Wstęp
W wieku dwudziestu pięciu lat wprowadziłam się do mieszkania dziewięćdziesięcioośmioletniego mężczyzny. Nie planowałam tego, nie byłam pewna, czy tego chcę, i nie wiedziałam, czy na coś się przydam. Nie był to mój przyjaciel ani krewny. Pan Kessler, jak będę go nazywać, jeden z ocalałych z Holocaustu, obecnie znajdował się w początkowym stadium choroby Alzheimera, a mnie zatrudniono do opieki nad nim. Pomimo doświadczenia w psychologii klinicznej z całą pewnością nie byłam zawodową opiekunką. Przyjęto mnie, ponieważ syn chorego, Sam, uznał, że jego ojciec nie powinien mieszkać samotnie - nie żeby miał być niesprawny, ale po prostu przydałaby mu się pomoc w domu.
Tak jak wiele ofiar alzheimera, również pan Kessler nie pogodził się ze swoim stanem i żył tak, jakby dokuczały mu zwykłe bolączki podeszłego wieku, a nie nieodwracalna i obezwładniająca choroba. Gdy wlał płyn do prania do piekarnika albo zapomniał, na którym piętrze mieszka, kręcił głową i mruczał w jidysz: Mayn kop arbet nisht ("Moja głowa nie działa"). Ale to było utyskiwanie, nie diagnoza. A to wyparcie, zarówno kliniczne, jak i głęboko ludzkie, sprawiło, że również jego syn nie zauważał choroby.
Gdy rozlokowałam się już w trzypokojowym mieszkaniu pana Kesslera na Bronksie, stałam się, jak wielu opiekunów, świadkiem obsesji podopiecznego: "Gdzie są moje klucze?", "Widziałaś mój portfel?", "Jaki mamy dzień?", "Gdzie mieszkasz?", "Gdzie mieszkają twoi rodzice?". Nie zadawał tych pytań każdego dnia przez cały rok, kiedy się nim opiekowałam; zadawał je pięć czy sześć razy każdego dnia. A ponieważ zawsze padały jego zdaniem "po raz pierwszy", zawsze też towarzyszyło im to samo niecierpliwe oczekiwanie, które udzieliło się i mnie. Chciałam mu pomóc, ale nie potrafiłam. Chciałam, żeby docenił moje wysiłki, ale on nie potrafił.
W 2009 roku, na rok przed moim wprowadzeniem się do niego, pracowałam nad doktoratem z psychologii klinicznej. Studiowałam różne patologie - z naciskiem na depresję, pourazowe zaburzenie stresowe, żałobę powikłaną i lęk - głównie przez beznamiętne soczewki analizy ilościowej. Chociaż studia doktoranckie pod wieloma względami dawały mi satysfakcję, w świecie naukowych uogólnień i jałowych, bezosobowych badań nad chorobą czułam się wyobcowana. Zdawałam sobie sprawę, że dane empiryczne i próby kliniczne są niezbędne, wiedziałam jednak również, że nie dają one pełnego oglądu choroby neurologicznej, i wkrótce rozczarowałam się dogmatami i teoretycznymi ujęciami.
Tym, co ostatecznie odciągnęło mnie od środowiska akademickiego, było to samo, co pierwotnie mnie do niego przyciągnęło. Zanim zaczęłam studiować psychologię kliniczną, byłam uczennicą dr. Olivera Sacksa. Co prawda nie znałam go osobiście, ale odkąd jako nastolatka po raz pierwszy wzięłam do ręki książkę Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, przyswoiłam jego głos, wrażliwość, układ odniesienia. Przekonała mnie do niego jego miłość do pacjentów. W snutych przez niego historiach, w których idealnie łączył neurologię ze zgłębianiem tożsamości, niemożliwe było oddzielenie klinicznych obserwacji od uczuć. Zapewne dlatego tak mi się spodobało, że w odniesieniu do swoich dociekań przejął od przyjaciela i mentora, radzieckiego neuropsychologa Aleksandra Łurii, określenie "nauka romantyczna"[1].
Chociaż termin ten jest ukłonem w stronę osiemnastowiecznej tradycji włączania osobistych szczegółów do badania chorób, czułam, że pasuje on również w ogólniejszym sensie. Sacks był tak głęboko poruszony i pozostawał pod takim wrażeniem tego, jak jego pacjenci poruszali się po swoich światach i nadawali znaczenie swojemu życiu zarówno pomimo, jak i z powodu swoich chorób, że jego studia przypadków nie tylko wydawały się badaniem ludzkiej świadomości, ale były wręcz odami do poszczególnych istot ludzkich. Kiedy więc zaproponowano mi opiekę nad panem Kesslerem, potraktowałam to jako możliwość obserwowania człowieka, który walczy o zachowanie poczucia swego "ja" wbrew erozji, jakiej ulega ono pod naporem choroby neurologicznej.
W niektóre poranki pan Kessler mnie rozpoznawał, w inne nie. W niektóre dni był niezadowolony z mojej obecności, w inne cieszył się z towarzystwa. Niekiedy zaś, jak gdyby łagodnie ganiąc się za swoje zapominalstwo, patrzył na mnie i szeptał: "Od kiedy taki jestem?" albo "Dlaczego nie pamiętam?", albo "Nie wiem, jak ze mną wytrzymujesz". Mimo że to kursowanie między dezorientacją a samoświadomością często należy do choroby, nie znajduje zazwyczaj odzwierciedlenia w klinicznym dyskursie. Zamiast tego mamy takie słowa jak "wgląd", które odnoszą się do wiedzy, jaką pacjenci przypuszczalnie mają na temat swojego stanu. Jednak słowa te uderzają mnie jako naiwnie zero-jedynkowe. Wgląd nie jest przełącznikiem, który przestawia się u chorego na demencję w pozycję on lub off. W zasadzie żaden opis świadomości pacjenta nie pozwala uchwycić złożonej, wewnętrznie sprzecznej natury spętanego umysłu, czy tu raczej umysłu, który próbuje wyrwać się z tego spętania.
Oliver Sacks nie lubił określenia "deficyt", które uznawał za "ulubione słówko w neurologii"[2]. Nie lubił go, ponieważ często redukuje ono pacjenta do układu czynnościowego, który działa albo nie. Z kolei określenie "wgląd" nie otwiera drogi do wieloznaczności. A tym, co jest tak przejmujące i jednocześnie wytrącające z równowagi w zaburzeniach otępiennych - które rzekomo mają się sprowadzać do deficytów: utraty pamięci, utraty uwagi, utraty zahamowań, utraty osądu - jest fakt, że zanim pojawia się strata, często występuje obfitość: obfitość krzyku, kłótni, defensywności, konfabulacji i oskarżania. Co istotniejsze dla naszego tematu, często jest aż nadto "ja". Tam, gdzie występuje strata, mogą pojawiać się zachowania kompensujące, chwile, kiedy mózg nie poddaje się chorobie, ale uzbraja w te zdolności, które są nadal nietknięte, i dyryguje wszystkim, czym może, żeby zrekompensować sobie to, co mu umyka.
Ten rodzaj kompensacji nazywamy odwołaniem się do "rezerw poznawczych"[3], co jest opisem zarówno trafnym, jak i paradoksalnym, biorąc pod uwagę wstrząsy i chaos, jakie te ukryte rezerwy serwują pacjentom i opiekunom. Używając wciąż działających sieci, mózg[1*] próbuje zachować poczucie "ja" danej osoby, pozwalając pacjentom kłócić się, czarować, przekonywać, konfabulować, oskarżać i się upierać. W konsekwencji coraz bardziej zaciera się granica pomiędzy zdrową odpornością psychiczną a patologią. Można by wręcz powiedzieć, że początkowo to rezerwa poznawcza pacjenta, a nie otępienie, odpowiada za jego uprzykrzone zachowania.
W odróżnieniu od raka czy zastoinowej niewydolności serca, w schorzeniach mózgu nie ma rozgraniczenia między chorobą a pacjentem. Pacjenci "wchodzą w zmowę" ze swoją chorobą i stają się, jak określa to dr Sacks, niczym "stare, dobre małżeństwo [...] jednym bytem złożonym"[4]. Kto w takim wypadku jest odpowiedzialny za nieadekwatne czy sprzeczne zachowanie? Człowiek, który wpadł do mojego pokoju w środku nocy i błagalnym głosem prosił, żebym pomogła mu odszukać paszport, był tym samym, który dwie minuty po zlokalizowaniu dokumentu kazał mi się wynosić, bo mnie nie potrzebuje. Człowiek, który godzinami spokojnie opowiadał mi o swoim dzieciństwie, był tym samym, który zakomunikował swojemu synowi, że nigdy nie zamienił ze mną słowa i że wolałby mieszkać sam.
Im lepiej poznawałam pana Kesslera, tym bardziej widziałam go jako "złożoną" istotę, której sprzeczności nie były zaledwie efektem ubocznym zaburzenia funkcji poznawczych, ale przejawami dążeń człowieka, który chciał żyć dwojako: pozostawać całkowicie samodzielny, a jednocześnie być przedmiotem ciągłej uwagi. I to właśnie ten "człowiek w zmowie z chorobą" wytrącał mnie równowagi. Jak na ironię, właśnie ta cecha, którą podziwiałam w pacjentach dr. Sacksa - "zachowanie ja"[5] - tak bardzo utrudniała mi teraz pracę.
W miarę jak pan Kessler miotał się pomiędzy znaniem mnie a nieznaniem, pomiędzy potrzebą mojego towarzystwa a jego odrzucaniem, pomiędzy radosnym jedzeniem przygotowanych przeze mnie posiłków a oskarżaniem mnie o nadużywanie jego gościnności, sama czułam coraz bardziej rosnącą w sobie niepewność, czy jestem przydatna, czy też jestem intruzem. Oscylacje pana Kesslera zaczęły podsycać moje własne poczucie braku egzystencjalnego zakorzenienia. Dlaczego tu jestem? Co robię? Czy moje działania przynoszą coś dobrego? To była dla mnie pierwsza wskazówka, że ludzie z zaburzeniami otępiennymi potrafią znaleźć twój najbardziej czuły punkt i drażnić go, aż będziesz całkiem rozstrojony.
Pewnego wieczoru, mniej więcej siedem miesięcy po moim wprowadzeniu się, pan Kessler niepewnie wspinał się na krzesło, żeby wymienić baterię w czujniku dymu. Gdy go ostrzegłam, że to niebezpieczne, i zaproponowałam, że sama to zrobię, w typowy dla siebie sposób odburknął, że on tu rządzi i nie potrzebuje pomocy. Zwykle gdy próbował coś naprawiać, starałam się odwrócić jego uwagę. Jednak tym razem chciałam, żeby na jedną minutę zrozumiał, że istnieje coś takiego jak obiektywna rzeczywistość. "Proszę dać sobie spokój z tym alarmem - powiedziałam stanowczo. - Wchodzenie na krzesło jest zbyt niebezpieczne". Machnął ręką i postawił stopę na krześle. Zirytowana jego protekcjonalnością, poczułam wyjątkową potrzebę odarcia go z urojeń. Byłam zmęczona tą grą, zmęczona współudziałem w udawaniu, że nic mu nie dolega, co, jak na ironię, ułatwiało mu podważanie sensu mojej obecności w domu. Zrobiłam więc coś, czego opiekunowie robić nie powinni: pokłóciłam się z nim. Trzęsąc się z oburzenia, wykrzyczałam, że niczego nie robi samodzielnie, że zawsze potrzebuje mojej pomocy i że nie jest w stanie żyć w pojedynkę.
Mimo że mój wybuch najwyraźniej zbytnio go nie obszedł i wyparował z jego pamięci po około dziesięciu minutach, mnie samą zaniepokoił na tyle, że na wiele tygodni pogrążyłam się w apatii. Nadal wykonywałam swoje codzienne obowiązki - karmiłam pana Kesslera słowami, które chciał słyszeć, zachęcałam do opowiadania, przypominałam mu, kto do niego tego dnia dzwonił - ale często czułam beznadzieję i odrętwienie. Co więcej, myślałam, że sobie nie radzę, może nie tyle z wykonywaniem obowiązków, ile jako człowiek. Co mówi o mnie to, że potrafię nawrzeszczeć na dziewięćdziesięcioośmiolatka z demencją? Gdzie był ten "współczujący dystans", który dr Sacks uznawał za niezbędny w opiece nad ludźmi zaburzonymi neurologicznie? Sam Sacks oczywiście zostawiał pod koniec dnia swoich pacjentów i wracał do domu w West Village, żeby odpocząć i nabrać sił, ja natomiast nie miałam dokąd pójść. Ale nawet uwzględniając to, czułam, że sprzeniewierzam się temu, czego dowiedziałam się z jego książek.
Dlatego bardzo się cieszę, że właśnie jedna z tych książek przyszła mi na ratunek. Pewnego dnia, kiedy przeglądałam Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, uderzył mnie akapit, który najpewniej czytałam wcześniej dziesiątki razy. Pojawia się on w opisie przypadku "zagubionego marynarza", czyli "czarującego, inteligentnego, pozbawionego pamięci"[6] mężczyzny mieszkającego w domu pomocy w Nowym Jorku. Jimmie G., jak nazwał go dr Sacks, cierpiał na zespół Korsakowa, co uniemożliwiało mu tworzenie nowych wspomnień. W rezultacie twierdził, że ma dziewiętnaście lat, podczas gdy w rzeczywistości liczył ich czterdzieści dziewięć. Zapewne dlatego, że kontrast pomiędzy tym, jak Jimmie G. siebie widział, a rzeczywistością był tak wyraźny, dr Sacks uległ nagłemu impulsowi: podniósł lustro i kazał mężczyźnie się w nim przejrzeć. Jimmie G. oczywiście przeraził się na widok tego, co zobaczył, i wpadł w panikę. Dr Sacks natychmiast zrozumiał swój błąd i uspokajał go tak długo, aż ten zapomniał o ujrzanym odbiciu. Nigdy nie zapomniał go jednak dr Sacks - i nigdy nie wybaczył sobie tego, co zrobił.
Czytając ten fragment, poczułam wdzięczność wobec autora. Wdzięczność, że popełnił błąd i potrafił się do niego przyznać. Wdzięczność, bo pokazał, że jest niedoskonałym człowiekiem, który przez chwilę zachował się irracjonalnie. Dlaczego postawił lustro przed pacjentem, który nie potrafi znieść prawdy? Najwyraźniej nawet dr Sacks poczuł wewnętrzny przymus, jaki odczuwa wielu opiekunów. Czyż każdy opiekun prędzej czy później nie podstawia bliskiej osobie lustra? Czyż wszyscy nie zaklinamy pacjentów i nie próbujemy przekonywać argumentami, żeby pojęli, co jest rzeczywiste, a co nie? Tak jak każdy opiekun, dr Sacks instynktownie chciał wyregulować swojego pacjenta, przywrócić mu normalność. Właśnie dlatego czasami spieramy się ze swoimi podopiecznymi, a czasami na nich krzyczymy; chcemy na nowo ustanowić wspólny mianownik rzeczywistości. To nie okrucieństwo, ale desperacja skłania nas do konfrontowania ich z prawdą.
Moja perspektywa zaczęła się zmieniać. Rozdział o "zagubionym marynarzu" nie dotyczył tylko osoby, która musi przetrwać "ciągłą presję sprzeczności"[7] i na próżno szuka ciągłości, a jednocześnie "tkwi w bezustannie zmieniającej się, niemającej sensu chwili". Opisywał również dr. Sacksa i wszystkich opiekunów, którzy czują, że utknęli w bezsensownej chwili z zaburzonymi poznawczo.
Słowo "demencja" - z łacińskiego de (pozbawiony lub bez) + mens (umysł) - weszło do leksykonu języka angielskiego pod koniec XVIII wieku i pierwotnie oznaczało szaleństwo lub obłęd. Gdy medycyna z ociąganiem zajęła się zaburzeniami umysłu tak samo jak zaburzeniami ciała, zamroczenie, otępienie starcze i zmiany osobowości zaczęły być postrzegane w świetle somatycznym, a w końcu, w ostatnim stuleciu, jako zagadnienia neurologiczne. Piąte wydanie normatywnego podręcznika psychiatrycznego The Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM-5) odradza stosowanie terminu "demencja"[2*], optując zamiast tego za "zaburzeniami neurologicznymi"[8]. Ten zwrot ku biologii pomógł zdjąć odium stygmatyzacji z zachowań, które wcześniej uznawano za wstydliwe. Czy złościłbyś się na kogoś z nowotworem lub chorobą serca?
Chociaż słów "demencja" i "otępienie" nadal dość powszechnie używa się do określenia tej choroby, terminy te w rzeczywistości obejmują grupę różnych symptomów związanych ze spadkiem funkcji poznawczych, takich jak utrata pamięci, słaba kontrola emocjonalna czy trudność z dokonywaniem osądów, planowaniem i rozwiązywaniem problemów. Otępienie może wystąpić przejściowo; jest od czasu do czasu wywoływane przez narkotyki, odwodnienie lub niedobór witamin. Natomiast zaburzenia otępienne, takie jak choroba Alzheimera, otępienie z ciałami Lewy'ego, otępienie czołowo-skroniowe czy otępienie naczyniopochodne, są chorobami, i to nieodwracalnymi.
Na całym świecie żyje ponad pięćdziesiąt pięć milionów osób z zaburzeniem dementywnym[9], a do 2050 roku ta liczba ma się prawie potroić. Najpowszechniejszym rodzajem demencji jest choroba Alzheimera - w Ameryce około sześciu i pół miliona osób wykazuje oznaki od łagodnych zaburzeń poznawczych po pełnoobjawową chorobę Alzheimera[10]. Chociaż starzenie się jest najsilniejszym czynnikiem ryzyka demencji, nie dotyka ona wyłącznie ludzi w podeszłym wieku; formy otępienia o wczesnym początku (których symptomy pojawiają się przed sześćdziesiątym piątym rokiem życia) stanowią do dziewięciu procent wszystkich przypadków. Globalny koszt leczenia tych zaburzeń szacuje się na 1,3 biliona dolarów rocznie, a w ciągu następnych dziesięciu lat zwiększy się on ponad dwukrotnie.
Cierpiącymi w Stanach Zjednoczonych zajmuje się ponad sześćdziesiąt milionów opiekunów (liczba ta na całym świecie jest zbyt ogromna, by próbować ją oszacować), z których wielu to członkowie rodzin pacjentów; rocznie sprawują oni nieodpłatnie opiekę wartą szesnaście miliardów dolarów. Zapewne jeszcze bardziej istotny jest olbrzymi ponoszony przez nich koszt fizyczny i psychiczny[11]. To ci ludzie zostali nazwani "niewidocznymi ofiarami" tej choroby. Jednak nawet ten drobny gest uznania nie odzwierciedla prawdziwszego i mroczniejszego znaczenia słowa "ofiara".
W wielu przypadkach zaburzenia dementywne tworzą świat tak pokawałkowany, zdeformowany i nadmiarowy, a także wykazujący tak wielką obojętność wobec normalnych zasad zachowania, że członkowie rodzin bezwiednie stają się częścią tego szaleństwa. A jednak klinicyści oraz badacze nadal postulują wyraźne rozgraniczenie pomiędzy psychiką opiekuna a psychiką pacjenta[3*], pomiędzy sferą normalności a sferą zaburzenia, podczas gdy tak naprawdę zasadniczym obciążeniem dla opiekunów jest często brak takiego rozgraniczenia. Dzieci i małżonkowie chorych nie tylko są zaledwie świadkami spadku funkcji poznawczych u swoich bliskich, ale stają się jego uczestnikami, ponieważ w każdej minucie każdego dnia żyją w tej surrealistycznej, ponurej rzeczywistości.
Sporo czytałam o demencji podczas mieszkania na Bronksie i później. Zapoznawałam się z literaturą medyczną. Czytałam wspomnienia opiekunów opisujących emocjonalną opłatę, jaką pobiera ta choroba. Studiowałam artykuły naukowe o społecznych, ekonomicznych i logistycznych problemach, które się pojawiają, gdy choroba nawiedza rodzinę. Zapoznawałam się z praktycznymi poradnikami na temat tego, jak postępować z ludźmi dotkniętymi chorobą, jak z nimi współżyć i efektywnie się komunikować. Ale chociaż książki te przekazują dużo wiadomości, udzielają wsparcia i adekwatnie ukazują efekty choroby, nadal czułam, że czegoś w nich brakuje.
O ile po pacjentach z chorobą Alzheimera spodziewamy się irracjonalnego zachowania czy niezdolności do trzeźwej oceny sytuacji, o tyle często jesteśmy zdumieni zaskakującym zachowaniem samych opiekunów, u których nieraz pojawia się zwierciadlane odbicie wyparcia, oporu, przeinaczeń, nieracjonalności oraz pomyłek poznawczych ludzi, którymi się opiekują. Okazuje się, że pomimo świadomości choroby u swoich podopiecznych opiekunowie przejawiają zachowania, które, jak wiedzą, przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego: spierają się z nimi, zgłaszają do nich pretensje, obstają przy wspólnym respektowaniu rzeczywistości oraz czują się osobiście urażeni tym, co stanowi przejawy choroby podopiecznych. Ponieważ opiekunowie są "zdrowi", zakładamy, że powinni wykazywać rozsądek, a w konsekwencji ich niezdolność przyjęcia choroby do wiadomości czy dostosowania się do niej wygląda jak ich własne niedopatrzenie.
Tradycyjnie badania przypadków neurologicznych skupiają się na "nieprawidłowym" mózgu i wpływie jego funkcjonowania na człowieka. Ale co z ludźmi, którzy są najbliżej pacjenta? Czy ich reakcje, ich zmagania, ich dezorientacja w obliczu choroby neurologicznej również nie objaśniają działania ludzkiego umysłu? "Prawidłowy" umysł nie jest przecież pustą kartą, tabula rasa, jak sugerował John Locke; jest naszpikowany instynktownymi popędami, potrzebami, uprzedzeniami, skłonnościami i intuicjami o sobie samych i innych. Właśnie te inklinacje poznawcze, jak będę pokazywać, stają na przeszkodzie zrozumieniu demencji i odpowiedniemu postępowaniu w jej przypadku.
Gdy znika u kogoś pamięć, gdy zmienia się osobowość i zachowanie tej osoby - z kim wówczas mamy do czynienia? Jeżeli choroba neurologiczna atakuje mózg, jak zmieniają się nasze oczekiwania w stosunku do ludzi? Kiedy wolno traktować ich w szczególny sposób? Nagle pytania zwykle zadawane przez filozofów i psychologów - o tożsamość, wolną wolę, świadomość, pamięć i relację umysłu z ciałem - wdzierają się do codziennego życia opiekunów.
Temu właśnie chciałabym się przyjrzeć: jak założenia poznawcze i intuicje filozoficzne zdrowego mózgu wpływają na nasz sposób rozumienia i leczenia ludzi, którzy nie są już w stanie samodzielnie zajmować się sobą. Dlatego moje studia przypadku zawsze dotyczą dwóch osób - pacjenta i opiekuna, bezwiednie współpracujących w niewłaściwym interpretowaniu choroby. Opierając się na badaniach z zakresu kognitywistyki i neurologii, a także na własnym doświadczeniu, chcę pokazać, jak pacjent oraz opiekun reagują na dylemat egzystencjalny stwarzany przez demencję. Bo dopiero gdy zbadamy, jak obie te osoby mocują się z chorobą, zobaczymy ukryte mechanizmy działania umysłu.
Czternaście miesięcy po mojej przeprowadzce na Bronx powierzyłam pana Kesslera etatowym opiekunom z agencji prowadzonej przez miasto. Nadal niepewna co do kontynuowania studiów doktoranckich, wróciłam na Manhattan i odbyłam szkolenie na lidera grupy dla osób doświadczających emocjonalnych trudności w opiece nad członkami rodziny z zaburzeniami otępiennymi. Takie grupy są bezpieczną przystanią, gdzie opiekunowie mogą dzielić się swoimi myślami i troskami, ze świadomością, że zostaną zrozumiani przez ludzi będących w podobnej sytuacji. W międzyczasie zostałam konsultującym superwizorem klinicznym grup wsparcia w organizacji zajmującej się chorobą Alzheimera[4*], odpowiedzialnym za szkolenie i nadzór nad liderami grup, nadal też sama prowadziłam takie grupy[5*].
Im dłużej pracuję w tym obszarze i im więcej uczę się od opiekunów, tym bardziej jestem przekonana, że "zdrowy" mózg nie został przygotowany ewolucyjnie do tego, by dostrajać się do wymogów zaburzeń dementywnych. Jak trafnie ujęła to jedna z opiekunek: "Opiekun jest jak antropolog na Marsie". Odniosła się do słynnego studium przypadku Olivera Sacksa[12], w którym kobieta z autyzmem, Temple Granding, opisała siebie jako antropologa, bo to, co innym ludziom przychodziło z łatwością, a wręcz odruchowo, jej było całkowicie obce. Musiała się uczyć zachowań, które dla innych były instynktowne. Opiekunowie również mają poczucie, jakby znaleźli się na Marsie, ale ich problem jest odwrotny. Zaburzenia otępienne tworzą środowisko, w którym nasze instynkty społeczne przestają być przydatne, a wręcz stają się obciążeniem. Wszystkie nieporozumienia, kłótnie i wzajemne pretensje pomiędzy opiekunami i pacjentami wskazują na występowanie problemu, do którego rozwiązania nasze mózgi nie są przygotowane. Nieświadome nastawienia i założenia, na których zawsze polegaliśmy, prowadzą nas teraz na manowce.
Nie jest łatwo żyć z człowiekiem jawnie lekceważącym reguły czasu, porządku i ciągłości. Dlatego zamiast oferować frazesy czy zbawienne lekcje, chcę wyjaśnić przyczyny błędów w komunikacji, a dzięki temu pokazać, że wyparcie, złość, frustracja i bezradność opiekunów są w istocie przejawem normalności. To, mam nadzieję, dowartościuje ich zmagania i uwolni ich od piętna niedorastania do nieosiągalnego ideału.
Ponieważ pacjenci kompensują tak długo, jak tylko potrafią, opiekunowie są świadkami nie tylko samej choroby, ale również niedopuszczania jej do siebie przez pacjentów. Zapewne zakładamy, że postrzeganie człowieka w pacjencie czyni z nas lepszych opiekunów - i to oczywiście jest prawdą. Nigdy nie powinniśmy zapominać, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy mają myśli i uczucia. Prawdą jest jednak również to, że w długoletniej relacji uznanie pełni człowieczeństwa kogoś z zaburzeniami dementywnymi komplikuje nasze odczucia i sprawia, że trudno nam nie traktować różnych przejawów choroby jak aktów wymierzonych osobiście przeciw nam. Należy się zatem nauczyć, jak rozumieć nie tylko mężczyznę, który myli swoją żonę z kapeluszem, ale również żonę, która musi dostosować się do męża mylącego ją z kapeluszem.
Teraz, gdy wracam wieczorami do domu po spotkaniach z opiekunami, myślę o tym, co od nich usłyszałam. Staram się wyobrażać sobie ich życie, problemy, z jakimi się mierzą, ich dostosowywanie się dzień po dniu, godzina po godzinie. Przywołuję w pamięci sformułowane przez dr. Sacksa określenie pacjentów jako "podróżników po krainach niewyobrażalnych - krainach, o których istnieniu nie mielibyśmy inaczej pojęcia ani wiedzy"[13]. I chciałabym dodać: Nie zapominajmy o opiekunach, którzy muszą podróżować do tych światów razem z nimi. Bo gdy raz usłyszy się historię, którą opiekunowie mają do opowiedzenia, gdy pozna się ich smutki, zmagania i determinację, by wytrwać, można ujrzeć ich - lub siebie - w tym samym współczującym świetle, które dr Sacks rzuca na swoich podopiecznych: jako archetypiczne postacie z klasycznej baśni, "bohaterów, ofiary, męczenników, wojowników"[14].
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki