2. Co się zmieni, jak nic się nie zmieni, czyli czy niska dzietność jest w ogóle problemem?
Demografia tłumaczy dwie trzecie wszystkiego.
David Foot, Boom, Bust & Echo
2.1. Poza horyzont: przewidywania, projekcje, prognozy
Każdy chyba czytelnik słyszał o jakiejś prognozie demograficznej. Być może nawet pamięta jakiś jej emocjonujący wynik, np. że w roku 2100 w Polsce mieszkać będzie 13, 15, 16, 17, 23 lub 29 milionów osób. Zaznaczyć trzeba: wszystkie te wyniki są prawdziwe. Różne prognozy[3] opublikowane jedynie między latami 2019 a 2023, przeprowadzone z wysokim rygorem naukowym i statystycznym, dały takie wyniki. Mogą one wprawić w zdumienie, ponieważ słuszne może się wydać pytanie, jak to możliwe, by analizy opublikowane w tak krótkim przedziale czasu mogły się różnić od siebie tak bardzo, że wynik jednej jest nawet dwukrotnie wyższy od wyniku innej, i w jakim stopniu prognozy demograficzne są w związku z tym wiarygodne.
Tymczasem celem prognozowania w demografii nie jest wchodzenie w rolę jasnowidza ani wróżki, a jego jakość nie opiera się na trafności wyniku przewidzenia faktycznej sytuacji w przyszłości [Okólski, Fihel 2012]. Różni to zasadniczo prognozę demograficzną od telewizyjnej prognozy pogody. Wyniki prognoz demograficznych są to produkty pewnych modeli statystycznych opierających się na określonych założeniach, przede wszystkim co do możliwej przyszłej dzietności, umieralności i migracji [Okólski, Fihel 2012]. Założenia te nie są przypadkowe, lecz wynikają z racjonalnych przesłanek, między innymi z historycznych doświadczeń innych krajów znajdujących się wcześniej w podobnej sytuacji, które dają podstawę do konstruowania potencjalnych trajektorii zmian. Doświadczenia te są jednak zróżnicowane, dlatego nie można stworzyć jednego, pewnego wzorca. Niekiedy przyjęte modele opierają się wprost na założeniach sztucznych, na przykład utrzymywania się stałej dzietności, umieralności czy braku migracji. Uwzględniając wielość możliwych scenariuszy, niektóre organizacje opracowując prognozy, przygotowują ich różne warianty, każdorazowo precyzyjnie opisując, jakie założenia zostały przyjęte w modelach dla każdej ze zmiennych. Nie trzeba dodawać, że modele te nie są w stanie przewidzieć zjawisk nieprzewidywalnych, typu wojny, epidemie czy wdrożenie przez poszczególne państwa konsekwentnych i silnie oddziałujących na zjawiska demograficzne instrumentów oraz polityk. Z tego względu niekiedy zamiast pojęcia prognoza używa się pojęcia projekcja, co stosują w swojej pracy na przykład ONZ czy Eurostat. Pomaga to złagodzić skalę potencjalnych nieporozumień.
Wartość projekcji demograficznych opiera się na warunkowości, ponieważ pozwalają się one zorientować, "co będzie, jeśli". Jak zmieni się liczba ludności bądź struktura wieku populacji, jeśli dzietność, umieralność czy migracje zmieniałyby się zgodnie z założeniami przyjętymi w modelu. Projekcje informują zatem, "jak może być", a nie "jak będzie". Stanowią dzięki temu pewien system wczesnego informowania, który można wykorzystywać choćby przy długofalowym inwestowaniu w budowę szkół, w rozwój służby zdrowia czy w innych działaniach pozwalających efektywniej i racjonalniej gospodarować ograniczonymi przecież zasobami. Niekiedy projekcje stają się też systemem wczesnego ostrzegania, jeśli ich wynik zostanie zinterpretowany jako niepokojący, dzięki czemu można zidentyfikować potrzebę interwencji i oddziaływania na zjawiska demograficzne.
