Restauracja Nostalgia, North Clark Street 5307, Chicago
Kiedy Sally weszła do kuchni, Jack akurat sprzeczał się z Michaiłem na temat dodatków do faszerowanej kapusty.
- Na miłość boską, w ogóle nie dodałeś do niej sosu pomidorowego ani suszonych pomidorów! Nie dorzuciłeś ani kawałka papryki, do cholery! Nic dziwnego, że w ogóle nie miała smaku!
- Moja matka zawsze dodaje tylko wołowinę! - protestował Michaił. - Sól, pieprz i wołowinę. I to jest kapusta po polsku. Jeżeli dodasz do niej pomidorów, to będzie już kapusta po słowacku.
- A co mnie obchodzi, jak gotowała twoja matka? Moja matka dodawała do kapusty sos pomidorowy i suszone pomidory i właśnie w taki sposób my będziemy podawać kapustę w tej restauracji.
- Nienawidzę Słowaków.
- A ja nie przepadam za Francuzami, ale to wcale nie oznacza, że nie używam w kuchni sera.
Sally przerwała sprzeczkę.
- Przepraszam, Jack, że przeszkadzam. Muszę zamienić z tobą kilka słów.
- Jasne. Zaraz pogadamy. - Wyciągnął palec wskazujący w kierunku Michaiła. - Rozumiesz? Sos pomidorowy, suszone pomidory i mnóstwo papryki.
Michaił wzruszył ramionami i wykrzywił twarz w niechętnym grymasie.
- Dobra... Chcesz, żebym gotował jak Słowak, to będę gotował jak Słowak. Słowacy to najgorsi kucharze na świecie. A to dlatego, że nie odróżniają jedzenia od gówna. Słowak potrafi podnieść z ziemi psie gówno i je zjeść, ponieważ gówno wygląda jak frankfurterka.
- Michaił... - ostrzegł go Jack.
Michaił uniósł w górę obie ręce w geście poddania, po czym zaczął zdejmować z haków nad głową rondle, chochle i durszlaki. Robił przy tym mnóstwo hałasu, niczym jednoosobowy zespół perkusyjny.
Jack poszedł za Sally do restauracji. Było wpół do piątej po południu i czas na wydawanie obiadów już się skończył. Dwie kelnerki, Jean i Saskia, sprzątały stoliki i nakrywały je obrusami w biało-czerwoną kratę. Za oknami jeszcze świeciło słońce, jednak w restauracji panował półmrok. Jej ściany były wyłożone boazerią z ciemnego drewna, a w kącie miejsce zajmował mahoniowy bar, stylizowany na lata dwudzieste. Za nim na półkach stało mnóstwo butelek z różnymi egzotycznymi trunkami. Na ścianach wisiały duże ciemne obrazy olejne z widokami polskich miast, takich jak Kraków czy Wrocław. Większość prezentowała zachmurzone, burzowe niebo i strzelające ku niemu wieże kościołów i zamków.
- O co chodzi, Sal? - zapytał Jack. - Napijesz się piwa czy jesteś na służbie? A może masz ochotę na wodę mineralną?
- Nie, nie będę nic piła, dzięki - odparła Sally. - Stało się coś strasznego. - Na moment umilkła, po czym wzięła głęboki oddech i kontynuowała. - Dwa dni temu grupa skautów rozbiła namioty na terenie Obozowiska Rosomaka w Michigan. Uczestniczyli w tygodniowym obozie wędrownym.
- Tak, wiem o tym. Jeden z tych dzieciaków, Malcolm, to dobry kolega Sparky'ego. Boże, chyba nie doszło do wypadku?
Jack nagle zdał sobie sprawę, że w oczach Sally błyszczą łzy.
- Oni wszyscy nie żyją, Jack. Wszyscy. Siedemnastu skautów w wieku od jedenastu do osiemnastu lat oraz siedmioro dorosłych opiekunów.
- Nie żyją? Jak to? Wszyscy? Jakim cudem?
- Właśnie rozmawiałam z jednym z zastępców szeryfa z okręgu Muskegon. Ciągle nie wiadomo, co naprawdę się stało ani kto jest w to zamieszany, ale jedno pozostaje bezsporne. Oni wszyscy się zabili, co do jednego. To było zbiorowe samobójstwo.
- Nie wierzę. Jak oni to zrobili? Zażyli truciznę czy co?
Sally pokręciła przecząco głową.
- Niektórzy poderżnęli sobie gardło, a inni podcięli sobie żyły. Jeden z opiekunów miał rozpłatany brzuch... jakby popełnił harakiri.
- Jezu... Kiedy to się stało? Przecież w telewizji nic na ten temat nie mówili. Chociaż, fakt, rzadko teraz cokolwiek oglądam. Ten dom wariatów - zatoczył ręką, wskazując na salę restauracyjną - zajmuje cały mój czas.
- Dzisiaj przed południem, około jedenastej, znalazł ich jeden z leśników; akurat był na spacerze z psem. Na razie policja nie ujawnia żadnych szczegółów. Najpierw o wszystkim mają zostać poinformowani rodzice oraz krewni ofiar.
- I oni wszyscy naprawdę nie żyją? Malcolm też się zabił? Malcolm Cusack?
- Obawiam się, że tak - powiedziała Sally. - Dostaliśmy kompletną listę nazwisk, żebyśmy mogli poinformować Związek Skautowski i najbliższe rodziny ofiar.
- Na miłość boską, Malcolm miał zaledwie dwanaście lat. To był cichy, grzeczny chłopak, nie skrzywdziłby nawet muchy. Nie wiem, jak mam to przekazać Sparky'emu. Będzie zdruzgotany.
Nagle Jack poczuł, że kręci mu się w głowie. Wyciągnął krzesło spod najbliższego stolika i usiadł. Sally wzięła drugie krzesło, po czym usiadła obok Jacka. Położyła dłoń na jego przedramieniu i powiedziała:
- Jestem tu właśnie z powodu Malcolma.
Jack zmarszczył czoło. Nie zrozumiał, co miała na myśli.
- Jutro rano podstawiamy samolot do Muskegon dla rodzin ofiar. Krewni zidentyfikują ofiary i pojadą na miejsce ich śmierci. Istnieje możliwość, że to pomoże wyjaśnić przyczyny tego, co się stało. Może wszyscy zaplątali się w działalność jakiejś sekty, w której panuje kult samobójstwa?
- No dobrze, ale co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
- Corinne Cusack jest samotną matką, jak pewnie wiesz. A właściwie już nie jest, skoro Malcolm...
- Racja. Zdaje się, że jej mąż umarł rok temu.
Sally pokiwała głową.
- Jeff Cusack zmarł niespodziewanie. To bardzo smutna historia. Krótko przed jego śmiercią przeprowadzili się do Edgewater, dlatego Corinne nie ma w okolicy żadnej rodziny. Nie zdążyła też się z nikim zaprzyjaźnić. Cóż... wdowa w żałobie to nie jest najbardziej upragnione towarzystwo. Widzisz, Jack, zapytałam ją, czy chce, żeby ktoś poleciał do Muskegon razem z nią, rozumiesz, żeby ją wspierać. Oczywiście ja również tam pojadę, ale nie będę miała czasu, żeby opiekować się wyłącznie nią. Corinne wybrała ciebie i Sparky'ego.
- Corinne Cusack chce, żebym poleciał z nią do Michigan?
- Obaj, ty i Sparky. Według Corinne Sparky był jedynym przyjacielem, jakiego miał Malcolm. Często dokuczano mu w szkole i tylko twój syn stawał w jego obronie.
- Jeśli zdecydowałbym się na tę podróż, i tak musiałbym go wziąć ze sobą, przecież wiesz.
- Oczywiście. - Sally pokiwała głową. Przez chwilę milczała, po czym popatrzyła badawczo na Jacka. - A więc? Policja chicagowska pokrywa wszystkie koszty: przelotu, a nawet zakwaterowania, jeżeli będziecie musieli zostać na noc. Chociaż wątpię, czy to będzie konieczne.
- Nie wiem, Sally. Muszę pomyśleć, jak wpłynęłoby to na Sparky'ego.
- Może właśnie chciałby odwiedzić miejsce, w którym zginął jego przyjaciel. Może potem łatwiej mu będzie pogodzić się z jego śmiercią.
- Och, jasne. Ale z drugiej strony, może to się dla niego skończyć okropnymi koszmarami. Pamiętam, jak jego ukochanego psa przejechał samochód, nie mógł dojść do siebie przez pół roku.
Sally jeszcze przez chwilę milczała, wreszcie wstała z krzesła.
- Dobrze, Jack. Dam ci jeszcze trochę czasu do namysłu. Ale jeśli się zgodzisz, wyświadczysz mi naprawdę wielką przysługę, uwierz mi. Postaraj się zadzwonić do mnie jeszcze dzisiaj po południu.
