Demony Woli. Ostatnia sprawa Rolanda - Róża Lewanowicz

Kup ebooka

42.90 zł
32.18 zł (26,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.

Mu­szę cof­nąć się do po­czątku. Do na­prawdę po­cząt­ko­wego po­czątku - cza­sów przed moim uro­dze­niem, kiedy to zmu­szony by­łem dzie­lić łono umę­czo­nej ży­ciem matki, żony al­ko­ho­lika, z bra­tem bliź­nia­kiem. Na szczę­ście nie było to jedno ło­ży­sko, bo by­li­śmy bliź­nię­tami dwu­ja­jo­wymi. Uff, że tak się wy­rażę. Przez więk­szą część ży­cia nie chcia­łem wy­glą­dać jak mój brat. Nie chcia­łem mieć w so­bie nic, co przy­po­mi­na­łoby jego, choćby kształtu pa­znok­cia na ma­łym palcu u le­wej stopy.

By­li­śmy różni pod każ­dym wzglę­dem, ale z nas dwóch to brat był tym, który bie­rze wię­cej. Już od chwili na­ro­dzin na nim sku­piała się uwaga ca­łego oto­cze­nia. Ja wy­sko­czy­łem z ciała matki zdrowy i od­cho­wany - on le­dwo prze­żył tę pro­ce­durę, otrzy­mu­jąc marne pięć punk­tów w skali Ap­gar. Ob­ja­wił się jako mały, wy­chu­dzony szczu­rek, który wy­glą­dał, jakby po­trze­bo­wał je­dy­nie bia­łej trumny i gra­ba­rza z ło­patą. Od­ra­to­wali gnojka, ale moim kosz­tem. Od tej chwili mało kto przej­mo­wał się mną i mo­imi pro­ble­mami, bo te nędzne ochłapy tro­ski i uwagi, które matka mo­gła wy­krze­sać ze swo­jego za­lęk­nio­nego serca, skie­ro­wane były na Ro­landa.

Tak, mój brat do­stał na imię Ro­land... a ja Zby­szek. Zby­szek Steb­nicki. No to już te­raz wie­cie, że je­stem bra­tem bliź­nia­kiem TEGO Ro­landa Steb­nic­kiego. I pew­nie mó­wi­cie zdu­mieni: "To on miał brata?! Brata bliź­niaka?!". Ano miał.

Za­sko­czę was. Miał też sio­strę, Martę. Miał ro­dzi­ców, a na­wet psa i cho­mika. Ale wszy­scy oni już nie żyją. Zo­sta­łem tylko ja... o ile prze­trwam to, w co po­śmiert­nie wpa­ko­wał mnie mój brat.

Za­pewne za­wsze was dzi­wiło, dla­czego Ro­land miał na imię Ro­land, a nie na przy­kład Adam albo Grze­siek. Wiem, że wielu fa­nów mo­jego brata było prze­ko­na­nych, że to po pro­stu pseu­do­nim, który miał przy­cią­gnąć uwagę. Cho­ciaż nie... tak mó­wili tylko jego za­go­rzali prze­ciw­nicy. Zresztą te­raz to już nie ma zna­cze­nia. Idio­tyczne imię wy­ni­kało z faktu, że matka chciała nadać jego ist­nie­niu więk­szy sens, niż miało ono na­prawdę. Zo­ba­czyła stwo­rze­nie na skraju śmierci i po­my­ślała, że jak uho­no­ruje je czymś nie­zwy­kłym, to bę­dzie mniej ża­ło­sne. Spoj­rzała w ka­len­darz - była po­łowa wrze­śnia - i olśniło ją. Ro­land nie wziął się więc z ro­man­tycz­nej ry­cer­skiej opo­wie­ści, bo moja matka nie miała po­ję­cia o jej ist­nie­niu, ale z przy­padku. Po­dob­nie jak moje szare imię Zby­szek. Za­wsze gdy my­ślę o so­bie, wi­dzę sza­ro­ści. Szare imię, szary czło­wiek, szary za­wód, szare ży­cie.

Je­stem księ­go­wym. A mój brat był ogól­no­pol­skim bła­znem. Nie na­zy­wa­łem go de­tek­ty­wem, bo uwa­ża­łem, że stał się przede wszyst­kim pa­ja­cem ba­wią­cym ga­wiedź w spo­sób, który we mnie bu­dził nie­smak, a na­wet od­ruch wy­miotny.

Ten po­dział ról - na księ­go­wego i bła­zna - był lo­giczną kon­ty­nu­acją na­szej do­mo­wej sy­tu­acji. Całe ży­cie sku­piało się wo­kół pi­cia ojca i nie­do­łę­stwa matki. Ro­land bła­zno­wał, ro­bił sztuczki, po­pi­sy­wał się swo­imi licz­nymi ta­len­tami, z któ­rych pra­wie ża­den nie zna­lazł od­zwier­cie­dle­nia w wy­uczo­nym za­wo­dzie, a wszystko po to, by udo­bru­chać chle­ją­cego wódę ojca. Na przy­kład żon­glo­wał róż­nymi przed­mio­tami, re­la­cjo­nu­jąc przy tym, czego do­wie­dział się o na­szych są­sia­dach, ob­ser­wu­jąc ich ostat­nie za­cho­wa­nia. Za­wsze tra­fiał ze swo­imi wnio­skami i umiał prze­wi­dzieć, czy ja­kaś para się roz­sta­nie z po­wodu nie­wier­no­ści, czy ko­goś za­mkną za okra­da­nie piw­nic, a na­wet czy ktoś wkrótce umrze, bo jego lub jej zdro­wie nie jest wcale tak do­bre, jak by się mo­gło wy­da­wać. Ukła­dał swoje opo­wie­ści w krót­kie wier­szyki, a nie­kiedy śpie­wał, fał­szu­jąc przy tym nie­mi­ło­sier­nie.

Mu­szę przy­znać - dzięki tym za­bie­gom nasz stary uspo­ka­jał się; za­sia­dał w roz­wa­lo­nym fo­telu z bu­telką w dłoni i śmiał się z gło­śno. Wtedy nas nie bił, przez chwilę nie klął, tylko za­pa­dał się w so­bie, a gdy bra­ko­wało mu już sił na śmiech, wcho­dził w dziwny stan za­wie­sze­nia, który nie był ani snem, ani ja­ką­kol­wiek ak­tyw­no­ścią.

Kiedy oj­ciec nie sza­lał za bar­dzo, na przy­kład gdy oglą­dał wy­stępy Ro­landa, ja mo­głem za­jąć się resztą. Głów­nie cho­dziło o to, żeby w domu były ja­kieś pie­nią­dze, bo prze­cież trzeba było coś jeść. Wzią­łem więc na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za wy­dzie­ra­nie matce wszyst­kiego, co za­ro­biła albo do­stała w opiece spo­łecz­nej, a na­stęp­nie po­dzie­le­nie tego w sen­sowny spo­sób na cały mie­siąc. Były to za­da­nia nie­bez­pieczne. Stary bił mocno, a ja by­łem cią­gle za mały, żeby mu do­sta­tecz­nie od­dać - na to przy­szedł czas póź­niej. Za­nim uro­sły mi mię­śnie, na­uczy­łem się ra­chun­ków. Uwiel­biam li­czyć, pla­no­wać bu­dżet albo ro­bić bi­lans. Na­dal daje mi to po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i kon­troli, bo w dzie­ciń­stwie tylko w tym jed­nym je od­naj­do­wa­łem.

Ra­chun­ko­wość nie kła­mie, nie plą­cze się w emo­cjach. Pie­nią­dze są albo ich nie ma. Nie wie­rzę w karty kre­dy­towe, w coś, co daje ułudę po­sia­da­nia, tak jak wódka da­wała złu­dze­nie szczę­ścia mo­jemu sta­remu. Moja dziew­czyna... to zna­czy moja była wście­kała się na mnie o to po­dej­ście do ży­cia. Przy­znaję - nie ku­po­wa­łem jej ciu­chów, bo uwa­ża­łem, że nie po­trze­buje ko­lej­nej pary ko­za­ków czy pią­tego bia­łego swe­tra; nie za­bie­ra­łem do dro­gich re­stau­ra­cji, skoro to samo, a na­wet lep­sze, mo­gli­śmy zjeść w domu za dzie­się­cio­krot­nie mniej­szą kwotę; stro­ni­łem od roz­ry­wek, od tych wszyst­kich noc­nych im­prez, po któ­rych moi ko­le­dzy bali się spraw­dzać stan konta. Ewka mó­wiła, że je­stem nu­dzia­rzem, że nie umiem ko­rzy­stać z ży­cia, że za­ko­puję się w gro­bie jesz­cze przed śmier­cią. Ni­gdy nie zro­zu­miała, że w tym wła­śnie od­naj­dy­wa­łem swoje szczę­ście: kiedy wie­dzia­łem, że do­my­kam bu­dżet i wcho­dzę w nowy mie­siąc albo rok spo­kojny w kwe­stiach fi­nan­so­wych.

I ten spo­kój ode­brał mi nie kto inny, jak tylko mój ro­dzony, sa­mo­lubny brat.

Były mo­menty, gdy zda­wało mi się, że zro­bił to wszystko ce­lowo, prze­my­ślał stra­te­gię i tak po­kie­ro­wał wy­da­rze­niami, że zna­la­złem się w miej­scu, w któ­rym ni­gdy nie chcia­łem być - z dłu­gami, ko­mor­ni­kiem na karku, z dziw­nymi ludźmi i ich jesz­cze dziw­niej­szymi pro­ble­mami. Mam już za sobą naj­więk­szą falę gniewu, a na­wet nie­na­wi­ści do tego gnoja... Mu­sia­łem jed­nak te wy­ma­ga­jące wy­siłku emo­cje zo­sta­wić na lep­szą oka­zję, bo trzeba było ze­brać się w so­bie i po­sprzą­tać cały syf, jaki Ro­land po­zo­sta­wił po swo­jej śmierci.

Jego śmierć...

W za­sa­dzie wy­da­wało mi się, że sa­mym fak­tem swo­jej śmierci na­ro­bił wy­star­cza­jąco dużo za­mie­sza­nia w moim ży­ciu i że już go­rzej być nie może.

Za­pewne każdy pa­mięta, czym się zaj­mo­wał, gdy usły­szał o śmierci Ro­landa Steb­nic­kiego. Każdy wie, co po­czuł w tym mo­men­cie, ja­kie to wy­warło na nim wra­że­nie... W tej chwili wszy­scy zjed­no­czyli się w bólu, cała Pol­ska po­grą­żyła się w ko­lej­nej na­ro­do­wej ża­ło­bie po swoim bo­ha­te­rze, na­szym wła­snym, pry­wat­nym Sher­locku Hol­me­sie, który miał tę prze­wagę nad po­sta­cią z książki, że nie był po­sta­cią z książki, ale naj­praw­dziw­szym ge­niu­szem z krwi i ko­ści.

Hi­ste­ria, która opa­no­wała nasz kraj po śmierci Ro­landa, ze­pchnęła na boczne tory wszyst­kie inne sprawy. Ale o tym prze­cież nie mu­szę wam mó­wić. Nie­stety ze­pchnęła też i mnie ra­zem z moją oso­bi­stą ża­łobą i jej kon­se­kwen­cjami.

Któ­re­goś dnia, ja­kiś mie­siąc po po­grze­bie, w któ­rym nie uczest­ni­czy­łem, po­czu­łem się źle. Na tyle źle, że mu­sia­łem wyjść z pracy, zo­sta­wia­jąc nie­do­koń­czone roz­li­cze­nie. Wró­ci­łem do miesz­ka­nia, dzie­lo­nego jesz­cze wtedy z Ewką, i zro­zu­mia­łem, że już ni­gdy go nie zo­ba­czę. NI­GDY! Mo­głem nie­na­wi­dzić swo­jego brata z ca­łego serca, mógł mnie de­ner­wo­wać i mier­zić, a jed­nak był bliź­nia­kiem, z któ­rym kie­dyś dzie­li­łem jedno łono, moim je­dy­nym krew­nym. A tym­cza­sem po jego śmierci w me­diach nie po­ja­wiła się ani jedna wzmianka o mnie, o na­szych ro­dzi­cach, o Mar­cie albo cho­ciaż o na­szym upo­śle­dzo­nym umy­słowo psie. Nikt nie przy­szedł z kon­do­len­cjami, nie za­py­tał mnie, jak się czuję... Jak­bym nie ist­niał.

Ty­go­dniami nie mo­głem się po­zbie­rać, więc ucie­ka­łem w pracę. Kiedy wra­ca­łem do domu, do­bi­jało mnie glę­dze­nie Ewki, jej uty­ski­wa­nia, na­rze­ka­nie na ja­kość na­szego związku.

- Ja wiem, że umarł ci brat - ode­zwała się kie­dyś. Stała nade mną, opie­ra­jąc dło­nie na bio­drach. - Ale, do ja­snej cho­lery, mógł­byś się ogar­nąć i zro­bić coś ze sobą.

Wtedy ude­rzyła mnie myśl, że ona mo­głaby dać mi nieco wspar­cia od sie­bie, skoro jest tą moją "na­rze­czoną", i na­wet jej to po­wie­dzia­łem, ale to było jak do­le­wa­nie oliwy do ognia. Wy­daje mi się, że tego wie­czora pa­dło o kilka słów za dużo. Wy­pro­wa­dziła się. Ale po­tem do­tarło do mnie, że i tak by to zro­biła. Szu­kała tylko pre­tek­stu, żeby uwol­nić się od naj­więk­szego nu­dzia­rza w Pol­sce.

Nie opła­ki­wa­łem Ro­landa w kla­syczny spo­sób - żeby to zro­bić, mu­siał­bym się przy­znać, że pła­czę po nim - po pro­stu źle się czu­łem. Bo­lała mnie głowa, nie mo­głem spać albo wła­śnie spa­łem ca­łymi dniami i nie po­tra­fi­łem nic zro­bić. Odej­ście Ewki nie za­nie­po­ko­iło mnie na tyle, by in­ter­we­nio­wać, ale gdy mój stan za­czął od­bi­jać się na pracy, uzna­łem, że trzeba dzia­łać. Po raz pierw­szy od szkoły pod­sta­wo­wej po­sze­dłem do le­ka­rza, zwy­kłego in­ter­ni­sty, cho­ciaż pry­wat­nego, żeby dał mi coś, co szybko po­może mi być znów ta­kim sa­mym Zbysz­kiem jak wcze­śniej. On jed­nak po kilku mi­nu­tach wy­wiadu za­py­tał bez­na­mięt­nie:

- Czy w ostat­nim cza­sie wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego w pana ży­ciu?

- Ale... w ja­kim sen­sie?

- Czy prze­żył pan coś trau­ma­tycz­nego? Ja­kiś wy­pa­dek, czy­jąś śmierć...

- Mój brat umarł. Ale nie by­li­śmy ze sobą bli­sko. - Mimo wszystko uwa­ża­łem, że to nie ma aż ta­kiego związku.

Le­karz spoj­rzał na mnie i mruk­nął coś pod no­sem.

- Jest pan w ża­ło­bie - po­wie­dział zde­cy­do­wa­nym to­nem, po­chy­la­jąc się nad kartą in­for­ma­cyjną. - I w do­datku ma pan de­pre­sję. Mogę prze­pi­sać leki, ale lep­sza chyba bę­dzie te­ra­pia.

Oczy­wi­ście nie po­sze­dłem na żadną te­ra­pię. Wie­cie, ile kosz­tują se­sje te­ra­peu­tyczne? No wła­śnie. A wie­cie, ile się czeka do spe­cja­li­sty pań­stwo­wego? Bez ko­men­ta­rza.

Nie dał mi le­ków, a czu­łem się źle i zbli­żał się ostatni dzień kwiet­nia, co dla każ­dego biura ra­chun­ko­wego ozna­cza go­rący okres. Po pro­stu nie mo­głem so­bie po­zwo­lić na żadne zwol­nie­nia ani tym bar­dziej na za­męt w gło­wie - mu­sia­łem być sku­piony i su­mien­nie wy­ko­ny­wać swoje obo­wiązki. Sze­dłem więc w co­raz gor­szym na­stroju uli­cami War­szawy, uża­la­jąc się nad sobą i po­grą­ża­jąc w jesz­cze czar­niej­szych my­ślach, gdy wpa­dłem na sta­rego zna­jo­mego, któ­rego zda­wały się zsy­łać Nie­biosa... tyle że ja w żadne Niebo nie wie­rzę.

Ojca Ra­fała, do­mi­ni­ka­nina, zna­łem jesz­cze jako księ­dza Ro­mu­alda z na­szej pa­ra­fii na Pra­dze. Uczył nas re­li­gii, o ile udało się nam tra­fić na jego lek­cje. Ja uczy­łem się zna­ko­mi­cie - w prze­ci­wień­stwie do Ro­landa - ale re­li­gię omi­ja­łem sze­ro­kim łu­kiem i nie przej­mo­wa­łem się oceną z tego przed­miotu, na­wet je­śli zna­cząco ob­ni­żała moją śred­nią. Jed­nak wie­ści na te­mat Romka, jak na niego mó­wiono, do­cie­rały do mo­ich uszu za sprawą matki i są­sia­dek-de­wo­tek. Mó­wiono, że prze­żył na­wró­ce­nie i że wstą­pił do ja­kie­goś za­konu. Dla mnie te hi­sto­rie brzmiały jak to­talna bzdura, bo skoro ktoś jest już księ­dzem, to chyba nie ma się na co na­wra­cać. Ale gdy wpa­dłem na niego na rogu Mio­do­wej i Dłu­giej, mu­sia­łem przy­znać, że zro­bił na mnie zde­cy­do­wa­nie lep­sze wra­że­nie niż dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej w szkole.

Oj­ciec Ra­fał sta­nął na­prze­ciwko mnie i za­darł głowę, żeby ze zdu­mie­niem spoj­rzeć na moją twarz. W pierw­szej chwili go nie roz­po­zna­łem, ale on od razu wie­dział, kim je­stem.

- Zby­szek! - Mógł­bym przy­siąc, że się ucie­szył. - Zby­szek Steb­nicki. To na­prawdę ty! Po­zna­jesz mnie? To ja, ksiądz Ro­mek. Te­raz je­stem Ra­fa­łem, przy­ją­łem ta­kie imię po na­ło­że­niu ha­bitu.

Po­tem po­szło gładko. Zło­żył mi szczere kon­do­len­cje z po­wodu śmierci brata - czego nikt do tej pory nie zro­bił - a ja nie­opatrz­nie wy­ga­da­łem się, z ja­kim pro­ble­mem by­łem u le­ka­rza.

- Hmm... - Po­gła­dził się po bro­dzie. - Te­ra­pia? To cie­kawe, bo tak się składa, że ja je­stem te­ra­peutą.

- Od czego? - wy­pa­li­łem, par­ska­jąc zło­śli­wym śmie­chem.

- No... skoń­czy­łem stu­dia i pro­wa­dzę prak­tykę. Zresztą, stąd moje obecne imię. Ra­fał ozna­cza, że Bóg uzdra­wia, a ja mu po­ma­gam, jak mogę.

- Yyy... A to tak można?

- Można, można. - Po­ki­wał głową i zła­pał mnie za ło­kieć. - Chodź do mnie do klasz­toru, po­roz­ma­wiamy.

Oka­zało się, że oj­czu­lek miał cał­kiem le­galny ga­bi­net, w któ­rym przyj­mo­wał pa­cjen­tów i w do­datku brał za to pie­nią­dze.

- Dużo ksiądz bie­rze? - za­py­ta­łem, kiedy po­sa­dził mnie na zgrab­nym fo­telu w skrom­nie urzą­dzo­nym po­miesz­cze­niu.

- Dużo - przy­znał, na­le­wa­jąc wodę do czaj­nika. - Te­ra­peuci to zdziercy.

- A co na to wa­sza wiara?

Ro­ze­śmiał się ci­cho.

- Mam paru pa­cjen­tów, od któ­rych nie biorę pie­nię­dzy, bo ich nie stać, a po­trze­bują pil­nie wspar­cia. Jak ro­zu­miem, ty też masz ten pro­blem.

Po­ru­szy­łem się nie­spo­koj­nie na miej­scu, roz­wa­ża­jąc, co po­wi­nie­nem od­po­wie­dzieć. Nie lu­bi­łem kła­mać, ale mó­wić, że je­stem sknerą, też nie chcia­łem.

- Ja... ekhm... je­stem księ­go­wym i...

- Księ­go­wym?! - Ra­fał aż pod­sko­czył z wra­że­nia. - To wspa­niale! A roz­li­czył­byś mi PIT za tam­ten rok? Mam taki ba­ła­gan w pa­pie­rach, że to aż grzech. W ze­szłym roku wszystko zro­bi­łem źle i przeor gro­ził kon­se­kwen­cjami, je­śli się to po­wtó­rzy.

- Mogę roz­li­czyć. - Wzru­szy­łem lekko ra­mio­nami. - Je­śli ksiądz ze mnie za dużo nie ze­drze.

Za­kon­nik mach­nął ręką.

- Nic od cie­bie nie we­zmę, tylko, na Boga, ura­tuj moją grzeszną skórę od ko­lej­nej "roz­mówki" z prze­orem. No, ale po­wiedz mi o tym twoim pro­ble­mie. Mó­wisz, że le­karz stwier­dził, że je­steś w ża­ło­bie, tak?

- No tak... - przy­zna­łem nie­chęt­nie, od­bie­ra­jąc od ojca Ra­fała ku­bek z kawą. - Ale ja nie wiem, czy fak­tycz­nie o to cho­dzi.

- Więc po­wiedz, jaki jest twój punkt wi­dze­nia?

Do­prawdy rzadko się zda­rzało, żeby ktoś py­tał o MÓJ punkt wi­dze­nia, więc przez do­bre dwie mi­nuty nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć.

Oj­ciec Ra­fał nie iry­to­wał się moim mil­cze­niem. Jego po­stawa mó­wiła, że mnie cał­ko­wi­cie ro­zu­mie i wpiera. Czu­łem się nie­swojo, zwłasz­cza że pa­mię­ta­łem tego czło­wieka w zu­peł­nie in­nej od­sło­nie, ale po chwili moje ciało roz­luź­niło się i nie­po­kój ule­ciał ze mnie ni­czym po­wie­trze z ba­lona.

- Ja... no cóż. Czuję gniew.

Ci­sza.

- Je­stem wście­kły na tego ma­łego gnojka. Mó­wię "ma­łego", bo za­wsze go trak­to­wa­łem jak młod­szego bra­ciszka, po któ­rym trzeba sprzą­tać i który wy­maga opieki. No i on umarł.

Tym ra­zem ci­sza miała moc po­ra­ża­nia.

- Czuję się... mam wra­że­nie... od­no­szę ta­kie głu­pie wra­że­nie, że nie mam już po co żyć, skoro on nie żyje. A to prze­cież bez sensu! - Zde­ner­wo­wa­łem się sam na sie­bie. - Jak można tak my­śleć o kimś, z kim nie wi­dzia­łem się od kilku lat, z kim nic mnie już nie łą­czyło? To w ogóle nie ma sensu. Dla­czego moja psy­chika mia­łaby tak za­re­ago­wać?

- Bo jest cał­kiem zdrowa - stwier­dził spo­koj­nie za­kon­nik. - Tylko bar­dzo smutna.

- Ale to mi­nie?

- Ja ci nie dam ta­kiej gwa­ran­cji.

Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, nie ta­kiej od­po­wie­dzi ocze­ki­wa­łem od te­ra­peuty. Więc gniew prze­nio­słem na niego.

- Hmm... Wie ksiądz co? W su­mie do­brze, że się wi­dzimy. Ksiądz wie, że je­stem nie­wie­rzący? Przez księ­dza.

Oj­ciec Ra­fał uśmiech­nął się smutno i po­ki­wał głową.

- Nie ty pierw­szy mi to mó­wisz.

- I co? I można z tym ot tak so­bie żyć?

- Ła­two nie jest. Ale mów da­lej. Chcę wie­dzieć wszystko.

- Co niby? - Skrzy­wi­łem się. - Mam mó­wić o tym, jak ksiądz ka­zał nam ko­chać ro­dzi­ców i ich czcić, na­wet je­śli to skoń­czeni idioci? W mó­zgu się mi po­prze­sta­wiało od tego... ga­da­nia. Albo mó­wił o sza­cunku do star­szych, a zwłasz­cza do du­chow­nych, bez więk­szego po­wodu, tylko dla­tego, że no­szą ha­bit. Za co mia­łem księ­dza sza­no­wać? Za łaj­da­cze­nie się i chla­nie wódy po knaj­pach z ko­le­gami na­uczy­cie­lami? A może za ro­mans z pa­nią Jolą od mu­zyki?

- Mamy z Jolą syna.

- Co?!

- Jola dwa­dzie­ścia je­den lat temu uro­dziła mi syna, Do­mi­nika.

Za­tkało mnie na mo­ment.

- I co z nim?

- Wszystko do­brze. - Oj­ciec Ra­fał wzru­szył lekko ra­mio­nami. - Jak się uro­dził, po­je­cha­łem do szpi­tala i Jola wy­znała, że miała sen, żeby go na­zwać Do­mi­nik. We mnie coś wtedy się zmie­niło. My­śla­łem na­wet o rzu­ce­niu ka­płań­stwa, ale... Zbyszku, po­wiem ci, że na­tury czło­wieka nie oszu­kasz i lo­ko­mo­tywa po as­fal­cie nie po­je­dzie. Nie za­znamy szczę­ścia tam, gdzie nie na­sze miej­sce. Na­roz­ra­bia­łem, spro­wa­dzi­łem na świat nowe ży­cie i za­częło do mnie do­cie­rać, że coś mu­szę zro­bić ze swoim wła­snym. Coś, co sprawi, że mój syn nie bę­dzie się mnie wsty­dził.

- I dla­tego zo­stał ksiądz za­kon­ni­kiem?

- To był długi pro­ces, okropna walka ze sobą. Ale ten Do­mi­nik nie da­wał mi spo­koju i po­my­śla­łem, że coś jest na rze­czy. - Uśmiech­nął się z roz­rzew­nie­niem i spoj­rzał przez okno.

- No ale co z nim? Zo­sta­wił go ksiądz? Tego Do­mi­nika.

- Nie! Skądże! Przeor po­wie­dział, że mu­szę sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia i za­pew­nić mu byt. Stąd ten po­mysł z te­ra­peutą. Część kasy od­daję do klasz­toru, a resztę Do­mi­ni­kowi.

Opa­dłem zre­zy­gno­wany na opar­cie fo­tela i za­sę­pi­łem się.

- Faj­nie... - wy­mam­ro­ta­łem.

- Co mó­wisz?

- Nic. Faj­nie mieć od­po­wie­dzial­nego ojca.

- Za­pew­niam cię, że nie jest ła­two być sy­nem księ­dza. To jak piętno dla dziecka, na­wet je­śli się sta­rasz mu to ja­koś wy­na­gro­dzić.

- A ja za­pew­niam księ­dza, że więk­szym pięt­nem jest być sy­nem al­ko­ho­lika, ta­kiego jak mój stary.

I chyba na tym skoń­czy­li­śmy wtedy na­szą roz­mowę. Oj­ciec Ra­fał dał mi swoje pa­piery - to­talny ra­chun­kowy bur­del. Wró­ci­łem do domu i po­czu­łem, że może jed­nak ja­koś to wszystko zniosę.

Za­po­mnia­łem tylko o jed­nym ma­łym szcze­góle, który był o wiele gor­szy niż naj­gor­sza de­pre­sja. I była to moja wina...

II.

Naj­pierw przy­szło pi­smo z ZUS-u. W pierw­szej chwili w ogóle nie zro­zu­mia­łem, o co cho­dzi. Otwo­rzy­łem ko­pertę już na po­czcie i ga­pi­łem się w kartkę z otwartą gębą.

Pi­smo sta­no­wiło, że mam za­pła­cić za­le­głe składki z od­set­kami, które... odzie­dzi­czy­łem po swoim bra­cie. Kwota opie­wała na dzie­więt­na­ście ty­sięcy zło­tych!

Od razu ru­szy­łem w stronę od­działu ZUS przy Wro­cław­skiej, bo nie mia­łem da­leko, rap­tem kil­ka­set me­trów. Zna­łem tam kilka pra­cow­nic, więc po­sta­no­wi­łem wci­snąć się w ko­lejkę bez po­bie­ra­nia nu­merka, po­mimo bar­dzo gę­stego tłumu ocze­ku­ją­cych.

Mu­sia­łem to prze­cież wy­ja­śnić. To nie mo­gła być prawda!

A jed­nak była...

Wró­ci­łem do domu ni­czym zbity pies. Sie­dzia­łem bar­dzo długo na ka­na­pie, wciąż z kurtką na grzbie­cie, trzy­ma­jąc ko­pertę z pi­smem w za­ci­śnię­tej dłoni.

- Fi­gu­ru­jesz jako je­dyny spad­ko­bierca - wy­ja­śniła mi Ba­sia, z którą za­ła­twia­łem nie­jedną sprawę dla mo­jego biura. Wi­dzia­łem w jej oczach współ­czu­cie, które wcale mi się nie po­do­bało. - Urząd od razu cię ści­gnął, jak tylko mi­nęło pół roku... No, wiesz...

Wtedy zro­zu­mia­łem. Za­wa­li­łem sprawę od­rzu­ce­nia spadku, bo nie mia­łem po­ję­cia, że je­stem... by­łem je­dy­nym krew­nym Ro­landa. Ostatni z rodu. W ogóle o tym nie po­my­śla­łem, jakby spy­chana do pod­świa­do­mo­ści ża­łoba od­jęła mi ro­zum, który za­zwy­czaj funk­cjo­no­wał pra­wi­dłowo w kwe­stiach fi­nan­so­wych. A urzędy my­ślą od razu, kiedy idzie o kasę.

Wiem, co wam cho­dzi po gło­wie: prawo cię chroni w ta­kiej sy­tu­acji, dzie­dzi­czysz z do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza i tak da­lej... Nie­stety, prze­pisy chro­niące spad­ko­bier­ców we­szły w ży­cie do­kład­nie rok po śmierci mo­jego brata. Kil­ka­na­ście mie­sięcy za­de­cy­do­wało o tym, że mu­sia­łem bu­lić za wszystko.

Oczy­wi­ście po­my­śla­łem o przy­wró­ce­niu ter­minu, bo mo­głem się tłu­ma­czyć tym, że nie wie­dzia­łem o śmierci brata - nie by­łem na­wet na jego po­grze­bie - ale nikt by tego nie ku­pił. Każdy wie­dział, że zgi­nął. Każdy wie­dział, kiedy i w ja­kich oko­licz­no­ściach się to stało. Mo­ment, kiedy spadł z wy­so­kiego fun­da­mentu i roz­trza­skał so­bie głowę, za­re­je­stro­wało wiele ka­mer, a na­gra­nie zo­stało po­tem obej­rzane i prze­ana­li­zo­wane wie­lo­krot­nie w me­diach głów­nego nurtu i spo­łecz­no­ścio­wych. Mu­siał­bym żyć w ja­skini bez kon­taktu z ludźmi i no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią, żeby o tym nie usły­szeć.

Baśka za­su­ge­ro­wała wy­sto­so­wa­nie pi­sma o roz­ło­że­nie za­dłu­że­nia na raty, co ja sam za­pro­po­no­wał­bym swo­jemu klien­towi w po­dob­nej sy­tu­acji, ale ta myśl wy­wo­łała we mnie silny bunt. Dla­czego mam pła­cić za nie swoje zo­bo­wią­za­nia? Ja ni­gdy się nie spóź­ni­łem z żadną opłatą.

- Bar­dzo mi przy­kro - po­wie­działa Ba­sia, kła­dąc dłoń na moim ra­mie­niu. - Je­śli zde­cy­du­jesz się wnio­sko­wać do na­czel­nika, daj mi znać. Po­mogę ci ze wszyst­kim, tylko pa­mię­taj, że nie masz dużo czasu.

Nie po­trze­bo­wa­łem po­mocy. Sam umia­łem na­pi­sać ta­kie pi­smo i to z za­mknię­tymi oczami. Za­nim jed­nak się na co­kol­wiek zde­cy­do­wa­łem, przy­szło pi­smo z ZGN-u.

Ro­land miał za­dłu­że­nie w czyn­szu i to po­dwój­nie, bo wy­naj­mo­wał na Woli dwa miesz­ka­nia - jedno dla sie­bie, a dru­gie jako sie­dzibę dla swo­jego biura de­tek­ty­wi­stycz­nego. Oka­zało się, że nie pła­cił za nie od kilku mie­sięcy, a i wcze­śniej miał pro­blemy z ter­mi­no­wo­ścią.

Jak to moż­liwe, że te wszyst­kie in­sty­tu­cje tak szybko do mnie do­tarły? - ze­zło­ści­łem się. Zro­zu­mia­łem też, że to pew­nie nie ko­niec i kiedy przy­szło pi­smo z Urzędu Skar­bo­wego, na­wet nie by­łem zdzi­wiony, tylko co­raz bar­dziej roz­draż­niony.

Wtedy też za­czą­łem się in­te­re­so­wać tym, w jaki spo­sób Ro­land wpa­ko­wał się w ta­kie długi. Prze­cież był gwiazdą, wy­stę­po­wał na­wet w te­le­wi­zji, mu­sieli mu pła­cić, a on chyba nie był aż tak głupi, by trwo­nić każdy grosz na głu­poty. Cóż... Wie­dzia­łem z do­świad­cze­nia, że jed­nak był, ale do­piero wi­zyta w urzę­dzie skar­bo­wym na­świe­tliła mi jego sy­tu­ację nieco le­piej.

Przy oka­zji mu­szę nad­mie­nić, że w tam­tym cza­sie sta­ra­łem się o za­trud­nie­nie w tej in­sty­tu­cji. Na­prawdę! I cała iro­nia tej sy­tu­acji po­le­gała na tym, że ma­rzy­łem o by­ciu kimś, kto przy­cze­pił się kie­dyś do mo­jego brata za to, że nie od­pro­wa­dza po­dat­ków za za­ro­bione pie­nią­dze. Tak, to skar­bówka za­in­te­re­so­wała się jego osobą, kiedy co­raz czę­ściej po­ja­wiał się w me­diach. Spraw­dzili jego sta­tus i oka­zało się, że nie jest ni­g­dzie za­trud­niony, nie ma z ni­kim pod­pi­sa­nej umowy i ni­gdy nie zgło­sił żad­nej zło­tówki, którą za­ro­bił. Urząd po­szedł mu na rękę, mó­wiąc, że od­pusz­czą mu mi­nione za­le­gło­ści, je­śli szybko za­re­je­struje dzia­łal­ność i za­cznie nor­mal­nie się roz­li­czać. Zro­bił to, co w su­mie mnie zdzi­wiło, bo on ni­gdy nie umiał za­ła­twić żad­nej sprawy urzę­do­wej, a na­wet pójść z awizo na pocztę. Jed­nak za­ło­że­nie JDG wią­zało się z kon­se­kwen­cjami, jak cho­ciażby ko­niecz­no­ścią pła­ce­nia skła­dek ZUS, czego oczy­wi­ście nie ro­bił. Wy­sta­wiał ja­kieś fak­tury, ale ni­gdy nie od­pro­wa­dził z nich po­datku. Nie roz­li­czył na­wet ostat­niego PIT-u.

W kon­se­kwen­cji złych de­cy­zji Ro­landa ja sie­dzia­łem w ga­bi­ne­cie na­czel­nika urzędu skar­bo­wego przy ulicy Po­wstań­ców Ślą­skich w War­sza­wie i słu­cha­łem, że nie mam szans na za­trud­nie­nie w tej in­sty­tu­cji. Na­czel­nik nie po­wie­dział tego wprost, mó­wił je­dy­nie coś o kon­flik­cie in­te­re­sów i ta­kie tam bzdury. Nie­wiele z tego do mnie do­cie­rało, bo by­łem tak wście­kły, że mój mózg za­czął się go­to­wać, a w uszach sły­sza­łem szumy i pi­ski.

Tych kilka dni zruj­no­wało mi ży­cie, a to wciąż nie było naj­gor­szym, co miało mnie spo­tkać. Wsta­wa­łem co rano, wy­ko­ny­wa­łem różne czyn­no­ści, nie do końca bę­dąc ich świa­do­mym, sze­dłem do pracy i wra­ca­łem z niej, czu­jąc, że nic nie ma sensu, a ja sam po­woli prze­staję ist­nieć, ni­czym zni­ka­jący ho­lo­gram.

Trzy­dzie­stego kwiet­nia, w czwar­tek, po­sze­dłem jak za­wsze do pracy, ale kiedy zbli­ży­łem kartę do drzwi wej­ścio­wych biura, nie za­dzia­łała. Za­pu­ka­łem. Przez dłuż­szą chwilę nikt nie otwie­rał, cho­ciaż sły­sza­łem wy­raź­nie, że kilka osób już jest na miej­scu. Spoj­rza­łem w górę. Nad drzwiami mie­li­śmy za­in­sta­lo­waną ka­merę, więc zro­zu­mia­łem, że ce­lowo nie zo­sta­łem wpusz­czony. Serce po­de­szło mi do gar­dła, ale ja­koś opa­no­wa­łem nerwy i wy­ją­łem te­le­fon, żeby za­dzwo­nić do Wieśka, na­szego kie­row­nika.

- Zejdź na dół - po­wie­dział szorstko. - Za­raz do cie­bie przyjdę.

Wie­dzia­łem, w czym rzecz, ale wciąż nie do­pusz­cza­łem do sie­bie tej my­śli.

- Mu­simy się po­że­gnać. - Małe, świ­dru­jące oczka nie pa­trzyły mi pro­sto w twarz. Na­lana twarz szefa zro­biła się jesz­cze bar­dziej czer­wona niż zwy­kle, a na czole po­ja­wiły się kro­ple potu. - Wy­ślemy ci pa­piery do pod­pisu pocztą...

- Mo­żesz to ja­koś uza­sad­nić? Mu­sisz w za­sa­dzie.

- Yyy... tak... ekhm... - chrząk­nął, ale na szczę­ście za­sło­nił dło­nią usta. - Już od dawna się nad tym za­sta­na­wia­li­śmy. Kie­dyś by­łeś pra­cow­ni­kiem ide­al­nym, ale od ja­kie­goś czasu... No, po pro­stu... zje­ba­łeś kilka spraw i od dzi­siaj nie pra­cu­jesz.

- Zwal­niasz mnie te­raz? Kiedy jest naj­wię­cej pracy? - W su­mie nie wiem, czemu za­da­łem to py­ta­nie. Wcale nie mia­łem ochoty pra­co­wać na wy­po­wie­dze­niu w długi ma­jowy week­end.

- Słu­chaj, na­ra­zi­łeś nas na straty. Nie wy­sta­wi­łeś dwóch fak­tur swo­jej klientce, a te­raz Zo­sia od­kryła, że źle roz­li­czy­łeś po­datki dwóm fir­mom. Do­brze, że się zo­rien­to­wała, ina­czej mie­li­by­śmy prze­srane.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Za­ci­sną­łem tylko usta, czu­jąc, jak szybko ucho­dzi ze mnie po­wie­trze.

- Pod­pisz pa­pier za po­ro­zu­mie­niem stron, to nie bę­dziemy ro­bić ci pro­ble­mów.

- Nie! - usły­sza­łem wła­sny głos. - Za­pier­da­la­łem u was pra­wie de­kadę, na­leży mi się trzy­mie­sięczne wy­po­wie­dze­nie.

- Ale...

- Nie wro­bisz mnie w to! - Wy­mie­rzy­łem w jego stronę pa­lec wska­zu­jący, na który spoj­rzał zdzi­wiony. - Ni­czego nie pod­pi­szę. Te­raz wrócę do domu, więc mo­żemy uznać, że to urlop na żą­da­nie. W końcu ni­gdy żad­nego nie bra­łem... A ty się za­sta­no­wisz z sze­fami, czy opłaca ci się iść ze mną do sądu pracy.

Te­raz usta Wieśka za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. Od­dy­chał gło­śno przez nos, ni­czym dzik szy­ku­jący się do ataku. Po chwili jed­nak ski­nął głową.

- Do­bra. Po­ga­dam z nimi, zo­ba­czę, co po­wie­dzą. To i tak nie moja de­cy­zja...

To aku­rat nie była prawda.

- A te­raz od­daj kartę. - Wy­cią­gnął otwartą dłoń.

- Po co, skoro ją dez­ak­ty­wo­wa­łeś? - od­par­łem, po czym wrzu­ci­łem kartę do sto­ją­cego obok drzwi ko­sza na śmieci.

III.

Co się robi, kiedy traci się ro­botę w ta­kich oko­licz­no­ściach? Idzie się do domu albo do knajpy, żeby za­lać smutki wódą? Spo­tyka się z kum­plami? A może szuka się po­cie­chy w ra­mio­nach ko­le­żanki? Oczy­wi­ście nie mia­łem za­miaru zro­bić żad­nej z po­wyż­szych rze­czy; my­śla­łem ra­czej o na­pi­sa­niu pism do wszyst­kich in­sty­tu­cji i urzę­dów, które do­ma­gały się ode mnie pie­nię­dzy, cho­ciaż wciąż nie wie­dzia­łem, co po­wi­nie­nem w nich za­wrzeć. Nie było mi to jed­nak dane, po­nie­waż przed wej­ściem do klatki spo­tka­łem li­sto­no­sza.

- O, jest pan - stwier­dził, zdzi­wiony moim wi­do­kiem. - Wła­śnie mia­łem pi­sać awizo. Z sądu przy­szło... - Spoj­rzał mi pro­sto w oczy, a po­tem pod­su­nął mały ta­blet do zło­że­nia pod­pisu. - Od ko­mor­nika - do­dał, jakby nie do końca do­wie­rzał swoim sło­wom.

Za­bra­łem ko­pertę i bez słowa po­sze­dłem do domu.

Jesz­cze wtedy tego nie wie­dzia­łem, ale była to ta wła­śnie kro­pla, która nie tylko prze­lała czarę go­ry­czy, ale za­po­cząt­ko­wała w moim ży­ciu zmianę, któ­rej ni­gdy bym się nie spo­dzie­wał.

Nie­na­wi­dzi­łem ko­mor­ni­ków są­do­wych. Je­śli był­bym kie­dy­kol­wiek go­tów ko­goś za­bić i po­nieść za to kon­se­kwen­cje bez więk­szego po­czu­cia winy, ofiarą byłby ko­mor­nik - ewen­tu­al­nie jesz­cze sprze­dawca "chwi­ló­wek". Przez nasz dom prze­wi­nęło się ich kilku i za­wsze ruj­no­wali nam ży­cie, nie ba­cząc na to, że krzyw­dzą dzieci, które ro­bią, co mogą, żeby utrzy­mać w ry­zach cyrk na kół­kach zwany ro­dziną. Nie mie­li­śmy wielu rze­czy na wła­sność, a więk­szość z nich i tak zo­stała nam ode­brana na li­cy­ta­cje ko­mor­ni­cze, na­wet ku­chenka ga­zowa, na któ­rej go­to­wa­li­śmy so­bie z sio­strą ma­ka­ron. We­szli ja­cyś lu­dzie, wy­wa­lili gar­nek do zlewu i wy­nie­śli ku­chenkę, po­zo­sta­wia­jąc pu­ste miej­sce, pełne pa­ję­czyn.

Pi­smo z sądu, zda­wało się, zła­mało mnie do końca. Po­cząt­kowo na­wet nie spraw­dza­łem, czego do­ty­czy, po pro­stu rzu­ci­łem ko­pertę na stół i znów usia­dłem na ka­na­pie. Nie wiem na­wet, jak długo sie­dzia­łem nie­ru­chomo, ga­piąc się w ekran wy­łą­czo­nego te­le­wi­zora, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon. Ode­bra­łem, ale nie mia­łem siły po­wie­dzieć ani słowa.

- Zby­szek? - ode­zwał się za­nie­po­ko­jony głos ojca Ra­fała. - Je­steś tam?

- Tak, je­stem - wy­mam­ro­ta­łem.

- Co się stało?

- Co? A... nie, nic... ja tylko... ciężki dzień mia­łem.

- Aha... To może nie będę prze­szka­dzał. Za­dzwo­nię póź­niej.

- Nie, mo­żemy roz­ma­wiać.

- No tak... - chrząk­nął ci­cho. - Chcia­łem za­py­tać o to roz­li­cze­nie roczne.

- Skoń­czy­łem i zo­sta­wi­łem pa­pier w urzę­dzie dwa dni temu. Za­ła­twia­łem coś i przy oka­zji... - urwa­łem, czu­jąc, że ucho­dzi ze mnie ży­cie.

- Je­stem ci do­zgon­nie wdzięczny.

- Nie ma za co - od­par­łem ma­chi­nal­nie. - Ale bę­dzie ksiądz mu­siał zro­bić ko­rektę za po­przedni rok.

- Słu­cham?

- Po­da­tek był źle wy­li­czony. Trzeba bę­dzie do­pła­cić.

- O, Boże! - zmar­twił się oj­czu­lek.

- To nic strasz­nego - uspo­ko­iłem go. - Kwota nie jest duża. Wy­star­czy jedno pi­smo i wy­ja­śnie­nie. Le­piej wy­słać to sa­memu, za­nim skar­bówka się zo­rien­tuje.

- Tak, tak! Masz ra­cję. Ojej! - Oj­ciec Ra­fał sap­nął. - No, do­brze. Nie będę cię wię­cej nie­po­koił. Pew­nie masz te­raz mnó­stwo pracy.

- Nie za bar­dzo - wy­rwało mi się.

- Nie?

- Nie - za­śmia­łem się ner­wowo. - Mam pierw­szy wolny week­end ma­jowy od... Nie wiem od kiedy, bo za­wsze pra­co­wa­łem w tym cza­sie.

- Aha... No to może... może wpad­nij do mnie. Przy­nieś te pa­piery i wy­ja­śnij mi, co trzeba zro­bić.

Z nie­zro­zu­mia­łego dla sie­bie po­wodu zgo­dzi­łem się.

IV.

Oj­ciec Ra­fał po­ru­szył się nie­spo­koj­nie w swoim fo­telu, po­krę­cił głową i od­wró­cił na chwilę wzrok.

- No to nie­cie­ka­wie... - stwier­dził ci­cho, ba­wiąc się koń­cówką pa­ska. - Nie­spra­wie­dli­wie.

By­łem za­sko­czony jego re­ak­cją na moją opo­wieść. Po­cząt­kowo wcale nie mia­łem za­miaru zwie­rzać się z cze­go­kol­wiek, ale osta­tecz­nie opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim, co spo­tkało mnie przez ostat­nie kilka dni. Nie spo­dzie­wa­łem się, że na­zwie to nie­spra­wie­dli­wo­ścią, ocze­ki­wa­łem ra­czej ja­kie­goś psy­cho­lo­gicz­nego beł­kotu i py­tań o to, co w związku z tą sy­tu­acją czuję. Przy­znaję, że by­łem na­wet go­towy na kłót­nię.

- Ale czemu od razu cię zwol­nili? - Znów na mnie spoj­rzał. - Kto tak robi i to po tylu la­tach bez­a­wa­ryj­nej pracy?

- Nie wiem... - Wzru­szy­łem lekko ra­mio­nami. - To zna­czy... mnie to nie zdzi­wiło tak bar­dzo.

- Jak to?

- Nie je­stem zbyt lu­biany. Sam ksiądz wie, że po­tra­fię być nie­przy­jemny.

- A, tam! - żach­nął się. - Lu­bić albo nie lu­bić mogą się ko­le­żanki ze szkoły, ale tu mó­wimy o re­la­cjach za­wo­do­wych. Prze­cież chyba wie­dzieli, że prze­cho­dzisz trudne chwile i że po­trze­bu­jesz czasu, żeby dojść do sie­bie.

Za­ci­sną­łem usta, za­sta­na­wia­jąc się, co od­po­wie­dzieć. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łem się na pełną szcze­rość.

- Nikt nie wie­dział, że mam... że zmarł mi brat. Nie mam w zwy­czaju opo­wia­dać ko­mu­kol­wiek o swoim ży­ciu. To po pierw­sze. Po dru­gie, śro­do­wi­sko księ­go­wych zdo­mi­no­wane jest przez ko­biety, które za­cho­wują się wła­śnie jak ko­le­żanki ze szkoły. Czę­sto kwe­stie oso­bi­ste prze­wa­żają nad tymi pro­fe­sjo­nal­nymi.

- Ro­zu­miem - od­parł, a w jego oczach do­strze­głem jesz­cze więk­szą tro­skę, która mocno mnie zi­ry­to­wała.

- Nie lu­bię lu­dzi - wy­zna­łem. - Lu­dzie mnie roz­cza­ro­wali i ro­bią to cały czas.

- Dla­tego zo­sta­łeś księ­go­wym? Liczby i prze­pisy cię nie za­wio­dły?

- My­ślę, że tak. Tak! To może być główny po­wód. One po­mo­gły mi po­czuć, że od­zy­ska­łem kon­trolę nad wła­snym ży­ciem. No, a te­raz... - za­mil­kłem. Czu­łem, jak w moim gar­dle ro­śnie wielka gula, która unie­moż­li­wia mi mó­wie­nie i od­dy­cha­nie.

- Spo­koj­nie. - Oj­ciec Ra­fał uniósł dłoń. - Nie stra­ci­łeś kon­troli i jej nie stra­cisz. Po pro­stu mu­sisz uło­żyć swoje ży­cie na nowo.

Nie mia­łem siły się ode­zwać. Zresztą nie wie­dzia­łem na­wet, co mógł­bym w tam­tej chwili po­wie­dzieć. Przez kilka chwil pró­bo­wa­łem od­zy­skać pa­no­wa­nie nad wła­snym od­de­chem.

- To, co się wy­da­rzyło, jest je­dy­nie wy­bo­jem na dro­dze - stwier­dził oj­ciec Ra­fał. - No, może więk­szym za­krę­tem, który prze­raża, ale za nim znów bę­dzie pro­sta i pewna droga.

Ły­ka­łem, co do mnie mó­wił, cho­ciaż nor­mal­nie nie zgo­dził­bym się z ta­kim ro­zu­mo­wa­niem.

- Nie po­wiem, że wszystko się ułoży - cią­gnął. - Po­wiem, że ty to po­ukła­dasz we wła­ściwy spo­sób.

- Jak niby?! - usły­sza­łem wła­sny głos, pe­łen go­ry­czy i gniewu.

- Po swo­jemu. Tak jak ro­bi­łeś to wcze­śniej, kiedy było źle. Je­śli miał­bym ci coś do­ra­dzić, to tylko tyle, że po­wi­nie­neś wy­ko­rzy­stać to, co w to­bie naj­moc­niej­sze.

- Czyli?

- Co te­raz czu­jesz?

A więc jed­nak pa­dło to cho­lerne py­ta­nie!

- Wście­kłość.

- Świet­nie! - ucie­szył się, a ja zdzi­wi­łem. - Wście­kłość daje dużo siły. Na co naj­bar­dziej się wście­kasz?

- Na ko­mor­nika - od­par­łem bez na­my­słu.

- Więc do­łóż tro­chę ro­zumu i sprytu, a bę­dziesz wie­dział, co masz da­lej zro­bić.

- Ale ja mam ochotę go znisz­czyć. Ko­mor­nika zna­czy się... no, tego, co do mnie na­pi­sał.

- To go zniszcz! Byle bez szkody dla sie­bie.

Znów nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Ski­ną­łem tylko głową.

Było pierw­szo­ma­jowe przed­po­łu­dnie, kiedy opu­ści­łem ga­bi­net Ra­fała. Na ulicy zde­rzy­łem się z grupką mło­dych ko­mu­ni­stów z fla­gami w dło­niach. Śpie­szyli się na po­chód.

De­bile! - prze­szło mi przez myśl.

Ru­szy­łem wolno w stronę domu, mi­ja­jąc ko­lejne przy­stanki tram­wa­jowe i au­to­bu­sowe. Nie wsia­dłem do żad­nego środka trans­portu, mimo że mia­łem kilka razy oka­zję, ale gdy do­tar­łem do skrzy­żo­wa­nia So­li­dar­no­ści z Mły­nar­ską, roz­bo­lały mnie nogi. Przy­sia­dłem pod wiatą przy­stan­kową na kle­ją­cej się od piwa i in­nych na­po­jów ławce i po­pa­dłem w za­dumę.

W tym mo­men­cie nie czu­łem wście­kło­ści, za to do­pa­dło mnie po­czu­cie bez­sensu ca­łego mo­jego ist­nie­nia.

Po co się sta­rać, skoro jedno ta­kie wy­da­rze­nie mo­gło znisz­czyć każdy wy­si­łek, jaki wło­ży­łem w od­bu­dowę ży­cia zruj­no­wa­nego przez do­ro­słych, któ­rzy byli kie­dyś za nas od­po­wie­dzialni? Po co w ogóle pró­bo­wać wy­do­by­wać się z ba­gna, skoro ono i tak prę­dzej czy póź­niej znów wy­cią­gnie po mnie swoje łapy?

By­łem zmę­czony. Mia­łem trzy­dzie­ści sześć lat i by­łem wy­koń­czony wła­sną eg­zy­sten­cją. Zro­zu­mia­łem, że aż do tam­tej chwili ży­łem w na­pię­ciu, ale i w na­dziei, że to się nie wy­da­rzy, że nie przyj­dzie ktoś, kto za­bie­rze mi spo­kój, po­czu­cie kon­troli, a przede wszyst­kim pie­nią­dze. Oj­ciec cią­gle mi je kradł, a po­tem Ro­land na ży­cze­nie ojca... Stary mu­siał się na­pić, więc gdy zo­rien­to­wał się, że je­den z jego sy­nów cza­sem coś po szkole za­robi, ze wszyst­kich sił sta­rał się każdy za­ro­biony grosz mu ode­brać. Tak, był zło­dzie­jem. Zwy­kłym pier­do­lo­nym zło­dzie­jem! A dzień jego śmierci był jed­nym z lep­szych w moim ży­ciu.

Sie­dzia­łem na tym przy­stanku dość długo, aż za­częło bur­czeć mi w brzu­chu; dla­tego gdy pod­je­chał ko­lejny au­to­bus, wsia­dłem do niego i wró­ci­łem do domu. Zro­bi­łem so­bie kilka ka­na­pek i usia­dłem przy stole. Przed sobą roz­ło­ży­łem wszyst­kie pi­sma, ja­kie ostat­nio do mnie przy­szły, i przy­glą­da­łem się im, prze­żu­wa­jąc chleb. Za­nim skoń­czy­łem jeść, w gło­wie mia­łem za­ry­so­wany plan dzia­ła­nia.

V.

Wie­czo­rem za­dzwo­nił Wie­siek. Sły­sza­łem do­cho­dzące z od­dali od­głosy roz­mów, więc do­my­śli­łem się, że cią­gle był w biu­rze.

- Nie pod­pi­szesz za po­ro­zu­mie­niem stron? - Trudno było po­wie­dzieć, czy py­tał, czy ra­czej stwier­dzał.

- Jesz­cze nie zwa­rio­wa­łem - od­par­łem, ba­wiąc się pi­lo­tem od te­le­wi­zora. Sie­dzia­łem roz­wa­lony na ka­na­pie z pi­wem w ręku i oglą­da­łem ja­kiś głupi se­rial, czyli ro­bi­łem do­kład­nie to, co nie le­żało w mo­jej na­tu­rze.

- No, do­bra - stęk­nął. - Przy­ślemy ci wy­po­wie­dze­nie, ale nie mu­sisz przy­cho­dzić do pracy. Wiesz, co to ozna­cza?

- Mhm, do­my­ślam się. Mi­ni­malna kra­jowa bez do­dat­ków.

- Wła­śnie... - Jego głos nie brzmiał zbyt pew­nie. - No, OK... To... na ra­zie.

- A, cze­kaj! - Przy­po­mniało mi się.

- Tak?

- Chcia­łem cię o coś za­py­tać, ale pry­wat­nie.

- No?

- Opo­wia­da­łeś kie­dyś o no­ta­riuszce, z którą za­ła­twia­łeś po­świad­cze­nie dzie­dzi­cze­nia po śmierci matki.

- Yyy... No, tak... To moja ku­zynka, We­ro­nika. A co?

- Dasz mi do niej na­miar? Mó­wi­łeś, że to so­lidna firma.

Mo­głem nie lu­bić Wie­sława, ale ża­den stary wyga księ­gowy nie na­jąłby byle ja­kiego praw­nika. Poza tym wy­czu­łem w jego za­cho­wa­niu de­li­katne po­czu­cie winy, więc przy­pusz­cza­łem, że będę mógł li­czyć na bar­dziej pre­fe­ren­cyjne wa­runki. I nie po­my­li­łem się.

Jesz­cze tego sa­mego wie­czora no­ta­riusz za­dzwo­niła do mnie We­ro­nika We­iss.

- Wiem, że jest późno, ale do­piero skoń­czy­łam pracę, a ju­tro od rana znów to samo, więc... - tłu­ma­czyła się.

- Nie ma sprawy. Cie­szę się, że pani za­dzwo­niła. - Zer­k­ną­łem na ze­ga­rek, było dzie­sięć po dwu­dzie­stej dru­giej. - Nie są­dzi­łem, że no­ta­riu­sze też pra­cują w długi week­end.

- A, tak! - za­śmiała się. - Ale to chyba też pra­co­ho­lizm. Wie­siek mó­wił, że po­trze­buje pan po­mocy.

- Po­trze­buję do­brego no­ta­riu­sza. Wi­dzi pani, pół roku temu zmarł mój brat...

- Och, przy­kro mi. - Brzmiała szcze­rze.

- Dzię­kuję. Cóż... Nie­stety umknął mi fakt, że je­dyne, co dzie­dzi­czę, to jego liczne długi.

- Ojej! Fa­tal­nie! I mi­nęło pół roku?

- Zga­dza się. I nie mogę na­wet uda­wać, że do­wie­dzia­łem się o jego śmierci póź­niej.

- Hmm... - wes­tchnęła i przez chwilę nic nie mó­wiła. - No ale do­brze by­łoby spraw­dzić, czy jed­nak miał ja­kiś ma­ją­tek. Miał coś?

- Poza re­pu­ta­cją - nic. Wszystko, co zo­stało po na­szych ro­dzi­cach i sio­strze, od­dał mnie. To zna­czy zrzekł się tego, bo chciał... Twier­dził, że to re­kom­pen­sata za pewne jego dzia­ła­nia.

- Aha, aha. I to od­było się ofi­cjal­nie?

- Tak. Dzięki temu... ma­jąt­kowi mo­głem ku­pić miesz­ka­nie, a ra­czej szyb­ciej spła­cić kre­dyt.

- Jeju, żeby go pan te­raz nie stra­cił! Trzeba dzia­łać i to szybko. No, do­bra. To może... Niech pan po­zbiera wszyst­kie do­ku­menty, zwłasz­cza z miesz­ka­nia brata...

- Jesz­cze tam nie by­łem - przy­zna­łem, czu­jąc ucisk w żo­łądku.

- No, to ko­niecz­nie trzeba tam iść! Pro­szę za­bez­pie­czyć każdy moż­liwy pa­pier i jak pan bę­dzie miał to wszystko, pro­szę przyjść do mnie na Złotą z ak­tem zgonu, za­świad­cze­niem o nu­me­rze PE­SEL i ostat­nim miej­scem za­mel­do­wa­nia brata. Ja zajmę się resztą. Naj­waż­niej­sze to usta­lić, czy coś z jego ma­jątku można jesz­cze spie­nię­żyć i spła­cić te długi. Z ak­tem zgonu może pan iść do ban­ków.

Nie przy­pusz­cza­łem, by Ro­land miał konto, na któ­rym były pie­nią­dze, ale i tak za­pi­sa­łem so­bie tę uwagę w no­tat­kach. Roz­ma­wia­li­śmy jesz­cze dłuż­szą chwilę, głów­nie o ro­dza­jach na­leż­no­ści, ja­kie na mnie spa­dły, a po­tem roz­łą­czy­łem się i po­sze­dłem spać. Mia­łem za­miar wy­po­cząć, by po­zo­stałe dni week­endu spę­dzić na dal­szym ob­my­śla­niu dal­szej stra­te­gii dzia­ła­nia. Nie­stety nie było mi to dane, po­nie­waż ciężko się roz­cho­ro­wa­łem.

Mu­si­cie wie­dzieć, że ja ni­gdy nie cho­ro­wa­łem. W dzie­ciń­stwie prze­sze­dłem kilka pod­sta­wo­wych cho­rób, ty­po­wych dla tego okresu ży­cia, ale po­tem ani razu nie mu­sia­łem brać wol­nego z po­wo­dów zdro­wot­nych. Te­raz też nie mu­sia­łem, wszak mnie zwol­nili, a jed­nak od­czu­wa­łem silny dys­kom­fort psy­chiczny, wi­dząc, jak moje ciało od­ma­wia po­słu­szeń­stwa.

Obu­dził mnie po­tworny ból gar­dła. W pierw­szej chwili nie mo­głem zro­zu­mieć, co się dzieje. Pa­trzy­łem na po­grą­żony w ciem­no­ści po­kój, mru­ga­łem po­wie­kami i ma­so­wa­łem szyję, która wy­da­wała się nieco obrzęk­nięta. Jed­nak kiedy moim cia­łem wstrzą­snęły silne dresz­cze, po­ją­łem, że nad­cho­dzi coś po­waż­niej­szego. Oba­wia­łem się, że będę miał go­rączkę, ale za ja­kiś czas za­cznę czuć się le­piej, nie przy­pusz­cza­łem jed­nak, że to nie fi­zyczne do­le­gli­wo­ści będą naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące.

W po­koju było na­dal ciemno, ale jego twarz wi­dzia­łem bar­dzo do­kład­nie. Stał nade mną i ga­pił się tym swoim za­mglo­nym od wódy wzro­kiem.

- Zby­niu - usły­sza­łem dawno nie­sły­szany głos, wy­ra­ża­jący ni to pre­ten­sję, ni to bła­ga­nie.

Oj­ciec chwiał się i ma­chał jedną ręką, a w dru­giej trzy­mał bu­telkę z pi­wem, któ­rego uży­wał do "le­cze­nia" kaca. Mógł­bym przy­siąc, że czu­łem smród go­rzały wy­do­by­wa­jący się z jego pasz­czy, lecz naj­gor­sze były oczy, świe­cące w mroku czer­wo­nym bla­skiem.

Od­dy­cha­łem ciężko, nie mo­gąc się ru­szyć.

Czy to sen, czy ja na­prawdę go wi­dzę? Mam ha­lu­cy­na­cje spo­wo­do­wane wy­soką go­rączką, a może umar­łem i tra­fi­łem do miej­sca, do któ­rego tra­fił mój nie­ży­jący oj­ciec?

Za­mkną­łem oczy, co wcale nie przy­szło mi ła­two. Po chwili od­zy­ska­łem wła­dzę nad resztą ciała, więc na­cią­gną­łem koł­drę pod brodę i le­ża­łem nie­ru­chomo. By­łem roz­pa­lony i ma­rzy­łem o łyku chłod­nej wody, ale na­dal czu­łem jego obec­ność w po­koju.

Udało mi się za­snąć, bo kiedy znów otwo­rzy­łem oczy, na dwo­rze sza­rzało. Z tru­dem unio­słem się na łok­ciu i się­gną­łem po sto­jącą obok łóżka bu­telkę z wodą. Gar­dło wciąż mnie bo­lało, więc prze­ły­ka­nie sta­no­wiło nie­mały pro­blem, na tyle duży, że za­czą­łem roz­wa­żać umó­wie­nie się do le­ka­rza.

Może po­trze­buję an­ty­bio­tyku? - prze­szło mi przez myśl. Wtedy znów go usły­sza­łem.

- Zby­niu. - Tym ra­zem brzmiał, jakby był roz­ba­wiony.

Unio­słem lekko głowę i z prze­ra­że­niem do­strze­głem go sie­dzą­cego w ką­cie po­koju. Zaj­mo­wał sze­roki fo­tel z plu­szo­wym obi­ciem. Fo­tel, na któ­rym spę­dzał więk­szość swo­jego pi­jac­kiego ży­cia. Fo­tel, ja­kiego nie mia­łem w swoim domu i ni­gdy nie za­mie­rza­łem mieć.

Jego oczy na­dal świe­ciły na czer­wono, jakby był dziką be­stią na­po­tkaną na le­śnym szlaku nocą, a nie wspo­mnie­niem czło­wieka.

Nie­stety, po­ja­wiał się w moim po­koju przez ko­lejne dwa dni, za­wsze wtedy, gdy czu­łem się go­rzej, jakby sta­no­wił do­dat­kowy ele­ment mo­jego udrę­cze­nia. Przez cały ten czas nie umia­łem oce­nić, na ile by­łem przy­tomny, a na ile śni­łem bar­dzo re­alne sny. Nikt się ze mną nie kon­tak­to­wał, co wcale nie było dziwne, bio­rąc po uwagę fakt, że aku­rat był długi week­end i że nie ota­cza­łem się ni­gdy żad­nymi zna­jo­mymi. Mógł­bym umrzeć w tym swoim miesz­ka­niu na Be­mo­wie i do­piero smród roz­kła­da­ją­cego się ciała za­alar­mo­wałby są­sia­dów.

- Albo i nie - szep­ną­łem do sie­bie, śmie­jąc się pod no­sem.

My­śla­łem, że będę chory długo. Nie mia­łem żad­nych le­ków w domu, mało pi­łem, nic nie ja­dłem i wciąż prze­śla­do­wał mnie mar­twy oj­ciec z twa­rzą be­stii... Jed­nak w po­nie­dzia­łek nad ra­nem "od­wie­dził" mnie ktoś jesz­cze.

- Zby­chu!

Po­czu­łem szarp­nię­cie za ra­mię. Otwo­rzy­łem oczy i uj­rza­łem nad sobą twarz Ro­landa.

- Co?! - burk­ną­łem ze zło­ścią, za­po­mi­na­jąc o tym, że mój brat nie żył od pół roku i że od lat się z nim nie wi­dzia­łem oso­bi­ście.

- Wsta­waj!

Chcia­łem od­wi­nąć się nie­przy­ja­znym ge­stem albo sło­wem i na­wet mach­ną­łem ręką, ale zła­pa­łem je­dy­nie za­tę­chłe po­wie­trze w swoim miesz­ka­niu. Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy i z ulgą stwier­dzi­łem, że je­stem sam, a w do­datku nie mam go­rączki i czuję się zde­cy­do­wa­nie le­piej. Do­tkną­łem szyi i spró­bo­wa­łem prze­łknąć ślinę. Wszystko wy­da­wało się zmie­rzać we wła­ściwą stronę, więc po­woli usia­dłem na łóżku i opu­ści­łem stopy na chłodną pod­łogę.

Po­kój wi­ro­wał lekko przed mo­imi oczami i bar­dzo chciało mi się pić. Pod­nio­słem bu­telkę sto­jącą obok łóżka. Była pu­sta, więc mu­sia­łem wstać i iść do kuchni po kra­nówkę, roz­my­śla­jąc jed­no­cze­śnie o tym, że nie mam nic do je­dze­nia. Kiedy by­łem w przed­po­koju, ktoś za­pu­kał do drzwi.

W po­nie­dzia­łek rano? - zdzi­wi­łem się.

Mia­łem wąt­pli­wo­ści, czy po­wi­nie­nem w ogóle spraw­dzać, kto się do mnie do­bija. Na pewno nie był to nikt zna­jomy, a ja nie wy­glą­da­łem naj­le­piej i na­wet nie mia­łem na so­bie spodni. Mimo wszystko cie­ka­wość zwy­cię­żyła i po chwili na­my­słu otwo­rzy­łem.

- To my! - po­wie­działa dziew­czyna z dłu­gim brą­zo­wym war­ko­czem, prze­rzu­co­nym przez ra­mię.

- Słu­cham? - By­łem nie­mal pe­wien, że na­dal mam ha­lu­cy­na­cje.

Trzy młode osoby stały na progu mo­jego miesz­ka­nia - dwóch wy­so­kich chło­pa­ków i dłu­go­włosa pa­nienka o wy­glą­dzie pen­sjo­narki. Nie wy­glą­dali groź­nie, ale obok ich nóg le­żały ja­kieś to­bołki, które wzbu­dzały we mnie lekki nie­po­kój.

- No... dzwo­ni­li­śmy... - po­wie­działa pa­nienka nie­pew­nie, zer­ka­jąc na ko­le­gów. - Roz­ma­wia­li­śmy w week­end.

- O czym?

- O wy­naj­mie. Dla nas.

W pierw­szym od­ru­chu chcia­łem za­trza­snąć im drzwi przed no­sami, do­my­śla­jąc się, że po­my­lili miesz­ka­nia. Wie­dzia­łem, że są­sie­dzi z pię­tra wy­żej re­gu­lar­nie wy­naj­mo­wali po­koje stu­den­tom i ta trójka naj­pew­niej tam nie do­tarła z ja­kie­goś po­wodu. Jed­nak ów od­ruch mi­nął, kiedy do­strze­głem w tej sy­tu­acji pewną szansę dla sie­bie.

- Aha... - po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się grać nieco na zwłokę. - Ja­sne... Tylko że ja je­stem nieco nie­dy­spo­no­wany.

- Och! - wy­rwało się ca­łej trójce z mło­dych piersi.

- No. - Po­ki­wa­łem smęt­nie głową. - Mia­łem w week­end grypę czy coś, więc na­wet nie pa­mię­tam na­szej... roz­mowy.

- Ojej! - pi­snęło dziew­czę. - I co te­raz? My na­prawdę po­trze­bu­jemy...

- Nie po­wie­dzia­łem, że wam nie wy­najmę - prze­rwa­łem jej. - Tylko że je­stem nieco w proszku. Wejdź­cie. - Zro­bi­łem im przej­ście do przed­po­koju. - Duży po­kój po pra­wej.

Kiedy za­my­ka­łem za nimi drzwi, po­my­śla­łem, że w ten wła­śnie spo­sób nie­winne ofiary tra­fiają w szpony zbo­czeń­ców i se­ryj­nych mor­der­ców.

- Na ra­zie mogę wam za­pro­po­no­wać ten po­kój - po­wie­dzia­łem. - Jest więk­szy, więc się po­mie­ści­cie. No i ma bal­kon.

- Jest świetny - stwier­dziła dziew­czyna, po czym po­trzą­snęła głową i wy­cią­gnęła dłoń. - Ewe­lina je­stem.

- Zby­szek.

W jej oczach za­go­ścił nie­po­kój, ale po se­kun­dzie znów była ra­do­sna i pełna uf­no­ści.

- To Ra­dek i Prze­mek. I na­prawdę, ale to na­prawdę po­trze­bu­jemy tego miesz­ka­nia... po­koju...

Unio­słem dłoń.

- Mogę wy­na­jąć całe miesz­ka­nie, ale przez tę cho­robę po pro­stu nie da­łem rady prze­nieść się do... na... na Wolę.

Oczy­wi­ście, że na Wolę! Tam były miesz­ka­nia zaj­mo­wane przez Ro­landa.

- To nic! - Ewe­lina mach­nęła ręką. - Na ra­zie zo­sta­niemy tu­taj. On... Prze­mek ju­tro pi­sze ma­turę i po pro­stu mu­simy nad nim po­pra­co­wać, żeby zdał.

- Ma­turę? - zdzi­wi­łem się, pa­trząc na Prze­mka, który nie wy­da­wał się aż tak młody.

- Mhm. Je­ste­śmy z jed­nej miej­sco­wo­ści, znamy się od za­wsze, ale on cho­dził do tech­ni­kum, a w do­datku ki­blo­wał je­den rok, więc...

- To bar­dzo miło z wa­szej strony, że chce­cie mu po­móc - za­uwa­ży­łem uprzej­mie, si­ląc się na uśmiech. - Więc za­mier­za­cie się tu uczyć?

- Oj, tak! - sap­nęła dziew­czyna. - Do na­szej se­sji jesz­cze tro­chę zo­stało, więc na ra­zie się nim zaj­miemy.

- Obie­ca­li­śmy jego ma­mie - do­dał Ra­dek, ki­wa­jąc głową.

Prze­mek wciąż mil­czał, a na jego twa­rzy do­strze­głem smu­tek zmie­szany z re­zy­gna­cją.

- Więc nie po­zo­staje mi nic in­nego, jak po­zwo­lić wam sku­pić się na na­uce. - Ko­lejny wy­mu­szony uśmiech spra­wił, że po­czu­łem de­li­katny skurcz w żu­chwie. - A ja mu­szę się w końcu ubrać. Prze­pra­szam, że tak pa­ra­duję tu w bie­liź­nie przed wami.

- Spoko gatki - mruk­nął Prze­mek. - Lu­bię bok­serki w kratkę. Mam tylko ta­kie.

Za­nim zdą­ży­łem coś od­po­wie­dzieć, Ewe­lina pac­nęła go w ra­mię.

- Ty nie myśl o krat­kach, tylko o pol­skim - burk­nęła.

- W po­rządku, zo­sta­wię was i zajmę się swo­imi spra­wami. Po­tem do­mó­wimy szcze­góły.

- A, wła­śnie! - przy­po­mniało się Ewe­li­nie, która się­gnęła do torby. - Czynsz za pierw­szy mie­siąc plus umó­wiona kau­cja. Dzię­ku­jemy, że zgo­dził się pan na kau­cję za je­den mie­siąc. Za­zwy­czaj wy­naj­mu­jący chcą za dwa albo na­wet trzy.

- Yyy... tak... - za­cu­ka­łem się na chwilę, bio­rąc od niej plik bank­no­tów. - Nie ma pro­blemu.

W ten spo­sób nie mu­sia­łem usta­lać wy­so­ko­ści czyn­szu, wy­star­czyło prze­li­czyć kwotę, jaką do­sta­łem, i po­dzie­lić ją na dwa. Zresztą wszy­scy troje, a zwłasz­cza dziew­czyna, wy­glą­dali na ta­kich, któ­rych nie trzeba go­nić za za­le­głe na­leż­no­ści.

Chcia­łem coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale oni za­jęli się sobą i w jed­nej chwili prze­stali w ogóle zwra­cać na mnie uwagę.

Nie­je­den z was za­pewne głowi się, jak to moż­liwe, że za­pro­si­łem na­jem­ców do nie­przy­go­to­wa­nego miesz­ka­nia. Otóż moje miesz­ka­nie i tak przy­po­mi­nało skromny aka­de­mik, jak to ujęła kie­dyś jedna z mo­ich dziew­czyn. Nie było w nim ni­czego, co za­kwa­li­fi­ko­wał­bym jako zbędne. Dla­tego ci mło­dzi lu­dzie mo­gli od razu roz­pa­ko­wać to­bołki i za­jąć się swo­imi spra­wami.

Wy­sze­dłem z po­koju, ści­ska­jąc w dłoni pie­nią­dze. Chcia­łem iść po port­fel, żeby je za­raz po­li­czyć i scho­wać, ale ktoś znów za­pu­kał do drzwi wej­ścio­wych.

Zdę­bia­łem.

Może to są­sie­dzi z pię­tra wy­żej przy­szli po swo­ich skra­dzio­nych na­jem­ców?

Obej­rza­łem się w stronę po­koju z bal­ko­nem, ale stu­denci nie in­te­re­so­wali się ni­czym in­nym poza sobą, więc za­mkną­łem drzwi i po­sze­dłem zer­k­nąć przez wi­zjer.

Oj­ciec Ra­fał!?

Otwo­rzy­łem, ale nie zdą­ży­łem nic po­wie­dzieć, bo ksiądz wy­dał z sie­bie ci­chy okrzyk.

- Boże! Jak ty wy­glą­dasz?! - za­wo­łał, mie­rząc mnie wzro­kiem z góry na dół.

- Co? Ale... co ksiądz tu robi?

- Jak to co? Dzwo­ni­łem do cie­bie w so­botę i po­wie­dzia­łeś, że je­steś bar­dzo chory. Po­dobno nie masz co jeść, więc obie­ca­łem, że cię od­wie­dzę dziś, bo wczo­raj było święto i nie dał­bym rady. Na­prawdę się mar­twi­łem i wi­dzę, że mia­łem po­wody.

- Aha... - Sta­łem z roz­dzia­wioną gębę, a gdy chcia­łem po­dra­pać się po gło­wie, zo­rien­to­wa­łem się, że w jed­nej dłoni wciąż trzy­ma­łem pu­stą bu­telkę na wodę. - To... pro­szę wejść. Ja mam... mam tu pewną sy­tu­ację - po­wie­dzia­łem szep­tem, po czym wyj­rza­łem na ko­ry­tarz, spraw­dza­jąc, czy ktoś tam nie stoi i nie pod­słu­chuje.

- Co się stało? - za­py­tał Ra­fał, także szep­tem.

- Ukra­dłem są­sia­dowi z góry na­jem­ców.

- Co zro­bi­łeś? - Ksiądz spoj­rzał na mnie zdu­miony, a po­tem pod­niósł dłoń i do­tknął mo­jego czoła.

- Chodźmy do po­koju, to wy­ja­śnię...

Nie zdą­ży­łem jed­nak zro­bić kroku, bo Prze­mek otwo­rzył drzwi i sta­nął jak wryty na wi­dok do­mi­ni­ka­nina w bia­łym ha­bi­cie.

- O, wła­śnie! - za­wo­ła­łem z uda­wa­nym en­tu­zja­zmem. - To je­den z tych na­jem­ców, o któ­rych mó­wi­łem. A to ksiądz Ra­fał.

- Oj­ciec - po­pra­wił mnie du­chowny, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie.

- A... miło mi - wy­du­kał Prze­mek, a zza jego ple­ców wy­ło­niły się głowy jego przy­ja­ciół. - Je­stem Prze­mek i... będę tu miesz­kał.

- Świet­nie! To może mi opo­wiedz­cie wię­cej o so­bie, co? - za­pro­po­no­wał oj­ciec Ra­fał. - A Zby­szek się w tym cza­sie ubie­rze.

- No, tak... - Spoj­rza­łem na gołe nogi i co­raz bar­dziej zmar­z­nięte stopy. - Do­bry po­mysł.

Wpa­dłem do ma­łego po­koju i przy­mkną­łem za sobą drzwi, ale i tak sły­sza­łem wszystko, co się działo. Prze­mek po­szedł do ła­zienki, a ksiądz za­czął re­gu­larne prze­słu­cha­nie po­zo­sta­łej dwójki.

- To bę­dzie­cie tu so­bie miesz­kać u Zby­sia, tak? - za­py­tał wielce uprzej­mym gło­sem.

- Tak - od­parła Ewe­lina. - Mu­simy przy­go­to­wać ko­legę do ma­tury.

- Tro­chę późno, co? - za­śmiał się.

- Le­piej późno niż wcale. A oj­ciec skąd zna pana Zbyszka?

- O, uczy­łem go w szkole re­li­gii. Znam go od bar­dzo dawna. To po­rządny czło­wiek. Po­wiedz­cie mi... kto szuka miesz­ka­nia na wy­na­jem w maju? Coś się pew­nie nie­mi­łego wy­da­rzyło, co?

- No, nie­stety - mruk­nęła dziew­czyna. - Po­przedni wła­ści­ciel ka­zał się nam wy­pro­wa­dzić przed dłu­gim week­en­dem. Z dnia na dzień.

- Oj, przy­kro mi.

- No... Wró­ci­li­śmy do domu i oka­zało się, że nasz przy­ja­ciel pi­sze ma­turę i jest, de­li­kat­nie mó­wiąc, w le­sie z na­uką, więc...

- Po­sta­no­wi­li­ście mu po­móc. To bar­dzo szla­chetne. No, my­ślę, że tu bę­dzie wam do­brze. - Ostat­nie zda­nie nie zo­stało wy­po­wie­dziane zbyt pew­nym to­nem. - Na­le­ży­cie do ja­kie­goś dusz­pa­ster­stwa aka­de­mic­kiego? Bo je­śli nie, to za­pra­szam do nas na Freta.

- Yyy... Zo­ba­czymy... Bar­dzo chęt­nie. Dzię­ku­jemy.

- Tak... ekhm... - Ra­dek chrząk­nął. - Dzię­ku­jemy.

Ubrany i ucze­sany zja­wi­łem się w przed­po­koju. Ra­fał uśmiech­nął się na mój wi­dok i uniósł trzy­maną w dłoni płó­cienną torbę.

- Przy­nio­słem ci coś do­brego do je­dze­nia - po­in­for­mo­wał.

- Chcia­łem po­je­chać za­ła­twić sprawę miesz­ka­nia Ro­landa...

- Nie, nie! - prze­rwał mi, ki­wa­jąc pal­cem. - Naj­pierw coś zjesz.

- Niech pan coś zje. - Ewe­lina kiw­nęła głową. - Wy­gląda pan bar­dzo blado. My wra­camy do na­uki.

Za­pro­wa­dzi­łem Ra­fała do kuchni i za­mkną­łem za nami drzwi. Ksiądz po­sta­wił torbę na bla­cie i za­czął wyj­mo­wać przy­nie­sione pro­dukty. Na stole po­ja­wiła się bu­telka miodu pit­nego.

- To so­bie zro­bisz na go­rąco przed snem. Naj­le­piej z przy­pra­wami, żeby się le­piej spało. Więc? Czemu mó­wi­łeś, że ich ukra­dłeś?

- Bo chyba tak było. Za­kła­dam, że chcieli wy­na­jąć od są­siada z góry, ale u nas pię­tra i drzwi są dziw­nie ozna­czone, lu­dzie się czę­sto mylą.

- Coś po­dob­nego? - par­sk­nął, wyj­mu­jąc pęto kieł­basy i ciemny chleb.

- Czy we­dług wiary ka­to­lic­kiej to grzech?

- Nie mam po­ję­cia - przy­znał, chi­cho­cząc. - Daj ta­lerz i nóż. Zro­bię ci ka­napkę, a ty wstaw wodę na her­batę. Mnie zrób kawę. No i co? Uda­łeś Greka i ich za­pro­si­łeś do sie­bie?

- Do­kład­nie tak. Za­pła­cili mi za mie­siąc z góry, a ksiądz wie, że te­raz u mnie z kasą może być kru­cho.

- No, tak... - wes­tchnął, kro­jąc chleb. - Na­syp mi wię­cej tej kawy. Strasz­nie mnie po­ranny pa­cjent wy­nu­dził.

- Po­my­śla­łem, że je­śli uda mi się prze­jąć miesz­ka­nie Ro­landa, dłu­go­trwały wy­na­jem może mi bar­dzo po­móc.

- Ro­zu­miem. I chcesz te­raz je­chać to za­ła­twić?

- Tak. Pod­jadę do ZGN i po­ga­dam z ludźmi.

- Po­jadę z tobą - za­ko­mu­ni­ko­wał zde­cy­do­wa­nym to­nem.

- Na­prawdę? - Moja dłoń za­wi­sła z czaj­ni­kiem nad ku­chenką. - Czemu?

- Bo mam prze­czu­cie, że przyda ci się wspar­cie - od­parł, wy­dy­ma­jąc usta. - Pod­po­wiada mi to do­świad­cze­nie.

Chleb i wę­dlina były bar­dzo smaczne, a ja bar­dzo głodny, więc szybko na­peł­ni­łem pu­sty żo­łą­dek. Oj­ciec Ra­fał po­sło­dził mi her­batę mio­dem, a sam de­lek­to­wał się mocną jak sie­kiera, nie­sło­dzoną plujką, którą mu przy­go­to­wa­łem.

- Wie ksiądz, ja w ogóle nie pa­mię­tam na­szej roz­mowy - po­wie­dzia­łem mię­dzy jed­nym kę­sem chleba a dru­gim.

- Ja­kiej roz­mowy?

- No, tej te­le­fo­nicz­nej. W ogóle nie ko­ja­rzę, że­bym z kimś roz­ma­wiał.

- Nie dzi­wię się. Brzmia­łeś fa­tal­nie. Zresztą ode­bra­łeś do­piero za trze­cim albo czwar­tym ra­zem.

- Se­rio? - zmarsz­czy­łem brwi. - Kiedy to było?

- W so­botę wie­czo­rem. Nie­stety przeor nie po­zwo­lił mi je­chać do cie­bie w nie­dzielę, bo było za dużo pracy, su­ge­ro­wał, że­bym wy­słał po­go­to­wie, ale osta­tecz­nie nie za­dzwo­ni­łem ni­g­dzie... Może nie­słusz­nie.

- Cóż... Jak wi­dać, nic mi nie jest. - Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Nie po­wie­dział­bym. Wy­glą­dasz nie­cie­ka­wie.

- Nie­cie­ka­wie to się czu­łem jesz­cze tej nocy. Nad ra­nem za­częły wra­cać mi siły. W su­mie... sam nie wiem, czemu za­cho­ro­wa­łem i czemu mi prze­szło.

Ra­fał przyj­rzał mi się z za­in­te­re­so­wa­niem.

- A co wy­da­rzyło się wcze­śniej? - za­py­tał.

- Jak to co? Stra­ci­łem pracę, wpa­dłem w nie swoje długi... Same przy­jem­no­ści.

- Jed­nak kiedy ostat­nio cię wi­dzia­łem, nie by­łeś aż tak zmar­no­wany - za­uwa­żył. - Dla­tego py­tam, co wy­da­rzyło się bez­po­śred­nio przed ta­jem­ni­czym za­cho­ro­wa­niem?

Mimo że nie mia­łem za­miaru z ni­kim dzie­lić się czym­kol­wiek z tego, co mnie spo­tkało, opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim: o te­le­fo­nie z pracy, o roz­mo­wie z no­ta­riuszką, o pierw­szych ob­ja­wach cho­roby, a także o tym, co pod­czas niej wi­dzia­łem i sły­sza­łem.

Du­chowny nie sko­men­to­wał tych re­we­la­cji. Sie­dział z lekko opusz­czoną głową, którą co chwilę ki­wał, ga­piąc się w fusy w szklance.

- A Ro­land? - za­py­tał po chwili krót­kiego mil­cze­nia. - Jak wy­glą­dał w tym przy­wi­dze­niu?

- Nor­mal­nie.

- Nie tak jak oj­ciec, z dziw­nymi oczami?

- Nie. - Pró­bo­wa­łem do­szu­kać się w jego gło­sie nuty iro­nii, ale jej nie usły­sza­łem. - Wy­glą­dał jak Ro­land. Był... On za­wsze przy­po­mi­nał matkę i jej ro­dzinę. Chudy, z po­cią­głą twa­rzą i za­ko­lami nad czo­łem, jak u wujka Zenka. Mu­siał się cie­pło ubie­rać, bo cią­gle mu było zimno, ale to chyba przez brak mię­śni i tkanki tłusz­czo­wej.

- Ty przy­po­mi­nasz bar­dziej ojca, prawda?

- Nie­stety... - Po­czu­łem, jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. Od­ru­chowo od­wró­ci­łem wzrok. - Pa­trzę w lu­stro i wi­dzę tego... gnoja.

- Ale był cał­kiem przy­stojny.

- Wy­gląd to nie wszystko. To nic w za­sa­dzie. Nie wiem, czemu lu­dzie tak sku­piają się na ze­wnętrz­nej sko­ru­pie, jakby to miało ja­kieś zna­cze­nie.

Oj­ciec Ra­fał wes­tchnął ci­cho, spoj­rzał na mnie z tro­ską i ski­nął głową.

- Zbie­rajmy się - po­wie­dział, kle­piąc mnie po dłoni. - Po po­łu­dniu mam ko­lej­nych pa­cjen­tów.

VI.

Wie­dzia­łem, na któ­rym przy­stanku mu­szę wy­siąść, ale nie zna­łem do­kład­nej drogi doj­ścia do biura Za­kła­dów Go­spo­darki Nie­ru­cho­mo­ściami na Woli. Oka­zało się, że oj­ciec Ra­fał wie, jak na­leży iść.

- By­łem tam już kie­dyś - wy­ja­śnił zdaw­kowo i przy­śpie­szył kroku.

Do­tar­li­śmy na miej­sce dość szybko, aż chwi­lami bra­ko­wało mi tchu. Nie pro­si­łem jed­nak księ­dza, żeby zwol­nił - bar­dzo chcia­łem mieć tę wi­zytę za sobą. Za­pu­ka­łem do pierw­szych drzwi, wsze­dłem i za­py­ta­łem, gdzie mogę za­ła­twić za­le­gło­ści po zmar­łym bra­cie, który zaj­mo­wał lo­kale ko­mu­nalne. Zo­sta­łem po­kie­ro­wany do kon­kret­nego po­koju i znów za­pu­ka­łem. Po to­nie, ja­kim wy­po­wie­dziano "pro­szę" za drzwiami, do­my­śli­łem się, że to może nie być miła roz­mowa.

- Dzień do­bry - przy­wi­ta­łem się uprzej­mie.

Oj­ciec Ra­fał był tuż za mną, ale nie wcho­dził do środka. W kilku sło­wach opo­wie­dzia­łem, po co przy­sze­dłem, a dwie sie­dzące na­prze­ciwko sie­bie ko­biety spoj­rzały po so­bie wy­mow­nie.

- No, to musi pan za­pła­cić, ina­czej wy­ślemy sprawę do ko­mor­nika - wy­ce­dziła jedna z nich, ga­piąc się na mnie znad oku­la­rów. - W za­sa­dzie nie wiem, czy już nie wy­sła­ły­śmy. Kry­siu, spraw­dzisz?

Ale Kry­sia nie zdą­żyła ni­czego spraw­dzić, bo do po­koju wkro­czył ksiądz Ra­fał i chrząk­nął gło­śno.

- Ekhm... Szczęść Boże! - ode­zwał się, wpra­wia­jąc ko­biety w osłu­pie­nie. - Mój przy­ja­ciel nie wy­ra­ził się dość ja­sno, bo nie czuje się dziś naj­le­piej, no i... wciąż jest w ża­ło­bie po bra­cie. Ro­zu­mie­cie, moje dro­gie? Brat to był ostatni krewny, jaki mu zo­stał. Ostatni! - Uniósł pa­lec wska­zu­jący, żeby pod­kre­ślić zna­cze­nie swo­ich słów. - Nie do­dał więc, że on chce w tym miesz­ka­niu za­miesz­kać i pła­cić czynsz re­gu­lar­nie i... je­śli pa­nie po­zwolą, po­woli spła­cać po­wstałą za­le­głość.

- Ale... - Oku­lar­nica wy­raź­nie stra­ciła ani­musz. Zer­k­nęła na ko­le­żankę, która tylko wzru­szyła ra­mio­nami i wró­ciła do prze­glą­da­nia swo­ich pa­pie­rów. - Ale żeby ktoś tam za­miesz­kał, to musi być de­cy­zja ad­mi­ni­stra­cyjna.

- Pro­szę pani... - Oj­ciec Ra­fał po­krę­cił głową z iry­ta­cją, która moim zda­niem była uda­wana. Pod­szedł do biurka i oparł dło­nie na bla­cie, przez co jego twarz zna­la­zła się bli­sko twa­rzy z oku­la­rami. - Sy­tu­acja wy­gląda na­stę­pu­jąco. Zby­szek, mój były uczeń, po­siada wła­sne miesz­ka­nie i nie ma szans na miesz­ka­nie ko­mu­nalne. Ale! Je­śli wy­naj­mie swoje lo­kum za ładną sumkę, bę­dzie miał pie­nią­dze, żeby spła­cać na­leż­no­ści brata. Tylko że wtedy musi gdzieś miesz­kać, a za­łożę się, że miesz­ka­nie po Ro­lan­dzie, któ­rego też uczy­łem, stoi na­dal pu­ste. Mylę się?

Ko­bieta uśmiech­nęła się krzywo i lekko po­krę­ciła głową.

- Wła­śnie! Za­nim ma­china ad­mi­ni­stra­cyjna ru­szy, dług uro­śnie i nikt nie bę­dzie za­do­wo­lony.

Urzęd­niczka za­mru­gała po­wie­kami. Przez chwilę pa­trzyła na księ­dza z otwar­tymi ustami, a po­tem opu­ściła wzrok i za­częła prze­kła­dać le­żące na biurku pa­piery.

- No... ja nie wiem... - za­częła. - Gdyby to się wy­dało...

- Ale co? Że ktoś spłaca długi?

- No, nie... - za­śmiała się ner­wowo. - Ale bez tej de­cy­zji...

- Je­stem bez­ro­botny - wy­rwało mi się, choć nie do końca wiem dla­czego. - W czwar­tek stra­ci­łem pracę i ten wy­na­jem to mój je­dyny za­ro­bek.

- No. - Oj­ciec Ra­fał po­ki­wał głową. - Miał de­pre­sję i go wy­wa­lili, bo ni­kogo nie ob­cho­dziło, że źle się czuje. Mu­simy dzia­łać szybko.

- Aha... - Ko­bieta po­pra­wiła oku­lary, wy­pro­sto­wała się i spoj­rzała na ekran kom­pu­tera. - To bę­dzie po­trzebny akt zgonu i po­świad­cze­nie dzie­dzi­cze­nia.

W tam­tym mo­men­cie mu­sia­łem bar­dzo mocno ugryźć się w ję­zyk, żeby nie po­wie­dzieć cze­goś na­prawdę brzyd­kiego.

- Przy­nie­sie - za­pew­nił Ra­fał. - Wszystko za­ła­twi i przy­nie­sie wam, co trzeba.

- Dziś mogę za­pła­cić czynsz za maj - usły­sza­łem wła­sny głos.

Obie pa­nie spoj­rzały na mnie jed­no­cze­śnie, a w ich oczach do­strze­głem wy­raźne oży­wie­nie.

- Tak? - Oku­lar­nica sta­rała się brzmieć neu­tral­nie.

- Tak, niech się to ja­koś do­brze za­cznie - wy­mam­ro­ta­łem.

Oj­ciec Ra­fał obej­rzał się i pu­ścił do mnie oko. Od tej chwili roz­mowa wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej.

Oka­zało się, że pani Kry­sia miała w swo­jej szu­fla­dzie klu­cze do miesz­ka­nia zaj­mo­wa­nego przez Ro­landa. Do obu miesz­kań.

- Są­sie­dzi mó­wili, że woda się leje, więc trzeba było otwo­rzyć i wy­mie­nić za­mek - wy­ja­śniła, po czym mach­nęła ręką. - Nic się nie lało. Pa­ni­ko­wali.

Przy oka­zji za­su­ge­ro­wała, że­bym za­jął więk­sze z miesz­kań, któ­rego Ro­land uży­wał jako biura.

- Po co pła­cić za dwa? - za­świer­go­tała. - Ju­tro po­pro­szę ko­goś ze wspól­noty, żeby po­mógł prze­nieść me­ble do tego du­żego, a w tym dru­gim zrobi się re­mont za ja­kiś czas. Co ty na to, Zo­siu?

Zo­sia, czyli sie­dząca na­prze­ciwko oku­lar­nica, ski­nęła głową.

Za­pła­ci­łem w ka­sie czynsz za ko­lejny mie­siąc z pie­nię­dzy od swo­ich na­jem­ców. Do­wie­dzia­łem się, że mogę na­pi­sać pi­smo o umo­rze­nie od­se­tek i roz­ło­że­nie na do­godne raty za­le­gło­ści zro­bio­nych przez brata. Oku­lar­nica za­su­ge­ro­wała, że­bym nie kon­tak­to­wał się z ad­mi­ni­stra­cją wspól­noty miesz­ka­nio­wej, tylko ra­czej bez­po­śred­nio z nimi, gdyby działo się coś "nie­po­ko­ją­cego".

- Pa­nie, które tam pra­cują, nie są zbyt miłe - po­wie­działa i obie urzęd­niczki za­chi­cho­tały.

A gdzie są? - prze­szło mi przez myśl.

- Ro­zu­mie pan, że nie po­win­ny­śmy tego ro­bić, prawda? - Kry­styna spoj­rzała na mnie z po­wagą, kiedy zbie­ra­li­śmy się do wyj­ścia.

- Tak, ro­zu­miem to do­sko­nale - od­par­łem.

Ski­nęła głową i wró­ciła do swo­jej pa­pie­ro­lo­gii.

Wy­szli­śmy z Ra­fa­łem przed bu­dy­nek. Ksiądz za­darł lekko głowę i spoj­rzał na mnie, mru­żąc oczy.

- Da­lej księ­dza nie lu­bię - wy­pa­li­łem, od­wra­ca­jąc wzrok z nie­chę­cią.

Do­mi­ni­ka­nin wy­buch­nął śmie­chem i po­kle­pał mnie po ra­mie­niu.

- A ja lu­bię twoją szcze­rość - od­parł. - Wrócę do sie­bie, a ty idź za­raz do tego miesz­ka­nia i za­cznij dzia­łać. No i zjedz coś po­rząd­nego. Cią­gle je­steś blady.

- Czemu ksiądz tu ze mną przy­szedł? - Czu­łem, że mu­szę za­dać wresz­cie to py­ta­nie.

- Ja to czemu? Nie mo­głem po­zwo­lić, że­byś wła­do­wał się do tego gniazda żmij nie­przy­go­to­wany. - Uśmiech­nął się, wi­dząc moje zdez­o­rien­to­wa­nie. - Znam tro­chę tę in­sty­tu­cję. Jola pra­co­wała po róż­nych urzę­dach, kiedy ode­szła ze szkoły, więc wiele opo­wia­dała, a poza tym cza­sami zda­rzało się nam za­ła­twiać lu­dziom w po­trze­bie lo­kale ko­mu­nalne albo so­cjalne i wtedy na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łem się, z czym mamy tu do czy­nie­nia. No i... sam mó­wi­łeś, że nie je­steś naj­więk­szym mi­ło­śni­kiem lu­dzi. Trudno prze­wi­dzieć, jak skoń­czy­łaby się ta kon­fron­ta­cja, gdy­byś przy­szedł bez skrzy­dło­wego.

Chcąc nie chcąc, za­śmia­łem się ci­cho i po­krę­ci­łem głową.

- My­ślę, że nie cho­dzi o to, że ich nie lu­bisz - do­dał. - A o to, że nie ro­zu­miesz, w ja­kich pa­ra­dyg­ma­tach ope­ruje więk­szość z nich. Ty za­wsze by­łeś do bólu lo­giczny, dla­tego praca z licz­bami jest taka przy­jemna, a lu­dzie nie ba­zują na lo­gice. No, nic... - wes­tchnął ci­cho. - Bę­dziemy w kon­tak­cie, bo je­stem cie­kaw, jak da­lej po­to­czą się twoje sprawy. A! No i li­czę, że da­lej bę­dziesz wspie­rał mnie radą w kwe­stiach księ­go­wych.

VII.

Na miej­sce do­tar­łem pie­szo, po­słu­gu­jąc się Go­ogle Maps w ko­mórce. Mu­sia­łem też za­py­tać jed­nego prze­chod­nia, gdzie kon­kret­nie jest wej­ście do wła­ści­wej klatki.

By­łem w tym miej­scu po raz pierw­szy w ży­ciu i gdy wsze­dłem po­mię­dzy bu­dynki usy­tu­owane przy ulicy Rin­gel­bluma, po­czu­łem się tak, jak­bym w ogóle nie był w War­sza­wie. Sta­łem przez chwilę na po­dwórku, krę­cąc się wo­kół wła­snej osi, nie mo­gąc zro­zu­mieć, co ta­kiego jest w tym miej­scu, co nie pa­suje do reszty mia­sta. W końcu po­ją­łem, że było tam bar­dzo ci­cho, jakby ota­cza­jące mnie bloki tłu­miły ha­łasy do­bie­ga­jące z kilku nie­zwy­kle ru­chli­wych ar­te­rii wo­kół. Po­my­śla­łem, że to cał­kiem przy­jemna oko­lica, w po­rów­na­niu z moim be­mow­skim ad­re­sem, gdzie przez całą dobę sły­sza­łem sa­mo­chody, tram­waje, a na do­da­tek la­ta­jące na okrą­gło awio­netki z po­bli­skiego lot­ni­ska. Jed­nak same bloki nie zro­biły na mnie już tak do­brego wra­że­nia, także dla­tego, że sta­no­wiły po­zba­wioną sensu plą­ta­ninę, w któ­rej trudno mi było na­wi­go­wać.

Sta­ną­łem przed klatką pod ad­re­sem Rin­gel­bluma 2 i za­wa­ha­łem się. Wy­ją­łem z kie­szeni klu­cze i do­piero wtedy zda­łem so­bie sprawę z tego, że nie mam jak wejść do środka, bo bra­kuje mi pestki do do­mo­fonu, ale za­nim zdą­ży­łem na do­bre się zmar­twić, ktoś wy­szedł z bloku. Zła­pa­łem drzwi i wsze­dłem.

Miesz­ka­nie, które Ro­land wy­na­jął na biuro de­tek­ty­wi­styczne, znaj­do­wało się na pierw­szym pię­trze tego oka­za­łego ga­le­riowca, ale do­sze­dłem do wnio­sku, że bar­dziej in­te­re­suje mnie to, w któ­rym miesz­kał, a nie pra­co­wał. Znów po­pa­trzy­łem na klu­cze i zro­zu­mia­łem, że po­peł­ni­łem błąd, nie pro­sząc o do­stęp do dru­giego miesz­ka­nia.

Na drzwiach znaj­do­wała się ta­bliczka - nie­zbyt oka­zała - in­for­mu­jąca, że jest to biuro de­tek­ty­wi­styczne Ro­landa Steb­nic­kiego. Nie było tam in­for­ma­cji o go­dzi­nach przy­jęć in­te­re­san­tów, nu­me­rze te­le­fonu czy ad­re­sie email. Ro­zej­rza­łem się wo­koło, chwy­ci­łem pla­kietkę i ze­rwa­łem ją jed­nym ru­chem, po czym otwo­rzy­łem drzwi, uży­wa­jąc obu klu­czy.

Ostat­nie, co można o mnie po­wie­dzieć, to że je­stem sen­ty­men­talny.

A jed­nak...

Kiedy prze­kro­czy­łem próg miesz­ka­nia, za­lała mnie fala nie­ocze­ki­wa­nych emo­cji.

To z tego miej­sca mój brat wy­szedł po raz ostatni. Wy­szedł, nie wie­dząc, że nie wróci i że... już ni­gdy się ze mną nie zo­ba­czy. Czy to w ogóle miało dla niego ja­kieś zna­cze­nie? O czym my­ślał? Dla­czego... zgi­nął?

Za­mkną­łem za sobą drzwi i wsze­dłem do du­żego po­koju ze starą drew­nianą pod­łogą. Na wprost, pod oknem z wyj­ściem na mały bal­kon, stało duże biurko, na któ­rym le­żały ja­kieś pa­piery. Ro­zej­rza­łem się wo­koło. Pod ścia­nami znaj­do­wały się mocno pod­nisz­czone re­gały, także z do­ku­men­tami i se­gre­ga­to­rami. Na pierw­szy rzut oka nie było tego za wiele, więc rzu­ci­łem torbę na blat i za­czą­łem me­to­dyczne prze­szu­ka­nie ca­łego po­koju, a po­tem reszty miesz­ka­nia.

Po nie­spełna go­dzi­nie usia­dłem za biur­kiem i ode­tchną­łem. Wciąż by­łem słaby po cho­ro­bie, a poza tym na­wdy­cha­łem się ku­rzu, który zbie­rał się przez ostat­nie pół roku. Otwo­rzy­łem okna po­zba­wione fi­ra­nek i za­słon, żeby wpu­ścić nieco świe­żego po­wie­trza, prze­tar­łem nie­które po­wierzch­nie zna­le­zioną w kuchni ścierką, ale wie­dzia­łem, że wszyst­kie po­miesz­cze­nia wy­ma­gają o wiele wię­cej wy­siłku, za­nim bę­dzie można w nich w miarę wy­god­nie funk­cjo­no­wać.

Zo­rien­to­wa­łem się, że Ro­land spał w tym miesz­ka­niu. W ma­łym po­koju zna­la­złem roz­kła­daną po­lówkę, śpi­wór i koce. Za­sta­no­wiło mnie to. Czyżby miał tak dużo pracy, że nie fa­ty­go­wał się na noc do lo­kalu pię­tro wy­żej? Z ła­zienki także ko­rzy­stał re­gu­lar­nie, a w kuchni wciąż le­żały resztki ze­psu­tego je­dze­nia, które za­raz wy­wa­li­łem do wor­ków, uświa­da­mia­jąc so­bie, że nie mam klu­cza do al­tanki śmiet­ni­ko­wej. Do­ku­menty, które znaj­do­wały się w biu­rze, nie do­ty­czyły żad­nej z pro­wa­dzo­nych przez niego spraw, co zdzi­wiło mnie naj­bar­dziej. W za­sa­dzie była to do­bra wia­do­mość, bo Ro­land trzy­mał tu pa­piery, które były mi po­trzebne, jak cho­ciażby wy­ciągi z konta ban­ko­wego czy umowa z ope­ra­to­rem sieci ko­mór­ko­wej. Po­wi­nie­nem był się ucie­szyć, że mam to, po co przy­sze­dłem, ale na­dal nic mi nie pa­so­wało w tym, co zna­la­złem pod tym ad­re­sem.

Czy on w ogóle pra­co­wał? Gdzie są jego sprawy? Gdzie ja­kiś kom­pu­ter? Te­le­fon...

Mój nie­po­kój na­ra­stał i na­ra­stał, aż za­mie­nił się w złość. Za­pewne z po­wodu tych sil­nych emo­cji nie po­my­śla­łem, że wszystko, czego bra­ko­wało w tym miesz­ka­niu, mo­gło znaj­do­wać się na gó­rze.

- Jak­bym nie miał już dość pro­ble­mów - syk­ną­łem, ude­rza­jąc pię­ścią w blat biurka.

Naj­pro­ściej by­łoby ni­czym się nie przej­mo­wać, ale w tam­tej chwili było to po pro­stu nie­moż­liwe. Zre­zy­gno­wany, się­gną­łem po torbę z do­ku­men­tami, które roz­ło­ży­łem przed sobą. Mu­sia­łem roz­pi­sać plan dzia­ła­nia, o ile nie za­mie­rza­łem uciec z Pol­ski, dla­tego chwy­ci­łem zna­le­ziony wcze­śniej w szu­fla­dzie no­tat­nik i ołó­wek. Mia­łem także lap­top, który wy­ją­łem i włą­czy­łem, ale na ra­zie nie lo­go­wa­łem się do niego. By­łem zbyt głodny, żeby co­kol­wiek w tej chwili zdzia­łać.

Za­mó­wi­łem je­dze­nie z do­wo­zem, czego ni­gdy wcze­śniej nie ro­bi­łem. Cze­ka­jąc na do­stawę, zro­bi­łem so­bie her­batę ze zwie­trza­łej już mocno to­rebki. Na­pój dziw­nie sma­ko­wał, ale wtedy nie zwró­ci­łem na ten fakt uwagi. Zna­la­złem też cu­kier i puszkę z kawą. Kuch­nia była skrom­nie wy­po­sa­żona, ale w zu­peł­no­ści by mi wy­star­czyła, gdy­bym mu­siał miesz­kać tu dłu­żej.

Po trzech go­dzi­nach od wej­ścia do miesz­ka­nia mia­łem nie tylko pe­łen żo­łą­dek, ale i roz­pi­sany w punk­tach za­rys ko­lej­nych kro­ków. Pi­sma do urzę­dów o roz­ło­że­nie na raty za­le­gło­ści Ro­landa, wnio­sek o wy­da­nie aktu zgonu; wi­zyta w banku i u do­staw­ców róż­nych usług; skarga do sądu re­jo­no­wego...

Wła­śnie!

Zła­pa­łem pi­smo od ko­mor­nika i za­czą­łem się w nie wczy­ty­wać. Zu­peł­nie prze­oczy­łem fakt, że nie spraw­dzi­łem do­kład­nie, czego do­ty­czyło. Jaką za­le­głość zro­bił Ro­land, że go ści­gali na kwotę aż dwu­dzie­stu ty­sięcy zło­tych ra­zem z za­są­dzo­nymi od­set­kami i kosz­tami?

- Dysk sie­ciowy? - prze­czy­ta­łem na głos, bo nie bar­dzo ro­zu­mia­łem to, co wi­dzę. - Ku­pił... ser­wer za trzy­na­ście ty­sięcy?!

Pod­nio­słem głowę i za­czą­łem się roz­glą­dać po nie­mal pu­stych ścia­nach. Spraw­dzi­łem wcze­śniej do­kład­nie cały lo­kal i cho­ciaż nie był bar­dzo mały, to na pewno nie znaj­do­wało się w nim po­dobne urzą­dze­nie.

- Może ktoś go okradł? - za­py­ta­łem sam sie­bie.

Taka ewen­tu­al­ność wiele by wy­ja­śniała. Brak ja­kich­kol­wiek cen­nych rze­czy, na­wet je­śli nie po­dej­rze­wa­łem Ro­landa o ich po­sia­da­nie; brak do­ku­men­tów spraw; szcząt­kowe ume­blo­wa­nie.

Może ktoś po pro­stu wszedł tu­taj po jego śmierci i opędz­lo­wał jego biuro do imentu? Może na­wet stały za tym pa­nie z ZGN-u?

Nie dane mi było na­dal się nad tym za­sta­na­wiać, bo ktoś za­pu­kał do drzwi wej­ścio­wych. W pierw­szym od­ru­chu chcia­łem zi­gno­ro­wać in­truza, ale kiedy pu­ka­nie na­si­liło się, uzna­łem, że ła­twiej bę­dzie, je­śli po­go­nię go oso­bi­ście.

- Dzień do­bry. - Na progu stała ko­bieta w śred­nim wieku, może około pięć­dzie­siątki. Miała siwe włosy, ale ogól­nie była bar­dzo za­dbana i wy­da­wała się miła. Uśmie­chała się nie­pew­nie, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

- Do­bry - mruk­ną­łem, marsz­cząc brwi.

- Czy pan znał pana Ro­landa? - za­py­tała, nie­zra­żona moją mar­sową miną.

- Ja? Yyy... tak, zna­łem. To zna­czy... - Szybka ana­liza sy­tu­acji spra­wiła, że nie chcia­łem, by ktoś jesz­cze sły­szał na­szą roz­mowę. - Niech pani wej­dzie.

Ko­bieta po­szła pro­sto do du­żego po­koju, z czego wy­wnio­sko­wa­łem, że mu­siała już tu wcze­śniej być. Spoj­rzała na biurko za­wa­lone pa­pie­rami i przy­su­nęła so­bie krze­sło sto­jące pod ścianą.

- Była pani klientką Ro­landa? - za­py­ta­łem, sia­da­jąc na swoim miej­scu.

- Tak. Za każ­dym ra­zem, kiedy tędy prze­cho­dzi­łam, pa­trzy­łam w to okno z bó­lem serca i dzi­siaj... Aż mi się go­rąco zro­biło, kiedy zo­ba­czy­łam, że jest otwarte. No i nie ma pla­kietki na drzwiach...

- Aha... - od­par­łem bez­na­mięt­nie, za­sta­na­wia­jąc się, jak w tej sy­tu­acji po­wi­nien za­cho­wać się nor­malny czło­wiek. - Ja na­zy­wam się Zby­szek. Je­stem... Ro­land był moim bra­tem i te­raz ja będę tu miesz­kał.

- Nie­moż­liwe! - za­wo­łała. My­ślę, że była ucie­szona tą in­for­ma­cją. - Nie jest pan po­dobny do niego.

- Może dla­tego, że by­li­śmy bliź­nia­kami.

- Ha, ha! - za­śmiała się. - Pan Ro­land nie miał ta­kiego po­czu­cia hu­moru. Och, gdzie moje ma­niery? Je­stem Bo­gu­miła. Miesz­kam nie­da­leko, przy Do­bi­szew­skiego. Pana brat po­ma­gał mi z pew­nym kło­po­tli­wym są­sia­dem... Eh... - Mach­nęła ręką. - Szkoda ga­dać. Czy pan też bę­dzie de­tek­ty­wem?

- Nie, pro­szę pani. Ja się do tego nie na­daję.

- Ro­zu­miem... - Wy­da­wała się nieco roz­cza­ro­wana.

- Je­stem księ­go­wym. Spe­cja­li­zuję się w pro­wa­dze­niu ma­łych i śred­nich firm.

- To może otwo­rzy pan biuro tu­taj?

- Może... - urwa­łem. W za­sa­dzie to nie był taki zły po­mysł, cho­ciaż wi­dzia­łem w nim wiele mi­nu­sów, na przy­kład ko­niecz­ność opła­ca­nia skła­dek ZUS. - Skoro pani tu jest... Wi­dzi pani, wy­daje mi się, że wielu rze­czy bra­kuje.

- Tu­taj? - Wska­zała pal­cem po­kój.

- Tak, w biu­rze. Jest ja­koś... pu­sto.

- No, bo pan Ro­land prze­niósł część do­bytku do swo­jego miesz­ka­nia - wy­ja­śniła. - Ale wcze­śniej wcale nie było wię­cej rze­czy.

- Do miesz­ka­nia na gó­rze?

- A, nie wiem, gdzie je wy­na­jął. Wspo­mi­nał tylko, że musi scho­wać pa­piery i ja­kieś urzą­dze­nia, żeby chro­nić do­wody w spra­wie.

- Czyli nie było żad­nego włamu we­dług pani?

Bo­gu­miła ro­zej­rzała się, wy­dęła usta i po­krę­ciła lekko głową.

- Nieee, jest, jak było. W za­sa­dzie... mógłby pan tu tro­chę roz­we­se­lić te ściany. Mó­wi­łam panu Ro­lan­dowi, że można de­pre­sji do­stać. - Uśmiech­nęła się znów, ale po chwili spo­waż­niała i od­wró­ciła wzrok.

Czyli że opcja z wła­ma­niem od­pada - prze­szło mi przez myśl.

- Pro­szę pani... Czy wie pani może, z kim naj­le­piej roz­ma­wiać o ta­kich spra­wach jak klucz do do­mo­fonu i śmiet­nika? Wy­daje mi się, że w ZGN-ie tego nie za­ła­twię.

- Oj, nie! Nie, nie! - Po­krę­ciła głową. - Musi pan roz­ma­wiać z ad­mi­ni­stra­cją wspól­noty. Ale... te baby są...

- Mało przy­jemne?

- De­li­kat­nie mó­wiąc. Wie pan co? Po­ga­dam z czło­wie­kiem, który tu chyba jest w za­rzą­dzie. Ze­nek. Taki tro­chę ma­rudny dziad, ale on to panu za­ła­twi. No i klu­czyk do skrzynki na li­sty.

- O, za­po­mnia­łem o tym...

- A w piw­nicy pan był?

- Piw... Ro­land miał piw­nicę?

- No, miał do­stęp. To miesz­ka­nie ma przy­pi­saną ko­mórkę. Kie­dyś wspo­mi­nał...

- Hmm... Czyli może tam też są ja­kieś jego rze­czy? - po­wie­dzia­łem, choć bar­dziej do sie­bie.

- Moż­liwe. Niech pan spraw­dzi do­brze. Pójdę już, ale zo­sta­wię panu swój nu­mer, gdyby pan się chciał jesz­cze cze­goś do­wie­dzieć. - Się­gnęła do to­rebki, z któ­rej wy­jęła etui na oku­lary, ale na­gle jej dłoń za­wi­sła w po­wie­trzu. - Pan jest księ­go­wym, tak?

- Zga­dza się.

- A po­mógłby pan z czymś mo­jemu sy­nowi? Oczy­wi­ście za­pła­cimy.

- Ale ja nie mam za­re­je­stro­wa­nej dzia­łal­no­ści...

- To na­wet le­piej. - Za­śmiała się, ma­cha­jąc ręką. Na­ło­żyła oku­lary na nos, bez py­ta­nia zła­pała no­tat­nik z biurka i za­no­to­wała ołów­kiem nu­mer te­le­fonu. - Panu to zaj­mie chwilę i jesz­cze coś pan za­robi. Nikt nie musi wie­dzieć.

Nie za­pro­te­sto­wa­łem, co także cał­ko­wi­cie było wbrew mo­jej na­tu­rze i wy­zna­wa­nym za­sa­dom. Zna­la­złem się jed­nak w ta­kiej sy­tu­acji ży­cio­wej, że za­sady zo­stały pod­dane cięż­kiej pró­bie. Na­tura także za­czy­nała się ugi­nać.

- No, w po­rządku. - Sap­ną­łem. - Je­śli nikt się nie do­wie...

Bo­gu­miła uśmiech­nęła się i zdjęła oku­lary.

- Bar­dzo prze­ży­li­śmy śmierć Ro­landa - wy­znała ci­cho. - Bar­dzo... Ale jak wi­dzę pana za tym biur­kiem, to my­ślę so­bie, że może nic stra­co­nego.

Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć, bo nie cał­kiem ro­zu­mia­łem, jaki był sens tej wy­po­wie­dzi. Ski­ną­łem tylko lekko głową, za­kła­da­jąc, że lu­dzie cza­sem tak ro­bią.

- Pójdę już. Syn zgłosi się do pana pew­nie ju­tro rano.

- Je­żeli cho­dzi o roczne roz­li­cze­nie po­dat­kowe, to naj­le­piej jesz­cze dziś wie­czo­rem - od­par­łem su­chym to­nem księ­go­wego. - Im szyb­ciej, tym le­piej.

- Tak? - Po­pa­trzyła na mnie nieco za­nie­po­ko­jona. - No, do­brze... Po­wiem mu, żeby zaj­rzał. Dzię­kuję panu!

Od­pro­wa­dzi­łem ją do drzwi i po­że­gna­li­śmy się w kilku sło­wach.

VIII.

Po po­łu­dniu po­je­cha­łem tram­wa­jem do miesz­ka­nia na Be­mo­wie, żeby za­brać swoje rze­czy, a przede wszyst­kim żeby spraw­dzić, czy moi na­jemcy na­dal tam są. Za­po­mnia­łem bo­wiem wy­mie­nić się z nimi nu­me­rami te­le­fo­nów, więc w ciągu tych kilku go­dzin wiele mo­gło się wy­da­rzyć, na przy­kład są­siad z góry mógł zja­wić się po swoje zguby, a na­wet we­zwać po­li­cję. Na­prawdę mógł to zro­bić. Od lat wy­naj­mo­wał na lewo miesz­ka­nie, ale do zgła­sza­nia są­sia­dów do róż­nych służb był za­wsze pierw­szy.

Na miej­scu za­sta­łem wszystko w jak naj­lep­szym po­rządku. Mło­dzież uczyła się pil­nie, oto­czona pu­deł­kami po pizzy i pu­stymi bu­tel­kami po sło­dzo­nych na­po­jach. Le­dwo za­uwa­żyli moją obec­ność.

- Och, to pan! - Ewe­lina ze­rwała się z fo­tela i po­de­szła do mnie. - Po­sprzą­tamy to, obie­cuję.

- Nie przej­muj się. Przy­je­cha­łem po swoje rze­czy. Zo­sta­wię wam nu­mer te­le­fonu do sie­bie i ma­ila w ra­zie czego... Aha, tu są za­pa­sowe klu­cze. - Po­ka­za­łem na mały wie­szak obok drzwi. - Za­po­mnia­łem wam po­wie­dzieć wcze­śniej.

- Eh, nic się nie stało. - Dziew­czyna mach­nęła ręką. - I tak nie wy­cho­dzi­li­śmy ni­g­dzie.

- Spa­kuję tylko ubra­nia i do­ku­menty. Po książki przy­jadę kiedy in­dziej. A, no i za­biorę wam dru­karkę, bo bę­dzie mi po­trzebna.

- Mogę pana za­wieźć - za­wo­łał ma­tu­rzy­sta.

- Ty mu­sisz się uczyć - wy­ce­dziła przez ra­mię Ewe­lina.

- Prze­stań! Od tej na­uki mózg mi wy­pływa uszami - jęk­nął Prze­mek. - Po­trze­buję chwili, żeby się prze­wie­trzyć.

- Nie masz ma­tury, ale masz sa­mo­chód? - za­in­te­re­so­wa­łem się.

- No, tak wy­szło. - Uśmiech­nął się szel­mow­sko. - Oni nie mają. Zna­czy się auta. To jak bę­dzie? Bo ja uwa­żam, że pan Zby­szek de­cy­duje.

- W su­mie... - Po­dra­pa­łem się po gło­wie. Wi­dzia­łem w oczach Ewe­liny nie­za­do­wo­le­nie, cho­ciaż jej wzrok mógł rów­nie do­brze ozna­czać coś in­nego. - Nie po­my­śla­łem wcze­śniej o tej dru­karce. No i wziął­bym już wszyst­kie rze­czy, żeby was po­tem nie na­cho­dzić.

- O, wi­dzi­cie! - Prze­mek ze­rwał się na równe nogi. - Po­sta­no­wione! Gdzie ta dru­karka?

Spa­ko­wa­łem się w tem­pie eks­pre­so­wym. Było tro­chę kło­potu z książ­kami i żyw­no­ścią, którą chcia­łem za­brać, ale osta­tecz­nie wszystko, co nie zmie­ściło się do wa­lizki i to­reb po­dróż­nych, wy­lą­do­wało w po­dwój­nych wor­kach na śmieci. Prze­my­sław zła­pał dru­karkę i po­szedł za­nieść ją do sa­mo­chodu.

- Czer­wona to­yota co­rolla, po pra­wej stro­nie od wej­ścia - po­in­for­mo­wał. - Lu­bel­ska re­je­stra­cja.

Za­wią­za­łem ostatni wo­rek i spoj­rza­łem na Ewe­linę.

- Prze­pra­szam, że za­bie­ram wszystko, na­wet kawę i her­batę - po­wie­dzia­łem, na co ona wzru­szyła lekko ra­mio­nami.

- Dla nas to nie pierw­szy­zna - od­parła. - Po­ra­dzimy so­bie. Ra­dek, weź wa­lizkę i tę torbę. Ja też po­mogę, to zej­dziemy na je­den raz.

Wy­da­wało mi się, że nie mam zbyt wiel­kiego do­bytku, a jed­nak moje rze­czy za­jęły cały ba­gaż­nik i więk­szą część tyl­nej ka­napy.

- To wy idź­cie na górę - za­rzą­dził Prze­mek. - A my z pa­nem Zbysz­kiem już so­bie po­ra­dzimy.

Ewe­lina prze­wró­ciła oczami, ale po­wstrzy­mała się od ko­men­ta­rza. Ob­ró­ciła się w moją stronę i wy­cią­gnęła chudą dłoń.

- Dzię­ku­jemy - po­wie­działa ci­cho.

Prze­mek był wy­so­kim blon­dy­nem z dłu­gimi, krę­co­nymi wło­sami, zwią­za­nymi w ku­cyk. No­sił się mło­dzie­żowo, ale gdy­bym spo­tkał go na ulicy, w ży­ciu nie po­wie­dział­bym, że jest ma­tu­rzy­stą. Kiedy od­pa­lił sil­nik i ru­szył w stronę wy­jazdu z par­kingu, w jego ciało wstą­pił nowy duch, dzięki któ­remu do­strze­głem w nim in­te­li­gent­nego, by­strego żar­tow­ni­sia, a nie zgar­bio­nego ma­rudę. Naj­wy­raź­niej na­uka od­bie­rała mu więk­szość ener­gii i ra­do­ści ży­cia.

- I tak nie zdam tej ma­tury - stwier­dził, kiedy mi­ja­li­śmy Ma­ry­nin. - Nie wiem, po co się mę­czyć.

- Nie lu­bisz się uczyć - do­my­śli­łem się.

- Za­leży czego. - Skrzy­wił się. - Naj­bar­dziej w edu­ka­cji wku­rza mnie to, że uczymy się rze­czy, które... które wręcz bolą. Ro­zu­mie pan?

- My­ślę, że ro­zu­miem. A je­śli nie zdasz, to co zro­bisz?

- No... do domu nie wrócę, bo nie ma do czego. Nie żeby było ja­koś źle ze sta­rymi. Nie, jest cał­kiem spoko. Tylko że u nas ro­boty nie ma, a tu za­wsze się można gdzieś za­ha­czyć. Zo­stanę z Ewelą i Ra­dziem, i będę so­bie miesz­kał u pana w miesz­ka­niu. - Za­śmiał się, po­ka­zu­jąc pełne uzę­bie­nie. - Bę­dzie do­brze.

Zna­le­zie­nie miej­sca do za­par­ko­wa­nia, wnie­sie­nie rze­czy na górę - znów mu­sia­łem cze­kać, aż ktoś bę­dzie wy­cho­dził z klatki - oraz do­tar­cie do miesz­ka­nia oka­zało się pro­stą pro­ce­durą dla dłu­go­wło­sego Prze­mka. Po­my­śla­łem, że ślę­cze­nie nad książ­kami to na­prawdę za­bawa nie dla niego i że po­wi­nien ra­czej zaj­mo­wać się czymś, co wy­maga wię­cej ru­chu i or­ga­ni­za­cji za­dań.

- Ojej! - Taka była jego re­ak­cja na wi­dok ma­łego po­koju, do któ­rego ka­za­łem mu za­nieść wa­lizkę i torby. - Pan na se­rio?

- Nie ro­zu­miem. - Zmarsz­czy­łem brwi.

- No... Bę­dzie pan spał na po­lówce?

- A co w tym złego? - Wsze­dłem za nim do po­koju i ro­zej­rza­łem się. - Po­lówki nie są ta­kie złe. Nie spa­łeś ni­gdy na żad­nej?

- Nie. - Po­krę­cił głową. - Ja­koś w ogóle tu... pu­sto u pana. Czemu zo­sta­wił pan tam­ten fajny kwa­drat dla tej norki?

- Że­by­ście wy mieli gdzie miesz­kać - od­par­łem w na­głym przy­pły­wie po­czu­cia hu­moru. - A poza tym mu­szę upo­rząd­ko­wać sprawy po zmar­łym bra­cie. Dużo spraw...

- Aha... Moje kon­do­len­cje.

- Dzię­kuję. Słu­chaj, je­śli chcesz się cze­goś na­pić, to wy­pa­kuj rze­czy z kuchni i znajdź coś dla sie­bie, OK?

- Pew­nie! - Prze­mkowi wy­raź­nie nie śpie­szyło się z po­wro­tem do nie­woli na Be­mo­wie.

Za­ją­łem się roz­pa­ko­wy­wa­niem wor­ków z książ­kami i do­ku­men­tami, pod­łą­cza­niem dru­karki, a po­tem roz­wie­sza­niem ubrań w nie­du­żej sza­fie i za­kła­da­niem czy­stej po­ścieli, którą także za­bra­łem ze sobą. Chło­pak w tym cza­sie dzwo­nił szklan­kami i kub­kami w kuchni, na­le­wał wodę do czaj­nika, sze­le­ścił pu­deł­kiem na her­batę i nu­cił coś pod no­sem. W pew­nej chwili nu­ce­nie ustało.

- O, ła­aał! - usły­sza­łem okrzyk, który nieco mnie za­nie­po­koił.

Czyżby zna­lazł w kuchni ka­ra­lu­cha?! - Nie­na­wi­dzi­łem i brzy­dzi­łem się ro­bali wszel­kiej ma­ści.

Prze­mek wszedł do po­koju, a w dłoni trzy­mał ze­rwaną z drzwi pla­kietkę. Na­wet nie pa­mię­ta­łem, że ją tam zo­sta­wi­łem.

- Tu było biuro Ro­landa Steb­nic­kiego? - za­py­tał z prze­ję­ciem.

- Tak, było. - Ode­tchną­łem i wró­ci­łem do ob­le­ka­nia po­duszki w po­szewkę.

- Czy... on... - Prze­mek zro­bił wiel­kie oczy, jakby na­gle do­znał olśnie­nia. - To on był pana bra­tem?! Wy... on...

- Tak, Ro­land był moim bra­tem bliź­nia­kiem.

- Ja nie mogę! - Chło­pak zła­pał się za głowę i zro­bił pół­ob­rót. - Ale czad! Uwiel­bia­łem go. Wiem wszystko o jego spra­wach. To zna­czy tych, o któ­rych mó­wiły me­dia. Ale szok! Miesz­kamy u jego brata! Ale za­raz... - Uspo­koił się na­gle i wy­mie­rzył we mnie pa­lec. - Pan też jest de­tek­ty­wem?

- Ni­gdy w ży­ciu - par­sk­ną­łem. - By­łem i za­wsze będę księ­go­wym.

- Aha... Hmm... Tro­chę szkoda, bo gdyby pan otwo­rzył taką dzia­łal­ność, to ja chęt­nie po­mogę.

- Tak? A w czym na przy­kład?

- No... W ob­ser­wa­cjach albo pro­wo­ka­cjach. Co­kol­wiek. - Wy­dął usta i wzru­szył ra­mio­nami. - Mogę na­wet pa­rzyć kawę.

- Przy­kro mi, ale nie speł­nię ra­czej two­ich ma­rzeń. A co do kawy...

- A, tak! Woda za­raz bę­dzie się go­to­wać.

Wy­szedł do kuchni, a ja do­koń­czy­łem po­rząd­ko­wa­nie po­koju. Po­tem sie­dzie­li­śmy na bal­ko­nie, po­pi­ja­jąc kawę i roz­ma­wia­jąc o róż­nych spra­wach. Mó­wił głów­nie Prze­mek - o so­bie, o swo­ich ko­le­gach, o pla­nach na przy­szłość - a ja wy­biór­czo słu­cha­łem jego wy­wo­dów, my­śląc o tym, że trzeba by po­rząd­nie wy­czy­ścić bal­kon z pta­sich od­cho­dów. Chło­pak opo­wia­dał też o swo­jej fa­scy­na­cji Ro­lan­dem.

- Za­wsze mnie krę­ciło to, jak ka­mera ro­biła zbli­że­nie na jego twarz - re­fe­ro­wał. - No, wie pan, za­nim usły­sze­li­śmy, do ja­kich wnio­sków do­szedł. W jego oczach wi­dzia­łem błysk, a ką­ciki ust lekko się uno­siły, jakby chciał się uśmiech­nąć z sa­tys­fak­cją. Cały kraj cze­kał, co po­wie, zwłasz­cza wtedy, gdy re­la­cja szła na żywo. Naj­bar­dziej utkwiło mi w pa­mięci, kiedy spoj­rzał na tego bur­mi­strza czy rad­nego, który sam go za­trud­nił, i stwier­dził: "Prze­cież to pan za­bił swoją żonę". Po­wie­dział to na wi­zji! Przed ca­łym kra­jem! Za­pa­dła ci­sza i po chwili ktoś zza ka­dru za­py­tał, dla­czego tak uważa, prze­cież to bez sensu... A on ze spo­ko­jem, krok po kroku, wy­ja­śnił, co prze­ma­wia za ta­kim wnio­skiem. Urzęd­nik zbladł, o mało nie ze­mdlał, po­li­cja nie wie­działa, co ro­bić, a Ro­land... po pro­stu wy­szedł z ga­bi­netu i ru­szył w swoją stronę, ku ko­lej­nej za­gadce.

- Cały on - mruk­ną­łem, do­da­jąc w du­chu, że rów­nie do­brze mógł wów­czas żon­glo­wać i śpie­wać.

W końcu, z wy­raźną nie­chę­cią, Prze­mek po­je­chał na Be­mowo, po­na­glany ko­lej­nymi te­le­fo­nami od Ewe­liny, zaś ja mo­głem w spo­koju usiąść za biur­kiem i za­jąć się swo­imi spra­wami.

Wie­czo­rem, kiedy już nie­mal skoń­czy­łem pi­smo do ZUS-u, zo­rien­to­wa­łem się, że robi się co­raz ciem­niej, a ja nie mam lampki biur­ko­wej. Do­piero wtedy uświa­do­mi­łem so­bie, że nie za­bra­łem swo­jej z miesz­ka­nia. By­łem zły, jed­nak nie­długo, bo przy­po­mniało mi się, że wi­dzia­łem ja­kąś starą lampę na paw­la­czu. Zła­pa­łem krze­sło i ru­szy­łem z nim do przed­po­koju. Rze­czy­wi­ście, znaj­do­wała się tam sta­ro­świecka lampa, po­ma­lo­wana na zie­lono. Nie­stety, nie miała ża­rówki.

- Cho­lera! - syk­ną­łem. W tym mo­men­cie ktoś za­pu­kał do drzwi. - Pro­szę!

- O! - po­wie­dział młody męż­czy­zna, wi­dząc mnie sto­ją­cego na krze­śle. - Dzień do­bry... yyy... wie­czór.

- Mhm... - mruk­ną­łem, ga­piąc się z iry­ta­cją w lampę.

- Pan przyj­muje?

Spoj­rza­łem na go­ścia, jakby był ko­smitą.

- Słu­cham? - Za­mru­ga­łem po­wie­kami.

- Je­stem To­mek, syn Bo­gu­miły. Mia­łem przyjść z tymi po­dat­kami... - Mach­nął trzy­maną w dłoni teczką.

- A, tak. Coś ko­ja­rzę.

- Co się panu stało? Coś nie tak z tą... lampą?

- Zde­cy­do­wa­nie! Bra­kuje ża­rówki. Mam chyba ja­kieś za­pa­sowe, ale tu­taj wcho­dzi taka z szer­szym gwin­tem, moje nie będą pa­so­wać.

- Pan za­czeka. - To­mek ob­ró­cił się na pię­cie i wy­szedł z miesz­ka­nia.

- Ni­g­dzie się nie wy­bie­ram - od­par­łem, ze­ska­ku­jąc z krze­sła.

Męż­czy­zna wró­cił po dzie­się­ciu mi­nu­tach, trzy­ma­jąc w dłoni ża­rówkę.

- Po­winna być w po­rządku - stwier­dził z za­do­wo­le­niem w gło­sie. - Ko­lega z tego bloku pro­wa­dzi nie­da­leko sklep z elek­tro­niką; za­wsze ma ski­trane w miesz­ka­niu i w piw­nicy różne rze­czy.

- No to sprawdźmy. - Się­gną­łem po sto­jącą na pod­ło­dze lampkę i umie­ści­łem ją na biurku. To­mek wkrę­cił ża­rówkę, się­gnął po ka­bel i pod­łą­czył go do li­stwy, którą za­in­sta­lo­wa­łem pod biur­kiem. Zro­biło się ja­sno. Chło­pak za­śmiał się z za­do­wo­le­niem, a po­tem spraw­dził, czy działa włącz­nik na pod­sta­wie. - Ele­gancko!

- To ile się na­leży ko­le­dze za tę ża­rówkę? - za­py­ta­łem.

- Nic. - Mach­nął ręką i usiadł na krze­śle na­prze­ciwko mnie. - Ko­lega też może po­trze­bo­wać rady księ­go­wego, na pewno się zgłosi. I on też do­brze za­płaci - po­wie­dział, wyj­mu­jąc z kie­szeni kurtki dwa bank­noty stu­zło­towe.

- To... chyba tro­chę za dużo. - Za­wa­ha­łem się, za­nim ode­bra­łem po­dane mi nad biur­kiem pie­nią­dze.

- Na do­bry po­czą­tek współ­pracy. Nie no, żar­tuję. Ma­tula miała od­pa­lić panu Ro­lan­dowi jesz­cze stówkę za ja­kąś usługę, ale bi­dak kop­nął w ka­len­darz. Więc jedna jest ode mnie, druga od niej. Pan weź­mie, ina­czej mnie za­bije.

- No do­brze... Pro­szę po­ka­zać te do­ku­menty. I niech pan po­wie... O ile do­brze zro­zu­mia­łem, nie roz­li­czył pan po­datku za dwa ty­siące czter­na­sty rok, tak?

- No, nie roz­li­czy­łem - od­parł, po­cią­ga­jąc no­sem. Wy­da­wał się być nieco za­wsty­dzony, ale nie za bar­dzo.

- A czemu to? - za­py­ta­łem, otwie­ra­jąc teczkę. - Do­stał pan PIT-11 od pra­co­dawcy. W czym pro­blem?

- Bo ja nie bar­dzo wiem, jak to działa - przy­znał. - Bo ja wcze­śniej... No, w wię­zie­niu by­łem.

Spoj­rza­łem na niego znad do­ku­men­tów z lek­kim po­li­to­wa­niem.

- Do­mnie­my­wam, że nie za oszu­stwa po­dat­kowe - mruk­ną­łem.

- Nie, za to nie - za­śmiał się. - Kra­dzieże, bi­ja­tyki, ta­kie tam... To co? Po­może mi pan?

- Po­mogę, ja­sne. Trzeba to bę­dzie wy­słać jak naj­szyb­ciej i naj­le­piej na­pi­sać czynny żal.

- Co na­pi­sać?!

- Ta­kie zgrabne pi­semko do skar­bówki, że jest panu przy­kro, że nie wy­wią­zał się z obo­wiązku wcze­śniej. Teo­re­tycz­nie nie jest ko­nieczne, ale le­piej po­łech­tać ich wy­bu­jałe ego.

Wi­dzia­łem, że nie do końca ro­zu­miał, o czym mó­wi­łem.

- Za­raz to panu wszystko przy­go­tuję, spo­koj­nie. Bę­dzie tylko po­trzebny pana pod­pis. Aha... W su­mie mógłby pan to ju­tro za­wieźć na Po­wstań­ców oso­bi­ście, żeby było szyb­ciej.

- No, do­bra.

Od­pa­li­łem na kom­pu­te­rze pro­gram do wy­li­czeń po­dat­ko­wych i zna­la­złem fol­der z sza­blo­nami pism. Nie po­trze­bo­wa­łem wiele czasu, żeby uwi­nąć się ze wszyst­kim, bo To­mek nie miał nic, co kwa­li­fi­ko­wa­łoby się do od­li­czeń po­dat­ko­wych. Wy­py­ta­łem go o do­dat­kowe źró­dła za­robku, któ­rych się wy­parł, ale wi­dząc mój wzrok, przy­znał, że cza­sem stał na wej­ściu do róż­nych dys­ko­tek, za co do­sta­wał pie­nią­dze "pod sto­łem".

- Su­ge­ro­wał­bym pod­pi­sa­nie pro­stej umowy o dzieło - po­wie­dzia­łem, pod­su­wa­jąc mu wy­dru­ko­wane do­ku­menty do pod­pisu. - Po­da­tek nie wyj­dzie duży, a unik­nie pan pro­ble­mów na przy­szłość.

Wy­mam­ro­tał coś pod no­sem i się­gnął po dłu­go­pis.

- Mam do pana prośbę - za­czą­łem, kiedy To­mek cho­wał do­ku­menty do teczki.

- Tak? - Po­pa­trzył na mnie z lek­kim za­nie­po­ko­je­niem.

- Moja dzia­łal­ność nie jest ofi­cjal­nie za­re­je­stro­wana. Krótko mó­wiąc, ro­bię to na lewo, bo zmu­siły mnie do tego oko­licz­no­ści, w tym urząd skar­bowy. Dla­tego pro­sił­bym, żeby nie opo­wia­dał pan zbyt sze­ro­kiej pu­blicz­no­ści o... mnie.

- Pa­nie Steb­nicki, ja nie je­stem "sześć­dzie­sioną" - od­parł, roz­pie­ra­jąc się na krze­śle.

- Czym pan nie jest?

- Ja nie do­no­szę. Na ni­kogo, a już tym bar­dziej na swo­ich.

- Ro­zu­miem. Cie­szę się.

- Pan Ro­land to był równy gość - po­wie­dział To­mek, ki­wa­jąc głową. - Wi­dzę, że pan też jest w po­rządku, dla­tego mogę panu przy­sy­łać klien­tów i oni na pewno pana nie wsy­pią.

Za­cho­wa­łem ka­mienną twarz, ale w środku krzy­cza­łem z de­spe­ra­cji. Ostat­nie, czego po­trze­bo­wa­łem, to hordy lo­kal­nych gan­gu­sów, któ­rych mia­łem ob­słu­gi­wać na czarno.

- Su­per. Ekhm... - Prze­łkną­łem ślinę, czu­jąc, że gar­dło znów za­czyna mnie bo­leć. - Jesz­cze jedno py­ta­nie mam. Orien­tuje się pan, czy w tym bu­dynku są ka­ra­lu­chy?

- Ka­ra­lu­chy? - zdzi­wił się. - E, nie. Chyba nie... Kum­ple mó­wił, że ro­bili opry­ski.

- Czyli że były?

Nie wie­dzia­łem, co gor­sze - gan­gusy czy ro­bale?

- Noo... A, nie! Za­raz. To był oprysk na plu­skwy.

- Słu­cham?!

- Pa­nie, coś pan? - ro­ze­śmiał się. - To jest Wola. Cała dziel­nica jest za­plu­skwiona. Chcesz pan ele­gancko miesz­kać, mu­sisz pan wy­pro­wa­dzić się do... nie wiem... na Wi­la­nów. Albo w ogóle z War­szawy.

Świet­nie! Po pro­stu, kurwa, świet­nie! - po­my­śla­łem, za­ci­ska­jąc pię­ści.