Demon - Łukasz Henel
29.00 zł
22.33 zł
(19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Nikt przy zdrowych zmysłach - nawet obdarzony sporą wyobraźnią - nie mógłby spodziewać się tego, co miało niebawem nastąpić. Wnętrze wałbrzyskiego kościoła zostało przystrojone girlandami z kwiatów. Zegary wskazywały południe. Majowe słońce zaglądało do wypełnionej tłumem świątyni przez strzeliste gotyckie okna. Kobiety ubrane były w eleganckie suknie z połyskiem, a mężczyźni w garnitury plasujące się w odcieniach szarości i czerni. Panował uroczysty nastrój, wokoło kręcili się fotografowie i, przyjmując karkołomne pozy, poszukiwali najlepszego ujęcia. W powietrzu unosiły się ostre, nieco drażniące zapachy perfum i kadzidła.
- Hiob to człowiek, który utracił wszystko, został przez Boga wystawiony na najwyższą próbę - przemawiał celebrujący mszę kapłan. Jego głos odbijał się delikatnym echem od ścian kościoła. - W tej opowieści jest coś, co przykuwa uwagę. Coś, co niełatwo jest dostrzec, czytając ją za pierwszym razem. Hiob nie zasłużył na swój los. Bóg i Szatan zawarli pewnego rodzaju zakład, tocząc walkę o ludzką duszę. Areną tej walki stało się życie Hioba. Dotknięty rozpaczą Hiob pyta o sens ludzkiego istnienia. To nie jest historia, która wydarzyła się kiedyś, dawno temu. To przypowieść, która żyje i jest opowiadana. Każdy z nas w jakimś momencie może stać się Hiobem. Szczegóły tej opowieści nie są najważniejsze, liczy się jej przesłanie.
Starannie modulowany głos księdza płynął, wprawiając większość wiernych w stan delikatnego uśpienia. Po skończonym kazaniu wszyscy powstali, aby odmówić modlitwę. Trudno byłoby znaleźć miejsce bardziej bezpieczne, uświęcone tradycją i w pewnym znaczeniu swojskie. W świątyni z pewnością nie powinno wydarzyć się nic niestosownego - o czymś złym nawet nie wspominając. Ludzie czuli się spokojni, pewni siebie. Niektórzy z nich przyglądali się uroczystości, sycąc wzrok odświętnymi strojami wiernych, inni znajdowali przyjemność w rozpoznawaniu znajomych twarzy i przypominaniu sobie odległych powiązań rodzinnych. Myśli wiernych dryfowały ku sprawom przyziemnym, dobrze znanym każdemu człowiekowi. Po prawej stronie ołtarza umieszczono duży ekran z białego płótna, na którym rzutnik wyświetlał słowa popularnej pieśni religijnej Barka:
Pan kiedyś stanął nad brzegiem
Szukał ludzi gotowych pójść za nim
By łowić serca słów bożych prawdą
Siedzący w jednej z pierwszych ławek Dominik Lamberg z wałbrzyskiej policji wytrwale poruszał ustami. Nie śpiewał jednak głośno, ponieważ nie posiadał w ogóle słuchu muzycznego i nie chciał popełniać zbrodni na muzyce. Większość tonów brzmiała dla niego podobnie, a jeśli dostrzegał między nimi różnice to zaledwie na poziomie głośności i barwy, lecz nie położenia danej nuty na pięciolinii.
Natura wyposażyła go za to w inną zdolność - przeczuwał kłopoty, problemy i nieszczęścia. Kiedy miało wydarzyć się coś złego - on pierwszy o tym wiedział. W jakiś dziwny i irracjonalny sposób wyczuwał to swoją intuicją, która była dla niego równocześnie darem i przekleństwem. Przekleństwem, ponieważ czasem policjant zastanawiał się, czy aby nie przyciąga tych ponurych zdarzeń niczym magnes opiłki żelaza.
Nie wiedział oczywiście, co dokładnie ma nastąpić. Gdyby tak było, mógłby temu zapobiec, zmienić bieg zdarzeń, powstrzymać złoczyńców, jak to się dzieje w wielu powieściach i filmach fantastycznych.
Ogarnęło go zakradające się uczucie niepokoju, dziwne wyalienowanie spośród otoczenia, jakby na jego serce padł nagły cień i jakiś głos rzekł: wyczerpałeś szczęśliwe chwile, Lamberg, nadchodzi czas mroku. Czasem przychodziło mu do głowy, że takie słowa mógłby wypowiadać Bóg. Lub ktoś zupełnie inny.
Wzrok policjanta przyciągnął duży obraz ukazujący Jezusa Chrystusa, namalowanego w konwencji typowo hollywoodzkiej - niezwykle przystojnego i stojącego w pozie, jakiej mógłby uczyć się kandydat na amerykańskiego prezydenta. Przyjdźcie do mnie, a ja was pokrzepię - zdawał się mówić wyraz twarzy Mesjasza.
Kiedy jednak po raz wtóry zerknął na obraz, spostrzegł jakąś dziwną zmianę, jak gdyby oblicze Nazarejczyka ogarnął nagły smutek i niepokój. Rozejrzał się dyskretnie, ale nie zauważył, by ktokolwiek inny doznał podobnie osobliwego wrażenia. Pomyślał, że to kwestia wyobraźni. To, co sobie wyobrażamy, jest dla nas realne i stanowi siłę wpływającą na bieg życia, naszego i innych ludzi. Czasem fikcja umysłu potrafi być śmiertelnie niebezpieczna, prowadzi bowiem do czynów, którym nie sposób odmówić mrożącej krew w żyłach realności. Szaleniec przekonany, że rozmawia z demonami, będzie równie - jeśli nie bardziej - groźny od chłodno i racjonalnie kalkulującego swoje postępowanie zbrodniarza. Nóż czy pistolet w ręce obłąkanego włóczęgi może zabijać tak samo jak ten trzymany przez kogoś twardo stąpającego po ziemi i realnie myślącego o życiu. Wyobraźnia tworzy liczne obrazy. Część z nich może być ostrzeżeniami. Trzeba tyko odważyć się je zobaczyć.
Policjant otrząsnął się z zamyślenia. Obok stała jego młoda żona, Monika. Piękna blondynka z włosami uplecionymi w gruby francuski warkocz. Miała na sobie elegancką w swojej skromności błękitną sukienkę. On sam ubrany był w białą koszulę z delikatnym połyskiem, czarne spodnie i wypastowane skórzane buty.
Odnalazł wzrokiem syna. Paweł miał w tym dniu przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej. Dostrzegł go wreszcie, jak wchodzi do kościoła wraz z innymi dziećmi, w długim szeregu lśniących bielą małych postaci przywodzących na myśl procesję śnieżnych aniołków. Uśmiechnął się do niego, lecz zaraz zrozumiał, że Paweł go nie dostrzega, tak bardzo jest zaaferowany tym wszystkim, co dzieje się wokoło. Podekscytowana siostra katechetka przemykała pośród ustawionych w karne szeregi dzieci, posykując, kładąc palec na ustach i wciskając im małe obrazki. Przypominała trochę dyrygenta pragnącego za wszelką cenę zapanować nad niesforną orkiestrą małych karzełków.
Jak owce prowadzone na rzeź.
Wzdrygnął się gwałtownie. Nie był pewien, czy te słowa wypowiedział ktoś tuż przy jego uchu, czy może stanowiły one kolejny werset pieśni. Usłyszał je dość wyraźnie, jakby wyrwane z kontekstu na tle podniosłej muzyki i tłumionych szeptów. Nadstawił uszu. Ludzie śpiewali, cicho trzaskały migawki aparatów. Musiało mi się przesłyszeć - pomyślał. Zerknął na żonę, lecz ta odpowiedziała jedynie pytającym spojrzeniem.
W ułamku sekundy jego umysł zarejestrował coś, co sprawiło, że uniósł wzrok. W kościele znajdowała się biegnąca wokoło galeria wypełniona obecnie stłoczonymi wiernymi. Coś tam było, przez chwilę. Jakby wyjrzało zza kolumny, po czym natychmiast się schowało.
Zadygotał ze strachu. Skąd te obrazy? - zastanawiał się. Skąd te dziwne myśli i niepokój? Za wszelką cenę próbował zagłuszyć wewnętrzny głos, który mówił do niego, z każdą chwilą głośniej i głośniej, teraz już niemal krzycząc:
Uciekaj! Wyjdź stąd! Weź żonę i dziecko. Uciekajcie!
Ogarnęła go panika. Starał się nad nią zapanować, tłumacząc sobie, że przecież nic złego nie może się stać. Nie w domu bożym i nie w tym dniu, w którym niepodzielnie rządzi radość. Te wszystkie złe myśli pochodziły z chwil, w których spotykał się ze złem - oglądając zdjęcia zmasakrowanych ciał, przesłuchując przestępców, odwiedzając przyprawiające o dreszcz miejsca zbrodni - zapomniane fabryki, mroczne lasy, zamiejskie cmentarze, cieszące się złą sławą opuszczone domy. Nie dało się o tym wszystkim zapomnieć, ale musiał się jakoś uspokoić.
Dyskretnie wyjął telefon z kieszeni i sprawdził godzinę. Do końca uroczystości pozostało jeszcze co najmniej czterdzieści minut. Przy okazji spostrzegł, że aparat nie łączy się z siecią.
Czego się właściwie obawiam? - rozmyślał. Do komendy napływały ostrzeżenia o szczególnych środkach ostrożności, jakie należało zachować podczas zgromadzeń publicznych. Zagrożenia terrorystyczne były realne. Traktowano te wytyczne z należytym, służbowym poważaniem, ale jednocześnie z ledwie zauważalnym przymrużeniem oka. Terroryzm - jasne! W molochach takich jak Warszawa czy Poznań. Dlaczego ktoś miałby podkładać bombę w Wałbrzychu? Ta obawa była niemal absurdalna, a jednak Lamberg, wiedziony jakimś zawodowym zacięciem, zaczął w miarę dyskretnie przyglądać się wypełniającym kościół wiernym.
Nie budzili oni żadnych podejrzeń. Nikt nie miał ze sobą wypchanej torby, plecaka lub teczki. Żaden nie wyglądał na obcokrajowca. Na twarzach przybyłych malowało się w najgorszym przypadku uprzejme znudzenie i lekko niecierpliwe wyczekiwanie na koniec uroczystości. Nie wydawało się, aby ktokolwiek mógł przybyć tu w złych zamiarach, a już na pewno nie obładowany granatami lub obklejony ładunkami wybuchowymi.
Jakaś staruszka dobrotliwie strofowała małą, nieco niesforną, sześcioletnią wnuczkę, pieczołowicie poprawiając jej na głowie wielką kokardę. Dwuletni może maluch wyszedł z trójkołowego wózka i stanął niepewnie na nogach, rozglądając się wokoło z wyrazem nieskończonego zdumienia na buzi, zupełnie jakby znalazł się nagle na powierzchni zupełnie nowej i nieznanej planety. Być może zresztą Ziemia jest właśnie taką planetą dla wszystkich małych dzieci; zupełnie nowym miejscem, tak bardzo różniącym się od tego, z którego przybyły. Lamberg uśmiechnął się, widząc brzdąca. Wtedy też dostrzegł owego dziwnego człowieka. Gdy go zobaczył, nagle stwierdził, że nie może oderwać wzroku od jego sylwetki, ponieważ jest ona w jakiś sposób inna. Nieznajomy wydawał mu się jakby obrysowany niewidzialną linią, wycięty z innego miejsca lub nawet czasu i wklejony tutaj jak gdyby z dziwną starannością, za którą kryło się jakieś nieprawdopodobne oszustwo.
Wrażenie, jakie wywierał na nim ten osobnik, było niemożliwe do porównania z czymkolwiek innym i Lamberg dziwił się, że ludzie zdawali się nie zauważać tej niepokojącej odmienności. Było to zdumienie silne, lecz policjant potrafił ten fakt zaakceptować, podobnie jak wiele innych, podobnych, z którymi spotkał się podczas swojej kariery. Wielokrotnie wyczuwał podejrzanego, bezbłędnie potrafił wytypować sprawcę, nie kierując się przy tym żadnymi racjonalnymi przesłankami. Oczywiście, nigdy o tym z nikim nie rozmawiał, obawiając się posądzenia o szaleństwo. Wierzył jednak, że jest to pewnego rodzaju dar, który otrzymał od Boga.
Postać stała na przedzie ubrana w ciemny płaszcz. Policjant nie widział jej twarzy, lecz od sylwetki mężczyzny biła jakaś dziwna energia; nawet niewielkie ruchy ciała zdradzały sprężystość mięśni i niemal arogancką siłę. Jego ramiona zdawały się szersze niż u przeciętnego mężczyzny, wzrostu również był więcej niż średniego. Pierwszą rzeczą, która wywołała u Lamberga zawodowy niepokój śledczego, był właśnie ten płaszcz. Pod takim płaszczem, absolutnie teoretycznie, dałoby się wnieść ładunek wybuchowy lub ukryć jakąś broń, pistolet czy chociażby długi nóż. W takim tłumie każde tego typu narzędzie mogłoby okazać się skrajnie niebezpieczne.
Zastanawiał się, co robić. Nie miał przy sobie ani odznaki, ani służbowego glocka. Musiał jakoś zareagować. Pozwalając, aby poniosła go fala wyobraźni, Lamberg ujrzał straszliwe konsekwencje wybuchu bomby w wypełnionej po brzegi świątyni. Rozejrzał się wokoło i zrozumiał specyfikę tego pomieszczenia, pełnego tłoczących się wiernych. Małe okna zwiększą mordercze ciśnienie, a liczne ozdoby zmienią się w śmiercionośną masę odłamków. Drewniane ławki i ołtarz z łatwością zajmą się ogniem, a wyjścia ewakuacyjne właściwie w tym budynku nie istnieją. Nic dziwnego, świątynię budowano przecież w czasach, gdy o terrorystach nikt nie słyszał, a w każdym razie na pewno nie w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.
Przez moment starał się myśleć jak zamachowiec. Spróbował wczuć się w umysł sprawcy, tak jak robił to zazwyczaj. Łatwiej byłoby zorganizować zamach w kościele niż na pilnie strzeżonym stadionie lub w sali koncertowej, gdzie każdy wchodzący jest skrupulatnie sprawdzany przez ochronę. Symboliczny wydźwięk i wybuch paniki również byłyby bardzo spektakularne, a przecież terrorystom właśnie o to chodzi.
Mówiło się o udaremnionym przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego zamachu na Świątynię Opatrzności Bożej. Nawet jego przełożeni nie wiedzieli jednak, ile prawdy jest w tej pogłosce. Terroryści wybierali zwykle spore cele, położone w dużych miastach lub ich sąsiedztwie.
Czy jesteś tego pewien? - zadrwił z niego nagle jakiś wewnętrzny głos. Ten cichy prześmiewca pojawiał się czasem w jego myślach, gdy pracował nad najbardziej makabrycznymi i mrocznymi sprawami, takimi jak morderstwo młodego chłopca, którego ciało ułożono i zdeformowano tak, by przypominało magiczny symbol Ahnenerbe. Organizacji, której nazwa wypowiedziana na głos sprawiała, że nawet jego przełożeni odwracali wzrok i udawali, że o niczym nie wiedzą.
Nie, nie jestem pewien - odparł uczciwie sam sobie Lamberg. Chwilowo nie przychodzą mi do głowy żadne argumenty za tym, by zorganizowanie zamachu w wielkim mieście miało być łatwiejsze niż w mniejszym. Wałbrzych jest na tyle duży, by dało się w nim zachować anonimowość, przybyć i zniknąć niezauważonym.
Lambergowi przyszła do głowy jeszcze jedna myśl. Nie było to coś, o czym chciałoby się myśleć w dniu takim jak ten, pełnym odświętnych strojów, uśmiechów, balonów, tortów i prezentów.
Była to bowiem myśl o autentycznym mroku, przedziwna mieszanina wypowiadanych ukradkiem pogłosek i przerażających faktów, za którymi kryło się niezrozumiałe zło roztaczające swoją władzę w Górach Sowich. Ta okolica w pewien sposób przyciągała wszystko, co budziło dreszcz niepokoju, nawet w trzeźwo myślącym policjancie. Czasem dumał nad wiatrem z gór, który podczas długich, bezsennych nocy uporczywie dobijał się do okien jego domu. Ten zstępujący z gór wicher, zawsze chłodny, miał w sobie coś złowróżbnego. Następnego dnia zwykle okazywało się, że doszło do jakiejś zbrodni lub tragedii. Zupełnie jakby to wiatr przynosił ze sobą coś, co opętywało ludzkie serca.
Tam, w górach, znajdowały się sekrety. Część z nich skryta była w leśnych ostępach, część w starych niemieckich podziemiach, a część w ludzkich sercach i Lamberg, który już co nieco wiedział o tych sprawach, nie potrafił zdecydować, które z nich są mroczniejsze. Tutaj mogło wydarzyć się coś złego, ponieważ, jakkolwiek zabobonnie by to zabrzmiało, nad okolicą ciążyło coś na kształt fatum. Policjanci przyjęci do służby rezygnowali często po przepracowaniu kilku lat. Ci, którzy przetrwali, wiedzieli, że są sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Wiele z nich przydzielano Lambergowi.