Ponieważ, jak już wiemy, projekcja demograficzna nie jest demiurgiem, lecz jedynie symulacją, jej wynik w żaden sposób nie określa, że "tak będzie i nic się nie da zrobić", wprost przeciwnie, może zawierać w sobie element motywacyjny do podejmowania działań. Zmiany wynikłe z oddziaływania na zjawiska demograficzne z perspektywy projekcji demograficznych spowodują jedynie, że kolejne edycje cyklicznie przygotowywanych projekcji przez poszczególne wyspecjalizowane w tym instytucje opierać się będą już na innych, zaktualizowanych założeniach i dadzą odmienne wyniki końcowe.
Podobne zjawisko zachodzi zresztą regularnie w kolejnych edycjach wcześniej wykonanych projekcji. Przykładowo, liczba ludności, jaką miała osiągnąć Polska w roku 2030, według wariantu medianowego w kolejnych edycjach projekcji ONZ zmienia się istotnie. Dynamika zmian liczby ludności między poszczególnymi edycjami wynika głównie ze zmian w zakresie dzietności, jakie miały miejsce w Polsce w okresie krótko poprzedzającym przygotowanie poszczególnych edycji projekcji. Projekcja z roku 1994 wskazywała liczbę ludności Polski w roku 2030 w wysokości 41,9 mln. Liczba ta dynamicznie spadała w kolejnych edycjach, by osiągnąć najniższą wartość 35,4 mln mieszkańców w projekcji z roku 2006. Krótko po tym, w edycji z roku 2010, szacowana liczba ludności wynosiła już o ponad 2 mln więcej, czyli 37,8 mln, by w kolejnych edycjach ponownie spadać. Ponowny skokowy wzrost liczby ludności między projekcjami z lat 2019 a 2022 wynika głównie z uwzględnienia migracji uchodźczych z Ukrainy, które miały miejsce w pierwszej połowie 2022 roku, i przyjęcia określonych założeń co do dalszych zmian migracyjnych w kolejnych latach. To, że liczba ludności w roku 2030 według projekcji z lat 1998 i 2022 okazała się taka sama, czyli 38,7 mln, jest przypadkowym zbiegiem okoliczności i przez to nie można wnioskować, że np. projekcja w roku 1998 była "wyższej jakości".
Tab. 2.1. Prognozowana liczba ludności Polski na rok 2030 według lat sporządzenia projekcji (w mln)
Rok projekcji
1994
1998
2000
2006
2010
2017
2019
2022
Liczba ludności
41,9
38,7
36,6
35,4
37,8
36,6
36,9
38,7
Źródło: opracowanie własne na podstawie ONZ 1994-2022 (wariant medianowy).
Spójrzmy zatem, jakie perspektywy rysują przed Polską projekcje demograficzne. Spośród aktualnie przygotowywanych przez różnie instytucje najdalsze sięgają roku 2100. Jeśli przez cały wiek XXI nie nastąpią żadne zmiany w zakresie dzietności, umieralności i migracji, liczba ludności Polski będzie sukcesywnie spadać. W drugiej połowie lat 50. XXI w. spadłaby ona poniżej 30 mln mieszkańców, a w drugiej połowie lat 70. poniżej minimum liczby ludności Polski osiągniętego tuż po II wojnie światowej, czyli 23,6 mln osób. Początek ostatniej dekady XXI w. zwiastowałby spadek liczby ludności poniżej 20 mln, a jeszcze przed rozpoczęciem wieku XXII spadłaby ona o dalsze blisko 3 mln.
Rys. 2.1. Projekcja liczby ludności Polski do 2100 r. (w mln)[4]
Źródło: opracowanie własne na podstawie ONZ 2022a (wariant bez zmian).
Utrzymanie się aktualnych trendów dzietności spowodowałoby również spadek liczby potencjalnych matek w wieku 20-40 lat. Między latami 2022 a 2041 spodziewany jest spadek z niecałych 6 mln do niecałych 4 mln, co jest prostą konsekwencją dorastania już urodzonych dzieci. Po okresie wyhamowania tego spadku, będącego wynikiem względnej stagnacji liczby urodzeń przez ostatnie trzy dekady, właśnie na początku lat 40. XXI w. spodziewać się można jego przyspieszenia, jeśli w nadchodzących latach nieliczne kobiety dalej rodziłyby stosunkowo niewiele dzieci. Poniżej 3 mln potencjalnych matek można by się spodziewać już 20 lat później, w latach 60., a przełamania kolejnej bariery, czyli 2 mln, tuż pod koniec wieku.
Rys. 2.2. Projekcja liczby kobiet w wieku 20-40 lat dla Polski do 2100 r. (w mln)
Źródło: opracowanie własne na podstawie ONZ 2022b (wariant bez zmian).
Niejednorodność populacji pozwala wyodrębnić nie tylko grupy ze względu na zdolności rozrodcze, lecz także dokonać podziału ze względu na ekonomiczne grupy wieku. Według tej klasyfikacji wyodrębnia się wiek przedprodukcyjny, do którego należą dzieci i młodzież do ukończenia 17 roku życia, a następnie wiek produkcyjny, który jest odrębny dla kobiet i mężczyzn, ponieważ dla tych pierwszych trwa on do ukończenia 59 lat, a dla tych drugich do ukończenia 64 lat. Powyżej górnej granicy wieku produkcyjnego mówimy już o wieku poprodukcyjnym.
Podział na ekonomiczne grupy wieku pozwala ocenić potencjał gospodarczy populacji. Jest to jedynie przybliżenie, ponieważ pracę można rozpocząć jeszcze przed osiągnięciem wieku produkcyjnego i kontynuować po jego przekroczeniu, zaś w jego trakcie populacja może mieć zróżnicowany poziom aktywności zawodowej, ale może dać wystarczająco dobry obraz sytuacji na określonym poziomie ogólności. Znaczenie ma też udział osób w wieku produkcyjnym w danym momencie czasowym w stosunku do udziału pozostałych dwóch grup. W przypadku zwiększania się udziału osób w wieku poprodukcyjnym i wzrostu średniego wieku całej populacji zachodzi zjawisko starzenia się demograficznego populacji.
Kierunki zmian liczby osób w wieku produkcyjnym odzwierciedlają w przybliżeniu zmianę łącznej wielkości populacji, ale z pewnymi cechami szczególnymi. Najważniejsza z nich to naturalnie sama liczebność tej grupy. Liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce dynamicznie rosła od lat 50. W roku 1950 liczebność tej grupy wyniosła niecałe 14,5 mln osób, 25 lat później wyniosła już 20 mln. Następnie wzrost ten uległ zahamowaniu, a najwyższą liczbę osób w wieku produkcyjnym, czyli blisko 25 mln, odnotowano w roku 2010. Od tego czasu rozpoczął się dynamiczny spadek. Nawet uwzględniając skokowy wzrost liczby osób w wieku produkcyjnym w latach 2022 i 2023, wynikający z migracji uchodźczych z Ukrainy, co w długiej perspektywie jest raczej chwilową anomalią, jeśli niska dzietność się utrzyma, to spodziewać się należy dalszego silnego spadku liczby osób w wieku produkcyjnym. Liczba 20 mln osób zostałaby ponownie osiągnięta w okolicach roku 2042, a historyczne minimum, czyli niecałe 14,5 mln, w roku 2064. Spadku poniżej 10 mln można by się spodziewać w połowie ostatniej dekady bieżącego wieku.
Rys. 2.3. Liczba ludności Polski w wieku produkcyjnym: zmiany historyczne i projekcja do 2100 r. (w mln)
Źródło: opracowanie własne na podstawie ONZ 2022a (wariant bez zmian).
Stosunek liczby osób w wieku produkcyjnym do liczby osób w wieku poprodukcyjnym pozwala w przybliżeniu oszacować, ile średnio osób może pracować na jednego emeryta. Tuż po wojnie, w roku 1950, ta liczba była stosunkowo wysoka, przekraczała 8 pracujących na 1 emeryta, co wynikało w istotnej mierze z wysokiej dzietności przed wojną i stosunkowo niskiej średniej długości życia, dodatkowo obniżonej przez sytuację wojenną. Wraz ze wzrostem średniej długości życia i spadkiem dzietności stosunek liczby osób w wieku produkcyjnym do liczby osób w wieku poprodukcyjnym spadał, by na początku lat 70. zbliżyć się do około 5 : 1. Mimo iż relacja ta powoli się obniżała, to jeszcze w roku 1990 na 1 osobę w wieku poprodukcyjnym przypadało 4,5 osoby w wieku produkcyjnym. Znaczne załamanie tego wskaźnika nastąpiło w ciągu zaledwie 10 lat, między latami 2010 a 2020, kiedy liczba osób w wieku produkcyjnym przypadająca na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym spadła z 3,9 do 2,7. Zasadniczą przyczyną było wchodzenie w wiek poprodukcyjny roczników powojennego wyżu urodzeniowego, które dzięki istotnej poprawie warunków życia względem pokoleń wcześniejszych w dość znacznym odsetku dożyły późnego wieku.
Ewentualne utrzymywanie się niskiej dzietności każe się spodziewać dalszego pogorszenia tego współczynnika. W roku 2040 na 1 osobę w wieku poprodukcyjnym przypadać będzie już tylko 2,2 osoby w wieku produkcyjnym, a już 10 lat później jedynie 1,7. Ta relacja między liczbą potencjalnie pracujących przypadającą na jednego potencjalnie już niepracującego, przy niezmienionych warunkach demograficznych, utrzymywałaby się już do końca wieku.
Tab. 2.2. Liczba osób w wieku produkcyjnym na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym w Polsce w wybranych latach
Rok projekcji
1950
1970
1990
2010
2020
2040
2050
2100
Liczba ludności
8,3
5,2
4,5
3,9
2,7
2,2
1,7
1,7
Źródło: opracowanie własne na podstawie ONZ 2022a (wariant bez zmian).
Projekcje wykraczające poza rok 2100 nie są publicznie dostępne, ale w tym roku nie nastąpi koniec historii i dalej zachodzić będą zmiany liczby ludności i jej struktury wieku, będące wynikiem zjawisk demograficznych w latach wcześniejszych. Oszacowanie możliwej dalszej ewolucji zmiany w liczbie ludności Polski przeprowadzić można poprzez symulację na podstawie analizy pokoleniowej. Przykładowo, w roku 1981 urodziło się w Polsce niecałe 682 tys. dzieci. Kobiety z tego rocznika zostały w Polsce matkami nieco ponad 457 tys. dzieci[5], co oznacza, że liczebność pokolenia dzieci jest dokładnie o 1/3 mniejsza od liczebności rodziców. Przy założeniu utrzymywania się tej prawidłowości, że liczebność kolejnego pokolenia w proporcji do pokolenia poprzedniego jest stała i wynosi analogicznie jak dla rocznika 1981 67%, pierwsze pokolenie, czyli rocznik 1981, zostałoby dziadkami już tylko nieco ponad 305 tys. wnuków i pradziadkami dla 205 tys. prawnuków. Oznacza to, że liczebność trzeciego pokolenia, czyli wnuków, wyniosłaby już tylko 45% liczebności pierwszego pokolenia, a liczebność czwartego pokolenia odpowiadałaby 30% liczebności pokolenia pierwszego. Poniżej 100 tys. potomków rocznik 1981 doczekałby się już w szóstym pokoleniu, co wyniosłoby jedynie 14% jego liczebności. Kończąc analizę na dziesiątym pokoleniu, zauważymy, że jego liczebność wyniosłaby już niecałe 19 tys., co stanowiłoby mniej niż 3% pokolenia wyjściowego.
Rys. 2.4. Symulacja liczebności pokoleń potomków Polaków urodzonych w roku 1981 (w tys.)
Źródło: opracowanie własne na podstawie Human Fertility Database 2022; GUS 2023h.
Tab. 2.3. Symulacja pokoleń potomków Polaków urodzonych w roku 1981 jako procent liczebności rocznika 1981
Pokolenie
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
Procent pokolenia 1981
100%
67%
45%
30%
20%
14%
9%
6%
4%
3%
Źródło: opracowanie własne na podstawie Human Fertility Database 2022; GUS 2023h.
Trajektorie potencjalnych zmian w liczbie ludności Polski i w jej strukturze wieku wskazują na istotne wyzwania dla sprawności funkcjonowania społeczeństwa i państwa, mogą także stanowić wyzwanie egzystencjalne. Zrozumienie istoty tych wyzwań wymaga zastanowienia się, w jakim kierunku mogą podążać zmiany ekonomiczne, społeczne i geopolityczne, dla których motorem okażą się głęboko sięgające zmiany demograficzne. Zanim jednak omówimy te wątki, zatrzymajmy się na chwilę na temacie migracji.
2.2. Migracje, czyli fałszywy trop w ratowaniu demografii
Postuluje się często, że jednym ze sposobów przywrócenia równowagi demograficznej miałby być stały napływ migrantów. Migranci swą liczbą mieliby zastępować niedostatek urodzeń, na zasadzie jeden migrant za każde brakujące urodzenie. To założenie często nie jest wyrażane wprost, jest natomiast obecne implicite w sformułowaniach, że są oni odpowiedzią, rozwiązaniem czy remedium na problemy demograficzne. Tymczasem migrant to osoba zwykle z nieco lub znacząco innym doświadczeniem niż osoba, która od urodzenia wzrastała w danym kraju. Ma on zwykle inne możliwości, zdolności, umiejętności, szczególnie językowe, a nierzadko też zawodowe i społeczne. Ponadto imigrant natrafia nierzadko na mniejsze lub większe trudności w adaptacji do lokalnych warunków kulturowych i instytucjonalnych, jak również ma większą skłonność do opuszczania kraju przyjmującego, a zatem dla trwałego zastąpienia ewentualnie jednego urodzenia do kraju przyjmującego statystycznie musiałby przyjechać więcej niż jeden imigrant [Okólski, Fihel 2012].
Próba oszacowania, ilu migrantów byłoby potrzebnych do zastąpienia ewentualnych brakujących urodzeń m.in. w Europie, bez wyodrębnienia Polski, została podjęta już na przełomie wieków przez ONZ [2000]. Zgodnie z tymi szacunkami przy założeniu braku migracji między latami 2000 a 2050 populacja Europy zmniejszyłaby się o 123 mln osób, a samej Unii Europejskiej (wówczas jeszcze bez krajów przyjmowanych od roku 2004 i z Wielką Brytanią) o 62 mln. Kontynent jednocześnie podlegałby intensywnemu starzeniu się, a liczba osób w wieku 15-64 lata przypadająca na jedną osobę w wieku 65+, czyli według tej definicji osób w wieku produkcyjnym na osobę w wieku poprodukcyjnym, spadłaby dla Europy z 4,6 do 2,0, a dla samej Unii Europejskiej z 4,0 do 1,9. Dla utrzymania stałej liczby ludności Europa do roku 2050 potrzebowałaby 100 mln migrantów, a Unia - 47 mln. Chcąc natomiast utrzymać na stałym poziomie tylko liczbę ludności w wieku produkcyjnym, Europa w ciągu pięciu dekad powinna pozyskać 161 mln migrantów, a "stara" Unia - 80 mln. Próba zahamowania starzenia się, czyli utrzymania stałej relacji osób w wieku produkcyjnym na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym, skutkowałaby koniecznością pozyskania do 2050 r. niewyobrażalnej liczby blisko 1,4 mld migrantów dla Europy i 700 mln dla Unii.
Potencjalna materializacja któregokolwiek ze wskazanych scenariuszy zmieniłaby strukturę etniczną obszarów krajów przyjmujących migrantów. W przypadku próby utrzymania stałej liczby ludności migranci po roku 2000 i ich potomkowie stanowiliby w roku 2050 17% mieszkańców Europy i 16% mieszkańców Unii Europejskiej, przy czym dla Francji odsetek ten wynosiłby 3%, dla Wielkiej Brytanii 5%, natomiast już dla Niemiec 28%, a dla Włoch 29%. Próba skompensowania ubytków w liczbie osób w wieku produkcyjnym prowadziłaby natomiast do osiągnięcia przez nowych migrantów i ich potomków już 26% udziału w liczbie ludności tak Unii, jak i całej Europy, przy czym dla Francji odsetek ten wyniósłby 12%, Wielkiej Brytanii 14%, Niemiec 36%, a Włoch 39%. Czysto teoretyczny scenariusz zahamowania starzenia się demograficznego musiałby skutkować udziałem migrantów w połowie XXI w. rzędu 75% dla Unii i całej Europy, przy czym dla Francji oznaczałoby to 68% ówczesnej populacji, dla Wielkiej Brytanii niecałe 60%, zaś dla Włoch i Niemiec blisko 80%.
Brak szacunków w raporcie ONZ odnośnie do Polski sugeruje potrzebę dokonania osobnej oceny. Wykonam ją nieco uproszczoną metodą na podstawie aktualnych danych z wykorzystaniem trzech odmiennych od siebie podejść. Ocena koncentruje się na analizie brakującej liczby urodzeń, niezbędnej do zachowania długofalowo stabilnej liczby ludności. Mimo pewnych wahań w poszczególnych latach, zwłaszcza w podejściu drugim i trzecim, ewentualna kompensacja brakujących urodzeń prowadziłaby również do średnioterminowej stabilności liczby osób w wieku produkcyjnym. Ocena abstrahuje od aspiracji zachowania stabilnej relacji osób w wieku produkcyjnym na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym, z jednej strony ze względu na wysoką abstrakcyjność takiej aspiracji, a z drugiej strony na fakt, że pewne starzenie się demograficzne jest zjawiskiem naturalnym, wynikającym z wydłużania się średniej długości życia, a zatem jest statystyczną konsekwencją zjawiska w swojej naturze pożądanego. Tym samym warto pamiętać, że ewentualna kompensacja brakujących urodzeń skutkowałaby istotnym zwiększeniem liczby osób w wieku produkcyjnym przypadających na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym w stosunku do przedstawionych projekcji do roku 2100 na poprzednich stronach.
W podejściu pierwszym oszacowano różnicę w liczbie urodzeń w każdym kolejnym roku między latami 1990 i 2021 (okres 32 lat) a bazowym rokiem 1989. Rok odniesienia jest w pewnej mierze symboliczny, ponieważ nie tylko jest pierwszym rokiem zmian ustrojowych, społecznych i gospodarczych, ale także jak dotąd ostatnim, w którym współczynnik dzietności osiągnął wartość 2,1, czyli zastępowalności pokoleń. W roku 1989 urodziło się w Polsce blisko 565 tys. dzieci, a zatem więcej niż w którymkolwiek roku następującym po nim. Różnice te zwiększały się lub zmniejszały, w zależności od liczby urodzeń w danym roku. W latach 1990-2021 urodziło się w Polsce łącznie 12,9 mln dzieci, ale gdyby w całym wyznaczonym okresie liczba ta miała wynosić tyle, ile w roku 1989, to w tym okresie łącznie brakuje dalszych 5,1 mln urodzeń. Stosunek brakujących urodzeń do faktycznych urodzeń zmieniał się w czasie, jeszcze w latach 90. był stosunkowo nieznaczny, jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę tylko lata 2011-20, to aby w każdym z nich osiągnąć liczbę urodzeń taką jak w roku 1989, to średnio powinno się było urodzić w nich o blisko 50% dzieci więcej, niż faktycznie się urodziło.
Rys. 2.5 Liczba dzieci faktycznie urodzonych i brakujących w latach 1990-2021 dla osiągnięcia w Polsce stałej liczby urodzeń takiej jak w 1989 r. (w tys.)
Źródło: opracowanie własne na podstawie GUS 2023h.
Drugie podejście opiera się na analizie współczynnika dzietności teoretycznej. Zakładając, że w każdym z lat w okresie 1990-2021 osiągnięty miałby zostać współczynnik dzietności taki, jak w roku 1989, czyli 2,1[6], wówczas w całym analizowanym okresie brakuje 5,7 mln urodzeń. Analogicznie jak w poprzednim podejściu proporcja między liczbą dzieci faktycznie urodzonych a brakujących faluje. Jeśli jednak uwzględni się jedynie drugą dekadę XXI w., to dla osiągnięcia w każdym z lat zastępowalności pokoleń średnio w każdym roku powinno było się urodzić już o 53% więcej dzieci, niż miało to miejsce.
Rys. 2.6. Liczba dzieci faktycznie urodzonych i brakujących w latach 1990-2021 dla osiągnięcia w Polsce w danym roku zastępowalności pokoleń (w tys.)
Źródło: opracowanie własne na podstawie GUS 2023h.
Trzecie podejście opiera się z kolei na dzietności kohortowej. W tym przypadku za stan umożliwiający zachowanie długoterminowo stabilności populacji przyjąć należy sytuację, w której kobiety z danego rocznika urodziłyby w Polsce w ciągu całego swojego życia tyle dzieci, ile wynosiła liczebność ich rocznika. Dla zachowania analogii uwzględnione zostały 32 roczniki, między latami 1955 a 1986. Zauważyć należy, że warunki do wydawania dzieci na świat dla poszczególnych roczników były istotnie odmienne. Roczniki najstarsze wiek największej intensywności urodzeń osiągnęły jeszcze przed 1989 rokiem, dopiero rocznik 1970 jako pierwszy ukończył 20 lat po roku 1989. Dla roczników z lat 70. i 80. zaistniała także potrzeba zbudowania modelu spodziewanych urodzeń, ponieważ nie zakończyły one jeszcze wieku rozrodczego i część urodzeń jeszcze się pojawi[7]. W przypadku tego podejścia dla zachowania stabilności populacji brakuje ponad 3,9 mln urodzeń. Szczególnie istotne jest przy tym, by zauważyć, że luka między urodzeniami faktycznymi a pożądanymi największa jest wśród najmłodszych roczników. Aby liczba dzieci urodzonych przez kobiety z dziesięciu roczników 1977-86 była taka, jak liczebność tych roczników, to średnio dla każdego z tych roczników musiałoby się pojawić 48% urodzeń więcej, niż się pojawiło lub zgodnie z modelem jest spodziewane.
Rys. 2.7. Liczba dzieci faktycznie urodzonych, spodziewanych i brakujących dla poszczególnych roczników kobiet do osiągnięcia liczby urodzeń równej liczebności rocznika rodziców (w tys.)
Źródło: opracowanie własne na podstawie Human Fertility Database 2022; GUS 2023h.
Wyniki wszystkich trzech podejść do zapotrzebowania na ewentualną migrację zastępczą, czy też innymi słowy - migrację odtworzeniową [Okólski, Fihel 2012: 243-244], dają spójne wnioski. Dla zastąpienia brakujących urodzeń tylko z ostatnich trzech dekad Polska potrzebowałaby ponad 5 mln migrantów, najlepiej - urodzonych w latach 1990-2021. Pomijając pewien okres przejściowy lat 90. XX w. i początku wieku XXI, liczba migrantów powinna wynosić około połowy faktycznie urodzonych dzieci. Ponownie należy zauważyć, że w związku z możliwym dalszym pogłębianiem się spadku liczby urodzeń, jeśli dzietność nie wzrośnie, zapotrzebowanie na migrantów w kolejnych latach wzrastałoby. W tym kontekście udział migrantów, a następnie migrantów i ich potomków, w łącznej populacji Polski również szybko by wzrastał.
Jak mogłoby zmieniać się w przyszłości zapotrzebowanie na migrantów, pokazuje symulacja ZUS z 2023 r. [ZUS 2023a: 41-42]. Opiera się ona na założeniu zahamowania starzenia się demograficznego populacji, czyli zachowaniu stałego współczynnika obciążenia demograficznego rozumianego jako stosunek liczby osób w wieku poprodukcyjnym do liczby osób w wieku produkcyjnym, ale nie z roku 1990, kiedy stosunek osób starszych do osób w wieku produkcyjnym był stosunkowo korzystny, ale z roku 2022, czyli już po ponad trzech dekadach niskiej dzietności i już po doświadczeniu szybkiego starzenia się. Zatem dla zachowania współczynnika obciążenia demograficznego z roku 2022 tylko przez dekadę, czyli między latami 2023 a 2032, Polska musiałaby przyjąć 2,8 mln imigrantów w wieku produkcyjnym, zatem średnio 280 tys. rocznie i to jeszcze przy zmniejszającym ten wynik założeniu, że w tym czasie żaden z tych migrantów nie osiągnie wieku poprodukcyjnego. Ta liczba jest w zasadzie identyczna do spodziewanej liczby dzieci, które zgodnie z prognozą GUS mają się w tym czasie urodzić [GUS 2023d].
Dodać należy, że Polska nie znajduje się w sytuacji Ameryki Północnej czy Południowej w II połowie XIX w. i na początku wieku XX, kiedy znaczne fale migracyjne, liczące dziesiątki milionów ludzi, pochodziły z przeżywającej wówczas eksplozję demograficzną Europy. Nie jest też w sytuacji Unii Europejskiej po roku 2004, kiedy absorbowano migrantów z krajów byłego Bloku Wschodniego. Migranci ci w swojej masie posiadali kwalifikacje i doświadczenia analogiczne do ludności miejscowej, często posługiwali się tym samym lub znanym językiem, posiadali również zbliżone doświadczenie kulturowe, a zatem trudności w adaptacji do lokalnych warunków kulturowych i instytucjonalnych były względnie niewysokie. Aktualnie nie ma krajów potencjalnie wysyłających migrantów, które mogłyby zapewnić podobny, względnie trwały rezerwuar analogicznych pod względem cech jakościowych i licznych migrantów dla Polski. Zatem migracje z innych krajów nie dość, że trudne, o ile w ogóle możliwe do realizacji na taką skalę, to jeszcze prowadziłyby do imigracji osób o większym potencjale trudności adaptacyjnych.
Podsumowując, przedstawione analizy wykazują, że migranci nie zastąpią brakujących urodzeń. Mogą co prawda chwilowo łagodzić trudności z brakiem pracowników w niektórych sektorach gospodarki, ale przyjmowanie, że migracja stanowi rozwiązanie problemów demograficznych Polski, jest złudzeniem. Dodatkowo potencjalnie niebezpiecznie demobilizuje w zakresie zwiększania dzietności i powoduje odkładanie w czasie zmierzenia się z wyzwaniem niskiej dzietności. Tymczasem wyzwanie to z biegiem lat nie będzie łagodniejsze, lecz będzie narastać.