Demon niepokoju - Erik Larson

Reflow text when sidebars are open.
Zbierałem już od pewnego czasu materiały do książki o Forcie Sumter i przededniu amerykańskiej wojny secesyjnej, kiedy doszło do wydarzeń 6 stycznia 2021 roku. Oglądając szturm na Kapitol, rozgrywający się przed kamerami, miałem dziwne poczucie, że przeszłość i przyszłość zlały się w jedno. To niepokojące, że w 1861 roku dwa momenty największej narodowej grozy dotyczyły zatwierdzenia głosów Kolegium Elektorów oraz prezydenckiej inauguracji.
Przerażony i wstrząśnięty atakiem, nie mogłem jednocześnie oderwać wzroku od ekranu. Uświadomiłem sobie, że niepokój, gniew i zdumienie, jakie odczuwałem, musiały być udziałem rzeszy Amerykanów w latach 1860-1861. Starając się o tym pamiętać, postanowiłem spróbować uchwycić prawdziwy stan napięcia z tych miesięcy sprzed ponad 160 lat, kiedy kraj zmierzał ku katastrofie, dokąd gnały go pycha, obłuda, fałszywie pojmowany honor i nienasycone pragnienie niektórych istotnych postaci, by zwrócić na siebie uwagę i potwierdzić własną wartość. W momencie wydarzeń w Sumter wiele głosów ostrzegało przed wojną domową, mało kto jednak przeczuwał, co może ona naprawdę oznaczać, a już z pewnością nikt by nie uwierzył, że taka wojna mogłaby kosztować życie 750 tysięcy Amerykanów.
W sercu tej opowieści leży zagadka, która wciąż zastanawia: jak to możliwe, że Karolina Południowa, prymitywny, słabo zaludniony stan o podupadającej gospodarce, stał się zarzewiem największej amerykańskiej tragedii? I, co jeszcze bardziej zdumiewające, jakaż to złowroga magia sprawiła, że Amerykanie po obu stronach linii Masona-Dixona w ogóle zdołali sobie wyobrazić, iż będą się nawzajem masowo zabijać?
Ta książka należy do literatury faktu. Jak zawsze, wszystko, co ujęte w cudzysłów, pochodzi z dokumentów historycznych w takiej czy innej postaci. Także każdą wzmiankę o jakimś geście, uśmiechu czy innej fizycznej czynności zaczerpnąłem z relacji danej osoby lub naocznego świadka. W niektórych miejscach poprawiłem anachroniczną pisownię i interpunkcję, by dopasować je do współczesnego uzusu. Na przykład zmieniałem & na and, ale tylko tam, gdzie to znaczenie było oczywiste. Urocze błędy ortograficzne Lincolna pozostawiłem bez zmian.
A teraz już zapraszam was na wyprawę w przeszłość, do tamtych czasów strachu i konfliktu. Dajcie się ponieść opowieści i przeżywajcie namiętności, heroizm, bolesne rozczarowania - czasem nawet dostrzegając w tym wszystkim humor - tak jakbyście byli ludźmi z tamtej epoki i nie wiedzieli, jak ta historia się skończy. Podejrzewam, że wasze poczucie grozy podczas lektury wzmogą dzisiejsze podziały polityczne, za których sprawą - choć nie chce się w to wierzyć - niektórzy nieoświeceni Amerykanie znów napomykają szeptem o secesji i wojnie domowej.
Erik Larson
Nowy Jork 2023
Zanim łódź wyłoniła się z mroku, dało się słyszeć wiosła, i to mimo silnego wiatru, który wzburzył wody zatoki. Była bardzo późna, ciemna noc. Według jednej z relacji deszcz "padał ulewnymi strugami, a wiatr wył upiornie i posępnie"1. Pogoda przez ostatnie tygodnie była zmienna: jeden dzień uwodził wiosenną aurą, następny zaś przynosił ziąb przenikający aż do kości. Któregoś ranka spadł śnieg. Przez tydzień wybrzeże chłostały potężne wichury. Łódź posuwała się miarowo mimo wiatru i fali - czterech niewolników wiosłowało z pozorną łatwością, wioząc na pokładzie trzech białych oficerów Konfederacji. Pokonanie drogi z Charlestonu do fortecy zajęło im mniej więcej czterdzieści pięć minut. Do niedawna na szczycie wieży (latarni morskiej) w forcie umieszczona była duża latarnia wyposażona w najnowsze soczewki Fresnela, ale w ramach przygotowań do wojny wojskowi inżynierowie ją zdemontowali. Stała teraz na środku placu apelowego i oświetlała wewnętrzne ściany okalającego go piętnastometrowego muru oraz tył olbrzymich armat, z lufami wyglądającymi na zewnątrz przez kazamaty działowe na poziomie gruntu. Z daleka, nocą, we mgle światło zmieniało twierdzę w ogromny kocioł buchający jasnym dymem. Łódź dobiła do nabrzeża kwadrans przed pierwszą w nocy w piątek 12 kwietnia 1861 roku. Dzień ten miał się okazać najbardziej brzemiennym w skutki w amerykańskiej historii.
Przez poprzednich 113 dni dowódca Fortu Sumter major Robert Anderson i jego garnizon żołnierzy poborowych Armii Stanów Zjednoczonych, wraz z członkami Korpusu Inżynieryjnego pod komendą kapitana Johna G. Fostera, zmienili fortecę z zagraconego reliktu minionej epoki w gmach mogący siać śmierć i zniszczenie. Fort wciąż miał zdecydowanie niepełną załogę. Zaprojektowano go na 650 żołnierzy, a było ich teraz zaledwie 75, wliczając w to oficerów, wojskowych niższych stopniem, inżynierów i członków orkiestry pułkowej. Działa były jednak gotowe, rozmieszczone na murach i przy otworach strzelniczych. Ustawiono także pięć dużych armat na prowizorycznych platformach na placu apelowym - wycelowane w górę, miały służyć jako moździerze, zdolne do wystrzelenia pocisków mogących dolecieć do samego Charlestonu.
W ciągu tych 113 dni twierdza, nazwana na cześć Thomasa Sumtera, bohatera wojny o niepodległość, stała się miejscem, które byłoby bardzo niebezpiecznie najechać. Mogłaby się opierać atakom właściwie w nieskończoność, gdyby nie jedna fatalna wada: załogę stanowili ludzie, a ci musieli jeść. Zapasy żywności, po odcięciu dostaw przez konfederackie władze, były na wyczerpaniu.
Anderson miał pięćdziesiąt pięć lat, żonę Elizę (zwaną przez wszystkich Ebą), trzy córki i rocznego syna, także o imieniu Robert. Chodził gładko ogolony, co było w tamtych czasach rzadkością i nadawało jego twarzy przyjemny wyraz otwartości, zupełnie różny od zapadniętych policzków i zaciętego oblicza jego konfederackiego przeciwnika po drugiej stronie zatoki, zresztą jego kolegi i dawnego ucznia, generała P.G.T. Beauregarda, który objął dowództwo nad wszystkimi działaniami wojskowymi Karoliny Południowej. Łączyły ich uprzejme i serdeczne, niemal ciepłe stosunki, mimo ewidentnej gotowości Beauregarda do eliminacji Andersona i wszystkich jego ludzi, jeśli miałoby się to przysłużyć sprawie niepodległości Południa.
Anderson uwielbiał swoją rodzinę i ubolewał nad rozłąką z bliskimi, której często wymagała od niego armia. Dzięki dochodowi rodziny Eby Andersonowie prowadzili życie, na jakie nie mogliby sobie pozwolić z samej jego wojskowej pensji. Mieli dom przy West Ninth Street w Nowym Jorku, ale zła sława narastająca wokół Andersona sprawiła, że Eba z dziećmi przeniosła się do pobliskiego hotelu Brevoort House, luksusowego czteropiętrowego gmachu przy Piątej Alei. Córki poszły do szkoły z internatem w New Jersey, co miało odciążyć Ebę, która cierpiała na jakąś nieokreśloną przewlekłą chorobę, opisaną przez Andersona w jednym z listów jako "długotrwała niedyspozycja"2 żony.
Choroba Eby sprawiła, że mąż otaczał ją jeszcze większą troską. "Dałbym wiele, by wiedzieć, że noc minęła Ci spokojnie i że tego ranka czujesz się znacznie lepiej"3 - pisał pewnego razu. Nie stronił od czułych słówek. "Nie wiem, co bym począł bez Ciebie, najdroższe moje kochanie" - wyznawał, zwracał się do Eby "mój skarbie" albo "moja droga żoneczko". Chcąc oszczędzić jej fizycznego wysiłku pisania listów, zaproponował układ: on miał nadal pisać do niej codziennie wielostronicowe relacje przypominające dziennik, ale ona byłaby zobligowana odpisywać mu tylko raz na tydzień.
Anderson był człowiekiem głęboko religijnym. Pisał do Eby: "Modlę się do Ojca Naszego w niebiosach, by niebawem uradował me stare serce, przywracając Ci zdrowie, abyśmy mogli być razem do końca dni naszych"4. Przywoływał wspaniałomyślność Boga nawet w oficjalnych raportach dla Departamentu Wojny. Jeden z jego oficerów napisał: "Nigdy nie spotkałem człowieka, który z większym opanowaniem, a jednocześnie z usatysfakcjonowaniem wierzył w skuteczność modlitwy"5. Ostatnimi czasy w jego modlitwach na stałe zagościły błagania o to, by wojna nie nadeszła.
W spokojne wieczory o godzinie dziewiątej major Anderson słyszał bicie wielkich dzwonów z odległej wieży Kościoła Świętego Michała, zakończonej szpiczasto jak kapelusz wiedźmy. W tym bastionie charlestońskiej socjety plantatorzy demonstrowali swoją rangę, wykupując kościelne ławki. Kościół stał nieopodal Targu Niewolników Ryana i co wieczór dzwony wybijały "godzinę policyjną dla Negrów", by ostrzec czarną ludność miasta, wolną i niewolną, że ma trzydzieści minut na powrót do swoich kwater, aby nie wpaść w ręce wypatrującego niewolników patrolu, który każdego napotkanego czarnego zamykał do rana w strażnicy.
Charleston był głównym ośrodkiem krajowego handlu niewolnikami, który kwitł w najlepsze w następstwie obowiązującego od pięćdziesięciu lat zakazu handlu międzynarodowego i w znacznej mierze odpowiadał za bogactwo miasta. W "Wykazie niewolników" zawartym w spisie ludności Stanów Zjednoczonych z 1860 roku wymieniono 440 plantatorów w Karolinie Południowej, z których każdy miał co najmniej 100 czarnych poddanych w jednym okręgu, podczas gdy średnio w skali kraju na jedno gospodarstwo domowe trzymające niewolników przypadało ich 10,2. W 1860 roku na całym Południu żyło 3,95 miliona niewolników. Pewna rodzina z Karoliny Południowej, potomkowie Nathaniela Heywarda, posiadała ich ponad trzy tysiące, z czego 2590 mieszkało w obrębie stanu.
Plantatorzy stanowili swego rodzaju arystokrację i za taką się zresztą uważali. Nazywali siebie rycerstwem (chivalry). Byli "najbliżsi arystokratom ze wszystkich w Ameryce"6, jak to ujął prominentny plantator z Karoliny Południowej James Henry Hammond. Utwierdzał ich na co dzień w tym przekonaniu fakt posiadania zniewolonej czarnej ludności, która im służyła i nad którą dominowali. Wiązał się z tym jednak także głęboki strach, że ta ludność, rządzona przez nich twardą ręką, może pewnego dnia podnieść bunt. Według spisu z 1860 roku na terenie stanu żyło o 111 tysięcy więcej niewolników niż białych. W dodatku Karolina Południowa była jednym z tylko dwóch stanów, obok Missisipi, w których istniała taka nierównowaga. Wolni i zniewoleni czarni stanowili razem ponad 40 procent mieszkańców głównego miasta Karoliny Południowej, Charlestonu, co wywoływało niepokój u białych obywateli. Budowano plantacje de facto przydomowe, z dwoma lub więcej oddzielnymi budynkami, w których mieściły się kuchnie, stajnie i pomieszczenia mieszkalne dla niewolników, otoczone wysokimi murami, by ograniczyć ryzyko powstania i mordów pod osłoną nocy. Każdy niewolnik i każda niewolnica, którzy pracowali poza tymi murami, musieli nosić specjalną metalową plakietkę - kwadratową, okrągłą lub ośmiokątną - z napisem "Charleston", danym rokiem, typem zajęcia i numerem identyfikacyjnym, przypiętą do ubrania lub zawieszoną na szyi. Przybysze z Północy od razu dostrzegali tę wzmożoną obecność niewolników. "Jakże dziwnie wygląda to miasto!" - zauważył jeden z takich przyjezdnych. "Na każdym rogu ulicy i na progach domów roi się od czarnych; czarni powożą platformami i karetami, czarni noszą ciężary, czarni opiekują się dziećmi i sprzedają towary na chodnikach; czarni robią wszystko"7.
Plantatorzy z Karoliny Południowej nie tylko nazywali siebie rycerstwem. Zaczytywali się także w rycerskich powieściach, takich jak Ivanhoe sir Waltera Scotta i Idylls of the King [Idylle królewskie] Tennysona. Urządzali turnieje kopijników, tak zwane "głowy i pierścienie", w których jeździec pod przybranym imieniem jednego z bohaterów Scotta lub Tennysona, w rycerskim stroju i z długą kopią w dłoni, próbował w pełnym galopie nadziać na jej czubek zawieszone na sznurkach metalowe pierścienie o zaledwie centymetrowej średnicy, a następnie wyciągał szablę i wykonywał nią zamaszyste cięcie wymierzone w głowę figury ustawionej na końcu toru8. Rycerstwo nadawało sobie tytuły wojskowe i stroiło się w wymyślne mundury. Jego sztandarowy reprezentant z Karoliny Południowej, pisarz William Gilmore Simms, napisał osiemdziesiąt dwie powieści, w których głównymi motywami były rycerskość i honor. Rycerskość oznaczała dla niego "galanterię wzmocnioną odwagą, ocieploną entuzjazmem i udoskonaloną grzecznością"9. Rycerstwo ponad wszystkie inne ludzkie cechy ceniło honor i było gotowe zabić w jego obronie, ale tylko zgodnie z zasadami przedstawionymi w Kodeksie honorowym, określającym dokładnie, w jaki sposób mężczyzna, który doznał ujmy na honorze, może wyzwać drugiego na pojedynek i, jeśli ma takie życzenie, zabić go.
Należący do rycerstwa panowie i damy ubierali się w najmodniejsze stroje i jeździli na wspaniałych koniach po czystych, zadbanych ulicach. Co wieczór, od godziny czwartej, przechadzali się wzdłuż nadmorskiego wału promenadą zwaną Battery - będącą "ich Hyde Parkiem, ich Praterem, ich Polami Elizejskimi"10, jak to ujął jeden z podróżników odwiedzających miasto. Z biegiem czasu ten świat zaczął się jednak chwiać za sprawą wykorzystania pary. Obserwatorzy z zewnątrz mieli wrażenie, że Karolina Południowa nie dotrzymuje kroku innym stanom w wielkim marszu kraju ku nowoczesności - epoce kolei żelaznych. Świadczyło o tym choćby to, że Census Bureau, amerykański urząd statystyczny, naliczył w tym stanie w 1860 roku 364 pracowników kolejnictwa, podczas gdy w Nowym Jorku - 627211. W 1800 roku Charleston był piątym co do wielkości miastem Stanów Zjednoczonych, w 1860 - dwudziestym drugim. Od 1850 roku stracił 6 procent ludności, głównie z powodu spadku liczby niewolników związanej z odpływem plantatorów, którzy szukali lepszych warunków gdzie indziej - w Alabamie, Georgii i Missisipi.
Rosła obawa, że może Karolina Południowa najlepsze dni ma już za sobą. Plantatorzy stanowili kiedyś najbogatszą klasę w Ameryce, jak pisał Dennis Hart Mahan, urodzony w Nowym Jorku i wychowany w Wirginii profesor West Point, w liście do przyjaciela z listopada 1860 roku. "Lecz kiedy handel, wytwórczość, sztuki mechaniczne zaburzyły ten stan rzeczy i pozwoliły zgromadzić majątek mogący pretendować do większego przepychu i luksusu niż prowadzenie plantacji, wówczas nadszedł, obawiam się, ów demon niepokoju, który stał się w minionych latach największym siewcą zamętu w tej krainie". Mahan, którego syn Alfred został później wybitnym historykiem marynarki wojennej, twierdził, że Karolina Południowa - "ten hardy mały stan" - zamiast przyłączyć się do pędu ku nowoczesności, zrobiła się jeszcze bardziej zaściankowa. "Owa stara, dobra beztroska gościnność, obowiązkowa wśród niezbyt licznej i zamożnej ludności, oraz towarzyszące jej kurtuazja i życzliwość przestały przystawać do epoki kolei żelaznych" - pisał. "Ludzie nie mają już czasu do tracenia na czczą gadaninę ani mitrężenie całego bożego dnia czy przesiadywanie po nocy, do białego rana"12.
Gdyby komuś chciało się poszukać, można było znaleźć celną analogię w nowej powieści Charlesa Dickensa Wielkie nadzieje, publikowanej akurat w odcinkach w pewnym angielskim tygodniku literackim. Pierwszy z nich ukazał się w grudniu 1860 roku. Jedna z głównych postaci, panna Havisham, wydawała się idealnym uosobieniem Karoliny Południowej. Zostawiona przy ołtarzu, zaszyła się w domu, zatrzymała wskazówki zegarów, cały czas nosiła suknię ślubną i nawet zostawiła na stole ucztę weselną, która zaczęła gnić. Porzucona przy ołtarzu epoki kolei żelaznych Karolina Południowa zasklepiła się we własnym świecie gnuśności i mitu.
Trzech oficerów z Karoliny zeszło na nabrzeże Fortu Sumter, ostrożnie, bo łódź mocno się chybotała. Była to ich druga wizyta w forcie w ciągu dwudziestu czterech godzin. Podczas pierwszej dowiedzieli się od majora Andersona, że jemu i jego ludziom wkrótce skończy się jedzenie i głód zmusi ich do kapitulacji. Przekazali te wieści nowemu sekretarzowi wojny Konfederacji, Leroyowi Pope'owi Walkerowi w Montgomery w stanie Alabama, tymczasowej stolicy Skonfederowanych Stanów Ameryki. Oświadczenie Andersona sugerowało, że może Karolinie uda się objąć kontrolę nad fortem bez stosowania przemocy. Walker upoważnił oficerów do podjęcia takich działań, więc podczas tej drugiej wizyty powiedzieli Andersonowi, że jeśli ogłosi datę i godzinę planowanej ewakuacji fortu, konfederackie baterie artylerii rozmieszczone wokół Zatoki Charlestońskiej nie będą strzelać i pozwolą jemu i jego ludziom bezpiecznie odpłynąć. Przez poprzednie trzy miesiące siły Konfederatów zainstalowały na przeciwległych brzegach nowe baterie ciężkiej artylerii, zdolne ostrzelać Fort Sumter ze wszystkich stron.
Kiedy konfederaccy emisariusze czekali, Anderson zebrał swoich oficerów i wypytał, jak długo ich zdaniem zdołają utrzymać fort bez nowej dostawy jedzenia. Pięć dni, orzekli zgodnie, przy czym przez ostatnie trzy prawie już zabrakłoby racji żywnościowych. Wszyscy oficerowie Andersona zagłosowali za tym, żeby wcześniej nie poddawać twierdzy.
Anderson napisał swoją odpowiedź. Wręczył ją oficerom Karoliny kwadrans po trzeciej nad ranem, zapewniając ich, że rzeczywiście ewakuuje fort, ale zamiast narażać swoich ludzi na niepotrzebne cierpienie, zrobi to za trzy dni, dokładnie w południe 15 kwietnia. Dodał jednak istotne zastrzeżenie: dotrzyma zobowiązania, o ile w tym czasie nie dostanie "rozkazów od [swego] rządu bądź dodatkowej aprowizacji". Chociaż Konfederaci mieli zdecydowaną przewagę liczebną i ogniową, Anderson dodał dzielnie: "Nie otworzę przez ten czas ognia przeciwko waszym siłom, o ile nie zmusi mnie do tego jakiś wrogi akt wobec tego fortu lub flagi mojego rządu"13.
Emisariuszom Konfederacji taka odpowiedź się nie spodobała. Wiedzieli, że Unia wysłała do Charlestonu ekspedycję marynarki wojennej. Wiedzieli, bo Lincoln im powiedział. Szóstego kwietnia wyruszył z Waszyngtonu do Charlestonu kurier ze zwięzłą wiadomością dla gubernatora stanu Francisa W. Pickensa: do fortu zmierza ekspedycja, by zaopatrzyć go wyłącznie w żywność, i nie będzie próbowała przekazywać broni, amunicji ani żołnierzy, o ile ani fort, ani okręty nie zostaną zaatakowane.
Było to ze strony Lincolna sprytne posunięcie: wysyłał jedzenie głodującym ludziom. Kto mógłby się temu sprzeciwiać? Jeśli okręty dostarczyłyby żywność bez przeszkód, zapanowałby pokój, a Anderson i jego ludzie mieliby prowiant potrzebny do dalszego utrzymania fortu. Gdyby jednak siły Konfederatów ostrzelały okręty, w oczach świata to oni byliby napastnikami, dopuszczającymi się niehonorowego czynu, zupełnie wbrew doktrynie wpajanej południowemu rycerstwu od dzieciństwa. Północna flota była przygotowana: miała na pokładzie 200 żołnierzy, działa i amunicję, a w jej skład wchodziło kilka najpotężniejszych okrętów wojennych amerykańskiej marynarki.
Zdaniem oficerów z Karoliny Anderson grał na czas. Bali się, że flota może być w rzeczywistości ekspedycją wojenną i że dowódca Fortu Sumter o tym wie. Generał Beauregard zauważył później w oficjalnym raporcie, że "jak najszybsza neutralizacja fortu była bezwzględnie konieczna, nie można bowiem było czekać, aż okręty i fort połączą siły we wspólnym ataku na nas".
"Neutralizacja" stanowiła wojskowy eufemizm oznaczający zniszczenie.
Obawy Karolińczyków potęgowała pogoda. Deszcz, głęboka ciemność, huk wiatru i fal tworzyły dla okrętów z Północy idealne warunki, by niepostrzeżenie przemknąć przez zatokę.
Oficerowie od razu przeczytali pismo Andersona. Owszem, podał im to, co chcieli, czyli dokładną datę ewakuacji, ale poczynione przez niego zastrzeżenie stawiało ją pod znakiem zapytania. Jeden z oficerów, pułkownik James Chesnut Junior, który należał do najbardziej uprzywilejowanych synów rycerstwa i prezentował się teraz olśniewająco, przepasany błyszczącą czerwoną szarfą i z mieczem u boku, napisał odpowiedź:
"Szanowny Panie, z upoważnienia generała brygady Beauregarda, dowodzącego tymczasowymi siłami Skonfederowanych Stanów, mamy zaszczyt poinformować Pana, iż otworzy on ogień z baterii artyleryjskich wymierzonych w Fort Sumter za godzinę, licząc od chwili obecnej"14. Była trzecia dwadzieścia nad ranem.
Anderson przyjął to bez komentarza. Żadnego gniewu ani złości, tylko uprzejmość i kurtuazja. W końcu była to sprawa honorowa, a dla Andersona i oficerów Konfederacji nie było ważniejszej rzeczy niż honor. Dowódca fortu odprowadził ich na nabrzeże i każdemu uścisnął dłoń. "Jeśli już nigdy nie spotkamy się na tym świecie - powiedział - niechaj Bóg sprawi, byśmy mogli spotkać się na tamtym"15.
Oficerowie odpłynęli. Łódź sunęła po czarnej wodzie, niewolnicy znów trudzili się przy wiosłach, ale nie kierowali się w stronę Charlestonu. Płynęli prosto na zachód, ku wyspie James, oddalonej o 2,1 kilometra, gdzie na reducie z czasów kolonialnych, zwanej Fortem Johnson - niegdyś opuszczonej, ale dziś ponownie gotowej do bitwy - umieszczono baterię ciężkich moździerzy. Okoliczny krajobraz zapełnił się na nowo armatami, moździerzami i schronami przeciwbombowymi za sprawą setek niewolników, których pracę ofiarowali konfederackiej armii ich charlestońscy właściciele.
Oficerowie dotarli do baterii moździerzy i rozkazali jej dowódcy przygotować się do wystrzelenia jednej salwy dokładnie o godzinie czwartej dwadzieścia. Miało to sygnalizować, że bombardowanie Fortu Sumter zaraz się rozpocznie. W liturgii honoru taka precyzja była ważna: dżentelmen był punktualny.
W Forcie Sumter Anderson rozkazał wciągnąć wysoko na maszt amerykańską flagę, z trzydziestoma trzema gwiazdami na niebieskim polu w lewym górnym rogu, ułożonymi w kształt przypominający romb. Flaga była ogromna: 6,7 metra wysokości i 11 metrów długości. Wysłał oficerów, żeby obudzili swoich podkomendnych i przekazali im nowiny. Zaledwie dzień wcześniej kazał wszystkim przenieść posłania do kazamat, na najniższe piętro fortu, zapewniające niemal stuprocentową ochronę przed ostrzałem.
W Charlestonie w tamten czwartek odbywało się szalone przyjęcie, "najweselszy, najzabawniejszy obiad, jaki dotąd urządziliśmy"16 - napisała Mary Boykin Chesnut, żona pułkownika, który tej nocy przekazał obrońcom fortu konfederackie ultimatum.
Mary opisała przyjęcie w notatniku oprawionym w czerwoną skórę ze złoceniami, do którego dostępu bronił mosiężny zamek. Prowadziła w tym kajecie swój dziennik. Zapiski trzymała w ścisłej tajemnicy i co wieczór zamykała pamiętnik na kluczyk, z czasem jednak miał on stać się jednym z najsłynniejszych dzienników w amerykańskiej historii. Na jego stronach nazywała swojego męża "JC" albo "panem C".
"Mężczyźni pozwalali sobie na zuchwalszy dowcip i śmielsze mądrości" - pisała. "Żywiliśmy niewypowiedzianą obawę, że może to być nasz ostatni przyjemny wieczór".
W mieście panował świąteczny nastrój, pełen jednak niepokoju. Dla Mary był to tydzień proszonych obiadów i podwieczorków. W gronie gości znaleźli się dwaj byli gubernatorzy, były senator (który ze swadą cytował poemat Pani jeziora sir Waltera Scotta), były zastępca sekretarza stanu, były sędzia oraz wielu innych potomków najlepszych rodzin, sama najwyższa socjeta, w tym nawet przedstawicielka rodu Pinckneyów - Harriott Pinckney, właścicielka 343 niewolników i "jedna z ostatnich osiemnastowiecznych Pinckneyów" - zanotowała Mary. Na jednej z kolacji podano "pâté de foie gras, sałatkę, deser lodowy biscuit glacé i szampana frappé".
Zwyczajowy towarzyski kadryl wizyt i rewizyt, z dyskretnym przekazywaniem kart wizytowych przez czarnych służących w białych rękawiczkach, przybrał gorączkową intensywność, przywodzącą na myśl pożar Rzymu. Powozy jeździły od domu do domu, stangreci - niewolnicy w szkarłatnych liberiach - poganiali konie, a mali niewolnicy przycupnięci na błotnikach zeskakiwali, by otwierać bramy. Plantatorzy z dnia na dzień zmieniali zwyczajne ubrania na wymyślne mundury z błyszczącymi czerwonymi szarfami - "żołnierski przyodziewek", jak ujęła to Mary. Pisała, że przy tak dużym napięciu w mieście panowała "fosforyzująca" atmosfera. Po ulicach maszerowali, śpiewając, umundurowani żołnierze. Nocą słyszała dudnienie wozów z amunicją przejeżdżających po kocich łbach - nikt nie mógł spać. "Intryga się zagęszcza" - zanotowała, posługując się wyrażeniem będącym wtedy w powszechnym użyciu, ale pochodzącym ze sztuki teatralnej sprzed dwóch stuleci. "Powietrze jest rozgrzane do czerwoności od plotek. Zagadka polega na tym, skąd biorą się te całkowicie bezpodstawne pogłoski"17.
Po jednym z obiadów, podczas którego toczyły się wyjątkowo ożywione rozmowy na temat najnowszych doniesień o pół tuzina okrętów wojennych Marynarki Stanów Zjednoczonych, które miały się zgromadzić na Atlantyku u wejścia do zatoki, Mary udała się do swojego pokoju. "Gdy tylko nastąpi jakieś poruszenie czy zamęt jakowyś, serce tak boleśnie mi bije" - zapisała w dzienniku. "A dziś taka mnie duszność chwyciła, taka męka, że ledwiem cokolwiek widziała i słyszała. Panowie wyszli niemal natychmiast. Ja zaś po cichu podreptałam do swego pokoju, gdzie porządnie sobie popłakałam"18.
W czwartek 11 kwietnia, kiedy pan C wraz z dwoma innymi oficerami pływali do Fortu Sumter i z powrotem ze swoim ultimatum, kiedy padał deszcz, trzęsły się szyby w oknach, mężczyźni paradowali z mieczami i czerwonymi szarfami, wozy z amunicją toczyły się w stronę nabrzeża, a nocne patrole polowały na zbłąkanych czarnych - gorączka niepokoju i żądza wojny stały się nie do zniesienia.
"Cierpliwości, o duszy moja" - napisała Mary. "Jeśli Anderson nie skapituluje, dziś w nocy zacznie się bombardowanie. Miej nas, Panie, w swojej opiece!"19
Później: "Nie udaję, że poszłam spać. Jakżebym mogła? Jeśli Anderson nie przyjmie warunków, o czwartej - tak brzmią rozkazy - zostanie ostrzelany".
Leżała rozbudzona. Wybiły cztery uderzenia kościelnego dzwonu. I cisza. "Zaczynam mieć nadzieję" - zanotowała Mary. O czwartej dwadzieścia, godzinie, o której miał nastąpić pierwszy wystrzał, nadal panowała cisza.
W Forcie Sumter tykały zegary, obracały się wskazówki chronometrów, mijała powoli minuta po minucie.
