Jedno podał chłopakowi, a potem rozsiadł się w swoim fotelu i założył ręce za głową.

- Nie chcę cię tu widzieć częściej niż dwa razy w tygodniu, jasne? - rzekł. - Jeśli jesteś w biurze, to znaczy, że źle wykonujesz swoją robotę. Historie dzieją się poza murami.

- Jasne - odparł McKenna, otwierając piwo i pociągając długi łyk. Miał nadzieję, że wyglądał na rozluźnionego.

- Zostaw kopię w recepcji. Jeśli artykuł będzie dobry, zadzwonię.

- W porządku.

- Jeden z ludzi pokaże ci co i jak. Będzie cię nienawidził i traktował jak śmiecia, ale jest mi winien dziesięć tysięcy słów, za które już mu zapłaciłem, więc ma pecha. Ty prawdopodobnie też.

- Kto to? - spytał McKenna, a na twarzy jego nowego szefa pojawił się uśmiech.

Jeremy Black miał rację - Johnny Supernova traktował go jak śmiecia. Ale McKenna miał to w nosie.

Supernova był legendą, wolnym strzelcem, anarchistycznym geniuszem, który przemierzał nocny Londyn niczym napędzany koksem huragan. Jego pisarstwo odzwierciedlało człowieka, stanowiło doskonałą lawinę pięknie spisanych obelg przeplatanych obrazami, które zawstydziłyby nawet Kaligulę. Były to doniesienia z krwawiących obrzeży kultury masowej, definiujące swoje czasy niemal tak mocno, jak wydarzenia, które opisywały.

Ich autor był mały i żylasty, o bladej skórze i czarnej czuprynie. Starszy od McKenny - miał prawie czterdzieści lat, może trochę więcej. Cechowały go wąskie oczy i przeszywające spojrzenie oraz osławiony głód alkoholu, narkotyków i cudzołożenia. Przywitał McKennę z wyraźną podejrzliwością, ale pozwolił mu się przyłączyć do swojego stolika w klubie Groucho. Najwyraźniej wówczas miał jeszcze kontakt z rzeczywistością i nie chciał, żeby "The Gutter" pozwał go za niedotrzymanie kontraktu.

W tamtym krótkim okresie, gdy budziła się świadomość kulturalna, Johnny Supernova był królem. Gwiazdy popu, artyści, aktorzy, aktorki i reżyserzy - wszyscy podchodzili do jego stolika i rozpływali się nad jego osobą. Kevin siadał obok niego każdej nocy w wysokim budynku w Soho i pławił się w chwale swego mentora. Był starszy, sprytniejszy i surowszy niż inni i w rezultacie - uwielbiali go.

Lecz to nie mogło trwać w nieskończoność. I nie trwało.

Narkotyki, alkohol, nieustająca parada dziewczyn i chłopców - wszystko podsycało nienawiść do samego siebie, która zżerała Supernovę i pchała go do najgorszych ludzkich zachowań. To, co wcześniej bawiło, stało się trudne do obserwowania, kiedy Supernova zaczął się zapadać i tracić kontakt ze śmietanką towarzyską, która niegdyś go ubóstwiała. Jego stolik był coraz częściej pusty, a pióro straciło ostrość i precyzję, którymi niegdyś siekał swoich czytelników. Nadmiar w pewnym momencie zawsze zbierze żniwo. Może to zrobić powoli, stopniowo, niemal niezauważalnie albo gwałtownie niczym lawina. Johnny'emu Supernovie było pisane to drugie. Jego gwiazda znikła, nim miała szansę się wypalić.

McKenna trzymał się wtedy ostatkiem sił. Szaleństwo przestało być zabawne i stało się pracą. Johnny zdawał się kurczyć na jego oczach, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Pod koniec 2006 roku McKenna przyniósł mu obiad i powiedział, że potrzebuje w życiu odrobiny stabilizacji, dlatego przyjął pracę w "The Globe".

Spodziewany wybuch nie nastąpił.

Supernova spojrzał na niego przekrwionymi oczami, w których czaił się zawód. To było nieskończenie boleśniejsze.

- Jesteś gorszy od całej reszty - powiedział, patrząc McKennie w oczy. - Mogłeś być dobry. Mogłeś coś znaczyć. Ale jesteś taką samą szmatą jak reszta.

Nigdy więcej nie rozmawiali.

Telefon ponownie zadzwonił, wyrywając go z zadumy. Odpłynął myślami w przeszłość, we wspomnienia o człowieku, o którym prawie zapomniał.

Podniósł słuchawkę.

- Kurier do ciebie - powiedział recepcjonista.

- Wpuść go na górę - odparł McKenna.

Kurier pojawił się po minucie. Kevin podpisał odbiór paczki, podziękował i usiadł przy biurku. Rozerwał papier i folię bąbelkową i zobaczył, co Johnny Supernova mu zostawił: kasetę audio, cienką teczkę i grubą kremową kartkę. McKenna położył kasetę i teczkę na biurku, wziął kartkę i przeczytał krótką wiadomość:

Kevinie,

jeśli w tej czarnej pustce, którą nazywasz duszą, tli się jeszcze iskierka przyzwoitości, to powinno Ci pomóc.

Johnny

Mimo obelgi Kevin nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

Czytając te słowa, słyszał je wypowiadane głosem Johnny'ego z jego silnym akcentem z Manchesteru. Supernova zapewne by splunął, jakby poczuł ich gorzki smak. Minęły cztery lata, odkąd McKenna słyszał ten głos i widział mizerną twarz i usta, które je wypowiadały. Supernova zmarł trzy miesiące temu w wyniku przedawkowania heroiny. Nikogo to nie zaskoczyło.

McKenna za bardzo się wstydził, żeby pójść na pogrzeb.

Odłożył notatkę i przez chwilę rozważał odsłuchanie kasety. Uznał jednak, że znalezienie o tej porze magnetofonu będzie go kosztowało zbyt wiele zachodu, więc wziął do ręki teczkę. W środku znalazł niewielki plik kartek, niemal przezroczystych, z wyblakłym czarnym tuszem, przebijającym na drugą stronę. McKenna uniósł pierwszą z kartek i przeczytał nagłówek.

TRANSKRYPT WYWIAD Z ALBERTEM HARKEREM; 12 CZERWCA 2002

"Niewiele ponad dekadę temu - pomyślał Kevin. - Matko, a wydaje się o wiele więcej".

W 2002 roku Johnny Supernova miał już najlepsze lata za sobą: wciąż był sławny, wciąż cieszył się naganną opinią, wciąż się liczył. Ale jego czas szybko przemijał, z czego zdawał sobie sprawę. Jego wściekły, bezkompromisowy cynizm sprzedawał się coraz słabiej w cudownej krainie nowej klasy robotniczej. McKenna jeszcze raz przeczytał nagłówek.

"Albert Harker. Pierwsze słyszę".

Wyjął z dolnej szuflady biurka kolejne piwo, odpalił papierosa od niedopałka poprzedniego i zaczął czytać.

Minutę później przerwał, zapominając o piwie.

- Chryste... - mruknął.

Pięć minut później filtr po wypalonym papierosie wisiał mu w kąciku ust. Popiół spadł na spodnie.

McKenna nawet tego nie zauważył.