Denar dla szczurołapa - Aleksander R. Michalak

Reflow text when sidebars are open.
OKSFORD: 548 LAT PO WYJŚCIU DZIECI
Edward odczuwał strach. Każdej nocy przewracał się z boku na bok na materacu z włosienia, słuchał regularnych oddechów współlokatorów i zazdrościł im spokojnego, niczym niezmąconego snu. On sam zasypiał dopiero nad ranem, skrajnie wyczerpany, i budził się wcześnie w poczuciu cierpienia. Było już daleko po połowie Michaelmas terms, pierwszego, jesiennego semestru Uniwersytetu w Oksfordzie, którego kres znaczyły Święta Bożego Narodzenia.
Dzień nie różnił się od innych dni nauki. Rano Edward uczestniczył w nabożeństwie w kaplicy, potem we wspólnym śniadaniu. Po południu napisał list do rodziców.
Jak co dzień przed dziewiątą dzwon wezwał mieszkańców collegium na wspólną kolację. Studenci jedli posiłek w towarzystwie całego profesorskiego grona, obsługiwani przez bladą służbę, w przestronnej sali jadalnej, ogrzewanej olbrzymim kominkiem, w którym płonął żarliwy, pomarańczowy ogień. Na długich stołach wyłożono chleby, jarzyny i mięso, a wkrótce podano również gęstą kartoflaną zupę z baraniną. Przed posiłkiem zabrzmiały słowa łacińskiej modlitwy. Edward, nieobecny duchem, powtarzał bezwiednie. Zjadł bardzo niewiele. Po kolacji wyszedł na spacer.
Listopadowy wieczór zionął zziębniętą wilgocią. Collegium było ciche, wychłodzone, i tylko momentami wiatr z hałaśliwym jękiem zamiatał dziedziniec. Sponad dachów wyłaniała się olbrzymia, ciemna kopuła Biblioteki Bodlejańskiej, a ponad nią wisiał zwodniczy księżyc. Idąc przez dziedziniec, minął statuę zwaną Kainem i Ablem, którą upojeni piwem żacy chętnie zdobili napisami podczas powrotów z nocnych eskapad. On sam, kiedy był studentem pierwszego roku, wymalowywał na kamiennym postumencie rozmaite błazeńskie hasła. Tamten czas, kiedy zaczynał naukę i złożył przysięgę w collegium, wydawał mu się równie odległy i nierzeczywisty co igraszki dzieciństwa.
Edward przyjrzał się dokładnie rzeźbie dwóch mężczyzn. Jeden z nich unosił rękę, aby zabić drugiego. W rzeczywistości statua nie przedstawiała nawet słynnego aktu bratobójstwa, ale biblijnego mocarza, Samsona, który wznosząc olbrzymi nóż, szykował się do zadania śmiertelnego ciosu klęczącemu i nagiemu Filistynowi. W surowej przestrzeni obszernego dziedzińca ciężka rzeźba robiła posępne wrażenie i tego wieczoru Edward bodaj pierwszy raz pomyślał, że jest jednak coś nieprzyzwoitego w apoteozie mordu w tym właśnie miejscu. Rozpaczliwie skulony Filistyn wyglądał, jakby nie miał najmniejszych szans w starciu, i młody student odczuł coś w rodzaju współczucia dla jego słabości. Strach pozbawiony nadziei, że Bóg okaże się miłosierny. Z zamyślenia wyrwał go czarny kształt, który mignął mu przez oczyma. Małe zwierzę, najprawdopodobniej szczur, przebiegło dziedziniec.
Edward wyszedł poza bramy collegium. Dotarcie do pracowni profesora zajęło mu zaledwie chwilę. Wszedł po schodach, otworzył skrzypiące drzwi i rozejrzał się po znajomym pomieszczeniu. Wapienna tablica stała w rogu pokoju. Wyjął dłuto i przyklęknął. Wziął głęboki oddech.
Pracował w półmroku, systematycznie niwelując kolejne litery. Z każdym kolejnym uderzeniem praca stawała się coraz trudniejsza. Skuł w całości górną część inskrypcji, ale kiedy chciał zabrać się za resztę, poczuł, że opuściły go i siły, i wola. "Nie dam rady, nie teraz..."
Po powrocie Edward nie zastał nikogo w pokoju. Najprawdopodobniej zaraz po kolacji jego współlokatorzy zdecydowali się szukać przygód i szczęścia poza murami collegium w kipiących piwną pianą pubach, ulokowanych przy High Street. Za szybami i kratą w wąskim kamiennym przesmyku prowadzącym do miasta migotało rachityczne światło gazowej latarni. Edward zapalił tylko jedną świecę i położył się na swoim łóżku, wpatrując się bezmyślnie w rozedrgane cienie na ścianie. Nie było w nim woli walki, tylko ogromny, wypełniający i przesłaniający wszystko smutek. Przez chwilę miał wrażenie, że gdzieś z ulicy dochodzą nikłe dźwięki fletu, z liryczną i zamgloną melodią Greensleeves.
"Elaine"- pomyślał Edward. "Elaine, gdzie się teraz podziewasz?"
Ciężkie, dębowe drzwi otworzyły się nieznacznie i niemal bezdźwięcznie. Edward poderwał się, ale zaraz usiadł na łóżku. Popatrzył w tamtą stronę bardzo uważnie, ale spokojnie. Uśmiechnął się z rezygnacją, jak ktoś pogodzony ze swoim losem.
- Nie zgadzam się - powiedział w końcu. Brzmiało to jak ostateczne odrzucenie warunków umowy.
Zza drzwi nie padła jednak żadna odpowiedź.
- Elaine... - wyszeptał jeszcze Edward... - Elaine...
------------
HAMELN: 720 LAT PO WYJŚCIU DZIECI
Marietta z rodzinnego domu wyniosła sympatię dla ludzi, wraz z wyrozumiałością dla ich wszelkich ułomności. Takie podejście zjednywało powszechną sympatię i dziewczynie rzadko zdarzało się spędzać czas samotnie. Tamtego marcowego dnia była jednak sama. Przebywała za granicą, gdzie zbierała materiały do pracy magisterskiej. Rano spędziła kilka godzin w miejskim archiwum. Potem poszła do parku. Był to jeden z pierwszych przedwcześnie ciepłych marcowych dni, a miasteczko było piękne specyficzną urodą niedużych europejskich miast, gdzie niemal każdy kawałek muru przez stulecia nasiąkał rozmaitymi zapachami historii. Przebudzone po zimie i pochylające się nad rzeką barwne kamienice współgrały z przesłaniem optymizmu nadchodzących świąt wielkanocnych. Niektóre z nich, już poczciwie wyblakłe, zdobne w łuszczące się okiennice i krzywo chylące się ku sobie, pobłyskiwały radośnie rzędami słonecznych okien.
Na trawnikach wylegiwały się grupki młodych ludzi, próbując zarumienić wybladłe po długiej zimie ciała. Ktoś rozwiesił linę pomiędzy drzewami i usiłował po niej spacerować. Marietta znalazła wolną ławkę tuż obok potężnego kasztanowca i zabrała się za studiowanie przewodnika.
Po chwili podniosła wzrok znad książki. Tuż obok przystanął młody chłopak i zagadnął w jej ojczystym języku:
- Mogę ci przeszkodzić? Wygląda na to, że jesteśmy rodakami... Widziałem twój przewodnik. Nie wiesz przypadkiem, jak można stąd trafić na rynek?
- To jedno akurat wiem - odpowiedziała z uśmiechem, może nawet nieco bardziej niż zwykle życzliwym. Rodak był nie tylko przystojny, ale wyglądał jeszcze na zamożnego, zaradnego mężczyznę.
- Idę zresztą w tamtą stronę - powiedziała, podnosząc się z ławki. - Możesz dołączyć.
- Świetnie, bardzo dziękuję. Jestem Ruben. A dla przyjaciół... też Ruben. - Obdarzył ją zaraźliwym uśmiechem.
Marietta wyciągnęła do niego rękę.
- A co właściwie tutaj robisz? - zapytał, zaglądając jej w oczy.
Przez chwilę zawahała się, czy powinna wprowadzać go w swoje plany.
- Prowadzę badania - odpowiedziała szczerze, aczkolwiek oględnie.
- Wspaniale. Co badasz? - zapytał Ruben i zabrzmiało to jak kurtuazja, a nie prawdziwe zainteresowanie.
- Piszę pracę magisterską na temat działalności charytatywnej... a dokładnie domów dziecka.
- O, to bardzo ciekawe - powiedział, ale nie zabrzmiało to przekonująco. - Zaczekaj! - Chwycił ją nagle przed wejściem na jezdnię, zanim jeszcze zdążyła wmaszerować pod koła nadjeżdżającego volkswagena.
Zdecydowany, męski dotyk wywarł na niej wrażenie.
- Jestem trochę rozkojarzona. Dziękuję.
- Nie ma sprawy. A jak tutaj wygląda życie towarzyskie? - dopytywał chłopak. - Mam plan, żeby zrobić wieczorną wycieczkę po barach...
- Nie miałam jeszcze okazji sprawdzić - odpowiedziała z przepraszającym uśmiechem, trochę zawstydzona tym, że nie należy do gatunku rozrywkowych dziewczyn.
- Naprawdę? To wspaniale! W takim razie chodźmy sprawdzić to razem. Bynajmniej nie po holendersku - ja zapraszam. Jesteś mi to winna. Uratowałem ci życie. No, co najmniej buty - dodał, mrugając.
Marietta zawahała się. Ruben wydawał się miły, chociaż nie nadmiernie bystry. W jego uśmiechu, gestach i starannie dobranej garderobie było coś sugerującego narcystyczne zapędy.
Ruben chyba zauważył jej rozterkę, bo zanim cokolwiek odpowiedziała, dodał szybko miłym, perswadującym głosem:
- To naprawdę nic zobowiązującego i nie stracisz dużo czasu. Obiecuję! Usiądziemy chwilę przy kawie i opowiesz mi trochę o tych swoich badaniach. - Uśmiechnął się przyjemnie, ale trochę bezmyślnie, z manierą podrywacza sprzedawczyń w galeriach handlowych.
- No dobrze. Ale co najwyżej godzinę, półtorej. Na więcej niestety nie mogę sobie pozwolić. Nie powiedziałeś mi tylko, co ty tutaj robisz.
- Przyjechałem w odwiedziny do znajomego, który studiuje w Hanowerze, ale on dzisiaj i jutro musi jeszcze zakuwać anatomię, więc będę sam. Gdzie się spotkamy?
- Może przy fontannie ze Szczurołapem?
- Takie miejsce znajdę na pewno. - Odchodząc, pomachał jej dłonią.
Kiedy Marietta przyszła kilka minut po czasie, Ruben już czekał z plastikowym kubkiem kawy Tchibo. Siedział na szerokich schodach prowadzących do kościoła kilka metrów od fontanny. Przestrzeń aż tętniła radością miejskiej wiosny. Na brukowanym placu kilkunastu młodych ludzi z egzaltacją wyśpiewywało swoje religijne nadzieje. Ich chóralnemu "szalom, szalom" wtórowały entuzjastyczne, półlatynoskie gitarowe rytmy. Ruben patrzył w ich stronę z nieukrywanym niesmakiem.
Marietta szukała go przez chwilę wzrokiem wśród tłumu studentów koczujących w słońcu na kamiennych stopniach. Wstał rozpromieniony, a kiedy podeszła, oznajmił:
- Pięknie wyglądasz. Na dzisiaj nasłuchałem się już dosyć agitujących pajacy. - Wskazał na śpiewającą grupę. - Pokażę ci wspaniałe miejsce, które odkryłem w przewodniku. Też takie... hmm... - dało się odczuć, że Ruben biedzi się, żeby znaleźć słowo, mające zbudować jego obraz jako osoby elokwentnej - takie bardzo historyczne. Zaparkowałem samochód bardzo blisko stąd.
- Ale nie wyjeżdżamy z miasta? - zaniepokoiła się trochę Marietta.
- Minimalnie... To miejsce jest tuż za miastem. Dosłownie na obrzeżach.
Uśmiechnęła się i skinęła głową. Podczas drogi Ruben mówił chętnie i dużo, opowiadając jej o sobie, swojej pracy i planach. Kiedy opowiadał o rzeczach, które naprawdę go interesowały, sprawiał jak najlepsze wrażenie i Marietta myślała o nim z rosnącą życzliwością.
- Spotykasz się kimś? - zagadnął ją od niechcenia, spoglądając w boczne lusterko.
- Nie - odpowiedziała i zaraz zawstydziła się tego kłamstwa. Chciała to nawet jakoś sprostować, ale poczuła zakłopotanie na myśl o wszystkich wyjaśnieniach i ewentualnych pytaniach Rubena.
Kiedy wyjechali poza miasto, przejeżdżając przez las wiodący do wioski, Ruben zatrzymał samochód, zjeżdżając kilka metrów w głąb leśnej drogi.
- Bardzo cię przepraszam - oświadczył z przepraszającym uśmiechem. - Głupio mi, ale naprawdę muszę na chwilkę wyskoczyć do lasu. Za dużo dziś kawy... Przepraszam cię okropnie...
- Dobrze. Poczekam. Nic się nie stało.
Kiedy odszedł, otworzyła okno i z satysfakcją wciągnęła wilgotne, leśne powietrze. "Jak dobrze, że zima minęła". Potem przejrzała się w lusterku. "No, nie jest znowu tak źle" - pomyślała wesoło. Miała jasną cerę z ledwie zauważalnymi piegami i ładne, regularne rysy twarzy. Od dawna przyciągała męskie spojrzenia. Kiedy usiłowała poprawić niesforne włosy, upuściła spinkę. Sięgając po nią pod fotelem, natrafiła na twardy przedmiot. Z ciekawości uniosła go trochę. Przez chwilę nie była pewna, na co patrzy. Przyjrzała mu się uważniej i prawie krzyknęła, kiedy dotarło do niej, co trzyma w rękach. Od razu wypuściła przedmiot. Przez kilka sekund pozostała sparaliżowana. "Uciekać!" - to było pierwsze, co w końcu przyszło jej do głowy.
- Już jestem - usłyszała, zanim zdążyła otworzyć drzwiczki. Ruben obrzucił ją przelotnym spojrzeniem. - Naprawdę przepraszam.
- Nie szkodzi. Wiesz, nie chciałam zostawiać samochodu, ale też chętnie skorzystałabym z postoju. Nie wiadomo, czy tam coś będzie teraz otwarte - powiedziała możliwie najspokojniejszym głosem, wiedząc, że gra toczy się teraz o jej życie.
Ruben spojrzał na nią uważnie i skinął głową.
- Jasne. Zaczekam.
Walczyła ze sobą, żeby nie zacząć biec od razu, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi citroena. Udało jej się opanować ten odruch. Jeden krok, dwa, trzy... Oby znaleźć się jak najdalej.
Las po prawej stronie wydawał się bardziej gęsty i robiło się już ciemno. "Kiedy tylko zniknę mu z oczu, pobiegnę" - pomyślała przytomnie. Gdy znajdowała się już około dziesięciu metrów od samochodu, Ruben otworzył drzwi. Nie oglądając się, przyspieszyła kroku. Usłyszała, że idzie w jej stronę. Nie wytrzymała i zaczęła biec.
- Hej, co ty wyprawiasz? - krzyknął za nią.
Marietta nie odpowiedziała ani nie zatrzymała się. Biegła jak na skrzydłach. Była szczupła i miała dobrą kondycję, więc ucieczka miała wielkie szanse powodzenia. Niestety po kilku krokach potknęła się o jakiś gruby konar i upadła. Zanim zdołała wstać, nieco zdyszany Ruben stał już przy niej.
- Nic ci się nie stało? Co ci odbiło? Zaczęłaś przede mną uciekać? - zapytał Ruben troskliwym tonem, pochylając się nad nią.
- Nie, wszystko w porządku. Coś mi się zdawało - powiedziała roztrzęsionym głosem. Wtedy zobaczyła jego zmienioną twarz i wiedziała już na pewno, że się uprzednio nie pomyliła.
Kiedy się ocknęła, była skrępowana, z zaklejonymi ustami. Leżała w ciemnym miejscu, które pachniało jakąś trudną do zdefiniowania stęchlizną i spalonymi włosami. Spojrzała do góry i zobaczyła sklepiony sufit, a z boku otwór okienny, przez który wdzierały się fragmenty splątanego korzenia drzewa, i Marietta domyśliła się, że uwięziono ją w piwnicznym pomieszczeniu. Kiedy udało jej się przekręcić głowę, tak żeby objąć wzrokiem większą część powierzchni, w resztkach światła z gasnącego dnia zobaczyła szczerbate, pnące się ku górze schody. Na ile była w stanie to ocenić, schody te musiały przynależeć do starej, zrujnowanej budowli. Mogły to być pozostałości pałacu, kościoła bądź nawet dużego starego domu. Chłodny las był zupełnie cichy o tej porze roku, więc przez piwniczny otwór nie dochodziły prawie żadne dźwięki, poza lekkim chrobotem. Marietta przez chwilę pomyślała o szczurach, ale wydało jej się nieprawdopodobne, żeby zwierzęta mogły żyć w takiej ruinie. Przez długi czas mocowała się z taśmą, którą była szczelnie oklejona, ale nie była w stanie jej w żaden sposób rozerwać. "Boże, nie chcę tutaj umierać!" - myślała w panicznym lęku.
Udało jej się tylko doturlać po zimnej podłodze do schodów, ale wysokie stopnie, niektóre zresztą zupełnie skruszałe, stanowiły dla niej przeszkodę nie do przebycia.
Marietta nieraz doświadczała rozmaitych lęków, ale ten strach teraz był inny, była to obawa o życie, ale również jakaś inna głęboka trwoga, której nie odczuwała chyba od czasu, kiedy była dzieckiem.
Kiedyś, podczas wakacji na wsi, rodzice wyszli z ciocią Irene i zostawili ją w nocy samą, w ciemnym domu na prowincji, gdzie niedawno zmarł jej wujek. Przy domu był duży, zapuszczony ogród z wielkim jesionem i posępnym grabem ocieniającymi stare, rozeschnięte okiennice. Marietta zaledwie parę dni wcześniej obejrzała z koleżanką horror, który przypominał się jej minuta po minucie tamtej nocy. W pewnym momencie bardzo zmęczona zasypiała już przy słabym świetle żarówki, kiedy usłyszała ciche pukanie do okna. Spanikowana wyskoczyła z łóżka, ale bała się wyjrzeć przez okno. Przesiedziała drżąca przy drzwiach do czasu, aż nie usłyszała głosu powracających rodziców. Od tamtej pory, aż do dziś, nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Teraz bała się w taki sam sposób. Nagle z zewnątrz doszedł ją jakiś niewyraźny dźwięk. To był silnik samochodu, który po chwili zgasł. Marietta zaczęła zanosić modlitwy do niebios, żeby to nie był Ruben, o ile w ogóle było to jego prawdziwe imię.
Usłyszała stąpanie na górze, a potem ostrożne kroki na schodach, i zobaczyła światło latarki. Po chwili strumień światła spoczął na niej, a kiedy przesunął się w bok, ujrzała wysokiego mężczyznę o nieco nalanej twarzy i jasnych kędzierzawych włosach. Uśmiechnął się do niej łagodnie.
- Rozumie pani po niemiecku? Jestem z policji z Hanoweru. Już panią rozwiązuję. - Pochylił się nad nią i zdjął plaster z jej ust. - Schwytaliśmy również tego mężczyznę, który tu panią przywiózł...
Marietta poczuła potężną ulgę i radość.
- Bogu dzięki! - Gdyby nie była związana, rzuciłaby się na szyję swojemu wybawcy.
- Czy był jakiś powód, dla którego panią napadł? Nam jak na razie nic nie powiedział... Czekamy na przedstawiciela waszej ambasady.
- Tak, piszę pracę o sierocińcach... Znalazłam w jego samochodzie... - Mimo ogromnej ulgi, w Marietcie nagle obudziła się czujność. - Proszę mnie najpierw uwolnić, opowiem wam wszystko na komisariacie.
Mężczyzna zbliżył twarz tak, że poczuła jego oddech. Nie przestawał się uśmiechać. Pogłaskał ją po policzku.
- Zdaje się, że pani już o mnie słyszała... To ja jestem tym kolegą Rubena, który będzie studiował dziś anatomię. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Słyszała pani szczury?
Przerażenie powróciło.
- Proszę! Nic nie wiem. Nikomu nie powiem. Zapomnę o wszystkim! - Zapłakała.
Tamten uśmiechnął się tylko bardziej, jakby dostał nieoczekiwany prezent, i ta szczera radość z jej cierpienia wydała się Marietcie czymś tak niezrozumiałym i obrzydliwie złym, że niemal niepojętym. Przez jej strach i ból przebiła się na moment jakaś niemalże perwersyjna ciekawość i pytanie: "Skąd w nich tyle okrucieństwa?".
Mężczyzna przypomniał sobie o czymś i zostawił ją znów samą. Gorączkowo starała się wymyślić sposób ucieczki.
- Spalimy ciało? - odezwał się ktoś u góry niskim, przyjemnym głosem i Marietta rozpoznała głos Rubena.
"Może to sen, może obudzę się rano w moim pokoju w Utrechcie" - myślała, dobrze wiedząc, że tak się nie stanie. "Nie, za chwilę tutaj umrę. A potem oni spalą moje zwłoki i nikt nawet nie będzie wiedział, co się stało".
Nie myślała wcale o zemście, ale świadomość, że tak nagle kończą się jej wszystkie dążenia, że zaraz wszystko zniknie i że nikt nie dowie się o jej prawdziwym losie, wydała jej się najstraszliwszym koszmarem.
"Dlaczego?" - pomyślała z wielką goryczą.
TYBINGA: 720 LAT PO WYJŚCIU DZIECI
Na stoliku przed młodym mężczyzną stała opróżniona do połowy butelka portugalskiego wina. Bar roił się od studentów, ale mężczyzna nie wyglądał na jednego z nich. Miał krótkie ciemne włosy, pociągłą twarz o ostrych rysach, takich jakie miewają serbscy oficerowie w filmach o wojnie na Bałkanach. Mógł uchodzić za przystojnego, gdyby nie dobrze widoczna blizna na policzku. Ta szrama, wyglądająca jak pamiątka po ciosie nożem, dodawała jego rysom zadziorności. Ubrany był w lekkie jasne spodnie, burgundową kamizelkę, a pod nią żółtą koszulę z podwiniętymi rękawami. Na ręce nosił prostokątny zegarek na skórzanym, ochrowym pasku. Sięgał właśnie po kieliszek, kiedy ktoś lekko stuknął go w ramię. Mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał wzrokiem kogoś, kto chce natychmiast odpowiedzieć na zaczepkę. Przy jego stoliku stał niewysoki mężczyzna w okularach.
- Gabor, to ty? - zapytał tamten niedowierzającym tonem.
Gabor przyjrzał się, jego twarz się rozluźniła i z uśmiechem wyciągnął rękę na powitanie:
- We własnej osobie, Tobias... Czego się napijesz? Siadaj!
Nowo przybyły zmrużył swoje oczy krótkowidza.
- Koniecznie! Tylko że umówiłem się na rynku ze znajomym. Spotkałeś już chyba kiedyś Hansa? Plan jest taki: pójdę po niego i ściągnę go tutaj. Nie widzieliśmy się tyle czasu... Musimy pogadać. Zniknąłeś tak nagle z Tybingi... Zaczekasz na nas? Koniecznie zaczekaj!
Tamten uśmiechnął się i wskazał na butelkę przed sobą.
- Nigdzie się nie wybieram.
Tobias wyszedł i Gabor znów został sam. Zamówił dwa Paulanery dla Tobiasa i Hansa. Za jego plecami trzy dziewczyny żarliwie dyskutowały o studiach. Ta, która siedziała najbliżej, miała twarz i kształty hożej dojarki uwodzącej chutliwych szynkarzy w bawarskich filmach erotycznych. Druga dziewczyna, szatynka, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Najwięcej, i ze sporą dawką emfazy, mówiła trzecia dziewczyna - była to ładna, wysoka blondynka o dużych jasnych oczach, pełnych malinowych wargach i sposobie bycia znamionującym świadomość własnej wartości. Dziewczyna z gatunku tych, za którymi nie sposób się nie obejrzeć.
Dziewczyny rozmawiały teraz o jakiejś książce i Gabor w pewnym momencie wtrącił się w ich rozmowę:
- Przepraszam, przysłuchiwałem się wam przez chwilę i bardzo zaciekawiło mnie, co to za książka, o której mówiłyście?
Dziewczyny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Próba zagajenia rozmowy wypadła rozbrajająco sztucznie. Mężczyzna mógł się podobać, ale wyglądał na niezbyt trzeźwego. Zdecydowanie nie wyglądał też na osobę, która zaczytuje się w literaturze teologicznej, czy w ogóle w jakiejkolwiek literaturze. Ta, która uprzednio mówiła o książce, zapytała go szybko:
- Interesujesz się może teologią judeochrześcijańską? - Jej koleżanki parsknęły cichym śmiechem, ale zaraz umilkły. Mężczyzna zlustrował blondynkę, zastanowił się przez chwilę i odpowiedział:
- ...Teologią? Tak... w sumie interesuję się trochę tym tematem... Oglądam każdy program o nowych odkryciach.
- Doprawdy?
- Tak. Lubię takie wciągające klimaty... Dobra ta książka, o której mówiłyście? Chętnie bym sobie poczytał coś dobrego. Kto to właściwie napisał, jakiś znany autor? Może o nim słyszałem. Znam chyba ich wszystkich z Discovery...
Dziewczyny znów spojrzały po sobie. Blondynka odpowiedziała ze szczodrą pobłażliwością:
- Obawiam się, że nikt aż tak znany, żeby pojawić się na Discovery. Książka opowiada o koncepcji zła w literaturze wczesnochrześcijańskiej. - A potem dodała już z czytelną złośliwością: - Jest tam jeszcze naprawdę dużo informacji o dendrytach i sporządzanych przez nich acheiropoietosach... Interesują cię te klimaty? - Spojrzała na niego, udając, że pytanie jest poważne. Jej koleżanka ukryła chichot w chusteczce higienicznej, a mężczyzna wyglądał jak ktoś, kto zupełnie nie nadąża za rozmówcą. Zakłopotany plątał się, jakby zdecydowanie nadużył alkoholu:
- O kim...? Dentyrach? Hmm... Zła w księgach... Nie wiem.. Tak, to ciekawe. I jest tam widać dużo o różnych intrygujących sprawach. Ciekawe... Pewnie studiujecie teologię? Ja też kiedyś chciałem, ale życie zdecydowało inaczej...
- Tak, studiujemy. Już kilka lat. Wybacz nam. Nie chciałybyśmy cię urazić, ale w tej książce naprawdę nie ma nic tak ciekawego, jak można obejrzeć w programach telewizyjnych. Jest raczej nudna. Nie sądzę, żebyś miał ochotę słuchać o takich nudnych rzeczach. Naprawdę.
Niechęć dziewczyny była już bardzo ostentacyjna. Mężczyzna przytaknął, zawstydzony:
- Masz rację. Przepraszam ogromnie, że się wtrąciłem, zresztą widzę, że nadchodzą moi znajomi. Może z nimi sobie trochę pogadam.
- Tak będzie najlepiej, dzięki. Pa! - Blondynka wyglądała na naprawdę zadowoloną z wyeliminowania podpitego amanta. Za to jej koleżanki wydawały się trochę rozczarowane takim obrotem sprawy. Obu spodobał się drapieżny i nieco egzotyczny wygląd rozmówcy.
Gabor mówił prawdę. Tobias właśnie wchodził z jeszcze jednym postawnym mężczyzną. Obaj podeszli do niego, a drugi gość przywitał się z nim bardzo wylewnie.
- Kogo ja widzę? Chyba ze trzy lata się nie widzieliśmy - mówił nowo przybyły, poklepując go po plecach. - Jak zwykle pojawiasz się jak meteor... Słyszałem, że znów wyjeżdżałeś...
- Cześć, Hans. Cóż, stały pobyt w jednym miejscu to zawsze dla mnie nieszczęście.
Gabor i nowo przybyli rozmawiali już kilka minut, kiedy dziewczyny, które zdążyły wrócić do swojej przerwanej rozmowy, spostrzegły towarzyszy mężczyzny, którego przed chwilą potraktowały tak obcesowo:
- Dobry wieczór, profesorze! - wykrzyknęły niemal jednocześnie.
- Dobry wieczór... A, to ty, Lena. - Hans rozpoznał w pewnej siebie blondynce swoją studentkę. - Cóż za miły zbieg okoliczności...
Wbrew ostatnim słowom widać było wyraźnie, że Hans bynajmniej nie uważa tego zbiegu okoliczności za szczególnie miły i jest zakłopotany, nie wiedząc za bardzo, co należałoby mówić do studentek napotkanych w barze i czy w ogóle wypada z nimi w takich okolicznościach rozmawiać. Szukał na gwałt tematu i w końcu szczęśliwie go znalazł.
- Chciałem paniom kogoś przedstawić. To jest pan doktor Gabor Horthy, znakomity wykładowca Studiów Orientalnych z Uniwersytetu w Budapeszcie. Jego książkę polecałem wam na ostatnich zajęciach przed przerwą świąteczną... Tę o wczesnochrześcijańskiej interpretacji zła... Może przekonam go nawet, żeby przeprowadził dla was wykład. - Wskazał z lekkim ukłonem na Gabora. I zrobił to z pewną ulgą, jakby tym samym przerzucał ciężar rozmowy na Węgra.
Tamten skłonił się bez słowa Lenie, a dziewczyna zamarła. Jej twarz przybrała barwę purpury tyryjskiej. To zmieszanie było wystarczająco czytelne, żeby zwrócić uwagę Hansa. Uśmiechając się łobuzersko, wskazał palcem na Horthyego i wyjaśnił:
- Wiem, pan Horthy nie wygląda jak akademik... Też byłem zaskoczony. - Węgier przybrał sceptyczny wyraz twarzy, ale Hans kontynuował: - Wyobraźcie sobie, że mieszkał przez rok w syryjskiej wiosce, jedynie po to, żeby szlifować aramejski, i z powodzeniem uprawiał boks. Co tam jeszcze... przepłynąłeś chyba kiedyś kajakiem Nil Błękitny? - zwrócił się do Horthyego.
- Nie, przepłynąłem zaledwie fragment, i to nie był boks - zaprzeczył z uśmiechem Horthy. - A w Syrii też mieszkałem krócej. Ale dziękuję, Hans. Naprawdę nie powinieneś zanudzać studentów moim życiorysem i moimi książkami. - Mówiąc to, patrzył Lenie prosto w oczy.
- To bardzo ciekawa praca... - wykrztusiła dziewczyna. Wyglądała na zupełnie rozbitą - biedna, pokonana Kleopatra na łasce nieznanego Rzymianina. Egipskie oktary płoną gdzieś pod Akcjum, a bezlitosny Rzymianin bynajmniej nie zamierza osładzać jej klęski. Dziewczyna próbowała się jeszcze usprawiedliwiać, ale Horthy zignorował to, odwrócił się do niej plecami i wskazał swoim towarzyszom jakiś dalszy stolik, gdzie mogliby swobodniej rozmawiać. Potem jednak od czasu do czasu czuł na sobie spojrzenia studentek.
Tuż po tym, kiedy pożegnał się z przyjaciółmi i także zbierał się do wyjścia, usłyszał za sobą:
- Zrobił pan ze mnie idiotkę! - Lena uznała, że z kolegą wykładowcy automatycznie wypada przejść na pan.
Horthy obrzucił ją bystrym wzrokiem i uśmiechnął się.
- Nie była pani zbyt miła i zasłużyła sobie na to pani z nawiązką. Ale nie sądziłem, że się pani na to złapie...
- Przepraszam, rzeczywiście widocznie jestem idiotką. Muszę już iść.
- Odprowadzę panią. Porozmawiamy po drodze o dendrytach i ich acheiropoetosach. To w ostatnich czasach wyjątkowo niedoceniana twórczość.
Blondynka wydęła usta.
- Już przecież przeprosiłam.
- Dlatego właśnie panią odprowadzę.
- Może nie mam na to ochoty...
- Owszem, ma pani. Chce pani przecież odrobić to wrażenie z początku naszego spotkania. I na pewno nie chce pani, żebym odprowadzał pani koleżankę. Dam pani zatem tę szansę, której pani wcześniej nie miała ochoty mi ofiarować.
Blondynka spojrzała na niego i po raz pierwszy odwzajemniła uśmiech. Obróciła się w stronę koleżanek i pomachała im na pożegnanie.
- Ale proszę niczego sobie nie obiecywać, doktorze Horthy!
------------
Gabor Horthy wracał ze swojego tymczasowego biura, ulokowanego w budynku, który od mieszczącego się tam wydziału nazywano Theologicum. Był to piaskowy gmach słusznych rozmiarów, zbliżony kształtem do litery E, połączony przejściem z oktagonalną biblioteką. Jeden z wielu majestatycznych budynków Tybingi, przywołujących świetną uniwersytecką przeszłość miasta.
Horthy wybrał drogę przez cmentarz po drugiej stronie ulicy. Nie była to najkrótsza trasa do akademickiego hotelu na wzgórzu, ale nie żałował czasu na tego typu wędrówki. Cmentarz był urokliwy, gęsto porośnięty drzewami. W środku placu bieliła się kaplica, a w samym centrum przy murze stał zgniłozielony, metalowy krzyż, który wyrastał z grobu oszalałego poety Hölderina. Dożył on tu swych ostatnich, raczej smutnych dni, na koszt rodzinnego miasta. Na jasnej, miejscami zielonkawej płycie nagrobka leżało trochę kamieni oraz kilka pożółkłych liści grabu. Horthy, przechodząc, bezwiednie czytał kolejne złocone epitafia. Cmentarz stanowił drugą, odrębną uczelnię - profesorowie chirurgii spoczywający przy doktorach prawa i wykładowcach języków orientalnych. Definitywny kres godzin studiów spędzanych przy świecach, lampach oliwnych i elektrycznych.
Na jednej ze ścieżek przecinających nekropolię Węgier zatrzymał się przy białym, gładko wypolerowanym krzyżu, odcinającym się od tła lekko już zjesienniałej zieleni. Rozwrzeszczane ptaki, które upodobały sobie ten fragment cmentarza, na chwilę nieznacznie przycichły. Horthy przystanął przy krzyżu. Było to ostatnie miejsce spoczynku sławnego dziewiętnastowiecznego orientalisty i teologa, Augusta Erdmanna. Horthy znał dobrze nazwisko tego badacza, ale kiedy przyglądał się literom z pomnika, poczuł się nieswojo. Później, kiedy zastanawiał się nad tym wrażeniem, nie potrafił go dobrze zdefiniować ani odtworzyć. Było to coś niby déja vu, ale jeszcze bardziej odczucie, jakby przyszedł na grób kogoś, kogo niegdyś znał osobiście. Impresja zarazem silna i niepokojąca.
Węgier pochylił się i z zaciekawieniem przyjrzał słowom na poziomym ramieniu wielkiego marmurowego krzyża. Miejsce urodzenia Augusta Erdmanna było zatarte. Pojawiała się tylko łacińska data 1799. Pod miejscem śmierci znalazł się zapis roku zgonu - 1868.
Natomiast trochę niżej czarnymi gotyckimi literami wpisano słowa:
On sam cię uratuje z sideł myśliwego i od zgubnej zarazy.
Pod cytatem znajdowało się jeszcze słabo czytelne numeryczne odniesienie do pasażu biblijnego, ale Horthyego bardziej zaintrygował wybór cytatu. Jak na epitafium były to nietypowe strofy. Nie wiadomo, czy sam Erdmann, czy raczej jego bliscy uznali, że nawet po śmierci wypada wyróżnić się z otoczenia. Horthy obiecał sobie, że sprawdzi ten ustęp w Biblii. Był ciekaw, czy istnieje jakaś jego wykładnia lub może bezpośredni związek z Erdmannem, który wyjaśniłby taki właśnie wybór.
- Profesor August Erdmann - przeczytał na głos Horthy i znów pojawiło się to dziwne wrażenie. Przez chwilę mignął mu dziewiętnastowieczny sztafaż miasta, a potem obraz wypełnionej książkami, sklepionej sali i klasztornego dziedzińca, w którego centrum stała rzeźba.
Gdzie to było? Horthy nie znał tych miejsc z przeszłości i zupełnie nie potrafił ich zidentyfikować. Może obrazy pochodziły z jego zapomnianych snów? A może była to tylko wyobraźnia?
Przystanął przy rzeźbie Maryi, trzymającej za rękę marmurową dziewczynkę, która z dziecięcym zaciekawieniem wpatrywała się w jej twarz. Obie figury były całkowicie przykryte olbrzymim sklepieniem bluszczu. "Lepiej wracajmy już do żywych" - pomyślał, nie mogąc uwolnić się od nieprzyjemnego wrażenia, że coś jest nie na swoim miejscu.
Uniwersytecki hotel przy Lessingweg leżał na wzgórzu, ale codzienna wspinaczka była niewielką niedogodnością w zestawieniu z krajobrazem widocznym z okien jego pokoju na poddaszu. W dole czerwieniły się trójkąty dachów z górującą nad nimi bryłą zamku, a w dali majaczyły podłużne wierzchołki Jury Szwabskiej, w które musiał niegdyś wpatrywać się biedny, oszalały Hölderin.
Horthy przyjechał do Tybingi na krótki okres, głównie po to, żeby skorzystać z biblioteki Wydziału Teologicznego i przejrzeć siedemnastowieczny etiopski manuskrypt, któremu zamierzał poświęcić niedługi przyczynek. Jego dawny promotor, profesor Betz, poprosił go, żeby część tego czasu spędził w jego domu, opiekując się nim pod jego nieobecność.
Węgier mieszkał w Tybindze już wcześniej, kiedy był doktorantem Betza na miejscowym uniwersytecie. Studia trwały cztery lata, ale Horthy znaczną część tego czasu spędził na badaniach we Włoszech, Irlandii, Libanie oraz tej syryjskiej wiosce, o której wspomniał w barze Hans. Miał jednak do miasta szczególny sentyment i po Eger i Budapeszcie właśnie to miejsce uważał za trzeci ze swoich doraźnych domów.
W pokoju zastanawiał się trochę nad wrażeniem, którego doznał, kiedy znalazł się przy grobie Erdmanna. Przypomniały mu się również dziwaczne słowa cytatu z krzyża. Widywał różne rodzaje epitafiów, wśród nich również wiele z fragmentami Biblii, ale dotąd nie zetknął się z wykorzystaniem tego wersu. Zaparzył kawę i postawił kubek przy klawiaturze. Róż nad wzgórzami za oknem zaczynał już ciemnieć. Wpisał słowa z nagrobka w wyszukiwarkę. Tekst pochodził z Księgi Psalmów. Horthy miał wrażenie, że na nagrobku pojawił się skrót innej księgi, ale nie był pewien, czy pamięć go nie zawodzi. Zabierał się do włączania programu biblijnego, którego najnowszą, piracką wersję niedawno zainstalował, kiedy zadźwięczał telefon. Dzwonił jeden z uniwersyteckich kolegów, aby zapytać o pożegnalny wykład profesora Betza. Horthy podzielił się z nim informacjami, a po skończonej rozmowie przypomniał sobie o obowiązkach. Pracował do późna i nie wracał już do cytatu z nagrobka ani dziwnych wrażeń z cmentarza. W nocy nie spał dobrze. Zdawało mu się przez sen, że słyszy odgłosy drapania, jakby w budynku zaległy się szkodniki, oraz cichą muzykę, ale za każdym razem, kiedy się budził, panowała głęboka cisza.