Lśniące bielą szeregi dzieci zaczęły się przegrupowywać. Kapłan wstał z ozdobnego fotela, który zajmował do tej pory. Liczył sobie około trzydziestu lat, był chudy i mocno łysiejący. Miał w sobie coś z typowego pracownika naukowego zapomnianego instytutu socjologii. Sprawiał wrażenie skupionego, nieco zdziwaczałego, zawieszonego w czasie i jakby oderwanego od przemijających spraw życia codziennego.
Wszyscy wierni na chwilę usiedli, lecz mężczyzna z przodu, którego od pewnego czasu obserwował Lamberg, stał nadal prosto jak struna. Policjanta opanowało niezrozumiałe, a jednak graniczące z pewnością przeświadczenie, że rzeczywiście stanie się coś okropnego. Podniósł się lekko z ławki, zdając się na moment na swój wewnętrzny radar i ignorując zaskoczone spojrzenie żony. Mężczyzna w płaszczu pochylił się na chwilę i podniósł coś z podłogi. Policjant z ulgą wypuścił powietrze. W dłoni tajemniczego człowieka pojawił się futerał ze skrzypcami. Był to więc akompaniator, zapewne zamówiony przez jedną z rodzin.
Popadasz w paranoję - pomyślał Lamberg. Ostatnio spotkałeś się z kilkoma naprawdę okrutnymi zbrodniami, zdziwaczałeś, oddając się prywatnym śledztwom do tego stopnia, że twoje małżeństwo przeżyło głęboki kryzys. A teraz widzisz terrorystę w wynajętym muzyku...
Zbyt często szukał podpowiedzi u wróżek, na cmentarzach czy w podejrzanych książkach. Teraz zaczynał ześlizgiwać się w otchłań szaleństwa.
Tymczasem muzyk bez przeszkód pokonał te kilka metrów, jakie dzieliły go od trzech niskich schodków prowadzących na wzniesienie, na którym znajdował się ołtarz. Poruszał się z gracją niczym tancerz. Kiedy odwrócił się wreszcie przodem do zgromadzonych, poły jego płaszcza rozchyliły się. Pod spodem miał coś, co przypominało mundur. Najdziwniejsza była jednak jego twarz. Policjant odniósł wrażenie, że patrzy na coś w rodzaju hologramu, że oblicze mężczyzny jest w pewien sposób nieczytelne. Rysy wydawały się zamazane, zupełnie jakby nałożyły się na siebie twarze dwóch lub nawet kilku osób. Było w nim coś lekko archaicznego, jakby przybył sprzed kilku dziesięcioleci albo nawet z jeszcze dawniejszych czasów, a Lamberg czuł, że lepiej się nad tą kwestią nie zastanawiać.
W kościele zapanowała dziwna cisza, a spojrzenia wszystkich skierowały się w stronę domniemanego artysty. Powietrze w świątyni zdało się naładowane jakimś rodzajem elektryczności statycznej. Lamberg z niezwykłą dokładnością spostrzegł delikatny dym z kadzielnicy unoszący się w górę poprzez padające z okien snopy światła. Zmysły policjanta uległy wyostrzeniu. Coś było nie w porządku. Zarówno ksiądz, jak i ministranci wyglądali na zdumionych tym nieoczekiwanym wtargnięciem wiernego. Najwyraźniej występ akompaniatora nie był wcale przewidziany w programie tej uroczystości.
Człowiek w płaszczu, spod którego wyzierał czarny mundur, zdawał sycić się chwilą. Spojrzał wyniośle na tłum, a Lamberg, nie wiedzieć czemu, odniósł dziwne wrażenie, że intruz spogląda wprost na niego. Poderwał się z ławki i zaczął się przedzierać bliżej ołtarza. Był już wtedy po części pewien, że nie jest to zwykły muzyk, lecz ktoś mający złe zamiary. Ciągle jednak łudził się, że może to zaledwie ekscentryk, pragnący zakłócić przebieg uroczystości. W takim przypadku wystarczyłoby tego człowieka obezwładnić i wyprowadzić ze świątyni. Potrafił dobrze walczyć wręcz, a w umiejętności zastosowania technik interwencyjnych daleko wyprzedzał swoich kolegów z komisariatu.
W ciągu kilkunastu sekund, podczas których Lamberg usiłował przepchnąć się bliżej ołtarza, przez świątynię przemknął nagły, silny podmuch, który zgasił część zapalonych świec. Światła żyrandoli z nieznanej przyczyny zamrugały, a potem mocno przygasły. Przez kamienne mury i posadzkę przeniknęła jakaś dziwna, wyczuwalna dla wszystkich wibracja, jakby gdzieś w pobliżu uruchomiono potężną, lecz zupełnie cichą maszynę drogową.
Gdy Lamberg zbliżył się do człowieka w płaszczu, ten z gracją otworzył futerał. Jednak zamiast skrzypiec miał w nich karabin maszynowy, który wydobył ruchem tak zręcznym, że wręcz niewidocznym. A więc jednak...
Policjant starał się myśleć szybko i konkretnie. W ułamku sekundy ocenił swoje szanse. Był bez broni, tuż przed szaleńcem, który był gotów zabijać. I pewnie był również gotów zginąć.
Pierwszy huk wystrzału odbił się od ścian świątyni. W kościele wybuchła panika. Część ludzi z krzykiem rzuciła się do ucieczki, tratując się nawzajem. Jedyne wyjście z domu bożego zostało zablokowane przez napierających wiernych. Na domiar złego część rodziców, która znajdowała się na zewnątrz, słysząc huk i krzyki, chciała wedrzeć się do środka, by ratować swoje dzieci. W ten sposób nikt nie mógł ani wyjść, ani wejść do świątyni.
Lamberg nie miał czasu. Tak naprawdę mógł w tym momencie jedynie spróbować przejąć kontrolę nad bronią.
Tymczasem zabójca strzelał raz za razem, przed siebie. Huk wystrzałów był ogłuszający. To nie była broń policyjna, lecz jakiś wojenny automat o dużej szybkostrzelności. Kiedy mężczyzna w płaszczu skierował broń nieco w prawo, Lamberg wykonał swój skok. Zamek karabinu pieczołowicie wykonywał swoją pracę, wyrzucając kolejne łuski i posyłając śmiercionośne pociski w tłum.
Prawie się udało, niemal złapał już za karabin, gdy morderca niedbałym ruchem odepchnął go od siebie, zupełnie bez wysiłku. Lamberg poczuł to jednak tak, jakby potrącił go samochód. Został odrzucony kilka metrów dalej i wpadł między drewniane ławki, a ciała martwych ludzi zamortyzowały jego upadek. Zabójca dysponował niezwykłą, nadnaturalną wręcz siłą fizyczną.
Być może jednak właśnie taki obrót sprawy uratował policjantowi życie. Lamberg leżał nieruchomo, dogłębnie sparaliżowany strachem o żonę i syna. Nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby powstrzymać człowieka z bronią. Mógł tylko patrzeć, jak pociski kładą kolejne ciała pokotem, jak rozbryzgi krwi malują oblicza świętych na obrazach czerwienią. Ogarnęło go absolutne przerażenie.
Nagle cisza i krzyk. Ktoś tak samo jak on jeszcze żył i postanowił wykorzystać krótką chwilę, moment, w którym zabójca zmieniał magazynek...
Przez wąską przestrzeń między oparciem a siedzeniem ławki Lamberg dostrzegł, jak młody mężczyzna rzuca się w stronę mordercy, ale w chwilę potem pada skoszony kolejną serią z karabinu. Człowiek w płaszczu tymczasem wybił się na wysokość dobrych pięciu metrów niczym bohater komiksów Marvela i z gracją wylądował na galerii. Lamberg skulił się jeszcze mocniej i znieruchomiał całkowicie, udając nieżywego. Rękoma otulił głowę. Zamachowiec wystrzelił jeszcze dwa magazynki, z zimną krwią celując w konających ludzi, po czym zniknął w cieniu ozdobnego, drewnianego balkonu znajdującego się ponad ołtarzem.
Kilka minut później, pośród dziesiątków innych zabitych, Lamberg odnalazł ciała syna oraz żony.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pół roku przed pierwszą masakrą
Już od chwili wyjazdu z Wałbrzycha doktor Jan Piołun, były chirurg Szpitala im. Świętej Rodziny w Poznaniu, czuł się nieswojo, a w miarę upływu czasu uczucie to narastało. Opustoszały skład, przywodzący na myśl pociągi sprzed dobrych trzydziestu lat, wtaczał się pod górę z miarowym łoskotem kół. Wyglądało na to, że ostatni pasażerowie wysiedli już na jednej z tych zapomnianych, malutkich stacyjek, których obecność zdradzał jedynie krótki postój i gwizdek konduktora.
Być może już wtedy umysł Piołuna zarejestrował coś złowróżbnego. Każdy z nas posiada intuicję i nie ma w tym niczego irracjonalnego. Po prostu widzimy więcej, niż nam się wydaje. Problem w tym, że nie zawsze sobie to uświadamiamy. To szczególne wyczulenie, rodzaj wewnętrznego radaru, funkcjonuje szczególnie intensywnie u osób, które częściej niż inni spotykają się ze śmiercią. Można rzec - żyją z nią w pewnego rodzaju ostrożnej komitywie, a do takich niewątpliwie należał doktor Piołun. Po pierwsze, z racji wykonywanego zawodu, a po drugie, z powodu swojej nieuleczalnej choroby genetycznej. Cierpiał na bardzo rzadką i podstępną odmianę progerii, powodującą przedwczesne starzenie się organizmu. Mutacja była o tyle nietypowa, że lekarz do tej pory zachował pełną sprawność fizyczną i umysłową. Wyglądał również zupełnie zwyczajnie, a nawet był uważany za przystojnego, chociaż oczywiście brano go za znacznie starszego, niż wynikało to z daty urodzenia. Jako dziecko zadziwiał wszystkich dojrzałością psychiczną, szybko się uczył, zdumiewająco wcześnie, bo już w wieku siedmiu lat, osiągnął dojrzałość płciową i zaczął interesować się, oczywiście czysto teoretycznie, płcią przeciwną. W wieku piętnastu lat brano go za dwudziestopięciolatka.
Niebezpieczeństwo polegało jednak na geometrycznym przyśpieszeniu, z jakim atakowała choroba oraz jej nieuchronnym przebiegu. Objawy nasilały się z wiekiem i w ostatnim czasie doktor, mimo iż miał dopiero trzydzieści pięć lat, był brany za pięćdziesięciokilkulatka. Włosy całkowicie mu posiwiały, na twarzy pojawiły się głębokie bruzdy, wyniki badań krwi były coraz gorsze, poziom cukru szybował w górę, na dłoniach wykwitły rozległe plamy wątrobowe, a serce zaczynało płatać figle. Nie mógł już dłużej oszukiwać siebie samego, jak czynił to w głębi duszy przez ostatnie lata. Niewidzialny przeciwnik stał już u drzwi. Nadeszła pełnia lata i ponury żniwiarz ostrzył swoją kosę.
Z badań i opisów kilkunastu podobnych przypadków, do których doktor dotarł z niemałym trudem, odwiedzając w tym celu archiwa medyczne w Berlinie i Hamburgu, wynikało jasno, iż pozostały mu jeszcze dwa lub trzy lata życia. Wystąpienie gwałtownych zmian w wyglądzie zewnętrznym zapowiadało rychłe upośledzenie organów wewnętrznych, które choroba atakowała w kolejności właściwie przypadkowej. Naruszenie równowagi ustroju następowało lawinowo, prowadząc do względnie szybkiej śmierci następującej po - najczęściej - kilkumiesięcznym okresie terminalnym, w którym chory tracił kontrolę nad większością podstawowych funkcji swojego organizmu. Żaden z cierpiących na tę przypadłość pacjentów nie przekroczył czterdziestki, a ostatnie tygodnie, eufemistycznie określane mianem "leczenia paliatywnego", charakteryzowały się postępującą utratą pamięci oraz zaburzeniami funkcji poznawczych. Mówiąc bez ogródek, chory tracił sprawność ciała, wspomnienia, pamięć, marzenia i wiedzę. Dlatego też w bagażach doktora znajdowały się skradzione ze szpitala ampułki z morfiną. To miała być ostatnia podróż. Doktor podjął decyzję, że w zmaganiach ze śmiercią to on będzie miał ostatnie słowo i choć nie mógł uniknąć kostuchy, uznał, że sam wyznaczy termin spotkania.
Swego czasu chirurg Piołun, zanim utracił prawo jazdy poprzez swój romans z wódką, poruszał się głównie samochodem, nowym modelem toyoty, zajętym niedawno przez komornika sądowego. Pociągami natomiast podróżował sporadycznie. Teraz jednak, przygotowany do drogi, miał w plecaku kilka powieści, dobranych tak, by ich ciężar i wymiary pozostawały w przyzwoitej relacji z jakością. Tylko książki pozwalały mu na chwilę zapomnieć o nadchodzącym kresie istnienia. Zabrał ze sobą miedzy innymi Legendy i mity słowiańskie, poetycką Opowieść o Duchu Gór, niewielkich rozmiarów atlas turystyczny oraz powieść awanturniczo-przygodową niejakiego Smitha, którą zakupił u handlarza na dworcu za niewiele ponad pięć złotych.
Tym razem jednak niesprecyzowany niepokój nie pozwalał mu skupić się na lekturze. Zerknął na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Od początku podróży prześladował go pech. Z Poznania wyjechał po południu, jednak we Wrocławiu spóźnił się na przesiadkę i musiał czekać na kolejny pociąg cztery godziny z hakiem. Skończył się sezon wakacyjny i pociągi w kierunku Gór Sowich kursowały rzadziej niż zwykle. Machina kolejowa jakby zwolniła, znużona wakacyjnym wysiłkiem. Z gestów konduktorów przebijała nonszalancja, a z min kasjerów nuda.
W Wałbrzychu oznajmiono mu bezpardonowo, a nawet z pewnego rodzaju odcieniem złośliwej satysfakcji, że linia kolejowa, o którą pyta, należy do najrzadziej uczęszczanych w kraju, a jedyny udający się w tamtą stronę skład odchodzi dopiero wieczorem.
Spędził więc kolejne godziny, snując się po opustoszałej poczekalni, a następnie przemierzając tam i z powrotem ponury peron. Zimny wiatr przybierał na sile, więc postawił kołnierz płaszcza i mocniej owinął się szalem.
Oczekiwany pociąg nadjechał nieśpiesznie, wyłaniając się z wieczornej szarówki jakby obojętny na wskazania dworcowego zegara, gdy na peronach zaczęły zapalać się, błyskając i drgając, światła neonowych lamp. Nieliczne wystraszone i zmoknięte gołębie rozpierzchły się na wszystkie strony, a wsiadającego do wagonu Piołuna ogarnęło nagłe przeczucie dziwnej nieuchronności zdarzeń. Gdy pociąg ruszył, zajął miejsce przy oknie.
Rozpadało się i obfite strugi deszczu spływały po szybie. Miasto dość szybko przemknęło za oknami, żegnając podróżnego obrazem zamkniętych o tej porze zakładów przemysłowych, pełnych zagadkowych, pokrytych rdzą stalowych konstrukcji. Następnie pociąg sunął przez bezkresne, szare i skrapiane deszczem pola, aż wreszcie zbliżył się ku obojętnym, srogim, szarym górom, których zarys z początku ledwie dostrzegalny na horyzoncie, później zaczął przybliżać się niepostrzeżenie i jakby podstępnie.
W końcu na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno i teraz, spoglądając w okno, doktor widział jedynie ścianę czerni oraz odbicie własnej twarzy skąpane w bladym świetle elektrycznych jarzeniówek. Ich światło co chwilę przygasało, mrugało, wagonami zarzucało z głośnym zgrzytem torów; niejednokrotnie odnosił wrażenie, że pociąg to szarpiąca się w uścisku torów bestia, która wzbrania się przed podążaniem tam, dokąd usiłowano ją zabrać.
W górach jechało się inaczej, z większym mozołem. Czuć było charakterystyczny, trudny do podrobienia zapach powietrza będący mieszaniną chłodnego, wilgotnego wiatru, nasmołowanych drewnianych podkładów kolejowych i ciężkiego aromatu leśnej żywicy, wzmocnionego jeszcze przez głęboką woń deszczu wnikającego w glebę.
Pociąg zatrzymał się. Piołun przytulił twarz do zimnej szyby, starając się wypatrzyć coś pośród mroku i ulewy. Na oknie pojawił się mały ślad po oddechu. To była jedna z tych widmowych stacyjek, jakie jeszcze można spotkać na odludziach. Składała się na nią prosta wiata, krótki asfaltowy peron, samotna lampa i napis "Głuszyna" umieszczony na targanej wiatrem przerdzewiałej blasze. Gałęzie rozłożystych drzew rzucały na peron roztańczone, niespokojne cienie. W głębi duszy doktora od pewnego czasu tańczył jakiś dziwny ognik niesprecyzowanej radości właściwej ludziom, którzy wszystko, co mieli, pozostawili za sobą.
Był to stan, który znają dobrze wszelkiej maści straceńcy. Euforia, która przychodzi niespodziewanie, gdy zrozumie się, że wszystko zostało już stracone i nic nie może powrócić. Gdy człowiek ostatecznie poddaje się wyrokom losu i, paradoksalnie, w nieczułości świata odnajduje radość i nadzieję.
Tutaj raczej nikt nie będzie wsiadał ani wysiadał, zwłaszcza o tak późnej porze - pomyślał. Był świadomy mrocznej obecności lasu ciągnącego się wokoło przez dziesiątki kilometrów. Wtem kątem oka spostrzegł jakiś ruch na peronie, tam gdzie kończyła się plama rzucanego przez lampę pomarańczowego światła. Ktoś jednak wyczekiwał na ten widmowy kurs. Samotny turysta?
Wszystko wokoło zdawało się doktorowi nierealistyczne. Rzeczy na pozór banalne, takie jak opóźnienie pociągu, nagłe podmuchy wiatru za oknem, ulewa, jasny blask jarzeniówek, składały się w jakąś całość pełną symboli i znaczeń, których obecność wyczuwał, lecz nie potrafił zinterpretować. Zupełnie jakby coś próbowało go ostrzec, ukryte za pozorami normalności.
Z wzmianki dziwnie roztrzęsionego konduktora wynikało, że na miejscu powinien być za pół godziny. Kolejarz sprawiał wrażenie wzburzonego, niepewnie rozglądał się na wszystkie strony. Doktor pomyślał, że po prostu irytuje go narastające opóźnienie pociągu.
Z czystej ciekawości lekarz postanowił wstać i przejść się po wagonach. Liczył, że natknie się znów na konduktora i upewni jeszcze co do odległości, jaka dzieli go od stacji docelowej Wilczy Jar. Samotne perony niejednokrotnie tonęły w całkowitej ciemności, łatwo było o pomyłkę, która na tym odludziu mogła mieć fatalne skutki. Jego położenie było już wystarczająco podłe, by je jeszcze pogarszać. W najlepszym wypadku czekała go długa, nocna wędrówka niebezpiecznymi górskimi szlakami. W najgorszym, oczekiwanie gdzieś na ławce pod wiatą na nadejście świtu razem z butelką wódki i własnymi myślami. Własne myśli były w tym wszystkim najgorsze.
Piołun był ponadto nieco ciekaw tego samotnego podróżnika, który, jak mu się zdawało, wsiadł na poprzedniej stacji. Postanowił spróbować go odnaleźć i przekonać się, czy nie uległ tylko złudzeniu.
Przeszedł cały skład od początku do końca, lecz nie natknął się na żywą duszę. Nie napotkał ani konduktora, ani żadnego pasażera. Było w tym coś niepokojącego. Konduktor zajmuje zwykle miejsce w pierwszym wagonie, w przedziale służbowym, lub przemierza tam i z powrotem wagony. Stuka przy tym głośno butami, trzaska z werwą zasuwanymi drzwiami i mówi coś, obojętnie co, byle głośno.
Najwyraźniej jednak ten konduktor wolał miejsce w lokomotywie, obok maszynisty, co w odczuciu doktora było zachowaniem nietypowym. Może jednak na tych górskich trasach obowiązywały jakieś inne procedury, których po prostu nie znał...
Gdy wracał na swoje miejsce, dostrzegł mężczyznę. Nieznajomy był młody, na oko trzydziestoparoletni, dziwnie blady, z włosami zaczesanymi do tyłu. Miał na sobie czarny płaszcz przeciwdeszczowy. Piołun mógł przysiąc, że wcześniej tego podróżnika tu nie było. Widocznie był w toalecie - pomyślał, starając się nie dopuszczać do siebie innych myśli. Spokojnie, zaraz dosiądzie się do nieznajomego, a potem zagai o Wilczycę, może nawet dowie się czegoś ciekawego na temat tego miejsca?
Piołun usiadł nieopodal i kątem oka zaczął obserwować pasażera. Dopiero teraz spostrzegł na jego szyi koloratkę. A więc to ksiądz - pomyślał, po czym ujrzał w jego dłoni różaniec i dodał pod nosem:
- W dodatku ksiądz w trakcie modlitwy. Świetnie.
Duchowny zdawał się mamrotać coś pod nosem. Pewnie wypowiadał po cichu słowa pacierza. W pewnym momencie jednak Piołun rozpoznał słowo:
- Wilczyca. - Głos księdza przypominał szelest liści jesienną porą w te dni, gdy pierwsze mrozy zaczynają ścinać już ziemię. - Wilczyca odcina drogi. Tutaj pociągi jeżdżą tylko w jedną stronę. Ciemność nadchodzi znad gór.
Następnie mężczyzna wstał, jakby nagle sobie o czymś przypomniał. Odwrócił się i spojrzał w stronę doktora. Jego oczy zdawały się płonąć, lśnić jakimś chorobliwym blaskiem, jakby u człowieka trawionego gorączką. Przepełniał je strach w najczystszej postaci.
- Uciekaj. Uciekaj, póki możesz - rzucił. W jego głosie brzmiało nieludzkie zmęczenie, a zarazem determinacja.
Piołun otworzył usta, aby coś odpowiedzieć, lecz ksiądz ruszył gwałtownie w stronę drzwi wagonu.
Doktor przez moment siedział jak sparaliżowany. Cóż miało oznaczać to dziwne ostrzeżenie? Może w pociągu czaiło się jakieś niebezpieczeństwo? Wilczyca... Przecież w pociągu raczej nic im nie grozi...
Nagle posłyszał odgłos mocnego szarpnięcia za drzwi. Zaniepokoiło go to. Drzwi w starych wagonach nie zawsze posiadają blokadę uniemożliwiającą otwarcie ich w czasie jazdy, a nawet jeśli ją mają, stare mechanizmy często są niesprawne. Do wnętrza wtargnął chłodny powiew nocy, zapach deszczu i huk pędzącego pociągu. Tknięty w jednej chwili złym przeczuciem lekarz poderwał się na równe nogi i ruszył w tamtym kierunku.
- Stój! - krzyknął.
Zdążył dostrzec jedynie skrawek przeciwdeszczowego płaszcza samobójcy, niknący w ciemności. W panice złapał za hamulec bezpieczeństwa i z całych sił szarpnął czerwoną rączkę. Rozległ się pisk hamulców.
* * *
- Jestem lekarzem! - zawołał Piołun, widząc nadbiegającego konduktora.
- Jasna cholera, wokoło tylko lasy. Pomoc nie przybędzie szybko - zawodził kierownik pociągu.
Wyskoczyli z wagonu i pognali peronem.
- Świeć pan latarką - nakazał lekarz. - Pod kołami!
Ciało leżało pod ostatnim wagonem. Było zmasakrowane, bezgłowe. Najbliższa rodzina zapewne by biedaka nie poznała. Facet zginął na miejscu.
Piołun przełknął ślinę. Wiele już w życiu widział, ale obraz, jaki miał teraz przed oczyma, mocno go poruszył. A potem krew odpłynęła mu z twarzy, bo usłyszał ten szept.
- Wilczyca... Wilczyca...
To słowo nie mogło przecież wydobywać się z gardła nieżyjącego. A jednak Piołun miał dziwne wrażenie, że tak właśnie było. Wyprostował się i badawczo spojrzał na konduktora.
- Słyszał pan coś?
Mężczyzna oblizał wargi. Jego twarz stała się jeszcze bardziej blada.
- Strumień. Górski strumień szumi - wyszeptał.
Obydwaj wiedzieli, że to nieprawda.
Doktor Jan Piołun nigdy nie dowiedział się, kim był ów ksiądz, który otwarł drzwi i zeskoczył wprost pod koła jadącego pociągu. Wówczas nie miał również pojęcia, jakie motywy mogły nim kierować. Pociąg musiał teraz stać, nie wiadomo jak długo, i czekać na przyjazd prokuratora mającego dokonać oględzin zwłok. Mogło to trwać kilka godzin, a może dłużej. Jeśli prawdą było to, co powiedziano mu o rzadko uczęszczanej trasie, urzędnik nie musiał się zbytnio spieszyć, aby wykonać swoją ponurą robotę.
Blady jak kreda konduktor poinformował Piołuna, że do stacji Wilczy Jar pozostało nie więcej niż kilkaset metrów. Ponieważ spoczywający pod kołami wagonu człowiek był ponad wszelką wątpliwość martwy, doktor oświadczył, iż nie będzie oczekiwał przyjazdu prokuratora.
- Nic tu nie pomogę.
- Musi pan zostać - zaoponował konduktor. - Jest pan świadkiem. Mogą chcieć znać szczegóły. Proszę nie odchodzić!
- Zapisze pan sobie moje imię i nazwisko oraz numer telefonu. Jeśli będą chcieli ze mną mówić, znajdą mnie.
- Ale...
- Nie ma sensu, abym czekał tu nie wiadomo jak długo. Proszę mnie zrozumieć, śpieszę się. Jest późno.
Kierownik pociągu mrugał jak szalony, ale wreszcie westchnął i ustąpił:
- W porządku. Niech będzie. Proszę jednak zachować najwyższą ostrożność.
- Ostrożność? - powtórzył lekarz.
- Nie chcemy mieć tu kolejnej tragedii. Należy trzymać się torów i pod żadnym pozorem nie zbaczać w las. Jest tu niebezpiecznie. Nie pierwszy raz jeżdżę tą trasą i swoje wiem. Niebawem powinien pan dostrzec blask lampy. To będzie stacja.
Pociąg, który Piołun zostawił za plecami, wysyłał w ciemność potężny snop jasnego, elektrycznego światła, tak że przed sobą widział własny wydłużony cień. Tory lśniły metalicznie w blasku reflektora, wytyczając drogę. Wokoło jednak panowała nieprzenikniona ciemność, a teren poniżej nasypu po obydwu stronach wypełniała mlecznobiała mgła, jakiej nigdy nie spotyka się w mieście. Jej opar zdawał się wypełzać na nasyp i spowijać go długimi mackami.
Po przejściu kilkuset metrów Piołun nadal nie dostrzegł stacji, a światło lokomotywy z trudem docierało w to miejsce. Zatrzymał się na chwilę i wydobył z plecaka solidną latarkę. Włączył ją. Szedł dalej przed siebie, aż w nikłym blasku dostrzegł zarys malutkiego peronu z popsutą lampą i tablicą informacyjną "Wilczy Jar".
Z otrzymanej w urzędzie gminy mapy wynikało, że do schroniska na Wilczycy od Wilczego Jaru powinien prowadzić czarny szlak. Początek tej trasy, przypominającej wijącego się pośród zarośli węża, znajdował się właśnie przy stacji kolejowej.
Musiał zatem spróbować dojść na piechotę do schroniska. Wokoło nie było żywej duszy, a nawet jeśli gdzieś w pobliżu znajdowała się wioska, nie wiedział, w którą stronę ma się kierować. To tylko parę kilometrów marszu - pocieszał się w duchu. Dam radę.
Rozglądał się uważnie po drzewach i na jednym z nich w blasku latarki spostrzegł oznaczony czarny szlak. Nieprzyjazna, kamienista ścieżka prowadziła w górę.
* * *
Po kilkunastu minutach marszu uznał, że trasa jest wymagająca i sprawia wrażenie rzadko uczęszczanej. Jego choroba była jak tykająca bomba. Póki co jednak czuł, że ze sprawnością fizyczną jest wszystko w porządku. Deszcz jakby zelżał - mogła to być jednak zasługa rozpościerających się nad ścieżką koron jodeł i świerków. Śliskie kamienie usuwały się spod jego butów z cichym łoskotem. Postrącane przez jesienne wichry połamane konary jakby celowo tarasowały przejście. Ciężki plecak nie ułatwiał marszu. Kilka razy Piołun musiał przeskakiwać po kamieniach, by przedostać się przez rwące strugi lodowatej wody spływającej ze szczytów gór. Gdzieś w bezkresnej, zdawałoby się, dali przebłyskiwały nikłe światełka odległych ludzkich siedzib.
Zatrzymał się na chwilę i właśnie wtedy opanowało go nagłe poczucie, że nie jest tu sam. Posłyszał dwukrotnie głośny trzask łamanej gałęzi. Gdzieś za nim, w oddali, z cichym łoskotem obsunęło się kilka kamieni. Być może było to jakieś zwierzę, zaniepokojone obecnością wędrowca na szlaku o tak nietypowej porze.
Ruszył żwawo, chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Piął się wciąż pod górę, aż napotkał wąski i stary drewniany most umieszczony na dużej wysokości ponad rwącym z hukiem w dole potokiem. Świecąc latarką, spostrzegł, że w moście brakuje wielu desek, a solidność jego wykonania pozostawia, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia. Najwyraźniej służby leśne nie przykładały się zanadto do swoich obowiązków. Niektóre z wyrw były tak duże, a drewno sprawiało wrażenie tak spróchniałego, że gdyby się zagapił i nieostrożnie postawił nogę, mógłby runąć dobre kilkanaście metrów w dół. Cóż za ironia losu - pomyślał. Noszę w sobie śmiertelną chorobę, a mogę zginąć w wyniku wypadku. Strumień w dole zdawał się śpiewać jakąś osobliwą melodię pełną zimnych dźwięków.
Ruszył więc ostrożnie, patrząc cały czas pod nogi. W ten sposób udało mu się pokonać niebezpieczną przeszkodę. Kiedy był już na przeciwległym skraju mostu, podniósł wzrok i stanął jak wryty. Poczuł się, jakby ktoś wylał mu za kołnierz wiadro lodowatej wody.
Tam, gdzie kończył się most i zaczynała dalej ścieżka, stał nieruchomo jakiś człowiek. Wpatrywał się w niego i wskazywał palcem.
Wilczyca.
To niemożliwe - pomyślał. Wyobraźnia jest wyobraźnią, niczym więcej. Trup jest trupem. To niemożliwe, by martwy samobójca, którego ciało leżało teraz pod kołami pociągu, był tutaj. A jednak postać stała tam i wpatrywała się w niego.
Tutaj pociągi jeżdżą tylko w jedną stronę. Ciemność nadchodzi znad gór.
Złowieszczo wyciągnięty w jego stronę palec groził, zdawał się mówić - odejdź. Uciekaj, póki jeszcze możesz! Opuść te strony!
Włosy niemal stanęły mu dęba. Drżącą dłonią skierował światło latarki w tamtym kierunku i trwał tak w bezruchu dobre kilkanaście sekund. Zrozumiał w końcu, że to, na co patrzy, to rodzaj nieco topornej, drewnianej rzeźby umieszczonej przez jakiegoś domorosłego, ludowego artystę.
Ochłonąwszy nieco, podszedł bliżej. Dopiero teraz zorientował się, że podobieństwo do samobójcy z pociągu jest wynikiem ciemności i jego własnego, nagłego strachu. W istocie rzeźba przedstawiała pokracznego starca o pomarszczonej twarzy, haczykowatym nosie i złym spojrzeniu, odzianego w długi płaszcz. Wyciągnięta ręka wskazywała w stronę mostu, jakby nakazując wędrowcy, który dotarł w to miejsce, natychmiastowy odwrót. Wcześniejsza, pobieżna lektura Legend i mitów słowiańskich zdawała się podsuwać możliwą odpowiedź. Wyobrażenie Ducha Gór, przybierającego postać groźnego starca, strażnika tych okolic.
Z niepokojem stwierdził, że światło latarki zaczyna przygasać. Nie było czasu na dalsze zastanawianie się. Podążył w górę, a ścieżka stawała się coraz bardziej niedostępna i zwodnicza. Parł jednak przed siebie, jak w transie. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest obserwowany, że las wie o jego obecności i w jakiś sposób zbliża się, napiera na niego, zmuszając do bezustannej wędrówki.
Kiedy uznał już, że zgubił drogę, wyszedł wreszcie na otwartą przestrzeń. Na twarzy poczuł dotyk zimnego wiatru. Znajdował się już na całkiem sporej wysokości. Wtedy na tle nocnego nieba o barwie ołowiu spostrzegł czarny zarys budynku. Brnąc przez wysokie, mokre trawy, pośpieszył prosto w jego stronę.
W ten sposób stanął u podnóża ponurego schroniska. Być może było to winą pogody, lecz wyglądało ono znacznie mniej przyjaźnie niż na fotografii załączonej do ogłoszenia o pracy. Budynek był w całości drewniany, nie licząc podmurówki z kamieni. Miał piętro i mocno spadzisty dach. Przywodził na myśl chatę złej czarownicy. Piołun ruszył w jego stronę, nie do końca pewien, czy rzeczywiście trafił we właściwe miejsce. Wyryty na umieszczonej ponad drzwiami belce napis "Schronisko na Wilczycy" nie pozostawiał jednak większych wątpliwości.
Wtedy spostrzegł, że w jednym z okien przesuwa się jakiś nikły blask, jak gdyby bijący od świecy. Zatrzymał się na moment i zadarł głowę. Ktoś był w budynku. Zapewne jakiś tymczasowy nadzorca schroniska lub ktoś oczekujący na jego przybycie. Ta ostatnia myśl napełniła go niezrozumiałym niepokojem, jakby "oczekiwanie na przybycie" wcale nie musiało oznaczać, że jest się mile widzianym gościem.
Podszedł do drzwi, kryjąc się przed ciężkimi kroplami deszczu pod niewielkim, drewnianym gankiem. Zastukał, najpierw cicho, a potem głośno. Nie było odzewu. Nacisnął klamkę i stwierdził, że drzwi są zamknięte. Z kieszeni spodni wydobył komplet kluczy, który otrzymał w urzędzie gminy. Chwilę mocował się z zamkiem, zanim mechanizm ustąpił.
Wewnątrz panowała cisza. Czuć było zapach kurzu i starości. Zlokalizował włącznik światła. Nacisnął go i, o dziwo, okazało się, że prąd jednak jest. W niewielkim przedsionku zapaliła się umieszczona pod sufitem żarówka bez klosza. Dlaczego więc ten, kto pałęta się nocą po schronisku, używa świecy? Było to nader dziwne.
- Halo! - zawołał głośno Piołun. - Jest tu kto?
Jedyną odpowiedź stanowiło monotonne stukanie deszczu o parapet. Czuł się coraz bardziej nieswojo. Był zupełnie sam na tym odludziu, a ktoś, kto był w schronisku, niekoniecznie musiał mieć dobre zamiary. Może to jakiś miejscowy włamał się tutaj, wiedząc, że budynek od dłuższego czasu pozostaje bez opieki? Niekoniecznie musiał dostać się przez drzwi. Równie dobrze mógł wybić okno.
- Wiem, że tu jesteś! - zawołał groźnie lekarz. - Widziałem świecę!
Nasłuchiwał. Wszedł dalej, lokalizując włączniki i zapalając kolejne światła. Z przedsionka wchodziło się do sporej sali, w której znajdował się drewniany bar oraz kilka drewnianych stolików z ławami. Na ścianach wisiały poroża jeleni oraz stare czarno-białe fotografie, przedstawiające turystów w archaicznych strojach z początków dwudziestego stulecia. W kącie stały zakurzone drewniane narty i rakiety śniegowe.
Po skrzypiących, drewnianych schodach wdrapał się na pięterko. Odkrył cztery małe pokoje z łóżkami, krzesłami i szafami. Nagle drgnął. Gdzieś z dołu dobiegł głośny łoskot. Zbiegł po schodkach. Na ścianie dostrzegł solidną, góralską ciupagę. Zdjął ją i ujął w dłonie, głównie po to, by dodać sobie animuszu.
- Daję ci ostatnią szansę! - zawołał. - Jeśli zaraz nie wyjdziesz, wezwę policję!
To była mało realna groźba. Nie znał jeszcze dobrze okolicy, był jednak przekonany, że jakiekolwiek służby porządkowe mogłyby dotrzeć tutaj najszybciej w ciągu kilku godzin. Ciągle padało, leśne drogi były rozmokłe, a najbliższy posterunek znajdował się zapewne wiele kilometrów stąd. Musiał liczyć na siebie.
Stojąc w jadalni, spostrzegł drewniane drzwi, na które w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi. Otworzył je i zobaczył prowadzące w dół wąskie schody. Piwnica. Pstryknął włącznik światła. Na próżno. Postukał w latarkę, która rozbłysła resztkami światła. Lepsze to niż nic. Z bijącym mocno sercem i ciupagą uniesioną do ciosu ostrożnie zszedł na dół.
Pomieszczenie nie było duże. W całości wypełniały je półki zastawione długoterminowymi zapasami żywności i narzędziami. Nie było tam żywej duszy, więc wrócił na górę.
Wyjrzał jeszcze na zewnątrz. Pomyślał, że blask świecy mógł być tylko złudzeniem, a hałas spowodował jakiś przedmiot, który po prostu się przewrócił. Rozejrzał się uważnie, ale oprócz kilku metrów kwadratowych kamienistego podwórza i strug deszczu nie udało mu się niczego zobaczyć. Zamknął się od środka, zasuwając solidny rygiel. Noc postanowił spędzić w jednym z pokoi na piętrze.
Ponieważ był bardzo zmęczony, szybko zapadł w sen.
Minęła dziesiąta, kiedy się obudził. W mięśniach łydek nadal czuł ból. To minie - pomyślał. Wraz z nastaniem nowego dnia wstąpił w niego pewnego rodzaju ostrożny i przekorny optymizm. Wtedy po raz pierwszy przyszło mu do głowy, jak bardzo zmieniła go świadomość nieuleczalnej choroby. Przeszedł różne etapy wewnętrznej walki, od wściekłości i samooszukiwania aż po chłodną obojętność. Teraz jednak poczucie nieuchronnego końca paradoksalnie sprawiało, że chciał żyć. Za wszelką cenę chwytać każdą chwilę. Właściwie bez radości, raczej z drapieżną zachłannością.
Spojrzał w okno. Wyglądało na to, że deszcz ustał.
Leżąc w łóżku, rozmyślał o okolicznościach, w jakich się tu znalazł.
Zostawił za sobą wszystko, w pełnym tego słowa znaczeniu, całe swoje dotychczasowe życie. Nie miał zbytniego wyboru. Wszystko zaczęło się od diagnozy, która potwierdziła to, co już i tak przeczuwał, uświadomiła, że zegar idzie szybciej, niż sądził, a piasek w klepsydrze kończy się. To było wręcz niewyobrażalne. Akceptował śmierć, spotykał się z nią często, ale nie wierzył, podobnie jak większość z nas, że może ona dotknąć jego samego. Bo przecież ja to ja. Śmierć mogła przytrafiać się innym, ale przecież nie jemu. Nie potrafił poradzić sobie ze świadomością, że może kiedyś znaleźć się w ciemnym grobie i... tak po prostu zniknąć.
Nie wierzył w życie pozagrobowe. Wielokrotnie jednak zastanawiał się nad tym, czym jest śmierć. Oczywiście znał jej definicję z medycznego punktu widzenia. Ustanie wszelkich oznak życia, śmierć mózgu. A jednak wiedział, że nie jest to właściwa odpowiedź, że nie jest ona pełna. Gdy myślał o śmierci, przemawiała ona do niego za pomocą rzeczy trywialnych i to było najbardziej przerażające. Dajmy na to, uświadamiał sobie pewnego poranka, że po śmierci nigdy więcej nie poczuje smaku kawy. Nigdy już nie usłyszy odległego dzwonka tramwaju jadącego przez Poznań. Nie przeczyta ani jednej książki. Koniec i kropka. Lodowaty strach wpełzał wtedy w jego wnętrze, a w nim wzbierał bezgłośny krzyk - chcę żyć! Chcę żyć, za wszelką cenę!
Tymczasem jednak zaczął szukać pociechy nie w metafizyce, lecz w wódce. Przyłapano go najpierw na dyżurze. Pacjent wezwał policję, a Piołun został zwolniony z pracy w trybie natychmiastowym, nieodwołalnym i definitywnym. To jeszcze bardziej go pogrążyło. Nie potrafił zrezygnować z alkoholu, nawet po tym zdarzeniu. Wręcz przeciwnie, przytłoczony jarzmem poczucia winy rozpijał się z dnia na dzień, w zastraszającym tempie popadając w kołowrót alkoholowych ciągów. Nie mam przecież już nic do stracenia - powtarzał sobie. Stawał się gniewny i wybuchowy. Pewnego razu, włócząc się po pijaku nocą, przysnął na ławce w poznańskim parku. Gdy się obudził, był brudny i rozczochrany. Nad nim stał policjant, bezceremonialnie szarpiąc go za ramię. Na domiar złego spostrzegł wielką plamię moczu na swoich spodniach i ten widok, odrażający i niemal symboliczny, wstrząsnął nim do głębi. Jestem moim ciałem - uświadomił sobie po raz pierwszy w życiu. Jestem moim ciałem i niczym ponadto.
Żona Matylda zabrała ich trzynastoletnią córkę Maję do rodziców. Tak niczym domek z kart rozpadła się rodzina Piołuna. Wyprowadziły się od niego po kolejnej awanturze, jaką urządził w pijackim amoku. Ja wam wszystkim pokażę - myślał wtedy. Znów wrócił do swojego dawnego nałogu, hazardu. Coraz częściej odwiedzał poznańskie kasyna. Stawiał coraz większe sumy pieniędzy i... przegrywał, pogrążając się jeszcze bardziej. Zapożyczył się w banku, a że nie mógł znaleźć szybko pracy, jego długi wciąż się powiększały. Niebawem mógł pojawić się komornik.
To już koniec - pomyślał. Sam zniszczyłem wszystko, co przez tyle lat budowałem z wielkim trudem i tak bardzo kochałem. Wtedy, przeglądając Internet, spostrzegł tamto ogłoszenie. Zaintrygowało go.
Poszukiwano kogoś, kto mógłby zaopiekować się schroniskiem poza sezonem turystycznym. W dodatku już podczas rozmowy telefonicznej zapewniono Piołuna, że na miejscu są dobre warunki. Budynek był wyposażony w system centralnego ogrzewania, zapas opału, a także duże rezerwy żywności, które należało tylko od czasu do czasu uzupełniać. Poinformowano go, że umowa może zostać przedłużona, nawet na czas nieokreślony, "jeśli się sprawdzi". Nie będzie takiej potrzeby - pomyślał chirurg. Umrę, patrząc na góry. Kiedy sam zdecyduję. Zanim zapomnę, kim jestem, i zacznę robić pod siebie w pieluchy.
Po osobistej wizycie w urzędzie gminy uznał, że propozycja jest sensowna. Jedzenie i nocleg miał za darmo. Do tego dochodziła skromna, ale wystarczająca do utrzymana pensja, która co miesiąc miała wpływać na konto. Wyglądało na to, że oprócz sporadycznej pracy fizycznej przy ewentualnych drobnych naprawach i porządkach nie będzie miał zbyt wiele do roboty. Schronisko należało do stosunkowo rzadko odwiedzanych, szczególnie po przejściu lipcowo-wrześniowej fali turystów.
Oczywiście, nie zdradził się przed pracodawcą ze swoim wykształceniem. Wiedział, że spowodowałoby to lawinę niewygodnych pytań. Zamiast tego wylegitymował się dyplomem ukończenia szkoły średniej oraz pochwalił, że świetnie zna język niemiecki, co było zgodne z prawdą. Na pytanie o dotychczasowe miejsca zatrudnienia odpowiedział przekonująco, że częściowo pracował "na czarno" za granicą, w Irlandii, a częściowo zajmował się tłumaczeniami na umowę zlecenie, przy czym to ostatnie nawet pokrywało się z rzeczywistością. Urzędnik nie był zbyt dociekliwy.
Doktor Piołun otrząsnął się z rozmyślań, wstał z posłania i zszedł na dół, chcąc poznać wszystkie sekrety nowego miejsca. Uświadomił sobie, że czeka go wiele pracy. Jeśli uważacie, że takie stwierdzenie nie pasuje do osoby nieuleczalnie chorej, oznacza to, że nie spotkaliście jeszcze nikogo takiego na swojej drodze. Świadomość bliskiej śmierci u takich ludzi sprawia, że niejednokrotnie stają się pełnymi energii pracoholikami. Tak też było w przypadku Piołuna. Praca pełniła jeszcze jeden cel. Nie pozwalała za dużo rozmyślać, a on wręcz rozpaczliwie musiał zająć umysł czymś innym.
Schronisko wyglądało na dawno nieodwiedzane. Zapewne przez wiele tygodni nikt tu nie sprzątał. Zszedł na dół i przygotował sobie śniadanie. Spiżarnia wyposażona była w chłodnię, która pracowała bez zarzutu. Znalazł w niej mięso, frytki, warzywa i owoce, wszystko skute lodem. Na półkach znajdowała się herbata, kawa, puszki skondensowanego mleka, konserwy mięsne i rybne, a także duża ilość sucharów, które mogły na pewien czas zastąpić brak świeżego pieczywa. Słowem, było tu wszystko, czego potrzebował.
Poszedł do niewielkiej łazienki na parterze, wziął prysznic i przyrządził sobie śniadanie, nie zapominając o mocnej kawie. Postanowił, że dzisiejszy dzień poświęci na rekonesans okolicy. Zdecydował też udać się do najbliższej miejscowości, by zaopatrzyć się w świeże pieczywo oraz poszukać niejakiego Plichty, o którym wspomniano mu w urzędzie gminy. Miał to być starszy pan z wioski Przygórze, miejscowy, który dobrze orientował się w sprawach zaopatrzenia schronisk.
Było jeszcze przed południem, kiedy ruszył w stronę tej niewielkiej miejscowości. Wokoło roztaczały się zapierające dech w piersi górskie krajobrazy.
* * *
Przygórze było wioską z kilkoma krzyżującymi się drogami i niewielkim, malowniczym kościółkiem z małą wieżyczką i czerwonym, spadzistym dachem. Kiedy schodził z górskiego szlaku, wiatr rozegnał już całkiem chmury. Okoliczne lasy prezentowały się niemal królewsko w jesiennej, wielobarwnej szacie. Miał nadzieję, że taka pogoda utrzyma się jak najdłużej przed nieuchronnym nadejściem ponurych, zimowych zawieruch. O dom pana Plichty zapytał jadącą na rowerze kobietę.
Był to niewielki, zadbany, parterowy domek. Prezentował się sielankowo na tle gór otoczonych jeszcze łagodną mgiełką wczesnego dnia. Piołun podszedł do furtki i zadzwonił. Natychmiast w jego stronę podbiegł głośno ujadający jamnik. W domu otwarły się frontowe drzwi i na werandę wyszedł solidnie zbudowany mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, lekko utykający na jedną nogę.
- Cicho, Janosik! - skarcił psa. - Niech się pan nie boi. On ludzi nie gryzie, ale łobuz z niego straszny, każdego przestraszy swoim ujadaniem, a nie ma psa w okolicy, który wszedłby mu w paradę. Dlatego nazwaliśmy go Janosikiem, bo nie lada z niego rozbójnik. Pan szanowny w jakiej sprawie?
- Jestem nowym opiekunem schroniska. Szukam pana Plichty. Polecono mi się z nim skontaktować. Podobno wie wszystko o zaopatrzeniu i, jak się to mówi, zna kogo trzeba.
- Witam - odrzekł mężczyzna, mierząc go wzrokiem. - To ja.
Otwarł furtkę i złapał dłoń lekarza w mocny uścisk. Sprawiał wrażenie człowieka gościnnego, otwartego i odrobinę ciekawskiego.
- A jakiego schroniska? - zapytał
- Wilczycy.
Przez twarz górala przemknął nagły cień, jakby na moment słońce skryło się za chmurami. Odwrócił wzrok. Trwało to krótką chwilę, po czym na jego ustach zagościł wymuszony uśmiech. Przyjrzał się gościowi jakoś nieufnie, z ukosa, a może i z przestrachem.
- Wejdź pan. Na chwilę - rzucił. - Nie mam za dużo czasu.
Ruszył w stronę domu. Piołun pośpieszył za nim. Przywitał się grzecznie z żoną Plichty. Mogła mieć około pięćdziesiątki. Chociaż nie była już pierwszej młodości, zachowała całkiem niezłą figurę. Kiedyś musiała być bardzo ładną dziewczyną.
- Mam na imię Lena - przedstawiła się ciepłym głosem, po czym dodała: - Zapraszam na herbatę i ciasto. A może coś mocniejszego? Mamy świetną wódkę, śliwówkę.
- Chętnie - przystał ochoczo Piołun. - Jeden, dwa kieliszeczki. Więcej nie powinienem!
Pokój, w którym się znalazł, był umeblowany w sposób tradycyjny. Pachniało w nim drewnem. Pośrodku stał duży stół z krzesłami przeznaczonymi dla gości. Przeszklona szafa wypełniona była różnego rodzaju bibelotami, począwszy od drewnianych figurek, a na oprawionych w ramki rodzinnych zdjęciach skończywszy. Na ścianach wisiały święte obrazy, portret papieża Polaka, a na niewielkiej umieszczonej przy jednej ze ścian komodzie stał metalowy krucyfiks. Gospodarzy musiała cechować duża religijność. Doktor zauważył też podwieszony pod sufitem duży pęk czosnku.
- A to - zażartował - na zdrowie czy na wampiry?
- Nawet pan tak nie mów - uciął Plichta, jakby lekarz rzekł coś nie w porę i zupełnie nieśmiesznego.
Żona gospodarza uwinęła się szybko i dosiadła do nich. Widać herbata była już przygotowana w dzbanku. Na dokładkę pojawiło się zapowiadane ciasto. Wszystko było tu swojskie, zwyczajne, oprócz miny gospodarza. Od kiedy Piołun wspomniał o Wilczycy, ten sprawiał wrażenie wyraźnie zbitego z tropu. Milczenie, jakie zapanowało, szybko stało się kłopotliwe.
- Widzi pan - zagaił rozmowę Piołun - jestem tu nowy. Nie mam doświadczenia w sprawie schronisk. Z tego, co zdążyłem się zorientować, budynek jest w dobrym stanie technicznym, spiżarnia jest pełna. Wypada tylko czekać na gości.
Porozumiewawcze spojrzenia pana Plichty i jego żony skrzyżowały się ponad stołem.
- Turystów to za wielu tam nie zachodzi - stwierdził ogólnikowo gospodarz.
- Jak to? - zdziwił się Piołun. - Okolica piękna, szlak, wokoło tyle tajemnic i ciekawych miejsc... Pewnie w sezonie jest ich tu mnóstwo.
- I tak, i nie - oświadczył enigmatycznie Plichta. - Chyba że kto zamiejscowy, a i wtedy...
Postawa gospodarzy zaczynała Piołuna irytować. Wpatrywali się w niego z jakąś dziwną mieszaniną nieufności i zatroskania. Czyżby ze schroniskiem było coś nie w porządku? Pomyślał, że może któryś z tutejszych starał się o tę posadę i mu odmówiono. Teraz są zwyczajnie niezadowoleni, że pieczę nad "ich" schroniskiem przejął przyjezdny.
- A tak w ogóle, to czym pan się zajmuje? - spytała pani Lena. - I skąd pomysł, żeby brać się za taką ciężką pracę?
- Czy taka ciężka, to się dopiero okaże - odparł lekarz. - Jestem przygotowany, proszę się o to nie martwić. Przyjechałem z Poznania, pracowałem między innymi jako tłumacz, ale... postanowiłem spróbować czegoś nowego.
- Dlaczego akurat tutaj? - mruknął Plichta, mieszając w zamyśleniu herbatę łyżeczką.
- To proste - wyjaśnił uprzejmym głosem Piołun. - Szukałem ciekawej pracy. Lubię góry. Natrafiłem na ogłoszenie w Internecie, odezwałem się i... tak wyszło. Jak to w życiu bywa.
- Niech mnie pan posłucha - powiedział nagle Plichta. Spojrzał na Piołuna twardo, z kamienną, pobladłą twarzą. - Dam panu dobrą radę. Niech pan odpuści sobie to schronisko. Niech pan wraca do Poznania i poszuka innej pracy. To wielkie miasto, podobno z najniższym bezrobociem w kraju.
W tych słowach czaiło się ostrzeżenie, a nawet groźba. Czyżby aż tak nie znosili tu przyjezdnych? Piołun początkowo nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć.
- Przestań - zrugała Plichtę żona. - Tak nie można.
- Można. - Mężczyzna zdenerwował się.-Za dużo tu się zdarzyło. Trzeba by to schronisko zrównać z ziemią buldożerami.
- Można wiedzieć - zapytał doktor - co jest tam takiego złego?
- A nic - żachnął się Plichta. - Nic co mogłoby interesować kogoś takiego jak pan. Po prostu jest tam niebezpiecznie. I tyle.
- To bardzo niemiłe. - Pani Lena wstała od stołu, stanęła za mężem i położyła mu rękę na ramieniu, chcąc go uspokoić. Na niewiele się to jednak zdało. Twarz mężczyzny nabiegła nagle niezdrowym rumieńcem, widać było, że toczy go jakiś wewnętrzny gniew i bezsilność.
- Sam pan musisz zdecydować - powiedział w końcu. - Ja nawet mogę coś pomóc. Nie to, że nie chcę. Ale pod jednym warunkiem.
Doktor spojrzał na niego pytająco. Plichta zamilkł na chwilę, jakby ważąc słowa, i stwierdził:
- Nie podejdę bliżej do schroniska jak na sto metrów. Podwiozę wszystko, co będzie trzeba. Dalej musisz pan radzić sobie sam. I zapamiętaj pan sobie, zrobię to tylko za dnia. Nawet nie o świcie. Nie o zmroku. W samiutkie południe, kiedy będzie widno jak cholera. Żadnej innej roboty przy tym schronisku się nie podejmę.
Piołun nie był pewien, czy dobrze zrozumiał. Widział, że żona Plichty również czuje się nieswojo i usiłuje zmitygować męża. Widocznie starszy pan nie czuł się aż tak dobrze, jak wskazywał jego wygląd i postura. Może nawet miał coś nie tak z głową.
- W porządku - oświadczył Piołun, wstając z krzesła. - Nie będę zabierał państwu więcej czasu. Skontaktuję się w razie potrzeby.
Plichta nawet nie drgnął. Nie podniósł się z krzesła. Wpatrywał się tylko w okno i jakby gdzieś w głąb własnych myśli i wspomnień.
- Zamykaj pan dobrze drzwi - doradził nagle. - Zwłaszcza po zmroku. Nie otwieraj pan nikomu. Jeśli coś pan zobaczysz, coś dziwnego, poczujesz drgania, usłyszysz jakieś głosy, zobaczysz światła, wiej pan ile sił w nogach. I nie kop pan w ziemi pod żadnym pozorem. Licho wie, co możesz pan znaleźć.
Lekarz zastygł na chwilę. Nie wiedział, co odpowiedzieć na tak dziwne słowa. W głowie kotłowały mu się różne sprzeczne myśli. To było już drugie, wliczając samobójcę z pociągu, ostrzeżenie skierowane pod jego adresem.
- Będę na siebie uważał - zapewnił, starając się, by jego głos brzmiał pewnie i silnie.
Plichta uśmiechnął się smutno pod nosem.
- Wiesz pan, co się stało z poprzednim gospodarzem? Tego już nie powiedzieli, prawda?
Piołun zaprzeczył delikatnym ruchem głowy.
- Szukają go. Zniknął parę tygodni temu. Nikt nie wie, co się z nim stało.
Medyk przełknął ślinę. To było idiotyczne, ale w głowie kotłowało mu się tylko jedno słowo, słowo wypowiedziane przez księdza samobójcę: wilczyca, wilczyca, wilczyca.
- Na mnie już czas - oświadczył, wstając od stołu.
Pani Lena odprowadziła go do furtki.
- Proszę się nie przejmować mężem. Wiele przeszedł. To dobry, uczynny człowiek. Straciliśmy wnuczka, Jacusia, który zgubił się w tych lasach. Stało się to dziesięć lat temu, ale od tamtego czasu nie jest już sobą. Zresztą ja również. - W jej oczach zalśniły łzy.
- Przykro mi - wymamrotał Piołun. - Nie będę...
- Nie - weszła mu w słowo kobieta. - Zawsze jest pan mile widzianym gościem. Mąż wesprze pana w każdej potrzebie. Musi pan tylko przyjąć jego reguły gry. Z jakiegoś powodu panicznie boi się schroniska na Wilczycy i nie chce się do niego zbliżać. Zresztą nie on jeden. Żaden miejscowy tam nie pójdzie. Dzieci opowiadają niestworzone historie na temat tego miejsca. Podobnie jak starcy.
- Czy... ten lęk ma jakieś podstawy? - Piołun postanowił spróbować jeszcze czegoś się dowiedzieć. - Skoro mówi pani, że nie on jeden...
- Mamy tu bardzo wiele legend - zawahała się pani Lena. - Jedna dziwniejsza od drugiej, i czasem sama nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Ale oprócz legend jest jeszcze coś. Okolica rzeczywiście nie należy do bezpiecznych.
- To rozumiem - oświadczył lekarz. - Szlaki bywają groźne, zwłaszcza te trudniejsze. Ale dlaczego niby Góry Sowie miałyby być pod tym względem szczególne? Jestem pewien, że w Tatrach jest dużo łatwiej o wypadek.
- Jeszcze niewiele pan wie - wyjaśniła pani Lena, ujmując go delikatnie za ramię i ściszając głos. - Rada męża, choć może niezbyt miła, była życzliwa. Kłopot w tym, że nie możemy o tym rozmawiać. Niech pan przemyśli jeszcze raz, czy rzeczywiście chce mieszkać w tym schronisku.
Piołun uznał, że niewiele uda mu się dowiedzieć. Kobieta albo nie chciała, albo rzeczywiście bała się mówić. Nagle naszła go ochota, by zadać jeszcze jedno pytanie.
- Czy... tutaj są wilki?
Pani Lena nagle pobladła.
- Dlaczego pan pyta właśnie o to?
- Tak po prostu, z czystej ciekawości.
Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę.
- Wilki nas nie interesują - odparła z niepokojem w głosie. - Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Nic o nich nie wiemy. I nie chcemy wiedzieć. Muszę już wracać do męża. Do widzenia.
Nieopodal domu Plichty był sklep spożywczy o nazwie "Cho No Tu", w którym zakupił środki higieny osobistej, pieczywo i "Echo Wałbrzycha". Następnie ruszył z powrotem na szlak prowadzający w stronę Wilczycy. W miarę jak piął się coraz wyżej, widoki stawały się coraz bardziej niecodzienne. W mieście patrząc na niebo, można określić pogodę w sposób dość jednoznaczny. Jest albo słonecznie, albo pochmurnie, pada deszcz lub nie. Obowiązuje tam logika zero-jedynkowa. Tutaj było zupełnie inaczej. Od strony dalekich masywów górskich, które przybierały kolor głębokiej zieleni, sunęły postrzępione, ołowiane chmury. W dolinach widać było malutkie, przycupnięte u stóp gór skupiska domków. Zalegała tam delikatna mgła i prawdopodobnie padał deszcz. Po prawej stronie świeciło słońce, a niebo było prawie bezchmurne.
Zatrzymał się na chwilę, by odetchnąć czystym, górskim powietrzem. Starał się ustalić kierunek wiatru. Stwierdził, że wieje z lewej strony, skąd nadchodziły chmury. A zatem zbliżała się zmiana pogody. Przyśpieszył kroku, aby zdążyć do schroniska przed ulewą.
* * *
Wraz z zapadnięciem zmroku Piołun na wszelki wypadek zaryglował dokładnie drzwi wejściowe. W myślach przeanalizował stan bezpieczeństwa budynku i z zadowoleniem stwierdził, że jest on solidny i nie ma się czego obawiać. Drzwi wykonane były z grubych, drewnianych bali wzmocnionych dodatkowo żelaznymi, ozdobnymi okuciami. Nie dałoby się ich rozbić ani wyłamać bez sporego hałasu. Zamek był dość dobry, patentowy.
Parterowe okna o drewnianych framugach były niewielkie i wyglądały na mocne. Znajdowały się również dość wysoko, patrząc od zewnętrznej strony budynku. Podszedł do jednego z nich i wyjrzał na zewnątrz. Było ciemno i udało mu się dostrzec zaledwie migoczące, odległe światełka dalekich wiosek. Brakowało lampy przed schroniskiem, i to był słaby punkt. Nieproszony gość mógł podejść całkiem blisko niezauważony. Poza tym schronisko powinno być oświetlone, widoczne z daleka, chociażby po to, by wskazywać drogę turystom.
Znów zasiadł do laptopa i spróbował połączyć się z Internetem. Niestety, tym razem bezskutecznie. Zerknął na swój telefon. Ten również utracił zasięg.
Wewnątrz drewnianego budynku panowała cisza. Za oknem narastały gwałtowne podmuchy wiatru. Piołun zawsze lękał się wietrznych nocy. Krople deszczu zaczęły uderzać w szyby z łoskotem, jakby rozgniewane. Uchylił nieco okno, by wpuścić do środka trochę rześkiego powietrza. Wówczas to usłyszał. Szelest czegoś przesuwającego się w wysokiej, mokrej trawie. Nadstawił uszu. Równie dobrze mogło to być złudzenie. Odgłos jednak powtórzył się, tym razem znacznie bliżej, jakby pod samym oknem. Piołun cofnął się gwałtownie. Odniósł wrażenie, że w ciemności dostrzega jakiś jasny kształt, jednak zaraz znikł on z pola widzenia.
- Jest tam kto? - zawołał w ciemność zduszonym głosem.
Nikt nie odpowiedział. Odgłos ucichł. Czekał jeszcze chwilę, niepewny, co począć. W końcu uznał, że mogło to być cokolwiek; jakieś zwierzę przemykające w pobliżu? Wzrok również lubi płatać figle, jak niejednokrotnie się o tym przekonał. Wzruszył ramionami i starannie zamknął okno.
Nawiedzone schronisko - pomyślał. Dobre sobie! Opowieści wymyślone na potrzeby turystów i podsycane przez dziecięcą wyobraźnię oraz plotki miejscowych staruszków. Nie wierzył w duchy. Wiele razy był świadkiem śmierci ludzi i ani razu nie wyczuł, nie dostrzegł chociażby w najlżejszy sposób opuszczającej ciało duszy. A samobójca? Odrzucił z gniewem tę myśl. To musiało być wywołane stresem złudzenie. Zmarli nie mówią.
Udał się do pokoju na górze i położył na łóżku. Zapalił niewielką lampkę. Wsłuchiwał się w odgłosy deszczu spływającego po szybach oraz w gwałtowne podmuchy wiatru, które zdawały się narastać z każdą chwilą. Ten wiatr wyczyniał tutaj istne cuda. Świstał wokoło drewnianego schronienia niby lasso. Lekarz pomimo tego, że znajdował się w zamkniętym budynku, wyczuwał krzyżujące się w powietrzu zimne prądy powietrza. Nagle Piołunowi zdało się, że słyszy jakiś jęk lub odległe zawodzenie. Pomyślał, że to wiatr. Na tych rozległych, opustoszałych górskich przestrzeniach to było zupełnie normalne.
Może powinien zrobić to już teraz? Po co czekać? - pomyślał. Wystarczyło nabrać do strzykawki odpowiednią ilość morfiny i wykonać zastrzyk. Ktoś po kilku dniach znajdzie ciało - dumał dalej. To nie powinno boleć. Ot, zasnę i tyle.
Zabrakło mu jednak odwagi. Naszły go dziwne myśli i wątpliwości. Śmierć istotnie mogła być końcem wszystkiego. Stanem, którego zaznaliśmy - o ile w ogóle w tym kontekście można mówić o zaznawaniu czegokolwiek - zanim przyszliśmy na świat. Nie można smucić się swoją śmiercią, kiedy już się nie istnieje. Nie ma wówczas znaczenia, jak się umarło. Koniec. Kropka. Cmentarna marmurowa płyta z imieniem, nazwiskiem i kilkoma liczbami oraz zdjęciem człowieka, którego już nie ma. Nie mógł być tego jednak pewien, i w tym tkwił szkopuł. Założył z góry, że świat jest w jakimś sensie prosty, a on wcale nie musiał przecież taki być. Na studiach medycznych Piołun dowiedział się, że życie jest niezwykle skomplikowanym procesem. Była to jednak wiedza rozbita na drobne części, dziesiątki zastanawiających wzmianek wymykających się niejako od czasu do czasu wykładowcom: "nie wiemy do końca, czym jest świadomość", "nie mamy pojęcia, skąd komórki właściwie wiedzą, jakie miejsce w przestrzeni mają zajmować, tworząc ludzkie ciało", "trudno zgadnąć, jak mogło dojść do tak nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, który umożliwił powstanie życia", "jest rzeczą z gruntu niewytłumaczalną, że procesy biochemiczne mające charakter przyczynowo-skutkowy mogą w ogóle zachodzić, skoro każda przyczyna dzieje się w przeszłości, a przeszłość nie istnieje". Niemniej nigdy nie połączył tych pytań w jakąś sensowną całość, możliwe nawet, że ludzie, którzy wypowiadali te poszczególne uwagi, sami nigdy nie zastanawiali się nad ich głębszym sensem.
Teraz jednak jakiś wewnętrzny głos usiłował mu coś powiedzieć. Jakaś myśl dojrzewała w głębi, niczym nasionko rośliny, uwięzione jeszcze głęboko pod warstwą skutej lodem ziemi.
Wówczas dostrzegł zawieszone na wprost łóżka zdjęcie, na które wcześniej nie zwrócił uwagi. Wpatrywał się w nie przez chwilę, aż w końcu uznał, że jest na tyle intrygujące, by przyjrzeć mu się dokładniej. Wstał więc i podszedł bliżej.
Na zdjęciu widniało schronisko na Wilczycy w olśniewającej, wiosennej szacie. Zdjęcie było co prawda czarno-białe, ale rozkład światłocieni świadczył, że wykonano je przy doskonałej pogodzie. Budynek wyglądał inaczej niż obecnie, sprawiał wrażenie starannie i świeżo odremontowanego, a jednak było to bez wątpienia właśnie to schronisko, w którym obecnie się znajdował.
Na tle budynku stał młody mężczyzna w garniturze. Miał sympatyczną, przystojną twarz, szlachetny prosty nos, włosy zaczesane gładko do tyłu. Piołun miał wrażenie, że osobnik ze zdjęcia przygląda mu się wnikliwie, a jego wąskie usta rozchylają się w delikatnym uśmiechu. On mnie widzi - przemknęło lekarzowi przez myśl. W jakiś sposób widzi mnie poprzez te wszystkie lata.
Zamrugał gwałtownie i odsunął się nieco w tył. Złudzenie znikło. Mężczyzna znów tkwił na swoim miejscu, w dobrze skrojonym garniturze, z nieruchomym wzrokiem wbitym w przestrzeń, uwięziony w chwili, którą uchwyciła migawka aparatu.
Medyk zgasił światło, licząc na to, że zaśnie. Samobójstwo mogło poczekać. Śmierć jest cierpliwa. Długo jednak przewracał się w pościeli, a wiatr za oknami nucił swoje obłąkańcze melodie. Doktor stwierdził, że lepiej będzie ich nie słuchać i nakrył głowę poduszką.
Gdy zasnął, śnił przedziwne koszmary, jakich jeszcze nie miewał. Zaczynały się one od wędrówki poprzez budzące grozę, nieskończenie rozległe równiny, pogrążone w ciemnościach i kłębach czarnego dymu, zdającego się sięgać aż do odległych gwiazdozbiorów. Piołun odniósł wrażenie, że znajduje się w miejscu rzeczywiście istniejącym, tylko że zatrważająco dawno temu, lub takim, które dopiero będzie istnieć, gdy o ludziach nikt już nie będzie pamiętał. Miejsce to napełniało go dławiącym strachem. Szedł jednak dalej, nie widząc niemal niczego, pozbawiony jakichkolwiek punktów orientacyjnych prócz przysłanianych raz za razem poprzez kłęby czarnego dymu gwiazd oraz przypominającego wąwóz tworu, lekko podświetlonego dziwnym blaskiem. Lękał się, że lada chwila runie w jakąś straszną przepaść i będzie tak spadał, bez końca. Wówczas poczuł wibrację, jak gdyby przenikającą wszystko, co istnieje, wprawiającą w drganie ziemię oraz jego własne ciało. Wiedział skądś, że źródło tej wibracji znajduje się w podświetlonym wąwozie, lękał się jednak pójść w tamtym kierunku. W pewien sposób przeczuwał, że to, co mógłby tam zastać, nie powinno zostać przenigdy ujrzane przez ludzkie oko.
Przebudził się gwałtownie w przekonaniu, że nie jest w pokoju sam. Było to coś w rodzaju magnetycznego promieniowania lub dotyku spojrzenia. Nie miał pojęcia, która może być godzina. Wiatr za oknem ucichł i teraz w całym schronisku panowała złowieszcza cisza. Przez okno do wnętrza sączył się trupi blask księżyca w pełni. W pokoju było zimno, bardzo zimno, jak w chłodni lub kostnicy.
Wsłuchiwał się w ciszę panującą w schronisku i starał się wyłowić jakieś odgłosy. Wtedy posłyszał ciche stuknięcia i szuranie dobiegające gdzieś z dołu. Przez chwilę nic się nie działo, a on zastanawiał się, co robić. Nagle do jego uszu dobiegło ciche trzeszczenie drewna, jakby ktoś bardzo powoli, lecz nieustępliwie wspinał się na górę, zbliżał do pokoju, w którym nocował.
Podniósł się gwałtownie na łóżku, czując, jak mocno wali mu serce. Ktokolwiek dostał się do środka, zrobił to niepostrzeżenie, gdy on spał.
Wtedy ujrzał go nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, jak stoi nieruchomo w kącie pokoju. Piołun nie potrafił dostrzec jego twarzy, ponieważ była skryta w ciemności. Czuł jednak, że człowiek ów wbija w niego wzrok. Widział nienaganny, czarny mundur ozdobiony lśniącymi srebrem symbolami SS. Biła od niego niemal namacalna groza. Pozbawiony litości pan życia i śmierci. Kim był? Co tu robił?
Przybysz postąpił o krok w jego stronę. Piołun krzyknął z przerażenia. Jakimś cudem udało mu się zapalić nocną lampkę i światło wypełniło pokój.
Wtedy obudził się powtórnie, tym razem naprawdę. Za oknem nie było już nocy, świtało, a po okiennej szybie spływały krople deszczu. Przez chwilę próbował się uspokoić i z trudem łapał oddech. A więc wszystko było zaledwie snem, majakiem. Niczym więcej.
Zerknął na ścianę i poczuł, jak w żołądku formuje mu się chłodna kula strachu. Fotografia wisiała tam nadal. Mężczyzna uwieczniony na niej stał przed schroniskiem, a niebo na zdjęciu było zasnute ciemnymi chmurami. Nie miał na sobie już garnituru, lecz mundur SS.
Musiało mi się przewidzieć - pomyślał z przejęciem lekarz. Schronisko wpływa na moją wyobraźnię.
Wstał z łóżka i podszedł bliżej do fotografii. Zwykłe zdjęcie, nic więcej, naznaczone już zębem czasu, podniszczone i pożółkłe na rogach. Nie jest przecież fizycznie możliwe, aby mogło się przekształcać.
Zaniepokojony zszedł na dół. Rozejrzał się uważnie i odniósł nieprzyjemne wrażenie, że coś się zmieniło. Nie potrafił jednak zidentyfikować co. W końcu zdał sobie sprawę, że część przedmiotów codziennego użytku, tak pospolitych i banalnych jak łyżeczka do herbaty lub gliniany wazonik, zmieniły swoje położenie. Wyglądało na to, że nocą ktoś tu był i je poprzestawiał.
Piołun słyszał w życiu kilka opowieści o nawiedzonych miejscach i domach. Nie wierzył jednak w takie rzeczy. Nigdy nie brał tego typu historyjek na poważnie.
Nie mogę dać się zwariować - pomyślał. Nie ma tu żadnych duchów, zjaw ani tym podobnych rzeczy. Sen o niczym nie świadczy, a dziwna przemiana zdjęcia może być psikusem umysłu. Po prostu zdjęcie było takie od samego początku, lecz przy innym oświetleniu nie dostrzegł szczegółów. To się zdarza.
Nieco się uspokoił, ale postanowił mieć oczy szeroko otwarte. Równie dobrze mógł paść ofiarą niewybrednych żartów ze strony miejscowych. Nie jest przecież wykluczone, że ktoś mógł znać sposób, by dostać się nocą do środka i próbował nastraszyć mieszczucha.
Chłodny prysznic i śniadanie przywróciły mu poczucie rzeczywistości. Wyszedł na zewnątrz. Z rynny dobiegało ciche, monotonne ciurkanie wody spływającej z dachu schroniska. Deszcz na chwilę ustał, ale coś Piołunowi mówiło, że pogoda tej jesieni będzie paskudna. Nic więc dziwnego, że nie widać turystów.
Nagle jego uwagę przykuł jakiś ruch. Po ścieżce, w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów szło dziecko. Kiedy się lepiej przyjrzał, stwierdził, że jest to dziewczynka. Mogła mieć z dziesięć, jedenaście lat. Ubrana było dość nietypowo, szczególnie jak na tę pogodę. Miała na sobie długą, białą sukienkę za kolana z falbanami u dołu, a na głowie śmieszny, również biały kapelusik.
Nigdzie nie widział jej opiekunów. Pomyślał, że to pewnie jakaś miejscowa dziewczynka, ale jak to się stało, że zapuściła się aż tak daleko?
- Hej! - zawołał głośnio. - Co tu robisz?
Dziecko jakby go nie słyszało. Szło dalej przed siebie, w kierunku niewielkiego pagórka, na którym piętrzyło się kilka samotnych głazów. Postanowił podbiec w tamtą stronę.
Ścieżka była kamienista, więc musiał patrzeć pod nogi. Starał się jednak nie tracić z oczu białego kapelusika. Do jego uszu dobiegł jakiś cichutki śpiew. To dziewczynka nuciła coś pod nosem.
- Hej! - Echo jego okrzyku rozniosło się po dolinie i powróciło. Musiała usłyszeć. Nie zareagowała jednak. Zaczęła niknąć doktorowi z oczu w białej mgle. Ten biegł ile sił w nogach, lecz gdy dotarł na szczyt łagodnego pagórka, na którym leżały głazy, dziewczynka całkowicie znikła mu z pola widzenia. Rozglądał się uważnie, czy nie dostrzeże gdzieś jej śmiesznego kapelusika, i łapał haustami powietrze.
Zastanawiał się, czy nie zawiadomić policji. Może dziecko wyszło samo z domu, a rodzice szaleli teraz z niepokoju?
Wrócił do budynku. Udało mu się złapać zasięg. Wybrał na telefonie numer alarmowy 112. Po chwili odezwał się operator.
- Centrum powiadamiania kryzysowego, słucham - odezwał się kobiecy głos.
- Jestem w schronisku na Wilczycy - oznajmił nieco zdenerwowanym głosem doktor Piołun - w Górach Sowich.
- Rozumiem, co się stało?
- Widziałem przed chwilą jakieś dziecko, samotnie idące w pobliżu schroniska. Przypuszczam, że mogło się zgubić. Nie dostrzegłem w pobliżu żadnych opiekunów.
- Jak wyglądało to dziecko? - zapytała rozmówczyni.
Krótko opisał dziewczynkę, zastrzegając, że odległość była spora i może trochę mylić się co do jej wieku. Wspomniał o białej sukience i charakterystycznym kapelusiku.
- Zgłoszenie zostało przyjęte - zapewniła go lakonicznie operatorka, po czym dodała: - Dziękuję.
Odetchnął z ulgą, po czym podszedł do okna. Sądził, że dostrzeże może jeszcze gdzieś dziewczynkę, lecz zamiast niej dostrzegł ptaki. Stado kruków kołowało w powietrzu ponad pagórkiem, na szczycie którego piętrzyły się głazy. Ich dźwięczne, gardłowe krakanie dolatywało aż tutaj. Przez chwilę przyglądał się temu widowisku.
Spotkanie z tajemniczą dziewczynką rozstroiło mu nerwy. Początkowo myślał o tym, by wyjść na dłuższy spacer, mimo deszczowej pogody. Mógłby uzbroić się w solidny parasol, który spostrzegł w niewielkiej sieni, ubrać nieprzemakalną pelerynę i buty do wędrówki po lesie. Nie był jednak pewien, jak dalej potoczą się zdarzenia. Równie dobrze niebawem przed schroniskiem mogli pojawić się ratownicy i policjanci, którzy będą chcieli zadać mu jakieś dodatkowe pytania.
Włączył więc radio i postanowił pozostać na miejscu. Nalał sobie kieliszek wódki i wychylił jednym haustem. Poczuł się raźniej.
Poprzestawiał ciężkie, drewniane ławy. Dokładnie przetarł podłogi. Zszedł nawet do spiżarni będącej jednocześnie magazynem narzędzi. Przejrzał je wszystkie dokładnie i porządnie posegregował. Była tu nawet łopata, kilof i łom. W kącie leżała wielka szufla do odśnieżania.
Porządki tak go pochłonęły, że ani się obejrzał, gdy minęło południe. W schronisku zrobiło się dziwnie ciemno i ponuro. Chmury na zewnątrz zgęstniały jeszcze bardziej i przybrały groźny, czarny kolor. Pomyślał, że jeśli dalej będzie tak lało, cała okolica zmieni się w jedno wielkie grzęzawisko. Już teraz ziemia była w wielu miejscach podmokła.
Nagle usłyszał pukanie do drzwi. Ściszył radio. Stukanie powtórzyło się i dopiero wtedy postanowił sprawdzić, kto przyszedł.
W drzwiach stała młoda dziewczyna. Miała jasne włosy, była niewysoka, mogła mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. W ręce trzymała plecak. Uwagę doktora przykuły jej wydatne, zmysłowe piersi.
- Dzień dobry - powiedziała. - Mogę liczyć na nocleg?
- Oczywiście - odparł uprzejmie.
- Ile kosztuje?
- Trzydzieści pięć złotych. Proszę, niech pani wejdzie.
A więc mamy pierwszych gości - pomyślał.
- Czy można tu coś zjeść? - zapytała turystka. Miała intensywnie chabrowe oczy i podobała się lekarzowi. Było w niej tyle życia i młodości...
- Mogę zaproponować kawę, herbatę, proste dania typu jajecznica, flaczki, zapiekankę z pieczarkami. Polecam jajecznicę, w przeciwieństwie do innych potraw nie trzeba będzie jej rozmrażać.
Dziewczyna roześmiała się.
- Dziękuję za szczerość. Herbata w zupełności wystarczy, mogą też być kanapki. Mam poza tym trochę swojego jedzenia. Chciałam zatrzymać się tylko na jedną noc.
- Nie ma problemu.
Zaprowadził dziewczynę do pokoju na górze. Dał świeżą pościel i koce.
- Aż dwa? - zdziwiła się.
- Noce bywają tu chłodne - odparł Piołun. - Przekonałem się o tym już na własnej skórze.
Zszedł na dół, aby przygotować herbatę. O dziewczynie myślał z sympatią i lekkim zdziwieniem. Ot, włóczy się taka, samotnie. Pewnie jakaś wielbicielka przyrody.
Kiedy zeszła na dół, rozmawiali o nieistotnych sprawach. Miał trudne do wytłumaczenia wrażenie, że nie są w schronisku sami i że ktoś ich obserwuje.
* * *
Wraz z nadejściem nocy Piołun znalazł się w swoim pokoiku na górze. Po drugiej stronie korytarza znajdowały się drzwi do pokoju zajmowanego przez turystkę. Czytał książkę, lecz w istocie nasłuchiwał. Nie był wścibski, ale w całym budynku znajdowały się tylko dwie osoby, nic więc dziwnego, że trochę ciekawiło go, co porabia dziewczyna.
Słyszał najpierw cichy szum prysznica, potem delikatne kroki i wreszcie cichy zgrzyt klucza w zamku. Nie ufa mi do końca, czegoś się obawia - pomyślał i, nie wiedzieć czemu, uśmiechnął się pod nosem. Opanowało go jedyne w swoim rodzaju uczucie, z którym jeszcze nigdy się nie zetknął. Pewnego rodzaju poczucie kontroli nad sytuacją. Byli we dwoje, ona była sama i zdana na jego łaskę. Trwało to dosłownie moment i doktor gwałtownie się otrząsnął. Na Boga, nie mógłby przecież nawet pomyśleć o tym, by wyrządzić młodej dziewczynie jakąkolwiek krzywdę. Jest przecież człowiekiem porządnym i wykształconym.
Przez moment odniósł wrażenie, że słyszy jej cichy oddech, choć wiedział, że to niemożliwe, ponieważ znajdowała się zbyt daleko. Wyobraził sobie, jak dziewczyna śpi, a po jej młodej twarzy spływa kosmyk włosów. Usta zapewne ma lekko rozchylone, jakby oczekujące na pocałunek. Jej ciało jest ciepłe i musi pachnieć młodością, tym niemożliwym do podrobienia zapachem, który przemija zawsze zbyt szybko.
Nagle usłyszał głośny łomot na dole, jakby przewróciło się coś ciężkiego. Zerwał się, pstryknął włącznik. Ciemność. Światła nie było. Wymacał latarkę, otulił się kocem i ostrożnie zszedł po niemiłosiernie trzeszczących schodach. Zastanawiał się, czy dziewczyna coś usłyszała. Nawet jeśli, to nie wyjrzała ze swojego pokoju.
Wyobraźnia pracowała mu na zwiększonych obrotach. W jadalni było wiele cieni, które wraz z ruchem latarki przemieszczały się i poruszały. Nikogo jednak nie dostrzegł. Było za to zimno, bardzo zimno, jakby ogrzewanie w ogóle nie działało.
Nie spostrzegł jednak niczego niepokojącego.
Postanowił sprawdzić, czemu jest tak diabelnie zimno. Zszedł po piwnicznych schodach do podziemnego magazynku i mieszczącej się zaraz przy nim kotłowni. Przez chwilę mocował się z drzwiami, które początkowo nie chciały ustąpić.
Kocioł był starego typu, masywny, żeliwny, i rzeczywiście wszystko wskazywało na to, że ogień wygasł. Wokoło panował ziąb, kiedy jednak przyłożył dłoń do metalowej obudowy, cofnął ją natychmiast. Była jeszcze gorąca. Otwarł drzwiczki. Ostatnie płomienie tliły się ponad stertą dopalających się już węgielków. Poczuł zapach węglowego dymu. Złapał za łopatę i energicznie dorzucił sporą porcję węgla. Skoro piec był jeszcze rozgrzany, węgiel powinien się zająć. Dla pewności wsunął jeszcze kawałek drewna.
Wtedy usłyszał to po raz pierwszy. Jakby skrobanie w ścianę. Ciche, lecz uporczywe. Przypominało owadzi, bezmyślny odgłos, jaki czasem wydaje mucha złapana w beznadziejną pułapkę. Myszy? Szczur?
Poczuł na plecach nieprzyjemny dreszcz. Czym prędzej zamknął drzwiczki pieca i wyszedł z kotłowni. Odgłos nie ustawał. Tak drapie istota chcąca się uwolnić, osłabiona, lecz zdesperowana. Stał chwilę, starając się zlokalizować źródło tego dźwięku. Wydobywał się on jakby zza ściany w piwnicy z żywnością.
Zebrał się na odwagę i uderzył kilkukrotnie w półkę z narzędziami. Dźwięk na moment ucichł, po czym powtórzył się znowu, tym razem głośniej i energiczniej. Jakby jakieś drapieżne zwierzę usiłowało się do niego dostać. Trzeba to będzie sprawdzić, ale lepiej nie teraz - pomyślał. Zrobi to jutro, kiedy na dworze będzie widno i naprawi światło.
W magazynie panowała ciemność i choć miał w ręce mocną latarkę, czuł się tu coraz bardziej nieswojo. Strach zaczynał powoli ściskać go za gardło. Czym prędzej stamtąd wyszedł i wrócił na górę.
Położył się na łóżku. Leżał tak może z piętnaście minut, usiłując zasnąć, gdy usłyszał na dole dźwięk, który zmroził mu krew w żyłach. Cichy, lecz pełen beznadziejnej rozpaczy jęk. Brzmiało to jak żałosna skarga młodej kobiety lub nawet dziecka. Był to odgłos pełen bólu. Najprawdopodobniej dobiegał z jadalni albo nawet z podziemnego magazynu. Tego nie był pewien. Nie odważyłby się tam teraz zejść.
Z mocno bijącym sercem wyczekiwał w napięciu, czy dźwięk się powtórzy. Słyszał tylko odległe poświstywanie wiatru w rynnach. Zatrzeszczała podłoga tuż przed jego drzwiami. Ktoś nacisnął klamkę. Piołun omal nie krzyknął.
W drzwiach stała dziewczyna w nocnej koszuli. W ręce trzymała małą latarkę. Jej jasne włosy opadały na ramiona. Drgające cienie podkreślały jeszcze bardziej wydatne, sterczące piersi. Twarz miała bladą jak kreda.
- Słyszał pan to? - zapytała szeptem. - Co tu się wyprawia?
- Tak - odpowiedział równie cicho. - To było gdzieś na dole.
- Boję się.
- Spokojnie.
- Co teraz?
Popatrzył na nią.
- Nie mam pojęcia - odparł zgodnie z prawdą. - To raczej nie żaden włamywacz. Drzwi i okna są dobrze zamknięte. Słyszelibyśmy, gdyby ktoś dostał się z zewnątrz. Nie ma tu nikogo oprócz nas.
Przez dłuższą chwilę oboje nasłuchiwali.
- Może nam się zdawało. - Lekarz usiłował ją uspokoić, choć jednocześnie lęk kobiety z jakiegoś powodu sprawiał mu przyjemność. - Wiatr się zerwał i wyje w rynnach. Proszę wrócić do siebie. Nic pani nie grozi.
Odniósł zaskakujące wrażenie, że słyszy własny głos i z jakiegoś powodu wydaje mu się on dziwnie nowy, jakby obcy i należący do kogoś innego. Brzmiała w nim protekcjonalna życzliwość wymieszana z delikatnym rozbawieniem, kryjąca w sobie jednak coś, czego żadną miarą nie potrafiłby wyłuskać, nazwać i określić. Podobnym tonem mógłby przemawiać nieznajomy człowiek zaczepiający dziecko pozostawione bez opieki i rozpoczynający opowiastkę, której mroczny finał zna tylko on sam.
Dziewczyna wróciła do siebie. Minęło pół godziny, a jęk się nie powtórzył. Chociaż Piołun wytężał słuch, nie mógł wyłowić żadnych podejrzanych szmerów. Usiłował zasnąć i powoli zaczynało mu się to udawać. Fale wiatru napierające na okna schroniska kołysały go do snu. Krople deszczu monotonnie stukały o okienny parapet. Wtedy, zapadając już w sen, na granicy rzeczywistości posłyszał jakby słowa, wyszeptane tuż przy jego uchu. Głos należał do mężczyzny, był niski, głęboki, w pewien sposób słodki i uwodzicielski.
Może być twoja na zawsze. Możesz zrobić z nią, co chcesz.
Przewrócił się na drugi bok, coraz głębiej zapadając w otchłań sennych majaków. Śnił o urodzie życia. Widział jesienny deptak nieopodal uczelni, na której studiował, Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, jakby zatrzymany w kadrze. Kolorowe liście leżały na asfalcie. W powietrzu unosił się ciepły zapach odchodzącego lata. Szedł przed siebie, mijając roześmiane, młode dziewczęta, które zerkały na niego zalotnie. Każda z nich wydawała mu się piękna, młoda, pełna życia i warta zachodu. Następnie widział siebie samego wsiadającego do samolotu i odwiedzającego odległe, egzotyczne kraje, gdzie woda miała odcień błękitu, plaża zawsze była czysta i sucha, a na niebie świeciło wieczne słońce.
Jakby za obopólną zmową ani on, ani turystka nie wracali już do nocnych hałasów. Dziewczyna spakowała się i odeszła pośpiesznie niczym duch, nie jedząc nawet śniadania. Na jej ładnej twarzy cały czas malował się rodzaj wewnętrznego napięcia, jakby było coś, o czym nie chciała powiedzieć. Możliwe, że to nie były tylko hałasy - pomyślał Piołun. Być może nocą działo się coś jeszcze.
Ponieważ pora była wczesna, postanowił przejść się po okolicy. Ubrał kurtkę z kapturem, wziął w rękę czarny parasol, który odnalazł w sieni i wyszedł na zewnątrz. W kotlinie zalegała ciężka mgła, z nieba sączyła się leniwa mżawka. Lasy przybrały odcień szarej zieleni. Opanowało go nagle dogłębne poczucie osamotnienia.
Skierował swoje kroki w stronę pagórka, na którym stały głazy przypominające smutne nagrobki. Drobne kamyki usuwały się spod jego butów z cichym łoskotem. Pomyślał o dziewczynce, która szła właśnie w tamtą stronę. Dotarł ścieżką na wzniesienie i rozejrzał się wokoło. Budynek schroniska tonął w oparach mgły i miał w sobie coś widmowego. To właśnie na wzgórze mógł patrzeć ów człowiek, gdy robiono zdjęcie - przemknęło mu przez myśl.
Stał teraz na szczycie wzniesienia, a kamienie otaczały go ciasnym kręgiem. Podszedł do jednego z nich i dotknął go dłonią. Był mokry i zimny, z jednej strony porośnięty mchem. Nagle spostrzegł jakiś ciemny punkt na niebie. Najpierw jeden, potem kilka, a wreszcie kilkanaście. Do jego uszu dobiegło krakanie. Nadlatywały kruki. Przez chwilę krążyły nad wzgórzem, a potem obsiadły kamienie, wpatrując się w niego. Z jakiegoś powodu poczuł się nieswojo. Ptaki zachowywały się niespokojnie i ten niepokój po części udzielił się także jemu.
Zastanawiał się, skąd wzięły się te głazy. Wydawały się zbyt kanciaste, by mogły leżeć tu przez tysiące lat. Może więc zostały przyniesione. Nagle posłyszał cichy chrzęst kamieni osuwających się po ścieżce. Wyprostował się, rozejrzał. Mgła otaczała go ciasnym kokonem, niejako napierając ze wszystkich stron. Znów chrzęst, jakby ktoś nadchodził, bardzo wolno.
- Jest tam kto? - Jego głos zabrzmiał głucho i nienaturalnie. Odpowiedziała mu cisza.
Jakiś wewnętrzny impuls nakazał mu wracać. Ptaki zerwały się gwałtownie z furkotem skrzydeł. Było w tym miejscu coś dziwnego. Czuł gęsią skórkę.
Szybkim krokiem wrócił do schroniska, oglądając się raz po raz przez ramię.
* * *
Zagadkowa przerwa w dostawie prądu znalazła swoje banalne wyjaśnienie. Jakieś przeciążenie sieci sprawiło, że bezpieczniki automatycznie odcięły zasilanie. Poprzestawiał je we właściwe pozycje i znów wszystko było w porządku. Radio cicho grało, w jadalni paliło się światło. Resztę dnia spędził na pracach porządkowych, trochę czytał, słuchał radia. Zapowiadali ciężką zimę. Doktor westchnął. Będzie robota przy odgarnianiu śniegu.
Naraz usłyszał odległe wycie wilka. Nadstawił uszu. Drugi raz, teraz jakby bliżej. W nagłym przypływie fantazji postanowił zaryzykować, wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się. Złapał latarkę, odemknął drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Rozsądniej byłoby zostać w środku. A jednak zdał sobie sprawę, że potrzebuje tej odrobiny adrenaliny, która mogłaby upewnić go, że wciąż żyje. Wszystko, co odsuwało od niego myśl o chorobie i śmierci, wydawało się teraz godne uwagi.
Obiecał sobie, że nie oddali się zanadto. Na zewnątrz było już niemal zupełnie ciemno, jedynie nisko nad horyzontem ciągnęła się jeszcze czerwona łuna. Na twarzy poczuł powiew zimnego wiatru. Omiótł snopem światła podwórze przed schroniskiem. Nic. Wilki raczej nie zbliżają się do ludzkich siedzib, a poza tym światło latarki zapewne je odstraszy - pomyślał.
Uszedł może kilkanaście metrów, gdy z pobliskiej kępy zarośli dobiegł do jego uszu szelest. Poświecił w tamtą stronę. Cienie zadygotały, zadrżały, rozpełzły się lękliwie na boki. Nie dostrzegł nikogo.
W miejscu takim jak to po zapadnięciu zmroku wcale nie musiało być bezpiecznie. Ktoś mógł włóczyć się po górskich szlakach niekoniecznie w dobrych zamiarach. Piołun nieraz słyszał w wiadomościach telewizyjnych o ludziach, którzy zniknęli bez śladu w górach.
Znów wycie. Teraz zupełnie blisko, gdzieś nieopodal. Brzmiało dziwnie ludzko, niczym skarga. Niemożliwe, aby wilk przemieszczał się tak szybko... tak... zdecydowanie - pomyślał.
Rozejrzał się wokoło i dostrzegł solidny kawałek kija. Podniósł go, ścisnął mocno w garści, stanął na szeroko rozstawionych nogach. Zamachnął się, by wypróbować swoją broń. Koniec kija przeciął ze świstem powietrze. Zawsze to jakaś obrona. Można zasłonić się, uderzyć, a potem uciekać. Jeśli napastnik będzie go ścigać, zdąży wpaść do schroniska i zamknąć drzwi.
Nagle przed sobą, w odległości może kilkunastu kroków, ujrzał jasny kształt, który niespodziewanie wyłonił się z ciemności. Na początku nie miał bladego pojęcia, co to może być. Po chwili jednak dostrzegł ubraną na biało kobietę. Ręce miała wyciągnięte przed siebie, a na jej sukni dostrzec można było ślady cmentarnej ziemi. Szła w jego kierunku. Piołun dał kilka kroków w tył, gwałtownym haustem łapiąc powietrze i o mało się nie przewracając. Myśli przelatywały mu z prędkością błyskawic. Kimkolwiek jest, dopadnie go, zanim zdoła dobiec do schroniska.
Wiedział, że tego widoku nie zapomni do końca życia. Prosta, biała suknia była poszarzała od grobowego pyłu, naznaczona tu i ówdzie plamami cmentarnej wilgoci. Jasne niegdyś włosy teraz przybrały odcień popiołu. Twarz kobiety, choć niegdyś musiała być piękna, teraz była trupioblada. Najgorsze były jednak oczy, czarne i lśniące jak u nocnego drapieżnika.
Jednak nie jej fizyczność była najbardziej przerażająca. Wyczuwał bijącą od niej wrogość. Jakieś niepojęte pragnienie zemsty, które przeszywało go do szpiku kości i wbijało się w serce niczym sztylet.
Rzucił się do ucieczki. Później pamiętał tyle, że zatrzasnął za sobą drzwi z hukiem, zamknął na klucz i pośpiesznie zabarykadował szafką, która, choć skądinąd niezwykle ciężka, wtedy zdała mu się lekka niczym piórko.
Rozdygotany podbiegł najpierw do jednego okna, potem do drugiego, wypatrując zjawy. Nigdzie jej nie dostrzegł. Pomyślał o latarce. Można poświecić, sprawdzić, czy nikt... czy ona... nie znajduje się gdzieś blisko. Po chwili zawahania odrzucił jednak tę myśl. A jeśli światło w jakiś sposób ją przyciągnie?
Zaczął powoli dochodzić do siebie. Drżącymi dłońmi napełnił kieliszek alkoholem i wychylił jednym haustem. Następnie wykonał tę czynność powtórnie. Dwa głębsze wypite jeden po drugim pozwoliły mu po części odzyskać kontrolę nad sobą.
Był pewien tego, co widział i nie sądził, aby uległ jakiemuś złudzeniu. Spotkanie ze zjawą było faktem, z którym musiał coś zrobić. Zastanawiał się, czy ta istota może jakoś dostać się do środka. Na zewnątrz panowała noc, ona snuła się prawdopodobnie gdzieś na zewnątrz, być może całkiem niedaleko.
Nasłuchiwał tak czujnie, że do jego uszu docierały najcichsze odgłosy. Znów ten uporczywy wiatr zdawał dobijać się do domu. Jakieś niezidentyfikowane szelesty na granicy słyszalności dobiegały z zewnątrz. Z podziemnej spiżarni doleciało do jego uszu ciche trzeszczenie podłogi, jakby ktoś zrobił krok do przodu i zatrzymał się, wyczekując.
Nagle posłyszał cichy zgrzyt. Klamka drzwi frontowych. Poderwał się jak oparzony. A więc jednak nie odpuszczała tak łatwo. Była koło domu. Najciszej, jak potrafił, podkradł się do drzwi. Cały dygotał, choć próbował nad tym zapanować. Chciał uciekać, ale coś kazało mu się zatrzymać. Może... myśl o zdjęciu? O tym, że piętro może wcale nie okazać się tak bezpiecznym miejscem ucieczki, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać?
Chociaż drzwi i okna były pozamykane, poczuł chłodny podmuch, jakby przeciąg przetaczający się przez pomieszczenie. Próbował przypomnieć sobie jakieś modlitwy z dzieciństwa, których uczyła go matka, ale strach paraliżował go do tego stopnia, że jedynym tekstem, jaki przychodził mu do głowy, była absurdalna dziecięca rymowanka:
Siedzi chłopczyk na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu, przyszedł duch, chłopca buch...
Coś szarpnęło za klamkę. Z gwałtowną wściekłością. Próbowało dostać się do środka. Machinalnie dał kilka kroków w tył. Czuł się jak marionetka. Znów wyczuł tę falę nienawiści bijącą w jego stronę. Jakby ktoś życzył mu bardzo źle, życzył mu śmierci.
Wtedy też usłyszał:
Ona tu nie wejdzie.
Nie, to niemożliwe, aby ktoś wypowiedział te słowa. Rozejrzał się wokoło. Był sam w tym schronisku. A jednak te słowa przeniknęły do jego świadomości. Chłodne, władcze, przesycone mądrością, doświadczeniem.
Ona tu nie wejdzie.
Zimny pot ściekał z jego skroni. Klamka znieruchomiała, lecz po chwili rozległo się drapanie. Jakby ktoś pogrzebany za życia drapał od środka w wieko trumny pośród głuchej, zalegającej na cmentarzu ciszy. Odgłos był pełen determinacji. Chciała wedrzeć się tutaj za wszelką cenę.
Ona tu nie wejdzie.
Znów ten głos! Szept zza pleców, niemal przyjacielski. Drapanie stało się zaciekłe. Piołun był przerażony.
Spokojnie, przyjacielu...
Ktoś jednak był z nim w jadalni. Nagły zimny powiew przemknął przez pokój. Zdało się medykowi, że słyszy jakieś słowa, wypowiadane w obcej mowie, niezrozumiałe, lecz rytmiczne. Cho-ron-zon czy też może Ko-ron-zon. Zza drzwi dobiegło nagle straszne wycie, jakby kobiety obdzieranej żywcem ze skóry.
I wtedy wszystko ucichło. Ciemność zalała lekarza niczym przypływ.
Ocknął się po jakimś czasie. Z wolna dostrzegał zarysy przedmiotów. Na zewnątrz wiatr musiał rozpędzić chmury, bo przez okno sączył się chłodny, martwy blask księżyca. Miał poczucie, jakby budził się ze snu.
Nie był już jednak tak bardzo przerażony jak wcześniej. Uczucie lęku ustępowało gniewowi. Wydawał się sobie samemu silniejszy, przynajmniej na tyle, aby wstać. Podniósł się z podłogi.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła druga w nocy.
Sprawdź, czy drzwi są zamknięte. Sprawdź okna.
Obszedł cały dom.
Tylko tutaj jesteś bezpieczny. Pośród nocy, która ciągnie się poprzez góry. Jak kapitan okrętu, jak... żołnierz.
Przeczuwał, że ktoś jest razem z nim i nie było to wcale złe uczucie. Miało ono jakiś zapach lub kolor, dostarczało wrażenia trudnego do zdefiniowania przez mózg, przywodziło na myśl uschnięte kwiaty, metal i pył starej piwnicy.
Udał się na piętro do swojego pokoju. Ciemność czająca się po kątach nie przeszkadzała mu, wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że w schronisku jest ona jego sprzymierzeńcem i ochrania go. Nie wejdzie tutaj, o nie. Rozebrał się do bielizny. Musisz... muszę... musimy być silni. Strach jest cechą słabych. Prawdziwi ludzie nie odczuwają strachu lub potrafią nad nim zapanować. Człowiek to lina rozpięta między małpą a nadczłowiekiem. Tutaj, na szczytach gór widać to najlepiej, kiedy spogląda się na wszystko z wysoka.
Podszedł do zdjęcia zawieszonego na ścianie w pokoju, w którym sypiał. Wiedział już, że tego dnia był piękny widok. Piołun niemal czuł zapach sosen rozgrzanych promieniami słońca, niesiony przez wiatr aż tutaj. Niemal widział wzgórze przed schroniskiem oraz góry ciągnące się po horyzont.
Patrzył na fotografię. Nie był już do końca pewien, czy spogląda na nią własnymi oczyma. To, że nie było już na niej tajemniczego mężczyzny, nie robiło na nim żadnego wrażenia.
Przebudzenie nadeszło rankiem. Piołun uznał, że musi natychmiast uciekać ze schroniska, o ile chce pozostać przy zdrowych zmysłach. Był pewien tego, co widział, i zdawał sobie sprawę, że cokolwiek tu się dzieje, może być niebezpieczne, a on sam tracił resztki równowagi psychicznej. Coś było na zewnątrz i coś tkwiło w środku schroniska. Doktor nie wiedział, które z nich jest gorsze. Nie miał czasu, by rozmyślać nad racjonalnością lub nieracjonalnością swojego samopoczucia i decyzji. Doświadczenie grozy było czymś organicznym, przemawiało wprost do człowieka, z pominięciem rozumu. Schronisko działało na niego jak wywołujący lęk narkotyk, a z tym nie dało się dyskutować.
Dziwnym zbiegiem okoliczności nie mógł jednak znaleźć części przedmiotów, które do niego należały. Gdzieś zapodział się telefon komórkowy, a była to rzecz, która mogła się przydać. Zniknęły dokumenty. Przepadła też niewielka skrzyneczka zawierająca strzykawki i fiolki z morfiną. Biegał jak szalony po schronisku i nie mógł niczego znaleźć.
Miał wrażenie, że ktoś bawi się z nim w kotka i myszkę. Zniknął gdzieś jego mały laptop, chociaż był pewien, że zostawił go na blacie w jadalni. Coś tu było znacznie bardziej nie w porządku, niż podejrzewał. Zaczął się obawiać, że traci rozum. Może to choroba zaatakowała już mózg... a może to miejsce miało coś w sobie, co zaburzało percepcję, sprawiało, że człowiek stawał się bezradny? Nagle pomyślał o jeszcze jednym miejscu, w którym mógł wypaść mu portfel. Często nosił go w tylnej kieszeni spodni. A był niedawno w piwnicy, by dorzucić węgla do kotła centralnego ogrzewania. Zejdzie tam i sprawdzi.
Czuł, że coś złego czai się wokół niego. To uczucie było coraz bardziej dojmujące. Pomyślał, że jeżeli jeszcze raz wydarzy się coś niewytłumaczalnego, zwieje stąd. Wróci do Poznania, wyrobi na nowo dokumenty, kupi nową komórkę, poszuka innej roboty. Pieprzone miejsce - pomyślał i pstryknął włącznik światła. Blask żarówki wydawał się dziwnie silniejszy, niż powinien. Zszedł powoli po stromych schodach, przytrzymując się ścian. Na dole wszystko było w porządku. Zapasy i narzędzia leżały poukładanie na półkach.
Wszedł do kotłowni, spojrzał na podłogę.
Portfel leżał na ziemi. Schylił się i podniósł go. Już miał wyjść z piwnicy, gdy usłyszał coś, jakby odgłos szamotania. Zamarł w bezruchu. Był to wygłuszony dźwięk, jakby ktoś próbował wołać, lecz miał zakneblowane usta. Po chwili rozległo się głuche stukanie.
Nie było wątpliwości, że odgłos dobiegał zza jednej ze ścian piwnicy. Lekarz podszedł w stronę, z której dobiegały te niepokojące dźwięki. Tak, nie było wątpliwości, ktoś uderzał w ścianę z drugiej strony.
Piołun przypomniał sobie, że usłyszał niedawno o zniknięciu poprzedniego właściciela. Poczuł niepokój, a jego serce zabiło szybciej, zaczęło kołatać w klatce piersiowej jak podczas nerwicy lekowej.
- Halo! - zawołał. - Jest tam kto?
Odgłos ucichł, po czym znowu się powtórzył. Brzmiało to tak, jakby ktoś został zamurowany za ścianą i usiłował wzywać pomocy.
Lekarz przystawił ucho do ściany. Coś się tam poruszało. Ktoś znajdował się po drugiej stronie. Uderzył otwartą dłonią w mur.
- Hej! - wrzasnął. - Trzymaj się! Sprowadzę pomoc!
Na ścianie nie było widać śladów murarskich prac. A jednak mogły zostać one starannie zatarte lub do pomieszczenia po drugiej stronie mogło prowadzić jeszcze jakieś inne, ukryte wejście. Stare budynki, a do takich z pewnością należało schronisko, mogły być pełne sekretów.
Rzucił się do wyjścia, wbiegł po schodach i złapał za klamkę. Drzwi jednak nie ustąpiły. Naparł na nie z całych sił, jednak bezskutecznie. Być może jakiś mechanizm się zablokował. Narzędzia. Jak szalony zbiegł po schodach. Na półce znajdował się solidny kilof. Kilka uderzeń i drzwi rozpadną się na kawałki.
A jeśli człowiek, być może dziecko, uwięzione za ścianą udusi się do tego czasu? Ta myśl sprawiła, że zatrzymał się. Rozbicie zamka mogło mu zająć nie więcej niż kilka minut, ale znalezienie telefonu już dłużej, o przybyciu pomocy nie wspominając. Tymczasem dla duszącego się za ścianą człowieka każda sekunda mogła być na wagę życia.
Gruchnął styliskiem kilofa kilkukrotnie w ścianę.
- Jesteś tam?
Odpowiedziała mu cisza.
- Jesteś tam?! Musisz wytrzymać! Idę po ciebie!
Nie było odzewu. Człowiek znajdujący się po drugiej stronie mógł tracić już przytomność. Kto wie, jak długo był uwięziony. Może zakneblowano mu usta, może kończyło się powietrze, może więzy, którymi był opasany, przesunęły się tak, że odcinały już dopływ krwi do mózgu...
Może...
Może tam zostało uwięzione dziecko przez poprzedniego właściciela schroniska, który w istocie był jakimś zwyrodnialcem?
Dość - skarcił się za te wszystkie myśli. Musiał działać, i tyle.
Wziął zamach i z całych sił uderzył narzędziem w ścianę, w miejsce, z którego dobiegły niepokojące dźwięki. Najpierw odpadł tynk, pod którymi ukazały się cegły. Mur ustępował względnie łatwo, lecz to jedynie utwierdziło Piołuna w przekonaniu, że może mieć do czynienia z pośpiesznie zamurowaną kryjówką. Po chwili jego oczom ukazał się otwór na tyle duży, by dało się zajrzeć do środka.
- Jesteś tam? - zapytał. - Chcę ci pomóc!
Z pomieszczenia po drugiej stronie wionął chłód tak wielki, że kark doktora pokryła gęsia skórka. Miał wrażenie, jakby zaglądał do chłodni na mięso. Latarkę zostawił na górze. Żółtawe światło żarówki umieszczonej pod sufitem w spiżarni tylko w niewielkim stopniu umożliwiało wgląd w to, co znajduje się w zamurowanym pomieszczeniu.
Chociaż nie miał ochoty tego robić, wsunął głowę przez otwór. Oczami wyobraźni widział już dłonie dziecka zamurowanego tutaj żywcem przez psychopatę, łapiące go za twarz w ostatecznym odruchu rozpaczy. Złapał kilof w dłonie i pośpiesznie poszerzył otwór na tyle, aby wpadło tam jeszcze więcej światła. Nie chciał tracić czasu. Ktoś mógł zwyczajnie stracić przytomność.
Wszedł do środka. Wewnątrz panowała przytłaczająca atmosfera grobowca, który od dawna nie był otwierany. W powietrzu czuć było zapach starości i wilgoci. Pod ścianami ujrzał zarysy mebli okrytych czymś w rodzaju czarnego aksamitu. Nagle zastygł w bezruchu.
W kącie pomieszczenia ktoś stał. Przypominał mężczyznę otulonego spływającą do stóp ciemną szatą. Medyk podszedł bliżej i spostrzegł, że jest to jedynie wiszący na wieszaku mundur.
Poczuł, że powinien jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Ktoś tu był, ktoś, kogo nie należało ujrzeć. Z drugiej jednak strony eksplodowała w nim zaskakująca ciekawość. Te dwa silne impulsy zmagały się ze sobą przez dłuższą chwilę, tocząc zaciekłą walkę. A jeśli... jest tutaj coś godnego uwagi?
Ta myśl pojawiła się w nim znienacka, podsunięta jakby przez kogoś, kto znajdował się w tym pomieszczeniu. Cofnął się w stronę światła. Odniósł wrażenie, jakby ciemność przysunęła się bliżej. Odwrócił się i pośpiesznie opuścił piwnicę.
Nie było zamurowanego dziecka, jak wcześniej uznała jego wyobraźnia. Cóż więc słyszał? Piski szczurów? Szum wody w rurach?
Zostań, przyjacielu. Tutaj są rzeczy, które na zawsze zmienią twoje życie. Zastanów się, kim jesteś. Pomyśl o tym zupełnie poważnie, pierwszy raz w życiu. Zdaj sobie sprawę, jak bardzo byłeś przeciętny. Pomyśl, czy masz wiele do stracenia.
Piołun wspiął się po schodkach, trzymając kilof. Był przygotowany do wyważania drzwi. Nacisnął jednak klamkę i teraz ustąpiły bez oporu. Po chwili wrócił do piwnicy z latarką i świecą, tak na wszelki wypadek.
Nie czuł już lęku. W jego myślach rozbrzmiewały jedynie te dziwne sylaby, tak rytmiczne, pełne dziwnego, w pewien sposób starożytnego uroku. Cho-ron-zon. Ko-ron-zon. Skądś wiedział, czuł, że wymowa tego słowa nie ma pierwszorzędnego znaczenia, że kiedyś brzmiało ono inaczej, lecz sam rytm tych sylab, urok przedziwnych synkop, działał na niego niczym jakaś potężna wibracja przenikająca ciało.
Wchodząc do pomieszczenia po raz wtóry, tym razem uzbrojony w latarkę, spostrzegł jeszcze jedne, niewielkie stalowe drzwi. Pomalowano je na czarno. Były masywne i osadzone w żeliwnej futrynie. Obejrzał mur, błądząc palcem po zagłębieniach. W tym miejscu wyglądał on bardzo solidnie. Doktor nie sądził, aby udało mu się łatwo pokonać tę przeszkodę, nawet kilofem. Drzwi jak do bunkra. Zastukał pięścią w metal, myśląc przez chwilę, że to może stamtąd dobiegały te tajemnicze dźwięki. Odpowiedziało mu jedynie głuche echo. Przyłożył ucho do zimnej blachy i nasłuchiwał. Udało mu się wyłowić zaledwie odgłos przypominający ciche kapanie wody. Albo więc za drzwiami znajdowało się spore pomieszczenie, albo coś w rodzaju tunelu, być może po części zalanego wodą.
Uznał, że warto w pierwszej kolejności przeszukać sekretną piwnicę. Klucz do drzwi mógł znajdować się właśnie tutaj. Pod ścianami pomieszczenia stały meble okryte aksamitnymi, czarnymi płachtami przypominającymi żałobne całuny. Zaczął ściągać je jedną po drugiej. Jego oczom ukazało się obszerne biurko, szafki z szufladami i stara biblioteczka pokryta warstwą kurzu.
Przyjrzał się wiszącemu na wieszaku mundurowi. Od czasu zamurowania piwnicy musiało upłynąć wiele dekad. Mundur tymczasem wyglądał tak, jakby ktoś przez cały ten czas o niego dbał. Trupie czaszki ze skrzyżowanymi piszczelami lśniły srebrzyście, odbijając światło latarki. Na pagonach widoczne były podwójne błyskawice SS. Na wieszaku wisiała też czapka, lekko, niemal zawadiacko, jakby odłożona tam zaledwie przed chwilą. Na ziemi stały wysokie buty, lśniąc nienagannie.
Pośpiesznie zabrał się za przeszukiwanie mebli. Szuflady biurka były otwarte. W środku znajdowało się sporo dokumentów, ułożonych równo i uporządkowanych. Odnalazł również tajemnicze pudełko zawierające kilkanaście lśniących chłodnym blaskiem chirurgicznych skalpeli oraz ostrą stalową piłkę. Zastanawiał się, do czego mogła służyć, i uznał, że do amputacji kończyn. Pobieżnie przeszukał biblioteczkę, odnajdując tam wiele książek w języku niemieckim.
Fotografie w książkach były zadziwiające, częstokroć szokujące, i trudno mu było sobie wyobrazić, by jakiś szanujący się instytut medycyny mógł przyłożyć rękę do ich publikacji. Przedstawiały one bowiem ludzkie płody, w niektórych przypadkach zrośnięte ze sobą, umieszczone w słojach z formaliną. Były tam również zdjęcia niebywałych doświadczeń medycznych, ludzi umieszczonych w wannach z lodem, zamkniętych w hermetycznych kapsułach i wyglądających przez małe okienka z wyrazem nieopisanego przerażenia na twarzach. Wreszcie stanowiące kwintesencję potworności fotografie częściowo rozciętych, nagich ciał poddawanych sekcji na stołach operacyjnych. Wiele z ofiar było przywiązanych do stołów za pomocą skórzanych pasów, nietrudno więc było domyślić się, że były to sekcje przeprowadzane na żyjących jeszcze ludziach, w tym na dzieciach, nieraz całkiem małych. Zdjęcia zapadały w umysł Piołuna, przerażały i fascynowały zarazem.
Poczuł, że zbiera mu się na wymioty i pospiesznie odłożył książkę na półkę. Wyglądało na to, że znalazł się w sekretnej kryjówce jakiegoś lekarza, powiązanego ze zbrodniczymi hitlerowskimi eksperymentami, człowieka budzącego zrozumiałą odrazę, wcielonego diabła bez najmniejszej przesady. Przeglądał szuflady biurka w poszukiwaniu klucza do stalowych drzwi. Nigdzie go nie było. Pośród rozmaitych dokumentów odnalazł za to sporych rozmiarów czarny notes z dziwną, nieco groteskową swastyką na nóżkach. Symbol wyglądał dokładnie tak:
Doktor nie miał pojęcia, co mógłby oznaczać ten znak. Zerknął na pierwszą stronę. Charakter pisma był piękny, staranny. Dzisiaj zapewne mało kto potrafiłby pisać piórem w ten sposób.
"Hubertus Strughold - prywatne zapiski", brzmiał napis po niemiecku. Miał zatem w rękach coś w rodzaju pamiętnika. Postanowił czym prędzej przejrzeć notatki. Tak naprawdę już wtedy przyświecały mu nieco inne motywy. Zrozumiał, że natrafił na trop cennej tajemnicy. Szybko zawładnęła nim myśl, że autor pamiętnika mógł ukryć w tym miejscu coś znacznie więcej niż tylko swoje zapiski i tajemnice przeszłości. Mogły znajdować się tu jakieś skarby. Złoto, dzieła sztuki, kosztowności. Piołun wiedział, że pozostało mu niewiele życia. Jednak magia sekretu urzekła go. To było coś, czego potrzebował, coś, co pozwoliłoby mu nadać sens swoim ostatnim dniom. Gdyby odnalazł skarb, mógłby pozbyć się długów i zabezpieczyć finansowo swoją córkę do końca życia.
Powrócił na górę, postanawiając nie opowiadać nikomu o tym, co odkrył. Nie mógł pozwolić, by tajemnica wyciekła na zewnątrz. Na pewno nie do momentu, w którym wszystkiego się dowie i sprawdzi, co znajduje się za pancernymi drzwiami.
Niemal cały dzień upłynął mu na lekturze zapisków Strugholda. Dobra znajomość niemieckiego pozwoliła Piołunowi czytać je właściwie bez przeszkód, nie licząc sformułowań sprawiających wrażenie lekko już anachronicznych. Robił sobie tylko krótkie przerwy na skromne posiłki. Trzy razy zszedł do kotłowni. Najpierw by rozpalić ogień, a następnie dwukrotnie, aby dorzucić odpowiednie porcje węgla. Po schronisku rozchodził się wyczuwalny zapach dymu węglowego. Kilka razy podszedł do okna, by na chwilę dać odpocząć zmęczonym oczom. Niewiele dawało się dostrzec. Na dworze było zimno, w kotlinach zalegała nieruchoma, biała jak mleko mgła, która podchodziła aż pod budynek schroniska, tworząc zawieszone w powietrzu, postrzępione obłoki. Zasnuła również niedaleki pagórek z jego porośniętymi mchem głazami. Zima wisiała w powietrzu i wszystko wskazywało na to, że są to ostatnie dni przed jej definitywnym nadejściem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki