2
Dom, którego adres podała mi Debora, znajdował się w starej części Coconut Grove, gdzie nie ma wieżowców ani budek wartowniczych. Zabudowa jest tam niska, a ulice niemal toną w powodzi bujnych krzewów i drzew. Ledwo przecisnąłem się między kilkunastoma służbowymi samochodami, które już dotarły na miejsce. Dopiero przecznicę dalej, obok rozłożystego bambusa, znalazłem wąską szczelinę. Jakoś zdołałem zmieścić w niej wóz i ruszyłem pieszo z powrotem, taszcząc torbę z podręcznym zestawem do badania śladów krwi. Wydawał mi się cięższy niż zwykle, ale może to rozłąka z Lily Anne nadwątliła moje siły.
Dom był skromny i prawie niewidoczny pośród roślinności. Miał płaski, nachylony dach - z tych, co to były nowoczesne czterdzieści lat temu - a od frontu, pośrodku oczka wodnego, stał dziwacznie powyginany kawał metalu, niewątpliwie udający dzieło sztuki. Obok tej wątpliwej ozdoby tryskała fontanna. Ogólnie, widok charakterystyczny dla Old Coconut Grove.
Kilka z samochodów zaparkowanych przed domem wyglądało na należące do służb federalnych. I rzeczywiście, kiedy wszedłem do środka, wśród niebieskich mundurów i pastelowych koszul guayabera drużyny gospodarzy zauważyłem szare garnitury. Ludzie tworzyli parę oddzielnych grupek krążących po domu niczym cząstki elementarne w ruchach Browna - jedni zadawali pytania i udzielali odpowiedzi, inni zabezpieczali ślady, a pozostali tylko rozglądali się za jakimś zajęciem na tyle ważnym, by uzasadniło ich obecność na miejscu zbrodni.
Debora była w grupie, którą najlepiej określa słowo "konfliktowa", co nie mogło zaskoczyć nikogo, kto znał i kochał moją siostrę. Stała z dwojgiem ubranych na szaro federalnych. Kobietę, agentkę FBI Brendę Recht, znałem, bo napuścił ją na mnie mój zaprzysięgły wróg sierżant Doakes, kiedy porwano moje przybrane dzieci, Cody'ego i Astor. Nawet karmiona paranoją zacnego sierżanta nie zdołała mi niczego udowodnić, ale była bardzo podejrzliwa, więc nie miałem zbytniej ochoty na odnowienie naszej znajomości.
Towarzyszącego jej agenta mogę opisać tylko jako wzorcowego federalnego: szary garnitur, biała koszula i lśniące czarne buty. Oboje stali przodem do mojej siostry, sierżant Debory, i jakiegoś nieznanego mi faceta. Był to blondyn, jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu, muskularny i cholernie atrakcyjny w męski, surowy sposób - tak wyglądałby Brad Pitt, gdyby Bóg zechciał go uczynić naprawdę przystojnym. Patrzył w bok, na stojącą lampę, a Debora warczała na Recht. Kiedy podszedłem, Deb odwróciła wzrok, a napotkawszy moje spojrzenie, ponownie zwróciła się do agentki FBI i burknęła:
- Nie łaźcie w tych swoich lakierkach po miejscu zbrodni! Ja tu pracuję.
Złapała mnie pod ramię i zaciągnęła w głąb domu, mamrocząc pod nosem: "Jebane federały", a że po wizycie na porodówce byłem przepełniony miłością i wyrozumiałością, spytałem łagodnie:
- Co oni tu robią?
- Jak zwykle wszystko pieprzą - warknęła Deb. - Łażą, palanty, w tych swoich florsheimach i wszystko zadeptują, bo uważają, że to porwanie, czyli przestępstwo federalne. Przez to ja nie mogę robić tego, co do mnie należy, i ustalić, czy to rzeczywiście porwanie. Tutaj - gładko zmieniła temat i wepchnęła mnie do pokoju na końcu korytarza.
W środku była już Camilla Figg, która pełzła na czworakach wzdłuż prawej ściany, od lewej trzymając się z dala. I słusznie, bo cała lewa strona pokoju była tak zbryzgana krwią, jakby wybuchło tam jakieś duże zwierzę. Krew lśniła purpurowo, wciąż wilgotna.
- I co, wygląda ci to na porwanie? - spytała Debora.
- Jeśli tak, to niezbyt udane - odparłem, wpatrzony w wielką czerwoną plamę. - Zostawili prawie pół ofiary.
- Co tu się stało? - chciała wiedzieć Deb.
Zmarszczyłem brwi, lekko poirytowany jej przeświadczeniem, że wystarczy mi jeden rzut oka i już będę wiedział, co wydarzyło się w tym pokoju.
- Daj mi chociaż postawić tarota - powiedziałem. - Duchy muszą przebyć długą drogę, żeby ze mną porozmawiać.
- Niech się pospieszą - burknęła. - Cała pieprzona komenda siedzi mi na karku, że o jebanych federałach nie wspomnę. No, Dex, coś na pewno możesz mi powiedzieć. Nieoficjalnie.
Spojrzałem na największą plamę krwi, tę, która zaczynała się nad łóżkiem i rozchodziła na wszystkie strony.
- No cóż - orzekłem - nieoficjalnie wygląda to raczej jak ślady po paintballu niż po porwaniu.
- Wiedziałam - rzuciła z satysfakcją, po czym zmarszczyła brwi i spytała: - Co masz na myśli?
Wskazałem na purpurową plamę.
- Trudno zadać ranę, po której zostałby taki ślad - wyjaśniłem. - Chyba żeby porywacz podniósł delikwenta i cisnął nim o ścianę z prędkością jakichś sześćdziesięciu kilometrów na godzinę.
- Nią - uściśliła Debora. - Ofiara to dziewczyna.
- Wszystko jedno - powiedziałem. - Chodzi o to, że jeśli jest tak mała, że można nią rzucić, to straciła tyle krwi, że musi być martwa.
- Ma osiemnaście lat - odparła Deb. - Prawie dziewiętnaście.
- No to jeśli jest przeciętnie zbudowana, lepiej nie ścigać gościa, który dał radę tak nią rzucić. Jak go postrzelisz, może się bardzo pogniewać i urwać ci ręce.
Debora wciąż marszczyła brwi.
- Czyli uważasz, że to lipa - mruknęła.
- Krew wydaje się prawdziwa - odparłem.
- I co z tego wynika?
Wzruszyłem ramionami.
- Oficjalnie jest za wcześnie, żeby wyrokować.
Walnęła mnie w bark. Zabolało.
- Nie bądź dupkiem - warknęła.
- Auu - jęknąłem.
- Mam szukać zwłok czy nastolatki, która siedzi w galerii handlowej i chichra się z durnych gliniarzy? To znaczy, skąd wzięłaby tyle krwi?
- Cóż - odrzekłem z nadzieją, choć tak naprawdę nie chciałem o tym myśleć - to wcale nie musi być krew ludzka.
Debora wbiła wzrok w plamę na ścianie.
- Jasne - mruknęła. - Dziewczyna bierze słoik krwi krowy czy jakiegoś bydlęcia, rzuca nim w ścianę i daje dyla. Taki numer, żeby wydębić kasę od starych.
- Nieoficjalnie, to jest możliwe - oznajmiłem. - Ale daj mi zrobić badania.
- Muszę coś powiedzieć tym palantom - odparła.
Odchrząknąłem, a potem naśladując kapitana Matthewsa, oświadczyłem:
- Do czasu przeprowadzenia analiz i badań laboratoryjnych nie można wykluczyć, że... eee... miejsce zbrodni może nie być... hm... dowodem jakiegokolwiek przestępstwa.
Znów rąbnęła mnie w ramię, dokładnie w to samo miejsce, ale tym razem jeszcze mocniej.
- Zbadaj tę cholerną krew - warknęła. - I to już.
- Tu nie dam rady - zaprotestowałem. - Muszę trochę zabrać do laboratorium.
- To zabierz... - Podniosła pięść do następnego druzgocącego ciosu i byłem dumny z tego, jak zwinnie uskoczyłem poza zasięg jej ręki, choć przy okazji niemal staranowałem gościa, który stał obok niej, kiedy rozmawiała z federalnymi.
- Przepraszam - bąknął.
- Aha - mruknęła Debora - to Deke, mój nowy partner. - Słowo "partner" zabrzmiało w jej ustach jak "hemoroidy".
- Miło mi - powiedziałem.
- Uhm, jasne. - Deke wzruszył ramionami i przesunął się w bok, żeby dobrze widzieć tyłek Camilli pełzającej po podłodze.
Debora posłała mi znaczące spojrzenie, mówiące wiele niecenzuralnych rzeczy o jej nowym partnerze.
- Deke przyjechał z Syracuse - oznajmiła głosem tak uprzejmym, że można by nim zeskrobywać farbę. - Piętnaście lat ścigał tam złodziei skuterów śnieżnych. - Deke znów wzruszył ramionami, nie patrząc na nią. - A że poprzedniego partnera straciłam przez nieostrożność, podesłali mi go za karę.
Deke tylko uniósł kciuk i schylił się, żeby zobaczyć, co robi Camilla.
- Cóż - rzekłem - mam nadzieję, że sprawdzi się lepiej niż detektyw Coulter. - Coulter, poprzedni partner Debory, został zamordowany w ramach happeningu artystycznego, gdy ona leżała w szpitalu. Pogrzeb miał bardzo ładny, ale byłem pewien, że od tego czasu szefostwo bacznie przygląda się mojej siostrze, bo krzywo się patrzy na gliniarzy, którzy notorycznie nie uważają na swoich partnerów.
Deb pokręciła głową i mruknęła coś, czego wprawdzie nie dosłyszałem, ale nie brzmiało zbyt przyjemnie. A że zawsze i wszędzie chcę nieść ludziom radość, zmieniłem temat.
- Kto to właściwie jest? - spytałem, wskazując ruchem głowy gigantyczną plamę krwi.
- Zaginiona nazywa się Samantha Aldovar - odparła. - Osiemnastolatka, chodzi do Ransom Everglades, tej szkoły dla nadzianych dzieciaków.
Rozejrzałem się po pokoju. Pomijając plamę krwi, nic ciekawego: biurko z krzesłem, laptop, na oko kilkuletni, stacja dokująca do iPoda. Na jednej ze ścian, szczęśliwie nieumazanej krwią, wisiał ciemny plakat przedstawiający melancholijnego młodzieńca. U dołu widniało nazwisko: "Team Edward", a jeszcze niżej "Zmierzch". W szafie wisiało trochę ciuchów, ładnych, ale nie nadzwyczajnych. Ani pokój, ani dom, w którym się znajdował, nie wyglądały, jakby należały do kogoś dość na tyle zamożnego, by mógł posłać dziecko do ekskluzywnej szkoły; ale przecież nie takie dziwy zdarzają się na tym świecie, a na ścianach nie wisiały wyciągi z konta, przynajmniej ja żadnych nie zauważyłem.
Czy Samantha upozorowała swoje porwanie, żeby wyciągnąć pieniądze od rodziców? Takie numery są zaskakująco częste, więc jeśli dziewczyna dzień w dzień przebywała w otoczeniu bogatych małolatów, mogła zapragnąć sobie też załatwić markowe dżinsy. Nasi milusińscy potrafią być zachwycająco okrutni, zwłaszcza wobec kogoś, kogo nie stać na ciuch za pięćset dolarów.
Na podstawie tego pokoju trudno było cokolwiek rozstrzygnąć. Pan Aldovar mógł być stroniącym od ludzi miliarderem, którego stać na wykupienie całej dzielnicy podczas lotu do Tokio na sushi. A może Aldovarom rzeczywiście się nie przelewało i szkoła udzielała Samancie takiej czy innej pomocy finansowej. To jednak nie miało większego znaczenia; ważne było, aby wywnioskować coś na podstawie tego imponującego rozbryzgu krwi i wreszcie go zmyć.
Deb patrzyła na mnie wyczekująco, więc zamiast narażać się na kolejny bolesny cios w triceps, kiwnąłem głową i rzuciłem się w wir pracy. Postawiłem zestaw do badania śladów na biurku i otworzyłem go. Na samym wierzchu był aparat fotograficzny, którym pstryknąłem tuzin fotek plamy na ścianie i jej otoczenia. Potem włożyłem lateksowe rękawice, wyjąłem z plastikowej torby duży wacik i słoiczek, żeby mieć go do czego schować, i ostrożnie zbliżyłem się do połyskującej plamy.
Odszukawszy miejsce, w którym była wciąż mokra, powoli nasączyłem krwią wacik, żeby mieć użyteczną próbkę. Następnie wsunąłem wacik do słoiczka, który szczelnie zamknąłem, i odsunąłem się od ściany. Debora przyglądała mi się, jakby szukała czułego punktu, w który przywalić, ale pod moim spojrzeniem jej twarz nieco złagodniała.
- Jak się miewa moja bratanica? - spytała i okropna czerwona plama zmieniła się w piękne, łagodnie różowe tło.
- Jest nadzwyczajna - odparłem. - Ze wszystkimi palcami na miejscu i w ogóle śliczna.
Coś przemknęło po twarzy mojej siostry, coś nieco bardziej ponurego od myśli o nadzwyczajnej bratanicy. Zanim jednak zdążyłem określić, co to było, zwykła służbowa rybia mina Debory wróciła na swoje miejsce.
- To świetnie - powiedziała i wskazała głową próbkę w mojej dłoni. - Zbadaj to i nie zatrzymuj się po drodze na lunch - ostrzegła.
Zamknąłem zestaw do badania śladów i przeszedłem za nią z sypialni do salonu. W głębi stał kapitan Matthews, który jak zwykle ulokował się w takim miejscu, by wszyscy widzieli, że jest obecny i niezłomnie walczy o sprawiedliwość.
- Cholera - mruknęła Debora, ale zacisnęła zęby i podeszła do niego. Może po to, by dopilnować, żeby nie zadeptał jakiegoś podejrzanego. Chętnie bym popatrzył, ale cóż, grały surmy bojowe, więc ruszyłem do drzwi i na mojej drodze wyrosła agentka specjalna Recht.
- Panie Morgan. - Przekrzywiła głowę na bok i uniosła brwi, jakby niepewna, czy zwracać się do mnie po nazwisku, czy bardziej poufale, na przykład per "winny".
- Agentka specjalna Recht - odparłem, dość uprzejmie, ze względu na okoliczności. - Co panią tu sprowadza?
- Sierżant Morgan to pańska siostra? - rzuciła, ignorując moje pytanie.
- W rzeczy samej - potwierdziłem.
Agentka specjalna Recht spojrzała na mnie, a potem w drugi koniec pokoju, gdzie Debora rozmawiała z kapitanem.
- Niezła rodzinka - powiedziała i wyminęła mnie, żeby dołączyć do swojego wzorcowego partnera.
Przyszło mi do głowy kilka celnych ripost, ale że stała w łańcuchu pokarmowym parę pozycji wyżej ode mnie, zawołałem tylko: "Życzę miłego dnia!" do jej pleców i poszedłem do samochodu.