Rozdział 2Konrad
Pokryta wieczorną rosą drewniana podłoga tarasu skrzypiała cicho w miarowym rytmie mocno akcentowanych kroków. Zmiana pozycji i przeniesienie masy na nogę zakroczną. Blok otwartą dłonią, przechwyt, uderzenie i kolejny akcent wraz z napięciem mięśni całego ciała. Wydech. Wycofanie, zmiana pozycji i przeniesienie ciężaru na nogę zakroczną. Stopa nogi wykrocznej lekko uniesiona, opierająca się jedynie na palcach i przodostopiu. Tułów wyprostowany, core2 napięty, a barki opuszczone, tak aby sterowane biodrami ruchy rąk były dynamiczne i precyzyjne niczym bicz, który w kluczowym momencie staje się głazem. Prawa ręka zbija uderzenie, lewa przechwytuje i blokuje. Kontra i kolejne spięcie mięśni - kime. Wydech. Ruch miękki przechodził w ruch twardy w nieprzerwanej sekwencji kata3.
Trening układów formalnych stał się jedyną formą ruchu, jaką akceptowało wyniszczone ciało Konrada. Paradoksalnie tylko podczas ćwiczeń nic go nie bolało. Dzięki pracy izometrycznej krew zasilała resztki mięśni, a oliwione stawy jeszcze się nie posypały. Umysł uspokajał się i skupiał na technice. Ruchy nie miały już takiej dynamiki jak kiedyś. Wymuszony oddech stał się o wiele płytszy, a praca włókien mięśniowych stanowiła zaledwie cień dawnej siły. Niemniej jednak to właśnie dzięki formom kata ciało Konrada jeszcze się nie rozpadło. Dzięki nim i zwierzęcej krwi.
Przez ostatni czas z zatrwożeniem obserwował, co się z nim dzieje. Blada skóra dłoni miejscami pękała, cienka jak pergamin i tak samo sucha. Spod jej białej niemalże substancji wyzierały sine żyły i wybrzuszenia pracujących ścięgien.
Kontrolowanie swojego stanu nie miało w wypadku Konrada większego sensu. Czy tęsknił do dawnego siebie z czasów świetności? Nie percypował sytuacji w ten sposób. Po prostu był i cierpiał w ciszy. Wiedział, że zasłużył na wszystko, co go spotkało, a nawet na o wiele więcej.
Nigdy nie udało mu się określić, z jakiej szkoły wywodziły się formy, które praktykował. Wiedział, że kata stanowią swojego rodzaju zapis podstawowych technik wybranej sztuki walki. Jego kata miały krótkie, oszczędne ruchy, lecz w odróżnieniu od tradycyjnych szkół karate wplecione miały wysokie kopnięcia, które... obecnie były już dla niego nieosiągalne. Nic fikuśnego czy szczególnie efektownego, dlatego zakładał, że pozycje i manewry pochodziły z Okinawy, lecz zostały nieco zmodyfikowane. Być może była to jakaś "tajna" szkoła lub jego własna interpretacja dawnych nauk, zapisanych gdzieś głęboko w niedostępnych dla niego, acz w jakiś sposób aktywnych przestrzeniach umysłu. Jedno wiedział na pewno - nie pamiętał, gdzie się tego nauczył. Ta wiedza po prostu tkwiła w nim od zawsze. Przynajmniej do kiedy potrafił sięgnąć pamięcią.
Skupienie przerwał dźwięk opon rozjeżdżających żwir na podjeździe z drugiej strony domu. Samochód musiał być ciężki. Mocno zużyty silnik diesla brzmiał jak dokonujący żywota gruźlik, co szybko dało się wyczuć w wieczornym powietrzu. Smród spalonej ropy przemieszanej z olejem i płynem chłodniczym.
Konrad cierpliwie dokończył formę. Ukłonił się górom skąpanym we mgle, odwrócił i poszedł otworzyć drzwi wejściowe. Przechodząc przez dom, usłyszał, jak jego gość gasi silnik i wysiada z samochodu, dosyć mocno trzaskając drzwiami.
Na podjeździe stał stary, zdezelowany pickup. Jego kierowca ubrany był w znoszone dżinsy, niebieską kamizelkę ze zdecydowanie zbyt wieloma kieszeniami oraz koszulkę przyozdobioną napisem US Navy special forces, opinającą się na pokaźnym i mocno zaokrąglonym brzuchu piwnym. Musiał mieć grubo ponad pięćdziesiąt wiosen, choć ze względu na tuszę trudno było określić jego dokładny wiek. Łysiał, a na twarzy miał dwudniową siwiejącą szczecinę. Każdy ruch sprawiał, że mężczyzna mocno dyszał. Jego zapach wskazywał na cały dzień ciężkiej pracy w oparach tanich papierosów, zapitych co najmniej jednym piwem i zagryzionych kanapką z wędzonym boczkiem. Ot, uczciwie pracujący na zawał serca przedstawiciel miejscowej klasy robotniczej.
- Żona mówiła, że trzeba pomóc z elektryką. - Sapiący mężczyzna odezwał się zachrypniętym głosem. Kiedy mówił, jego drugi i trzeci podbródek drgały jak porośnięta szczeciną galareta.
- Dobry wieczór panu - przywitał się Konrad. Gdzieś głęboko w sobie miał zakorzenione podstawowe konwenanse, których nie potrafił sobie odpuścić. - Dom nie jest jeszcze wykończony. Tak naprawdę nie mam światła w piw...
- Dobra, sąsiad! Obaczymy, co trzeba. - Elektryk przerwał wypowiedź, jakby wcale nie słuchał Konrada. - Pan mie pokaże tylko, gdzie je skrzynka i gdzie nie ma prądu.
Jeżeli było coś, czego Konrad nie lubił bardziej niż bycia ignorowanym, to sytuacji, kiedy mu przerywano. Zdusił w sobie zbędne emocje, obawiając się, że jeszcze wystraszy biedaka. Zaprosił mężczyznę do środka.
- Mierzwa Tomasz. - Przyjezdny uśmiechnął się żółtymi zębami i wyciągnął pulchną dłoń.
Konrad uścisnął podaną rękę, a raczej pozwolił, aby napuchnięte imadło niemal zmiażdżyło jego wychudzoną prawicę.
- Konrad Harkov. Zapraszam do środka.
Zatrzymali się przy skrzynce bezpieczników wiszącej w przedpokoju. Przeglądając instalację, elektryk mało dyskretnie zerkał co jakiś czas na Konrada. Harkov przyzwyczaił się już do reakcji niektórych ludzi na jego wygląd. No bo jak często spotykało się wychudzonego albinosa o szaroniebieskich oczach skrytych za lekko przyciemnianymi okularami?
- Charków? - spytał elektryk. - Ma pan dziwny akcent, jak na Ukraińca.
- Nie jestem z Ukrainy.
- Z Jagniątkowa też nie - zaśmiał się mężczyzna. - Ale słychać, że sąsiad z zagranicy przyjechał.
- Urodziłem się we Francji - wydukał Konrad nieśmiało.
Choć początkowo skarcił się za wylewność, to ulgę przyniosły mu myśli elektryka wyciekające z ociężałego umysłu. Mężczyzna bezskutecznie starał się połączyć kropki, aby po chwili porzucić ten daremny wysiłek.
- Potrzebuję prądu w garażu - oświadczył Konrad. - W piwnicy i na piętrze. Dom...
- Dom to sąsiad masz podłączony, że tak powiem, prowizorycznie. - Elektryk znowu wszedł Konradowi w słowo. - Masz pan trzy fazy. Podłączona jest jedna, a te bezpieczniki, widzisz pan, o, tutaj... One wcale nie są podpięte. Gospodarz pokaże ten garaż i piwnicę, to zobaczymy, czy w ogóle jest instalacja.
Konrad przytaknął. Poprowadził elektryka do kuchni, gdzie obok spiżarni były schody na dół. Przechodząc przez salon, starszy mężczyzna zwrócił uwagę na panujący w pomieszczeniu półmrok rozświetlany jedynie przez delikatnie palące się drwa w kominku.
Skromne umeblowanie pomieszczenia zdawało się cokolwiek intrygujące. Ot, stół z kilkoma krzesłami, komoda, skórzany fotel. Meble zapewne zwiezione jeszcze przez poprzednich właścicieli, zanim zmienili życiowe plany. Całokształtu dopełniało kilka na wpół rozpakowanych pudeł z książkami.
W tym obrazku jedna rzecz mocno się wybijała i nie pasowała do tego miejsca. Na kominku stał drewniany stojak, a na nim samurajski miecz. Nie wyglądał jak żadna tak zwana bazarowa replika. Nawet w słabym świetle oręż robił wrażenie. Pochwę wykonano z wiśniowego drewna, a rękojeść wykończono plecioną skórą w odcieniach szarości i błękitu. Elementy metalowe miały proste, acz dokładne ornamenty.
- Ładna szabla - zauważył elektryk. - Prawdziwa?
- To pamiątka - odpowiedział Konrad, po czym ponownie zmienił temat. - Tu jest zejście do garażu i piwnicy. Proszę uważać na schodach.
- Spokojnie, sąsiad. Co byłby ze mnie za elektryk, jakbym światła nie miał, co? - Mężczyzna sięgnął do jednej z kieszeni kamizelki i wyciągnął niewielką latarkę. Przyświecając sobie, pierwszy poczłapał po schodach, dysząc przy tym niemiłosiernie. - Spokojne miejsce pan sobie wybrał na działkę.
Konrad szedł za nim, w myślach odsuwając od siebie chęć zepchnięcia go ze schodów i zatopienia kłów w jego szyi. W końcu był lekarzem, a zastanawiał się, czy od krwi spaślaka można dostać zatorów żylnych.
- Planuję tu mieszkać na stałe.
- A... to nie lepiej gdzie bliżej ludzi?
Oj, nie... - przebiegło Konradowi przez myśl.
- Tu jest dobre powietrze - mruknął cicho. - Poza tym jestem tu już od kilku tygodni. Myślę, że się przyzwyczaję.
Elektryk przystanął na dole i obejrzał się na swojego gospodarza, rozdziawiając grube usta.
- Co pan mówi? Toć byśmy się w sklepie widzieli albo w kościele.
- W sklepie byłem zapytać o fachowca i tak trafiłem na pana żonę - wyjaśnił Konrad nieśmiało. - Generalnie całe dnie nie ma mnie w domu albo odsypiam noce. Taka praca. - Wolał nie wspominać, że do kościoła też nie chadza.
- To z czego pan żyje? - Elektryk nieco się rozluźnił i przeszedł do przeglądania ścian w poszukiwaniu okablowania.
- Pracuję w szpitalu, w Sanoku.
- Lekarz?
- Tak - odparł Konrad, przyglądając się pracującemu mężczyźnie. - Chirurg.
Sapiący elektryk mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało jak wyraz uznania. W jego głowie zdążył ułożyć się już spójny obraz poskładany ze stereotypów zaczerpniętych z telewizji. Chudy mężczyzna, w okularach. Lekko przygarbiony i wyglądający ewidentnie na chorego. Może miał raka? Biała skóra i przerzedzone siwe włosy związane z tyłu głowy były nieco dziwne, ale kiedyś gdzieś widział kogoś takiego. Lekarz - znaczyło, że wykształcony i pewnie przy kasie. Nieco dziwny, czyli pewnie ekscentryczny. Był tu sam, więc na pewno rozwodnik lub wdowiec, albo homoseksualista. Wszystko się zgadzało.
Konrad westchnął i pokręcił głową zażenowany, lecz nieco uspokojony.
- Czyli lubi pan kroić ludzi - stwierdził majster mimochodem. - Widok krwi i te sprawy...
Szczęka albinosa opadła. Spojrzał na gościa ze zdziwieniem i lekkim zmieszaniem na twarzy. Uznał, że lepiej nie komentować tej uwagi.
- Na moje oko instalacja tu jest - sapnął elektryk w ciemności. - Trzeba wszystko połączyć i sprawdzić. Obliczyć, co pan będziesz podłączał do gniazdek i o jakiej mocy. Mogę przyjechać do pana pojutrze i od rana się tym zająć. - Nonszalanckie oświadczenie rozmówcy przyniosło Konradowi nadzieję, że rozmowa schodziła w końcu na właściwe tory. Nic o krwi ani o krojeniu kogokolwiek.
- Na górze jest podobnie - odparł. - Są wyprowadzone kable, ale raczej nie połączone, bo nic nie działa.
Elektryk wyraźnie kombinował już w głowie koszty. Spojrzał na zasuszonego albinosa i spytał:
- Co sąsiad chcesz tu w ogóle mieć? Może coś zmienimy w układzie, coś dołożymy?
- Nie ma co zmieniać instalacji. Tu na dole ważny jest garaż i to pomieszczenie w końcu korytarza. To bez okien. Tam miała być kotłownia, ale stoi puste. Mam tam całkiem sporo miejsca, więc pewnie coś innego wymyślę, jeszcze się zastanawiam. Na parterze z małej sypialni chcę zrobić gabinet. Na górze też wszystko jest dobrze rozplanowane.
- Gabinet? - zainteresował się elektryk. - Będziesz pan tu przyjmował pacjentów?
Konrad uśmiechnął się nieśmiało i pokręcił głową.
- Nie, nie. Wie pan, gabinet. Taki, gdzie będę miał książki, komputer i będę mógł pracować.
- No, ale jest pan lekarzem... To pan ludzi powinien chyba leczyć. Praca taka, prawda?
- Gabinet do pracy naukowej. Nie do praktyki lekarskiej.
- Co z pana za lekarz, jak pan ludzi nie chcesz leczyć?
Konrad postanowił zignorować ostatnią uwagę. Podrzucił więc bardziej łakomy kąsek niż szczegóły jego praktyki zawodowej:
- Porozmawiajmy może o kosztach...
* * *
Poranne mgły wznosiły się w dolinie, kiedy stary pickup wtaczał się ścieżką w stronę domu chirurga. Słońce powoli barwiło już szczyty wzgórz na złoto, a ptaki niemalże ogłuszały świergotem. W powietrzu wisiały jeszcze nocny chłód i wilgoć czekające, by przegnały je pierwsze promienie słońca. Mierzwa Tomasz zwany Suchym zwykle wstawał już o czwartej rano. Często żartował, cytując klasyczną komedię, że "latem to już widno".
Prawda była taka, że miał wtedy czas na przygotowanie się do pracy i ogarnięcie wokół domu spraw, których nie mógł dopilnować, będąc u klientów lub na robocie przy budowie gdzieś w okolicy albo na pracach serwisowych. Żona załatwiła mu fuchę u chirurga, ponieważ wiedziała, że mąż będzie w najbliższych dniach między jednym zleceniem a drugim. Oznaczało to dodatkowy zarobek oraz mniej okazji do picia z kolegami.
Dom Harkova wyłonił się z mgły rozlewającej się po stoku. Stał tam cichy i pusty, jakby lekarz nigdy się tu nie sprowadził. Podwórko nie nosiło żadnego śladu bytności nowego lokatora, nawet trawa rosła tu zdecydowanie za wysoka. Jedynie ślady kół prowadzące do garażu i świeżo zwieziona dostawa drewna kominkowego sugerowały, że ktoś może tu żyć.
Po przyjeździe do domu Suchy rozmawiał z żoną. Poprosił, aby jeszcze raz opowiedziała mu, jak wpadła na lekarza w sklepie. Kobieta z przejęciem mówiła o tym, jak dobre wrażenie zrobił na niej ten dziwny, wychudzony mężczyzna. Uprzejmy i inteligentny, odnosił się do niej z szarmancją, mówił kwiecistym językiem, komplementując nowe miejsce, w którym postanowił się osiedlić. Chwalił uprzejmość swoich nowych sąsiadów, oczarowując tym samym również właścicielkę sklepu.
Suchego intrygowało oświadczenie lekarza, jakoby mieszkał w Jagniątkowie od kilku tygodni. W takim miejscu jak to mało co umykało komukolwiek. Wszyscy doskonale wiedzieli, kto pije, kto pracuje, a kto nie sypia z żoną. Kto kradnie, kto ma długi i czyja córka zaciążyła, a nawet z kim i kiedy. A jednak nowemu mieszkańcowi udała się ta sztuka z dyskretnym sprowadzeniem się do wsi. Przeprowadzka bez przewożenia mebli czy wcześniejszego przyjeżdżania i oglądania chałupy. Po prostu pojawił się, wyładował książki i mieszkał sobie, jeżdżąc dniami lub nocami do pracy w szpitalu. Odludek jakiś.
Wysiadając z samochodu, Suchy podrapał się po łysinie i przetarł rozdziawione w zadyszce, spierzchnięte usta. Pamiętał jeszcze poprzednich właścicieli domu i całej ziemi dookoła. Stare małżeństwo, które mieszkało w sąsiedniej wsi, nie pojawiało się tu od dłuższego czasu. Budowali dom na polu, które należało do nich od pokoleń. Dom miał być prezentem dla ich syna. Syn jednak wyprowadził się do Londynu, założył tam rodzinę, a rodzice postanowili wystawić niedokończony budynek na sprzedaż, razem ze sporej wielkości działką. Nikt z miejscowych nie chciał kupić tej chałupy ze względu na duży koszt. W każdym innym miejscu tego typu nieruchomość w Bieszczadach sprzedałaby się na pniu. Momentalnie powstałby tu kolejny pensjonat lub działka dla jakiegoś znudzonego pracą w korporacji dorobkiewicza. Co zatem sprawiło, że nikomu niepotrzebny budynek stał tak długo i mimowolnie się sezonował?
Miał wykończony dach, okna i drzwi. W środku położono już większość instalacji. Tak naprawdę pozostało dokończyć prace elektryczne i można było spokojnie meblować. No cóż, chałupa w końcu znalazła nabywcę. Suchy zanotował w głowie, żeby przy okazji zapytać państwa Iwiczów o szczegóły sprzedaży... albo ich sąsiadów. Albo kogokolwiek znajomego.
Na pierwszy rzut oka lekarz za bardzo nie pasował do okolicy. W sumie to kompletnie tu nie pasował. Sprowadził się z dużego miasta razem ze swoim dziwnym wyglądem, akcentem, książkami i egzotycznymi pamiątkami. Najwyraźniej te kilka tygodni nie wystarczyło, by ktokolwiek zauważył jego obecność, ale przy tym stylu życia kto mógłby się dziwić.
Tomasz ze stęknięciem dźwignął skrzynkę narzędziową z paki samochodu, wszedł na werandę i zapukał do drzwi. Długa chwila ciszy nie zdziwiła go wcale. Nikt nie odpowiedział, więc zapukał raz jeszcze. Ponownie nic się nie wydarzyło. Żadnego ruchu w środku, żadnych dźwięków, szurania czy kroków na schodach. Jedynie świergot ptaków w lesie pośród tłumiącej wszystko wilgotnej mgły.
Umówili się na wpół do siódmej rano i choć dochodziła dopiero szósta, Suchy pamiętał, że lekarz nie miał nic przeciwko wczesnej porze. Chcąc jak najszybciej zacząć robotę, postanowił zadzwonić na podany przez Harkova numer w nadziei, że obudzi sąsiada.
Leniwy sygnał oczekiwania powtarzał się co chwilę w głośniku telefonu. Raz, drugi, trzeci... To, co Tomasza zaniepokoiło i zdziwiło zarazem, dotarło do niego dopiero po chwili. Gdzieś z domu dało się słyszeć dźwięk dzwonka telefonu.
- Co, do kurwy... - Elektryk zmełł w zębach przekleństwo. - Wstawaj, dziadu, zimno tu.
Nadal nikt nie odbierał. Suchy postanowił zadzwonić jeszcze raz, a efekt budzący wzmocnił natarczywym łomotaniem w drewniane drzwi.
- Sąsiad! Wstawaj!
Bezskuteczne próby obudzenia Harkova zaczęły drażnić mężczyznę. Postanowił obejść dom i spróbować zastukać do okna sypialni na parterze.
Jeżeli to nie pomoże... to chuj mu w dupę - pomyślał.
Do tylnej części domu przytulono średniej wielkości drewniany taras. Obchodząc go, dało radę przejść na wschodnią stronę budynku i stanąć pod oknem sypialni, która wkrótce miała stać się gabinetem czy też pracownią lekarza. Gęsta jak śmietana mgła jeszcze nie odpuszczała, mocno ograniczając widoczność i tłumiąc dźwięki. Człapiąc przez mokrą trawę, zziębnięty już nieco Suchy zaczynał coraz mocniej odczuwać kłucie irytacji, choć w jego umyśle powoli powstawały niepokojące wizje. Może chory lekarz zszedł dziś w nocy z tego padołu łez, a jego stygnące ciało sztywniało gdzieś w domu? Co gorsza, poranna kawa już odpuszczała, a brzuch Suchego domagał się drugiego śniadania, jednocześnie zajawiając potrzebę opróżnienia nieco kiszek.
Przystanął. Jego świszczący oddech ginął we mgle. Wschodnia ściana domu oddalona była od lasu zaledwie o kilka metrów. Pamiętając wpojone mu ostrzeżenia, Tomasz instynktownie nie zbliżał się do kniei. Nigdy nie chodził tam na spacery ani na grzyby. Nie puszczał tam dzieci. Na pewno nie w stronę granicy, bo tam las był najbardziej gęsty, a teren dziki.
Zasiana jeszcze przez rodziców obawa przed puszczą kiełkowała w nim przez lata. Strach podsycały plotki oraz fantastyczne i straszne opowieści myśliwych. Ta część Bieszczad miała wśród miejscowych wyjątkowo złą historię. Babka opowiadała, że w tych lasach ginęły dzieci - oczywisty sposób, by zniechęcić malca do nieodpowiedzialnej eksploracji głuszy. Robiła to nader przekonywająco, sprawiając, że słuchające jej dzieci przezornie nie poddawały się wrodzonej ciekawości, a pokornie unikały zapuszczania się w lasy z obawy przed porwaniem przez diabły.
Kiedy zaginął jego stryj, wszyscy mówili, że uciekł do kochanki do Zamościa. Suchy wiedział jednak, że stryj wszedł do lasu i już nigdy go nie opuścił. Mógł pójść na grzyby i poślizgnąć się na ścieżce. Mógł go zaatakować niedźwiedź, ryś lub stado wilków... albo porwać leśny demon, bies jakiś. Rozsądek podpowiadał jedno, a ukształtowana opowieściami babki wyobraźnia kompletnie co innego. Jedno i drugie było w nim całkiem silne.
Złą sławę tych okolic podsycały bujdy i bzdurzenia lokalnych pijaczków. Kłusownicy mówili o watahach wściekłych wilków, a pogranicznicy opowiadali o odnajdywanych co jakiś czas porzuconych przez przemytników torbach z kontrabandą i urywających się w kałuży krwi ludzkich śladach. Miejscowe legendy wystarczyły, aby granicę lasu, przed którą stał Suchy, przekraczali jedynie ludzie nieświadomi lub głupi. Nawet myśliwi niechętnie zapuszczali się w te rejony, co sprawiało, że były one doskonałym miejscem dla kłusowników czy innych bandytów.
Patrząc na ścianę drzew wyłaniającą się z gęstej mgły, Suchy mimowolnie się wzdrygnął. Był w końcu dorosły, a opowieści z dzieciństwa, do których przecież wiele sam sobie dopisywał, pokutowały w nim do dziś.
"Czy wiesz, skąd wzięła się nazwa Bieszczady?" - brzmiały mu w pamięci słowa babki.
Może to dlatego nikt nie chciał tego domu? Może stał zbyt blisko lasu? W końcu domy w dolinie były otoczone przez pola, a tu... za oknem rozpoczynało się to, co dzikie i pierwotne. No i ten lekarz.
Coś mu w tej całej sytuacji nie pasowało. Umówili się na robotę, sąsiad nie otwierał, nie odbierał telefonu... może jakiś wypadek miał? Tak po prawdzie, to wyglądał na chorego. Może zmarło mu się we śnie czy co? Suchy zmartwił się. Do głowy zaczęły mu napływać przeróżne myśli i szalone pomysły, z wyważeniem drzwi włącznie.
Zadumę przerwał ledwo wychwytywalny szelest. Coś jakby przesunięcie się i trzask gałęzi gdzieś na skraju lasu. Suchy zamarł i poczuł, że robi mu się gorąco, a po plecach przebiegają zimne mrówki. Jego świszczący oddech skrócił się, uderzająca do głowy krew przesyciła się adrenaliną, sprowadzając na niego nieprzyjemną lekkość i mrowienie palców dłoni.
Skarcił się za ten głupi wyraz szczeniackich strachów. Przecież w lesie non stop coś trzaskało, szumiało i szeleściło. Las był pełen drzew. Drzewa poruszały się na wietrze lub trącały je zwierzęta. Takie dźwięki były normalne, do jasnej cholery!
Wyobraźnia Suchego nie próżnowała. W głowie słyszał coś jakby szepty. Wyobrażał sobie, że coś go obserwuje i przywołuje do siebie. Cichym i miłym głosem namawia, aby przekroczył granicę wyznaczoną przez drzewa. Podążył tam, gdzie są wszyscy. Gdzie jest jego stryj i inne ofiary diabłów. Poznałby w końcu wiekową tajemnicę tych rejonów. Raz na zawsze rozwiał wszelkie obawy, doznając ukojenia w świadomości tego, co prawdziwe, nawet gdyby miało okazać się przerażające.
Mgła się przerzedziła, aby ukazać nieco większy obraz najbliższej okolicy. Suchy wytężył wzrok, ponieważ wydawało mu się, że coś zbliżyło się do niego i zatrzymało w trawie, na granicy zarośli.
Stało tam, nisko. Spora bezkształtna, nieruchoma masa. Zbyt wiele mgły wciąż się przelewało, tak samo jak i szalejących wyobrażeń, aby spanikowany umysł nie stworzył obrazu czegoś irracjonalnego.
Suchy czuł, że powinien to sprawdzić. Nie potrafił jednak ruszyć z miejsca i podejść tych kilku kroków. Tak samo czuł się przed wejściem do piwnicy w starym domu rodziców. Choć przepełniała go ciekawość, irracjonalnie szukał wszelkich pretekstów, aby ktokolwiek mu towarzyszył. Bo kiedy przebywał tam sam, wyobraźnia materializowała bezkształtne, szalejące koszmary, które czaiły się na granicy widzenia peryferyjnego. Tam zawsze było coś strasznego, nieokreślonego i oczywiście okrutnego. Skradało się w mroku, tuż za rogiem. Czyhało w cieniu zaraz za drzwiami, w szafie lub pod łóżkiem. Gotowe, by wyskoczyć i wyssać z niego duszę. Tak samo teraz coś czaiło się w lesie.
Suchy nakazał sobie nie być biernym. Sąsiad nie otwierał, nie odpowiadał, nie odbierał telefonu. A tam leżało to coś. Może to jego ciało?
Mężczyzna w duchu cieszył się, że nikt go teraz nie widzi. Mógł przecież odejść, wsiąść do samochodu i wrócić do domu. Wiedział oczywiście, że gdy obróci się plecami do lasu i ruszy, to mimowolnie zacznie biec. A wtedy jego wyobraźnia będzie biegła za nim, wyciągając ku niemu szponiaste łapska.
Ktoś w końcu się tu pojawi - pomyślał dziesięcioletni Tomuś w ciele spasionego robola. - Listonosz może? Ale co, jeżeli to sąsiad tam leży? Może zasłabł? Może potrzebuje pomocy?
Suchy wytężył wolę, by zrobić krok w stronę lasu i tajemniczego kształtu w trawie. Mgła i półmrok poranka nie pomagały. Widział w dali ślepia, których tam nie było. Kształty, które pojawiały się i niknęły, kiedy spojrzeć na nie bezpośrednio.
Jeszcze jeden krok. To już zaledwie kilka metrów. Mniej niż dziesięć. Suchy wyrzucał sobie głupotę. Dyszał ciężko, jakby właśnie wbiegł tu, a nie wjechał samochodem. Skradał się do czegoś, czego na pewno tam nie było. To zapewne jakieś worki lub mała hałda piachu z budowy domu. Ale... jeszcze jeden mały krok. To się nie ruszało. Nie mogło stanowić dla niego żadnego zagrożenia. A jeżeli to zwierzę, to z pewnością bało się bardziej niż on. Może trzeba było rzucić w to kamieniem? A może lekarz ma psa? Już prawie widać. Kształt... taki duży, obły i bury. Posiadał coś w rodzaju szczeciny poruszającej się w zimnym powietrzu...
I nagle dotarło do niego, na co patrzył. Uświadomienie sobie tego, z czym miał do czynienia, przyniosło ulgę większą, niż mógłby oczekiwać. Suchy odetchnął, czując, jak przerażenie zaczyna go opuszczać, odchodząc gdzieś w głąb ziemi poprzez mięknące pod nim nogi. Parsknął, po czym zakaszlał, bo niepołykana ślina zaczyna go dusić.
W opadającej już mgle leżał martwy dzik. Jego nieruchome, wilgotne od rosy ciało zalegało spokojnie w mokrej trawie. Rozdziawiona paszcza patrzyła wybałuszonymi oczami wprost na pocącego się człowieka.
Mężczyzna już z nieco mniejszą obawą podszedł do truchła. Może znalezisko nie okazało się nieopisanym obiektem jego strachu, jednak równie dziwne stało się odnalezienie martwego zwierzęcia na granicy czyjejś posesji. Nawet tak blisko lasu.
Suchy pochylił się nad zewłokiem, a jego trzewia ścisnęło zimne imadło obawy. Zwierzę z pewnością nie żyło. Martwe, szeroko otwarte, czarne i puste oczy patrzyły w dal z czymś, co interpretował jako przerażenie. Ani jedna rana nie wyzierała spomiędzy twardej szczeciny. Najdziwniejsze okazało się zaś to, że dzik miał w dziwny sposób wykręcony łeb.
We wsi widywało się już różne rzeczy. Zwierzęta wyciągnięte z wnyków, rany przygodnych turystów, którzy w swojej głupocie chcieli dokarmiać niedźwiedzie lub rysie. To było coś zupełnie innego. Jak można ukręcić łeb dzikowi?
Chrupot kamieni na podjeździe sprawił, że Suchy podskoczył ze strachu i wydał z siebie niekontrolowany jęk przerażenia. Jego charczący oddech przyspieszył, a walące serce pragnęło wyskoczyć z piersi, ciskając kłujące impulsy w kierunku lewego ramienia.
Mężczyzna odwrócił się w kierunku frontu domu, przed którym zatrzymał się właśnie drugi samochód. Z mgły wyłoniło się stare, kanciaste volvo. Aż dziw, że nie usłyszał go wcześniej, ponieważ silnik samochodu rzęził bardziej niż w jego pickupie. Nieuwagę zrzucił na karb pulsującej szaleńczo w uszach krwi. Drzwi auta otwarły się ze skrzypieniem, a ze środka sztywno wygramolił się wychudzony albinos.
- Panie Tomku, przepraszam! - zawołał słabym głosem. - Właśnie skończyłem dyżur.
Suchy wzdrygnął się i skulił, czując, jak bardzo zrobiło mu się zimno. Powoli już się uspokajał, choć czuł coraz większą niechęć do przebywania w tym miejscu. Rzucił ostatnie spojrzenie na leżące opodal truchło i przerażającą jak nigdy dotąd ponurą ścianę lasu. Mógłby przysiąc, że czuł czyjś wzrok na sobie.
- Kawy? - zapytał gospodarz z przymilnym uśmiechem.