SPRINGFIELD, ILLINOIS
Wstrząs
6 listopada 1860
Huk armaty. Wschód słońca. Pomarańczowy rozbłysk i kłąb dymu. Potem następny wystrzał. Zadrżały szyby. Gęsi zerwały się do lotu. Nie było żadnego zagrożenia - nadszedł dzień wyborów, 6 listopada 1860 roku, sześć miesięcy przed wydarzeniami w Forcie Sumter. Salwa z armaty miała obudzić mieszkańców miasta i przypomnieć im o głosowaniu. Ponieważ miastem tym było Springfield w stanie Illinois, w sercu rolniczej krainy, a rzecz działa się tej politycznie gorącej jesieni, prawie wszyscy już wstali i prawie wszyscy zamierzali oddać głos. O urząd prezydenta ubiegało się czterech kandydatów, spodziewany wynik był niepewny, ale na ogół uważano Lincolna za faworyta. Gdyby żaden z pretendentów nie uzyskał wyraźnej większości głosów, wybory zostałyby rozstrzygnięte w Izbie Reprezentantów.
Po porannej salwie armatniej "na ulicach zapanował tumult", jak to określił jeden z reporterów - fala ludzi ruszyła w kierunku jedynego w mieście lokalu wyborczego, na pierwszym piętrze gmachu Sądu Hrabstwa Sangamon na rogu Sixth Street i Washington Street. Właściciel pobliskiej lodziarni udostępnił sklep grupie kobiet popierających Partię Republikańską, które przygotowały poczęstunek w postaci kawy, kanapek, ostryg i ciasta.
Springfield było rodzinnym miastem Lincolna. Przeszedł pieszo pięć przecznic dzielących jego dom od sztabu wyborczego, który mieścił się w siedzibie zgromadzenia stanu Illinois w apartamencie zazwyczaj zajmowanym przez samego gubernatora i uprzejmie mu przez niego udostępnionym. W pewnym momencie w tym dniu Lincoln powiedział, że wybory w Ameryce są jak "wielkie czyraki - powodują ogromny ból, zanim dojrzeją do przecięcia, ale już po całej operacji organizm jest w znacznie lepszej kondycji niż wcześniej"20. W Quincy w stanie Massachusetts kongresman Charles Francis Adams, sojusznik Lincolna w sprawie abolicjonizmu i autor wielotomowego dziennika, zachwycał się spokojnym przebiegiem głosowania, mimo wrzących w kraju namiętności. "Niezwykła jest świadomość - pisał - że w całej tej rozległej krainie w tym momencie przebiega pokojowo proces zmiany rządzących, i to jakiej zmiany, z wszelkim prawdopodobieństwem"21.
Zmiana szykowała się potężna: gdyby wygrał Lincoln i Partia Republikańska przejęłaby władzę w Waszyngtonie, wymiotłaby administrację Jamesa Buchanana oraz proniewolniczą Partię Demokratyczną, która obsadziła większość federalnych stanowisk ludźmi sprzyjającymi Południu i jego "szczególnej instytucji", jak eufemistycznie określano niewolnictwo w południowych stanach. Demokraci sprawowali niemal niezachwianą kontrolę nad obiema izbami Kongresu od 1833 roku, czasami mając ogromną większość. Podczas ostatniego, zakończonego w 1859 roku posiedzenia mieli nad republikanami przewagę czterdziestu dwóch mandatów w Izbie Reprezentantów, w Senacie zaś dominowali w stosunku dwa do jednego. Nagle jednak okazało się, że Lincoln ma spore szanse. Konflikt w łonie Partii Demokratycznej spowodował rozłam, wskutek którego frakcje Północy i Południa zaproponowały własnych kandydatów na prezydenta. W dodatku nowa Konstytucyjna Partia Unii, która twierdziła, że dąży do zbliżenia Północy z Południem, nominowała trzeciego kandydata. A Partia Republikańska, szybko rosnąca w siłę, wystawiła Lincolna. Skoro głosy miały się podzielić między czterech kandydatów, zwolennicy tego ostatniego już widzieli dla niego prostą drogę do Białego Domu. Niewolnicze Południe samą perspektywę zmiany partii władzy przyjmowało niechętnie, ale objęcie prezydentury przez Lincolna napawało południowców przerażeniem. Wielu z nich, za poduszczeniem aktywistów zwanych ziejącymi ogniem albo podpalaczami[1], piętnowało Lincolna jako fanatycznego abolicjonistę, wyobrażali sobie bowiem, że będzie za wszelką cenę starał się zrównać we wszystkim białych i czarnych - co było dla nich niedopuszczalne, mimo że Lincoln wielokrotnie przysięgał, że nie będzie się wtrącał w sprawy niewolnictwa w stanach, gdzie już ono istniało. Był tak znienawidzony, że dziesięć stanów Głębokiego Południa nawet nie umieściło jego nazwiska na kartach do głosowania. Najradykalniejsza gazeta Południa, "Charleston Mercury", przekonywała, że w razie wygranej Lincolna wszystkie stany niewolnicze powinny natychmiast dokonać secesji.
Około wpół do czwartej po południu Lincoln przeszedł przez rynek, by samemu oddać głos, a uwielbiający go mieszkańcy wykrzykiwali jego różne przezwiska:
Stary Abe,
Wujek Abe,
Uczciwy Abe,
Pogromca Olbrzyma.
To ostatnie stanowiło aluzję do jednego z kontrkandydatów, Stephena Douglasa, człowieka drobnej postury, lecz wielkiego intelektu, znanego prasie i opinii publicznej jako Mały Olbrzym.
Lincolnowi trudno było zniknąć w tłumie. Patykowatą sylwetką przypominał nieco modliszkę, miał 193 centymetry wzrostu bez butów i kapelusza, i tak jednak nosił wysoki czarny jedwabny cylinder, który podwyższał go do dobrze ponad 2 metrów. W kilku długich krokach pokonał schody i podszedł do okienka przeznaczonego dla republikańskich wyborców. Ciągnący za nim tłum się powiększał.
Prywatny sekretarz Lincolna John Nicolay opisał tę scenę w sporządzonej tamtego dnia notatce. Według jego relacji schody budynku sądu "wypełniła gęsta ciżba narodu, która przywitała [Lincolna] głośnymi wiwatami i podążyła za nim korytarzem i po schodach na górę do sali sądowej, również zatłoczonej. Tutaj zgotowano mu absolutnie ogłuszającą owację, a od chwili, gdy wszedł do sali, aż do momentu, kiedy ją opuścił po oddaniu głosu, rozlegały się szaleńcze okrzyki radości, machano kapeluszami i na różne sposoby okazywano entuzjazm - tak że wszelkie inne odgłosy nieistotnymi i błahymi się zdały"22.
Przy okienku kandydat podał swoje imię i nazwisko - "Abraham Lincoln" - jakby urzędnik i całe miasto już go nie znali. Wrzucił swój głos do szklanej misy. Wcześniej zademonstrował pokorę, odrywając z karty własne nazwisko, by nie wyglądało na to, że głosuje na siebie; poza tym oddał głosy na samych republikanów. Powrót do sztabu, wymagający przebijania się przez tłum, zajął mu godzinę.
Wkrótce zaczęły docierać pierwsze wieści o wynikach - telegrafem. Ten, można powiedzieć, kłąb gadających drutów (długości 80 000 kilometrów) zrewolucjonizował komunikację. Chociaż może dostęp do informacji nie stał się natychmiastowy, bo wiadomości trzeba było po drodze w wielu punktach transkrybować i dopiero przekazywać dalej, telegraf i tak uchodził za cudowny wynalazek. Gońcy przynosili najświeższe wyniki do sztabu wyborczego. Panował raczej przygaszony nastrój. "Lincoln nigdy nie otwierał duszy przed żadnym śmiertelnikiem" - pisał William H. Herndon, prawnik i jego wspólnik. "Był najskrytszym, najpowściągliwszym, najbardziej małomównym człowiekiem, jakiego ziemia nosiła"23. Ci, którzy go znali, widzieli jednak, że jego rezerwa słabnie pod wpływem napięcia. "Pan Lincoln był spokojny i opanowany jak zawsze - orzekł jego przyjaciel i doradca polityczny Thurlow Weed - lecz na widok posłańca z urzędu telegraficznego przebiegł jego oblicze nerwowy skurcz, wskazujący na wewnętrzny niepokój, którego zewnętrzny pozór chłodu nie mógł stłumić"24.
O dziewiątej wieczorem napięcie stało się zbyt wielkie nawet dla zachowującego zwykle zimną krew Lincolna. Było już zupełnie ciemno, słabo oświetlone ulice miękły od deszczu. Lincoln w towarzystwie sekretarza Nicolaya oraz dwóch przyjaciół poszedł do urzędu telegraficznego i na zaproszenie operatorów usiadł na kanapie koło odbiorników - maszt okrętu osadzony na stołku barowym, w niepewnej równowadze między odprężeniem a załamaniem się konstrukcji.
Depesze przychodziły zakodowane, tak to wówczas wyglądało. Telegrafista deszyfrował je, przepisując na karteczki w kolorze musztardy. Natychmiast wyrywali mu je z rąk inni, tłumnie już zgromadzeni w urzędzie, i podawali dalej, aż w końcu docierały do Lincolna. Wieści były pomyślne i coraz bardziej obiecujące. W Chicago zwyciężył przewagą 2,5 tysiąca głosów, w Connecticut - 10 tysięcy, w Pittsburghu - co najmniej tylu. Wielkim znakiem zapytania pozostawał jednak Nowy Jork.
Najpierw przyszła enigmatyczna wiadomość od przewodniczącego nowojorskiego oddziału Partii Republikańskiej: "Miasto Nowy Jork spełni Pańskie oczekiwania z nawiązką"25.
Lincoln opuścił urząd telegraficzny, ale potem tam wrócił.
W końcu przyszedł najważniejszy telegram z Nowego Jorku: "Przekazujemy panu nasze gratulacje z okazji tego wspaniałego zwycięstwa".
Nowojorczycy poparli Lincolna na tyle licznie, że wystarczyło to do wygranej w całym stanie, która przełożyła się na zdobycie 35 głosów elektorskich. Późnym wieczorem Lincoln dowiedział się, że wygrał także w Springfield, gdzie wszyscy czterej kandydaci cieszyli się popularnością. Zwyciężył tu dwudziestoma dwoma głosami. Na tę wieść, jak odnotował jeden z obserwatorów, Lincoln wreszcie pozwolił sobie na wyrażenie radości: wydał nagle "ni to entuzjastyczny okrzyk, ni pisk falsetem, lecz coś mającego w sobie nieco z jednego i drugiego".
I zaśmiał się w głos.
Śmiech nie trwał długo. Nicolay przyglądał się Lincolnowi, do którego docierała waga tej chwili. Był bliski zwycięstwa. "Zdało się, jak gdyby nagle musiał dźwigać na ramionach cały świat i nie mógł pozbyć się tego ciężaru"26.
W kraju krążyły tymczasem sensacyjne plotki: że w Nowym Jorku wybuchły zamieszki, że secesjoniści w Alabamie wzięli Stephena Douglasa jako zakładnika, że Waszyngton płonie. Na całym Południu powtarzano najbardziej przerażające pogłoski - wskazujące, że zaczęło się szeroko zakrojone powstanie niewolników, a więc to, czego południowcy obawiali się najbardziej. W Teksasie rozeszły się słuchy, że abolicjoniści i czarni niewolnicy knują plan rzezi białych kobiet pod nieobecność ich mężów, kiedy ci wybiorą się na głosowanie. Dla wielu mieszkańców Południa wybory były ciężką próbą. Edmund Ruffin, podpalacz (działacz nawołujący do secesji), zapisał w dzienniku, że zwycięstwo Lincolna "posłuży do pokazania, czy Południowe Stany mają pozostać wolne, czy też stać się politycznie zniewolone - czy instytucja murzyńskiego niewolnictwa, na której opiera się społeczne i polityczne istnienie Południa, zostanie zabezpieczona naszym oporem, czy też wkrótce obalona". Ruffin chciał - według własnych słów "pragnął gorąco i z niecierpliwością" - by Lincoln wygrał, miał bowiem nadzieję, że wówczas "przynajmniej jeden stan, Karolina Południowa, dokona secesji, inne zaś pójdą za jej przykładem". Przewidywał, co się stanie, jeśli Południe nie stawi oporu: "Nasze prawa w przyszłości nie zostaną utrzymane - a koniec murzyńskiego niewolnictwa można uznać za pewnik. Ten potężny kryzys naszych instytucji i naszego losu zaprząta moje myśli niemal bez reszty"27.
W Springfield świętowano. W Sali Reprezentantów w budynku legislatury stanowej rozbłysły światła, jak relacjonował Nicolay w liście do narzeczonej Thereny Bates, "i przez prawie całą noc zapełniał ją tłum, który okrzykami, śpiewem, tańcem i na różne inne sposoby dawał wyraz radości z napływających pomyślnych wieści"28.
Przychodziły kolejne telegramy. O północy wynik wyborów był już pewny. Było to dziwne zwycięstwo: na Lincolna zagłosowało więcej wyborców niż na jakiegokolwiek innego kandydata, więcej nawet niż na któregokolwiek z poprzednich prezydentów - prawie 1 866 000 obywateli - ale stanowiło to zaledwie 40 procent wszystkich głosów. Ponieważ jednak w wyścigu do Białego Domu brało udział czterech kandydatów, takie poparcie w zupełności wystarczyło. Zapewniło Lincolnowi sporą przewagę w Kolegium Elektorów. Mimo to wyniki wyborów nie dawały większej nadziei na zasypanie podziałów w kraju. W tych kilku południowych stanach, w których w ogóle umieszczono nazwisko Lincolna na kartach do głosowania, otrzymał on niewiele głosów. W Wirginii zdobył nieco ponad 1 procent poparcia; w Kentucky, stanie, w którym się urodził, niecały 1 procent.
Około drugiej nad ranem Lincoln wrócił do domu. Jego żona Mary spała. Dotknął jej ramienia. Żadnej reakcji. "Odezwałem się ponownie, nieco głośniej" - wspominał później. ""Mary, Mary! Zostaliśmy wybrani!""29.
Niedługo wcześniej jednak jeden z przyjaciół słyszał, jak Lincoln w drodze do domu powtarzał: "Boże, dopomóż, Boże, dopomóż".
Chociaż bezsprzecznie wygrał wybory, Lincoln, zawsze przywiązujący dużą wagę do litery prawa, nie potrafił w pełni cieszyć się zwycięstwem. Głosy Kolegium Elektorów miały zostać ostatecznie zatwierdzone dopiero za trzy miesiące, 13 lutego, a z uwagi na narastające w kraju niepokoje nie było wcale pewne, czy nastąpi to bezkonfliktowo. Zgodnie z konstytucją procedurę liczenia i zatwierdzenia głosów miał przeprowadzić urzędujący wiceprezydent, John C. Breckinridge. Nie tylko był on południowcem i właścicielem niewolników, lecz również najpoważniejszym rywalem Lincolna - znalazł się na drugim miejscu w prezydenckim wyścigu.
A Południu wyniki wyborów się nie spodobały. Choćby dlatego, że wybór Lincolna i poprzedzające go obawy odbiły się bezpośrednio na finansowym dobrostanie pierwszoplanowych obywateli Południa - plantatorów. Spadły ceny bawełny, a także wartość rynkowa niewolników, co z kolei ograniczyło zdolność posiadaczy plantacji do wykorzystywania ich jako zabezpieczenia kredytów hipotecznych i innych inwestycji. Niewolnik płci męskiej kategorii "extra numer 1", którego poprzedniego lata w Richmond sprzedawano za 1625 dolarów, teraz osiągał cenę zaledwie 1000 dolarów, czyli o 38,5 procent niższą. Ze szczególną furią zareagowała Karolina Południowa. Dzień po wyborach najwyżsi stanowi urzędnicy federalni podali się do dymisji, między innymi sędzia federalny Andrew Gordon Magrath. "W historii politycznej Stanów Zjednoczonych miało miejsce zdarzenie o złowieszczym znaczeniu dla piętnastu stanów niewolniczych" - oświadczył Magrath, składając rezygnację, i poprzysiągł, że odtąd będzie stosował się wyłącznie do życzeń swojego stanu. "Jeśli o mnie chodzi - powiedział - Świątynia Sprawiedliwości, wzniesiona na podwalinach konstytucji Stanów Zjednoczonych, została zamknięta". Uznał, że lepsze to niż jej "zbezczeszczenie przez składanie ofiar tyranii"30. Postępowanie Magratha zelektryzowało Południe.
Dla Lincolna cała ta uraza pozostawała zagadką. Nie potrafił pojąć reakcji Karoliny Południowej. Odbyły się wybory; wygrał je. Najwspanialsza demokratyczna tradycja Ameryki została podtrzymana. Podczas kampanii ani razu nie groził zniesieniem niewolnictwa ani wyzwoleniem milionów zniewolonych mężczyzn i kobiet zaludniających plantacje Południa. Jednak taki jego portret - polityka dążącego do tych właśnie celów - malowali podpalacze i secesjonistyczni redaktorzy.
"Cóż mógłbym takiego powiedzieć, co uspokoiłoby obawy?" - pisał do przyjaciela niedługo po wyborach. "Że rząd nie zamierza ingerować w sprawy dotyczące niewolników i niewolnictwa w obrębie stanów? Mówiłem to już tak często, że kolejne powtórzenie byłoby jawną kpiną, noszącą znamiona słabości i tchórzostwa, czego chyba należałoby unikać. Dlaczego ci zaniepokojeni nie czytają tego, co już powiedziałem?"31.
Lincoln wykazał się tu jednak krótkowzrocznością. Wkrótce miało stać się jasne, jak mało rozumiał Południe, a w szczególności egzystencjalny strach, jaki plantatorska arystokracja żywiła wobec perspektywy objęcia przez niego prezydentury. Dotyczyło to zwłaszcza Karoliny Południowej, stanu doprowadzonego do desperacji przez akumulację różnych sił, zarówno takich, nad którymi panowała, jak i tych pozostających poza jej kontrolą.
ZATOKA CHARLESTOŃSKA
Dowódca z prawdziwego zdarzenia
Listopad 1860
Pułkownik John L. Gardner, lat sześćdziesiąt siedem, coraz bardziej się niepokoił. Jako dowódca sił Armii Stanów Zjednoczonych w Charlestonie w Karolinie Południowej odpowiadał za arsenał federalny i kilka fortów, z których najważniejszy był w tej chwili Fort Moultrie: przysadzista twierdza na Wyspie Sullivana, mniej więcej 6 kilometrów na wschód od samego Charlestonu. To tutaj od listopada 1827 do grudnia 1828 roku stacjonował osiemnastoletni żołnierz Edgar Allan Poe, który później osadził tu akcję swojego opowiadania Złoty żuk z 1843 roku, o poszukiwaniu zakopanego skarbu kapitana Kidda. Pod komendą Gardnera znajdowały się także Zamek Pinckney, niewielki fort tuż przy nabrzeżu miasta, oraz Fort Johnson, opuszczony relikt wojny o niepodległość. I jeszcze Fort Sumter, największy ze wszystkich, "morska forteca" usytuowana pośrodku charlestońskiego kanału żeglugowego. Za całą jej załogę służyli chwilowo robotnicy usiłujący dokończyć ślimaczącą się budowę fortu, trwającą od trzydziestu lat.
Wybory prezydenckie wyraźnie nasiliły secesjonistyczne nastroje w Charlestonie, więc Gardner zaczął się obawiać, że Fort Moultrie mógłby zostać zajęty nawet przez tłum uzbrojonych mieszkańców. W swoim obecnym stanie fort był wyjątkowo narażony na atak. Od początku zaprojektowano go do obrony miasta przed okrętami wrogich obcych państw, nie przewidując raczej szturmu od tyłu ze strony innych Amerykanów. W konsekwencji jego tylne skrzydło wychodziło na otwarty teren, na który z łatwością mogli wkroczyć od północy i wschodu żołnierze wojsk lądowych z drabinami - chociaż zważywszy na stan fortu, drabiny nie byłyby właściwie potrzebne. Znajdujące się za nim wydmy podniosły się na tyle, że z ich porośniętych chwastami wierzchołków strzelcy wyborowi wroga mogliby trzymać na muszce całe wnętrze fortecy. Nawiewany wiatrem piasek usypywał się tak wysoko pod tylną ścianą twierdzy, że od czasu do czasu krowy z okolicy wdrapywały się do środka przez mury obronne.
Gardner miał niewielu żołnierzy, w dodatku słabo uzbrojonych. W liście do Departamentu Uzbrojenia Armii Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie z 5 listopada 1860 roku, dzień przed wyborami, pułkownik zalecił, by jego garnizonowi w Sumter wydano muszkiety z arsenału federalnego miasta. Ostatnio jednak Gardner zaczął się martwić bliższym zagrożeniem - ze strony cywilnych robotników w fortach. Wszyscy byli wolnymi ludźmi, wielu - imigrantami z Europy, "których - pisał pułkownik - roztropność nakazywałaby traktować z pewną podejrzliwością"32. W fortach pracowało w sumie 260 mężczyzn, z czego 125 w Sumter, przeważali więc znacznie nad obsadą garnizonu, liczącą 75 oficerów i szeregowych żołnierzy. Według słów Gardnera z odpowiedzi robotników na pytanie o ich stosunek do secesji wynikało, że "traktowali ją obojętnie, przy czym dawali do zrozumienia, że o ich działaniach zdecyduje największa łapówka i że mogą w każdej chwili zwolnić się ze swych publicznych zobowiązań i tym samym dowolnie wybrać stronę, którą zechcą poprzeć".
Gardner obawiał się, że robotnicy, gdyby byli uzbrojeni, mogliby "dostarczać pocztę i jej zawartość niepowołanym, za sprawą przekupstwa lub namowy". Przekonywał, by zamiast samej broni armia przysłała żołnierzy: dwie kompanie, które obsadziłyby Fort Sumter i Zamek Pinckney.
Przełożeni Gardnera zaczynali tymczasem mieć coraz większe obawy co do niego samego: że może okazać się człowiekiem niezdolnym do poradzenia sobie z tak napiętą i nieprzewidywalną sytuacją. Dla każdego obserwatora było - a przynajmniej powinno być - oczywiste, że przysłanie oddziałów, które zajęłyby Fort Sumter, byłoby w oczach Karolińczyków równoznaczne z wypowiedzeniem wojny. W dodatku inspekcja "lenna" Gardnera przeprowadzona przez wizytującego przedstawiciela armii wykazała uchybienia w zarządzaniu fortecami. W Forcie Moultrie szpital i magazyny stały poza jego murami i były leciwymi budynkami o drewnianym szkielecie, "niechronionymi obecnością ni czujnym okiem wartownika przed czynami niegodziwców. Podpalacz mógłby w ciągu kilku minut zniszczyć wszystkie zapasy i warsztaty jednostki".
Fort był ewidentnie narażony na atak, ale teraz, wskutek zaniedbań Gardnera, nawet samo wzmocnienie obrony mogłoby podziałać na mieszkańców jak czerwona płachta na byka. "Dowódca z prawdziwego zdarzenia" już by się tym dotąd zajął, zanotował inspektor; wskutek zaniechań sytuacja stała się niebezpieczna. "Wszystko można było z łatwością zaaranżować kilka tygodni temu, gdy obecny dowódca przewidywał niebezpieczeństwo" - napisał inspektor. Dodał, że choć podoficerowie i szeregowi pod komendą pułkownika Gardnera ewidentnie są inteligentni i posłuszni, "w ich ruchach darmo dopatrywać by się żwawości i animuszu wskazujących na istnienie surowej dyscypliny"33.
W Waszyngtonie wyżsi oficerowie armii uznali, że pułkownika należy wycofać z Charlestonu, a na jego miejsce zaproponowali majora Andersona. Ten urodzony w Kentucky dawny właściciel niewolników był życzliwie nastawiony do Południa, ale wykazywał niezachwianą lojalność wobec Armii Stanów Zjednoczonych. Uczył taktyki artyleryjskiej w akademii West Point i zasłużył się w bitwach podczas tak zwanej wojny Czarnego Jastrzębia i wojny z Seminolami w latach trzydziestych XIX wieku, a także wojny meksykańsko-amerykańskiej w latach 1846-1848, w której został ciężko ranny. Kierowano go później do lżejszej służby, najpierw w garnizonie w Maine, następnie w Harrodsburgu w Kentucky, gdzie zarządzał domem weteranów Western Military Asylum. Praca ta bardzo mu odpowiadała, głównie ze względu na bliskość rodziny. Z niejasnych powodów został zmuszony do opuszczenia tego stanowiska. Przed objęciem dowództwa w Charlestonie Anderson awansował i wyznaczono go do pomocy w tworzeniu szkoły artylerii w Forcie Monroe w Norfolk w Wirginii, kolejnej ważnej federalnej fortecy, która strzegła Stoczni Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych Gosport. Czwartego maja 1860 roku napisał do żony z dumą i szczyptą ironii, że właśnie otrzymał epolety i szarfę. "Jestem gotów do wszystkich obowiązków"34 - informował. Najwyraźniej był już dobrze znany opinii publicznej, bo w październiku 1860 roku dostał zaproszenie na bal w nowojorskiej Akademii Muzycznej na cześć księcia Walii, syna królowej Wiktorii, który właśnie podróżował po Ameryce Północnej.
Istotne było również to, że Anderson dobrze znał Fort Moultrie: stacjonował tu na wczesnym etapie kariery, zanim został przeniesiony na Florydę. Faktem jest też, że dojrzał do zmiany. Służba w szkole artylerii w Forcie Monroe nie przyniosła mu satysfakcji. Czuł, że jego talenty nie znajdują uznania, zakwaterowanie zaś nie było odpowiednie dla jego szarży35. W październiku poprosił o zwolnienie ze stanowiska. Miesiąc później, 12 listopada, generał adiutant Armii Stanów Zjednoczonych kazał Andersonowi zgłosić się do sekretarza wojny Johna B. Floyda w Waszyngtonie "bez zbędnej zwłoki". Anderson mieszkał wtedy tymczasowo w apartamencie żony w Brevoort House w Nowym Jorku i kończył pisanie podręcznika artyleryjskiego.
Trzy dni później armia wydała rozkaz specjalny numer 137: "Major Robert Anderson z Pierwszego Pułku Artylerii stawi się bezzwłocznie w Forcie Moultrie i zastąpi brevet[2] pułkownika Johna L. Gardnera, podpułkownika Pierwszego Pułku Artylerii, na stanowisku dowódcy rzeczonego fortu, ze skutkiem natychmiastowym"36.
Charleston leżał na końcu półwyspu, u zbiegu dwóch rzek, Ashley oraz Cooper, które wpadały do szerokiej zatoki, ciągnącej się do otwartych wód Atlantyku. Większość odwiedzających docierała do miasta pociągiem lub jednym z licznych parowców pasażerskich, które kursowały wzdłuż wschodniego wybrzeża. Każdy, kto przypływał parowcem, musiał najpierw przekroczyć owianą złą sławą Ławicę Charlestońską, trójkątny obszar piaszczystej mielizny, którą największe statki mogły przebyć tylko podczas przypływu i nawet wtedy musiałyby korzystać z pomocy doświadczonego pilota portowego. Południową część ławicy, stałe zagrożenie dla żeglugi, od dawna zwano "Wyspą Trumien". Po północnej stronie czyhało jeszcze jedno niebezpieczeństwo: Łacha Pijanego Dicka, gdzie przy odpływie horyzont przesłaniały wielkie spienione fale przyboju. Przez Ławicę Charlestońską prowadziło kilka kanałów, z których najgłębszy i najlepszy był ten trafnie nazwany Kanałem Żeglugowym. Kapitan, którego statek dotarł aż tutaj, znalazłby się w szerokim pasie wody między dwiema wyspami barierowymi, Wyspą Sullivana (z Fortem Moultrie) po prawej i wyspą Morris po lewej burcie. Na wprost leżał Fort Sumter - wyglądał groźnie, mimo że nie miał jeszcze zamontowanych dział i wciąż nie dokończono budowy wewnętrznych obiektów.
Nocą z murów Moultrie wartownicy mogli dostrzec światła południowych krańców Charlestonu. Były to najładniejsze ulice w mieście, przy których pośród bujnych, wonnych ogrodów stały jedno- i dwupiętrowe domy. Wiele z nich miało przestronne werandy, które Charlestończycy nazywali piazzami. Nad domami górowało kilka wyższych budowli, w tym dwa najbardziej luksusowe hotele - Mills House i Charleston - oraz strzeliste wieże najważniejszych kościołów, Świętego Filipa i Świętego Michała. Przy kejach na wschodnim nabrzeżu rysowały się na tle nieba dziesiątki masztów i wysokie kominy parowców - to tutaj rozładowywano kiedyś statki niewolnicze, z których każdy, zanim zakazano międzynarodowego handlu niewolnikami, przywoził z Afryki setki mężczyzn, kobiet i dzieci. Zachodnie wybrzeże miasta zajmowały bagna i zakłady przemysłowe. Battery z ukochaną przez mieszkańców esplanadą leżała w najdalej na południe wysuniętym skrawku miasta. Stały przy niej rezydencje "rycerstwa", pełne dzieł sztuki, sreber i kryształów, którymi wedle miejscowego zwyczaju właściciele chwalili się z niepohamowaną ostentacją.
Ulice nie były jednak brukowane, więc w upalne, suche dni wiatr wzbijał w powietrze tumany kurzu. W utrzymaniu przyzwoitych warunków sanitarnych w mieście pomagali niespodziewani, można by rzec pierwotni sprzymierzeńcy, jak zauważył pewien brytyjski przybysz, niejaki John Benwell, autor wydanych w 1857 roku An Englishman's Travels in America [Podróże Anglika w Ameryce]. "Kiedy idzie się ulicami Charlestonu, na gzymsach domów siedzą rzędy zachłannych sępów, spoglądających rozumnie i wypatrujących odpadków" - pisał. Ptaki były pod ochroną; osoba przyłapana na zabiciu sępa musiała zapłacić 10 dolarów grzywny. "Wydawały się całkiem świadome swych przywilejów i spływały na rozpostartych skrzydłach z dachów na ulice, gdzie paradowały w najlepsze, niechętnie ustępując z drogi koniom i powozom"37.
Podczas gdy Benwell raczej nie wybrałby Charlestonu jako miejsca do życia, jeden z jego rodaków, pisarz Charles Rosenberg, uznał, że "z najwyższą przyjemnością by się tam osiedlił", z pewnym jednak zastrzeżeniem. Miasto było staroświeckie jak rodzinna pamiątka, wydawało się senne, "bardzo stateczne i niebywale powolne" - pisał, jak gdyby wpadło do Lete, rzeki zapomnienia z greckiej mitologii. Rosenberg wyobrażał sobie, że mogłoby to być zatem idealne miejsce dla starszego pana, takiego, który "przekroczył ów fatalny próg półwiecza, za którym człowiek wlecze się już tylko do grobu"38.
Wielu odwiedzających miasto wyczuwało w nim także pewną trudną do zniesienia brutalność. Zniewoleni czarni, transportowani z górnego Południa w ramach niezwykle lukratywnego krajowego handlu niewolnikami, przybywali tu na statkach i koleją, ale również pieszo, w karawanach złożonych z mężczyzn, kobiet i dzieci, często skutych razem łańcuchami przymocowanymi do żelaznych obroży. W mieście działały trzydzieści dwa domy aukcyjne zajmujące się sprzedażą niewolników, a ich licytacje odbywały się często. Pewien podróżnik, który z ciekawości zatrzymał się, by zobaczyć taką aukcję, zareagował głęboką odrazą. "Była to niezwykle żałosna, upokarzająca, poniżająca scena" - napisał. "Sam poczułem się wstrząśnięty i musiałem oddalić się w pośpiechu z obawy, że ujawnię swoje odczucia"39. Przez wzgląd na przybyszów, aby ich nie odstręczać, władze miasta zakazały w latach 1839-1849 sprzedaży niewolników pod gołym niebem, ale później, kiedy rósł w siłę ruch wspierający niewolnictwo, ją przywróciły. Bo w końcu, skoro niewolnictwo jest dobre, dlaczego miano by się go wstydzić? Charleston wprowadził jednak zakaz ponownie w 1856 roku z powodu coraz bardziej złośliwych artykułów na ten temat w północnych gazetach i pismach abolicjonistycznych. W dniu wejścia zakazu w życie przedsiębiorczy handlarz Thomas Ryan, wyczuwając okazję, otworzył osłonięty murem Targ Ryan i Synowie przy Chalmers Street, kilka przecznic od nabrzeża, wraz z trzypiętrowym "barakunem" (barracoon), w którym przetrzymywano niewolników aż do dnia sprzedaży. Miejscowi nazywali je "więzieniem czarnuchów Ryana". W budynku mieściła się kuchnia, a także, co brzmi złowieszczo, kostnica. W dużej sali targowej, wychodzącej na Chalmers Street, niewolnicy wchodzili na podwyższenie około metra nad ziemią, mniej więcej trzymetrowej długości, żeby kupcy mogli im się łatwiej przyjrzeć.
Targ Ryana stał się głównym ośrodkiem handlu niewolnikami w Charlestonie40. To tutaj handlarze na ogół sprzedawali zniewolonych czarnych w każdym wieku, jak na przykład 9 stycznia 1860 roku, kiedy na targu wystawiono "wyborową brygadę 235 Negrów"41 z majątku wpływowego niegdyś plantatora, generała Jamesa Gadsdena. Kupcy musieli wyłożyć gotówkę na połowę ceny zakupu, resztę natomiast mogli zapłacić za pomocą skryptu dłużnego na dwanaście miesięcy, będącego de facto kredytem, którego zabezpieczenie stanowiła wartość samych niewolników. W reklamującej aukcję ulotce podawano ich imiona, wiek i ewentualne związki rodzinne. Oferowano między innymi ośmiomiesięczną Chloe z trzyosobowej rodziny i pięciomiesięcznego Aesopa z rodziny siedmioosobowej. Na sprzedaż byli także jego rodzice Caroline i Witty oraz rodzeństwo: Charlotte, lat piętnaście; Cupid, lat jedenaście; Robert, lat sześć oraz Peter, lat trzy. Dzieci uchodziły za dobrą inwestycję: kiedy dorosły, ich wartość wzrastała, o ile wcześniej nie zabiła ich żółta febra albo malaria - "gorączka jesienna". Na liście znalazł się też bezimienny noworodek z pięcioosobowej rodziny. W ulotce wymieniono także umiejętności lub choroby czy zaburzenia, uznane za warte wzmianki. Trzydziestotrzyletni mężczyzna o imieniu Monday miał, jak zaznaczono, "puchlinę wodną"; sześcioletni chłopiec, George, był "dotknięty idiotyzmem"; siedemdziesięcioletnia Jara była niewidoma, za to Tom był bednarzem, Henry kołodziejem, a Bess kucharką.
Żadne z tych kwestii nie spędzały snu z powiek Andersonowi ani jego żonie42. Ona również urodziła się na Południu, tyle że w innej jego części, zwanej Głębokim Południem. Jej ojcem był generał Duncan Lamont Clinch, plantator z Georgii, szanowany weteran wojny brytyjsko-amerykańskiej z 1812 roku. Po śmierci generała jego ziemie przypadły synom, zgodnie z południowym prawem i zwyczajem, dopilnował jednak, by zapewnić córce w spadku spory dochód oraz dwudziestu dziewięciu niewolników, którzy pozostali w Georgii. Andersonowie sprzedali ich w 1860 roku, podobno za 1300 dolarów, czyli średnio po 45 dolarów za osobę, a więc z dużym rabatem, jeśli wziąć pod uwagę, że cena jednego "wyborowego" robotnika rolnego w Georgii sięgała wtedy nawet 1800 dolarów. Na cześć ojca Eby jeden z charlestońskich parowców nazwano "General Clinch".
Anderson nie miał wrogiego stosunku do Południa jako takiego, chociaż wybryki Karoliny Południowej wystawiały jego cierpliwość na próbę. W liście z Fortu Sumter do starego znajomego w Waszyngtonie pisał: "Tak jak i Pan, w dzielącym kraj sporze w pełni sympatyzuję z Południem, lecz muszę wyznać, że straciłem całe zrozumienie dla ludzi, którzy rządzą tym stanem. Są zdecydowani przypieczętować swoją secesję krwią"43.
Anderson dorastał w Kentucky, rozumiał więc Południe, jego namiętności i resentymenty - w przeciwieństwie do nowego prezydenta Abrahama Lincolna. Niewolnictwo stanowiło niezwykle istotną część życia tego regionu. Anderson, który nadal miał skłonność do używania słowa "czarnuchy"44, przyjmował proniewolniczy etos mówiący, że niewolnictwo jest w istocie czymś pozytywnym, dobrym zarówno dla zniewolonych, jak i dla całego społeczeństwa. W ogóle nie kwestionował wysuwanego często argumentu, że Biblia wyraźnie dopuszcza niewolnictwo.
"Niestety, pragnął nie tylko ocalić Unię, lecz wraz z nią także niewolnictwo" - pisał o Andersonie jeden ze służących pod jego komendą oficerów, kapitan Abner Doubleday, zagorzały abolicjonista z Nowego Jorku. Uważał, że popierając niewolnictwo, Anderson - jak wielu na Południu - nie nadąża za ogólnoświatową zmianą w postrzeganiu tego procederu, za której sprawą Północ i rozwinięte społeczeństwa europejskie zaczęły uznawać go za odrażające moralne zło. "Nie potrafił odczytać znaków czasów i dostrzec, że sumienie narodu i postęp cywilizacji już skazały niewolnictwo na zniszczenie" - podnosił Doubleday. Jego zdaniem Anderson widział samego siebie "raczej jako arbitra pomiędzy dwoma rywalizującymi narodami niż prostego żołnierza wypełniającego polecenia przełożonych"45.
Aż do momentu niedawnych niepokojów garnizon Moultrie utrzymywał dobre stosunki z mieszkańcami Charlestonu. W letnie wieczory przygrywała orkiestra garnizonowa, podczas gdy cywile z okolicznych domów i z Moultrie House, letniego hotelu przy plaży, spacerowali wzdłuż murów fortu. Kiedy Anderson przybył do Moultrie 21 listopada, starał się, by przejęcie przez niego komendy przebiegało jak najspokojniej. Wychodząc ze spotkania w domu swego poprzednika, pułkownika Gardnera, ujrzał tłumnie zgromadzonych mieszkańców, którzy najwyraźniej chcieli przyjrzeć się nowemu dowódcy. Anderson ruszył do bramy fortu i odebrał honory od wartownika, ale nie wszedł od razu do środka. Wezwał oficera dowodzącego strażą twierdzy i rozkazał mu zostawić bramy otwarte. Następnie "zwrócił się do tłumu - jak wspominał pewien sierżant - i wykonując pełen kurtuazji gest, rzekł: "Wejdźcie, panowie, jeśli sobie życzycie. Nie mamy tu żadnych sekretów""46.
Dwa dni później Anderson złożył pierwszy raport z Charlestonu, przekazując przełożonym wyniki swojej inspekcji fortów, którymi teraz dowodził. Przedstawił ich ewidentne słabości i zgodził się ze swoim poprzednikiem, że załogę położonego po drugiej stronie kanału Fortu Sumter należy wzmocnić, wysyłając między innymi pół tuzina specjalistów od uzbrojenia, doświadczonych w przygotowywaniu amunicji. Potęga Sumter - jeśli założyć, że budowa twierdzy zostanie wkrótce dokończona - była bezsporna, ale Anderson twierdził także, iż trzeba wzmocnić Zamek Pinckney, najmniejszy z fortów, bo leży on najbliżej Charlestonu i może odwieść krnąbrnych obywateli od prób zdobycia twierdz Sumter i Moultrie. Zainstalowane w Pinckney działa miałyby w zasięgu wszystkie dzielnice miasta i promenadę Battery. "Charlestończycy nie zaryzykowaliby zaatakowania tego miejsca" - to znaczy Moultrie - "jeśliby wiedzieli, że ich miasto jest na łasce dowódcy Zamku Pinckney" - zanotował Anderson. W całym raporcie podkreślał, że pokaz siły najskuteczniej odstrasza. "Nie muszę dodawać, jak bardzo pragnę - a wręcz jestem zdeterminowany, na ile tylko pozwoli mi honor - uniknąć konfliktu z obywatelami Karoliny Południowej" - pisał. "Nic jednak lepiej nie zapobiegnie rozlewowi krwi aniżeli pokazanie, że taką jest nasza pozycja, iż zaatakowanie nas zaiste szaleństwem byłoby i głupotą"47.
Wiedział, że prace nad wzmocnieniem fortów musiałyby mieć szybkie tempo, bo agitacja za secesją się nasilała, a władze Karoliny nie ukrywały swojego pragnienia przejęcia kontroli nad wszystkimi federalnymi nieruchomościami w porcie.
Tego samego wieczoru w Charlestonie grupa kilkudziesięciu młodych mężczyzn, tytułująca się Secesyjnym Stowarzyszeniem Młodzieży Męskiej (Young Men's Secession Association, YMSA), przemaszerowała przez środek miasta chaotyczną, biegnącą zygzakami trasą od Cytadeli, głównej stanowej akademii wojskowej, przez dzielnice rycerstwa i z powrotem, z pochodniami w dłoniach, odpalając race i rzymskie ognie. "Tu spoczywa Unia" - głosił jeden z transparentów. "Narodzona 4 lipca 1776. Zmarła 7 listopada 1860"48.
"Kłębią się nad nami groźne chmury - napisał Anderson w raporcie dla Waszyngtonu - i lada chwila może uderzyć w nas burza"49.
W istocie chmury zbierały się od dekad.
HAMMOND
Przebudzenie
1807-1842
James Henry Hammond nie był typowym plantatorem, ale też żaden plantator nie był właściwie typowy. Niektórzy z nich wywodzili się od osiemnastowiecznych kolonialnych posiadaczy niewolników, inni zaś dopiero niedawno wżenili się w najstarsze rodziny prowadzące plantacje. Przynajmniej dziesięciu z największych właścicieli niewolników pochodziło z Europy, głównie Anglii, Irlandii i Francji. Wielu urodziło się na Północy, w tym pewien wyjątkowo bezwzględny dla zniewolonych plantator, który przybył z Portland w stanie Maine. Co najmniej dwudziestu ośmiu kształciło się na Harvardzie, a osiemnastu w Princeton. Wśród największych posiadaczy niewolników znalazło się piętnaście kobiet, które odziedziczyły ich wraz z ziemią po zmarłych mężach. Plantatorem był także wódz Czoktawów - Greenwood LeFlore.
Kiedy nadeszły wybory 1860 roku, do Hammonda należała plantacja Redcliffe w Beech Island w Karolinie Południowej oraz trzy inne, a wraz z nimi ponad 300 niewolników i 14 000 akrów ziemi, czyli ponad 5665 hektarów. Przez dekady Hammond był gorącym orędownikiem secesji, ale najbardziej wpływowy stał się jako jeden z czołowych architektów istotnej zmiany w sposobie myślenia Południa o niewolnictwie, a więc i o sobie samym. To, że osiągnął taką pozycję w kulturze rządzącej się regułami i zwyczajami mającymi zapewnić pełną kontrolę nad wszystkim starym rodzinom - rycerstwu - było niezwykłe, ponieważ zaczął życie jako najnędzniejsza z istot, nisko urodzony outsider: członek pospólstwa.
Hammonda, urodzonego w 1807 roku, wychowywał ojciec, życiowy nieudacznik. Sfrustrowany swoim losem Hammond senior - na imię miał Elisha - starał się wpoić synowi pragnienie wielkości tak usilnie, że chłostał go, kiedy chłopak nie dostawał w szkole najwyższych ocen. Elisha poniósł może klęskę we wszystkim innym, ale to jedno mu się udało: zaszczepił chłopcu ogromną ambicję, objawiającą się niepohamowaną potrzebą wyróżnienia się i zdobycia uznania. "Żadna pasja nie rządzi duszą z połową choćby takiej siły co ambicja"50 - zapisał później Hammond w dzienniku.
James chodził do liceum Poplar Spring, które obaj z ojcem uważali za drugorzędne, lecz Elisha zapewniał syna, że czekają go rzeczy wielkie. "Kiedy zostaniesz prezydentem Stanów Zjednoczonych, będziesz opowiadać mnóstwo anegdot o Poplar Spring"51 - mówił. Elisha pracował wtedy jako intendent w South Carolina College, uczelni arystokracji plantatorskiej w Columbii, stolicy stanu. Chociaż nie zajmował szczególnie wysokiego stanowiska - odpowiadał za zaopatrzenie studentów w żywność - zapewniło to jego synowi przewagę nad innymi nisko urodzonymi kandydatami i pomogło mu się dostać na studia w tej szkole. A były one właściwie warunkiem koniecznym dla osiągnięcia sukcesu w Karolinie Południowej, zwłaszcza jeśli ktoś myślał o zajęciu się polityką.
Stosowany na uczelni system nagród i kar opierał się na "zasadach honoru i wstydu" rządzących zachowaniem dżentelmenów, jak stanowił pięćdziesięciostronicowy regulamin szkoły, który każdy chłopak musiał podpisać. Obejmował on wiele różnych zakazów, między innymi gry w karty i w kości, odpalania materiałów wybuchowych, dęcia w trąby, "wylegiwania się pod drzewami" w niedziele, a także siadania "w niestosownej pozycji" (we wszystkie dni). Znalazło się tam również takie oto napomnienie, zrównujące ze sobą różne gatunki podrzędnych istot: "Kategorycznie zabronione jest bicie służących i okrucieństwo wobec zwierząt"52.
Studenci wykazywali ogromną drażliwość na punkcie ujm na honorze, a wraz z nią znaną szeroko skłonność do przemocy. Stało się to wyraźnie widoczne 18 lutego 1856 roku, podczas tak zwanych zamieszek w kordegardzie (Guard House Riot), kiedy, według jednej z relacji, "ponad stu rozjuszonych młodych mężczyzn z karabinami w dłoniach"53 - wszyscy byli słuchaczami karolińskiej uczelni - starło się z miejską milicją po tym, jak pewien student uderzył komendanta policji, a ten oddał mu pałką. Sprawę załagodziła interwencja lubianego byłego rektora. Inne zdarzenie skończyło się mniej pomyślnie. W jadalni dwóch studentów sięgnęło równocześnie po talerz z rybą, a wolniejszy z nich poczuł się znieważony. Wyzwał tego drugiego na pojedynek. Obaj zginęli54.
Nauka w South Carolina College to czas, kiedy Hammond być może eksplorował swoją seksualność z mężczyznami, a przynajmniej jednym. Hammond miał wtedy osiemnaście lat, ten drugi zaś, Thomas Jefferson Withers - dwadzieścia dwa, studiował prawo i miał później zostać znanym w stanie jurystą (i regularnie pojawiać się jako gderliwy wujaszek w dzienniku swojej siostrzenicy Mary Boykin Chesnut). Zachowały się dwa listy, które dały podstawy do niekończących się spekulacji, napisane w 1826 roku, już po ukończeniu studiów przez obu panów. Historyczka Carol Bleser, specjalistka od Hammonda, argumentowała w duchu poglądu "chłopcy już tacy są", że w tamtych czasach studenci często spali w jednym łóżku i że skoro Hammond wstąpił do kolegium w wieku szesnastu lat, a ukończył je w wieku osiemnastu, zaliczał się do zawsze problematycznej kategorii nastolatków, o których skądinąd wiadomo, że często przejawiają "nabrzmiałość narządów bez żadnej konkretnej stymulacji seksualnej"55.
Niezależnie od interpretacji listy rzeczywiście sugerują chutliwe chwile wśród magnolii w ogrodach kolegium. W tym z 15 maja Withers, nazywając samego siebie "starym Ogierem Jeffem", pisał: "Budzi we mnie pewną ciekawość, czy nadal sypiasz w koszuli i czy nadal pozwalasz sobie na ekstrawagancką przyjemność poszturchiwania i obijania wiercącego się kamrata, z którym dzielisz łoże, swym długim cielistym drągiem - jego wysublimowany dotyk tak często miałem zaszczyt czuć"56.
Pomijając kwestię cielistych drągów, uczelnia zaszczepiała swoim uprzywilejowanym i rozpieszczanym studentom rewerencję dla obyczajów i kultury Południa i dla ich własnej wysokiej pozycji dżentelmenów. Wyraźnie podkreślano to w regulaminie, stwierdzającym, że podstawowym celem kolegium "jest wpojenie gronu dżentelmenów wiedzy, cnoty, religii i wyrafinowania". Istotniejsze jednak były zdobywane tu koneksje, które miały im pomóc w drodze do sukcesu w dwóch dziedzinach najbardziej się liczących dla białej arystokracji - polityce i plantatorstwie, przy czym osiągnięcia w tej drugiej z nich mierzono liczbą posiadanych niewolników oraz prezentowanych w domu pięknych, kosztownych przedmiotów. Jeśli jakiś student przejawiał skrupuły w związku z niewolnictwem, pozbycie się ich ułatwiano mu na każdym kroku, zwłaszcza na ostatnim roku, kiedy studenci chodzili na wykłady z "filozofii moralnej", które uczyły ich, "by czerpali radość z posiadania i sprawowania władzy", utwierdzały w przekonaniu o słuszności istniejącej hierarchii społecznej i w trakcie których podkreślano, że "utrzymywanie czarnych w ich obecnym stanie jest bezwzględnie konieczne".
Nic więc dziwnego, że budżet uczelni na rok 1845 obejmował 900 dolarów na "zakup Jacka (niewolnika)"57.
Po dyplomie Hammond przekonał się ku swojemu rozczarowaniu, że mimo bardzo dobrych wyników w nauce (czwartej lokaty na roku) najlepsza praca, na jaką może liczyć, to posada nauczyciela w prowincjonalnej szkole - co oznaczałoby niechlubne pójście w ślady ojca. Inaczej niż na kolegów, nie czekały na niego szeroko otwarte ramiona plantatorskiej arystokracji z perspektywą otrzymania dużej części rodzinnej ziemi i natychmiastowego przyjęcia do wyższych sfer. Ojciec poradził mu, że dla nieposiadającego ziemi nieszczęśnika istniała jedna pewna droga: małżeństwo.
Hammond był przystojny, wysoki, miał ciemne włosy i czarne oczy - i "piękną twarz", jak ujął to jeden z przyjaciół - wyraźnie też był inteligentny oraz robił karierę. Zrezygnował z nauczania, by studiować prawo, a z czasem zaczął prowadzić prężnie działającą kancelarię. Związał się z nową grupą politycznych radykałów, z oddaniem dochodzących prawa Karoliny Południowej do unieważnienia przepisów federalnych, które jej zdaniem były sprzeczne z konstytucją. Działania Hammonda w tej sprawie - "praw stanów", jak nazywali to ich zwolennicy - wciągnęły go w orbitę najpotężniejszego polityka Karoliny Południowej Johna C. Calhouna, ówczesnego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Przywódcy ruchu założyli gazetę "Southern Times", a Hammond został jej redaktorem naczelnym. Dzięki urodzie i coraz lepszym perspektywom społecznego awansu miał wysokie notowania wśród gotowych do zamążpójścia kobiet. Dlatego przyjęto z pewnym zaskoczeniem jego decyzję, by ubiegać się o rękę piętnastoletniej Catherine Fitzsimons, znanej z dwóch rzeczy: wysokiej pozycji jako członkini i dziedziczki jednej z najbogatszych rodzin w stanie - oraz nienachalnej urody. Jeden z jej potomków ujął to dość okrutnie: "Młodzi dowcipnisie w Charlestonie mawiali, że nie ożeniliby się z nią, nawet gdyby każdy pryszcz na jej twarzy był wart milion dolarów"58.
Chociaż Hammond spotkał się ze znaczącym sprzeciwem rodziny Fitzsimonsów, która podejrzewała jego prawdziwe motywy, postawił na swoim. Ślub odbył się 23 czerwca 1831 roku. Catherine miała siedemnaście lat, Hammond dwadzieścia trzy. Tak oto, zawierając strategiczne małżeństwo, niemalże w jednej chwili stał się jednym z najbogatszych ludzi w Karolinie Południowej. Zrezygnował z posady naczelnego "Southern Times", zamknął kancelarię i rozpoczął nowe życie dżentelmena plantatora, które uważał za jedyne prawdziwie honorowe zajęcie. "Plantatorzy są tutaj w zasadzie tym, czym arystokracja w innych krajach" - pisał. "Stoją na czele społeczeństwa i polityki"59.
Imperium Hammonda obejmowało 10 800 akrów ziemi (4370 hektarów), w większości niezagospodarowanych. Centralnym punktem była początkowo plantacja Silver Bluff (Srebrna Skarpa), ponoć nazwana tak z powodu poblasku, który roztaczał się nad tym terenem, kiedy słońce padało na zawarte w nim złoża miki. Jego stan posiadania zwiększył się również o 130 świń, 95 sztuk bydła, 25 mułów i 20 owiec, a cały ten inwentarz z wyjątkiem mułów szwendał się swobodnie po włościach. Na plantacji znajdowały się tartak, młyn zbożowy i odziarniarka bawełny, a także niewielka osada z budynkami, w których kryły się najważniejsze aktywa plantacji: jej zniewoleni pracownicy. Hammond był teraz właścicielem 147 niewolników, w tym 73 mężczyzn i 74 kobiet, spośród których 64 osoby mieściły się w przedziale wiekowym od 15 do 45 lat, uznawanym za idealny. Przynajmniej na papierze taka struktura wiekowa i płciowa obiecywała wydajną siłę roboczą, w dodatku zdolną osiągnąć tak pożądany przez plantatorów "przyrost naturalny", czyli rodzić dzieci. Zniewoleni czarni stanowili kapitał, a rodzina niewolników, w której regularnie przychodziły na świat dzieci - tworząc biologiczny procent składany - była najsolidniejszym z aktywów, jakie mogły się plantatorowi zamarzyć. Mężczyzna "numer 1" czy "dziewczyna miłośnica" (fancy girl), jak często określano najbardziej poszukiwanych niewolników wystawianych na sprzedaż, w przeliczeniu na dwudziestopierwszowieczną walutę mogli mieć wartość prawie 53 000 dolarów.
Sześćdziesięcioro czworo z niewolnych pracowników Hammonda można było zaliczyć do tych kategorii. Gdyby osiągnęli najwyższe ceny na rynku, sama ich wartość przekroczyłaby 3 000 000 dzisiejszych dolarów.
Hammond nie oszczędzał swoich niewolników, gonił ich do ciężkiej roboty. Po części dlatego, ale także z innych, mniej jasnych powodów, wielu z nich umierało. Każda śmierć przekładała się na koszty finansowe: straconą pracę i zmniejszony kapitał. W swoim dzienniku lamentował nad śmiercią pewnego trzylatka, nie z poczucia straty emocjonalnej, lecz dlatego, że był to siedemdziesiąty ósmy niewolnik, który umarł w ciągu niecałych dziesięciu lat. W tym samym czasie na plantacji wśród zniewolonych pracowników urodziło się zaledwie siedemdziesięcioro dwoje dzieci, co oznaczało deficyt w liczbie sześciu osób60. "Ktoś mógłby pomyśleć, czytając te słowa, że jestem nieludzkim potworem" - pisał. "Jednakże sprawa ta przysporzyła mi więcej niepokoju i cierpienia niż jakakolwiek inna w moim życiu"61. Hammond zrównywał życie ludzkie z innymi aktywami plantacji. "Wszystko umiera - skarżył się w dzienniku - nie tylko ludzie, ale też muły, konie, bydło, wieprze - życie zdaje się tutaj igraszką jedynie kapryśnego jakiegoś losu. Nie wiem, czy to sąd wydany nade mną, czy nad tym miejscem".
Hammond stosował strategię absolutnej dominacji. Pozwalał swoim niewolnikom chodzić do miasta tylko dwa razy do roku. Decydował, kto będzie mógł wziąć ślub, a kto się rozwieść. Nadawał dzieciom imiona i zmieniał je według własnego uznania, czasem na cześć jakiegoś przebywającego u niego gościa62. Kiedy z wizytą przybył Josiah Nott, rasistowski lekarz i wpływowy pisarz proniewolniczy, Hammond nazwał urodzonego właśnie czarnego chłopca Nott63. Żeby zachęcić do zawierania małżeństw, z których, jak miał nadzieję, będzie się rodzić potomstwo, oferował nowożeńcom premię w wysokości 5 dolarów. Za powtórny ożenek bądź zamążpójście, najwyraźniej mniej cenne, płacił już tylko 3,5 dolara. Za rozwód należało się 100 batów64.
Hammond, podobnie jak inni plantatorzy, uważał chłostę za istotny element kontroli, mający pokazać niewolnikom ich miejsce w hierarchii. Właściciele plantacji woleli bardziej nobliwe określenie: "korekta". W Silver Bluff u Hammonda była to na tyle rutynowa praktyka, że zawarł on precyzyjne wytyczne w instrukcji, którą napisał dla nadzorców, kierujących na co dzień pracą jego niewolników: "Najwyższa kara nie może przekraczać 100 batów jednego dnia, a i to tylko w skrajnych przypadkach". Sam bicz miał mieć szerokość cala. "Na ogół wystarczającą chłostą będzie od 15 do 20 batów: ręce w każdym wypadku należy przywiązać sznurem. Karę trzeba zawsze wymierzać spokojnie i z rozmysłem, nigdy zaś w gniewie czy w stanie wzburzenia"65.
Jeśli któryś z niewolników Hammonda uciekł, dostawał dziesięć batów za każdy dzień nieobecności na plantacji. Jeżeli wrócił z własnej woli, karę zmniejszano do trzech batów za dzień. Na całym Południu ucieczki zdarzały się tak często, że wprowadzano pewne środki mające im zapobiegać. Nocą krążyły po okolicy patrole z nieograniczonym dostępem do plantacji, które obowiązkowo wizytowały każdą z nich raz w miesiącu. Plantatorzy chcący odzyskać uciekinierów w wielu przypadkach stosowali metodę o potwierdzonej skuteczności: zatrudniali tropicieli z psami, znanymi w branży jako "psy na czarnuchów". Nierzadko sprowadzali ich do siebie koleją. "Niektórzy taką czerpią z tego uciechę jak z polowania na lisa" - powiedział pewien handlarz z Alabamy Frederickowi L. Olmstedowi[3], wtedy trzydziestodwuletniemu dziennikarzowi wysłanemu na Południe. "Zawsze wydawało mi się to takim raczej barbarzyńskim sportem". Mężczyzna zamilkł na chwilę, a potem dodał: "Ale jest konieczne"66.
Nagłe dojście do majątku i rosnący rozgłos polityczny wzmocniły pozycję Hammonda. Stanowe zgromadzenie ustawodawcze wskazało go jako kandydata do Izby Reprezentantów w wyborach do Kongresu w 1834 roku. O tym, czy zdobędzie mandat, decydował ogół głosujących, ale jeśli zważyć na mechanizmy polityki w Karolinie Południowej, takie namaszczenie właściwie gwarantowało, że Hammond zostanie następnym kongresmanem ze swojego okręgu. Cały proces wyborczy był tak zrytualizowany, że kandydatom w ogóle odradzano prowadzenie kampanii. Rycerstwo nie chodzi przecież od drzwi do drzwi, żeby żebrać o głosy. Zgodnie z oczekiwaniami Hammond wygrał.
Chociaż kadencja zaczynała się oficjalnie 4 marca 1835 roku, kongresmani zebrali się dopiero dziewięć miesięcy później, 7 grudnia. W międzyczasie Hammond, mający dwadzieścia siedem lat, przeprowadził się z rodziną do Waszyngtonu. Miasto było może mało wytworne, ale musiało wyglądać znajomo dla przybyszów z Południa. Wciąż kwitł tu bowiem handel niewolnikami - prowadzono go w stolicy otwarcie aż do 1851 roku, kiedy weszło w życie prawo federalne zakazujące transportu zniewolonych czarnych do miasta w celu ich sprzedaży. Na razie jednak ulicami miasta regularnie pędzono grupy skutych łańcuchami niewolników, zmierzające a to do któregoś z licznych waszyngtońskich domów aukcyjnych wyspecjalizowanych w sprzedaży zniewolonych ludzi, a to do barakunów, gdzie ich przetrzymywano między aukcjami lub przed transportem do nabywców i na targi na Głębokim Południu. Wyjątkowo ponury barakun mieścił się na rogu Third Street i Pennsylvania Avenue, kilka przecznic od Kapitolu67.
Kapitol nie został jeszcze rozbudowany, nadal miał oryginalną drewnianą kopułę, raczej skromną, w kształcie hełmu korkowego. Mniej więcej trzydzieści lat później zastąpiła ją znacznie wyższa, wykonana z 4000 ton żeliwa. Architekt Kapitolu William Thornton powiedział o własnym dziele, że przypomina "dużą cukiernicę między dwiema puszkami herbaty"68. Na krótko przed przybyciem Hammonda wschodni portyk budowli był miejscem próby zamachu na prezydenta Andrew Jacksona. Napastnik, Richard Lawrence, wierzył, że jest królem Anglii Ryszardem III, w rzeczywistości od dawna nieżyjącym, i twierdził, że Jackson przeszkodził w dostarczeniu mu zaległych płatności z amerykańskich kolonii. Zamachowiec miał dwa pistolety, z których żaden nie wypalił - na całe szczęście, ponieważ Jackson nosił już w ciele jedną kulę po pojedynku z 1806 roku w Tennessee, w którym zabił rywala, a sam został ranny w pierś. Po drugiej nieudanej próbie strzału dwóch mężczyzn rzuciło się na ratunek prezydentowi, jednym z nich był kongresman Davy Crockett. Odbył się proces, z prokuratorem Francisem Scottem Keyem. Niedoszłego zabójcę uznano za niewinnego z powodu niepoczytalności69.
Teren wokół Kapitolu był niezagospodarowany. Tam, gdzie później powstał National Mall, pasły się krowy. Na szczegółowej rycinie z 1839 roku widać, że każdy, kto zbliżał się do budynku od zachodu, musiał przejechać przez bramę w wysokim ogrodzeniu z kutego żelaza, a następnie przemierzyć gęsty las, zanim dotarł do schodów budynku70. W 1842 roku miasto odwiedził Charles Dickens, który z balkonu "bardzo przyjemnej i wygodnej biblioteki" na Kapitolu - Biblioteki Kongresu, wychodzącej na Mall - przyjrzał się postępom w realizacji wielkiego projektu zabudowy przedstawionego w 1790 roku przez Pierre'a ĽEnfanta. "Nazywają czasami Waszyngton Miastem Wspaniałych Odległości - pisał Dickens w swoich Notatkach z podróży do Ameryki - ale właściwiej byłoby nazwać go Miastem Wspaniałych Zamierzeń". ĽEnfant przewidywał szerokie bulwary rozchodzące się promieniście od Kapitolu i łączące odległe dzielnice. Patrzący z balkonu Dickens widział wyraźnie, że wprowadzenie w życie planu ĽEnfanta trochę potrwa. "Przestronne aleje rozpoczynają się znikąd i nigdzie nie prowadzą. Ulicom, długim na milę, brak tylko domów, jezdni i mieszkańców. Gmachom publicznym potrzeba do kompletu tylko publiczności"71.
Hammond wprowadził się z rodziną do pensjonatu na Capitol Hill, gdzie mieszkali wraz z Johnem C. Calhounem, byłym wiceprezydentem, a obecnie senatorem, oraz różnymi kongresmanami z Karoliny Południowej i ich rodzinami. Jedli wspólnie posiłki, prowadzili długie nocne rozmowy i unikali udziału w szerszym życiu Waszyngtonu. Charakteryzowała ich skłonność do zamykania się w hermetycznej koterii i wyniosłość, której nabrali za sprawą życia jako władcy swoich osobistych niewolniczych imperiów. Nawet Biały Dom, centrum waszyngtońskiego życia towarzyskiego, był ich niegodny, skoro rezydował w nim Jackson, ciemny demokrata, który siłą zdusił karoliński ruch unieważniania praw federalnych. Manifestacyjnie odrzucali zaproszenia na huczne przyjęcia wydawane przez prezydenta w wigilię Bożego Narodzenia i Nowy Rok.
Niechęć do nawiązywania kontaktów z kongresmanami i senatorami z innych stanów - oraz reputacja Karoliny Południowej jako rozkapryszonej, a może i zdradzieckiej siły w krajowej polityce - owocowała wsobnością, która umacniała Karolińczyków w wysokim mniemaniu o sobie: uważali się za wyjątkowych, za wspaniałą kadrę rycerskich dżentelmenów kierujących się honorem i wzniosłymi celami. Dla żony Hammonda, Catherine, było to przytłaczające. "My, Karolińczycy, jesteśmy tu bardzo źle widziani"72 - pisała w liście do jednego z jego braci. Nieśmiała, skryta, zaledwie dwudziestojednoletnia, nie chciała składać wizyt towarzyskich, jak to miały w zwyczaju kobiety z wyższych sfer w jej rodzinnych stronach. Hammond w swoim dzienniku nazwał żonę "biernym nikim"73. Miała też pod opieką czworo dzieci, wszystkie w wieku poniżej czterech lat, najmłodsze zaś zaledwie dwumiesięczne. Hammond przyznawał, że jego potomstwo było trudną, niegrzeczną trzódką, jak napisał kiedyś w liście, wyrażając zdziwienie, "że dzieci mogą być aż tak uciążliwe"74. Mógł rządzić imperium niewolników, ale nie dawał rady sekcji kilkulatków.
Od początku swojej kadencji w Kongresie Hammond dał się poznać jako zagorzały zwolennik ruchu proniewolniczego. Chcąc bronić instytucji niewolnictwa przed potencjalnymi zagrożeniami, sprzeciwiał się wszelkim próbom zwiększania władzy federalnej i federalnym inicjatywom, nawet rozwojowi krajowej infrastruktury, jak budowa kolei i kanałów. Wraz z podobnymi sobie działaczami posunęli się do tego, że oponowali przeciwko przyjęciu funduszy zapisanych Ameryce w testamencie przez angielskiego filantropa Josepha Smithsona, który w ostatniej woli zastrzegł, że mają być one wykorzystane "na założenie w Waszyngtonie, pod nazwą Smithsonian Institution, placówki zajmującej się poszerzaniem i rozpowszechnianiem wiedzy".
Hammonda i innych południowców najbardziej niepokoiło szybkie nasilanie się nastrojów antyniewolniczych na Północy, czego przejawem było stworzenie przez Williama Lloyda Garrisona w Bostonie w 1831 roku abolicjonistycznej gazety "Liberator". Wkrótce zaczęły powstawać coraz liczniejsze stowarzyszenia sprzeciwiające się niewolnictwu, które bombardowały Południe broszurami z ostrą krytyką, przedstawiającymi ten proceder jako czyste zło. Wielu Wirginijczyków obwiniało Garrisona o to, że jego retoryka stała się zapalnikiem rebelii Nata Turnera 21-22 sierpnia 1831 roku[4], w której Turner i współspiskowcy zabili pięćdziesięciu pięciu białych. Po stłumieniu buntu zamordowano w Wirginii trzydziestu sześciu czarnych - wystarczyło podejrzenie, że brali udział w rewolcie. Kolejnych dziewiętnastu zostało straconych po skazaniu przed sądem.
W lipcu 1835 roku Charleston zareagował oburzeniem na wieść o odkrytej przez poczmistrza miasta dużej partii abolicyjnych traktatów opublikowanych przez Amerykańskie Stowarzyszenie Antyniewolnicze Garrisona, wysłanych z Nowego Jorku i zaadresowanych do czołowych mieszkańców miasta. Wiadomość tak rozsierdziła mieszkańców, że kilkuset z nich pomaszerowało na pocztę, by skonfiskować broszury i je spalić. Fakt, że takie druki dotarły do Charlestonu, serca Południa, z pomocą najpospolitszej z federalnych instytucji, Urzędu Pocztowego Stanów Zjednoczonych, wydawał się świadczyć o istnieniu szerszego zagrożenia i wzmagał na nowo zawsze odczuwany przez białych południowców strach przed powstaniami niewolników i zgrozą wyzwolenia. Samozwańczy obrońcy Południa poprzysięgli znaleźć każdego, kto żywi abolicjonistyczne sympatie, a specjalna komisja zaczęła kontrolować przychodzącą pocztę. Podejrzewano zwłaszcza wolnych czarnych obywateli, wciąż świeże w zbiorowej pamięci było bowiem powstanie niewolników, któremu ledwie udało się zapobiec w 1822 roku, zaplanowane przez wolnego czarnego Charlestończyka Denmarka Veseya[5].
W trakcie tego zamieszania wokół abolicyjnej poczty 1 lutego 1836 roku Hammond wygłosił pierwsze otwarcie i bezwstydnie proniewolnicze przemówienie w Kongresie. Dopiero co skończył dwadzieścia osiem lat, wyróżniał się więc wyraźnie na tle leciwych ustawodawców, weteranów politycznej sceny. Niewolnictwo, zapewnił Hammond słuchaczy, wcale nie jest złem. "Przeciwnie, uważam je za największe ze wszystkich wielkich błogosławieństw, którymi dobra Opatrzność obdarzyła nasz zacny region". Przekonywał, że tylko abolicjoniści, którzy knują "szalone i zgubne intrygi", domagają się wyzwolenia. "Mogę śmiało powiedzieć, że nie ma na tym świecie szczęśliwszej, bardziej ukontentowanej rasy niż nasi niewolnicy"75.
Wyjaśnił, dlaczego antyniewolnicze petycje napływające do urzędów pocztowych Południa tak bardzo rozjuszyły jego i jego wyborców. "Sir - zwrócił się do przewodniczącego Senatu - jestem głęboko przekonany, że krajowe niewolnictwo, uregulowane tak jak nasze, przynosi najbardziej harmonijną, najczystszą, najlepszą organizację społeczeństwa, jaka kiedykolwiek istniała na Ziemi". Skoro niewolnictwo było dobre, to dobrzy byli także posiadacze niewolników: atakowanie niewolnictwa jako zła oznaczało zatem zbrukanie honoru samych właścicieli, czyli rycerstwa. Jeśli te abolicjonistyczne ataki na honor Południa nie ustaną, ostrzegał Hammond, należy się liczyć z poważnymi konsekwencjami. "Być może będziemy zmuszeni zawiesić stosunki handlowe z wolnymi stanami, a ostatecznie, sir, rozwiązać Unię"76.
Przemówienie bardzo chwaliła południowa prasa, a także orędownicy praw stanów, z których część widziała w nim następnego Calhouna. Lecz Hammonda zjadał stres. Odkąd miał siedemnaście lat, cierpiał na dyspepsję, jak sam to nazywał - terminem tym określano na ogół przewlekłe problemy z trawieniem. Męczyło go jednak coś znacznie gorszego niż zwykła niestrawność. Jelita płonęły mu z bólu żywym ogniem, czemu towarzyszyły takie gastryczne "fajerwerki" jak zaparcia, biegunki, hemoroidy i krwotoki. Czy przyczyną była dyspepsja, czy coś innego, kilka tygodni po wygłoszeniu mowy Hammond zasłabł podczas przechadzki z innym kongresmanem w pobliżu Kapitolu, powalony, jak to ujął, "nagłym uderzeniem krwi do głowy"77. Jego towarzysz zaprowadził go na pierwsze piętro budynku i wezwał lekarza, który dał Hammondowi kieliszek brandy i upuścił mu krwi, nadal bowiem wierzono, że w ten sposób eliminuje się złe humory powodujące chorobę. Hammond wrócił do swojego pensjonatu. Bojąc się ponownego zasłabnięcia, pozostał w izolacji aż do wiosny.
Kiedy wyszedł z dobrowolnego zamknięcia, znów ogarnęła go niemoc, do tego stopnia, że już wkraczając do Izby Reprezentantów, zaczynał czuć się słabo. Na progu sukcesu zawiodły go psychika i ciało. "Złamany w wieku dwudziestu ośmiu lat" - pisał. Był "jedną nogą w grobie - umierał, gnijąc w pełni rozkwitu"78.
Złożył mandat i za radą lekarza uciekł do Europy, co uważano za drugie po puszczaniu krwi lekarstwo na większość dolegliwości. Wyjazd przyniósł mu jednak jeszcze jedną korzyść. Grand Tour, Wielka Podróż, była symbolem społecznego statusu i prestiżu, co Hammond bardzo dobrze rozumiał. Nakupował rzeźb i obrazów na kopy, zamówił też swoje popiersie. Rzeźbiarz znał się na rzeczy: powiedział Hammondowi, że w tym ujęciu niezwykle przypomina Cezara Augusta79.
Po powrocie do Karoliny Południowej Hammond postanowił kandydować na gubernatora - stanowisko zapewniające niewiele rzeczywistej władzy, ale za to sporą widoczność. Gubernatora mianowało stanowe zgromadzenie ustawodawcze. A zatem funkcja ta pozwalała pokazać, że sprawująca ją osoba cieszy się zaufaniem i poparciem czołowych polityków stanu, co miało niebagatelne znaczenie, jeśli zważyć, że właśnie oni mieli wybrać również dwóch reprezentujących Karolinę Południową senatorów - a właśnie senackiego mandatu Hammond pragnął najbardziej. Na tej samej zasadzie przegranie wyborów na gubernatora zasygnalizowałoby wszystkim, że kandydat nie ma wystarczającego statusu wśród rycerstwa, co dla Hammonda oznaczałoby potworne upokorzenie. Uznał jednak, że warto podjąć ryzyko.
Rozumiał, że jeśli ma zostać gubernatorem, nie może siedzieć odizolowany w Silver Bluff wśród ludzi, których pogardliwie nazywał "nisko urodzonymi wieśniakami". Postanowił więc zaistnieć w stolicy stanu, Columbii. Zaczął budowę wspaniałego domu, który miał zwrócić na niego uwagę i świadczyć o jego pozycji pełnoprawnego członka stanowej arystokracji plantatorów. W Columbii nie nastręczało to szczególnych trudności. Choć stolica była drugim co do wielkości miastem Karoliny Południowej, trudno było ją nazwać tętniącą życiem metropolią. Według spisu ludności z 1850 roku liczyła 6060 mieszkańców, w tym 3184 białych, 2680 czarnych niewolników i 196 wolnych czarnych, a więc rasowo była podzielona niemal pół na pół. Budziło to niepokój władz, które wprowadziły różne mechanizmy kontroli. Wyznaczono na przykład urzędnika, który nadzorował wozy, ulice i Negrów, z których wszyscy, wolni i niewolni, musieli przestrzegać godziny policyjnej, tak jak ich pobratymcy w Charlestonie. Ogłaszało ją bicie dzwonu, zimą rozlegające się o dziewiątej wieczorem, latem za piętnaście dziesiąta. Czarni nie mogli się zbierać po więcej niż pięć osób naraz, jeśli nie było z nimi białego, który by ich pilnował. W 1850 roku biali mieszkańcy miasta chętnie wysłuchali serii wykładów Louisa Agassiza, zoologa z Harvardu, który twierdził, że obserwacje naukowe dowodzą niższości czarnych, a zatem zasługują oni na zniewolenie.
Hammond zbudował dom na dwuakrowej (0,8 hektara) działce w centrum miasta, na wzór budynku, który miał okazję podziwiać w Rzymie. Ukończona w czerwcu 1841 roku rezydencja miała elewację z trzydziestoma sześcioma kolumnami i biegnącą wokół podwyższoną, zadaszoną piazzę (czyli - jak pamiętamy - werandę). Każdy pokój, wysoki na prawie 4 metry, zajmował około 46 metrów kwadratowych. Hammond nie krył motywów, którymi się kierował, budując tak wspaniały dom: miał on przyćmić siedziby wielkich plantatorskich dynastii, a także jeszcze bardziej oddalić Hammonda od jego niskiego urodzenia. "Pobiłem ich na ich własnym gruncie - triumfował - mebli, balów i proszonych obiadów"80.
W 1840 roku, kilka miesięcy przed grudniowymi wyborami gubernatorskimi, Hammond wprowadził się do swojego nowego, ale jeszcze nieukończonego domu i zaczął go zapełniać skarbami przywiezionymi z Europy. Catherine została w Silver Bluff, bo właśnie urodziła kolejne dziecko, tym razem dziewczynkę. W urządzaniu rezydencji pomagały Hammondowi Harriet i Catty Hamptonówny, córki siostry Catherine, Ann, której mąż, Wade Hampton II, posiadał 18 000 akrów ziemi i 500 niewolników oraz potężne wpływy polityczne. Dziewczęta - wraz z jeszcze dwiema siostrami - wkrótce zaczęły zajmować sporo miejsca w wyobraźni swego wuja Hammonda, z katastrofalnymi konsekwencjami.
Łódź w ciemnościach
1 William Bruce Johnson, Lincoln's First Crisis: Fort Sumter and the Betrayal of the President, Stackpole Books, Guilford 2020, s. 242.
2 List Roberta Andersona do Elizy Anderson, 8.07.1857, Anderson Papers.
3 List Roberta Andersona do Elizy Anderson, 20.09.1856, Anderson Papers.
4 List Roberta Andersona do Elizy Anderson, 8.04.1857, Anderson Papers.
5 List Samuela Wyliego Crawforda do A.J. Crawforda, 12.02.1861, Crawford Papers.
6 Carol Bleser [red.], The Hammonds of Redcliffe, Oxford University Press, New York 1981, s. 49. Hammond czuł tak głębokie pokrewieństwo z arystokratami z Wielkiej Brytanii, że zlecił brytyjskiemu uczonemu zbadanie genealogii swojej rodziny, pewny, że wywodzi się ze starych szlacheckich rodów. Genealog nie znalazł jednak takich korzeni, ustalił tylko, że przodkowie Hammonda byli "dobrymi, uczciwymi wolnymi chłopami". Nie to zleceniodawca chciał usłyszeć. Wściekł się, spalił raport i nie zapłacił genealogowi. Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond and the Old South: A Design for Mastery, Louisiana State University Press, Baton Rouge 1982, s. 326.
7 Amanti T. Marshall, "They Are Supposed to Be Lurking About the City". Enslaved Women Runaways in Antebellum Charleston, "South Carolina Historical Magazine" 2014, t. 115, nr 3, s. 192.
8 Esther J. Crooks i Ruth W. Crooks, The Ring Tournament in the United States, Garrett and Massie, Richmond 1936, s. 1-6. Mark Twain obwiniał sir Waltera Scotta o zamkowaty wygląd siedziby legislatury stanowej Luizjany w Baton Rouge (Louisiana State Capitol), "gdyż jest wykluczone, by kiedykolwiek zbudowano tę atrapę zamku, gdyby kilka pokoleń temu ludzie nie oszaleli na punkcie jego średniowiecznych romansów". Peter B. Mires i Sandra Hedicke Clark, Mark Twain on Architecture, "Mark Twain Journal" 2017, t. 55, nr 1 i 2, s. 113.
9 Dickson D. Bruce Jr., Violence and Culture in the Antebellum South, University of Texas Press, Austin 1979, s. 213, 222.
10 Ivan D. Steen, Charleston in the 1850's: As Described by British Travelers, "South Carolina Historical Magazine" 1970, t. 71, nr 1, s. 38.
11 W roku podatkowym kończącym się 1 czerwca 1860 w Stanach Zjednoczonych wyprodukowano 470 lokomotyw, z czego tylko 19 na Południu. W 1861 roku w całym kraju było 50 291,5 kilometra (31 256 mil) torów kolejowych, w tym dwie trzecie na Północy. Allan Nevins, War for the Union, 1861-1862. The Improvised War, Konecky & Konecky, New York 1971, s. 426.
12 James D. Davidson i Bruce S. Greenawalt, Unionists in Rockbridge County: The Correspondence of James Dorman Davidson Concerning the Virginia Secession Convention of 1861, "The Virginia Magazine of History and Biography" 1965, t. 73, nr 1, s. 83.
13 Pismo Roberta Andersona do P.G.T. Beauregarda, 12.04.1861, WOTR, t. 1, s. 14.
14 Pismo Jamesa Chesnuta Jr. i Stephena D. Lee do Roberta Andersona, 12.04.1861, WOTR, t. 1, s. 14.
15 W.A. Swanberg, First Blood. The Story of Fort Sumter, Charles Scribner's Sons, New York 1957, s. 296.
16 Mary Boykin Chesnut, Mary Chesnut's Civil War, red. C. Vann Woodward, Yale University Press, New Haven 1981, s. 45.
17 Tamże, s. 41.
18 Tamże, s. 43.
19 Mary Boykin Chesnut, The Private Mary Chesnut: The Unpublished War Diaries, red. Elisabeth Muhlenfeld i C. Vann Woodward, Oxford University Press, New York 1984, s. 58.
Część I. Najlepszy ze światów
Springfield, Illinois. Wstrząs
20 Harold Holzer, Lincoln President-Elect: Abraham Lincoln and the Great Secession Winter, 1860-1861, Simon & Schuster, New York 2008, s. 22.
21 Tenże, Election Day, "Smithsonian", listopad 2008, s. 4-5.
22 John G. Nicolay, With Lincoln in the White House: Letters, Memoranda, and Other Writings of John G. Nicolay, 1860-1865, red. Michael Burlingame, Southern Illinois University Press, Carbondale 2000, s. 8.
23 Kenneth M. Stampp, Lincoln and the Strategy of Defense in the Crisis of 1861, "Journal of Southern History" 1945, t. 11, nr 3, s. 297.
24 Harold Holzer, Lincoln President-Elect: Abraham Lincoln and the Great Secession Winter, 1860-1861, Simon & Schuster, New York 2008, s. 33.
25 Tenże, Election Day, "Smithsonian", listopad 2008, s. 8.
26 Tamże, s. 11.
27 Edmund Ruffin, The Diary of Edmund Ruffin, t. 1, red. William Kauffman Scarborough, Louisiana State University Press, Baton Rouge 1972, s. 482.
28 John G. Nicolay, With Lincoln..., dz. cyt., s. 9.
29 Harold Holzer, Election Day, dz. cyt., s. 11.
30 "Richmond Daily Dispatch", 10.11.1860.
31 Abraham Lincoln, The Collected Works of Abraham Lincoln, t. 4, s. 132-133, University of Michigan Library, https://quod.lib.umich.edu/l/lincoln/, data dostępu: 11.05.2026.
Zatoka Charlestońska. Dowódca z prawdziwego zdarzenia
32 List Johna L. Gardnera do H.K. Craiga, 5.11.1860, WOTR, t. 1, s. 68.
33 List F.J. Portera do Samuela Coopera, 11.11.1860, WOTR, t. 1, s. 70-71.
34 List Roberta Andersona do Elizy Anderson, 4.05.1860, Anderson Papers.
35 List Roberta Andersona do Samuela Coopera, 4.10.1860, Anderson Papers.
36 Pismo generała adiutanta Lorenza Thomasa do Roberta Andersona, 15.11.1860, WOTR, t. 1, s. 73.
37 John Benwell, An Englishman's Travels in America: His Observations of Life and Manners in the Free and Slave States, Ward and Lock, London 1857, s. 203-204.
38 Ivan D. Steen, Charleston in the 1850's: As Described by British Travelers, "South Carolina Historical Magazine" 1970, t. 71, nr 1, s. 45.
39 Tamże, s. 44.
40 Najgłośniejsza - i z pewnością najokrutniejsza - aukcja niewolników w tym regionie odbyła się 145 kilometrów na południe, w Savannah w stanie Georgia w marcu 1859 roku, na poczet spłaty długów ważnego plantatora Pierce'a M. Butlera. Zorganizowano ją na torze wyścigów konnych Ten Brock i sprzedano na niej 436 zniewolonych dusz - mężczyzn, kobiet i dzieci, nie zważając na więzy rodzinne. Aukcję już zawsze nazywano później "Czasem łez", bo przez dwa dni jej trwania padał ulewny deszcz, tak jakby nawet niebo płakało nad rozmiarem popełnianych tu potworności. Kristopher Monroe, The Weeping Time, "The Atlantic", 10.07.2014; Stephanie E. Yuhl, Hidden in Plain Sight: Centering the Domestic Slave Trade in American Public History, "Journal of Southern History" 2013, t. 79, nr 3, s. 594.
41 Ulotka z zapowiedzią aukcji niewolników, DeSaussure Papers.
42 David Detzer, Allegiance: Fort Sumter, Charleston, and the Beginning of the Civil War, Harcourt, New York 2001, s. 24, przyp. 324.
43 List Roberta Andersona do W.A. Gordona, 11.01.1861, Anderson Papers.
44 List Roberta Andersona do Elizy Anderson, 21.04.1857, Anderson Papers.
45 Abner Doubleday, Reminiscences of Forts Sumter and Moultrie, Harper & Brothers, New York 1876, s. 90.
46 James Chester, Moultrie's Commandant: A Soldier's Recollection of 1860, "The United Service. A Monthly Review of Military and Naval Affairs" 1884, t. 10, nr 5, s. 550-559.
47 Robert Anderson do Samuela Coopera, 23.11.1860, WOTR, t. 1, s. 75.
48 Lawrence A. McDonnell, Performing Disunion: The Coming of the Civil War in Charleston, South Carolina, Cambridge University Press, New York 2018, s. 139-140.
49 Robert Anderson do Samuela Coopera, 23.11.1860, WOTR, t. 1, s. 75.
Hammond. Przebudzenie
50 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond and the Old South: A Design for Mastery, Louisiana State University Press, Baton Rouge 1982, s. 12.
51 Tamże, s. 23.
52 By-Laws of the South Carolina College, South Carolina College, Columbia 1853; przedruk: Forgotten Books, London 2018, s. 51.
53 John A. Reesman, A School for Honor. South Carolina College and the Guard House Riot of 1856, "South Carolina Historical Magazine" 1983, t. 84, nr 4, s. 197.
54 John Hope Franklin, The Militant South, Beacon Press, Boston 1956, s. 18.
55 Carol Bleser, wstęp do: James Henry Hammond, Secret and Sacred: The Diaries of James Henry Hammond, a Southern Slaveholder, red. Carol Bleser, Oxford University Press, New York 1988, s. 5. Inna ekspertka badająca biografię Hammonda, Drew Gilpin Faust, interpretowała seksualne aluzje w liście jako zwykłe przekomarzanie, kpiny z "niepohamowanej skłonności [Hammonda] do rywalizacji, z rozkoszy, jaką czerpał z dominacji, nawet kiedy przejawiała się w tej nieco niestosownej formie. Wyrażanie "dominacji" przez brutalność czy przemoc fizyczną, do czego zachęcano we wszystkich innych dziedzinach życia, tutaj przybrało najbardziej elementarną postać". Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond and the Old South: A Design for Mastery, Louisiana State University Press, Baton Rouge 1982, s. 18-19, s. 19, przyp. 18.
56 Listy Withersa do Hammonda, 15.05 i 24.09.1826, Hammond Papers; Will C. Holmes, James Henry Hammond, [w:] Encyclopedia of Lesbian, Gay, Bisexual and Transgender History in America, red. Marc Stein, t. 2, Charles Scribner's Sons, New York 2004.
57 By-Laws of the South Carolina College, South Carolina College, Columbia 1853; przedruk: Forgotten Books, London 2018, s. 81.
58 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 58.
59 Tamże, s. 134.
60 James Henry Hammond, Secret and Sacred: The Diaries of James Henry Hammond, a Southern Slaveholder, red. Carol Bleser, Oxford University Press, New York 1988, s. 72-73.
61 Tamże, s. 78. Tężec noworodkowy zabijał od 5 do 10 procent niemowląt urodzonych przez niewolnice. Badacze początkowo nie rozumieli dlaczego, ale później ustalono, że przyczyną była niedostateczna pielęgnacja kikuta pępowiny. Richard H. Steckel, A Dreadful Childhood: The Excess Mortality of American Slaves, "Social Science History" 1986, t. 10, nr 4, s. 453.
62 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 88.
63 Tamże.
64 Tamże, s. 85; Plantation Books, 1857-1858, Hammond Papers.
65 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 100; Plantation Books, 1857-1858, Hammond Papers.
66 Frederick Law Olmsted, A Journey in the Back Country, Burt Franklin, New York 1860, s. 55.
67 Mary Beth Corrigan, Imaginary Cruelties? A History of the Slave Trade in Washington, D.C., "Washington History" 2001/2002, t. 13, nr 2, s. 12.
68 J.D. Dickey, Empire of Mud: The Secret History of Washington, DC, Lyons Press, Guilford 2014, s. 114.
69 Lorraine Boissoneault, The Attempted Assassination of Andrew Jackson, "Smithsonian", 14.03.2017.
70 The United States Capitol: A Brief Architectural History, Government Printing Office, Washington, D.C. 1990, s. 11.
71 Charles Dickens, Notatki z podróży do Ameryki, przeł. Barbara Czerwijowska, PIW, Warszawa 1978, s. 132-133.
72 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 167.
73 James Henry Hammond, Secret and Sacred: The Diaries of James Henry Hammond, a Southern Slaveholder, red. Carol Bleser, Oxford University Press, New York 1988, s. 269.
74 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 163.
75 James Henry Hammond, Speech on the Justice of Receiving Petitions for the Abolition of Slavery in the District of Columbia, University of South Carolina Digital Collections, 1.02.1836, s. 34.
76 Tamże.
77 Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 181.
78 James Henry Hammond, Secret and Sacred..., dz. cyt., s. 12.
79 W Belgii doszło do nietypowego incydentu, który utwierdził Hammonda w jego przekonaniach dotyczących życia w społeczeństwie wolnej siły roboczej. Rodzina miała właśnie ruszać w dalszą podróż, kiedy oberżysta wręczył mu rachunek, najwyraźniej zawyżony. Rozsierdziło to Hammonda, który miał już szczerze dosyć Europy, szykował się więc do odjazdu bez zapłaty. Jeden ze służących przytrzymał wodze. Hammond uderzył go laską w rękę. Służący, niewzruszony, zachowując dumną, bynajmniej nie służalczą postawę, był gotowy do walki. Hammond uderzył go ponownie. "Był to człek mocnej budowy, dwa razy silniejszy ode mnie - pisał - ale udało mi się odpierać ataki, aż złamałem na nim laskę, a wtedy, obróciwszy ją grubszym końcem, wymierzyłem mu kilka tęgich ciosów w głowę, od czego go słabość wzięła, laska była wszakże zbyt lekka, by od uderzeń upadł". Hammond jednak z zadowoleniem skonstatował, że poważnie uszkodził przeciwnika. Jego głowa zmieniła się "w miazgę i krwawił obficie". Hammond został aresztowany i spędził sześć godzin za kratkami, aż zgodził się zapłacić kaucję, by wyjść na wolność do czasu procesu, który miał się odbyć za dziesięć dni. Nie miał zamiaru pozwolić się sądzić europejskiemu pospólstwu, więc uciekł do Francji, a niedługo potem odpłynął do Ameryki. Drew Gilpin Faust, James Henry Hammond..., dz. cyt., s. 199.
80 Bertram Wyatt-Brown, Southern Honor: Ethics and Behavior in the Old South, Oxford University Press, New York 1982, s. 338.