Demon - Wojtek Miłoszewski

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

1.

Ludzie z Londynu. To hasło wyświetla się w jej głowie i niewidzialna dłoń skręca jelita, z brzucha dobywa się cichy pomruk. Stres jest zbyt duży, teraz jest tego pewna. Nie poradzę sobie, myśli, a na jej twarz wybija gorąca purpura. Prezentację trzeba zrobić przed wysokim kierownictwem, które na tę okazję przyleciało z angielskiej stolicy. Szykowała się do tego od miesiąca. Ale teraz, zaledwie kwadrans przed, już wie, że nic z tego nie będzie.

Życie stłoczone w szklanych biurowcach podlega żelaznym kanonom, rządzi się międzynarodowymi, niepisanymi regułami. Trochę spokoju dla siebie można mieć tylko w kiblu. Pola siedzi więc na sedesie, wpatrując się w czubki jasnoniebieskich szpilek. Jeszcze wczoraj wybór tego obuwia pod kolor paska do eleganckiego, ciemnego kombinezonu wydawał jej się doskonały. Dzisiaj to już historia. Ta myśl powoduje, że pełzająca dotąd panika podrywa się na nogi i rusza do galopu. Serce gwałtownie przyspiesza; chociaż Pola wie, że nie powinna tego robić, to przekręca nadgarstek, uruchamiając smartwatcha. Sto czterdzieści uderzeń na minutę!

Podnosi się, czując mocne zawroty głowy. Dla niepoznaki spuszcza wodę i wychodzi chwiejnie z kabiny. Staje przed lustrem, łapczywie łykając powietrze. Myje powoli ręce, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Ta prezentacja to jej szansa. Dzięki temu może awansować. W końcu! W wieku czterdziestu dziewięciu lat naprawdę przydałoby się wepchnąć do pierwszego rzędu. Albo to, albo zmienić tę cholerną robotę, w której tkwi od piętnastu lat. Wie, że na to drugie rozwiązanie nie ma sił i odwagi. Robi parę rundek po opustoszałym korytarzu. Wieżowiec w centrum Warszawy za grube miliony, a w kiblu i tak często śmierdzi jak w dworcowym szalecie. Dyskretnym ruchem wyciąga perfumy z torebki i stara się zamaskować dowody wizyty w toalecie. Jeszcze kilka razy wciąga mocno powietrze, przystając dokładnie pod kratką wentylacyjną, i rusza na open space.

Tu jest trochę lepiej. Klima pracuje mocniej i Poli wydaje się, że z twarzy schodzi jej wreszcie paląca czerwień. Zerka na zegarek - jeszcze dziesięć minut, a puls spadł do osiemdziesięciu. To ją wzmacnia. Jej krok nabiera energicznej sprężystości, a wybór szpilek na dzisiejszą okazję znów jest strzałem w dziesiątkę.

Pewność siebie szybko topnieje, gdy zza zakrętu wyłania się Patryk, członek zarządu. Wysoki, przystojny blondyn w nienagannym garniturze skrojonym na miarę. Jakby komuś było mało spinek do mankietów z białego złota skrzących się w jarzeniówkach, to nosi je absolwent Harvardu, który podyplomowe MBA kończył na równie prestiżowym Berkeley. To właśnie Patryk będzie nadzorował jej dzisiejszą prezentację przed upiorami z Londynu. Posyła jej sprany uśmiech z niewielką, ale widoczną nutą złośliwości. Jak przystało na światowca, Patryk jest za pan brat z nowoczesnymi regulacjami międzynarodowych korporacji. Diversity and inclusion, zarządzanie różnorodnością, która ma być kluczowym zasobem organizacji. Zapobieganie dyskryminacji, a także duża świadomość tego, jak kierować zespołem, by nie uszkodzić delikatnej tkanki jego zdrowia psychicznego. Tyle w teorii. W praktyce szef Poli jest mistrzem takiego formułowania zdań, że z jednej strony każde słowo jest niczym rażąca w serce strzała zatruta kurarą. Z drugiej strony po odtworzeniu takiego nagrania z monitoringu każdy sąd go uniewinni.

- Hello, Pola - odzywa się oczywiście po angielsku. - Are you ready for today's challenge?

Kładzie akcent na ostatnie słowo. Niby nic, ale wszyscy w biurze pamiętają wpadkę Poli podczas jednej z prezentacji. Wymówiła to "szelądż". Jak ostatnia idiotka! Jakby to był francuski, a nie angielski, w dodatku bardzo zły francuski.

- Myślę, że będziesz zadowolony. A ludzie z Londynu zaniemówią z wrażenia.

Patryk patrzy na nią tak, że nie może być żadnych wątpliwości. On wierzy, że ludzie z Londynu mogą zaniemówić tylko wtedy, gdy Pola palnie jakąś gafę. Ale tego oczywiście nie mówi. Zamiast tego zerka ostentacyjnie na jej obuwie i rzuca:

- W takim razie do zobaczenia. Masz jeszcze pięć minut. Świetne buty! Pasują do ciebie.

Znika za zakrętem, nie czekając na odpowiedź, a pod Polą uginają się nogi. Teoretycznie niewinna uwaga znaczy, że jednak źle dobrała szpilki, a skoro do niej pasują, to Patryk ma ją za ostatnią wieśniarę. Weź się w garść, mówi sobie w myślach, zaciska zęby i wpada do kuchni. Sięga szybko po kubek i nalewa lodowatej wody z dystrybutora. Dopiero wtedy zauważa, że przy stole siedzi Karolina, która żuje jakieś gówno z pudełkowego kateringu. Pola opanowuje się w jednej sekundzie, przywołuje na twarz promienny uśmiech. Karolina długo była jej rywalką, ale w końcu zarząd docenił tyranie Poli po nocach i dlatego to właśnie ona trzęsie się teraz przed prezentacją. Nie może pozwolić, by tamta dostrzegła, że konkurentka jest na granicy ataku paniki. Dlatego zagaduje, siląc się na niedbały ton:

- Cześć, kochana. Jak tam u ciebie?

- Wszystko dobrze - burczy Karolina.

- Na pewno? Trochę niewyraźnie wyglądasz. - Pola wskazuje pudełko. - Co masz?

- Owsiankę.

- Może zalej sobie wodą. Wtedy łatwiej przełknąć.

Karolina patrzy na Polę z nienawiścią. Obie doskonale wiedzą, że nie o żadnej owsiance tu mowa. Wciąga powietrze nosem, a jej ton przywodzi na myśl trupa z uszkodzonym ośrodkiem mowy po trzech udarach:

- Chciałam ci pogratulować. Słyszałam, że dzisiaj masz prezentację przed Londynem. Powodzenia.

- Dzięki.

Pola dopija wodę i wkłada kubek do zmywarki. To spotkanie i krótka rozmowa sprawiają, że spływa na nią spokój. Odzyskuje pewność siebie. W drzwiach słyszy jeszcze zduszony szept Karoliny:

- Mam nadzieję, że cię zniszczą, głupia dziwko...

Ale nie daje jej satysfakcji. Nie zatrzymuje się nawet na sekundę. Gdyby się odwróciła, Karolina udawałaby z przygłupim uśmiechem, że nic nie mówiła. Szybko pokonuje niewielką odległość do sali konferencyjnej i pcha szklane drzwi.

Staje z uśmiechem przed zgromadzonymi i się przedstawia. Oto i przewaga zachodniej cywilizacji. Teoretycznie w warszawskiej korporacji zatrudnią każdego, kto ma odpowiednie kompetencje, a wygląd to bezdyskusyjnie sprawa drugorzędna. Mit. Gdyby ktoś wyglądał tak jak ludzie z Londynu, to grzecznie by mu podziękowano. Po lewej siedzą Mickey i Gloria. On ma krzywe żółte zęby, a z tłustych, zaczesanych do tyłu włosów sypie się łupież jak kryształy soli. Pola, jako wtajemniczona, wie też, że Mickey ma wyjątkowo śmierdzący oddech. Gloria mierzy sobie może ze sto pięćdziesiąt centymetrów, ważąc przy tym tyle samo kilogramów. Zakłada zawsze obcisłe kostiumy, które uwypuklają jej otyłość. Po prawej siedzą Alan i Jason. Ci wyglądają jak bezdomni powodzianie. Pomiędzy nimi, u szczytu stołu, Patryk. Wysportowany przystojniak w garniturze za piętnaście tysięcy. Nawet z tej odległości Pola widzi, jak starannie wypielęgnowane ma paznokcie.

Zaczyna mówić. Ludzie z Londynu są wszechwładni, bo amerykańskie biuro powierzyło im odpowiedzialność za Europę Środkowo-Wschodnią. Nawet Patryk musi się do nich przymilać i prawić idiotyczne komplementy. Włożyła miesiąc wytężonej pracy w przygotowanie do wystąpienia. Poświęciła wszystkie wieczory i weekendy. Korepetycje z konwersacji, wymowa, akcent; samą treść prezentacji dała do oceny trzem niezależnym konsultantom, którzy wzięli za to grubą kasę. Dlatego teraz każdy ze slajdów opisuje wyważonym tonem. Z każdą kolejną planszą zyskuje pewność siebie. Niemal wpada w euforię, widząc na twarzy Patryka zaskoczenie. Co? Tego się nie spodziewałeś, ty fiucie?!

Po kwadransie trochę jednak zaczyna się martwić. Nikt nie zadaje pytań, niedobrze. Wreszcie krzywozęby Mickey, jakby słysząc jej myśli, dopytuje o lokalizacje nowych biur. Pola jest przygotowana, odpowiada, dlaczego wybrała właśnie te miasta. Wyczerpująco, ale zwięźle, by nie nudzić. Potem zgrabnie radzi sobie jeszcze z dwoma pytaniami Glorii i przechodzi do podsumowania. Ale już wie, widzi, że to sukces. Jest przekonana, że gdy tylko skończy, w sali rozlegną się oklaski, a ona otrzyma upragniony awans. Wreszcie. Po tylu latach orki na ugorze! W połowie podsumowania słyszy harmider gdzieś w głębi biura. Nawoływania, krzyki, tupot nóg. Ciekawe, czy to nie kurwiszcze Karolinka coś wykombinowała, myśli, kontynuując z uśmiechem wystąpienie. Jednak tego, co następuje kilka sekund później, nie potrafi zignorować.

Do sali wpada Filip w zakrwawionym ubraniu. Pada na kolana przy Poli, szlochając, i krzyczy:

- Musisz mi pomóc, mamuś! Spierdoliłem! Zjebałem!

Przytula się do niej, wstrząsany spazmami. Pola obejmuje klęczącego mężczyznę w bezwarunkowym odruchu, rejestrując mechanicznie, że krew brudzi jej elegancki kombinezon. Podnosi wzrok na zebranych. Ludzie z Londynu uosabiają mieszaninę niedowierzania i przerażenia. Za to na twarzy Patryka widnieje sterylna wściekłość. Gorzej być nie może. Pola jednak się myli.

Do sali wpada dwóch policjantów z uniesioną bronią.

- Ręce do góry! Policja!

- Leżysz, skurwysynu!

Wyszarpują Filipa z jej objęć, dociskają do podłogi; rozlega się szczęk zatrzaskiwanych kajdanek.