Delirium - Maciej Kapuściński

Kup ebooka

30.99 zł
24.79 zł (22,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Myśl nasączona nieznanym, wzburzona przez niezdefiniowane połacie lęku trapiła go co jakiś czas. Tak zwykle ostatnio zaczynał się każdy jego dzień. Utopiwszy więc wzrok w przestrzeń bezimienną, daleką i niemą, instynktownie uciekał od wszelkich wzburzeń, tak by refleksje te uchronić; tak by przeczekać, jednak po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że tworzy właśnie własne fantazmaty, które - będąc nieodzownie przyjemnymi - przybierały postać jego dzieci, i w ten właściwie sposób one były tu razem z nim. Dlatego po chwili cichego, przyjemnego rozrzewnienia chwycił się przyziemnej myśli, że przecież ma jeszcze sporo pracy do wykonania. Zwrócił wzrok ku temu, co namacalne - patrzy teraz już na odzienie, ubranka dziecięce, chłopięce i dziewczęce, zawieruszone na krzesłach i wymagające uporządkowania; trzyma też w ręce sweterek, zapewne chłopca, i chyba żałuje, że nie nałożył go dziś, a tak naprawdę przecież to on sam jako ojciec nie przypilnował tego z samego rana; ale też patrzy pokątnie na ryciny, portret jego samego zrobiony przez córeczkę, ale też rysunek całej rodziny, na którym był on i żona, ale też dzieci, a to była ich wspólna praca; a jednocześnie wzrok filtruje przestrzeń i kątem oka pierwsze co, to zwraca się ku podłodze, brudnej i zakurzonej, która czekała na sprzątnięcie, a potem idzie wyżej ku meblom pełnym brudnych naczyń.

Za chwilę jednak skończy i przysiądzie. Ale nade wszystko chodziło o ten zapach... Była to wonność rodziny, świeżego prania, dopiero co wyprasowanych rzeczy, zabawek i książek różnego rodzaju, rosołu dopiero co przygotowanego, kaszki bananowej, ciasta dyniowego, pieczeni wołowej, suszonych owoców. Dalej też wonność róży, której rumiany i purpurowy posmak kojarzył się z czystością, bukietu kremów, maści, lekarstw, dawnej choroby, być może przeziębienia, dlatego też wyczuwa inny, dosadniejszy aromat, nie zwykłym smarem czy terem pachnące, a lekarstwem, czymś intensywniejszym, ale jednocześnie też niezdefiniowanym; a gdzieś w przedsionku, bliżej przedpokoju, zapach perfum męskich. Nade wszystko była to woń błogiego ciepła zmysłów.

Tymczasem doba, w rozumieniu codziennego zimowego cyklu, powoli chyliła się ku końcowi. Światło i brzask dnia, które wpadały do wnętrza pokoju, ku całemu jego przestworowi, przeczyło jednak temu zjawisku. Styczniowy czas, zwykle szary i bezbarwny, tym razem przeinaczał sens swego istnienia. Promienie słoneczne niezłomnie zostawiały ślady kończącego się cyklu życia na całej przestrzeni lokalu. Legenda słońca tego właśnie wyjątkowego dnia w ten sposób trwała i zostawiała znaki swego kończącego się procesu. Całe lokum zawarte było w jasności. Mit słonecznej i radosnej pory dnia przesiąkł wszelki pejzaż wnętrza, jego atmosferę, wszystkie detale. Pamięć o niej będzie musiała zatem trwać jeszcze długo nawet wtedy, gdy ciemny zmierzch zimy wtopi się w każdy zakamarek, w całość przestrzeni. Myśl o tym, że lipcowy, letni dzień musiał tutaj wyglądać tak samo, choć ten styczniowy powoli traci swój blask, będzie kluczowa, acz iluzoryczna. I to była ta różnica. Nie był to letni, popołudniowy słoneczny dzień, jaki zazwyczaj piętrzył się gorącej kanikuły, a zwykły zimowy schyłek doby, choć obydwa wyglądały podobnie, jeśli nawet nie tak samo. Miriady pyłów krążących po krystalicznej, ozłoconej słońcem przestrzeni nadawały jej kunsztowną przejrzystość magii, wtapiając się w każdy element pokoju, w każdy jego przedmiot, we wszystkie elementy. Piętrzyły się więc te mikroskopijne organizmy pobudzone jasnością, jaka rozpłatała przestrzeń wnętrza tylko w poblasku i błyskotliwości światła. Smugi promieni, ograniczane wzorami firanek, tworzyły korytarze wyżłobionej przejrzystości, wzory i figury przypominające jak najbardziej zwykłe przedmioty codziennej rzeczywistości. Niektóre zaś plamy słońca, nieuchwycone przez tkaninę, tworząc wyspy ogniw osiadłych w pobliżu tych brył, zdawały się ich uzupełnieniem, upiększeniem, okraszeniem. Tak powstawały słoneczne mantyle, pektorały, diamentowe biżuterie, romboidalne kosztowności i innego rodzaju drogocenności. Na tle tego słonecznego złota błyszczały posrebrzane tomy Słowackiego. Srebrne litery szkliły się w posągowym wymiarze na tle innych kolorowych dzieł. Wszystkie jednak te inskrypcje kreowały myśli, tworzyły domysły, pobudzały wspomnienia. Miały własny kontekst. Ramki ze zdjęciami indywidualizowały przeszłość, jej zdarzenia, a ich rodzinne fotografie nadawały jej uwarunkowaniu prawdziwość, przyswojoną jako chwila godna zapamiętania; moment, który gdzieś w przestrzeni czasu otrzyma swój podtekst - zarówno ten jeszcze o dawniejszej przeszłości, jak i ten o późniejszej , zawierającej interpretacje zdarzeń następnych od chwili ich stworzenia. Zatem cały ten regał i jego inwentarz miały symbolizować coś odległego, dawniejszego, starszego nawet niż moment jego rzeczywistego pojawienia się. Szczegóły, takie jak kolorowe świece, figury zwierząt czy drobne pamiątki, umykały świadomości; nietolerowane w iryzacji kolorów książek i zdjęć nikły, jakby nie miały znaczenia. Patrzył teraz na ten zwykły, zmierzchły pejzaż odchodzącego dnia; na te wszystkie szczegóły, dostrzegając w nich coś, czego wcześniej nie zauważał, a co teraz wydawało mu się czymś unikalnym i jednocześnie zanikającym z każdą chwilą.

Jednak było mu wszystko jedno. Patrzył i nie wiedział, co począć. Rana po zabiegu na głowie rwała jego nerwy. Co chwila dotykał jej okolic. Krótko wówczas czuł ulgę, jednak jej ulotność stawała się czymś błahym i prawie niedostrzegalnym, jakby była odruchem, którego nie kontrolował, a którego ciało potrzebowało do zagojenia bólu. Do tego mięło go zmęczenie oraz myśli, że niedługo będzie musiał opuścić mieszkanie i tułać się po mieście w takim stanie. Zmęczenie i potrzeba snu choć na chwilę by mu pomogły. Jednak telefon od żony, że dziś jest jej dzień na spotkanie z przyjaciółkami, jej wielka chwila w trwającym pracowitym tygodniu, odrzucił takie myśli.

Miał na sobie brzemię całego dnia. To, jak odwiózł dzieci do szkoły; to, że nie mógł ich wyjątkowo odebrać; to, jak je pożegnał, i ta długa droga pełna myśli, spacer pełen planów i drobnych zagwozdek, jakie się z nimi wiązały. Zwykły dzień w całym korowodzie swej oryginalności. Moment wbicia igły przez chirurga, by zagłuszyć to późniejsze brzemię cierpienia i ciągły nieustający powrót do tej chwili. Usunięcie zwykłego nowotworu w zwykłym, zapowiadającym się nieskończenie długo czwartku. Rozmowa o Czarodziejskiej górze z doktorem, który nie wiedział o jej istnieniu. Wiara, że ta rozmowa jest przyjemna, choć w rzeczywistości była pokazem kunsztownej bezinteresowności ukrytej w różnicy klasy społecznej. Biedny człowiek i lekarz w prywatnej klinice, niepodejrzewający ubóstwa swego pacjenta. Klinika była prywatna, więc być może wszystko się zgadzało, choć była to niewątpliwa sprzeczność - tak to definiował. Tak jak ten dzień. Lipcowe słońce w swej wyrazistości i styczniowy lekki mróz okraszony ledwie wyczuwalną bryzą, której prawie nie zauważy, gdy będzie spacerował wzdłuż nabrzeża ku Skwerowi Kościuszki.

Dalsza część dostępna w wersji pełnej