Delilah Green ma to gdzieś - Ashley Herring Blake

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ

PIERW­SZY

DE­LI­LAH OTWO­RZYŁA OCZY, prze­bu­dzona wi­bro­wa­niem te­le­fonu na szafce noc­nej. Za­mru­gała, żeby od­zy­skać ostrość wi­dze­nia i ro­zej­rzała się po ob­cym po­koju... a po­tem jesz­cze raz... Była druga w nocy, może na­wet jesz­cze póź­niej. Po omacku się­gnęła w stronę ko­mórki, ścią­ga­jąc białe je­dwabne przy­kry­cie z na­gich ud. Prze­wró­ciła się na bok, żeby jak naj­szyb­ciej uci­szyć wi­bra­cje, które były chyba dość gło­śne, by obu­dzić...

O cho­lera.

Znów to zro­biła. Imię dziew­czyny le­żą­cej obok prze­my­kało się mię­dzy wspo­mnie­niami z ostat­niego wie­czoru, ale li­tery nie były dość wy­raźne, by mo­gła je od­czy­tać w roz­gar­dia­szu wy­stawy w ma­leń­kiej ga­le­rii Fitz na Gre­en­wich Vil­lage - na ścia­nach kilka jej fo­to­gra­fii, mię­dzy nimi sporo osób, które je chwa­liły i z uzna­niem ki­wały gło­wami, jed­nak ni­gdy nie prze­ja­wiały dość za­in­te­re­so­wa­nia, by je ku­pić, i szam­pan, który nie prze­sta­wał lać się stru­mie­niami... a na ko­niec pe­łen kwia­tów bar przy Mac­Do­ugal Street i całe mnó­stwo bo­ur­bona.

De­li­lah spoj­rzała przez ra­mię na śpiącą obok białą ko­bietę. Ciemne blond włosy ob­cięte w pi­xie cut, mleczna cera. Ładne usta, pełne uda i zja­wi­skowe dło­nie.

Lorna?

Lau­ren.

Nie. Lola. Sto pro­cent, że to była Lola.

Chyba.

De­li­lah przy­gry­zła dolną wargę. W końcu zła­pała tań­czący na noc­nej szafce te­le­fon i ośle­piona ja­snym ekra­nem zmru­żyła oczy, by spraw­dzić, kto dzwoni.

Ass-trid

Za­nim od­rzu­ciła po­łą­cze­nie, zdą­żyła się jesz­cze uśmiech­nąć na wi­dok tego, w jaki spo­sób za­pi­sała w książce ad­re­so­wej imię swo­jej przy­rod­niej sio­stry. To był od­ruch. Z jej do­świad­cze­nia wy­ni­kało, że te­le­fon o dru­giej w nocy rzadko zwia­sto­wał co­kol­wiek do­brego, szcze­gól­nie je­śli po dru­giej stro­nie była Astrid Par­ker. No i naj­waż­niej­sze, kto, do cięż­kiej cho­lery, uży­wał ko­mórki do dzwo­nie­nia? Dla­czego Astrid nie mo­gła, jak każdy nor­malny czło­wiek, na­pi­sać, o co jej cho­dzi?

Okay, niech bę­dzie. Przyj­mijmy, że w skrzynce od­bior­czej De­li­lah cze­kało kilka nie­prze­czy­ta­nych wia­do­mo­ści, jed­nak na jej ko­rzyść prze­ma­wiał fakt, że przez ostat­nie ty­go­dnie była zu­peł­nie nie do ży­cia, zma­ga­jąc się z per­spek­tywą za­płaty ko­lej­nego czyn­szu i przy­go­to­wa­niami do wy­stawy w ga­le­rii Fitz, gdzie mo­gła li­czyć na pre­zen­ta­cję swo­ich prac tylko dzięki zna­jo­mo­ści z wła­ści­cielką, Rheą Fitz, z którą daw­niej ra­zem pra­co­wały jako kel­nerki, a która odzie­dzi­czyła po babci sumę wy­star­cza­jącą na otwar­cie tego miej­sca. Jej ostat­nie ty­go­dnie były wy­peł­nione ob­sługą sto­li­ków w ka­wiarni Ri­ver Café na Bro­okly­nie, gdzie pra­co­wała na część etatu, wy­ko­ny­wa­niem por­tre­tów na za­mó­wie­nie i fo­to­gra­fo­wa­niem we­sel, co i tak przy­no­siło łączny do­chód le­d­wie star­cza­jący na po­kry­cie najmu miesz­ka­nia i je­dze­nie. Jedno po­tknię­cie dzie­liło ją od ko­niecz­no­ści prze­pro­wadzki do New Jer­sey, a je­śli kie­dy­kol­wiek jesz­cze chciała do­stać się prze­bo­jem do bez­dusz­nego i okrut­nego ar­ty­stycz­nego światka No­wego Jorku, New Jer­sey po­grze­ba­łoby jej ma­rze­nia. Co pe­wien czas znaj­do­wał się chętny na któ­reś z jej zdjęć, to fakt, ale jej prace były ni­szowe - jak okre­ślił je je­den z agen­tów, uza­sad­nia­jąc od­mowę re­pre­zen­to­wa­nia jej in­te­re­sów - a sztuka ni­szowa trudno się sprze­daje.

Więc tak, ow­szem, za­wa­lona ro­botą po swoje ni­szowe łok­cie, była zbyt za­jęta, żeby od­dzwo­nić i po­ga­dać z przy­rod­nią sio­strą. No i poza tym, Astrid tak na­prawdę wcale jej nie lu­biła. Ostatni raz wi­działy się do­brych pięć lat wcze­śniej.

Po­waż­nie? Tyle czasu już mi­nęło?

Późno już, szlag by tra­fił. De­li­lah po­ło­żyła so­bie te­le­fon na piersi, a w jej my­ślach po­ja­wiła się Jax. Pierw­szy raz od bar­dzo dawna. Przy­naj­mniej od kilku mie­sięcy. Za­ci­snęła po­wieki. Po chwili je unio­sła i wbiła wzrok w su­fit ob­kle­jony świe­cą­cymi w ciem­no­ści gwiazd­kami. Pod­nio­sła się gwał­tow­nie i zdjęta pa­niką po­czuła zimny dreszcz. Czy to mógł być po­kój w aka­de­miku? O, boże, tylko nie to! De­li­lah miała nie­mal trzy­dzie­ści lat, a stu­dentki... no cóż, prze­cho­dziła już przez to i ten etap ży­cia już za­mknęła. Wo­lała ko­biety w swoim wieku, za­wsze tak było, i cie­szyła się, że miała już za sobą trze­po­ta­nie rzę­sami i dramy, któ­rych do­świad­czała jako dwu­dzie­sto­latka.

Uspo­ko­iła się nieco, przy­glą­da­jąc się ko­lej­nym ele­men­tom wy­stroju i czu­jąc pod pal­cami de­li­katną mięk­kość dro­giej po­ścieli. Sy­pial­nia była ume­blo­wana w no­wo­cze­snym stylu, peł­nym pro­stych li­nii i bie­lo­nego drewna. Ściany zdo­biła wy­ra­fi­no­wana i pro­fe­sjo­nal­nie do­brana sztuka. Drzwi pro­wa­dzące do dzien­nej czę­ści miesz­ka­nia były otwarte. De­li­lah przy­po­mniała so­bie wy­raź­nie, że to wła­śnie tam - Lana? Lily? - pchnęła ją na bar­dzo wy­tworną białą ka­napę i zsu­nęła z niej bie­li­znę, a po­tem wy­rzu­ciła ją za swoje - na­gie już - plecy.

Nie, z całą pew­no­ścią ten styl wy­stroju wnę­trza był znacz­nie po­wy­żej po­ziomu aka­de­mika. Mało tego, był znacz­nie po­wy­żej po­ziomu De­li­lah Green, do­ro­słej prze­cież osoby. Poza tym, umie­jęt­no­ści pracy ustami, które Li­lith za­de­mon­stro­wała jej za­raz po­tem, bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści były zde­cy­do­wa­nie nie­stu­denc­kie.

De­li­lah opa­dła na łóżko. Samo ich wspo­mnie­nie przy­nio­sło jej ulgę. Po­wieki stały się cięż­kie i z całą pew­no­ścią znów by się za­mknęły, kiedy te­le­fon po­now­nie za­czął wi­bro­wać. Mo­men­tal­nie po­zbyła się resz­tek sen­no­ści, spoj­rzała na ekran i kon­se­kwent­nie od­rzu­ciła po­łą­cze­nie od osoby, któ­rej imie­nia nie spo­dzie­wała się zo­ba­czyć.

Lay­ton po­ru­szyła się obok, prze­wró­ciła na bok i spoj­rzała na De­li­lah. Pod oczyma miała ślady roz­ma­za­nego tu­szu do rzęs.

- O. Cześć. Wszystko okay?

- Tak, pew­nie...

Jej te­le­fon po­now­nie ożył.

Ass-trid.

- Może po­win­naś ode­brać? - za­py­tała Linda. Zmierz­wione włosy uro­czo zsu­nęły się na jedno z jej błę­kit­nych oczu. Nie, nie­moż­liwe, by ta bo­gini seksu miała na imię Linda.

- Może...

- To śmiało. Jak skoń­czysz, chcia­ła­bym ci coś po­ka­zać.

Ly­dia - pew­nie, tak też by pa­so­wało - uśmiech­nęła się sze­roko i do sa­mych bio­der zsu­nęła z sie­bie przy­kry­cie, by za­raz za­sło­nić się z po­wro­tem po samą szyję. De­li­lah ro­ze­śmiała się, wy­szła spod na­rzuty i kom­plet­nie naga wstała z łóżka. Nie­wiele bra­ko­wało, by w ta­kim sta­nie ode­brała te­le­fon, ale za­wa­hała się, zła­pała je­dwabny szla­fro­czek - ab­so­lut­nie nie­stu­dencki je­dwabny szla­fro­czek - który wi­siał prze­rzu­cony przez opar­cie ta­pi­ce­ro­wa­nego, sza­rego krze­sła w na­roż­niku sy­pialni. Nie mo­gła i nie chciała roz­ma­wiać z przy­rod­nią sio­strą, bę­dąc w ne­gliżu.

Za­rzu­ca­jąc szla­frok na ra­miona, De­li­lah prze­szła do ma­łego sa­lonu, który łą­czył się z otwartą kuch­nią, wspięła się na wy­soki sto­łek i oparła łok­cie na chłod­nym mar­mu­ro­wym bla­cie. Wzięła głę­boki od­dech i po­woli wy­pu­ściła po­wie­trze. Strzep­nęła dło­nie i wy­ko­nała ko­li­sty ruch głową. Mu­siała przy­go­to­wać się na roz­mowę z Astrid jak bok­ser do walki w ringu. Rę­ka­wice, ochra­niacz na zęby. Na ekra­nie wy­ci­szo­nego te­le­fonu, który le­żał na bla­cie, raz po raz po­ja­wiało się jej imię, po czym zni­kało, by za­raz znów się po­ja­wić ni­czym po­zdro­wie­nia z pie­kła. Do­brze, le­piej mieć to już za sobą. Prze­su­nęła pal­cem po ekra­nie.

- Tak?

- De­li­lah?

Z gło­śniczka po­pły­nął miękki głos jej przy­rod­niej sio­stry. Brzmiała jak Cate Blan­chett, z tą róż­nicą, że ton kró­lo­wej bi­sek­su­al­no­ści od­zna­czał się przez kij w du­pie. De­li­lah od po­czątku wie­działa, że Astrid bę­dzie tak mó­wić, kiedy do­ro­śnie.

- No? - od­po­wie­działa De­li­lah i od­chrząk­nęła. Jej głos można by umie­ścić na skali gdzieś po­mię­dzy beł­ko­tem po szó­stym drinku a mę­czącą chrypą po la­tach braku snu.

- Tro­chę ci ze­szło, za­nim ode­bra­łaś.

- Jest śro­dek nocy - wes­tchnęła De­li­lah.

- W Ore­go­nie do­piero mi­nęła je­de­na­sta wie­czo­rem. Poza tym, za­ło­ży­łam, że to naj­lep­szy mo­ment, żeby w ogóle cię zła­pać. Przy­pad­kiem nie zmie­niasz się po pół­nocy w nie­to­pe­rza?

De­li­lah prych­nęła.

- Że­byś wie­działa. A te­raz wy­bacz, mu­szę wra­cać do swo­jej ja­skini.

Astrid za­mil­kła na kilka se­kund. Dość dłu­gich, by De­li­lah za­częła się za­sta­na­wiać, czy jej przy­rod­nia sio­stra wciąż tam jest; nie za­mie­rzała jed­nak pierw­sza prze­ry­wać ci­szy. Przez te­le­fon roz­ma­wiały le­d­wie kil­ka­na­ście razy od dnia, w któ­rym De­li­lah opu­ściła Bri­ght Falls, za­raz po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej, wska­ku­jąc do au­to­busu do Se­at­tle, z torbą spor­tową z logo Bri­ght Falls High, a Astrid, w to­wa­rzy­stwie swo­ich okrop­nych ko­le­ża­nek, wy­ru­szyła na wy­cieczkę do Fran­cji. Isa­bel, matka Astrid i zła ma­co­cha De­li­lah, za­opa­trzyła obie dziew­czyny w wy­star­cza­jącą ilość go­tówki, by za­pew­nić so­bie spo­kój na ko­lejne dwa ty­go­dnie. Róż­nica po­le­gała na tym, że Astrid, jak przy­stało na do­brą córkę, wró­ciła przy­go­to­wy­wać się do dal­szej na­uki na uni­wer­sy­te­cie w Ber­ke­ley, a De­li­lah po­le­ciała do No­wego Jorku i wy­na­jęła jed­no­po­ko­jową klitkę na Lo­wer East Side. Z punktu wi­dze­nia prawa była już do­ro­sła i mo­gła ro­bić, co chce, więc sam dia­beł nie zmu­siłby jej do po­zo­sta­nia w tam­tym domu o se­kundę dłu­żej, niż to ko­nieczne.

Isa­bel ra­czej nie za­drę­czała się jej nie­obec­no­ścią.

Astrid rów­nież nie, przy­naj­mniej na tyle, na ile De­li­lah była w sta­nie to oce­nić, jed­nak co pe­wien czas do­cho­dziło do sy­tu­acji, które wska­zy­wały na coś prze­ciw­nego. Za­czy­nało się od wia­do­mo­ści tek­sto­wych, ale te szybko prze­cho­dziły w nie­zręczne roz­mowy te­le­fo­niczne, w cza­sie któ­rych Astrid sta­rała się prze­ko­ny­wać, że nie zmie­niła i tak sa­mot­nego dzie­ciń­stwa De­li­lah w pie­kło na ziemi. De­li­lah wra­cała do Bri­ght Falls pięć czy sześć razy na prze­strzeni ostat­nich dwu­na­stu lat - kilka razy spę­dziła tam Boże Na­ro­dze­nie i Święto Dzięk­czy­nie­nia, raz przy­je­chała na po­grzeb, gdy zmarła jej ulu­biona na­uczy­cielka pla­styki. Ostat­nio była tam przed pię­cioma laty, gdy ucie­kła z No­wego Jorku, by le­czyć świeżo zła­mane serce, w na­iw­nym prze­ko­na­niu, że zna­jome oto­cze­nie Bri­ght Falls za­dzia­łała ni­czym bal­sam. Nie za­dzia­łało. Ale przy­nio­sło jej to po­mysł na se­rię zdjęć, dzięki któ­rym prze­stała już dą­żyć do by­cia am­bitną fo­to­grafką, któ­rej le­d­wie star­cza na czynsz, a za­pra­gnęła stać się od­no­szącą suk­cesy qu­eerową ar­tystką z pięk­nym apar­ta­men­tem na Wil­liams­burgu.

Tego jesz­cze nie osią­gnęła. Ale się nie pod­da­wała.

- To jak... je­steś już bli­sko?

Głos Astrid prze­bił się przez gąszcz jej wspo­mnień, więc za­mru­gała i ro­zej­rzała się po kuchni Lu­cindy.

- Je­stem już bli­sko... - wes­tchnęła miękko. Miała na końcu ję­zyka spro­śny dow­cip, ale w porę się po­wstrzy­mała.

- O. Mój. Boże. Po­waż­nie?! Po­wiedz, że nie chcia­łaś...

- Ja...

- De­li­lah! Po­wiedz, że nie!

- Sta­ram się, ale mu­sia­ła­byś się za­mknąć na chwilę, żeby mnie usły­szeć!

Astrid sap­nęła tak gło­śno, że pra­wie ją ogłu­szyła.

- Do­bra. Okay. Wy­bacz. Je­stem ze­stre­so­wana. Sporo się dzieje.

- Ra­cja. - De­li­lah go­rącz­kowo prze­szu­ki­wała wszyst­kie za­kątki mó­zgu, by zro­zu­mieć, co ta­kiego się dzieje. - No więc...

- O nie! Nie, nie, nie! Nie spła­wisz mnie tak ła­two, De­li­lah Green! Po­wiedz, że nie pró­bo­wa­łaś mnie wła­śnie spła­wić!

- Jezu, Ass, może weź so­bie xa­nax, co?

- Prze­stań tak do mnie mó­wić, to po pierw­sze, a po dru­gie nie pró­buj mnie spła­wić!

De­li­lah za­mil­kła i przez chwilę nic nie mó­wiła. Może wi­dok wła­snych prac na ścia­nach ga­le­rii, na­wet tak nie­wiel­kiej, i świetny seks nie­długo po­tem tro­chę za­ćmiły jej mózg, ale za­raz so­bie przy­po­mni, o co cho­dzi Astrid. Od­su­nęła te­le­fon od ucha i włą­czyła gło­śnik, a po­tem uru­cho­miła apli­ka­cję z ka­len­da­rzem - so­bota, drugi czerwca. Wcze­śnie, nad ra­nem. Wczo­raj­szy pią­tek z całą pew­no­ścią był datą, o któ­rej od mie­sięcy my­ślała, bo długo przy­go­to­wy­wała się do wy­stawy w ga­le­rii Fitz. Ale za­raz... było coś jesz­cze... coś czerw­co­wego, coś zwią­za­nego z Astrid...

O kurwa.

- Twój ślub - po­wie­działa w końcu.

- Zga­dza się, mój ślub - po­twier­dziła Astrid. - Ten, który od kilku mie­sięcy pla­no­wa­łam, i na który, przez na­ci­ski mo­jej matki, za­trud­ni­łam cie­bie jako fo­to­grafkę.

- Nie eks­cy­tuj się tak.

- Znam inne słowo, które le­piej opi­suje mój stan.

- Se­rio, nie po­lep­szasz swo­jej po­zy­cji, Ass.

Astrid fuk­nęła w słu­chawkę.

- Hej, wciąż czuję się ura­żona, że nie zo­sta­łam druhną! - rzu­ciła De­li­lah śmier­tel­nie po­waż­nym to­nem.

Świa­do­mość zbli­ża­ją­cego się ślubu jej sio­stry i tego, że ja­kiś nie­szczę­śnik miał być jej mę­żem, spra­wiła, że serce De­li­lah za­częło bić szyb­ciej i po­czuła mie­szankę ulgi i prze­ra­że­nia.

Z jed­nej strony we­sele w ro­dzi­nie Par­ke­rów w Bri­ght Falls to była ab­so­lut­nie ostat­nia rzecz, na którą miała w tej chwili ochotę. W za­sa­dzie nie tylko w tej chwili, lecz kie­dy­kol­wiek. Na im­pre­zie w ga­le­rii Fitz wy­mie­niła uścisk dłoni z kil­koma agen­tami i sprze­dała całą jedną pracę - praw­do­po­dob­nie jej me­ce­na­ska spała wła­śnie w są­sied­nim po­miesz­cze­niu. Była jed­nak na sto pro­cent prze­ko­nana, że Lo­retta wy­ło­żyła kasę, jesz­cze za­nim rzu­ciła w jej stronę choćby jedno za­lotne spoj­rze­nie. A przy­naj­mniej tak to za­pa­mię­tała, bo za bar­dzo zaj­mo­wały ją próby za­pa­no­wa­nia nad pa­niką wy­wo­łaną my­ślą, że ktoś chce wy­mie­nić na twardą go­tówkę to, co stwo­rzyła.

Nie­za­leż­nie od tego, jak to na­prawdę wy­glą­dało, to nie był czas na idio­tyczne wy­my­sły Astrid i/lub Isa­bel. De­li­lah czuła, że sta­nęła na kra­wę­dzi prze­łomu, u progu szansy na to, aby stać się kimś, a Bri­ght Falls ja­wiło się jako do­łu­jące za­du­pie, gdzie była ni­kim.

Jed­nak z dru­giej strony po­ja­wiła się dłoń, która pró­bo­wała ją na­kar­mić i odziać - Isa­bel Par­ker-Green za­ofe­ro­wała jej ab­sur­dal­nie wy­soką sumę za fo­to­gra­fo­wa­nie ślubu Astrid i dwa ty­go­dnie przy­go­to­wań do tej uro­czy­sto­ści. Z opor­nie po­wra­ca­ją­cych strzęp­ków wspo­mnień pierw­szej roz­mowy, kiedy Astrid za­dzwo­niła, by prze­ka­zać De­li­lah ra­do­sną no­winę, wy­ni­kało, że w grę wcho­dziła pię­cio­cy­frowa kwota. Z dol­nego za­kresu pię­cio­cy­fro­wych kwot, ale mimo wszystko pię­cio­cy­frowa. Drobne dla Isa­bel Par­ker-Green i więk­szo­ści bro­okliń­czy­ków, jed­nak dla De­li­lah, która po­tra­fiła kilka dni prze­żyć za jed­nego do­lara, by­łaby to kro­plówka ra­tu­jąca ży­cie jej umie­ra­ją­cemu kontu ban­ko­wemu.

Oprócz pie­nię­dzy, co do któ­rych jej przy­rod­nia sio­stra mu­siała wie­dzieć, że De­li­lah nie może z nich zre­zy­gno­wać, Astrid po­słu­żyła się sub­telną ma­ni­pu­la­cją, mó­wiąc: "Mama po­wie­działa, że two­jemu ojcu za­le­ża­łoby, że­byś była na moim ślu­bie". De­li­lah wciąż nie­na­wi­dziła jej za te słowa, ale głów­nie dla­tego, że były praw­dziwe. An­drew Green był za ży­cia wy­jąt­kowo ro­dzin­nym czło­wie­kiem, tak bar­dzo, że aż do prze­sady, bo upie­rał się przy wspól­nych ko­la­cjach, ro­dzin­nych wy­jaz­dach na wa­ka­cje, kul­ty­wo­wa­niu bo­żo­na­ro­dze­nio­wych tra­dy­cji, wspól­nym od­ra­bia­niu za­dań do­mo­wych, a na­wet na­uczył się za­pla­tać war­ko­cze, żeby De­li­lah nie była je­dyną dziew­czynką bez wianka z war­ko­czy na wy­cieczce kla­so­wej na jar­mark re­ne­san­sowy.

Dla­tego ślub Astrid nie pod­le­gałby żad­nym ne­go­cja­cjom. Przy­jeż­dżasz, bo to ro­dzina, nie­za­leż­nie, czy ci za to płacą, czy nie, i czy bę­dziesz mu­siała przez cały czas za­ci­skać zęby.

- Wszyst­kie przed­ślubne im­prezy za­czy­nają się w nie­dzielę - do­dała Astrid. - Zgo­dzi­łaś się uczest­ni­czyć w nich od sa­mego po­czątku, pa­mię­tasz? Szcze­góły, które ci prze­sła­łam? Je­steś za­bu­ko­wana od trze­ciego do szes­na­stego czerwca. Pod­pi­sa­łam z tobą umowę, zgo­dzi­łam się na wszyst­kie wa­runki i...

- Wiem, wiem... - De­li­lah po­tak­nęła i prze­cze­sała dło­nią włosy. Cho­lera, za nic nie chciała wra­cać do Bri­ght Falls, a już na pewno nie na dwa ty­go­dnie. Tym bar­dziej że to był prze­cież Mie­siąc Rów­no­ści. Uwiel­biała ten czas w No­wym Jorku. Kto w ogóle za­czyna te wszyst­kie ślubne bzdury na tak długo przed sa­mym ślu­bem? No cóż, to aku­rat De­li­lah wie­działa.

- Astrid...

- Ani się, kurwa, waż...

- Uwa­żaj na słow­nic­two, Ass. Po­myśl, co by na to po­wie­działa Isa­bel.

- Po­wtó­rzy­łaby to za mną, a po­tem do­dała coś znacz­nie gor­szego, gdyby do­wie­działa się, że pró­bu­jesz w ostat­niej chwili wy­sta­wić jej je­dyną córkę do wia­tru!

De­li­lah sap­nęła gwał­tow­nie, choć chciała nad tym za­pa­no­wać.

Jej je­dyną córkę.

Pró­bo­wała zi­gno­ro­wać ukłu­cie i zlek­ce­wa­żyć słowa przy­rod­niej sio­stry, ale po­le­gła. To był od­ruch. Re­ak­cja na wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego jako pełna sie­rota, pod opieką ma­co­chy, któ­rej ni­gdy na niej nie za­le­żało.

- Cho­lera - mruk­nęła Astrid. Miała skru­szony i jed­no­cze­śnie pe­łen iry­ta­cji ton, jakby to przez De­li­lah za­po­mniała, że Isa­bel zo­stała prawną opie­kunką przy­rod­niej sio­stry po śmierci jej ojca, dru­giego męża Isa­bel; pękł mu tęt­niak, kiedy De­li­lah miała dzie­sięć lat.

- I znów prze­kli­nasz - mruk­nęła De­li­lah, śmie­jąc się przez za­ci­śnięte gar­dło. - Chyba mo­gła­bym na­wet po­lu­bić tę nową, bar­dziej agre­sywną Astrid.

Jej przy­rod­nia sio­stra nie od­po­wie­działa. Mil­czała tylko przez kilka se­kund, ale dość długo, by De­li­lah zy­skała pew­ność, że z sa­mego rana uda się na lot­ni­sko JFK i wsią­dzie do sa­mo­lotu.

- Po pro­stu bądź, okay? - mruk­nęła Astrid. - Jest już za późno, żeby zna­leźć ko­goś do­brego na twoje miej­sce.

De­li­lah otarła twarz otwartą dło­nią.

- Aha.

- Czyli?

- Tak! - De­li­lah nie­mal krzyk­nęła. - Będę.

- Świet­nie. Za­re­zer­wo­wa­łam ci już po­kój w ho­telu Ka­le­ido­scope...

- Cze­kaj... chcesz po­wie­dzieć, że nie no­cuję u Matki Naj­wspa­nial­szej?

- ...i prze­sła­łam ma­ilem cały plan. Po­now­nie.

De­li­lah mruk­nęła coś pod no­sem i za­koń­czyła po­łą­cze­nie, żeby nie dać Astrid oka­zji, by mo­gła roz­łą­czyć się pierw­sza, a po­tem upu­ściła te­le­fon na blat, jakby pa­rzył ją w dło­nie. Od­krę­ciła ko­rek z w po­ło­wie peł­nej bu­telki ginu, usia­dła obok zlewu i wy­piła duży łyk pro­sto z szyjki, nie szu­ka­jąc na­wet szklanki. Al­ko­hol pa­lił w gar­dło, oczy­ścił nos i wy­peł­nił jej oczy łzami.

Dwa ty­go­dnie. To tylko dwa ty­go­dnie.

Dwa ty­go­dnie i dość kasy, by po­kryć trzy mie­siące najmu miesz­ka­nia.

Pod­nio­sła te­le­fon, który tak podle ją zdra­dził, i wró­ciła do sy­pialni. Szla­fro­czek La­nier zsu­nął się na pod­łogę, a ona w sto­sie zwi­nię­tych rze­czy przy to­a­letce zna­la­zła swój czarny kom­bi­ne­zon, który od­sła­niał jej po­kryte ta­tu­ażami ra­miona. Wło­żyła go i przez ko­lej­nych dzie­sięć se­kund szu­kała swo­ich ulu­bio­nych ko­ron­ko­wych maj­tek typu che­eky w fio­le­to­wym ko­lo­rze - ale bez­sku­tecz­nie.

- Pie­przyć to - mruk­nęła, za­rzu­ciła so­bie to­rebkę na ra­mię i zwią­zała grzywę krę­co­nych, czar­nych wło­sów w luźny kok. Zna­la­zła swoje wy­so­kie czer­wone szpilki tuż obok opar­tej o ścianę wiel­kiej biało-czar­nej fo­to­gra­fii. Zdję­cie przed­sta­wiało białą ko­bietę w de­li­kat­nej, bia­łej su­kience, ze śla­dami roz­ma­za­nego tu­szu do rzęs na mo­krych po­licz­kach, która spo­glą­dała pro­sto w obiek­tyw. Le­żała w wan­nie; przez kom­plet­nie prze­mo­czony ma­te­riał de­li­kat­nie prze­zie­rały jej sutki, le­d­wie wi­doczne nad bia­ławą wodą. Dło­nie trzy­mała za­ci­śnięte na po­rdze­wia­łym ran­cie bia­łej wanny. To ona je wy­ko­nała i było wśród czte­rech dzieł pre­zen­to­wa­nych w ga­le­rii Fitz. Wspo­mnie­nie Le­ili/Lucy/Luny wyj­mu­ją­cej praw­dziwą go­tówkę i za­raz po­tem wpy­cha­ją­cej jej ję­zyk do ust wy­ło­niło się z mgły i na­brało ostro­ści. I tylko nie mo­gła przy­po­mnieć so­bie tego cho­ler­nego imie­nia.

- Hej - po­wie­działa ko­bieta w łóżku i pod­nio­sła głowę z po­duszki. Zmru­żyła oczy i przyj­rzała się De­li­lah wi­docz­nej tylko dzięki świa­tłu z ulicy. Miała po­tar­gane włosy. - Po­cze­kaj. Wy­cho­dzisz już?

- Tak jakby - od­parła De­li­lah, wkła­da­jąc buty. Po­tem spraw­dziła, czy w to­rebce na pewno ma port­fel, kartę do me­tra i klu­cze. - Dzięki. Było su­per.

Leah się uśmiech­nęła.

- O, tak. Było. Je­steś pewna, że nie chcesz wró­cić do łóżka?

Unio­sła brew i zsu­nęła z sie­bie przy­kry­cie na tyle, by wi­dać było jej piersi.

- Bar­dzo bym chciała - od­mó­wiła De­li­lah, prze­su­wa­jąc się w stronę drzwi.

Pro­po­zy­cja była ku­sząca, ale jej mózg sku­pił się już na in­nych spra­wach. My­ślała o po­wro­cie do miesz­ka­nia, za­sta­na­wiała się nad wy­bo­rem ciu­chów, które po­winna spa­ko­wać na ślub i nie­skoń­czoną liczbę im­prez to­wa­rzy­szą­cych, i oczy­wi­ście nad wszyst­kimi wie­czo­rami pa­nień­skimi, które za­pla­no­wała Astrid.

Astrid i jej li­ce­alna szajka.

Lon­don po­smut­niała.

- Cóż. No do­brze. To może... na­stęp­nym ra­zem?

De­li­lah od­wró­ciła się do niej ple­cami i ru­szyła w stronę ko­ry­ta­rza. Otwie­ra­jąc drzwi na ze­wnątrz, unio­sła dłoń.

- Ko­niecz­nie. Na sto pro­cent.

Choć wie­działa, że na pewno nie.

Bo ni­gdy nie było na­stęp­nego razu.

W dro­dze me­trem do miesz­ka­nia w Bed-Stuy uświa­do­miła so­bie, co tak na­prawdę ją czeka. Po­wrót do Bri­ght Falls to jedno, ale dwa ty­go­dnie w to­wa­rzy­stwie i na za­wo­ła­nie Astrid i Isa­bel? To coś zu­peł­nie in­nego.

A sama nie miała za­miaru im ni­czego uła­twiać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki