W 2005 roku po zakończeniu pracy w Ministerstwie Obrony Narodowej
dostałem propozycję wyjazdu na placówkę dyplomatyczną do Moskwy. Gdy
wszystkie formalności miałem już za sobą, spotkałem się z kilkoma byłymi
dyplomatami, prosząc ich o rady i sugestie. Usłyszałem wiele dobrych
rad, ale najlepszej - nie tyle może nawet rady, ile lekcji życia -
udzielił mi przyjaciel mojego ojca, wieloletni pracownik Ministerstwa
Handlu Zagranicznego Andrzej Werner. Zadał mi on otóż pytanie, co będę
robił jako dyplomata. Odparłem, że będę reprezentował Polskę. Andrzej
Werner popatrzył na mnie z mieszaniną życzliwości i politowania.
Powiedział, że sądził, że jestem trochę bardziej inteligentny, po czym
wysłał mnie do kuchni, żebym zrobił jemu i sobie kawy. Gdy wróciłem po
kilku minutach, mój rozmówca powiedział: "To teraz niech pan słucha i zapamięta na całe życie. Polskę reprezentuje ambasador, czasem jego
zastępca... Pan jako młody dyplomata może Polskę reprezentować, tyle że w złym tego słowa rozumieniu: jak się pan spije i będzie na tyle głupi,
żeby dać się jeszcze nagrać. Jako młody dyplomata nikogo i nigdy pan nie
reprezentuje. I niech sobie pan wbije raz na zawsze do głowy, że na
razie nie będzie pan nikim ważnym, bo w polskiej dyplomacji nadętych
bubków, którzy są nikim, a sądzą, że są ważni, zawsze było za dużo.
Jedyne zadanie, które pan ma w Moskwie, to chodzić wszędzie, gdzie się
da, słuchać, obserwować, jak się da, zrozumieć i pisać szyfrogramy. Jak
będzie pan to dobrze robił, zrobi pan karierę i kiedyś będzie pan może
reprezentował Polskę". Następnie zaś dodał: "A jak będzie pan to robił
za dobrze, to nigdy pan Polski nie będzie reprezentował, bo pana
wykończą, przy czym nie oni, a nasi". Brutalny realizm był tym, co
skądinąd bardzo często zauważałem u dyplomatów, urzędników i ludzi ze
służb, którzy wywodzili się jeszcze z czasów PRL. Zapewne większość z nich w latach realnego socjalizmu mogła wybrać inaczej, lepiej, ale
prawda jest taka, że najwięcej nauczyłem się właśnie od starych
wyjadaczy z ową PRL-owską przeszłością.
To, co usłyszałem od Andrzeja Wernera, to w istocie definicja pracy
młodego dyplomaty. To zarazem słowa, które definiują książkę, którą
oddajemy w Państwa ręce. Nie będzie to zapis mojego udziału w wielkiej
polityce, gdyż jako dyplomata w Rosji byłem zbyt niski rangą, by brać
udział w wielkiej polityce, choć zdarzyło mi się być blisko istotnych
wydarzeń. Tak naprawdę były to jednak jedynie drobne epizody. W Moskwie
przede wszystkim słuchałem, obserwowałem i starałem się zrozumieć.
Wyłapywałem szczegóły, które niczym puzzle, razem dawały większy obraz.
Chodziłem do rosyjskiego MSZ, spotykałem się z kremlowskimi
politologami, rozmawiałem z kolegami z korpusu dyplomatycznego i chłonąłem. Chciałem rozumieć to, co słyszałem, a przede wszystkim
chciałem umieć oddzielić nie tyle może nawet prawdę od nieprawdy, ile
prawdę od półprawdy (bo wbrew pozorom w dyplomacji bardzo rzadko się
kłamie, częściej się przemilcza). Starałem się rozumieć kontekst.
Ta książka składa się z takich właśnie drobnych puzzli, które razem -
mam nadzieję - składają się w większą całość. Książka, którą oddaję w Państwa ręce, to swoisty portret pamięciowy putinowskiej Rosji, który
odtwarzam z urywków pamięci, a który powstał w mojej głowie w latach
2005-2009, czyli podczas mojej pracy w Wydziale Politycznym Ambasady RP
w Moskwie. Zapewne nie uniknę kilku wspomnień z późniejszego okresu
życia, gdy pełniłem funkcję chargé d'affaires RP na Białorusi.
Lata mojej pracy w Moskwie przypadły na swego rodzaju szczyt putinizmu.
Moskwa niczym Nowy Jork nigdy nie spała, za to cały czas się bawiła.
Ulice były pełne luksusowych samochodów. Tylko gdzieś w tle, gdzieś w cieniu, czaiło się coś złowrogiego. Czasami - jak w czasie wojny w Gruzji - to coś wychodziło na powierzchnię po to, by się następnie
szybko schować, choć w tle cały czas pozostawało.
Ilekroć myślę o Rosji, mam skojarzenia z muzyką symfoniczną, gdzie
piękna, liryczna melodia przełamywana jest drugą, złowrogą linią
melodyczną, która z początku nie dominuje, ale potem narasta i rozumiemy, że tylko chwilowo pozostaje tłem. To trochę jak u Piotra
Czajkowskiego w poemacie symfonicznym Francesca da Rimini, który jest
o tyle dobrym przykładem, że zaczyna się od złowrogiej muzyki. Następnie
zaś jest lirycznie. Ale to tylko moment, tylko iluzja, tylko krótki
epizod.
Na kilka miesięcy przed wyjazdem do Moskwy leciałem samolotem z Genewy do Warszawy. Obok mnie siedział starszy, bardzo elegancki pan i,
jak to bywa w samolocie, wdałem się z nim w rozmowę. Okazało się, że
siedziałem obok Jerzego Pomianowskiego, założyciela pisma "Nowaja
Polsza". Pismo skierowane było do rosyjskiej inteligencji. Gdy
dowiedziałem się, że jadę do Moskwy, postanowiłem skorzystać z nawiązanej w samolocie znajomości i poprosiłem o spotkanie. Jerzy
Pomianowski polecił mi wówczas, żebym koniecznie słuchał opozycyjnego
radia Echo Moskwy, czytał prawdziwie demokratyczną "Nową Gazietę",
biznesowy dziennik "Kommiersant" oraz teksty wielkoruskich szowinistów,
jakimi niewątpliwie są Aleksander Prochanow i Aleksander Dugin. Te dwie
ostatnie rekomendacje bardzo mnie zdziwiły, bo obydwaj wymienieni byli
dziwakami, ekstremistami i potocznie rzecz ujmując - świrami. Jerzy
Pomianowski odparł, że właśnie dlatego powinienem śledzić to, co piszą,
bo, niestety, nie mamy żadnej pewności, czy to nie oni prędzej czy
później zdobędą rząd dusz. Szczerze powiedziawszy, nie do końca
posłuchałem tej rady, bo widząc regres w zakresie demokracji,
spodziewałem się raczej zwrotu ku, nazwijmy to umownie,
technokratycznemu autorytaryzmowi, a nie tego, z czym mamy dziś do
czynienia. Ale uczciwość każe odnotować, że to Jerzy Pomianowski
zasugerował mi śledzenie tych, a nie innych autorów.
Do Moskwy pojechałem pociągiem. Wykupiliśmy z żoną przedział sypialny.
Zachodni dyplomaci korzystają z firm przeprowadzkowych, polskich
dyplomatów na profesjonalną usługę nie stać. Wynagrodzenia - szczególnie
niższych rangą dyplomatów - są tak żałośnie niskie, że musielibyśmy
odkładać kilka miesięcy, żeby wyposażyć swoje mieszkanie, więc
jechaliśmy objuczeni jak nikt w całym pociągu.
* * *
Drugiego lub trzeciego dnia pobytu na placówce przyjął mnie ambasador
Stefan Meller, który zadał mi pytanie, co wiem o Rosji. Odpowiedziałem -
zgodnie z prawdą - że poza wiedzą czysto encyklopedyczną tak naprawdę
niczego nie wiem. Ambasador odchylił się w fotelu, pokiwał głową i z pewnym chyba uznaniem powiedział: "No to jest dla pana jakaś szansa, bo
najgorsi to są ci, którzy przyjeżdżają i już coś wiedzą". Po czym dodał:
"Pan ma być jak chirurg, to znaczy nie mieć żadnego stosunku, ani
negatywnego, ani pozytywnego do pacjenta, którym się pan zajmuje" i wyjaśnił, że moim pacjentem jest rosyjska polityka zagraniczna. Po
krótkiej rozmowie ambasador zaprosił mnie do swojej rezydencji, która
mieściła się na terenie ambasady i do której można było przejść z gabinetu ambasadora. W rezydencji Stefan Meller włączył nagranie z zaprzysiężeniem Władimira Putina. Zaprzysiężenie odbywało się rzecz
jasna na Kremlu. Władimir Putin kroczył przez salę wypełnioną
najwyższymi dostojnikami. Ambasador Meller zadał mi pytanie, czy
rozpoznaję ludzi widocznych na nagraniu. Odpowiedziałem, że oczywiście
tak. Kilka minut później Władimir Putin, tym razem już filmowany z daleka, wsiadał do swojej opancerzonej limuzyny. Nim jednak wsiadł do
samochodu, objął się z kilkoma ludźmi, których twarzy nie było widać.
Ambasador zapytał: "A tych pan rozpoznaje?". Odparłem, że oczywiście
nie. Stefan Meller zareagował na to słowami: "No i widzi pan, to jest
właśnie to, czego nie wiemy. Wiemy, kto teoretycznie jest blisko wodza,
ale nie wiemy, kto jest najbliżej. Jak się pan dowie, to załatwię panu
natychmiastowy awans".
W istocie słowa ambasadora Mellera były najczystszą prawdą. Przez
większość czasów rządów Władimira Putina w Polsce, ale też w znacznym
stopniu zapewne również i na całym Zachodzie jedynie domyślano się, kto
tak naprawdę rządzi Rosją. Teoretycznie wiedzieliśmy, kto pełni
najwyższe funkcje, ale problem polega na tym, że sprawowane funkcje i wpływy wcale nie były ze sobą tożsame. Czas, gdy pracowałem w Moskwie,
wiele lat później zacząłem nazywać okresem Putina 2.0. Oznaczenie miało
symbolizować ewolucję putinizmu. W początkowym okresie swoich rządów
Władimir Władimirowicz był tak naprawdę tylko jednym z wielu bardzo
wpływowych ludzi na Kremlu. Teoretycznie miał w swoich rękach pełną
władzę, ale zarazem wpływy jelcynowskiej jeszcze ekipy, tudzież
oligarchów, powodowały, że Władimir Putin sprawował rządy w taki sposób,
że rozsądzał spory pomiędzy różnymi koteriami. Po kilku latach prezydent
Putin zdołał jednak na tyle skonsolidować władzę, że jego pozycja była
już znacznie mocniejsza. Nadal co prawda manewrował, ale już wyraźnie
stawał się jedynowładcą. Na tym jednak etapie był oświeconym, to jest
słuchającym swoich doradców i gotowym nawet do zmiany polityki,
przywódcą. Putin 3.0 nadszedł ledwie kilka lat później, gdy dalsza
konsolidacja władzy spowodowała, że stał się carem. Dzisiaj, to jest w chwili, w której Rosja dokonała inwazji na Ukrainę na pełną skalę, mamy
do czynienia - jak sądzę - z Putinem 4.0, czyli człowiekiem, który jest
nie tylko carem, ale jest też carem, którego się boją już nie tylko jego
wrogowie, ale również ci, którzy są w jego najbliższym otoczeniu.
Ewolucja Putina zmienia zarówno system rządów, jak i w ślad za tym
również Rosję. To, co jest niezmienne, to nasz brak wiedzy, kto tak
naprawdę ma tak zwane "dojścia", czy też, inaczej rzecz ujmując, z czyim
zdaniem w ogóle jeszcze liczy się rosyjski przywódca.
Gdy wyjeżdżałem na placówkę w 2005 roku, usłyszałem w naszym
Ministerstwie Spraw Zagranicznych, że kierujący wówczas zaledwie od roku
rosyjską dyplomacją Siergiej Ławrow ma bardzo słabą pozycję na Kremlu i najprawdopodobniej zostanie zdymisjonowany. Siedemnaście lat później -
jak wiemy - nic takiego nie nastąpiło i Ławrow niezmiennie dyplomacją
rosyjską kieruje. W jego wypadku należałoby również mówić o Ławrowie
2.0, przy czym Ławrow w tej odsłonie różni się od swojej pierwotnej
wersji w zasadzie wszystkim. "Wczesny" Siergiej Ławrow był człowiekiem
niezwykle bezwzględnym i niejednokrotnie bardzo brutalnym, ale zarazem
był też wybitnie utalentowanym dyplomatą. Współczesny Ławrow to z profesjonalnego punktu widzenia przykry przykład upadku.
* * *
Mniej więcej rok po moim przyjeździe do Moskwy jednym z głównych pytań,
które zadawaliśmy sobie zarówno w Ambasadzie RP, jak i szerzej w korpusie dyplomatycznym, było: kto zostanie następcą Władimira Putina. W opinii zdecydowanej większości analityków największe szanse miał
ówczesny wicepremier Siergiej Iwanow. Gdy okazało się, że namaszczony na
prezydenta (czy też raczej mający udawać prezydenta) jest Dmitrij
Miedwiediew, przyjęto to z zadowoleniem, spodziewając się odwilży.
Miedwiediew miał być tak zwanym "sistemnym liberałem". Określenie to
używane było dla tej grupy władzy, która miała mieć bardziej liberalne
poglądy. Problem polega na tym, że ludzie ci byli co prawda bardziej
liberalni, ale w odniesieniu do zarządzania gospodarką, a nie w zakresie
polityki zagranicznej. Na swój użytek nazywałem ich
"postpinochetowcami", to znaczy takimi samymi w istocie zamordystami i wielkoruskimi szowinistami jak ich bardziej "konserwatywni" konkurenci,
ale tym różniącymi się od nich, że skłonnymi do mordu tylko wtedy, gdy
jest to konieczne, a nie zawsze wówczas, gdy jest to możliwe. Jak bardzo
myliliśmy się w ocenie Miedwiediewa, widać było po raz pierwszy w czasie
wojny w Gruzji latem 2008 roku. Liberałów i konserwatystów oczywiście
różniło wiele, ale były to głównie różnice dotyczące metod sprawowania
władzy, a nie jej istoty. Swoisty technokratyzm liberałów powodował
oczywiście ich bliższe relacje z oligarchią finansową, tyle że i to było
niezwykle ulotne. Oligarchia bowiem orientowała się na tych, którzy
realnie mieli władzę.
Miałem nieraz wrażenie, że kiedy próbujemy rozszyfrować, kto tak
naprawdę rządzi na Kremlu, uprawiamy coś w rodzaju "kremlinologii",
czyli sztuki przypisywania pozycji w biurze politycznym według
kolejności, w której sowieccy przywódcy pojawiali się, a następnie
ustawiali na Mauzoleum Lenina. Problem polegał na tym, że czasem wnioski
wysnuwano na podstawie bardzo kruchych przesłanek. Oto w czasie jednej z uroczystości przywódcy pojawili się w innej niż do tej pory kolejności,
z czego wyciągnięto wniosek o zmianie układu sił w sowieckim
kierownictwie. Tymczasem kiedyś w latach dziewięćdziesiątych okazało
się, że jeden z sowieckich przywódców, wchodząc na dach mauzoleum, po
prostu potknął się i dlatego pojawił się później.
Mam wrażenie, że nasze próby rozszyfrowania układu sił na Kremlu były
swego rodzaju odpowiednikiem oglądania nowego ustawienia przywódców na
mauzoleum bez posiadania wglądu na zaplecze. Aby realnie rozumieć układ
sił, należało albo mieć kontakty na odpowiednio wysokim szczeblu,
których nigdy nie mieliśmy, źródła wywiadowcze, w których istnienie nie
wierzę, albo wgląd w przepływy finansowe pomiędzy różnymi frakcjami na
Kremlu, którego, w przeciwieństwie do niektórych naszych sojuszników,
również nie mieliśmy. Ambasador Meller zdawał sobie z tego sprawę, a inni nie. Problem polega na tym, że zawsze występowaliśmy w stosunku do
naszych partnerów na Zachodzie jako eksperci, którzy w przeciwieństwie
do nich wiedzą. W rzeczywistości tymczasem nie tylko nie wiedzieliśmy,
ale co gorsza, nie wiedzieliśmy, że nie wiemy.
* * *
Pierwsze spotkanie z ambasadorem Mellerem nie skończyło się na jego
uwadze, że byłoby dobrze, żebym się dowiedział, z kim uściskał się
Władimir Putin. Stefan Meller, rzecz jasna w żartach, zadał mi pytanie,
czy mam jakieś plany na wieczór. Odpowiedziałem, że nie mam, na co
ambasador powiedział: "To pójdziemy na d***" i trzymając papierosa w ustach, zadał mi pytanie, czy orientuję się, ile "to" kosztuje w Moskwie. Nie czekając na moją reakcję, dodał: "Nie stać pana i niech pan
sobie zapamięta, że polski dyplomata w Moskwie może być dziwką, ale na
pewno nie stać go na dziwki". Ceny poznałem w ciekawych okolicznościach.
Pewnego razu w przybytku uciech utknęło dwóch posłów na Sejm. Obsługa
lokalu zadzwoniła do ambasady, żądając wykupienia panów posłów. Mój
ówczesny szef wręczył mi gotówkę i kazał panów posłów rzecz jasna
wykupić. Jeśli Państwo sądzicie, że rosyjskie służby mają haki na owych
przedstawicieli naszego narodu, to zapewniam, że na pewno tak nie jest.
Rosyjskie służby wszystko mogły bowiem podejrzewać, ale na pewno nie to,
że dwóch posłów do parlamentu natowskiego kraju jest na tyle głupich, by
akurat w Moskwie korzystać z usług przedstawicielek najstarszego zawodu
świata. Ja nazwisk panów posłów już dawno nie pamiętam, a czy nie
pamięta ich również mój ówczesny szef, który, jak dowiedziałem się po
odtajnieniu dokumentów IPN, wcale nie był jedynie dyplomatą, tego się
pewnie nigdy nie dowiem.
* * *
Jedno z pierwszych spotkań w Moskwie odbyłem z bardzo wówczas już
zaawansowaną wiekiem panią, która była legendą ruchu dysydenckiego. Jej
nazwiska - tak jak skądinąd i kilku dalszych w tej książce - nie
wymienię ze zrozumiałych względów. Rosja niezmiennie jest niestety
krajem, w wypadku którego okres karencji musi być znacznie dłuższy.
Spotkanie z nią nie wchodziło w zasadzie w mój zakres obowiązków. Przed
wyjazdem na placówkę kilku rad udzielił mi jednak wieloletni ambasador,
a w swoim czasie również wiceminister spraw zagranicznych Jakub Wolski.
Jedną z tych rad było, by nie ograniczać się do formalnego zakresu
obowiązków, ale korzystając z tego, że dyplomaci mają ułatwiony kontakt
z wieloma ludźmi, starać się nawiązywać możliwie szerokie kontakty.
Nigdy bowiem nie wiadomo, kto powie nam ciekawostkę, dzięki której uda
się z rozrzuconych i nietworzących żadnej całości puzzli ułożyć cały
obrazek. Była to bardzo dobra rada. Dobry dyplomata pracuje tak naprawdę
nie we własnej ambasadzie, ale poza nią, a czas spędzany we własnej
ambasadzie powinien ograniczać do minimum. Polskie ambasady są natomiast
pełne ludzi, którzy prawie z nich nie wychodzą, ale mimo to co chwilę
piszą szyfrówki. Skoro nie wychodzą, to łatwo się domyślić, że piszą
głównie raporty na swoich kolegów.
Moja rozmowa ze wspomnianą starszą panią dotyczyła kierunku, w którym
zmierza Rosja. Moja rozmówczyni nie miała żadnych złudzeń i twierdziła,
że miękki autorytaryzm zamieni się w twardy, a następnie w dyktaturę. W jej ocenie Zachód popełnił błąd, przesyłając żywność do Petersburga, co
miało być formą wsparcia dla upadającego Związku Sowieckiego i zapobiec
temu, czego Zachód zawsze najbardziej się obawiał, czyli wybuchowi
społecznemu. Pytałem, czy chodzi o to, że owa pomoc była, jak
powszechnie wówczas się mówiło, rozkradana i czy to ona stanowiła
finansową odskocznię dla Putina i jego ludzi. Moja rozmówczyni pokiwała
przecząco głową i powiedziała, że nie o to chodzi, a następnie dodała,
że owa pomoc spowodowała, że Rosjanie nie sięgnęli dna, a konkretnie nie
zaznali głodu, który "zmienia świadomość". Byłem zupełnie wstrząśnięty,
że oto obrończyni praw człowieka mówi coś tak nieprawdopodobnie wprost
brutalnego. W odpowiedzi usłyszałem, że Rosja jest uzależniona od "bata"
tak jak narkoman od narkotyku i że tak jak narkoman musi pewnego dnia
wylądować na dnie, by wyjść z narkomanii, tak Rosji trzeba było również
pozwolić sięgnąć dna, "ale wy na Zachodzie tego nie rozumiecie". Jakby
tego było mało, moja rozmówczyni oddała się rozważaniom na temat Katynia
i stwierdziła, że również Polska popełniła błąd w tej sprawie. W jej
ocenie nasz kraj powinien był w początku lat dziewięćdziesiątych
zamordować wszystkich jeszcze żyjących sprawców zbrodni katyńskiej:
"Jakbyście ich zabili tak jak Izraelczycy tych, którzy zabili ich
sportowców w Monachium, toby was szanowano". To, co usłyszałem, wydawało
mi się tak kompletnie odrealnione, że zaprotestowałem, a przy okazji
spytałem, jak też niby mielibyśmy to zrobić. Moja rozmówczyni odparła,
że to nic trudnego i w zasadzie można by wynająć nawet miejscowych
bandytów. To powiedziawszy, zreflektowała się i powiedziała, że to byłby
jednak zły pomysł, bo zabójców z Katynia należało zastrzelić strzałem w potylicę, "a nasi bandyci to by ich jeszcze kijem bejsbolowym zatłukli".
Spytałem, czy ona nie chciałaby, żeby było inaczej. Odpowiedziała, że
właśnie dlatego, że chce, żeby było inaczej, mówi to, co mówi.
Powyższa rozmowa utkwiła mi w pamięci. Przypomniała mi się ostatnio, gdy
doradca prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego oświadczył, że Ukraina
tych Rosjan, którzy dopuszczają się zbrodni, będzie ścigać tak jak
Izrael arabskich terrorystów. Ukraińcy zapowiadają publicznie coś
takiego, co usłyszałem od - bądź co bądź - obrończyni praw człowieka.
Jedną z rzeczy, które budziły moje największe zdziwienie w Moskwie,
były relacje międzyludzkie. Krótko po przyjeździe do Moskwy poszliśmy z żoną do nie wiedzieć czemu bardzo modnej wśród cudzoziemców Cafe
Puszkin. Zawsze mnie uderzało, do jakiego stopnia Rosjanie są w stanie
eksploatować przeświadczenie Europejczyków, że Rosja to kraj Puszkina,
Czajkowskiego i Turgieniewa, podczas gdy w rzeczywistości putinowska
Rosja z żadnym z nich nic wspólnego nie miała. Myślę, że popularność
Cafe Puszkin brała się właśnie z tego
przeświadczenia, że oto idąc tam, odwiedzający Moskwę przeniesie się w inne czasy. W rzeczywistości była to kawiarnia, jakich wiele w Moskwie,
co oznacza, że było bardzo smacznie i bardzo drogo. Problem pojawił się
w chwili, w której chciałem zawołać kelnerkę. Najpierw powiedziałem
"przepraszam" i usiłowałem gestem dać do zrozumienia, że chciałbym
zapłacić, potem powiedziałem "poproszę", a następnie "proszę pani". Nie
doczekałem się żadnej reakcji. Obok siedziały dwie eleganckie starsze
Rosjanki, które z uśmiechem powiedziały mi, że trzeba powiedzieć
"diewuszka", czyli dziewczynko. Widząc zdziwienie w moich oczach, jedna
z nich dodała: "Pan się ewidentnie spóźnił do Rosji o jakieś sto lat,
trzeba było za cara przyjechać".
Do wołania do kelnerki "diewuszka", a do kelnera młody człowieku -
"molodoj czełowiek" - z czasem się przyzwyczaiłem. W tym miejscu dodam,
że tak doskonałej obsługi kelnerskiej jak w restauracjach w Moskwie nie
widziałem nigdzie poza może słynącą z najdoskonalszego sznycla oraz
Kartoffelsalat wiedeńskiej Plachutty. Rzecz w tym, że moskiewscy
kelnerzy w tych oczywiście lepszych restauracjach byli jak duchy, to
znaczy niby ich nie było, a zarazem ani przez moment nie miało się
pustych czy to szklanki, czy kieliszka.
* * *
Moskiewskie restauracje miały ceny zupełnie nieprawdopodobne. Sto euro
za lunch było w zasadzie normą, a nie wyjątkiem, a nieco bardziej
rozbudowane, ale wciąż pozbawione alkoholu menu oznaczało wydatek mniej
więcej dwustu euro. Pamiętam, że kiedyś wróciłem ze służbowego spotkania
i położyłem rachunek z restauracji na komodzie w przedpokoju. Zauważyła
go nasza niania i z ciekawości spojrzała na kwotę. Poczułem się w obowiązku wytłumaczyć jej, że prywatnie nie stać mnie na takie
restauracje, że byłem służbowo na obiedzie (tym, czego nie tłumaczyłem,
to to, że wpadłem do domu tylko, żeby się przebrać i wrócić do ambasady
i szybciutko napisać szyfrogram będący efektem owego lunchu). Opiekująca
się naszym synkiem niania, która była bardzo kulturalną, elegancką panią
bez cienia pretensji, skomentowała rachunek słowami, że to nie są
miejsca dla normalnych ludzi. Zapewne gdyby zbadać, ilu Polaków chadza
do restauracji, to nasz wynik byłby znacznie poniżej tego, który jest
udziałem zamożniejszych od nas narodów, choć pewnie też i tych, w których jedzenie poza domem wiąże się nie tyle z zamożnością, ile
bardziej z kulturą i tradycją. Nie to jednak było dla mnie wstrząsające,
że nasza niania będąca emerytowaną panią po studiach nie mogła sobie
pozwolić na chodzenie do restauracji, ale to, że utożsamiała ona w istocie swój niższy status materialny ze swoim miejscem w strukturze
społecznej. Irina tak naprawdę przy tym nie myliła się. W Rosji w istocie zamożność była bezpośrednio związana, czy też bezpośrednio
przekładała się na miejsce w strukturze społecznej. Do pewnego stopnia
widzę echa tego, kiedy obserwuję współczesnych czołowych rosyjskich
propagandzistów. Nie licząc niesławnego dziennikarza Władimira
Sołowjowa, który od lat jest już milionerem, większość to ci, którzy
przez długie lata byli gdzieś w drugim szeregu i tym samym nie mieli
możliwości dorobienia się. Mam wrażenie, że radykalizm występujących w rosyjskiej telewizji ekspertów, którzy kariery medialne zaczęli robić
stosunkowo niedawno, jest tyleż pochodną ich poglądów, co też i ich
nadziei na nagrodę za swoje poglądy. Będą w końcu w stanie przesiąść się
na przysłowiowe "szestisotyje", czyli "sześćsetki" (kodowe oznaczenie
topowego Mercedesa klasy S z lat dziewięćdziesiątych).
Relacje bogatych i biednych w Rosji nacechowane są nieprawdopodobną
wprost pogardą dla ludzi ubogich. Posiadanie pieniędzy oznacza nie tylko
jeżdżenie lepszym samochodem, ale również prawo do parkowania tego
samochodu, gdzie się tylko chce (choć to zmieniło się nieco po tym, gdy
merem Moskwy został Siergiej Sobianin). Oznacza też większe prawa w relacjach z władzami, mniejsze prawdopodobieństwo bycia pobitym na
posterunku milicji, inne traktowanie we wszelkiego rodzaju urzędach, na
lotniskach etc. W Moskwie i szerzej w Rosji żyją nie tyle ludzie bogaci
i biedni, co raczej dwa gatunki ludzi, które nie mają ze sobą nic
wspólnego. W hollywoodzkim filmie Okup, w którym Mel Gibson gra rolę
ojca chłopca porwanego przez szajkę dowodzoną przez skorumpowanego
policjanta, ma miejsce dialog, kiedy porywacz tłumaczy ojcu dziecka
swoje motywy. Opowiada o świecie przyszłości, w którym są dwa gatunki
ludzi: jeden zamożny, szczęśliwy, żyjący nad ziemią i drugi dziki,
żyjący pod ziemią. Porywacz tłumaczy, że ci żyjący nad ziemią nie mają
pojęcia, jak żyją ci, którzy są pod ziemią. Ten film oglądałem w Moskwie
i pierwsze skojarzenie, które mi się nasunęło, było takie, że powyższe
jest w dużym stopniu alegorią życia w stolicy Rosji. Inaczej bowiem niż
na przykład w Nowym Jorku, gdzie w metrze może spotkać się bogacz z biedakiem, w Moskwie z metra korzystają w zasadzie wyłącznie ludzie
ubodzy lub wywodzący się z klasy co najwyżej średniej. Ludzie bogaci
cierpią co prawda z powodu korków, ale poruszają się nad ziemią. W tym
miejscu dodam, że sam moskiewskiego metra wyjątkowo nie lubiłem z jednego podstawowego powodu. Nie dlatego nawet, że było w nim tłoczno,
ale dlatego, że było w nim zawsze duszno, a zimą, gdy temperatura na
zewnątrz wynosiła minus dwadzieścia, a w metrze plus dwadzieścia stopni,
wychodziłem z niego zawsze spocony jak mysz kościelna. W efekcie z moskiewskiego metra korzystałem wyłącznie wtedy, kiedy przyjeżdżali
goście i trzeba było im je pokazać, bo rzeczywiście główne stacje,
szczególnie na tak zwanej "kolcewoj", czyli okrężnej linii, są
przepiękne. Swoją drogą pamiętam swój zawód, kiedy skorzystałem po raz
pierwszy z nowojorskiego metra, które na tle moskiewskiego jest byle
jakie, szare i brudne. Rzecz w tym, że dało się w nim oddychać. Być może
ta różnica pomiędzy metrem, które ma wzbudzać podziw, a tym, w którym
nie ma nic szczególnego, ale w którym da się oddychać, jest swego
rodzaju istotą różnicy między Rosją a Zachodem.
* * *
Bogaci Rosjanie żyją rzecz jasna nie tylko w Moskwie. Przykładowo jedna
z czołowych luksusowych marek samochodowych, czyli Bentley, ma poza
trzema (sic!) salonami w Moskwie również przedstawicielstwa w Petersburgu, Krasnodarze, Krasnojarsku oraz w Jekaterynburgu. Używane
auta sprzedawane w Rosji miały jedną wspólną cechę, wszystkie miały otóż
dość niskie przebiegi, bowiem wszystkie służyły wyłącznie do jazdy po
mieście, w którym zostały kupione. I nie chodzi tutaj wcale o znaczne
odległości pomiędzy miastami, ale o to, że na przykład droga do
Petersburga w czasach, kiedy pracowałem w Moskwie, była tak fatalnej
jakości, że jazda samochodem z niskim zawieszeniem z całą pewnością nie
była dobrym pomysłem. Do Petersburga z Moskwy latało się więc samolotem
albo też jechało pociągiem. Przez wszystkie lata pracy w Moskwie nie
poznałem swoją drogą w zasadzie żadnych Rosjan, którzy jeździli do
jakichkolwiek innych miast poza Petersburgiem i ewentualnie jeszcze
Soczi. Z tego powodu nigdy zbytnio nie poważałem ekspertów, którzy
przyjeżdżając do Rosji, jeździli do tak zwanej głubinki, czyli na
prowincję. Politycznie liczyła się w mojej opinii wyłącznie Moskwa, do
jakiegoś stopnia Petersburg, przy czym jeśli mówić o Moskwie, to tak
naprawdę ważne było tylko to, co znajdowało się w promieniu góra
dziesięciu kilometrów od Kremla (poza siedzibą SWR, czyli służby wywiadu
zagranicznego, która znajdowała się w Jasieniewie za tzw. MKAD).
MKAD, czyli Moskowskaja Kolcewaja Awtomobilnaja Doroga to zewnętrzna,
licząca sto dziewięć kilometrów obwodnica miasta. Moskwa ma jeszcze dwie
inne drogi o kształcie koła wewnątrz miasta - tzw. Trietie Transportnoje
Kolco, czyli "trzecią transportową drogę" oraz Sadowoje Kolco, wewnątrz
którego można jeszcze znaleźć i czwarte - tzw. Bulwarnoje Kolco - to
ostatnie jednak jest zaledwie półkolem. Polityczne oraz biznesowe życie
tak naprawdę toczy się w środku nawet nie koła wyznaczonego przez MKAD,
ale tego, którego granice wyznacza liczący nieco ponad trzydzieści pięć
kilometrów trzeci pierścień (Trietie Transportnoje Kolco). Fakt, iż ruch
w mieście zorganizowany jest za pomocą owych obwodnic oraz rozchodzących
się w gwiaździsty sposób ulic skierowanych we wszystkie strony, powoduje
straszliwe korki. Bardzo często nie ma możliwości przejechania
samochodem z miejsca położonego po jednej stronie którejś z owych dużych
ulic bez wjechania na obwodnicę. W efekcie pokonanie odcinka, który w linii prostej liczy na przykład dwa kilometry, bardzo często oznacza
konieczność przejechania sześciu czy dziesięciu kilometrów i to
zazwyczaj w straszliwym korku. Dużo ciekawsza jest jednak polityczna
symbolika tego, jak zorganizowana jest Moskwa. Oto bowiem z centrum (od
prezydenta) można wyjeżdżać tylko jasno wytyczonymi drogami. Centrum
(władza centralna) otoczone jest kręgami, które symbolizują w jakiś
przedziwny sposób tyleż odległość w sensie dosłownym, co i dystans (od
władzy). Cały świat rosyjskiej polityki toczy się w swego rodzaju kręgu,
którego centrum wyznacza moskiewski Kreml. Wspomniane wyżej gwiaździście
rozchodzące się ulice są tyleż imponujące (mają od ośmiu do nawet
dwunastu pasów ruchu), co całkowicie niepraktyczne. Niczym autostrady
wewnątrz miasta powodują, że przejście z jednej strony ulicy na drugą
często wymaga bardzo długiego spaceru po to, żeby znaleźć przejście
podziemne. Nie zmienia to oczywiście faktu, że wjazd do Moskwy na
przykład Kutuzowskim Prospektem robi zawsze imponujące wrażenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki