Rozdział pierwszy. Początki
ROZDZIAŁ PIERWSZY
POCZĄTKI
Ce sto trzydziestka na pas kołuje już,
Rangerze, w podróż w jedną stronę rusz.
Misja jest tajna, o przeznaczeniu sza,
Do domu wrócić nie zawsze się da!
Tekst Rangerów skandowany podczas biegów.
Samolot transportowy C-130 wibrował i przechylał się z boku na bok jak
nieposłuszny byk na rodeo. "Nim wydostaniemy się z tego maleństwa,
przeżyjemy piekielną jazdę", pomyślałem, gdy wielki żelazny ptak wznosił
się na wysokość, z której można skakać. Potem samolot wyrównał lot, a wstrząsy i podskoki, choć nadal mocne, stały się nieco bardziej
przewidywalne.
Nadszedł czas. Niemal nie mogąc się ruszać, zakuty w spadochron, plecak,
uprząż i karabin jednym szarpnięciem zerwałem się na nogi, zaczepiłem
linę statyczną do biegnącej nad głową stalówki i odwróciłem się w stronę
pozostałych 40 Rangerów wciąż siedzących na czerwonych plastikowych
ławkach przytwierdzonych wzdłuż burt i osi środkowej kadłuba.
Patrzyłem na załadunkowego Sił Powietrznodesantowych, który mówił do
swojego mikrofonu, i czekałem, aż zapali się czerwona lampka oznaczająca
zezwolenie na skok. Potem z nagłym świstem, po którym nastąpił
ogłuszający ryk, załadunkowy i jego asystent rozsunęli drzwi i ustawili
je w pozycji "otwarte - gotowe". Wiatr wył w samolocie i smagał mnie po
nogach, gdy patrzyłem na mojego adiutanta, sierżanta Alliego Jonesa.
Kiwnął głową, że jest gotowy i się zaczęło.
Spojrzałem na grupę mężczyzn siedzących przed mną w niemym wyczekiwaniu,
mocno tupnąłem w podłogę kadłuba lewą nogą, wyrzuciłem ramiona w powietrze dłońmi w stronę żołnierzy i wykrzyczałem pełną piersią:
"Przygotować się!".
Żołnierze odpięli pasy, skupili uwagę na moim pomocniku i na mnie,
wyprostowali się na siedzeniach, gotowi na następny rozkaz.
- Załoga po zewnętrznej, powstań! - krzyknąłem, wskazując na ludzi
siedzących wzdłuż burt samolotu. Walczyli o utrzymanie się na nogach,
podczas gdy samolot rzucał i podskakiwał. Kiedy już utworzyli przede mną
zwarty szereg, wydałem następną komendę.
- Załoga po wewnętrznej, powstań! - Wyciągniętymi rękami wskazałem ludzi
wciąż siedzących na ławkach wzdłuż środka kadłuba. Z pomocą stojących
już towarzyszy podnieśli się i obie grupy utworzyły ciągłą linię.
Samolot podskakiwał i klekotał jak stara ciężarówka pędząca po żwirówce
nierównej jak tara do prania, a żołnierze robili wszystko, by utrzymać
równowagę. "Mam nadzieję, że nikt nie puści pawia. Jak już jeden
zacznie, to innych nic nie powstrzyma, a podłoga zrobi się
niebezpiecznie śliska". Była to jednak grupa wytrawnych skoczków i nikogo nie zemdliło, chociaż warunki stale się pogarszały, od kiedy
samolot wszedł w fazę zrzutu.
- Wpiąć się! - zawołałem, wyciągając w górę ręce i zahaczając o siebie
zakrzywione palce wskazujące.
Tylko kilku pierwszych żołnierzy w szeregu było w stanie usłyszeć moje
rozkazy i zrozumieć, co mówię, bo do środka samolotu wdzierał się ryk
silników. Wszyscy jednak mogli dostrzec ręczną sygnalizację rozkazów, a kod znali na pamięć. Jednocześnie odłączyli zaczepy liny statycznej od
swoich spadochronów zapasowych, zatrzasnęli je na stalowej linie
biegnącej nad ich głowami wzdłuż kadłuba i przełożyli kabel
bezpieczeństwa przez karabinki.
Przesunąłem palce tam i z powrotem nad wyimaginowaną liną.
- Sprawdzić liny statyczne!
Każdy żołnierz sprawdził linę statyczną własną i kolegi stojącego przed
nim. To najbardziej istotna kontrola - niesprawna lina statyczna może
człowieka zabić.
Przesadzonymi ruchami poklepałem się po klatce piersiowej obiema dłońmi.
- Sprawdzić wyposażenie!
Każdy Ranger sprawdził hełm, spadochron rezerwowy, plecak oraz broń,
upewniając się, że wszystko było bezpiecznie i właściwie umocowane.
Podniosłem stulone dłonie do uszu i krzyknąłem:
- Potwierdzić sprawdzenie ekwipunku!
Odpowiedź przechodziła przez szereg od ostatniego żołnierza z tyłu
samolotu. Każdy Ranger klepał stojącego przed nim i krzyczał mu prosto
do ucha: "OK!". Słyszałem stłumioną odpowiedź na początku słabo, jednak
głosy łączyły się w silniejszy dźwięk, w miarę jak przez szereg
przechodziła fala odpowiedzi, aż żołnierz stojący z przodu wyrzucił w powietrze dłoni z palcami ułożonymi w kółko w znaku "OK", tupnął w aluminiową podłogę i zawołał: "Wszyscy OK!".
Odwróciłem się, żeby otworzyć drzwi zrzutowe. Sprawdziłem, czy mój
plecak jest bezpiecznie zamocowany na nodze wystawionej do wiatru.
Następnie mocno chwyciłem prawą ręką framugę drzwi, a lewą ręką
przesunąłem wzdłuż framugi, upewniając się, że żaden ostry zadzior nie
zerwie liny statycznej. Potem kopnąłem boczne zamki klapy zrzutowej i tupnąłem w nią, by upewnić się, że jest stabilna.
Zadowolony, że wszystko jest w porządku z drzwiami, przesunąłem stopy do
przodu, zahaczyłem palcami nóg o zewnętrzną krawędź klapy, i kurczowo
ściskając framugę, wygiąłem plecy i wypchnąłem ciało na zewnątrz w pierwszym teście bezpieczeństwa.
Wiatr wiejący z prędkością 200 km/h szarpał moje ubranie i sprzęt,
próbował wyrwać mnie z samolotu, jednak desperacko się utrzymałem. Nadal
miałem zadanie do wykonania, a my byliśmy jeszcze daleko od strefy
zrzutu.
Rozejrzałem się na zewnątrz, by sprawdzić pozycję pozostałych maszyn.
Spojrzałem w górę, upewniając się, że nikt nie leci nad nami, i w stronę
ogona samolotu, czy na pewno nikogo tam nie ma. Byliśmy ostatnim
samolotem w formacji i dobrze było widzieć pozostałe maszyny na swoich
pozycjach. Lekko pochyliłem głowę, by krawędź hełmu osłaniała mi oczy
przed wiatrem, i skupiłem się na ziemi pod nami, szukając punktów
orientacyjnych, które wskazywały na zbliżanie się do Fort Stewart w Georgii i Strefy Zrzutu Taylor Creek.
W oddali dostrzegłem wielką Strefę Zrzutu, wyglądającą na prostokąt
białego piasku i karłowatych zarośli w bezkresnym morzu zieleni
otaczającego ją lasu. Patrzyłem, jak się powoli przybliża, a gdy była
tuż przed nosem samolotu, gwałtownym szarpnięciem wróciłem do wnętrza
kadłuba, wskazałem na otwarte drzwi i do pierwszego żołnierza w szeregu
wykrzyczałem zdanie, które daje kopa każdemu spadochroniarzowi: "Stanąć
w drzwiach!".
Ludzka energia buzowała we wnętrzu samolotu, gdy żołnierz podał mi linę
statyczną do wyczekującej dłoni, postawił stopy na klapie zrzutowej i chwycił zewnętrzną krawędź rozdygotanego obramowania drzwi. Oczekując na
ostatnią komendę, miał kolana przygięte jak dźwignie, ramiona napięte, a oczy wbite w smagane wiatrem i wyjące drzwi. Osiemnastoletni szeregowiec
Ricky Magee był najmłodszym skoczkiem na pokładzie, ale okazywał
niewzruszoną odwagę starego wygi.
Przytrzymałem go za uprząż spadochronu i ogarnąłem spojrzeniem jego
klatkę piersiową, podczas gdy samolot zbliżał się do strefy zrzutu.
Rzuciłem okiem do wnętrza samolotu akurat wtedy, gdy czerwona lampka
zgasła, a zapaliła się zielona.
To było niczym naciśnięcie przycisku. Moja prawa ręka była jak
naelektryzowana. Kiwnąłem się w przód i wymierzyłem piekące uderzenie w tylną część ud, wykrzykując komendę: "Skok!".
Wyskoczył przez drzwi, jakby został wystrzelony z automatycznego działa,
a za nim przez drzwi ruszyła ludzka taśma nabojowa pełna świeżej
amunicji.
Uderzenie, "Skok!", uderzenie, "Skok!", uderzenie, "Skok!".
Gwałtownie malejący szereg żołnierzy znikał z pola widzenia, gdy dziko
pędzący samolot wypluwał ze swych trzewi w powietrze ten ludzki ładunek.
"Jak Jonasz z wnętrza wieloryba". Gdy ostatni żołnierz rzucił się w dół,
wyjrzałem z samolotu, by sprawdzić, czy żaden ze skoczków nie zaczepił
się o samolot i nie jest ciągnięty na pewną śmierć.
Zadowolony, że wszystko jest w porządku, popatrzyłem na mojego adiutanta
po drugiej stronie drzwi, który robił dokładnie to samo. Krzyknął do
mnie: "Czysto do ogona!".
Dałem mu znać uniesionymi kciukami i odpowiedziałem: "Czysto!", a następnie wskazałem go palcem i krzyknąłem: "Skok!".
Odwrócił się w stronę drzwi, zawahał przez ułamek sekundy, by przyjąć
dobrą pozycję, a potem wystrzelił poza zasięg mojego wzroku. Szybko
upewniłem się, że miał czaszę spadochronu nad głową, zerknąłem na wciąż
palącą się na zielono lampkę zrzutową i wyskoczyłem przez drzwi prosto w strumień powietrza.
Zwarta pozycja ciała. Stopy i kolana ściśnięte razem, dłonie ściskają
końce zapasowego spadochronu, głowa opuszczona, podbródek przywiedziony
do klatki piersiowej. Liczyłem.
"Sto dwadzieścia jeden! Sto dwadzieścia dwa!" Gwałtowne pociągnięcie za
plecy, gdy spadochron uwolnił się z pokrowca. "Sto dwadzieścia trzy!".
Opór uwolnionego, ale wciąż nierozłożonego spadochronu działał jak
powietrzny hamulec, natychmiast zwalniając mój ruch ku dołowi i odwracając mnie plecami w kierunku ziemi tak, że nad czubkami własnych
butów widziałem odlatujący samolot.
"Sto dwadzieścia cztery!". W pełni otwarty spadochron. Stopy znów
skierowane w stronę ziemi. Sprawdziłem czaszę. Wszystko w porządku. Brak
rozdarć na zielonej tkaninie, żadnych poplątanych linek. "A po
obezwładniającym huku wewnątrz samolotu świat zdaje się nagle niezwykle
cichy".
Złapałem uchwyty linek sterujących i pociągnąłem je w dół do poziomu
mojego hełmu, rozglądając się jednocześnie za pozostałymi skoczkami.
"Och, ileż czystego powietrza". Sprawdziłem kierunek dymu ze strefy
zrzutu i pozwoliłem spadochronowi zadryfować w powietrzu, by ocenić
kierunek i prędkość wiatru na wysokości, na której się znajdowałem.
Pozwoliłem czaszy szybować na wietrze, byłem jeszcze dość daleko od
miejsca zbiórki, a chciałem, by spadochron zaniósł mnie najbliżej, jak
tylko się da.
"Muszę przesunąć karabin tak, by nie był pod moją pachą i nie wybił mi
barku, gdy uderzę w ziemię. Nogi lekko ugięte, stopy i kolana razem,
łokcie przed twarzą, dłonie na równi ze szczytem hełmu... i spokojnie".
Ziemia zbliżała się z zadziwiającą prędkością, a plecak uderzył w nią z głuchym odgłosem. "Spokojnie, spokojnie, spokojnie...".
Z prędkością 7 m/s gwałtownie zderzyłem się z ziemią. Stopy, łydki, boki
ud, tyłek, ramiona wchodzące w kontakt z ziemią w kontrolowanym
przewrocie rozpraszającym energię zderzenia po całym moim ciele. W oddali usłyszałem głuche uderzenie i brzęknięcie mojego ekwipunku, gdy
już zarówno ja, jak i mój ładunek zakończyliśmy krótki lot i nagłe
lądowanie. A potem było po wszystkim.
Wszystko OK. A każde lądowanie ze spadochronem jest dobre, jeśli można
wstać i odejść. Chwilę odpocząłem, wyplątałem się z uprzęży i podbiegłem
do czasy, by ją schować, zanim podmuch wiatru znów ją poderwie. Szybko
upchnąłem spadochron w pokrowcu, poprawiłem mundur i ruszyłem rączym
kłusem, by dołączyć do oddziału.
Tego dnia czekała nas przyjemna niespodzianka. Zgodnie z programem
treningu zwykle odbywaliśmy trzydziestokilometrowy marsz ze strefy
zrzutu do koszar. Tym razem wracaliśmy jednak z długiego i wyczerpującego miesięcznego pobytu w panamskiej dżungli. Mieliśmy przed
sobą tak dużo pracy przy czyszczeniu i zdawaniu broni oraz ekwipunku, że
pułkownik wydał rozkaz odwiezienia nas do koszar ciężarówką.
Cztery godziny później wszystko było już rozliczone i na swoim miejscu.
Oddział stanął na baczność, sierżant wydał rozkaz: "Rozejść się!", i dla
158 żołnierzy Kompanii Charlie Pierwszego Batalionu Rangerów gromkim
"Hurra!" rozpoczął się dobrze zasłużony, trzydniowy weekend.
Przyglądałem się, jak mój pluton powoli dzieli się na małe,
zaprzyjaźnione grupki ludzi. Właśnie miałem odejść, gdy sierżant major
Glenn Morrell przywołał mnie do siebie.
- Sierżancie Haney, macie się zgłosić do batalionowej sali
konferencyjnej. Ktoś chce z wami pomówić.
- Tak jest, panie sierżancie majorze - powiedziałem. - Kto to taki?
- To mój stary znajomy i myślę, że to, co ma wam do powiedzenia, okaże
się dla was interesujące - odpowiedział z asymetrycznym uśmiechem, który
często gościł na jego surowej twarzy. - Czeka już na was.
- Tak jest, panie sierżancie majorze - powiedziałem. - Już tam idę -
zasalutowałem i ostrym zwrotem skierowałem się w stronę pomieszczeń
dowództwa batalionu.
Bardzo ceniłem sierżanta majora Morrella. Jako mężczyzna praktyczny,
choć głęboko troskliwy, stanowił rzadką kombinację działania i intelektu.
Morrell został naszym dowódcą rok wcześniej, gdy poprzedni sierżant
major, Henry Caro, zginął, wykonując skok spadochronowy. Obowiązek
dowodzenia nami uchodził za wielce kłopotliwy i nikt inny nie chciał się
go podjąć. Gdy Morrell dowiedział się, że stanowiska tego nie może objąć
oficer niebędący Rangerem, dobrowolnie zgłosił się w wieku 42 lat na
przeszkolenie rangerskie, aby objąć dowództwo. Był twardy jak skała i bardzo go szanowałem. Gdyby chciał, żebym pogadał z Belzebubem we
własnej osobie, uważałbym, że to dla mojego dobra.
Spotkanie w sali konferencyjnej okazało się rozmową kwalifikacyjną do
nowej, tajnej jednostki, która była właśnie tworzona w Fort Bragg - tej
samej, o której dotarły do nas plotki. Mężczyzna, z którym rozmawiałem,
był wysoki i barczysty, o ciemnych i gładko uczesanych włosach,
przenikliwych brązowych oczach i dźwięcznym jak blacha na dachu głosie.
Ubrany był po cywilnemu, nie przedstawił się i cholernie mało zdradził
mi na temat nowej formacji. Później poznałem go jako sierżanta majora
Williama "Wiochę" Grimesa, człowieka wybranego osobiście przez
pułkownika Charliego Beckwitha na sierżanta majora jednostki.
Na stole przed nim leżała otwarta moja teczka personalna. Mężczyzna
zerkał do niej w trakcie rozmowy o mojej karierze, oddziałach, w których
służyłem, i moich przydziałach do tego momentu. Powiedział, że to szansa
na zostanie członkiem założycielem jednostki, która będzie jedyną tego
rodzaju w całych amerykańskich siłach zbrojnych - pierwszym oddziałem w Stanach przeznaczonym do walki z międzynarodowym terroryzmem.
Wymagania były następujące: minimalny wiek 22 lata. Minimalny czas
służby 4 lata i 2 miesiące. Minimalny stopień: plutonowy. Zdanie testu
polegającego na przepłynięciu 100 metrów w butach i mundurze polowym
oraz testu sprawności fizycznej dla Rangerów i Sił Specjalnych.
Minimalny wynik 110 w wojskowym teście psychologicznym, niekaralność
przed sądem wojskowym i brak jakichkolwiek problemów dyscyplinarnych.
Jedyną rzeczą, której dowiedziałem się od Grimesa, było to, że jeśli
zostanę przyjęty, mogę liczyć na ciężką pracę i liczne
niebezpieczeństwa.
Ostatnio wiele rozmyślałem o tym, co chciałbym robić po wygaśnięciu
przydziału w Rangerach. Nie wiedziałem, czy chciałem udać się znów na
zamorską misję lub dołączyć do Sił Specjalnych. Miałem pewność tylko co
do jednej rzeczy: nie chciałem zostać szkoleniowcem w jakiejś szkole. A ponieważ właśnie dostałem awans na plutonowego i nigdy nie miałem
przydziału nietaktycznego, było to wielce prawdopodobne. Miałem kilka
opcji, żadna jednak nie dorównywała takiej propozycji. Wziąwszy to
wszystko pod uwagę, podpisałem się we wskazanym miejscu.
Grimes powiedział mi, że rozkazów z Fort Bragg mogę oczekiwać w ciągu
miesiąca. Dał mi numer telefonu, pod który mogłem dzwonić, gdybym miał
jakieś pytania lub zmienił zdanie co do przynależności do jednostki. I tyle. Kilka tygodni później otrzymałem rozkaz zgłoszenia się około
południa, 13 września 1978, w Moon Hall w Fort Bragg.
Tworzenie od podstaw nowej formacji i obmyślanie metod jej działania
jest spełnieniem marzeń każdego podoficera, jednak wciąż byłem pełen
obaw. Przede mną było nieznane, a na czoło wysuwała się wątpliwość, co
zrobię, jeśli nie przejdę selekcji. Przekazałem mój pluton Tomowi
Duke'owi, nowemu plutonowemu. Duke był solidnym, doświadczonym dowódcą,
który służył z nami od roku. Przez ten czas poznałem go i nabrałem do
niego szacunku, więc wiedziałem, że sprawy trafiają we właściwe ręce.
Gdy wyszło na jaw, że jadę do Fort Bragg, moi żołnierze życzyli mi
powodzenia i powiedzieli: "Jeżeli ktokolwiek dostanie się do tej nowej
jednostki, to właśnie pan, plutonowy Haney". Gdybym się nie dostał, to
byłby dla mnie prawdziwy cios.
Na moją korzyść przemawiał fakt, że służyłem w armii już osiem lat.
Byłem zaprawionym i doświadczonym żołnierzem piechoty. Przeszedłem z powodzeniem dwa najtrudniejsze szkolenia wojskowe: szkołę Rangerów i spadochronowy kurs instruktorski. Byłem dowódcą plutonu przez ponad 4
lata, z czego ostatnie dwa w Rangerach.
Życie w Rangerach nie głaskało nikogo po głowie. Tak naprawdę było
morderczo surowe. Jeśli zadanie mogło być wykonane na dwa sposoby,
wybierano zawsze sposób trudniejszy. Nigdy nie szliśmy na skróty, nigdy
się nie oszczędzaliśmy. Co najmniej trzy tygodnie każdego miesiąca
spędzaliśmy w terenie, a trzy razy do roku byliśmy wysyłani na
rozszerzone szkolenie w Arktyce, na pustyni lub w dżungli.
Przechodziliśmy też co roku dwa nieoficjalne szkolenia i uczestniczyliśmy w większych manewrach armii oraz w programach NATO.
Życie Rangerów było tak wymagające, że większość ludzi nie wytrzymała do
końca pełnego dwuletniego przydziału w jednostce, a liczne urazy i zranienia również przerzedzały nasze szeregi. Jednak było to dobre
przygotowanie do wypełniania innych, trudniejszych zadań. Byłem
zdecydowany na maksymalny wysiłek przy stawieniu czoła nowemu wyzwaniu,
a gdyby okazał się on niewystarczający, przynajmniej miałbym
satysfakcję, że próbowałem. Mała to pociecha, ale zawsze coś.
Właściwie nie miałem pojęcia, czego oczekiwać rankiem 13 września 1978,
gdy pakowałem swoje rzeczy do pickupa. Wycałowałem na pożegnanie rodzinę
i wyruszałem w pięciogodzinną podróż autostradą I-95 z Wojskowego
Lotniska Polowego Hunter w Savannah w Georgii do Fort Bragg w Karolinie
Północnej. Powtarzałem sobie tylko, że przyszłość zawsze jest doskonała.
I miałem na to nadzieję.
Niektóre posterunki wojskowe są naprawdę piękne. The Presidio of
Monterey oraz główne obszary Fort McClellan i Fort Benning mają w sobie
to coś, głównie ze względu na stare budynki w stylu hiszpańskiej
architektury kolonialnej. Fort Stewart ma wspaniałe dęby i cyprysy, z których zwieszają się draperie z oplątwy, zwanej też brodą starca czy
hiszpańskim mchem.
Jednak Fort Bragg nie ma choćby jednej estetycznej zalety. Jest chyba
najbardziej ponurym i nieatrakcyjnym miejscem w całych Stanach
Zjednoczonych.
Baza rozciąga się na wzgórzach Sand Hills w Karolinie Północnej. Została
założona na niemal bezwartościowych ziemiach jako poligon artyleryjski
podczas I wojny światowej. Teren jest porośnięty rzadkimi sosnami i karłowatymi dębami. Układ koszar wydaje się przypadkowy. Całe to miejsce
ma w sobie coś tymczasowego i przejściowego.
Jest to jednak "Home of Airborne" i jako taki stanowi siedzibę i ośrodek
szkoleniowy Sił Specjalnych: 82. Dywizji Powietrznodesantowej, 5. i 7.
Oddziału Sił Specjalnych oraz 18. Korpusu Airborne. Były tam jeszcze
mniejsze, specjalistyczne jednostki, rozproszone po różnych zakątkach
fortu.
Jednym z nich był Pierwszy Operacyjny Oddział Sił Specjalnych armii
Stanów Zjednoczonych - Delta.
Zjechałem na parking koło Moon Hall w bazie wojskowej Fort Bragg krótko
przed południem. Skierowałem się do lobby i zobaczyłem tam znak
kierujący mnie do "1st SFOD-D". Poszedłem w kierunku wskazywanym przez
strzałkę, skręciłem w lewo i zobaczyłem mężczyznę w mundurze bez
oznakowań siedzącego za biurkiem w małym pomieszczeniu.
- Na selekcję, plutonowy? - zapytał.
- Tak jest.
- Znajdźcie swoje nazwisko i podpiszcie się tutaj - powiedział,
wskazując na listę leżącą na biurku, i podał mi pióro.
Gdy znalazłem się już na liście i złożyłem podpis, zerknąłem na niego
ukradkiem. Miał około czterdziestki, był elokwentny i przystojny.
Niezupełnie tego się spodziewałem. Zwykle pierwszą osobą spotykaną przy
okazji zapisywania się do nowego oddziału jest jakiś nerwowy urzędas.
Człowiek, który z niebywałym czarem potrafi zirytować każdego.
- Nie zostajecie tutaj, udacie się do Aberdeen Camp. Byliście tam
kiedykolwiek? - zapytał, patrząc mi prosto w oczy.
Gdy zaprzeczyłem, podał mi niewielką mapę i wyjaśnił, jak znaleźć
miejsce przeznaczenia. Znajdowało się na zachodnim skraju bazy, w odległości około 50 kilometrów.
- Macie własny pojazd czy potrzebujecie transportu?
- Melduję, że mam samochód.
Wyjął jedną kartkę z pliku rozkazów, który mu wręczyłem.
- OK, Rangerze. Kiedy przyjedziecie do Aberdeen, zaparkujcie na zewnątrz
i zameldujcie się żołnierzowi przy bramie. On wami pokieruje. - Podał mi
resztę rozkazów i dodał z lekkim uśmiechem tak w głosie, jak i na
twarzy. - Najlepszego i do zobaczenia.
- Dziękuję - odpowiedziałem. - Do zobaczenia.
Nie spieszyłem się, jadąc do Aberdeen. Okazał się dokładnie tym, czego
oczekiwałem - obozem całkowicie odizolowanym. Jednym z tych małych i położonych na uboczu miejsc, gdzie jednostka może przebywać podczas
planowania rozlokowania wojska czy konkretnej misji - bezpieczny zakątek
oferujący ucieczkę od rozpraszających aspektów codziennego życia. Będą
tam proste baraki, stołówka, dyżurka, biura sztabu, budynek gospodarczy,
warsztat, mały tabor, lądowisko dla paru helikopterów i może strzelnica
do zerowania i testowania broni.
Pomachano mi, bym wjechał do środka, więc zatrzymałem się na małym
parkingu już za bramą. Gdy wysiadałem z samochodu, podszedł do mnie
facet, który przedtem stał przy bramie.
Miał na sobie mundur bez jakichkolwiek oznaczeń i insygniów. Wyciągnął
do mnie rękę.
- Witam, plutonowy Haney, cieszę się z waszego przybycia. Zabierzcie
swoje rzeczy do baraku A i zajmijcie jedno z łóżek. Potem odszukajcie
sierżanta majora Shumate'a. Wyda wam wasz ekwipunek. Żarcie jest o siedemnastej trzydzieści. Rozkazy na jutro znajdziecie na tablicy
informacyjnej na zewnątrz stołówki. Do zobaczenia. Najlepszego.
- OK, dziękuję - odpowiedziałem i zarzuciwszy na ramię plecak oraz torbę
z ekwipunkiem, ruszyłem w stronę baraków.
Były to standardowe tropikalne chaty. Niskie budynki, 7 metrów
szerokości, 22 metry długości. Betonowe podłogi i blaszane dachy o szerokich okapach. Górne części ścian zamocowane były na zawiasach i otwierały się pod kątem 45 stopni, służąc jako okna. Otwarte okna były
osiatkowane. Wzdłuż obu ścian ustawione były w rzędach prycze, a sznur
nagich żarówek biegł środkiem sufitu wzdłuż odsłoniętych krokwi. Dom
niczego sobie.
Doszedłem do połowy budynku, znalazłem łóżko po lewej stronie i rzuciłem
na nie swoje bagaże. Z jednej strony chciałem uniknąć nadmiernego ruchu
blisko drzwi, z drugiej zaś, na ile to możliwe - całego kurzu i duchoty,
które gromadzić się będą w przeciwległym końcu.
W chacie było ośmiu czy dziesięciu innych żołnierzy. Ich naramienniki
wskazywały, że pochodzą z oddziałów stacjonujących za granicą. Skinąłem
głową temu, który patrzył na mnie, gdy wychodziłem szukać sierżanta
majora.
Wyszedłem na zewnątrz i ustaliłem swoje położenie. W pobliżu parkingu
był budynek przypominający warsztat. Tam powinienem chyba zacząć. W połowie drogi do niego spotkałem jakiegoś gościa, który szedł szybko po
tym samym chodniku.
- Gdzie mogę znaleźć sierżanta majora Shumate'a? - zapytałem.
- Tam, stoi przy tej dwuipółtonówce - wskazał na żołnierza w rozchełstanej koszuli i czapce zsuniętej na tył głowy, stojącego przy
dwuipółtonowej ciężarówce wojskowej.
- OK, skoro tak twierdzisz. - Ruszyłem dalej, by spotkać się z domniemanym "sierżantem majorem".
Sierżanci majorowie są chodzącym i oddychającym uosobieniem Wszystkiego
Jak Należy w armii Stanów Zjednoczonych. Ten gość wyglądał jak ostatni
menel. Koszulę miał rozpiętą i nie miał podkoszulka. Jego nieśmiertelnik
był pozłacany. Kapelusz zsunął na tył głowy. Nosił olbrzymie kręcone
wąsy, wywoskowane i przypominające kierownicę od roweru.
Wietrzyłem w tym jakiś podstęp. Jedyna rzecz, której byłem pewien co do
tej wyprawy, okazała się zupełnie inna, niż oczekiwałem. Jeśli to
miałaby być jakaś gra, to czemu w nią nie zagrać i nie zobaczyć, co się
stanie.
Stanąłem trzy kroki przed nim, przyjąłem postawę na baczność i wyrzuciłem z siebie:
- Panie sierżancie majorze, melduję się po odbiór ekwipunku!
Łypnął na mnie przez chwilę, a uśmiech wypełzł mu na twarz zza potężnych
wąsów i objął jego oczy.
- Cholera, wyluzuj, Rangerze, dobra? To nie komisja awansowa. Męczy
mnie, jak się tak prężysz. - Jego głos był grzmiący i głęboki.
Siła przyzwyczajenia. W Rangerach, gdy żołnierz zwracał się do wyższego
rangą, stał w pozycji na baczność. Rozluźniłem się nieco, stając na
spocznij.
- No, już lepiej - powiedział. Jego uśmiech jeszcze się poszerzył. Nie
wyglądało na to, że się ze mnie nabija, ale szczerze dziwi się, że ktoś
zwraca się do niego w tak formalny sposób.
- Idź do tej budy z zaopatrzeniem, złap worek gratów i podpisz się na
liście na drzwiach. Nie martw się czystością, gdy będziesz zwracać
rzeczy. Moje standardy nie są za wysokie.
Jezu Wszechmogący. To było bardzo dziwne miejsce. Wepchnąłem się do
magazynu, pokwitowałem odbiór ekwipunku i zapytałem dyżurnego, gdy
sprawdzałem zawartość worka z wywieszoną listą:
- Ten gość to naprawdę nasz sierżant major?
- Shumate? No, naprawdę. Jest sierżantem majorem odpowiedzialnym za
selekcję.
- Cóż, zdecydowanie nie przypomina innych sierżantów majorów.
- O, on nie przypomina żadnej istoty ludzkiej, którą spotkałeś w życiu.
Sierżant major Walter J. Shumate był żyjącą legendą Sił Specjalnych.
Stary wojak, który wstąpił do wojska podczas wojny w Korei, który
widział i robił już wszystko. Mając 44 lata, był najstarszym żołnierzem,
który przeszedł selekcję do oddziału Delta. Był bezcenny przy tworzeniu
jednostki. Shumate dodał człowieczeństwa, którego mogło w organizacji
równie dobrze zabraknąć w tych kilku krytycznych latach początkowych.
Bez jego talentu i wyjątkowego wpływu jednostka mogła łatwo nabrać
aparatczykowskiego charakteru. Osoby, które uważały się za absolutnie
wyjątkowe, Shumate był w stanie przekonać, że nadal są zwykłymi ludźmi.
Walt miał poważne podejście do rzemiosła wojennego, jednak nie miał w sobie nic z automatu.
Gdy wróciłem, barak A zaczął się zapełniać. Jak dotąd wszyscy byli spoza
Fort Bragg. Kilku facetów znałem z różnych kursów, w których wspólnie
uczestniczyliśmy, a z dwoma służyłem w innych oddziałach. Bez względu na
rozmiary armii dostatecznie długo byłem w wojsku, by znać kogoś
wszędzie, gdzie się udałem. Kilku gości głośno objaśniało swoje opinie
na temat działań antyterrorystycznych, gdy szedłem pomiędzy łóżkami w stronę swojej pryczy.
Próbują zrobić na innych wrażenie i popisują się przed gawiedzią. Mało
wiedzy, za to dużo gadaniny.
Pierwszy Batalion Rangerów współpracował przez niemal rok z tymczasowymi
wojskowymi siłami antyterrorystycznymi, Blue Light, próbując opracować
techniki zwalczania terroryzmu. Obie jednostki dość ciężko pracowały nad
tematem, ale po kilku wspólnych manewrach i dogłębnych analizach
podsumowujących działania jasne było, że nie czynią zbytnich postępów.
Prawdę powiedziawszy, ćwiczenia nie udały się do tego stopnia, że
dowódca batalionu został tego dowództwa pozbawiony. Jak dotąd nie
znalazł się ekspert w dziedzinie walki z terroryzmem.
Facet siedzący na sąsiedniej pryczy rozpakowywał swój chlebak. Podniósł
wzrok, gdy odkładałem mój ekwipunek. Nasze oczy się spotkały i wyciągnęliśmy ręce.
- Keekee Saenz, trzy na siedem Siły Specjalne, Panama - powiedział z lekkim hiszpańskim akcentem. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Eric Haney, Pierwsza Rangerów. Mucho gusto en conocerle, Keekee -
odpowiedziałem.
- El gusto es mio - odrzekł z uśmiechem.
Keekee był facetem średniej budowy, żylastym i umięśnionym jak biegacz.
Miał gęste, ale krótkie włosy i nosił wąsik, cieniutki jak u szefa
portorykańskiego gangu. Wyglądał na moje lata. Stwarzał wrażenie
twardego, kompetentnego żołnierza.
- Keekee, dużo słyszałeś o tej jednostce u siebie w Panamie? -
zapytałem, porządkując ekwipunek.
- Pewnie nie więcej niż ty - odparł. - Moja kompania została
oddelegowana przez CINC SouthCom [Głównodowodzącego Sił Południowych]
do działań w programie antyterrorystycznym na terenie Ameryki
Łacińskiej. Ale nie udało nam się zdziałać więcej niż wam i Blue Light.
A wszyscy w kwestii tej jednostki trzymają karty przy orderach. Jeden z naszych dostał się tu wiosną, ale od tego czasu nie miałem o nim wieści.
- Od nas jeden gość też był tu na próbę - powiedziałem. - Ale wrócił po
tygodniu i nie puścił pary z gęby. Mało wiem póki co. Pewnie dowiemy się
wszystkiego w swoim czasie.
- Ojala - powiedział, odwracając się do swoich gratów.
- Si, ojala. - Tak, miejmy nadzieję.
Skończyłem się rozpakowywać. Przebrałem się w szorty oraz buty do
biegania i wyszedłem na przebieżkę. Popołudnie było zbyt piękne, by
marnować je na siedzenie przed barakiem i plotkowanie jak stado
staruszek. Lata na południowym wschodzie są dość ciężkie, jednak jesień
jest zwykle długa i wspaniale pogodna. Dzisiejszy dzień był świetnym
przykładem - słoneczny i suchy.
Gdy wyszedłem za bramę, dyżurny skinął mi głową i powiedział:
- Najlepszego.
"Najlepszego - to musi być jakaś mantra w tej jednostce", pomyślałem,
oddalając się truchcikiem od obozu. Atmosfera tego miejsca była tak
rozluźniona, że czułem się nieswojo. Wszystko wyglądało na to, czym być
nie mogło.
Gdy biegłem, wyciskając z siebie siódme poty, próbowałem sobie
wyobrazić, jaka będzie ta selekcja. Nie miałem jednak żadnego punktu
odniesienia, żeby móc cokolwiek przewidywać. Nowa sytuacja nie
przypominała niczego, co znałem z armii. Jak dotąd zobaczyłem tylko
zbieraninę facetów gromadzących się w obozie na uboczu i zarządzanych
przez jakichś wojskowych meneli. Muszę trzymać gębę na kłódkę, za to
nieźle się rozglądać i nadstawiać uszu, reagując na to, co się stanie.
To system, który jak dotąd stosowałem z powodzeniem we wszystkich nowych
sytuacjach.
Zatopiony w myślach przebiegłem kilka mil po porośniętych sosnami
pagórkach, słuchając rytmu wybijanego przez moje stopy i świstu
powietrza w piersi. Zadowolony i ociekający potem zawróciłem i podążyłem
w stronę obozu, gdzie pomachałem do dyżurnego przy bramie. Skinął mi
głową i uśmiechnął się. Skierowałem się w stronę pryszniców, umyłem i poszedłem na kolację.
Stołówka była pełna ludzi i hałasu. Usiadłem za stołem z kilkoma
żołnierzami z oddziałów stacjonujących w Niemczech. Mieliśmy kilku
wspólnych znajomych. Powiedzieli mi, że kilkudziesięciu ludzi
przyjechało z Europy, by wziąć udział w selekcji. Wyglądało na to, że
będzie dość tłoczno.
Wałówka była całkiem niezła jak na obóz polowy. Skończyłem, zdałem tacę
i sztućce i wyszedłem, aby poczytać tablicę ogłoszeń. Było tam napisane:
14 września 1978
Zbiórka: 6:00
Strój: buty, mundur polowy, czapka z daszkiem (nie beret)
Identyfikatory i nieśmiertelniki
No cóż, to było dosyć jasne, żadnych zbędnych informacji. Niektórych
żołnierzy mogła jednak wkurzyć ta część, w której zakazywano beretów.
Usłyszałem kogoś ze 101. Dywizji Powietrznodesantowej, jak pyta
instruktora, czy wolno nam opuszczać teren obozu. Odpowiedź brzmiała, że
ograniczeń nie ma, byle tylko wypełnić instrukcje na jutro, ani mniej,
ani więcej.
Wielu gości nie da rady. Pójdą do klubu oficerskiego dzisiaj wieczorem,
a rano pojawią się z kacem lub jeszcze pijani. Będzie ciekawie.
Chwilę jeszcze pobyczyłem się na zewnątrz i pogadałem z paroma
znajomymi. Potem wróciłem do baraku, skończyłem układać i porządkować
rzeczy, trochę poczytałem.
O 20:30 owinąłem się w pałatkę i z przyjemnością wyciągnąłem na pryczy.
