V.
Wieczorem zadzwonił Wiesiek. Słyszałem dochodzące z oddali odgłosy rozmów, więc domyśliłem się, że ciągle był w biurze.
- Nie podpiszesz za porozumieniem stron? - Trudno było powiedzieć, czy pytał, czy raczej stwierdzał.
- Jeszcze nie zwariowałem - odparłem, bawiąc się pilotem od telewizora. Siedziałem rozwalony na kanapie z piwem w ręku i oglądałem jakiś głupi serial, czyli robiłem dokładnie to, co nie leżało w mojej naturze.
- No, dobra - stęknął. - Przyślemy ci wypowiedzenie, ale nie musisz przychodzić do pracy. Wiesz, co to oznacza?
- Mhm, domyślam się. Minimalna krajowa bez dodatków.
- Właśnie... - Jego głos nie brzmiał zbyt pewnie. - No, OK... To... na razie.
- A, czekaj! - Przypomniało mi się.
- Tak?
- Chciałem cię o coś zapytać, ale prywatnie.
- No?
- Opowiadałeś kiedyś o notariuszce, z którą załatwiałeś poświadczenie dziedziczenia po śmierci matki.
- Yyy... No, tak... To moja kuzynka, Weronika. A co?
- Dasz mi do niej namiar? Mówiłeś, że to solidna firma.
Mogłem nie lubić Wiesława, ale żaden stary wyga księgowy nie nająłby byle jakiego prawnika. Poza tym wyczułem w jego zachowaniu delikatne poczucie winy, więc przypuszczałem, że będę mógł liczyć na bardziej preferencyjne warunki. I nie pomyliłem się.
Jeszcze tego samego wieczora notariusz zadzwoniła do mnie Weronika Weiss.
- Wiem, że jest późno, ale dopiero skończyłam pracę, a jutro od rana znów to samo, więc... - tłumaczyła się.
- Nie ma sprawy. Cieszę się, że pani zadzwoniła. - Zerknąłem na zegarek, było dziesięć po dwudziestej drugiej. - Nie sądziłem, że notariusze też pracują w długi weekend.
- A, tak! - zaśmiała się. - Ale to chyba też pracoholizm. Wiesiek mówił, że potrzebuje pan pomocy.
- Potrzebuję dobrego notariusza. Widzi pani, pół roku temu zmarł mój brat...
- Och, przykro mi. - Brzmiała szczerze.
- Dziękuję. Cóż... Niestety umknął mi fakt, że jedyne, co dziedziczę, to jego liczne długi.
- Ojej! Fatalnie! I minęło pół roku?
- Zgadza się. I nie mogę nawet udawać, że dowiedziałem się o jego śmierci później.
- Hmm... - westchnęła i przez chwilę nic nie mówiła. - No ale dobrze byłoby sprawdzić, czy jednak miał jakiś majątek. Miał coś?
- Poza reputacją - nic. Wszystko, co zostało po naszych rodzicach i siostrze, oddał mnie. To znaczy zrzekł się tego, bo chciał... Twierdził, że to rekompensata za pewne jego działania.
- Aha, aha. I to odbyło się oficjalnie?
- Tak. Dzięki temu... majątkowi mogłem kupić mieszkanie, a raczej szybciej spłacić kredyt.
- Jeju, żeby go pan teraz nie stracił! Trzeba działać i to szybko. No, dobra. To może... Niech pan pozbiera wszystkie dokumenty, zwłaszcza z mieszkania brata...
- Jeszcze tam nie byłem - przyznałem, czując ucisk w żołądku.
- No, to koniecznie trzeba tam iść! Proszę zabezpieczyć każdy możliwy papier i jak pan będzie miał to wszystko, proszę przyjść do mnie na Złotą z aktem zgonu, zaświadczeniem o numerze PESEL i ostatnim miejscem zameldowania brata. Ja zajmę się resztą. Najważniejsze to ustalić, czy coś z jego majątku można jeszcze spieniężyć i spłacić te długi. Z aktem zgonu może pan iść do banków.
Nie przypuszczałem, by Roland miał konto, na którym były pieniądze, ale i tak zapisałem sobie tę uwagę w notatkach. Rozmawialiśmy jeszcze dłuższą chwilę, głównie o rodzajach należności, jakie na mnie spadły, a potem rozłączyłem się i poszedłem spać. Miałem zamiar wypocząć, by pozostałe dni weekendu spędzić na dalszym obmyślaniu dalszej strategii działania. Niestety nie było mi to dane, ponieważ ciężko się rozchorowałem.
Musicie wiedzieć, że ja nigdy nie chorowałem. W dzieciństwie przeszedłem kilka podstawowych chorób, typowych dla tego okresu życia, ale potem ani razu nie musiałem brać wolnego z powodów zdrowotnych. Teraz też nie musiałem, wszak mnie zwolnili, a jednak odczuwałem silny dyskomfort psychiczny, widząc, jak moje ciało odmawia posłuszeństwa.
Obudził mnie potworny ból gardła. W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć, co się dzieje. Patrzyłem na pogrążony w ciemności pokój, mrugałem powiekami i masowałem szyję, która wydawała się nieco obrzęknięta. Jednak kiedy moim ciałem wstrząsnęły silne dreszcze, pojąłem, że nadchodzi coś poważniejszego. Obawiałem się, że będę miał gorączkę, ale za jakiś czas zacznę czuć się lepiej, nie przypuszczałem jednak, że to nie fizyczne dolegliwości będą najbardziej przerażające.
W pokoju było nadal ciemno, ale jego twarz widziałem bardzo dokładnie. Stał nade mną i gapił się tym swoim zamglonym od wódy wzrokiem.
- Zbyniu - usłyszałem dawno niesłyszany głos, wyrażający ni to pretensję, ni to błaganie.
Ojciec chwiał się i machał jedną ręką, a w drugiej trzymał butelkę z piwem, którego używał do "leczenia" kaca. Mógłbym przysiąc, że czułem smród gorzały wydobywający się z jego paszczy, lecz najgorsze były oczy, świecące w mroku czerwonym blaskiem.
Oddychałem ciężko, nie mogąc się ruszyć.
Czy to sen, czy ja naprawdę go widzę? Mam halucynacje spowodowane wysoką gorączką, a może umarłem i trafiłem do miejsca, do którego trafił mój nieżyjący ojciec?
Zamknąłem oczy, co wcale nie przyszło mi łatwo. Po chwili odzyskałem władzę nad resztą ciała, więc naciągnąłem kołdrę pod brodę i leżałem nieruchomo. Byłem rozpalony i marzyłem o łyku chłodnej wody, ale nadal czułem jego obecność w pokoju.
Udało mi się zasnąć, bo kiedy znów otworzyłem oczy, na dworze szarzało. Z trudem uniosłem się na łokciu i sięgnąłem po stojącą obok łóżka butelkę z wodą. Gardło wciąż mnie bolało, więc przełykanie stanowiło niemały problem, na tyle duży, że zacząłem rozważać umówienie się do lekarza.
Może potrzebuję antybiotyku? - przeszło mi przez myśl. Wtedy znów go usłyszałem.
- Zbyniu. - Tym razem brzmiał, jakby był rozbawiony.
Uniosłem lekko głowę i z przerażeniem dostrzegłem go siedzącego w kącie pokoju. Zajmował szeroki fotel z pluszowym obiciem. Fotel, na którym spędzał większość swojego pijackiego życia. Fotel, jakiego nie miałem w swoim domu i nigdy nie zamierzałem mieć.
Jego oczy nadal świeciły na czerwono, jakby był dziką bestią napotkaną na leśnym szlaku nocą, a nie wspomnieniem człowieka.
Niestety, pojawiał się w moim pokoju przez kolejne dwa dni, zawsze wtedy, gdy czułem się gorzej, jakby stanowił dodatkowy element mojego udręczenia. Przez cały ten czas nie umiałem ocenić, na ile byłem przytomny, a na ile śniłem bardzo realne sny. Nikt się ze mną nie kontaktował, co wcale nie było dziwne, biorąc po uwagę fakt, że akurat był długi weekend i że nie otaczałem się nigdy żadnymi znajomymi. Mógłbym umrzeć w tym swoim mieszkaniu na Bemowie i dopiero smród rozkładającego się ciała zaalarmowałby sąsiadów.
- Albo i nie - szepnąłem do siebie, śmiejąc się pod nosem.
Myślałem, że będę chory długo. Nie miałem żadnych leków w domu, mało piłem, nic nie jadłem i wciąż prześladował mnie martwy ojciec z twarzą bestii... Jednak w poniedziałek nad ranem "odwiedził" mnie ktoś jeszcze.
- Zbychu!
Poczułem szarpnięcie za ramię. Otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą twarz Rolanda.
- Co?! - burknąłem ze złością, zapominając o tym, że mój brat nie żył od pół roku i że od lat się z nim nie widziałem osobiście.
- Wstawaj!
Chciałem odwinąć się nieprzyjaznym gestem albo słowem i nawet machnąłem ręką, ale złapałem jedynie zatęchłe powietrze w swoim mieszkaniu. Otworzyłem szerzej oczy i z ulgą stwierdziłem, że jestem sam, a w dodatku nie mam gorączki i czuję się zdecydowanie lepiej. Dotknąłem szyi i spróbowałem przełknąć ślinę. Wszystko wydawało się zmierzać we właściwą stronę, więc powoli usiadłem na łóżku i opuściłem stopy na chłodną podłogę.
Pokój wirował lekko przed moimi oczami i bardzo chciało mi się pić. Podniosłem butelkę stojącą obok łóżka. Była pusta, więc musiałem wstać i iść do kuchni po kranówkę, rozmyślając jednocześnie o tym, że nie mam nic do jedzenia. Kiedy byłem w przedpokoju, ktoś zapukał do drzwi.
W poniedziałek rano? - zdziwiłem się.
Miałem wątpliwości, czy powinienem w ogóle sprawdzać, kto się do mnie dobija. Na pewno nie był to nikt znajomy, a ja nie wyglądałem najlepiej i nawet nie miałem na sobie spodni. Mimo wszystko ciekawość zwyciężyła i po chwili namysłu otworzyłem.
- To my! - powiedziała dziewczyna z długim brązowym warkoczem, przerzuconym przez ramię.
- Słucham? - Byłem niemal pewien, że nadal mam halucynacje.
Trzy młode osoby stały na progu mojego mieszkania - dwóch wysokich chłopaków i długowłosa panienka o wyglądzie pensjonarki. Nie wyglądali groźnie, ale obok ich nóg leżały jakieś tobołki, które wzbudzały we mnie lekki niepokój.
- No... dzwoniliśmy... - powiedziała panienka niepewnie, zerkając na kolegów. - Rozmawialiśmy w weekend.
- O czym?
- O wynajmie. Dla nas.
W pierwszym odruchu chciałem zatrzasnąć im drzwi przed nosami, domyślając się, że pomylili mieszkania. Wiedziałem, że sąsiedzi z piętra wyżej regularnie wynajmowali pokoje studentom i ta trójka najpewniej tam nie dotarła z jakiegoś powodu. Jednak ów odruch minął, kiedy dostrzegłem w tej sytuacji pewną szansę dla siebie.
- Aha... - powiedziałem, starając się grać nieco na zwłokę. - Jasne... Tylko że ja jestem nieco niedysponowany.
- Och! - wyrwało się całej trójce z młodych piersi.
- No. - Pokiwałem smętnie głową. - Miałem w weekend grypę czy coś, więc nawet nie pamiętam naszej... rozmowy.
- Ojej! - pisnęło dziewczę. - I co teraz? My naprawdę potrzebujemy...
- Nie powiedziałem, że wam nie wynajmę - przerwałem jej. - Tylko że jestem nieco w proszku. Wejdźcie. - Zrobiłem im przejście do przedpokoju. - Duży pokój po prawej.
Kiedy zamykałem za nimi drzwi, pomyślałem, że w ten właśnie sposób niewinne ofiary trafiają w szpony zboczeńców i seryjnych morderców.
- Na razie mogę wam zaproponować ten pokój - powiedziałem. - Jest większy, więc się pomieścicie. No i ma balkon.
- Jest świetny - stwierdziła dziewczyna, po czym potrząsnęła głową i wyciągnęła dłoń. - Ewelina jestem.
- Zbyszek.
W jej oczach zagościł niepokój, ale po sekundzie znów była radosna i pełna ufności.
- To Radek i Przemek. I naprawdę, ale to naprawdę potrzebujemy tego mieszkania... pokoju...
Uniosłem dłoń.
- Mogę wynająć całe mieszkanie, ale przez tę chorobę po prostu nie dałem rady przenieść się do... na... na Wolę.
Oczywiście, że na Wolę! Tam były mieszkania zajmowane przez Rolanda.
- To nic! - Ewelina machnęła ręką. - Na razie zostaniemy tutaj. On... Przemek jutro pisze maturę i po prostu musimy nad nim popracować, żeby zdał.
- Maturę? - zdziwiłem się, patrząc na Przemka, który nie wydawał się aż tak młody.
- Mhm. Jesteśmy z jednej miejscowości, znamy się od zawsze, ale on chodził do technikum, a w dodatku kiblował jeden rok, więc...
- To bardzo miło z waszej strony, że chcecie mu pomóc - zauważyłem uprzejmie, siląc się na uśmiech. - Więc zamierzacie się tu uczyć?
- Oj, tak! - sapnęła dziewczyna. - Do naszej sesji jeszcze trochę zostało, więc na razie się nim zajmiemy.
- Obiecaliśmy jego mamie - dodał Radek, kiwając głową.
Przemek wciąż milczał, a na jego twarzy dostrzegłem smutek zmieszany z rezygnacją.
- Więc nie pozostaje mi nic innego, jak pozwolić wam skupić się na nauce. - Kolejny wymuszony uśmiech sprawił, że poczułem delikatny skurcz w żuchwie. - A ja muszę się w końcu ubrać. Przepraszam, że tak paraduję tu w bieliźnie przed wami.
- Spoko gatki - mruknął Przemek. - Lubię bokserki w kratkę. Mam tylko takie.
Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, Ewelina pacnęła go w ramię.
- Ty nie myśl o kratkach, tylko o polskim - burknęła.
- W porządku, zostawię was i zajmę się swoimi sprawami. Potem domówimy szczegóły.
- A, właśnie! - przypomniało się Ewelinie, która sięgnęła do torby. - Czynsz za pierwszy miesiąc plus umówiona kaucja. Dziękujemy, że zgodził się pan na kaucję za jeden miesiąc. Zazwyczaj wynajmujący chcą za dwa albo nawet trzy.
- Yyy... tak... - zacukałem się na chwilę, biorąc od niej plik banknotów. - Nie ma problemu.
W ten sposób nie musiałem ustalać wysokości czynszu, wystarczyło przeliczyć kwotę, jaką dostałem, i podzielić ją na dwa. Zresztą wszyscy troje, a zwłaszcza dziewczyna, wyglądali na takich, których nie trzeba gonić za zaległe należności.
Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale oni zajęli się sobą i w jednej chwili przestali w ogóle zwracać na mnie uwagę.
Niejeden z was zapewne głowi się, jak to możliwe, że zaprosiłem najemców do nieprzygotowanego mieszkania. Otóż moje mieszkanie i tak przypominało skromny akademik, jak to ujęła kiedyś jedna z moich dziewczyn. Nie było w nim niczego, co zakwalifikowałbym jako zbędne. Dlatego ci młodzi ludzie mogli od razu rozpakować tobołki i zająć się swoimi sprawami.
Wyszedłem z pokoju, ściskając w dłoni pieniądze. Chciałem iść po portfel, żeby je zaraz policzyć i schować, ale ktoś znów zapukał do drzwi wejściowych.
Zdębiałem.
Może to sąsiedzi z piętra wyżej przyszli po swoich skradzionych najemców?
Obejrzałem się w stronę pokoju z balkonem, ale studenci nie interesowali się niczym innym poza sobą, więc zamknąłem drzwi i poszedłem zerknąć przez wizjer.
Ojciec Rafał!?
Otworzyłem, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo ksiądz wydał z siebie cichy okrzyk.
- Boże! Jak ty wyglądasz?! - zawołał, mierząc mnie wzrokiem z góry na dół.
- Co? Ale... co ksiądz tu robi?
- Jak to co? Dzwoniłem do ciebie w sobotę i powiedziałeś, że jesteś bardzo chory. Podobno nie masz co jeść, więc obiecałem, że cię odwiedzę dziś, bo wczoraj było święto i nie dałbym rady. Naprawdę się martwiłem i widzę, że miałem powody.
- Aha... - Stałem z rozdziawioną gębę, a gdy chciałem podrapać się po głowie, zorientowałem się, że w jednej dłoni wciąż trzymałem pustą butelkę na wodę. - To... proszę wejść. Ja mam... mam tu pewną sytuację - powiedziałem szeptem, po czym wyjrzałem na korytarz, sprawdzając, czy ktoś tam nie stoi i nie podsłuchuje.
- Co się stało? - zapytał Rafał, także szeptem.
- Ukradłem sąsiadowi z góry najemców.
- Co zrobiłeś? - Ksiądz spojrzał na mnie zdumiony, a potem podniósł dłoń i dotknął mojego czoła.
- Chodźmy do pokoju, to wyjaśnię...
Nie zdążyłem jednak zrobić kroku, bo Przemek otworzył drzwi i stanął jak wryty na widok dominikanina w białym habicie.
- O, właśnie! - zawołałem z udawanym entuzjazmem. - To jeden z tych najemców, o których mówiłem. A to ksiądz Rafał.
- Ojciec - poprawił mnie duchowny, uśmiechając się niepewnie.
- A... miło mi - wydukał Przemek, a zza jego pleców wyłoniły się głowy jego przyjaciół. - Jestem Przemek i... będę tu mieszkał.
- Świetnie! To może mi opowiedzcie więcej o sobie, co? - zaproponował ojciec Rafał. - A Zbyszek się w tym czasie ubierze.
- No, tak... - Spojrzałem na gołe nogi i coraz bardziej zmarznięte stopy. - Dobry pomysł.
Wpadłem do małego pokoju i przymknąłem za sobą drzwi, ale i tak słyszałem wszystko, co się działo. Przemek poszedł do łazienki, a ksiądz zaczął regularne przesłuchanie pozostałej dwójki.
- To będziecie tu sobie mieszkać u Zbysia, tak? - zapytał wielce uprzejmym głosem.
- Tak - odparła Ewelina. - Musimy przygotować kolegę do matury.
- Trochę późno, co? - zaśmiał się.
- Lepiej późno niż wcale. A ojciec skąd zna pana Zbyszka?
- O, uczyłem go w szkole religii. Znam go od bardzo dawna. To porządny człowiek. Powiedzcie mi... kto szuka mieszkania na wynajem w maju? Coś się pewnie niemiłego wydarzyło, co?
- No, niestety - mruknęła dziewczyna. - Poprzedni właściciel kazał się nam wyprowadzić przed długim weekendem. Z dnia na dzień.
- Oj, przykro mi.
- No... Wróciliśmy do domu i okazało się, że nasz przyjaciel pisze maturę i jest, delikatnie mówiąc, w lesie z nauką, więc...
- Postanowiliście mu pomóc. To bardzo szlachetne. No, myślę, że tu będzie wam dobrze. - Ostatnie zdanie nie zostało wypowiedziane zbyt pewnym tonem. - Należycie do jakiegoś duszpasterstwa akademickiego? Bo jeśli nie, to zapraszam do nas na Freta.
- Yyy... Zobaczymy... Bardzo chętnie. Dziękujemy.
- Tak... ekhm... - Radek chrząknął. - Dziękujemy.
Ubrany i uczesany zjawiłem się w przedpokoju. Rafał uśmiechnął się na mój widok i uniósł trzymaną w dłoni płócienną torbę.
- Przyniosłem ci coś dobrego do jedzenia - poinformował.
- Chciałem pojechać załatwić sprawę mieszkania Rolanda...
- Nie, nie! - przerwał mi, kiwając palcem. - Najpierw coś zjesz.
- Niech pan coś zje. - Ewelina kiwnęła głową. - Wygląda pan bardzo blado. My wracamy do nauki.
Zaprowadziłem Rafała do kuchni i zamknąłem za nami drzwi. Ksiądz postawił torbę na blacie i zaczął wyjmować przyniesione produkty. Na stole pojawiła się butelka miodu pitnego.
- To sobie zrobisz na gorąco przed snem. Najlepiej z przyprawami, żeby się lepiej spało. Więc? Czemu mówiłeś, że ich ukradłeś?
- Bo chyba tak było. Zakładam, że chcieli wynająć od sąsiada z góry, ale u nas piętra i drzwi są dziwnie oznaczone, ludzie się często mylą.
- Coś podobnego? - parsknął, wyjmując pęto kiełbasy i ciemny chleb.
- Czy według wiary katolickiej to grzech?
- Nie mam pojęcia - przyznał, chichocząc. - Daj talerz i nóż. Zrobię ci kanapkę, a ty wstaw wodę na herbatę. Mnie zrób kawę. No i co? Udałeś Greka i ich zaprosiłeś do siebie?
- Dokładnie tak. Zapłacili mi za miesiąc z góry, a ksiądz wie, że teraz u mnie z kasą może być krucho.
- No, tak... - westchnął, krojąc chleb. - Nasyp mi więcej tej kawy. Strasznie mnie poranny pacjent wynudził.
- Pomyślałem, że jeśli uda mi się przejąć mieszkanie Rolanda, długotrwały wynajem może mi bardzo pomóc.
- Rozumiem. I chcesz teraz jechać to załatwić?
- Tak. Podjadę do ZGN i pogadam z ludźmi.
- Pojadę z tobą - zakomunikował zdecydowanym tonem.
- Naprawdę? - Moja dłoń zawisła z czajnikiem nad kuchenką. - Czemu?
- Bo mam przeczucie, że przyda ci się wsparcie - odparł, wydymając usta. - Podpowiada mi to doświadczenie.
Chleb i wędlina były bardzo smaczne, a ja bardzo głodny, więc szybko napełniłem pusty żołądek. Ojciec Rafał posłodził mi herbatę miodem, a sam delektował się mocną jak siekiera, niesłodzoną plujką, którą mu przygotowałem.
- Wie ksiądz, ja w ogóle nie pamiętam naszej rozmowy - powiedziałem między jednym kęsem chleba a drugim.
- Jakiej rozmowy?
- No, tej telefonicznej. W ogóle nie kojarzę, żebym z kimś rozmawiał.
- Nie dziwię się. Brzmiałeś fatalnie. Zresztą odebrałeś dopiero za trzecim albo czwartym razem.
- Serio? - zmarszczyłem brwi. - Kiedy to było?
- W sobotę wieczorem. Niestety przeor nie pozwolił mi jechać do ciebie w niedzielę, bo było za dużo pracy, sugerował, żebym wysłał pogotowie, ale ostatecznie nie zadzwoniłem nigdzie... Może niesłusznie.
- Cóż... Jak widać, nic mi nie jest. - Wzruszyłem ramionami.
- Nie powiedziałbym. Wyglądasz nieciekawie.
- Nieciekawie to się czułem jeszcze tej nocy. Nad ranem zaczęły wracać mi siły. W sumie... sam nie wiem, czemu zachorowałem i czemu mi przeszło.
Rafał przyjrzał mi się z zainteresowaniem.
- A co wydarzyło się wcześniej? - zapytał.
- Jak to co? Straciłem pracę, wpadłem w nie swoje długi... Same przyjemności.
- Jednak kiedy ostatnio cię widziałem, nie byłeś aż tak zmarnowany - zauważył. - Dlatego pytam, co wydarzyło się bezpośrednio przed tajemniczym zachorowaniem?
Mimo że nie miałem zamiaru z nikim dzielić się czymkolwiek z tego, co mnie spotkało, opowiedziałem mu o wszystkim: o telefonie z pracy, o rozmowie z notariuszką, o pierwszych objawach choroby, a także o tym, co podczas niej widziałem i słyszałem.
Duchowny nie skomentował tych rewelacji. Siedział z lekko opuszczoną głową, którą co chwilę kiwał, gapiąc się w fusy w szklance.
- A Roland? - zapytał po chwili krótkiego milczenia. - Jak wyglądał w tym przywidzeniu?
- Normalnie.
- Nie tak jak ojciec, z dziwnymi oczami?
- Nie. - Próbowałem doszukać się w jego głosie nuty ironii, ale jej nie usłyszałem. - Wyglądał jak Roland. Był... On zawsze przypominał matkę i jej rodzinę. Chudy, z pociągłą twarzą i zakolami nad czołem, jak u wujka Zenka. Musiał się ciepło ubierać, bo ciągle mu było zimno, ale to chyba przez brak mięśni i tkanki tłuszczowej.
- Ty przypominasz bardziej ojca, prawda?
- Niestety... - Poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Odruchowo odwróciłem wzrok. - Patrzę w lustro i widzę tego... gnoja.
- Ale był całkiem przystojny.
- Wygląd to nie wszystko. To nic w zasadzie. Nie wiem, czemu ludzie tak skupiają się na zewnętrznej skorupie, jakby to miało jakieś znaczenie.
Ojciec Rafał westchnął cicho, spojrzał na mnie z troską i skinął głową.
- Zbierajmy się - powiedział, klepiąc mnie po dłoni. - Po południu mam kolejnych pacjentów.