Jack popatrzył na nią uważnie. Pod wieloma względami przypominała mu jego zmarłą żonę Agnieszkę. Była od niej trochę niższa i miała trochę większe piersi. Ale, podobnie jak Agnieszka, miała jasne, krótkie włosy i niemal identyczne wysokie kości policzkowe. Jej usta były trochę pełniejsze i zawsze używała szminki o mocniejszym odcieniu czerwieni. Pomyślał, że - w następnym życiu - mogliby stać się dla siebie kimś więcej niż przyjaciółmi. Sally była jednak policjantką, silną i twardą kobietą, a on restauratorem, który w wolnym czasie, którego i tak miał bardzo mało, lubił malować akwarele. Ich podejście do życia różniło się od siebie tak bardzo, że Jack nie potrafił sobie wyobrazić, by związek pomiędzy nimi mógł potrwać przez dłuższy czas.
Popatrzył na zabytkowy polski zegar na ścianie, z leniwie kołyszącym się wahadłem. Było za dwadzieścia piąta, a on musiał wkrótce odebrać Sparky'ego ze szkoły. Nie miał jeszcze pojęcia, jak mu przekaże wiadomość o śmierci Malcolma. Poszedł do swojego małego biura na tyłach restauracji, żeby zabrać kluczyki do samochodu. W tej samej szufladzie, w której leżały kluczyki, trzymał batony czekoladowe Oh Henry, ulubione słodycze Sparky'ego. Odbierając go ze szkoły, Jack codziennie dawał mu jeden batonik; był to rodzaj rytuału. Jak powinien zachować się dzisiaj? Czy ma powiedzieć:
"Cześć, masz tu swój ulubiony batonik. A tak przy okazji, Malcolm się zabił".
Zajrzał do kuchni, żeby sprawdzić, jak sobie radzi Michaił. Ten akurat szatkował kapustę. Popatrzył na Jacka w taki sposób, jakby podobnie jak kapustę zamierzał potraktować także jego głowę.
- Wiem - odezwał się. - Słowacki przepis. Pomidory. Papryka. Chlast!
Jack wyszedł na wąskie podwórko za restauracją, gdzie pomiędzy pojemnikami na śmieci i murem parkował swoje czarne camaro z 1998 roku. Było tu tak ciasno, że codziennie z trudem otwierał drzwiczki, żeby wejść do środka. Właśnie przeciskał się, żeby usiąść w fotelu kierowcy, kiedy usłyszał wołanie:
- Jack! Jack! Poczekaj chwilę! Jack!
Była to Bindy z księgarni, która sąsiadowała z restauracją. Drobna i energiczna kobieta nosiła okulary bez oprawek i miała wiecznie potargane ciemne włosy, przez co przypominała Jackowi jednego z bohaterów z kreskówki Disneya. Miała na sobie obszerną suknię w kolorze musztardy i przynajmniej pięć sznurów bursztynów.
- Cześć, Bindy. Przepraszam, ale się śpieszę. Muszę odebrać Sparky'ego ze szkoły.
- Och, jasne. Chciałam ci tylko powiedzieć, że w środę będzie u nas Tamara Thorne.
Jack, niewygodnie wygięty, nadal tkwił w otwartych drzwiach samochodu.
- Tamara Thorne? Czy ja ją znam?
- Tamara Thorne, Jack! Medium! Autorka książki Jak rozmawiać z ukochanymi, których utraciliśmy.
- Ach, coś sobie przypominam. Chyba podarowałaś mi egzemplarz, prawda?
- No właśnie. Możesz go w środę przynieść i Tamara ci go podpisze. Ale, co najważniejsze, przeprowadzi u mnie seans spirytystyczny. Będzie próbowała się skontaktować z ludźmi, którzy już zeszli z tego świata.
- Bindy, ja naprawdę nie mam teraz czasu. Porozmawiamy o tym później, kiedy wrócę, dobrze?
- Dobrze, Jack. Pomyślałam jednak, że nie zaszkodzi, jak ci powiem o wizycie Tamary. Może będziesz chciał się skontaktować z Aggy?
Jack posłał Bindy krzywy uśmiech i w końcu wcisnął się do samochodu. Ona jeszcze mu pomachała, a potem szybko wróciła do księgarni. Jack popatrzył na swoje odbicie we wstecznym lusterku. Ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę, było kontaktowanie się z umarłymi.