Całkiem nieźle. Jako Ranger byłem bardziej przyzwyczajony do spania na
ziemi niż na łóżku. A tu miałem prawdziwe luksusy. Przewróciłem się na
bok, podłożyłem pod głowę róg pałatki i zasnąłem.
Wytrawni żołnierze umieją zasypiać w locie. Podobnie jak z wody i żywności, ze snu korzysta się, gdy tylko jest dostępny. Jakoś nie
kupowałem tego wypoczynkowego planu dnia. Gdyby to było w szkole
Rangerów, ktoś by wpadł do baraku zaraz po północy, krzycząc,
uniemożliwiając nam wypoczynek i grając na naszej psychice. O ile nie
będzie nocnej pobudki, obudzę się o 5:15.
Obudziłem się o 5:12. Nigdy nie musiałem korzystać z pomocy budzika.
Mówię sobie, o której mam wstać, i już. Leżałem jeszcze parę minut,
nasłuchując odgłosów baraku pogrążonego we śnie.
Doskonale się czułem, bo tego ranka wyspałem się nieco dłużej. W batalionie wstawałem zawsze o 4:30, a o 5:00 piłem poranną kawę z dowódcami, zanim poderwali swoje oddziały o 5:30.
Wyśliznąłem się z pryczy, założyłem szorty i klapki, zabrałem przybory
do golenia i poszedłem do położonej nieopodal toalety, żeby doprowadzić
się do porządku. Powietrze było chłodne i rześkie. Księżyca nie było,
ale gwiazdy wciąż jasno świeciły. Bardzo lubię tę porę dnia. To taki
czas "pomiędzy". Świat jest cichy i spokojny, nocne stworzenia wróciły
do swoich kryjówek, a dzienne jeszcze się nie pokazały.
Gdy wyszedłem z toalety, inni żołnierze byli już na nogach i kręcili się
tu i tam, a przez bramę docierało do nas światło samochodowych
reflektorów. Połowa żołnierzy w baraku jeszcze leżała na pryczach, gdy
ubierałem się i sznurowałem buty Jungle. Założyłem swoje najstarsze buty
wojskowe, parę, która tyle razy została już natłuszczona olejkiem do
butów, że były mięciutkie jak mokasyny. Żołnierz nie potrzebuje wiele,
jeśli chodzi o mundur, ale dobre buty są absolutnie niezbędne. Upewniłem
się, że w kieszeni na piersi mam długopis i notes, i wyszedłem na
zewnątrz.
Parking gwałtownie się zapełniał, kilku facetów wędrowało spokojnie w stronę środka kompleksu. Żarzące się papierosy oświetlały twarze, a ciche głosy niosły się w powietrzu.
- Cholera jasna, Haney! Co ty tu robisz, do kurwy nędzy? - Jakiś głos
doleciał mnie z ciemności.
Na świecie był tylko jeden człowiek o takim głosie. Odwróciłem się i powiedziałem:
- Cześć, Parks. Jak tu trafiłeś?
Virgil Parks był autentycznym dwudziestoczterokaratowym i niereformowalnym zrzędą. Virg wstąpił do wojska w 1968 roku, żeby
pojechać do Wietnamu, i od tego czasu był Rangerem. Byliśmy dowódcami
plutonów w tej samej kompanii, dopóki pod koniec zeszłego roku nie
przeniósł się do Fort Bragg, gdzie miał być instruktorem w Szkole
Rangerów.
Mogłem się jedynie domyślać, że znalazł się tutaj, bo przejadło mu się
zaproszenie Departamentu Rangerów. Gdziekolwiek się nie znalazł, tak się
to zawsze kończyło. Cechowała go ekscentryczność granicząca z obłędem -
a to wymaga pewnego wysiłku w świecie Rangerów. Szedł pełną parą, choć
bez konkretnego celu. Niezdolny był wręcz do regulowania wysiłku
wkładanego w bieżące zadanie.
A nawet w konserwatywnym środowisku wojskowym znany był jako bardziej na
prawo od Attyli, wodza Hunów.
Zamknął oczy, zadarł swój podziwu godny nos w sobie tylko właściwy
sposób i zaciągnął się papierosem trzymanym między kciukiem a palcem
wskazującym. Jak zwykle przyglądałem mu się, pełen fascynacji. Nikt tak
nie umiał pieścić papierosa jak sierżant sztabowy Virgil Parks.
- Tak se pomyślałem, że przyjadę i zobaczę, co te buraki kombinują. Poza
tym Departament Rangerów to kupa mięczaków. Zamierzają wydawać po
batoniku żołnierzykom z Florida Phase podczas zimowych zajęć, bo te
dupki pozamarzały na śmierć w zeszłym roku.
Ta tragedia nie przytrafiła się mięczakom. Podczas Florida Phase w Szkole Rangerów kursanci otrzymywali tylko jedną żelazną porcję żywności
dziennie. Zużywali kalorie na znacznie wyższym poziomie, niż je
przyswajali, i byli osłabieni po poprzednich etapach kursu. Jeśli
jeszcze temperatura wody w bagnach była cały czas zbyt niska, byli
poważnie zagrożeni hipotermią.
To wydarzenie miało miejsce zeszłej zimy, na patrolu podczas szczególnie
zimnej nocy. 23 żołnierzy doznało hipotermii przy przechodzeniu w nocy
przez Yellow River. Czterech z nich zmarło na bagnach. Korpus oficerski
Rangerów przekroczył cienką granicę pomiędzy twardzielstwem a głupotą,
przez co zginęli żołnierze. Dziwię się, że nikogo nie postawiono za to
przed sądem wojskowym.
- No, słyszałem coś o tym. - Nie było sensu tłumaczyć czegokolwiek
Parksowi, był logikoodporny.
Gdy gadaliśmy, kilka dwuipółtonówek zatrzymało się koło nas w rzędzie.
Dwie minuty przed szóstą facet z klipsową podkładką w dłoni wyszedł z chaty dowództwa. Miał na sobie dżinsy i koszulkę, a na głowie czapkę
baseballową. Stanął na skraju tłumu i patrzył na nas beznamiętnie, póki
nie ucichliśmy.
- Czwórkami zbiórka - wydał rozkaz. W jednej chwili zajęliśmy pozycje.
163 żołnierzy stanęło na baczność.
- Spocznij! Słuchać! Odezwijcie się, gdy wyczytam wasze nazwisko, i wsiadajcie do ciężarówki, którą podam. Jeśli wasze nazwisko nie zostanie
wyczytane, zostańcie na miejscu, a ja podejdę. Ciężarówka numer jeden...
- zaczął wyczytywać nazwiska w kolejności alfabetycznej.
Każda ciężarówka miała wielki numer narysowany kredą na tylnej klapie.
Gdy wyczytano moje nazwisko, zawołałem: "Obecny!", i wspiąłem się na
pakę. Niedługo potem ciężarówki ruszyły i wyjechaliśmy za bramę, właśnie
w chwili, gdy pierwsze promienie słońca wychynęły zza horyzontu.
"Wstąp do armii, zobaczysz kawałek świata" pisali na plakatach
reklamowych. Co najmniej pół świata obejrzałem z paki ciężarówki.
Kwadrans później zatrzymaliśmy się na granicy czegoś, co wyglądało jak
strefa zrzutu. - Strefa Zrzutu Holandia - powiedział któryś żołnierz z Fort Bragg, gdy wysiadaliśmy.
Sierżant major Shumate stał w pobliżu w portkach khaki, hawajskiej
koszuli i kapeluszu panama.
- No, dziewczynki, ustawiać się! - zawołał. - W szyku, szóstkami!
Gdy się grupowaliśmy, ktoś podszedł z aparatem i statywem i przygotowywał się do zrobienia zdjęcia.
- O co chodzi, do cholery, Walt? - jakiś anonimowy głos zaskrzeczał
gdzieś z tłumu.
- To będzie zdjęcie grupy "przed", moje szczawiki kochane, a za parę dni
zrobimy nową fotkę - odparł Shumate.
Byłem zdumiony, że ktoś zwraca się do dowódcy po imieniu, ale Shumate
nie wydawał się urażony. Kiedy jednak mała grupka żołnierzy zaczęła się
śmiać i wygłupiać, jakby to był jakiś durny kawał, Shumate nagle stał
się surowy. Żartobliwość uleciała nagle z jego głosu i wybuchnął
gwałtownie:
- Dobra, zobaczymy, kto się będzie śmiał, gdy skończę z wami, fiuty
zasrane, a na następnej fotce będzie połowa tego pierwszego szeregu. Ci
poważni zostaną tutaj, a wy, dowcipnisie, będziecie w domu łżeć kolegom,
dlaczego wam się nie udało. Skoro więc was, pyskacze - i jeszcze paru
innych - nie będzie na zdjęciu "po", to teraz urządzę sobie z was,
pokurwieńcy, jebaną polewkę, haha!
Zwrócił się teraz do zdyscyplinowanej grupy, każąc nam stanąć na
baczność. Fotograf zrobił zdjęcie i się zwinął.
Shumate kontynuował, jakby nic się nie stało.
- To jest test sprawności fizycznej Rangerów i Sił Specjalnych.
Oceniający etapy od pierwszego do czwartego stoją za mną, od lewej do
prawej. Gdy wyczytam nazwisko, idźcie do przydzielonego oceniającego.
Najlepszego. Etap numer jeden! - I zaczął wywoływać nazwiska. Ustawiłem
się przed moim oceniającym.
W tych czasach w armii były cztery rodzaje testów sprawnościowych. Był
sprawdzian dla sztabowców i oddziałów pomocniczych, bardziej wymagający
dla sił bojowych, kolejny dla spadochroniarzy i jeszcze jeden dla Sił
Specjalnych i Rangerów.
Pierwsze trzy testy miały opracowaną skalę oceniania, która uwzględniała
wiek testowanego. Im byłeś starszy, tym mniej musiałeś zrobić na
zaliczenie testu. W przypadku testu Rangerów i Sił Specjalnych nie było
już takiego ułatwienia wiekowego - wszyscy byli oceniani na poziomie
siedemnastolatków. Test składał się z pompek, brzuszków, biegania między
płotkami, czołgania na plecach i ponad trzykilometrowego biegu. Należało
to wszystko wykonać w stroju składającym się z bojówek i ciężkich butów
bojowych, ponieważ buty do biegania nie weszły jeszcze na wyposażenie
armii, no i przy ciepłej pogodzie można było zdjąć koszulkę.
Moją pierwszą dyscypliną było bieganie między płotkami. Było to
sprawdzenie zręczności i szybkości. Zaczynało się na linii startowej,
biegło sprintem do szeregu bramek prostopadłych do kierunku biegu,
przebiegało przez nie, przeskakiwało rów, biegło dalej do drugiego
zestawu bramek, powtarzało jeszcze raz cały tor i kończyło w miejscu
startu. Zwykle kończyłem ten test w mniej niż 13 sekund. 15 sekund
dawało 100 punktów. Do zaliczenia testu wystarczyło sekund 19.
Przebiegłem tor w swoim zwykłym czasie. Oceniający podał mi kartę
wyników i skierował do punktu, gdzie zaliczało się pompki. Stanąłem w szeregu i ledwo zdążyłem złapać oddech, a już wywołano mnie do zajęcia
pozycji.
Przyjąłem pozycję i poprosiłem mojego oceniającego o głośne liczenie
pompek, kiedy padła komenda: "Zaczynać!". Gdy oceniający doliczył do 53,
przerwałem i odpocząłem chwilę, wsparty na kolanach i pięściach. Już
wcześniej odkryłem, że najbardziej ułatwia przejście tego testu sapanie
jak parowóz i wykonywanie pompek tak szybko, jak to możliwe. Musisz
tylko zadbać o to, by wszystkie były wykonywane prawidłowo, albo
oceniający ich nie zaliczy.
Czas się skończył. Dostałem kartę z powrotem i odesłano mnie na
czołganie na plecach - dyscyplinę, która należy do najdurniejszych
rzeczy, jakie można sobie wyobrazić w instytucji, która za głupią nie
jest raczej uważana. Podczas gdy inne dyscypliny testu sprawnościowego
mierzyły takie aspekty jak zwinność czy siła górnej części ciała,
czołganie na plecach sprawdza... Nikt nie ma najbledszego pojęcia, co
właściwie sprawdza.
Na komendę "Zaczynać!" odrywasz tyłek od ziemi w pozycji kraba, plecami
do ziemi, torsem w górę. W tej pozycji zaczynasz "biec" przed siebie,
nogami do przodu, i przebiegasz 20 metrów, później wracasz do punktu
startowego w tej samej pozycji, jednak rękami do przodu. Nie widziesz
zatem, gdzie właściwie zmierzasz.
Wykonałem to ćwiczenie z maksymalną punktacją, otrzepałem dłonie z piasku i poszedłem do stanowiska, gdzie liczono brzuszki. Oczywiste
wydało mi się, że między dyscyplinami nie należy robić przerw. Gdy
kończyłem jedną, natychmiast przechodziłem do następnej. Wszystko było
zorganizowane jak sprawnie działająca firma. Nie było też krzyczenia ani
innego wojskowego pozerstwa - ale i nie było sposobu na przemknięcie się
na koniec kolejki i złapanie oddechu pomiędzy dyscyplinami.
Dano mi znak, bym zaczął brzuszki. Położyłem się na plecach, splotłem
palce na karku, zgiąłem kolana, a oceniający trzymał mi stopy. Czułem
wygodny, chłodny piasek pod plecami, czekając na komendę: "Zaczynać!".
Tłukłem brzuszki najszybciej, jak mogłem, a kątem oka widziałem inne
ciała unoszące się i opadające na ziemię w niezgranym rytmie. "Wyglądamy
jak tłoki jednego silnika", pomyślałem, kończąc ćwiczenie i opadając na
plecy, by złapać oddech, zanim wstanę i odbiorę kartę z punktacją.
Po minucie lub dwóch wszystkie ćwiczenia zostały zakończone i zawołano
nas w stronę ciężarówek. Staliśmy w luźnym szyku.
- Upewnijcie się, że wasze kurtki mundurowe są w ciężarówkach, którymi
przyjechaliście - ogłosił Shumate. - Następnie zgłoście się do
oceniającego z ostatniego ćwiczenia.
Kazał przejść oceniającym stojącym dotąd na gruntowej drodze na naszą
prawą stronę.
- OK, wykonać - rzucił.
Złożyłem koszulkę i położyłem ją pod ławką w ciężarówce, a następnie
podążyłem w stronę mojego oceniającego na start trzykilometrowego biegu.
Oceniający wziął nasze karty i dał każdemu z nas czerwoną szmacianą
kamizelkę zakładaną przez głowę. Rozdając nam kamizelki, jednocześnie
przydzielał nam numery. Ja dostałem szóstkę. Pozostałe grupy oznaczono
innymi kolorami.
Następnie Shumate zawołał nas na linię startową.
- Dobra, laleczki, wszyscy robiliśmy to już raz czy dwa w życiu. Na
komendę "Start!" ruszacie z miejsca. Biegniecie tą drogą przez trzy
kilometry do linii mety. Gdy przekroczycie metę, poszukajcie swojego
oceniającego, będzie trzymał tabliczkę w kolorze waszych kamizelek. Do
biegu, gotowi... Start!
Wystartowaliśmy. Na początku biegliśmy zwartą grupą, jak to zwykle na
początku wyścigu. Niektórzy wyrwali do przodu, inni trzymali się z tyłu,
pozwalając tłumowi nieco się rozproszyć. Ja wybrałem wersję pośrednią.
Jestem dobrym, choć nie wspaniałym biegaczem. Po kilkuset metrach byłem
w stanie wejść w swój rytm i utrzymywać prędkość, która mi odpowiadała.
To był fajny dzień na bieganie. Wystarczająco ciepły, żeby nie marznąć,
ale powietrze przyjemnie chłodziło mi twarz. Piasek pod stopami był
zbity, a słońce świeciło w plecy. Zgrałem ruch nóg z oddechem i zdecydowałem, że pobiegnę o tych kilka sekund wolniej niż zwykle.
Przeważnie kończyłem bieg w 13,5 minuty, co dawało 90 punktów. 12 minut
z kawałkiem równało się 100 punktom, jednak było poza moim zasięgiem.
Przyzwyczaiłem się do tempa, lekko skróciłem krok i pobiegłem dalej.
Biegło mi się znacznie lepiej niż po torze, gdzie zwykle odbywają się
takie testy sprawnościowe. Znacznie szybciej, niż się podziewałem,
zobaczyłem metę. Zające już przez nią przebiegały.
Wydłużyłem nieco krok i skoncentrowałem się na wydychaniu powietrza z płuc, aby głębiej oddychać. Biegłem obok kogoś, a nasze kroki całkiem
się zrównały. Gdy posuwałem się naprzód, był cały czas za mną.
Obejrzałem się na niego - to był Keekee Saenz. Wkrótce biegliśmy z maksymalną prędkością, jeden niezdolny do wyprzedzenia drugiego.
Zobaczyłem mojego oceniającego i usłyszałem timekeepera, który głośno
liczył:
- Dwanaście minut, pięćdziesiąt sekund, pięćdziesiąt jeden, pięćdziesiąt
dwa, pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt cztery... - krzyczał, a gdy
przekroczyłem linię mety, nawiązał ze mną kontakt wzrokowy i zawołał do
mojego oceniającego: "Szóstka czerwona!".
- Przyjąłem, szóstka czerwona - odpowiedział, zapisując czas.
Zanim zacząłem iść, zwolniłem i przetruchtałem jeszcze ze sto metrów.
Oparłszy dłonie na biodrach, spokojnie szedłem z powrotem w stronę mety,
a mój oddech się uspokajał. Kiedy byłem prawie u celu, ktoś z kadry
powiedział, żebym poszedł wzdłuż drogi do miejsca, gdzie teraz
zaparkowano ciężarówki, wziął koszulę i czekał na instrukcje. Tak też
zrobiłem.
Ciężarówki musiały przyjechać inną trasą, ponieważ rzeczywiście stały w szeregu jakieś 300 metrów dalej, na tej samej drodze.
Zbliżywszy się do pojazdów, zobaczyłem sierżanta majora Shumate'a, który
z kimś rozmawiał. Popatrzył na mnie, gdy wyjmowałem swoją koszulę z ciężarówki.
- Dobrze się bawisz, Rangerze? - zapytał, gdy zapinałem mundur.
- Pewnie, panie sierżancie majorze. Co teraz?
Przyjrzał mi się spod zmarszczonych brwi.
- Chyba jest ci gorąco. Może skoczysz nad jezioro i się popluskasz? Ktoś
na brzegu poda ci instrukcje. I... - Celowo przerwał, więc zatrzymałem
się, żeby na niego spojrzeć. - Najlepszego.
Cholera - pomyślałem - czy dla niego wszystko musi być jajcarskie?
Poszedłem na brzeg jeziora, gdzie gromadziły się już niewielkie grupki.
Niski gość o włosach koloru piasku gestem nakazał mi do nich dołączyć.
- To jest test pływania, żołnierze. Od jednej boi do drugiej jest sto
metrów. Macie pływać w pełnym mundurze i butach. W tym zadaniu nie liczy
się czas. Możecie płynąć dowolnym stylem, jednak nie możecie przerwać i odpocząć, dopóki nie dotrzecie do boi. Dojdźcie do punktu startowego,
brodząc, i zacznijcie płynąć. Nie dotykajcie dna, dopóki nie dotrzecie
do mety. Tam dostaniecie instrukcję, by stanąć i dojść do brzegu. Nie ma
pytań? No to najlepszego.
Grupą liczącą około 12 osób ruszyliśmy, brodząc w wodzie, która miała
kolor kawy z mlekiem i była ciepła jak w wannie. Sięgała mi do piersi,
gdy dotarliśmy do pierwszej boi. Zanurzyłem się po szyję, by pozbyć się
powietrza z odzieży, a następnie zacząłem płynąć. Najpierw płynąłem na
lewym boku, potem na prawym. Po przebyciu jakichś dwóch trzecich
przewróciłem się na grzbiet i resztę dystansu przepłynąłem stylem
grzbietowym. Jeśli chodzi o pływanie w ubraniu, jest tylko jeden sekret
- odprężyć się i nie spieszyć. Wciąż unosisz się na wodzie, musisz tylko
pokonać większy opór.
Pływanie nie było wcale ciężkie. W teście pływackim u Rangerów miało się
zawiązane oczy i wpadało do wody w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu, z M-16, chlebakiem, ładownicami i dwiema manierkami. Po wskoczeniu w wodę
płynęło się do brzegu basenu i nań wychodziło. Celem ćwiczenia było
zasymulowanie nagłego wpadnięcia do rzeki w czasie marszu w nocy.
Zaliczenie testu oznaczało mniejsze prawdopodobieństwo spanikowania, gdy
nagle i nieoczekiwanie człowiek znajduje się w głębokiej wodzie i nic
nie widzi. Byłem pewny, że teraz ten test służy sprawdzeniu, jak pewnie
i dobrze czujemy się w wodzie.
Wyszedłem z jeziora i przeszedłem w górę brzegu do kępy wielkich sosen.
Zdjąłem mundur, wyżąłem z niego wodę i ponownie się ubrałem. Nie
musiałem opróżniać butów, ponieważ noszone przeze mnie jungle same
pozbywały się wody. Tak samo problemem nie było wysuszenie włosów. W końcu miałem je obcięte w sposób standardowy dla Rangera - na 6 mm u góry i zgolone boki.
Podszedłem do instruktora, który przyglądał się ludziom będącym wciąż w wodzie. W jeziorze żołnierze byli na całej długości toru - niektórzy
wchodzili do wody, inni z niej wychodzili. Łodzie ratunkowe znajdowały
się po obu stronach pływaków i przemieszczały się tam i z powrotem, a ratownicy pilnowali słabszych zawodników. Zobaczyłem jakiegoś faceta po
drugiej stronie jeziorka, który wynurzył się z wody sięgającej mu po
pas, potrząsnął głową i wrócił na brzeg. Pewnie znał swoje możliwości.
Mniej więcej w połowie długości jeziorka jedna z łódek podpłynęła do
miotającego się faceta. Czekali w pobliżu, dopóki sprawa nie zaczęła
wyglądać poważnie, w końcu wyciągnęli do niego bosak. Gość złapał go
desperacko i został przyciągnięty do burty łodzi, w którą wpił się jak
kleszcz w psie ucho. Jeszcze jeden odpadł.
Mała grupka, do której i ja należałem, przepłynęła już jezioro, a kolejni żołnierze nieprzerwanym szeregiem wychodzili na brzeg.
Instruktor wskazał na ciężarówkę i powiedział, że kiedy będzie pełna,
odjedzie w stronę obozu. Mieliśmy wykonać kolejne instrukcje, które
znajdziemy na tablicy informacyjnej.
Przyjechaliśmy do obozu i sprawdziliśmy tablicę.
Lunch: suchy prowiant
Kolacja: 17:00
Zbiórka: 18:30
Umundurowanie: mundur, czapka z daszkiem, plecak ważący 18 kilogramów, 2
manierki wody.
Kilka wag wisiało na drążku do podciągania przed stołówką. Obok stały
skrzynki suchego prowiantu. Wyciągnąłem dwie porcje - jedną na lunch,
jedną - na wszelki wypadek, i poszedłem do baraku przebrać się w suchy
mundur. Była dopiero 10:30, miałem więc mnóstwo czasu.
Zmieniłem ubranie i dla zabicia czasu połaziłem po obozie. Przed dyżurką
stała długa kolejka ludzi wypisywanych z oddziału. Byli to żołnierze,
którzy oblali test sprawnościowy lub pływanie. Zastanawiałem się, po
jaką cholerę tu przyjechali, skoro nie potrafili nawet zaliczyć zwykłego
testu sprawnościowego. Niektórzy z nich przyjechali z oddziałów w Europie - dość kosztowna zabawa, biorąc pod uwagę, że zostali wykopani
po kilku godzinach.
Usłyszałem, jak kilku gości z Sił Specjalnych zrzędziło, że to nie fair,
by nie mieli jeszcze jednej szansy podejścia do testu. W kolejce "do
domu" rozpoznałem sierżanta, którego znałem z 25. Dywizji na Hawajach.
Chodziliśmy razem na kurs doszkalający dla podoficerów piechoty w zeszłym roku. Skinęliśmy sobie głowami, wymieniając pozdrowienia, ale
nie wyglądał, jakby chciał ze mną gadać.
Mój plecak ważył 16 kilogramów, gdy powiesiłem go na wadze tuż przed
kolacją. Zabrałem go z powrotem do chaty i dołożyłem rzeczy, na oko
ważących ze dwa kilogramy, a następnie przywiązałem pod spodem plecaka
dwie manierki. Chciałem mieć je w zasięgu bez zdejmowania plecaka. No i wolałem, żeby mój plecak ważył ciut więcej, na wypadek gdyby wagi trochę
niedoważały.
Zwykle byłbym również ubrany w LBE (Load Bearing Equipment). Składa się
ono z pasa do pistoletu wraz z uprzężą na ramiona. Do pasa doczepione są
ładownice, zestawy pierwszej pomocy, latarka sygnałowa, nóż lub bagnet,
manierki i inne pierdułki. LBE to bojowa ładownica, sposób na
transportowanie amunicji i innych rzeczy, których potrzebujesz do walki
i przeżycia w boju. Załadowany waży około 18 kilogramów. Na niego
zakłada się plecak. Jednak w instrukcjach na tablicy ogłoszeń nie było
mowy o LBE, a ja zamierzałem ściśle trzymać się poleceń.
O 18:30 wsiedliśmy do ciężarówek i przejechaliśmy przez Fort Bragg.
Niektórzy miejscowi goście mówili, że jesteśmy na Chicken Road,
szerokim, piaszczystym szlaku czołgowym, wiodącym prosto jak strzelił
między rzadko rozsianymi sosnami i karłowatymi dębami na monotonnych
Sand Hills. Nigdy nie widziałem brzydszego miejsca. Obijaliśmy się i kiwaliśmy, brnąc przez spowite mgłą piaszczyste, zniszczone przez czołgi
zbocze.
Po jakichś 30 minutach zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu i wysiedliśmy.
Sierżant major Shumate stał w pobliżu, przyglądając się nam z wyzywającym uśmieszkiem.
- Dobra, ludzie, chodźcie bliżej, nie musicie w szyku, po prostu bądźcie
do cholery w kupie - powiedział, gdy złapaliśmy plecaki i stanęliśmy
wokół niego półkolem.
- I co, nasza wesoła kompania troszkę schudła od rana, nie? - zapytał
Shumate. - Co, nie komentujecie? No to do roboty. To zadanie to
trzydziestokilometrowy marsz z plecakiem. Tak go nazywamy, bo stąd do
mety jest trzydzieści kilometrów, a wy niesiecie plecaki. Idźcie tak
szybko, jak potraficie. Trzymajcie się drogi. Nie łapcie stopa. Nie
bierzcie jeden drugiego na barana. Instruktorzy będą mieć stanowiska
wzdłuż trasy, oznaczone zielonymi światłami. Gdy znajdziecie się w pobliżu, podajcie im swój kolor i numer. Meta jest w miejscu, gdzie ta
droga łączy się z chodnikiem przy King Road. Będzie tam stał instruktor,
który zapisze wasz czas. Woda dostępna jest na całej długości trasy.
Możecie zrezygnować w każdej chwili; żeby to zrobić, podajcie swój kolor
i numer dowolnemu instruktorowi i dodajcie: "Dobrowolnie rezygnuję". Nie
będzie zadawał pytań. Jeśli chcecie wycofać się od razu, po prostu
zostańcie tutaj, gdy inni wyruszą.
Nikt się nie poruszył ani nie odezwał.
- Ponieważ nie ma żadnych pytań - spojrzał na zegarek - czas zaczniemy
odmierzać za dwie minuty. Kierunek marszu: północ.
Wskazał kierunek, z którego przyjechaliśmy.
- Nie będę strzelał na start czy coś. Załóżcie plecaki i ruszajcie, gdy
zawołam: "Naprzód". No i... najlepszego.
To ostatnie słowo wymamrotałem pod nosem razem z nim.
28 kilometrów. Zastanawiałem się, skąd im się wziął taki dystans. Był
nieco dziwny. Standard Batalionu Rangerów to 32 kilometry w sześć
godzin, w dodatku z bronią, pełnym wyposażeniem bojowym i stalowym
hełmem na głowie. Teraz sprzętu nie miałem aż tyle, a marsz odbywał się
w chłodny i suchy wieczór. Pomyślałem, że spróbuję przejść trasę w 4,5
godziny. To oznaczałoby prędkość nieco ponad 6 km/h, czyli kilometr w 10
minut. Nie, to za szybko. Bez biegania się nie obejdzie, a biegać nie
zamierzam. Pięć godzin będzie wystarczająco dobrym czasem. Byłem pewny,
że nikt w armii nie ma wyższych standardów tempa marszu niż Rangerzy.
Shumate zawołał "Naprzód!" i wyruszyliśmy. Koło tuzina facetów puściło
się biegiem, większość z nich parami. Kolejna spora grupa, może ze 30
żołnierzy, oderwała się, maszerując jak wściekli. "Co komu pasuje",
pomyślałem. Skoncentrowałem się na własnym marszu i zarzuceniu plecaka
na plecy. Po kilku minutach tłum się rozproszył i miałem możliwość
wejścia w swój rytm.
28 kilometrów to spora odległość i nie da się jej przebyć sprintem. Na
taką odległość musieliśmy płynąć, zdając egzamin dyplomowy na kursie
pływackim Zwiadowców Sił Specjalnych w Grecji w roku 1972. Potem coś
sobie przypomniałem. "Wieśniak" Grimes, który zwerbował mnie na
selekcję, był starszym instruktorem, gdy brałem udział w tamtym kursie.
Po jakichś trzech kilometrach rozgrzałem się i dobrze mi się szło.
Lubiłem chodzić. Oddychałem zgodnie z ruchem rąk i nóg. Koszula i suwak
rozpięte, by powietrze miało dostęp do mojego ciała. Wszystko to było
przyjemne. W długim i ciężkim marszu moje myśli odlatywały, a ciało
działało jakby na autopilocie. Dzięki temu w silnie uspołecznionej
wojskowej egzystencji ma się jednak chwile prywatności i czas dla
siebie. To właśnie wtedy też wpadały mi do głowy najlepsze pomysły i plany.
Po szóstym kilometrze dogoniłem i minąłem niektórych biegaczy.
Planowałem maszerować przez dwie godziny, zanim odetchnę pierwszy raz, a potem odpoczywać parę minut, co godzinę. Było już zupełnie ciemno,
jednak otaczające mnie światło było całkiem niezłe, a na białym piasku
drogi łatwo było uniknąć dobrze widocznych dziur. W sumie niezła trasa.
Gdy miałem za sobą około 11 kilometrów, zobaczyłem grupkę świateł przed
sobą przy skraju drogi. Wokół świateł kręciły się jakieś niewyraźne
postaci. Zbliżywszy się, ujrzałem kilka ciężarówek stojących kołem wokół
kępy drzew i oświetlających jakąś akcję rozgrywającą się w tym miejscu.
Zbliżyłem się, a jakiś instruktor pokiwał na mnie. Podałem mu swój kolor
oraz numer i zostałem poinstruowany, by położyć swój plecak na jednej z wag zwisających z drąga umocowanego między drzewami. Mogłem też napełnić
manierki, korzystając ze zbiorników z wodą stojących na pace jednej z ciężarówek. Zrzuciłem plecak, złapałem swoje pełne manierki i opróżniłem
jedną z nich całkowicie, idąc w stronę zbiorników. Bez plecaka czułem
się lekki jak piórko. Wiedziałem, że to się zmieni za kilka godzin. Gdy
piłem wodę i napełniałem manierki, spoglądałem, co się dzieje wewnątrz
kręgu świateł.
Wracając do wag, stałem się świadkiem interesującej wymiany zdań między
jednym z maszerujących a facetem, który wyglądał na dowódcę tego
posterunku.
Instruktor mówił:
- Plutonowy, wasz plecak jest za lekki. Nie spełnia wymaganej wagi
osiemnastu kilogramów.
Zanim zdążył dokończyć, piechur przerwał mu:
- No, ale niewiele brakuje. Ile rzeczywiście waży?
- Nie mogę tego stwierdzić - odpowiedział beznamiętnie instruktor. -
Jeśli popatrzycie na wagę, zauważycie, że nie wykazuje ona wagi niższej
niż osiemnastu kilogramów. Dlatego, o ile mi wiadomo, wasz plecak nic
nie waży.
Popatrzyłem na wagę, na której leżał mój plecak. Facet miał rację.
Wskaźnik wagi został zamalowany białą farbą w części wskazującej poniżej
18 kilogramów.
Instruktor kontynuował:
- A ponieważ nie niesiecie nic, jedyny sposób na wypełnienie wymagań to
wzięcie tego. - Sięgnął za siebie i podał piechurowi wielki,
bezkształtny kawał betonu, który wyglądał, jakby był częścią wykopanego
podkładu kolejowego. - Osobiście go zważyłem - ciągnął - i gwarantuję,
że waży dokładnie osiemnaście kilogarmów. Aby kontynuować marsz, musicie
pobrać ten obciążnik, przywiązać go do plecaka i zwrócić, gdy ukończycie
marsz. Jakieś pytania?
Piechur stał, przyciskając kawał betonu do piersi. Na jego twarz
wypłynął na poły wymuszony uśmieszek, na poły zaś wyraz niedowierzania.
Rozpoznałem w nim jednego z pyskaczy, którzy mieli dużo do powiedzenia
przez cały dzień. Teraz stał cicho.
Popatrzył na instruktora stojącego przed nim i zapytał błagalnym głosem:
- Marvin, poważnie?
A więc się znali. To się robiło coraz bardziej smakowite.
- Absolutnie - brzmiała odpowiedź.
Facet zastanowił się przez kilka sekund, a następnie powiedział:
- Nie, nie mogę. - Upuścił beton i stał z rękami zwisającymi wzdłuż
ciała.
- Dobrowolnie rezygnujesz?
Pauza.
- Tak, chyba tak.
- Weź swój plecak i wsiadaj na pakę tej ciężarówki. - Szef instruktorów
wskazał na pojazd stojący z dala od reszty.
Facet stał jeszcze przez kilka sekund, wyglądając, jakby nie mógł
uwierzyć w to, co się właśnie stało. Nasze oczy się spotkały, wzruszył
ramionami z rezygnacją, a następnie wziął plecak i odszedł. Ta mała
wymiana zdań zdecydowanie przyciągnęła moją uwagę - podobnie jak
zaciekawiła wszystkich pozostałych świadków.
Złapałem mój plecak i zapytałem instruktora, który go ważył:
- W porządku? - Zakładając jednocześnie szelki na ramiona.
- Pewnie, możesz lecieć - powiedział, zapisując coś nw notatniku. Potem
podniósł wzrok i powiedział do mnie, gdy poprawiałem plecak: -
Najlepszego.
Wyszedłem z kręgu światła i po kilku krokach znów byłem na drodze.
Zadowolony, że oddalam się stamtąd. Niezła scena. Szef instruktorów nie
podnosił głosu, nikogo nie straszył, nie poniżał ani nie obrażał, ale
jasne było, że nie da mu się wcisnąć kitu, nie będzie tego tolerował.
Podobał mi się ten styl. To wszystko zaczynało być coraz bardziej serio.
Reszta marszu była... no, jak to nocny marsz z plecakiem. Po
dziewiętnastym kilometrze byłem zmęczony, bolały mnie nogi, doskwierały
mi ramiona i byłem zlany potem.
Dotarłem do mety kilka minut przed upływem pięciu godzin. Instruktor
zapisał mnie w notesie, powiedział, że do obozu są trzy kilometry, w stołówce czeka ciepła zupa, a na tablicy informacyjnej są nowe rozkazy.
I życzył... najlepszego.
Spokojnie poszedłem z powrotem do obozu. Zrzuciłem plecak koło chaty i poszedłem do stołówki na menażkę zupy. Było tam ponad 10 zmęczonych
ludzi o obolałych stopach, jednak wszyscy wyglądali na
usatysfakcjonowanych. Takie zadowolenie przychodzi, gdy się podoła
trudnemu zadaniu i jest świadomość, że się je dobrze wykonało.
Ukończenie marszu to żadne zwycięstwo, ale należy do tych wielu
drobnostek w życiu, którymi człowiek siebie mierzy.
Zupa była cholernie dobra. Jedną z tych rzeczy, które w wojsku zawsze
się udają, jest zupa. Podgrzewana w sześćdziesięciolitrowych kotłach -
zawsze możesz liczyć na to, że będzie gorąca i parująca, a gdy jesteś
zmęczony, bolą cię nogi i spływasz potem, właśnie zaczyna stygnąć. To
zwyczajna rzecz, ale powoduje, że czujesz się lepiej.
Pożegnałem się z gośćmi w stołówce i poszedłem pod prysznic. Było nieco
po pierwszej, gdy sprawdziłem instrukcje na tablicy informacyjnej. Oto,
co było tam napisane:
10:00 Sala wykładowa
Wróciłem do chaty, zawinąłem się w pałatkę i zasnąłem snem
sprawiedliwych.
10:00. Obolałe stopy, zesztywniałe nogi, plecy i mięśnie barków. Siedzę
w sali wykładowej. Na ławce zamknięta teczka i kilka dobrze
zatemperowanych ołówków, przede mną uśmiechnięty gość podający
instrukcje.
- To tylko taki kwestionariusz o was - uśmiechnął się. - Nie jest na
czas. Odpowiedzcie na każde pytanie i za każdym razem postarajcie się
dać jak najlepszą odpowiedź. Jeśli coś jest niejasne lub mylące,
postarajcie się jak najlepiej domyślić. Jeśli coś was zupełnie zatka,
będę z tyłu sali. To jest praca indywidualna, współpraca nie jest
dozwolona. OK, otwórzcie teczki i zaczynajcie.
Przewróciłem stronę. Test psychologiczny. Pierwszy z wielu. Przez całą
selekcję przerabialiśmy te testy wciąż i wciąż. Każdy był sformułowany
odrobinę inaczej, jednak merytorycznie były to dokładnie te same
pytania. Po prostu wymieszane i przeformułowane. Zawsze pisaliśmy te
testy, gdy byliśmy zmęczeni, ale nie wyczerpani.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki