Dekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa - Michel Onfray


Reflow text when sidebars are open.
PRZEDMOWA
Kartagina (Tunis), piątek, 29 kwietnia 2016 roku, późny ranek.
Czarne niebo, jakby przesycone popiołami z nieistniejącego wulkanu, rozerwane w dwóch miejscach zimnym światłem, które z trudem przebija mrok. Miasto poniżej lada moment może runąć na odsłoniętą przez wodę plażę, na której, niedaleko porzuconej łodzi, stoi pogrążony w zadumie biskup w infule i z pastorałem. Paleta barw Mons? Desiderio, bo tak podpisano płótno, jest oszczędna: asfaltowa czerń nocy i brązowe złoto zimnego słońca. Miasto było wspaniałe, wręcz cudowne, o czym świadczą ruiny dostojnych w swej wielkości, potędze i solidności budowli. Olbrzymia kolumna, rotunda zwieńczona masywnym łukiem, bogato zdobiona dzwonnica, imponujące wielopiętrowe budynki, wszystko to zrujnowane, zniszczone, powalone przez nieznaną siłę. Wojnę? Musiałaby dysponować współczesnymi środkami militarnymi. Dżumę, która wyludniła miasto i pozwoliła, żeby czas dopełnił dzieła? Możliwe. Trzęsienie ziemi, które tłumaczyłoby, dlaczego po wstrząsie morze cofnęło się z plaży, pozostawiając na brzegu łódź? To rzeczywiście bardziej prawdopodobne.
Obraz Legenda świętego Augustyna. Ruiny i porzucona łódź został namalowany w XVII wieku przez dwóch Francuzów, naturalizowanych Neapolitańczyków, Didiera Barrę i François de Nomé. Istnieje też drugi obraz w podobnym duchu, lecz bez łodzi na lądzie i z morzem o mocno wzburzonych, niebieskich falach, spośród których wyłaniają się ruiny. Jest to Legenda świętego Augustyna. Wyobrażone ruiny nad brzegiem morza. Pierwszy znajduje się w Galerii Narodowej w Londynie, drugi u prywatnego kolekcjonera. Oba zawdzięczają swą nazwę Félixowi Sluys'owi, który poświęcił tym dwóm malarzom monografię, przy czym używał i nadużywał magicznej freudowskiej myśli psychologicznej, gdzie wieża jest fallusem, a ruina - waginą... O samych malarzach wiemy niewiele; tym mniej, gdy odkrywamy, że tytuły płócien wymyślił krytyk sztuki i nie ma żadnych podstaw, które uprawomocniłyby ten chrzest.
O ile bowiem infuła i pastorał wskazują na biskupa, nie musi to być święty Augustyn. Święty Augustyn jest kluczem do obrazu, ponieważ jako biskup miał niemało powodów, żeby znaleźć się nad brzegiem morza. Był tam, gdy nauczał w Kartaginie, ale również w innych okresach życia, bowiem przyjeżdżał nad morze trzydzieści trzy razy w ciągu trzydziestu lat: do Ostii, rzymskiego portu, gdzie doświadczył uniesienia duchowego i gdzie zmarła jego matka, do Hippony, gdzie otrzymał godność biskupią i gdzie oddał ducha w oblężonym od trzech miesięcy mieście. Hippona to wszak ten brzeg, na którym podczas medytacji nad Trójcą Świętą zobaczył dziecko, chodzące od morza do wykopanego dołka i przelewające wodę muszlą. Święty Augustyn rzekł do dziecka, że to, co robi, skazane jest na porażkę; dziecko odpowiedziało mu, że tak naprawdę jest aniołem i że prędzej jemu uda się przelać morze do dołka, niż on, filozof, zrozumie tajemnicę Trójcy Świętej.
Biskupie atrybuty, infuła i pastorał, świadczą na rzecz Hippony, w której w 396 roku Augustyn objął urząd biskupa. Sprawował go aż do swojej śmierci 28 sierpnia 430 roku. Gdy oddawał ostatnie tchnienie, miasto było od wielu tygodni oblężone przez Wandalów, plemię liczące 12 tysięcy ludzi, których wraz ze sprzymierzonymi Alanami i Gotami prowadził król Genzeryk. Dodajmy, że ci barbarzyńcy [od których wziął nazwę wandalizm - przyp. red.] byli... chrześcijanami. Byli to bowiem arianie, co znaczy, że wierzyli, iż Bóg ma naturę boską, a Jego Syn - ludzką, ale także częściowo boską. Augustyn miał dość czasu, żeby zobaczyć spustoszenie. Morze opanowane zostało przez tych, których od tej pory nazywać się będzie barbarzyńcami. Zamęczyli na śmierć dwóch biskupów; zniszczyli miasta, zrównali z ziemią wiejskie posiadłości, pomordowali ich właścicieli, a tych, którzy im się wymknęli, zmusili do ucieczki; zgwałcili konsekrowane dziewice; zabronili katolickiego kultu; spustoszyli kościoły i spalili je - robili to samo, co robili chrześcijanie tam, gdzie mieli władzę, odkąd rzymski cesarz nawrócił cesarstwo...
Obrazy Mons? Desiderio mogą więc faktycznie przedstawiać świętego Augustyna na plaży. Najpewniej jest to Hippona, dzisiejsza Annaba w Algierii. Jednak trop historyczny nie jest tak istotny, jak trop alegoryczny, metaforyczny i filozoficzny. Otóż tym, co pokazują nam owi dwaj lotaryńscy, zamieszkali w Neapolu malarze, jest martwa natura. Przeznaczeniem tego, co osiągnęło wielkość, jest obrócić się w proch, czy jest to człowiek, czy cywilizacja. Nawet jeśli Augustyn był wielkim ojcem Kościoła, wielkim doktorem Kościoła, znakomitym teologiem, filozofem chrześcijańskim, świętym Kościoła katolickiego, zachorował, następnie umierał, zmarł, stał się trupem, wreszcie bodlerowską padliną, szkieletem, popiołami, prochem, a ostatecznie prochem zmieszanym z pyłem.
Zatem to miasto, uwznioślone przez malarzy, opowiada o wielkości cywilizacji, którą samo ucieleśnia: cywilizacji Cesarstwa Rzymskiego, pogańskiego Cezara, stoickich filozofów, majestatycznych budowli, geniuszu inżynierów i architektów, militarnych zwycięstw na licznych polach bitew, immanentnej myśli, Wergiliusza i Cycerona, epikurejskich myślicieli i elegijnych poetów z Kampanii. Augustyn tego nie odrzuca. Możemy nawet wyobrazić sobie, o czym rozmyśla na tej plaży bez morza, ponieważ pisał na ten temat: "Wszystko, co o tym opowiadano, jest potworne; sterta ruin, pożary, grabieże, zabójstwa i bestialstwo. Wszystko to prawda; biadaliśmy, płakaliśmy, nie mogąc się pocieszyć; nie zaprzeczam więc temu, zgadzam się z tym, ta historia jest smutna, a miasto okrutnie cierpiało... Dziwicie się, że świat ginie; jakbyście się oburzali na to, że świat się starzeje! Świat jest jak człowiek; rodzi się, rośnie i umiera. Nie bądźmy wstrząśnięci na widok cierpienia sprawiedliwych! Ich cierpienie jest doświadczeniem; to nie potępienie" (Kazania, LXXXI, 8).
Napisał również: "Bardzo wiele zależy od tego, jak używamy zarówno tych rzeczy, które zwą się pomyślnymi, jak i tych, które określane są jako niepomyślne...Wiele zależy nie od tego, co się cierpi, lecz od tego, kto cierpień doznaje" (św. Augustyn, 1977, I, 8). W myśl założeń wielkiej tradycji teokratycznej, Augustyn widział w biegu historii rękę Boga. Jeśli On chciał końca Imperium Rzymskiego, to miał swoje racje i były one słuszne. Jeśli Rzym ma zginąć, niech zginie, podobnie jak pod rzymskim jarzmem zginęła punicka Kartagina - najpierw od miecza, a potem od ucisku.
Święty Augustyn nie wiedział natomiast, że upadek rzymskiej cywilizacji, którego był świadkiem na brzegu w Hipponie, umożliwił nadejście cywilizacji judeochrześcijańskiej, której był jednym z najwybitniejszych myślicieli. Przed Augustynem Hippona była fenicka, punicka, numidyjska i rzymska; za jego kadencji stała się chrześcijańska, następnie - wandalska, potem bizantyjska, aż w końcu, w 705 roku, stała się muzułmańska - i taka jest do dzisiaj. Śmierć Hippony rzymskiej umożliwiła nastanie Hippony chrześcijańskiej, Augustyn żył na przełomie tych dwóch światów. My żyjemy, ja żyję, wy żyjecie na przełomie dwóch światów, końca judeochrześcijaństwa i nadejścia tego, co nadal skrywa mgła. Śmierć tego, co było, jest pewna; epifania tego, co nadejdzie, pozostaje niepewna, nawet jeśli widać już zarys przyszłego dzieła.
W ruinach Kartaginy, gdzie odbyło się tyle synodów pierwotnego Kościoła, kroczę w świetle współczesnym Augustynowi, widzę Morze Śródziemne i niebo, dokładnie te same, jak w czasach chrześcijańskiego filozofa. Śpiewają ptaki, są to te same zięby, te same pleszki, te same piegże. Wyglądające jak purpurowa piana kwiaty bugenwilli sączą światło, to są te same kwiaty. Słońce rozgrzewa duszę, to samo słońce. A jednak to wszystko to nie jest to samo, ponieważ To Samo jest Czymś Innym aż do wyczerpania Tego Samego i Innego.
Mons? Desiderio to malarze pychy, martwej natury i historii, co stanowi jedno. Wieża Babel jako wyraz niemożności dokończenia całej budowy wobec upływu czasu i jako wyznanie, że już zanim budowla stanie, skończy jako ruina. Fantastyczne ruiny ze wspomnieniami Egiptu i jego piramidami, reminiscencje z Aten i ich korynckich kolumn, pamięć Rzymu i jego kolumn wotywnych oraz łuków ku czci; zwalone budowle z mitologicznymi, starotestamentowymi, a następnie - nowotestamentowymi scenami. Za każdym razem - w palecie złota i nocy, ambry i sadzy - postaci wypełniają swoje przeznaczenie w historii, która jest większa od nich, wchłania je i porywa.
Dziurawe domy, zwalone mury, leżący na ziemi kapitel ogołoconej kolumny, rozbity łuk, przebita kopuła, rozerwany kościół, otwarte groby, ulice zasypane gruzem, pod nogami roztrzaskane płyty z frontów domów, zatopiony w morzu port, wszystko ukazuje obraz tego, co czeka oglądającego te ruiny: Memento mori, "pamiętaj, że ty też umrzesz", mówią cicho te sterty kamieni, zupełnie jak niewolnik, który szeptał te słowa do ucha rzymskiego cesarza, stojąc za nim na tryumfalnym rydwanie w dniu koronacji. Skoro nawet tak wielkie miasto pewnego dnia mogło przestać istnieć, to cóż powiedzieć o człowieku, który również podlega uniwersalnemu prawu entropii?
Patrząc na ruiny Kartaginy z punktu górującego nad miastem, przekonujemy się, że istotnie ruina jest prawem, które rządzi całym istnieniem: od najskromniejszego z ludzi po najwspanialsze cywilizacje. Judeochrześcijaństwo tworzyło ruiny, już zanim się rozpękło i zanim samo stało się ruiną podobną do Stonehenge i Carnac, Babilonu i piramidy Cheopsa, Palmiry i Leptis Magna, Aten i Rzymu. Święty Augustyn patrzy na ruiny Rzymu i sam przyczyni się do budowy tego, co nadejdzie po imperialnym Rzymie; a gdy dziś my patrzymy na świętego Augustyna medytującego nad ruinami, wiemy, że również jego chrześcijańskie dzieło właśnie staje się częścią ruin pozostawionych przez Wandalów i ich sprzymierzeńców. To, co było, umiera i daje życie temu, co jest, zanim samo z kolei umrze.
Historia judeochrześcijaństwa pełna jest ruin, można wręcz ją naszkicować, odnosząc się tylko do ruin: ruiny rozebranych i zburzonych świątyń pogańskich, spustoszonych przez pierwszych chrześcijan w czasach, gdy z łaski cesarza Konstantyna ich sekta osiągnęła status religii państwowej. Pomyślmy o łuku Konstantyna, wzniesionym dla uczczenia zwycięstwa chrześcijańskiego cesarza nad Maksencjuszem na moście Mulwijskim i o pierwszych dziesięciu latach jego panowania: łuk wzniesiony został między końcem roku 313 a latem 315 roku, czyli w dwadzieścia miesięcy, przy użyciu materiałów pozyskanych ze zniszczonych pogańskich budynków. Pierwsza rzymska bazylika i zabytki Konstantynopola również wzniesione zostały z pogańskich kamieni. Chrześcijaństwo dokonało recyklingu pogaństwa zarówno w swojej architekturze, jak i w preparowaniu swojej legendy.
Antyczne ruiny, które później odkrywa renesans: przez tysiąc lat cała prawda rzekomo zawiera się w Biblii wyznaczającej nieprzekraczalny horyzont dla każdej ontologii, każdej filozofii, każdej nauki, każdej metafizyki, każdej historii, każdej polityki, każdej astronomii, każdej geologii, każdej moralności... Kamień, który wyziera spod gruntu i ukazuje rzymskie inskrypcje, odnajdywane i otwierane grobowce, które w pełnym świetle ukazują perły i biżuterię, zapinki i tkaniny, bransolety i kamienie szlachetne, trzony kolumn i belkowanie, tryglify i metopy zmieszane z brunatną ziemią, wszystko to dało początek archeologii dopuszczającej do głosu historię ludów, które nie znały jeszcze pisma, a więc ludów niepiśmiennych.
Ruina tego pogrzebanego świata okazuje się skarbem, ponieważ teraz, szukając odpowiedzi na pytania, można się uwolnić od Biblii, czytać epigrafy, poszukiwać tekstów dawnych autorów należących do tamtego świata, który na nowo wyłania się spod gruntu - choćby Lukrecjusza, który działa niby duchowa i intelektualna dźwignia dla nowego świata. Antyczne ruiny rujnują chrześcijańską wizję świata. Dzięki temu, co stare, archeolodzy tworzą to, co nowe; za sprawą tego, co nowe, chrześcijaństwo staje się stare. Ożywiona rzymska ruina sprawia, że chrześcijańskie życie zaczyna umierać i powoli zamienia się w ruinę.
Te pęknięcia w chrześcijańskim gmachu poważnie go nadwątlają. Gdy malarze Mons? Desiderio tworzyli Eksplozję w kościele, pokazywali w przenośni, jak pogański renesans, a następnie protestantyzm, wrogi pogańskim pozostałościom w chrześcijaństwie, niszczą budynek. Ci dwaj autorzy namalowali scenę, w której po prawej stronie wali się katedra, podczas gdy po lewej ludzie niszczą posągi i bożki. Mons? Desiderio zarejestrowali pewien model upadku chrześcijaństwa. Ich malarstwo mogłoby być ilustracją barokowej kontrreformacji katolickiej. Odtwarza proces rozpadu świata, idący dalej niż zakładano a priori.
W kolejnym bowiem stuleciu, 14 lipca 1789 roku, Bastylia została najpierw zdobyta, następnie zniszczona i sprzedana w częściach przez jakobina Pierre'a-François Palloya, przedsiębiorcę budowlanego, który do jej rozbiórki wysłał 800 robotników. Z fragmentów jej kamieni produkował pierścionki. Pani de Genlis nosiła zawieszkę zrobioną z kamiennego wspornika z Bastylli z inkrustowanym diamentami słowem Liberté! Więzienne łańcuchy stały się patriotycznymi medalionami. Stolarka, wyroby metalowe, kamienie poddane zostały recyklingowi. Materiał z fortecy wbudowano w most de la Concorde. Sam Palloy czerpał zyski z budowania makiet zniszczonego więzienia i sprzedawania ich w stolicach departamentów. Ten biznesmen, który wymyślił coś w rodzaju przedmiotów pochodnych sprzedawanych dzisiaj w muzeach, upamiętniał każdego roku śmierć Ludwika XVI bankietem, gdzie podawano faszerowany świński łeb. Nosił przydomek "Patriota". Za Restauracji stał się rojalistą i w 1814 roku otrzymał Odznakę Lilii z rąk przyszłego Karola X. Sic transit... Niektórzy ludzie również są ruinami.
Hubert Robert, sztandarowy malarz ruin, namalował tę dewastację i zatytułował Bastylia w pierwszych dniach burzenia, a następnie wystawił w salonie w 1789 roku. Jako światowiec, hedonista, epikurejczyk, mason unoszony antyklerykalną namiętnością, przedstawiał również burzenie budynków o przeznaczeniu religijnym: Zburzenie kościoła Saint-Jean-en-Gr?ve oraz Opactwo Longchamp. Nie uchroniło go to przed dziewięciomiesięcznym uwięzieniem w czasach Wielkiego Terroru. Namalował swoje więzienie na dwóch talerzach. Uwolniony po thermidorze, został konserwatorem muzeum Luwru. Pozostał niepoprawny, gdyż w 1795 roku namalował... Widok Wielkiej Galerii Luwru w ruinie.
Wszyscy znają akty wandalizmu, które towarzyszyły rewolucji francuskiej. Poza Bastylią na liście można jeszcze umieścić: rozgrabienie licznych zamków należących do arystokracji; a także fortec i innych umocnionych budynków; niszczenie kościołów z ich rzeźbami, witrażami, posągami, obrazami; przetapianie relikwiarzy; burzenie budynków noszących insygnia królewskie; otwieranie i profanowanie królewskich grobów; ustawienie piramidy ku czci Marata z kawałków królewskich sarkofagów; zniszczenie Galerii Królów w Notre-Dame; hekatombę posągów przedstawiających monarchów; rozbijanie młotem królewskich symboli, takich jak herby, tarcze herbowe, kwiaty lilii; dekapitację posągów. Tak jak za wszystkich totalitarnych rządów, próżno szukać wielkich dzieł sztuki, w tym architektury, stworzonych przez jakobinizm zawłaszczający rewolucję francuską! Panteon, kościół, przeznaczono wyłącznie do użytku pogańskiego i świeckiego, podobnie świątynie rozumu wykorzystywały miejsca kultu chrześcijańskiego. Wielkie megalomańskie i rewolucyjne projekty architektoniczne Lequeu, Boullée i Ledoux pozostały w obszarze utopii - podobnie jak wprowadzenie wolności dla wszystkich...
Ruiny pogańskie, ruiny rzymskie, ruiny rewolucyjne - historia judeochrześcijaństwa podąża historią ruin, które jej towarzyszą. Wyczerpywanie się cywilizacji mnoży ruiny. Wielki czas nihilizmu ucieleśnił się w obu wojnach światowych. Pustoszyły Europę i zabijały ludzi, niszcząc niezliczone miasta i wioski. Na przykład Reims w latach 1914-1918 było bombardowane przez Niemców od 3 września 1914 roku do 5 października 1918 roku. Na 14 tysięcy domów tylko 2000 ocalało z masakry. Katedra spłonęła i straciła nawę, potem chór: w jej kierunku wystrzelono 350 pocisków. Ogromne zniszczenia w latach 1939-1945 były skutkiem najpierw odwrotu, a następnie wyzwolenia. Normandia została spustoszona po desancie 6 czerwca 1944 roku. Był to region najbogatszy w średniowieczne i renesansowe zabytki. Bombardowanie Caen trwało sześćdziesiąt pięć dni bez przerwy.
10 czerwca 1944 roku, w Oradour-sur-Glane, dywizjon Das Reich zgromadził na placu miasteczka 642 mieszkańców i ich wymordował. W kościele zamknięto i spalono dzieci, kobiety, starców, mężczyzn - niektórych oderwano od pracy w polu. Pięć osób zginęło w piecu piekarza. Ciała znajdowano w studniach. Miasteczko zostało zachowane tak jak było, ze spalonymi samochodami, wypalonymi domami, stopionym dzwonem kościelnym, torami tramwajowymi. Ruina jest utrzymywana w niezmienionym stanie. Nie ma mowy, żeby natura odzyskała swoje prawa i żeby trawa, bluszcz i chaszcze pokryły wszystko. Jest to prawdziwa sztuczna ruina, pozostawiona dla upamiętnienia faktu, że ludzie chcieli zrujnować tę cywilizację.
Do tych ruin wojennych dodajmy ruiny ustroju totalitarnego, który ich pragnął. Hitler - niedoszły architekt, któremu zawdzięczamy być może najwięcej zniszczeń architektonicznych na świecie - chciał zbudować tysiącletnią Rzeszę. Swojego architekta Alberta Speera prosił, żeby ten, wymyślając nowe budowle, brał pod uwagę ruiny, jakie z nich powstaną. Współczesny Neron, nazistowski dyktator, życzył sobie, żeby przypominały rzymskie ruiny! Ten projekt narodowo-socjalistycznej cywilizacji był barbarzyństwem, które trwało od 30 stycznia 1933 roku do maja 1945 roku: tysiąclecie trwało dwanaście lat - dwanaście lat niewyobrażanej morderczej furii.
Pomiędzy lądowaniem aliantów a dotarciem oddziałów wyzwoleńczych do Berlina naziści mieli czas, by zatrzeć wiele śladów swoich zbrodni. Wysadzili w powietrze komory gazowe, a obozy koncentracyjne stały się ruinami, w których Claude Lanzmann nakręcił swoje arcydzieło, Shoah. Jakąś część budynków, w tym Auschwitz, pozostawiono w niezmienionym stanie i później zamieniono na muzea, miejsca pamięci. W tym czasie alianckie bombardowania niszczyły niemieckie miasta. Między 13 a 15 lutego 1945 roku, kilka dni po zakończeniu konferencji w Jałcie, jakby dla pokazania Stalinowi amerykańskiej determinacji, Drezno zostało wymazane z mapy. Podczas trzech rajdów, 1300 bombowców zrzuciło około 7 tysięcy ton bomb. Blisko 40 tysięcy ludzi zginęło w ogniu i gruzach.
ZSRR również ma swoje ruiny: ruiny Stalingradu, rzecz jasna, męczeńskiego miasta. Ale też te w całym kraju, który zapłacił wysoką cenę w czasie drugiej wojny światowej. Rosja radziecka poświęciła potem swoją energię głównie na doskonalenie ustroju totalitarnego i na budowanie żelaznej kurtyny, żeby odizolować wolną Europę od jej marksistowsko-leninowskiej części, muru berlińskiego, żeby podzielić miasto na dwie części, i na szeroki program budowy tysięcy obozów pracy przymusowej, gułagów, w całym kraju. Podobnie jak Trzecia Rzesza, która chciała ustanowić nową cywilizację, bolszewickie państwo nie przeżyło: dzisiaj pozostałości po gułagach zniknęły wśród zarośli, zmiecione lodowatym wiatrem i zasypane śniegiem, czasami niewidoczne dla tych, którzy nie wiedzą.
Berliński mur został zburzony. Nie zabrakło kupców świątynnych, którzy poddali beton recyklingowi, jak niegdyś jakobiński obywatel kamienie z Bastylii. Dawny robotnik z NRD, Volker Pawlowski, pozyskał gruz z rozbiórki. Sprzedawał go na sztuki lub hurtowo w sklepach z berlińskimi pamiątkami. Przemalowywał go lub przerabiał, w zależności od potrzeb rynku. Wkładał małe kawałeczki do kapsułek i wmontowywał je do kartek pocztowych opatrzonych certyfikatem własnego autorstwa z godłem dawnych Niemiec Wschodnich. CIA kupiło jeden z tych kawałków muru, żeby wmurować w ścianę swojej nowej siedziby. Z 302 wież strażniczych przetrwało pięć, z czego jedna w muzeum.
Te europejskie ruiny, ruiny nazistowskie, ruiny bolszewickie wydłużają listę ruin pogańskich, ruin rzymskich i ruin rewolucyjnych. Judeochrześcijaństwo ma również swoje ruiny technologiczne, jak ruiny Czarnobyla, efekt działania nie tyle samej energii nuklearnej, ile marksistowsko-leninowskiej ignorancji, która w postaci biurokracji, biurokratyzacji i - powiedzmy - zachowawczości, umożliwiła wybuch reaktora nuklearnego, który zdewastował miasto i skaził duży rejon Europy. Ukraińskie miasto można dzisiaj zwiedzać w autokarze... Tę ruinę można by uznać za zapowiedź ostatecznej ruiny, cywilizacji końca wszystkich cywilizacji, ku czemu zdaje się prowadzić obarczona winą ludzka niewinność.
Nasza judeochrześcijańska Europa już u końca swego biegu ma własne reprezentacyjne ruiny w postaci jednego z najczęściej odwiedzanych budynków Europy, a mianowicie katedry Sagrada Familia w Barcelonie. Wymarzył ją sobie Antonio Gaudi, przedstawiciel witalizmu w architekturze, w XIX wieku, a dokładniej w roku 1883, czyli w czasie, gdy Nietzsche wydał Tako rzecze Zaratustra! Krypta i Fasada Narodzenia w tym kościele, które zawdzięczmy Gaudiemu, zostały wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO w 2005 roku. Papież Benedykt XVI konsekrował kościół 7 listopada 2010 roku. Jednak, mimo tych wyrazów uznania, zarówno świeckich, jak i kościelnych, Sagrada Familia jest ciągle nieskończona... Jest to więc ruina przedśmiertna!
Pomyślmy, że gdy w XI wieku Wilhelm Zdobywca zdecydował się na budowę Abbaye aux Hommes (na które tysiąc lat później patrzę każdego dnia z okna mojego biura...) i Abbaye aux Dames w Caen, potrzebował osiemnastu lat (od 1065 do 1083 roku) na realizację tych dwóch przedsięwzięć oraz wielu innych, jak choćby zamku. Jeszcze wcześniej, w latach 1035-1066, Wilhelm kazał zbudować w swoim księstwie dwadzieścia opactw. Mniej niż dwadzieścia lat na dwa opactwa, a dysponował średniowiecznymi środkami inżynierii lądowej, podczas gdy Sagrada Familia, rozpoczęta w 1883 roku, po stu latach pozostaje żałośnie niedokończona... Kataloński projekt rozciąga się na trzy stulecia - od XIX do XXI - i nadal nie jest skończony. Papież osobiście konsekrował więc kościół, którego ludzie nie są w stanie ukończyć. To znamienny symbol.
Siła cywilizacji zawsze jest związana z siłą religii, która ją uprawomocnia. Gdy religia jest w fazie wznoszącej, cywilizacja również wzrasta; gdy znajduje się w fazie schodzącej, cywilizacja upada; gdy religia umiera, cywilizacja ginie wraz z nią. Ateista taki jak ja ani się na to nie złości, ani się z tego cieszy. Stwierdzam to tak, jak lekarz stwierdziłby łuszczycę lub złamanie, zawał serca czy raka. Cywilizacja judeochrześcijańska jest w fazie terminalnej.
Nietzscheańska zapowiedź śmierci Boga w Europie XIX wieku zbiega się z początkiem końca cywilizacji judeochrześcijańskiej. Tego, co w czasach Wilhelma Zdobywcy osiągnęła wiara w dziedzinie budowy katedr i opactw, kościołów i bazylik, upadająca wiara XXI wieku już osiągnąć nie może. Rusztowania, które oplatają bazylikę Sagrada Familia jak podtrzymująca proteza, doskonale symbolizują to, co dzieje się z religią chrześcijańską zacumowaną na ontologicznej redzie. To szczyt ironii, że obecna już ruina chrześcijaństwa została pobłogosławiona przez Benedykta XVI.
To ten sam papież, który - na uniwersytecie w Ratyzbonie, gdzie nauczał teologii i filozofii we wtorek 12 września 2006 roku - zacytował Manuela II Paleologa, żeby wyjaśnić, co dzieje się w Europie2. Czy widząc reakcję całego świata, zrozumiał, że jest za późno i pozostaje mu tylko podać się do dymisji? W każdym razie 28 lutego 2013 Benedykt XVI zrezygnował ze swojego urzędu - zrezygnował, podał się do dymisji i wycofał się w ciszę i modlitwę... Gdy stał się ponownie Josephem Aloisiusem Ratzingerem, zastąpił go papież Franciszek, tak bardzo jezuicki, że przyjął imię pierwszego z franciszkanów! Sagrada Familia jest w ruinie, a papież, który ją konsekrował, podał się do dymisji. Nie ma już Rzymu w Rzymie.
WPROWADZENIE
Trzynaście miliardów osiemset milionów lat przed czytelnikiem.
Big Bang
Zanim powstało coś, nie było tak, że nie było niczego, lecz było to, co umożliwiło powstanie tego czegoś. Podobnie przed tym czymś było już coś innego. Dodajmy, że przed tym czymś, co umożliwiło to coś, było jeszcze inne coś, które umożliwiło przedostatnie coś... I tak w nieskończoność, ponieważ gdyby istniała skończoność, trzeba by mówić o przyczynie nieuprzyczynowanej, o pierwszym nieruchomym poruszycielu. Ledwo Bóg wychylił swój ontologiczny nos, zaczęliśmy zastanawiać się, czy również Bóg nie ma innej przyczyny niż on sam. Trzeba zadowalać się odwiecznymi synami, których ojcowie są synami, przy czym żaden syn nie może być ojcem samego siebie. Ojciec jest zawsze starszy od syna, ale wiecznie młodszy niż to, co go umożliwiło.
Metafizyka pozwala na wszystko. Zresztą po tym się ją poznaje. Nie jak fizyka, która z kolei zadowala się światem objawionym. Dla takiego empiryka jak ja nie istnieje nic poza ontologią materialistyczną - Cosmos przedstawia ją w zarysie. Gdy tylko coś się wydarzyło, na przykład coś, co było najpierwsze ze wszystkiego, pierworodne, genealogiczne, zapoczątkowujące, pierwotne, historia stała się możliwa. Historia jest zresztą odpowiedzią na serię pytań, które wszystkie okazują się wariacjami na temat pierwszego pytania. Pierwsze: skąd pochodzi to, co jest? Następne: jak do tego doszło? Jakie formy przybrało? Jak? Dlaczego? Poza tym, kto tego wszystkiego doświadcza? Nie ma historii bez historyka, który ją tworzy. Nie ma więc sensu w historii lub sensu historii, lecz sens nadany przez historyka historii, którą opowiada i której kształt wyrzeźbiły jego słowa. Słowo staje się ciałem historii.
Każda filozofia historii, która przedstawia się jako obiektywna, zawsze jest tylko subiektywną historią filozofii tego, kto ją proponuje. Prawdy o danej filozofii historii nie poszukuje się ani nie znajduje w historii, lecz odkrywa się ją w historyku, który proponuje swój porządek. I tak u Hegla to nie Rozum stanowi prawo Historii, ale Historia narzuca swój porządek mózgowi filozofa, który w swoim umyśle postrzega ją najpierw jako niespójną, a następnie uginającą się pod brzemieniem jego konceptów. Podobnie rzecz ma się z Vico lub Herderem przed nim i ze Spenglerem i Toynbeem po nim. To samo z Kantem wcześniej i Marksem później.
Historia nie chce a priori tego, czego chce Hegel, lecz filozof sprawia, że ona tego chce a posteriori. Ta sama uwaga odnosi się do każdego, ktokolwiek odważy się zaproponować filozofię historii. Historia, nawet opatrzona wielką literą, nie będzie posłuszna żadnemu innemu porządkowi niż porządek historyka, który z kolei sam ulega pochyłości własnej biografii. Wszystko na ten temat powiedział Nietzsche, słusznie twierdząc, że każda filozofia jest produktem autobiografii. Psychologiczna kruchość Hegla, ujawniana nawet przez jego hagiografów, znajduje budulec dla przewyższenia i ukojenia w strukturze złożonej z triad triad oraz triad triad triad, w której różnorodną, rozproszoną, wieloraką, rozerwaną rzeczywistość łatwo umieścić w szufladkach szafy dorosłego człowieka, jak zabawkę z fabryki.
Schopenhauer ze swoją wolą i Nietzsche ze swoją wolą mocy, a może też Bergson ze swoją élan vital lub Deleuze ze swoim flux, najbardziej zbliżyli się do tego, czym jest historia, afirmując panowanie siły, która wymyka się rozumowi, ale chętnie poddaje się obserwacji. Najlepszą epistemologią, także w odniesieniu do historii, pozostaje ta zaprezentowana przez Paula Feyerabenda w książce Przeciw metodzie (2007), o lekko brzmiącym podtytule Szkic anarchistycznej teorii poznania. Założeniem tej antymetody, która funkcjonuje jak prawdziwa metoda, jest nigdy nie podchodzić do rzeczywistości, posługując się przyjętą a priori ideą lub koncepcją, a tym bardziej - siatką orientacyjną wykutą wcześniej przez ideologię. Trzeba najpierw pozwolić wydarzeniom zawładnąć sobą, a dopiero potem o nich myśleć.
Filozofie historii, nierzadko niemieckie, opierają się przede wszystkim na konceptualnej architektonice a priori (kantowski postęp, heglowski rozum, spenglerowska morfologia...) na niekorzyść świata materialnego. Rzeczywistość musi jedynie stawiać czoło konceptualnym zamkom na lodzie. Spengler miał rację, gdy mówił o morfologii cywilizacji, ale mylił się, wierząc, że jeden i ten sam schemat mógłby obowiązywać w każdej cywilizacji, jakby jedna i ta sama siatka orientacyjna pozwalała odzwierciedlać seksualność kleszczy i tropizm słoneczników ku słońcu albo posługiwanie się przez ludzi naukami matematycznymi i krzyk papugi ary w amazońskim lesie. Oczywiście, jedno i to samo życie przenika całe istnienie; ale dynamika, formy i siły tego życia nie są jednakowe w różnych fragmentach świata.
Podobnie rzecz ma się z cywilizacjami. Wszystkie podlegają schematowi istoty żywej: narodziny, istnienie, wzrastanie, rozwój, promieniowanie, zmęczenie, wyczerpanie, starość, cierpienie, śmierć, odchodzenie. Nie wszystkie jednak przeżywają to w taki sam sposób: noworodek może umrzeć zaraz po opuszczeniu brzucha matki, może też stać się dziarskim stulatkiem; będzie mógł prowadzić szczęśliwe życie, bez większych problemów, bez wielkiego bólu, bez prawdziwego cierpienia, albo też, jako ciężko chory, może mieć życie pełne niebezpieczeństw, udręk i męczarni; być może jego życie będzie krótkie, ale intensywne, albo długie, lecz mdłe, albo krótkie i mdłe, albo długie i intensywne; będzie miał szczęście spotkać ludzi, którzy go pociągną do góry, albo spotka złych, którzy go pociągną w dół itd.
Tak samo cywilizacje: wszystkie się rodzą, istnieją, żyją, rozwijają się, umierają, lecz według odmiennych, różnorodnych i nieprzystawalnych porządków. Jedna trwa krótko, druga jeszcze krócej. Jedna, na przykład powstała trzy tysiące lat temu cywilizacja Żydów poddanych prawu Mojżeszowemu, trwa do dzisiaj - mimo wielu ostrych zakrętów - w dobrej formie egzystencjalnej; inna, na przykład cywilizacja Etrusków, trwała sześćset lat, po czym zniknęła, rozpłynęła się w królewskim Rzymie, pozostawiając jedynie enigmatyczne uśmiechy na terakotowych pokrywach grobowców małżeńskich lub delikatne obrazy ciał kobiet, które już wieki temu zamieniły się w pył.
Jedne cywilizacje, na przykład judeochrześcijaństwo, tworzą trwałe ślady, ze świadomym pragnieniem autorów, żeby je wpisać w wieczność, natomiast inne, jak cywilizacje afrykańskie, polinezyjskie lub oceaniczne, rzeźbią maskę na kawałku drewna i po ceremonialnym użyciu rzucają ją termitom, rysują sploty na skórze, żeby odprawić święte rytuały, albo splatają włókno kokosowe, żeby dokleić do niego pióra i włosy na przebranie, które pierwszy deszcz spłucze i zniszczy. Uśmiech gotyckiego anioła z katedry z Reims nie przemawia słabiej niż szydercza maska Hemba, noszona przez członków tajnych stowarzyszeń Bugado i Bambudye podczas ceremonii pochówku.
W tych samych momentach ludzie podlegają działaniu tej samej energii, tej samej siły, tego samego determinizmu. Jak inaczej wyjaśnić to, że ludzie oddzieleni od siebie niezliczonymi łańcuchami gór, kilometrami nieprzyjaznej geografii, krajobrazami żadną miarą niesprzyjającymi spotkaniom, mogą rzeźbić maski o tych samych grymasach. Jedne powstały w górach pierwotnego Nepalu, na wchodzie Katmandu, drugie gdzieś w afrykańskiej wiosce szczepu Pende Mbangu dawnego Konga Belgijskiego. Obie pokazują nos wykrzywiony grymasem, usta zdeformowane skurczem bólu i cierpienia i do tego zwrócone w tę samą stronę. Te otwarte w krzyku usta wydają się wystrugane w drewnie przez ten sam umysł, chociaż chodzi o rzeźbiarzy, którzy nie wiedzą o sobie nawzajem i nie znają sztuki swego ontologicznego brata. W duszy tych ludzi musi działać identyczna siła.
Skąd bierze się siła, która tworzy historię? To echo olbrzymiego wstrząsu po zapadnięciu się gwiazdy. Otóż grzechem filozofii historii jest to, że ujmuje rzeczy tylko w krótkich dystansach. Oczywiście, pod wpływem artykułu opublikowanego przez Fernanda Braudela w 1958 roku historycy już od dawna pracują nad czymś, co określają jako długie trwanie. Co jednak jest długim trwaniem w braudelowskim znaczeniu? Kilka wieków, nawet nie tysiąclecia... Te wszystkie małe odległości, maleńkie przestrzenie, śmiesznie małe segmenty wobec bezmiaru, w jaki wpisuje się wszystko, co istnieje, co zdarza się na tej planecie.
W filozofii historii rządzi antropocentryzm, słusznie zazwyczaj potępiany przez historyków. Ale ruch, który ożywia cywilizacje, wszystkie cywilizacje, od pierwszych, najbardziej prymitywnych, po ostatnie, najlepiej przemyślane, został zapoczątkowany na długo przed pojawieniem się ludzi, na długo przed istotami żywymi, przed Ziemią, w czasach poza czasem, które astronomia pozwala nam raczej odczuć niż zmierzyć, raczej uchwycić intuicją niż zrozumieć. Nasze życie rozgrywa się w dżecie opisywanym przez najnowszą astronomię, którego źródła jednak nie znamy, a właściwie nie chcemy go znać.
Historia, która polega na spisywaniu przeszłości w teraźniejszości po to, żeby zachować ją dla przyszłości, zakłada istnienie czasu. To jest jak prawda La Palice'a3. Otóż, jeśli zastanawiam się nad czasem, nie tyle jako filozof, który chciałaby pięknej definicji, w rodzaju platońskiej "nieruchoma forma nieruchomej wieczności" czy "liczba ruchów według tego co przedtem i tego co potem" Arystotelesa, albo forma a priori wrażliwości kantowskiej, ile jako myśliciel skupiony na empirii, wiem, że - przynajmniej w formie, jaką znamy - czas zaczyna się, gdy zapada się w sobie gwiazda, od której wszystko pochodzi. Echo tej eksplozji od prawie czternastu miliardów lat tworzy falę, w którą wpisuje się wszystko, co żyje: gwiazda i mrówka, ruch wirowy planety i tropizm węgorza ku Morzu Sargasowemu, stałe miejsce gwiazdy polarnej na naszej Drodze Mlecznej i powstanie człowieka z małpy, cywilizacja i człowiek.
Witalizm? Jak kto chce. Witalizm unieważnia mechanizm polegający na czystym opisywaniu rzeczywistości a posteriori bez zrozumienia epifanii tej rzeczywistości. Proste zsumowanie ludzkich czynności nie stworzyłoby historii, podobnie jak dodanie wszystkich komórek ciała nie stworzy w efekcie żywej istoty. Dodanie faktów nie wystarczy, żeby powstał porządek. Ani pomnożenie czy zmniejszenie ich liczby. Cywilizacja podlega wypychającej sile, dokładnie tak samo, jak wystrzelony pocisk, któremu wystarczy, że podlega prawu generującemu jego ruch. Bóg sam jest pociskiem wystrzelonym przez ludzi, nie siłą sprawczą, którą z kolei jest podmuch zapadającej się gwiazdy.
Myślenie o wieczności w kategoriach czasu okazuje się zawsze zadaniem niemożliwym. Podobnie z przestrzenią, zwłaszcza gdy się o niej myśli w latach świetlnych. Co znaczy bowiem znajdować się w odległości dziesięciu tysięcy lat świetlnych od jakiegoś miejsca? Czy w ogóle umysł jest w stanie odróżnić dziesięć tysięcy lat świetlnych od dziesięciu milionów lat świetlnych? Oczywiście, dziesięć milionów to dalej, ale jak przedstawić tę odległość jako bardziej odległą od tej drugiej? Dodanie do nieskończoności jakiegoś wymiaru nie powiększy nieskończoności, tylko podwoi naszą frustrację, że nie udaje nam się jej uchwycić. Myślenie o nieskończoności nigdy nie podda się porządkowi naszej skończoności.
Jesteśmy więźniami naszego czasu i przestrzeni, w której się poruszamy. Nasz intelekt jednak, który nie może dostrzec szczegółu nieskończoności czasu i przestrzeni, może odczuwać jej wir, może chwiać się nad przepaścią, drżeć przed otchłanią bez dna. Prawdy astrofizyki przyprawiają o zawrót głowy na myśl, która, o ile wyruszy w podróż ku nieopisanemu, doznaje upojenia spektaklem obejmującym żarłoczność czarnych dziur i nieskończony zbiór wieloświatów, tajemnicę ciemnej materii określającą niemal całość istnienia i słyszalne nadal echo Wielkiego Wybuchu, zapadanie się gwiazdy, gdy staje się białym karłem, i tajemnicze przejście do tunelu czasoprzestrzeni, wybuchy supernowych i elektromagnetyczne promieniowanie pulsarów, konceptualną wibrację strun i kwazaru, który jest quasi-gwiazdą, wykładniczą ekspansję wszechświata i możliwość życia na innych galaktykach. Co możemy wiedzieć i na co wolno nam mieć nadzieję, gdy lekcje astrofizyki rozsadzają ciasne kategorie naszego umysłu?
Tylko jeden obraz pozwala pojąć co nieco z tego, co było przed nami i jakie miejsce zajmujemy we wszechświecie. Alegoria jest znana: jeśli odwołamy się do metafory roku liczącego trzysta sześćdziesiąt pięć dni i ustalimy, że północ to początek narodzin naszego wszechświata, to co się zdarzy następnie i kiedy? Ten koncepcyjny zabieg wymyślono dla Wielkiego Wybuchu szacowanego na piętnaście miliardów lat, chociaż według najnowszych, bardziej precyzyjnych obliczeń nastąpił on trzynaście miliardów osiemset milionów lat temu. W tym pierwszym ujęciu jeden rok jest równy piętnastu miliardom lat. Jeden dzień to czterdzieści jeden milionów lat; dwadzieścia cztery dni - jeden miliard lat, jeden milion lat - trzydzieści trzy minuty; jedna sekunda - pięćset lat.
Zatem: 1 stycznia o godzinie 0.00 - Wielki Wybuch, przed którym... coś istniało. Najnowsze teorie grawitacji kwantowej stawiają hipotezę, że przedtem istniał taki sam Wszechświat, tylko odwrócony. Próżnia i rozproszone pola energetyczne na zlodowaciałej ogromnej przestrzeni - oto, co istniało, zanim powstał nasz Wszechświat. Gdy te siły nabrały intensywności, skupiały się, tworząc grudki, a następnie - czarne dziury, we wnętrzu których materia zagęszczała się coraz bardziej. Przestrzeń zapadała się w sobie. Następnie, gdy gęstość, temperatura i zakrzywienie osiągnęły punkt kulminacyjny, zaczęły się zmniejszać. Wielki Wybuch wyznacza moment tego przewrotu: w pewien sposób już on jest dekadencją.
Idźmy dalej z naszą metaforą: pod koniec stycznia powstaje nasza galaktyka, którą nazywamy Drogą Mleczną. Zakreśla biały ślad przepasający rozgwieżdżone niebo. Grecy uważali, że to krople mleka spadające z piersi Hery przy karmieniu wiercącego się Heraklesa, wtedy jeszcze bobasa... Żyjemy w galaktyce płaskiej jak naleśnik zrobiony ze skupiska gwiazd. Ziemia wchodzi w skład oglądanej przez nas galaktyki i to dlatego możemy zaobserwować tylko jej brzeg. Średnica: 100 tysięcy lat świetlnych. Grubość: 2 tysiące lat świetlnych. Środek składa się ze zbitej gromady gwiazd, które otaczają masywną czarną dziurę. Od lutego do sierpnia w naszej galaktyce utworzyło się wiele cykli - mgławice, formacje gwiazd, białe karły, czerwone olbrzymy, supernowe, wybuchy niektórych z nich niedaleko naszej mgławicy. W splocie tych sił i wydarzeń 31 sierpnia powstała Ziemia i Układ Słoneczny, w którym się rozwijała. Zgodnie z porządkiem naszej metafory, proces ten zabrał jeden dzień - dla przypomnienia: w czasie rzeczywistym było to czterdzieści jeden milionów lat...
Równolegle obok życia astrofizycznego toczyło się życie geologiczne. 6 września pojawiły się najstarsze znane minerały - australijski cyrkon; 12 września: najstarsze znane skały - Wielkie Jezioro Niewolnicze w Kanadzie. Życie astrofizyczne, życie geologiczne, teraz kolej na życie biologiczne. Pojawiło się ono 13 września wraz z najstarszymi znanymi śladami życia - organiczną materią znalezioną na Grenlandii; 24 września: pierwsze znane skamieniałości - bakterie i stromatolity odkryte w Australii; 15 października: inauguracja najstarszego znanego zlodowacenia. Nie trzeba dodawać, że te zachwiania klimatyczne mają charakter kosmiczny, a nie antropogeniczny. Do dzisiaj będzie ich około piętnastu. 25 października: najstarsze znane ślady chemiczne komórek eukariotycznych; 31 października: powstanie skorupy kontynentalnej, tektonika płyt, utworzenie Pangei, początek stałego życia ziemskich kontynentów. Koniec panowania archaiku, królestwa okresów geologicznych, i przejęcie władania przez proterozoik, inne królestwo geologiczne. Około 10 listopada w atmosferze pojawił się wolny tlen. Miesiąc później przyszła kolej na narodziny alg, robaków i meduz. W dniach 15 i 16 grudnia: powszechne zlodowacenia, następnie utworzenie i przemieszczenie ostatniej Pangei. Nastało królestwo paleozoiku. Skorupiaki i mięczaki - 18 grudnia, nazajutrz pierwsze ryby. Kolejnego dnia - rośliny i zwierzęta lądowe. Królestwo mezozoiku nastało w nocy z 25 na 26 grudnia, pojawiły się ssaki i dinozaury. Te ostatnie wyginęły 30 grudnia o 10 rano.
Królestwo trzeciorzędu. W życiu biologicznym pojawia się życie ludzkie, chociaż jesteśmy dopiero u zarania ludzkości: 31 grudnia około godziny 21.00 pojawił się Toumai i jest to początek genealogii naczelnych, który umożliwi powstanie człowieka - jesteśmy siedem milionów lat przed dniem dzisiejszym. Jego czaszka została odkryta w Czadzie. Tego samego dnia, tylko półtorej godziny później, pojawiła się Lucy, odkryta w Etiopii - dzieli nas od niej trzy miliony dwieście tysięcy lat. Lucy chodziła na dwóch nogach. Królestwo czwartorzędu: 31 grudnia o godzinie 23.59 i 26 sekund ludzie malowali w grocie Lascaux. Kilka sekund później wybiła północ. Przy siódmym uderzeniu faraonowie kazali budować piramidy. Oddziela nas od nich osiem sekund.
To, co się wydarzy, gdy zapadnie się gwiazda, w której wszystko jest tylko pyłem jej samej, jest potęgą. Mianem potęgi określam tę ślepą siłę podlegającą wyłącznie nieznanemu nam planowi, który nie jest boski, lecz kosmiczny, a który poprowadzi nas od bytu do niebytu. Bowiem to, co żyje, umrze: gwiazda i galaktyka, Wszechświat i gatunek. Wszystko ślepo i nieuchronnie podlega jednemu schematowi: rodzić się, zaistnieć, rosnąć, osiągać punkt kulminacyjny, zmniejszać się, znikać. Temu procesowi, który obejmuje wszystkie przejawy życia w czasie i przestrzeni, podlegają również cywilizacje. Dekadencją nazywam to, co dzieje się, gdy potęga osiągnie pełnię i zaczyna dążyć do swego kresu.
Alegoria prowadzi nas dalej w przyszłość. Jesteśmy więc kilka sekund po Nowym Roku. Na początku maja Ziemia wyparuje, a Słońce stanie się czerwonym olbrzymem. Wszystko, co jeszcze zdarzy się na naszej planecie, zostanie zmiecione. Człowieka już dawno nie będzie. Ziemia stanie się kulą płynnych skał, krążącą w płonącej atmosferze jak w potwornym pożarze. Około 10 maja Słońce umrze. Stanie się czarnym karłem. Po tym, co istniało, nie pozostanie nawet wspomnienie.
Nie można więc proponować filozofii historii, nie uwzględniając związku człowieka z kosmosem. Filozofie historii jedynie łączyły człowieka z drugim człowiekiem, wierząc, że to on o czymś decyduje, czegoś chce, a tymczasem człowiek wyłącznie podlega zewnętrznym decyzjom i woli. Podobnie jak gwiazda nie zadecydowała, że któregoś dnia zapadnie się w sobie, ani Pangea nie zapragnęła się zmienić pod wpływem tektoniki płyt, tak samo dinozaury nie postanowiły same, że wyginą, ani ludzie, że się na Ziemi pojawią. Wszystko to, co było, wszystko to, co jest, i wszystko to, co będzie, podlega tej samej potędze. Rzeczywistość jest niczym więcej niż przeznaczeniem powoli odsłaniającym swe karty, jest czystym skutkiem determinizmu. Ludzie łudzą się, gdy myślą, że to oni czegoś chcą, podczas gdy to ich coś chce.
Nie można oddzielić człowieka od tego, co umożliwiło jego powstanie, podobnie jak nie można go oddzielić od tego, co prowadzi ku zagładzie. Błędem jest filozofia historii, która patrzy jedynie na mikrowycinek, jakim jest nasza cywilizacja, i która wyobraża sobie, że rozmyślna gra sił przeciwstawia sobie ludzi, kultury, cywilizacje przy pomocy jasnych celów. W historii nie sposób odnaleźć odpowiednio szeroką perspektywę. Potęga, która stworzyła siły kształtujące historię, nic sobie z ludzi nie robi, tak samo, jak ocean pozostaje obojętny na krople, z których się składa.
Trzeba na nowo zdefiniować materializm historyczny i dialektyczny, lecz w ramach zupełnie innej optyki niż optyka Marksa i Engelsa. Materializm historyczny jest czymś oczywistym, jeśli siły działające w historii odnieść do potęgi płynącej z zapadnięcia się w sobie gwiazdy. Czas i przestrzeń - architektoniczne składniki historii - rodzą się w tym właśnie momencie w tych właśnie formach. Historia jest dialektyczna, ponieważ podlega ruchowi, którego nie wybiera, lecz który ją wybiera. Ten ruch wywodzi się z witalizmu: to, co istnieje, żyje, by dążyć ku swojej śmierci. Cywilizacja, oczywiście, tak samo jak wszystko inne.
Anatom Bichat to uczeń witalistów, Théophile'a de Bordeu i Paula-Josepha Bartheza, który - zanim umarł w wieku trzydziestu lat - przeprowadził sekcje setek zwłok, z czego niektóre zdobył, bezczeszcząc grobowce. Słusznie zdefiniował on życie jako "zespół sił, które opierają się śmierci". Cywilizacja walczy przede wszystkim z tym, co stanowi dla niej zagrożenie. Istnieje dopóty, dopóki zwycięża to, co jej zagraża. Od chwili narodzin stawia czoła temu, co chce ją zniszczyć. Żeby trwać, musi dominować; żeby dominować, musi podbijać. Każda cywilizacja jest najpierw aktem barbarzyństwa. Gdy barbarzyńca odniesie sukces, następuje przewartościowanie: teraz on reprezentuje cywilizację, a pokonanego traktuje jak barbarzyńcę. Wiadomo, historia pisana jest przez zwycięzców, którzy rzadko są wielkoduszni. Zabijają trupy i mordują zmarłych.
Cywilizacja walczy ze wszystkim, co jej zagraża. Ponieważ rządzi zasada entropii, cywilizacja istnieje tylko zgodnie z logiką negentropii, która umożliwia homeostazę systemu. Cywilizacja umiera, gdy to, co jej zagraża od chwili narodzin, pewnego dnia odnosi zwycięstwo, bo jej siły były nie dość napięte, wytężone, skuteczne. Negentropia wyjaśnia zdolność do bezustannego dostosowywania się do zmian środowiska. Ostatecznie zawsze tryumfuje entropia, ponieważ powołaniem potęgi jest przejście w dekadencję, podobnie jak powołaniem życia jest śmierć.
Jednak gdy tylko w grę wchodzi śmierć, zaczyna rządzić zaprzeczenie. Zarówno jednostki, jak i cywilizacje mają pełne rozeznanie w kwestii śmierci, ale tylko cudzej, nigdy własnej. Wiadomo o tym, odkąd Valéry znakomicie ujął to w eseju Kryzys ducha w 1919 roku, czyli tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej. "My, cywilizacje, teraz już wiemy, że jesteśmy śmiertelne" (2014). "Śmiertelne" - powie ktoś, kto uprawia zaprzeczenie - nie oznacza ani "umierające", ani "umarłe"! I otworzy swoją torbę z fortelami podłości, żeby odegrać rolę Diafoirusa4 cywilizacji, tłumacząc, że ma wystarczająco dużo środków wymiotnych, przeczyszczających, rozwalniających, moczopędnych, detoksów (chociaż tak się nie mówiło za czasów Moliera), żeby oczyścić niemowlę i podać mu nowy łyk młodości - a potem, w minutę po otwarciu torby, będziemy z rozdziawionymi gębami patrzeć na zgon pacjenta...
Tymczasem nie trzeba wielkiego wykształcenia, żeby wiedzieć, że nikt już nie chowa żadnego faraona w egipskich piramidach, że druidzi nie gromadzą się już w rzędach celtyckich megalitów, że nikt nie wspina się na schody ateńskiego Partenonu, żeby złożyć ofiarę Atenie, że na rzymskim forum nie zbiera się już senat, że nikt nie ofiarowuje już ludzkiego serca azteckiemu bogu słońca ani nawet w katedrze w Reims nie namaszcza się już żadnego króla. Czy trzeba podać powód? Bo te cywilizacje umarły!
Nie ma jednego wyłącznego powodu upadku cywilizacji, jest co najwyżej pretekst, który spowodował śmierć tego, co i tak musiało pewnego dnia umrzeć. Lista inwentarzowa przyczyn upadku Cesarstwa Rzymskiego: zmiany klimatu z długim okresem suszy, degradacja gleby spowodowana nieudolną uprawą, drastyczny spadek liczby ludności, epidemie dżumy, maltuzjanizm chrześcijan wywołany przez ich politykę seksualną, wandalizm barbarzyńców, krzyżowanie ras, upowszechnienie zbytku i zepsucia, niszczenie bogactw i produkcji w wyniku presji podatkowej, niegospodarność finansowa i zarządcza, przesunięcie handlu w kierunku Dalekiego Wschodu, niemożność utrzymania jasnej linii polityki z powodu zabójstw cesarzy, zanik ducha wojskowego, utrata uczuć patriotycznych, przecięcie cesarstwa na dwoje, moralny i intelektualny kryzys defetystyczny, życie w czasach lęku itd.
Żadna jednak z tych przyczyn nie mogła być tą jedyną: cesarstwo nie upada, bo narzędzia rolnicze, które najpierw umożliwiły wzrost jego potęgi, teraz miałyby nagle spowodować upadek! Ani dlatego, że rolnictwo wypłukało glebę albo że ulewy wywołały głód. Albo że chrześcijanie praktykowali abstynencję seksualną. No chyba, że wygasły uczucia patriotyczne. Większość tych rzekomych przyczyn wydaje się raczej skutkami! Nastąpiła entropia potęgi i niedostatek sił negentropijnych, żeby ją skutecznie zwalczać, i właśnie dlatego to, co wydawało się ukłuciem skóry słonia przez komara, okazało się śmiertelnym jadem. To, że dewoci z sekty Chrystusa zrezygnowali z seksu, nie wystarczyło, żeby spowodować upadek Cesarstwa Rzymskiego.
Cesarstwo upada, ponieważ jego negentropia nie pozwoliła mu walczyć z entropią i ta w końcu wzięła nad nim górę. Wcześniej czyhała, towarzyszyła, groziła, pracowała, niszczyła i wreszcie zwyciężyła. Wieczność nie jest przeznaczeniem czasu, który zrodził się w astrofizycznych otchłaniach. Jest on ze swej natury ulotny, przejściowy, umykający - tymczasowy, gdybym nie obawiał się redundancji. Cywilizacja pęka pewnego dnia jak bańka mydlana, ponieważ do porządku rzeczy należy, że byt przestaje być, że byt któregoś dnia osuwa się w nicość jak ciało w trumnę, a trumna w grób. Nic nie wymknie się entropii w świecie, którego najtrwalszą materią jest czas.
Dekadencja jest faktem. Jednak fakt ten jest wykorzystywany politycznie. Jak się okazuje, zawsze w sposób szkodliwy. Optymista powie, że wystarczy mąż opatrznościowy, żeby rozpędzić dekadenckie opary. Mąż opatrznościowy lub mesjańska perspektywa: marksizmy i faszyzmy, w tym narodowy socjalizm, w tym sensie są optymistyczne, według nich wystarczy podążać w określonym kierunku, żeby odwrócić krzywą entropii. Islamizm zalicza się do kategorii polityk optymistycznych, które liczą na promienną przyszłość, jeśli ich plan będzie realizowany. Życie zgodne z nakazami szariatu miało wymazać wszystko, co zostało uznane za dekadenckie. Marksiści, leniniści, maoiści, castryści, faszyści, vichyści, naziści, islamiści mówią o odnowie, o nowym człowieku, o odrodzeniu. Wierzą, że świat mógłby być inny, niż jest, czyli lepszy, pomyślny, kwitnący, w pewien sposób edeniczny. W tym delirium odnowy poprzez proletariat, naród, rasę, dżihad - krew się nie liczy. Ten optymizm idzie w parze z bezimiennymi hekatombami i systemową klęską tych projektów w historii.
Pesymista powie, że nic się nie da zrobić, że tak już jest, że taki jest porządek świata, ale potrzebna jest potężna zapora, która powstrzyma napływ brudnej wody. Natura ludzka dla laików, grzech pierworodny dla chrześcijan, popęd śmierci dla freudystów, wszystkich jednoczy wiara w mocny reżim, który powstrzyma nieuniknioną przemoc. Kontrrewolucjonista Joseph de Maistre odwoływał się do kata; neobuddysta Schopenhauer - do człowieka, mocarza; panseksualista Freud - do faszystowskiego dyktatora; filozof zapomnienia bytu Heidegger - do Führera; człowiek Sylogizmu goryczy i Zarysu rozkładu, Cioran - do oczyszczającego miecza barbarzyńców...
Pesymista staje się czasem optymistą, gdy oświadcza, że jest reakcjonistą, inaczej mówiąc - w znaczeniu etymologicznym - gdy pragnie przywrócić dawny porządek. Optymista chce polepszyć teraźniejszość za sprawą przyszłości; pesymista chce dokonać tego samego, lecz za sprawą przeszłości. Jeden obiecuje raj dzięki postępowi, drugi - dzięki regresowi. Pierwszy oczekuje zbawienia od przyszłości, ponieważ wierzy, że dzięki postępowym przepisom wszystko się ułoży. Drugi uważa, że skoro lepiej było przedtem, trzeba powrócić do starych fundamentów. Otóż teraźniejszość nie dokonuje się ani za sprawą przyszłości optymisty, ani przeszłości pesymisty, lecz za sprawą chwili tragizmu.
Ani bowiem optymizm, ani pesymizm nie mają zastosowania, gdy pojawia się trzecia opcja, jaką jest myśl tragiczna: tragizm widzi rzeczywistość taką, jaka jest, a przynajmniej stara się ją taką zobaczyć, na ile to tylko możliwe. Nie zadowala się wiarą optymisty, że można zatkać krater wybuchającego wulkanu, ani przeświadczeniem pesymisty, że tama może powstrzymać lawę, która leje się strumieniami. Tragik widzi i nie obmyśla żadnego planu, by przeszkodzić dziejącej się rzeczywistości. Jest właśnie tak, a nie inaczej. Fatum, jak mówili Rzymianie. Wulkan, wypluwając lawę, jest - tak samo jak upadająca cywilizacja - czystym przejawem determinizmu. Obrażać się na to, to uprawiać myślenie magiczne.
A jednak - powiedzą zwolennicy wolnej woli - czy nie należałoby w związku z tym zaangażować się w jedną sprawę bardziej niż w drugą? Wybrać jeden obóz i odrzucić to, co mu się przeciwstawia? To, co nie miało miejsca, mogłoby mieć miejsce, gdyby to, co miało miejsce, nie miało miejsca. To, czego nie było, mogłoby być, gdyby nie było tego, co było. Kwestia przypadkowych form dla sił, które same pozostają. Gdyby Napoleon umarł w kolebce w wieku czterech miesięcy, w jego miejsce inny mężczyzna przelałby krew, zapełnił pola walk w Europie i chciałby podbijać kolejne i kolejne ziemie, które do niego nie należały. Nieistotne jest imię dyktatora, bo dyktatura należy do porządku rzeczy. Podobnemu determinizmowi podlega opór wobec dyktatury. To samo z obojętnością na dyktaturę. Nazwy własne są maskami, jakie nosi konieczność.
Wieczny powrót jest dowodem, nie na to, co miało postać takiej czy innej zjawy, ale na istnienie potęgi, która okazuje się wielokształtna, wielopostaciowa i zmiennokształtna. Cóż znaczą imiona Tamerlana czy Czyngis Chana; oni byli pseudonimem nieustannie działającej siły, która nazywa się tanatokracją i tryumfuje jako jedna z licznych wariacji tej samej potęgi. Byli, już ich nie ma, ale zastąpili ich podobni i ci również przestaną istnieć, zostaną zastąpieni przez kolejnych, którzy będą działać dokładnie tak samo. I tak wczoraj Stalin i Mao, dzisiaj - Kim Dzong Un w Korei Północnej lub kalif al-Baghdadi w Państwie Islamskim.
W konfiguracji judeochrześcijańskiej karmionej wiarą w wolną wolę trudno pojąć, że historia jest przygodą, w której ludzie są przedmiotami, a nie sprawcami. Im bardziej wydaje im się, że są sprawcami, tym bardziej są przedmiotami. Cywilizacja powstaje na zasadzie stendhalowskiej gałęzi, która wpadła do kopalni w Salzburgu: kawałek drewna obrósł kryształkami soli i zamienił się w igrający światłem przedmiot. Fikcja Jezusa - czysto intelektualna konstrukcja wysnuta prosto z żydowskiego Starego Testamentu - jest taką gałęzią, na której krystalizują się molekuły dające blask: religia, teologia, armia, polityka, sztuka, ustawy, prawo, państwo, policja, sprawiedliwość, architektura, edukacja, szkoła, uniwersytet, wojna; oto kryształy, jakimi obrosła gałąź judeochrześcijańska.
Każde odczytanie cywilizacji przypomina dekonstrukcję krystalograficzną. Wszystko jest kryształem: jeden kryształ soli jest podobny do innego kryształu soli, ponieważ obydwa podlegają tej samej konieczności i żaden z nich nie wybrał, żeby być raczej tym, czym jest, a nie czymś innym. Tak samo jeden kryształ kwarcu podobny jest do innego kryształu kwarcu. Jednak, pomimo że kryształ zarówno soli, jak i kwarcu podlegają tym samym regułom krystalograficznym, nie są do siebie podobne. To samo dzieje się z cywilizacjami. Podlegają jednakowej dialektycznej zasadzie stawania się, tej samej grze entropii i negentropii, lecz różnią się w szczegółach procesu powstawania.
Nikt nie decyduje, że będzie tym, kim jest, ponieważ wielu ludzi - gdyby miało tę możliwość - zdecydowałoby zostać kimś innym niż są. Baudelaire nie postanowił zostać poetą w większym stopniu niż ktoś, kto chciałby być Baudelaire'em, nie postanowił nim nie zostać. Potęga poetycka jednego wybiera, a innego omija. Podobnie z cywilizacją, która staje się tym, czym jest, rozwijając swój losowy program. Jest potęgą, która idzie i napiera na rzeczywistość, żeby znaleźć wyjście spełniające jej wymagania. Jej torem jest przeznaczenie. Potęga idzie naprzód, aż się wyczerpie na skutek nawarstwienia entropicznego tarcia. Suma tego, co ją spowalnia, któregoś dnia ostatecznie ją unieruchomi.
Pniem cywilizacji jest zawsze duchowość. Nie ma w historii przykładu cywilizacji, której twardym jądrem nie byłaby wiara. Najpierw staje się ona oficjalnym i masowym wyznaniem, a potem przekształca w religię. Jak wiadomo, religia to sekta, która odniosła sukces. A jak sekta może odnieść sukces? Gdy narzuci się siłą i przemocą, nic innego. Potęga sprzymierza się wyłącznie z potęgą. Po tym, co się jej sprzeciwia lub przeciwstawia, po jej przejściu pozostanie pył.
Judeochrześcijaństwo tryumfuje nie dlatego, że jest prawdą, lecz dlatego, że jest uzbrojoną potęgą, policyjnym przymusem, polityczną przebiegłością i wojennym zastraszeniem. Z czystego i chwalebnego konceptu mesjańskiego wziętego wprost ze starotestamentowych wersetów, żydowski prorok Jezus stał się postacią historyczną, która, wysługując się soldateską, bierze wszystkich w pęta. Historia jako siła oszczędna i darwinistyczna zawsze działa na rzecz mniejszości dążącej do podporządkowania sobie mniejszości milczących. Tym, co charakteryzuje cywilizację w momencie, gdy zaczyna się jej genealogia, jest wigor. Pierwsza część Dekadencji, "Czasy wigoru", pokazuje w szczegółach, jak to wygląda.
Potęga wypełnia izbę strażnika i wylewa się z potem legionistów. Potrafi również wykształcić inteligencję i przeniknąć umysły innej mniejszości, która sprawia, że fikcja obrasta ideologicznym ciałem. Gdy są to katolicy, a wszyscy - myśliciele, filozofowie, teolodzy, profesorowie - mają interes nimi być w danej epoce, przyczyniają się do tego, żeby gałąź cywilizacyjna pokrywała się kryształami. Patrystyka, retoryka, sofistyka, scholastyka, teologia również są legionami, które nadchodzą z różnych stron, żeby wesprzeć zalatujących czosnkiem i kiepskim winem żołnierzy. Jeden ostrzy i poleruje swój miecz, drugi zacina pióro i przygotowuje atrament. Obaj idą w tym samym kierunku.
Artyści, malarze, rzeźbiarze, muzycy, archeolodzy, historycy dołączają swoje dywizje do zbrojnego korpusu. Nadaje się historii Jezusa i jego ludziom twarze i ciała, sylwetki i ubrania, spojrzenia i głosy, krew i ciało. Fabrykuje się dla Jezusa rzeczywiste i konkretne życie. Znajduje się mu miejsce urodzenia, proces, zgon, ukrzyżowanie, przeszukuje się ziemię, żeby odzyskać gwoździe i kawałki prawdziwego krzyża. Cztery wieki później są już do dyspozycji ciernie z korony męczeństwa i starannie złożona tunika ukrzyżowanego.
Z tych ideologicznych mechanizmów architekt buduje świątynie. Niszczenie dawnych budynków, recykling pogańskich świątyń, budowa nowych majestatycznych gmachów, wszystko to nadaje idei formę ozdobną. Swoimi budowlami dysponują organy władzy i wiedzy. Potęga, żeby była widoczna, potrzebuje monumentalnych gmachów. Mnożą się miejsca kultu. Z wieku na wiek można śledzić na mapie Europy pełen wigoru ruch. Nieprawdopodobny rozkwit bazylik, opactw, kościołów, katedr, klasztorów pokazuje, jak intensywnie rozplenia się tryskające zdrowiem judeochrześcijaństwo.
Do cesarza, legionisty, teologa, artysty, architekta dołącza prawnik. Wiara forsuje prawo; prawo stanowi siłę wiary. Oczka w jego przepisach działają jak sieć na arenie: gdy się ją zarzuci na innych gladiatorów, już się nie wydostaną. Prawo nie jest niczym innym niż krystalizacją siły w formie korzystnej dla tych, którzy je stworzyli. Prawo nie mówi, co jest sprawiedliwe lub prawdziwe, tylko - co jest silne. Prawnik jest mieszaniną księdza i żołnierza, filozofa i nauczyciela. Nadaje przemocy pozór pokoju. A przynajmniej zabrania każdej innej przemocy, poza tą, którą sam narzuca.
Nauczyciel edukuje edukatorów. Szkoła i uniwersytet produkują małych intelektualnych żołnierzy dominującej ideologii. Są to miejsca, w których nie uczy się swobodnego myślenia, lecz wiernego posłuszeństwa. Wiedza kręci się wokół własnej osi jak derwisz w swoim szaleńczym tańcu. Arabeski scholastyki, spirale retoryki, rokoko sofistyki zanurzają intelektualną rybę w mętnej wodzie tego męczącego świata. Czego nie osiągnie nauczyciel, to prawnik zrealizuje przy pomocy żołnierza i klawisza. Ławka uniwersytecka przekonuje tylko przekonanych. Gdy uczniowie dukają wzory sylogizmów - Barbara, Festino, Celarent, Fresison, Bocardo itd.5, na zewnątrz władza judeochrześcijańska dokonuje masowych masakr.
Odwołanie się do rozumu odpowiadało mniej więcej wejściu wilka do owczarni. Rozum - gdy po tysiącu lat przestał być narzędziem wiary - stał się jej wrogiem. Będzie nim przez kilka wieków, zanim sam się zapadnie, wchłonięty przez otwierającą się u jego stóp próżnię. W rękach świętego Tomasza rozum nie osiągnął tych samych wyników, co w rękach Montaigne'a, który obalił średniowiecze. Czasy wigoru były czasem Narodzin, Wzrostu i Potęgi cywilizacji judeochrześcijańskiej; czas wyczerpania, który już zapowiada swoje przyjście, będzie czasem Wyrodnienia, Starzenia i Rozkładu. To jest druga część Dekadencji.
Rozum dobrze użyty, inaczej mówiąc: niezależny i uwolniony od Boga, działa mocniej i lepiej niż cesarz, legionista, teolog, artysta, architekt, prawnik, nauczyciel, ponieważ obala miniony świat. Pozbawiona chrześcijańskiej fikcji rzeczywistość polityczna pęka. Egzegeza biblijna jak archeologia wydobywa na powierzchnię świadectwa, które dowodzą, że nie wszystko było takie, jak o tym opowiada oficjalna narracja. Sprzeczności, nieprawdopodobieństwa, anomalie, rzeczy komiczne, dziwne, dziwaczne historie zostały rozłożone na stole filozofa, który na stojąco, nie na kolanach, rzeczywiście zastanawia się nad tekstami i nie zadowala się ich recytowaniem czy objaśnianiem objaśnień. Racjonalna dekonstrukcja podkłada ładunki wybuchowe we wszystkich rogach judeochrześcijańskiej budowli. Co zabawniejsze, pierwszym, który podłożył dynamit pod chrześcijaństwo w pierwszych latach XVIII wieku, był ksiądz Jean Meslier.
Filozofowie zamontowali detonator, lecz to nie oni wcisnęli guzik. Zrobili to rewolucjoniści z 1793 roku. W Europie, w całym kręgu judeochrześcijańskim, fala szoku potężnie wstrząsnęła cywilizacją. Przez tysiąc lat jedna kasta podporządkowywała sobie ludy, opierając się na Bogu i jego ministrach. Upokorzenie pojedynczej osoby czy całego ludu nigdy nie pozostaje bezkarne. Resentyment jest potęgą zdolną obalić potęgę dominująca - jest to gra sił, skutki dynamiki, ciągi przyczynowo-skutkowe, zasady termodynamiki... To, co w jednym miejscu zostało dociśnięte, poszuka sobie ujścia gdzie indziej. Feudalna mechanika generuje kontrmechanikę rewolucyjną. Bóg był zaangażowany po tej pierwszej stronie, śmierć Boga budowała tę drugą.
Za pomocą gilotyny - narzędzia prezentowanego przez swojego wynalazcę masona jako egalitarne i humanistyczne - Człowiek Resentymentu narzucił swoje prawo w miejsce topora i pnia Człowieka Feudalnego. Krew, która popłynęła z szyi ściętego Ludwika XVI, rozlewała się jeszcze przynajmniej przez dwa wieki. Jak krew Chrystusa była potrzebna, żeby namaścić cywilizację judeochrześcijańską, tak za teokracji trzeba było krwi króla, żeby nasączyć nią świat, by mógł wyjść poza judeochrześcijaństwo i stworzyć coś dokładnie przeciwnego. Jednak wywrócić rękawicę na lewą stronę to jeszcze za mało.
Zachować teokrację bez Boga, podtrzymać millenaryzm bez Mesjasza, utrzymać paruzję bez Proroka, zatrzymać piekło i raj bez zaświatów, złożyć ofiarę eschatologiczną poza jej sensem, dążyć do końca historii rozbiwszy teologiczną busolę - był to niezaprzeczalnie bieg ku otchłani. Nie można kierować się w stronę czeluści i nie zostać przez nią zassanym - to prawo fizyki. Próżnia wywołuje upadek.
Entropia potęgi uwolnionej z więzów przez umysł krytyczny tryumfuje nad negentropią. Nie rządzi już rozum chrześcijański, to oczywiste, ale też nie rozum filozoficzny i filozofujący. To, co było negacją, zostaje z kolei zanegowane przez intelektualną i estetyczną awangardę początku XX wieku. Rozum negujący wiarę jest negowany przez powrót brutalnej siły - instynkt spuszczony z łańcucha, oswobodzoną nieświadomość, samowolny gadzi mózg. Przed nihilizmem droga stoi otworem. Do tego doszło: tratwa Meduzy6 na morzu przed burzą...
1
Biografia fikcji
Góra Golgota, Palestyna,
piątek, 7 kwietnia 30 roku.
Cywilizacja judeochrześcijańska jest zbudowana na fikcji. Fikcji Jezusa, który nigdy nie miał innego istnienia niż alegoryczne, metaforyczne, symboliczne i mitologiczne. O istnieniu tej postaci nie świadczy żaden namacalny dowód powstały w jej czasach. I rzeczywiście, nie znajdziemy żadnego portretu fizycznego ani w historii współczesnej mu sztuki, ani w tekstach Ewangelii, gdzie nie ma żadnego opisu postaci. Ponad tysiąc lat historii sztuki nadało mu ciało białego człowieka, twarz o jasnym spojrzeniu, blond włosach i rozwidlonej brodzie, innymi słowy o cechach, które więcej mówią o artystach, którzy tworzą postać, niż o samej postaci. W sztuce zachodniej Jezus w istocie przybiera ciało tego brachycefalicznego Aryjczyka, który go maluje. Jednak żaden z elementów składających się na typowy portret nie znajduje potwierdzenia w jakimkolwiek wersecie Nowego Testamentu, który milczy w sprawie wyglądu fizycznego Jezusa.
Cała nasza cywilizacja zdaje się zasadzać na próbie nadania ciała bytowi, który nie miał innego istnienia, jak tylko konceptualne. Jezus z Nazaretu, który historycznie nie istniał, staje się więc Chrystusem Pantokratorem, na którego imieniu opiera się prawie dwa tysiące lat nasyconej nim historii Zachodu. Tam, gdzie współczesna mu historia milczy na jego temat, historia późniejsza jest bardziej niż gadatliwa, bo wiedziona pragnieniem nadania Jezusowi formy obejmującej cały świat. Prawie osiągnięto stawkę: nie cały świat został stworzony na jego obraz, ale to, co zostało oszczędzone, nie istniało bez określenia się w stosunku do niego.
Ów bezcielesny Jezus pojawia się w wyniku narodzin, które nie są narodzinami. To oczywiste, że antyciało nie mogłoby urodzić się tak jak ciało! Przypomnijmy podstawowe banalne prawdy: od początku ludzkości historia chce, żeby dziecko w ogólnie przyjętym tego słowa znaczeniu, to znaczy istota z krwi i kości, miało ojca, który jest jego rodzicem, i matkę, która nosi dziecko poczęte z nasienia tegoż ojca - było tak przynajmniej do końca XX wieku, no i banalnie, ojciec był mężczyzną, matka kobietą...
Znacznie wyprzedziwszy swoją epokę, trio Jezus, Maria, Józef przystąpiło do jakże cenionej współcześnie prokreacji bez seksu: prokreacji oddzielonej od seksualności. Ojciec, który nie jest ojcem, matka, która jest dziewicą i po porodzie zachowuje błonę dziewiczą; rodzic bez spermy, sperma bez rodzica; dziecko poczęte bez płynu nasiennego; bracia zrodzeni z tej samej matki, która i tak pozostaje dziewicą; rodzina, w której ojciec nie posiada seksualności, matka też nie, ani nawet syn, który umiera w stanie dziewiczym w wieku trzydziestu trzech lat. Wszystko to dotyczy jednostki, którą nazywa się Synem Bożym, twierdząc jednocześnie, że Ojciec i Syn są tym samym - całość nazywa się również Duchem Świętym. Wydaje się, że ten brak rzeczywistego fizycznego ciała nie wytrzyma konfrontacji ze zdrowym rozsądkiem. Niemniej właśnie na tej czystej nieracjonalności będzie budowała się zachodnia judeochrześcijańska racjonalność.
Genealogia Jezusa to rzecz skomplikowana. Litania rozpoczynającą Ewangelię według świętego Mateusza wywodzi go w prostej linii od Dawida i Abrahama, poprzez trzy razy po czternaście pokoleń. Od samego początku chodzi więc o przedstawienie Jezusa jako oczekiwanego przez żydów Mesjasza, bezpośredniego dziedzica obietnic złożonych Abrahamowi, Dawidowi i jego dynastii. Słowa apostoła to nic innego jak stwierdzenie, że Jezus jest ni mniej, ni więcej, tylko zapowiedzianym przez żydów Prorokiem. Ci z żydów, którzy przyjmują tę wersję, są judeochrześcijanami, a ci, którzy ją odrzucają, pozostają żydami. W konfiguracji judeochrześcijańskiej Jezus jest fikcją, która krystalizuje w sobie własną zapowiedź. To wszystko w taki sposób, że ci, którzy ją zbudowali dla przyszłości, zrobili to tak, jak została zapowiedziana w przeszłości. Zapowiedzi ze Starego Testamentu zostały w Nowym Testamencie przedstawione jako zrealizowane. To, co jest przyszłością w pierwszym, w drugim jest przeszłością. Jeszcze do tego wrócę.
Jeśli zredukuje się genealogię Jezusa do rodziców i dziadków, ich ciała będą równie - jak to się mówi w lingwistyce - performatywne, co jego: istnieli tylko dlatego, że powiedziano, że istnieli. Oceńcie to: dziadkami Jezusa byli Joachim i Anna. Imię Joachim, po hebrajsku znaczy: "przygotowanie Pana" - innymi słowy patronim ogłasza cechę teologiczną: jest tym, kto umożliwi wcielenie Boga. Jeśli chodzi o imię Anny, oznacza ono "łaskę" - przypomina imię matki Samuela. Już pierwsze wspomnienie o dziadku i babce Jezusa zapowiada, w jaki sposób zostaną ontologicznie wykorzystani. Ona ma łaskę, on nadaje Bogu kształt. Jakże ich progenitura mogłaby uniknąć tego ustalonego i utrwalonego przez patronimy przeznaczenia? Samo imię Jezus oznacza "Bóg zbawia", "Bóg wyzwala". Te proste informacje patronimiczne zapowiadają metaforyczną naturę tej historii.
Ewangelie synoptyczne nie poświęcają zbyt wiele miejsca Joachimowi i Annie. Trzeba poczytać te apokryficzne, żeby zdobyć szczegółowe informacje o owych dziadkach, którzy uczłowieczają Jezusa. Rozumiemy, że gdy święty Augustyn zachowuje w dziele O nauce chrześcijańskiej (II, 8) 27 ksiąg Nowego Testamentu, wybiera to, co zgodnie z jego upodobaniem karmi mitologię chrześcijaństwa, a więc raczej chrześcijaństwo metafizyczne niż zgodne z historią. Im bardziej uduchowiamy, tym bardziej dematerializujemy. Im mniej materialny jest Jezus, tym bardziej jest duchowy.
Protoewangelia Jakuba Jakuba i Ewangelia Pseudo-Mateusza dostarczają wiedzy o tym, jak to było z dziadkami antyciała Jezusa. Pierwotny tytuł Protoewangelii to Narodziny Maryi. Łaciński Zachód potępił ten tekst, który był szeroko rozpowszechniany w wielu językach - łacińskim, syryjskim, koptyjskim, armeńskim, gruzińskim, etiopskim, arabskim, staroirlandzkim. Poddaje on recyklingowi, jak zawsze w chrześcijaństwie, historie już przedstawione w Starym Testamencie: historię Sary i Abrahama oraz narodziny Izaaka, zapowiedziane przez anioła w ludzkiej postaci w Księdze Rodzaju (18,1-15).
Anna była bezpłodna i była wdową. Joachim wyruszył na pustynię, żeby tam pościć przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, żeby Bóg przyniósł dziecko, które mu pozwoli zmazać dyshonor bezpłodności, postrzeganej w tamtych czasach i w tamtym środowisku jako karę boską. Te czterdzieści dni nawiązuje do symbolicznych okresów: przed nim Mojżesz (Wj 24,18) i Eliasz (1 Krl 19,8), po nim Jezus (Mt 4,2). Przez cały ten czas Anna płakała. W dziewiątej godzinie usiadła jakby przypadkiem pod wawrzynem. Tak się składa, że to wiecznie zielone drzewo jest symbolem nieśmiertelności... Podobnie w dziewiątej godzinie nastąpiła śmierć Chrystusa na krzyżu. Anna wzywała Boga, przywoływała Sarę, Abrahama i Izaaka. Podniosła wzrok i zobaczyła na drzewie gniazdo wróbli - tu nie trzeba objaśniać szczegółowo symboliki. Żaliła się, ukazał jej się anioł, pokazał się również Joachimowi. Po siedmiu miesiącach - cyfra doskonałości, jest to liczba dni, w których dokonuje się stworzenie - Anna urodziła Marię, przyszłą matkę Jezusa. Karmiła ją piersią.
Ewangelia Pseudo-Mateusza przynosi kilka dodatkowych szczegółów. Joachim był pasterzem. Tu tym razem zawód ujawnia nie tyle pozycję społeczną, ile alegoryczną informację: pasterz prowadzi, rzecz jasna, barany i owce, ale również może prowadzić trzodę wiernych. Jest więc pasterzem tak, jak będzie nim jego wnuk, chociaż ten wykonywał zawód swojego ojca... który był cieślą! Trzeba się z tym pogodzić. Logika alegorii nigdy nie jest logiką rozsądnego i myślącego rozumu.
Joachim był wielkoduszny, karmił i ofiarnie obdarowywał "wszystkich bojących się Boga" (I, 1) - jeszcze jedna alegoria. W tekście chodzi o wdowy, sieroty, biednych, innymi słowy - prostych ludzi, których w przyszłości Jezus będzie nauczał. W wieku dwudziestu lat poślubił Annę. Dwadzieścia lat później nadal nie mieli dzieci. W związku z tym, że nie mieli potomstwa (karząca wola Boga), kapłani bronili mu wstępu do świątyni i stał się przedmiotem drwin. Wyruszył na pustynię. Nie na czterdzieści dni, jak w tekście Jakuba, lecz na pięć miesięcy - ponieważ pięć jest liczbą godową, jest sumą dwójki kobiecej i trójki męskiej. Annę odwiedził anioł i zapowiedział jej, że będzie matką; następnie ukazał się Joachimowi i przekazał mu dobrą nowinę: "Wiedz, że ona poczęła ci córkę z nasienia twego" (3,2) powiedział wysłaniec Boży mężczyźnie, który, nie będąc rodzicielem, staje się w ten sposób ojcem.
Joachim, bez żalu, zaprosił anioła do swojego namiotu, żeby uczcić wydarzenie. Anioł grzecznie odmówił i odpowiedział: "Pokarm mój jest niewidzialny, a napoju mego nie mogą widzieć ludzie śmiertelni" (3,3), inaugurując tym samym ontologiczną gastronomię, którą będzie głosił wnuk. Joachim złożył ofiarę z jagnięcia tak, że "anioł, któremu towarzyszył zapach daru ofiarnego, jakby z dymem, uniósł się do nieba" (tamże). Joachim zasnął, anioł pojawił mu się we śnie i potwierdził swoją zapowiedź. Joachim wrócił do swojej żony. Inny anioł uprzedził Annę o powrocie męża, którego nie widziała od pięciu miesięcy. Anna rodzi Marię w terminie.
Oto więc parantela Jezusa: dziadek, który spłodził dziecko, nie tknąwszy swojej bezpłodnej żony, która mimo wszystko urodziła dziewczynkę, jego matkę. Podobnie jak dziadkowie stanowią szczególne sprzężenie ontologiczne (starzec, który został ojcem ze starszą bezpłodną kobietą, bez stosunku płciowego, za samym tylko anielskim wstawiennictwem), jego rodzice zrobią to samo. Tego rodzaju rodzinny galimatias źle wróży równowadze potomności. Fakt, że cywilizacja wyszła z korzeni takiego drzewa genealogicznego, jest zapowiedzią nieprawdopodobnej powieści historycznej.
W życiu Marii również nie brak rzeczy zdumiewających. To dziecko urodziło się przed terminem, w siódmym miesiącu (Protoewangelia Jakuba, V, 2), co było znakiem bożej interwencji. Bóg jako naczelny numerolog wie, że cyfra siedem jest cyfrą doskonałości. Już Izaak urodził się pod tym znakiem. Dziewczynka zaczęła chodzić w wieku sześciu miesięcy i zrobiła... siedem kroków. Gdy miała rok, została przedstawiona arcykapłanom Izraela, którzy ją pobłogosławili. W wieku trzech lat weszła do świątyni, gdzie pozostała jak gołębica - jak mówi tekst. Gołębica zapowiedziała koniec potopu, a więc koniec gniewu Boga, była też nad głową Jezusa w momencie chrztu. Ponadto, numeryczny anagram słowa "gołębica" po grecku daje taką samą sumę, co alfa i omega. Maria "otrzymywała pokarm z ręki anioła". Otóż, jak wiadomo, anioł nie spożywa ziemskiego pokarmu, tylko pokarmy niematerialne, a więc symboliczne. Po tego rodzaju ontologicznym pożywieniu się tylko obawiać niestrawności od symboli.
W wieku dwunastu lat dostała miesiączki. Zgodnie z żydowskim prawem kapłańskim musiała, jako nieczysta, opuścić świątynię. Anioł powiedział arcykapłanowi, żeby wezwał do świątyni wdowców. Każdy miał przynieść różdżkę. Bóg miał dać swój znak przy pomocy różdżek, o których już mowa w Starym Testamencie - Księdze Liczb (17,16-28): ten, którego kij wypuści pączki (niech freudyści skomentują...), będzie wybranym przez Boga. Nie ma pączka dla Józefa, którego mały suchy patyk stał w kącie (niech freudyści kontynuują...) - przypomnijmy, że był wdowcem. I oto... z jego niewielkiego kawałka drewna wyleciała gołębica (niech freudyści...) i usiadła mu na głowie.
Józef był stary, był wdowcem, miał dzieci z pierwszego małżeństwa; Jezus będzie więc miał braci, braci przyrodnich. Mówi się, że siostry również. Maria była młoda, była dziewicą. Cieśla odmówił opieki nad tym dzieckiem, obawiał się śmieszności i tego, co ludzie powiedzą. Kapłan zobowiązał go, by wziął ją do siebie. Maria miała dwanaście lat. Zatrzymał ją pod swoim dachem, nie tykał jej, szanował jej dziewictwo i wrócił na swoje place budowy - Józef był raczej przedsiębiorcą ciesielskim niż skromnym, drobnym rzemieślnikiem. Zdarzało się, że był nieobecny przez trzy miesiące, gdy wyjeżdżał na odległe budowy.
Przez ten czas, wraz z 82 innymi młodymi dziewicami, Maria tkała zasłonę do świątyni, która miała oddzielać sanktuarium Świętego Świętych. Maria należała do rodu Dawida. Była więc szlachetnej krwi i miała znamienity rodowód. Prace były rozdzielone; z siedmiu dziewcząt każda tkała jedną materię: złoto, amiant, len, jedwab, błękit, szkarłat i purpurę. Marii przypadło, oczywiście, tkanie purpury, znaku władzy i panowania. Nieustanne kodowanie.
Pewnego dnia, gdy szła po wodę do źródła - kolejna metafora i alegoria - objawił się jej anioł i przepowiedział jej przeznaczenie. Jakiś czas później powtórzył: "Nie lękaj się, Mario, znalazłaś bowiem łaskę u wszechwładnego Pana wszechrzeczy. Poczniesz za sprawą Jego Słowa"(Protoewangelia Jakuba, 11,2). Dla każdego, kto umie pojąć anielskie zdanie "począć się ze Słowa Bożego"7, oznacza ono, że Jezus nie jest ciałem, lecz pojęciem, Logosem, Słowem, Słowem Bożym. Ewangelia według Świętego Jana potwierdzi ten trop: Jezus bowiem nie jest ciałem z krwi, lecz "ciałem ze słów".
Maria zapytała anioła o szczegóły tego poczęcia: czy pocznie tak jak inne kobiety, z ojca, który będzie konkretnym, ziemskim rodzicem? Anioł odrzucił tę trywialną myśl. Po co ciało, żeby zrodzić antyciało: "Moc bowiem Pana Cię ocieni" (12,3) - powiedział jej. Zostanie więc pokryta cieniem, rzecz jasna - nie byle jakim cieniem, cieniem Bożym, ale jednak cieniem. Anioł powiedział, że jej dziecko będzie miało na imię Jezus. Przypomnijmy, jak uczy etymologia, da ona życie temu, "który zbawia".
Ten cień Boga jest światłem... Przynajmniej: lśniącym cieniem. Łukasz faktycznie wyjaśnia, że "obłok świetlny okrywał grotę swoim cieniem" (1,35). Maria miała szesnaście lat, gdy zaszła w ciążę. Józef wrócił po sześciu miesiącach i znalazł swoją żonę brzemienną. Bił się po twarzy, rzucił na ziemię, płakał i pytał, kto jest ojcem! "Któż porwał ode mnie dziewicę i skalał ją?" (13,1). Słuszne pytanie... Maria odpowiedziała, że go nie zdradziła: "Czystą jestem i męża nie znam". A następnie: "Nie wiem, skąd jest to, co znajduje się w łonie moim (13,3). Cisza Józefa, który rozmyślał nad swoją reakcją: milczeć - to zdradzić prawo Izraela; mówić - to podjąć ryzyko, że mu nie uwierzą, i poświęcić to, co być może jest Synem Bożym. Postanowił więc poprosić Marię o dyskretne opuszczenie domu. Anioł Gabriel odradził mu ten krok i Józef się zgodził.
Arcykapłan oskarżył Józefa o zdradę. Maria doprowadzona została przed sąd świątynny. Płakała i powtarzała, że jest czysta i nie poznała żadnego mężczyzny. "Wymusiłeś [...] na niej dopełnienie swego małżeństwa (Protoewangelia Jakuba, 16,1), twierdził arcykapłan. Józef płakał. W odpowiedzi wypowiedział do kapłana wspaniałe zdanie: "Wyślij sługi i znajdziesz dziewicę brzemienną" (Protoewangelia Jakuba, 15,2). "Brzemienna dziewica", oto oksymoron przywołany, by spowodować potworne spustoszenia, gdy Kościół przez ponad tysiąclecie będzie proponował kobietom Zachodu taki model egzystencjalny. Trzeba było całego sofistycznego szelmostwa Ojców Kościoła, żeby z całą mocą wyjaśniać tego typu stwierdzenia, że można zachować czystość i sypiać z mężczyzną - wystarczy nie ulegać przyjemności i z potrzeby seksualnej zrobić cnotę żony!
Kapłani poddali małżonków próbie. Ojciec, który nie był rodzicielem, i matka, która nie poszła do łóżka, wypili "wodę goryczy" podaną przez celebransa. Jeśli kobieta winna była cudzołóstwa, to po jej wypiciu i kilkakrotnym okrążeniu ołtarza wzdymał się jej brzuch a pierś więdła. Nic się nie działo. Odeszli następnie oboje na pustynię i wrócili cali i zdrowi. Dowód na to, że mówili prawdę! Para wróciła do domu i błogosławiła Boga. Ciąża mogła więc rozwijać się do końca. Maria była w ciąży z Bogiem, pozostawała więc jak najbardziej dziewicą, a sam Józef również był godzien szacunku, ponieważ nie spał ze swoją żoną, a mimo to była ona w ciąży.
Gdy nadeszła godzina, Józef osiodłał osiołka i posadził na nim Marię. Szukali groty, gdzie mógłby odbyć się poród. Osioł jest cytatem ze Starego Testamentu, a dokładnie z Zachariasza: "Oto Król Twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski, pokorny - jedzie na osiołku" (9,9)8, a równocześnie zapowiedzią z Nowego Testamentu o przyszłym wjeździe Jezusa do Jerozolimy na grzbiecie muła - na przykład w Ewangelii według św. Mateusza (11,29). Para wędrowała więc ku swemu przeznaczeniu.
Jakub przekazał wiadomość o kosmicznym cudzie, jaki miał miejsce tuż przed porodem: sklepienie niebieskie znieruchomiało, Józef się przechadzał i się nie przechadzał, powietrze zastygło z przerażenia, ptaki znieruchomiały na niebie, robotnicy tuż obok jedli, ale nie jedli, barany pędziły, ale stały w miejscu, pasterz podniósł na rękę, żeby je uderzyć, ale jego ręka została w powietrzu, kozły zanurzyły pyski w wodzie, ale nie piły - potem, nagle, zatrzymany czas znów ruszył: wszystko poszło, wszystko ożyło, wszystko na nowo się poruszyło. Sklepienie niebieskie znów było w ruchu, ptaki latały, robotnicy jedli, barany pędziły, pasterz nie miał powodu, by je uderzyć, jagnięta piły, Jezus mógł się narodzić.
"I był tam świetlisty obłok, który osłonił jaskinię" (19,2)9. To słynny cień Boga... Żydowska położna powiedziała: "Zbawienie narodziło się dla Izraela" (19,2). Judeochrześcijaństwo rodzi się dokładnie w tym samym czasie, co Jezus. A następnie: "I natychmiast chmura poczęła znikać z jaskini, a w jaskini pojawiło się tak wielkie światło, że oczy nie mogły go znieść. I wkrótce światło to poczęło znikać, aż ukazało się dziecię i zbliżyło się, i zaczęło ssać pierś swojej matki" (19,2). W Księdze Wyjścia mowa jest o "gęstym obłoku" (19,16). Można się pogubić między świetlistym obłokiem a gęstym obłokiem! Niemniej Jezus się urodził i nastało światło, mnóstwo światła - co potwierdza hipotezę, jaką przedstawiłem w tomie Cosmos: Jezus to imię zaczerpnięte z historii przez pradawny pogański kult światła.
Wcielenie było czymś oczywistym od pierwszego oddechu Jezusa: Jezus, który mógłby równie dobrze jak jego mama żywić się duchowym pokarmem anioła, ssał pierś matki, jak wszystkie niemowlęta na Ziemi jak świat światem. Położna, która wyszła z groty i napotkała Salome, powiedziała: "Dziewica porodziła, do czego z natury nie jest zdolna". Salome odpowiedziała: "Na Boga żywego, jeśli nie włożę palca mojego i nie zbadam jej przyrodzenia, nie uwierzę, że dziewica porodziła" (19,3). Salome włożyła tam swój palec: "Oto ręka moja palona ogniem odpada ode mnie" (20,1), dowód ontologiczny, bo przecież nie jest ginekologiem, że Maria jest i dziewicą, i matką. Salome potwierdziła: narodził się ten, który zostanie królem Izraela.
Nie znamy dzieciństwa Jezusa poza opowieścią o udzielaniu lekcji kapłanom, gdy miał dwanaście lat, obecną tylko u Łukasza (2,41-50). Pomiędzy ucieczką do Egiptu, gdy miał kilka dni, a pierwszymi chwilami nauczania, gdy miał około trzydziestu lat... nic. Trzy dziesięciolecia bez śladu. Nic o dzieciństwie, nic o młodości, nic o studiach, nic o kształceniu, nic o ewentualnych kolegach z ulicy. Ani słowa o jego zabawach z braćmi: Jakubem Sprawiedliwym, Józefem Barsabą, Judą Apostołem i Szymonem Zelotą - Paweł mówi o Jakubie, bracie Jezusa, w Liście do Galatów (15,9) i o innych jego braciach w Liście do Koryntian (9,4-5).
Istnieje jednak tekst zatytułowany Ewangelia dzieciństwa Tomasza, który opowiada przypadki paskudnego dzieciaka między piątym a dwunastym rokiem życia. Ten krótki tekst jest antologią wygłupów i psot kogoś, kogo dziś określilibyśmy mianem małego tyrana... W istocie, Józef i Maria nierzadko wydają się przytłoczeni wyczynami potomka. O ile Jezus był owocem Ducha Świętego, o tyle ten tekst świadczy o tym, że mógł być też istotą ludzką, bardzo ludzką i, gwoli szczerości, niezwykle irytującą. Prawdopodobnie jest to powód, dla którego ta prawdziwa perełka literacka nie została włączona przez Augustyna do zestawu tekstów nowotestamentowych i od tego czasu stanowi część pism apokryficznych.
W dniu szabatu prawo żydowskie zabraniało wszelkiej aktywności. Otóż mały, pięcioletni Jezus robi z gliny dwanaście małych ptaszków. Symbolika jest istotna: tak samo jak któregoś dnia Bóg wziął glinę, żeby ulepić pierwszego człowieka, Jezus powtarza ten gest, tyle że wobec dwunastu ptaszków, inaczej mówiąc: dwunastu apostołów... Józef skarci go za to, że nie przestrzega szabatu. Reakcja syna, który właściwie wyśmiewa się z ojca: klaszcze w dłonie i ptaszki odlatują do nieba. Innymi słowy, nic nie może przeszkodzić Jezusowi w robieniu tego, co ma zrobić - złamać zasady żydowskiego szabatu i stworzyć eskadrę apostołów, którzy rozpierzchną się po całej planecie niosąc dobrą nowinę. W tej właśnie scenie ukazuje się metafora narodzin judeochrześcijaństwa jako zjawiska oddzielnego od judaizmu.
Żeby mieć wodę do ulepienia ptaszków, Jezus zrobił małą zaporę w korycie strumienia. Syn uczonego w piśmie, jego towarzysz zabaw, machając wierzbową gałęzią, niechcący zniszczył tę jego kałużę. Jezus przeklął go i zwrócił się do jego ojca, który stał nieopodal z Józefem "Niech twoja latorośl pozostanie bez korzenia, a twój owoc stanie się suchy, jak gałąź zerwana przez wiatr" (3,1)10. Jak powiedział, tak zrobił: dziecko uschło na miejscu. Z dzieciątkiem Jezus nie ma żartów!
A gdy Jezus szedł z ojcem, jakieś dziecko przez nieuwagę potrąciło go w ramię. Rozzłoszczony Jezus powiedział: "Już nie pójdziesz dalej swoją drogą" (Ewangelia dzieciństwa Tomasza, 4,1) i dziecko padło nieżywe. Rodzice dziecka powalonego wolą Jezusa poskarżyli się jego ojcu, który nic nie mógł na to poradzić. Józef zapytał Jezusa, dlaczego tak się zachowuje, a to dziecko odpowiedziało, że nie można się przeciwstawiać jego woli. Następnie zamieniło w ślepców wszystkich, którzy stanęli mu drodze. Józef rozgniewał się i pociągnął Jezusa za ucho; ten powiedział ojcu, że niemądrze postąpił, on, jego własny ojciec...
Zacheusz, który tamtędy przechodził, usłyszał, jak Jezus odzywa się w ten sposób do ojca. Zaproponował, że go wykształci i nauczy zachowywać się poprawnie wobec innych, kochać swoich kolegów, pomagać osobom starszym (co oznacza, że im nie pomagał, o czym żadna historia nie mówi...), być przyjacielem dzieci i samemu je uczyć. Jezus spojrzał wyniośle i mówi do Zacheusza: "Zanim ty się urodziłeś, ja istniałem przed wiekami" (Ewangelia dzieciństwa Tomasza, 5,2a). Następnie zaproponował, że to on będzie uczył tego, kto chciał być jego nauczycielem. Wszyscy wokół wybuchli śmiechem. Odpowiedział: "Igrałem z wami, bo wy dziwicie się z małych rzeczy i macie mało wiedzy i mało inteligencji" (6,2e)11.
Zacheusz, bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek, chciał wychowywać tego zuchwałego i zarozumiałego, agresywnego i zadowolonego z siebie, impertynenckiego i źle wychowanego chłopaka. Zaczął grzecznie i zaprowadził go do szkoły. Jezus milczał. Nauczyciel wyrecytował alfabet i poprosił ucznia, żeby powtórzył za nim pierwszą literę. Jezus odmówił. Zacheusz rozgniewał się i uderzył go w głowę. Jezus powiedział: "Jeśli uderza się w kowadło, to ten, który uderza, otrzymuje najcięższy cios. Mogę ci powiedzieć, że mówisz jak miedź, która brzmi, i jak dzwonek wydający dźwięk - one nie mogą mówić i nie mają ani wiedzy, ani mądrości" (6,2f)12. I wyrecytował alfabet we właściwym porządku. Następnie dodał: "Jakżesz więc możesz pouczać o naturze litery beta, ty, który nawet nie znasz litery alfa? Obłudniku. Najpierw, jeśli będziesz umiał pouczać o literze alfa, wtedy uwierzymy ci [w to, co uczysz] o literze beta" (6,3)13.
Jezus następnie dał swojemu nauczycielowi lekcję o kształcie i nazwie pierwszej litery, dlaczego ma w sobie wiele trójkątów, dlaczego jest wydłużona, pochylona, wychylona ku dołowi, skręcona, prosta. Zachariasz poddał się i wyznał, że ma do czynienia z kimś wyjątkowym. "O Ja [...] nieszczęśliwy! Chciałem mieć ucznia, a oto sam znalazłem nauczyciela" (7,2). Po takim łomocie "roześmiało się [...] dziecko" (8,1) Jezus. W żadnym z 27 tekstów włączonych do ostatecznego zbioru Nowego Testamentu nie ma ani jednej okazji, żeby usłyszeć śmiech Jezusa. Mowy nie ma, żeby nadać bardziej ludzki rys tej konceptualnej postaci. Koncept się nie śmieje. Jest wspaniałomyślny, bowiem po lekcji upokorzenia danej nauczycielowi, gdy wszyscy kłaniali się jego niezwykłej naturze, jego wyjątkowemu charakterowi, Jezus zdjął przekleństwa: postanowił, że ci, których oślepił, mają odzyskać wzrok. Odzyskali więc wzrok. Pojęcie "Jezus" potrafi być performatywne.
Wielkoduszność jednak nie trwa długo, tak naprawdę zależy od okazji. Pewnego dnia bowiem, gdy bawił się na dachu z dziećmi, jedno z nich spadło i zabiło się. Pozostałe uciekły. Rodzice zmarłego oskarżyli Jezusa, że pchnął dziecko. Niedopuszczalne. Jezus zapytał zabitego: "Zenonie, [...] powiedz mi, czy ja ciebie zrzuciłem?"(9,3)14. Mały zmarły obudził się, natychmiast wstał i odpowiedział: "Nie, Panie, nie zrzuciłeś mnie, ale wskrzesiłeś". Zdumieni rodzice wychwalali Boga. Jezus wrócił do zabaw pięcioletnich dzieci.
Dwa lata później, już w wieku siedmiu lat15, Jezus poszedł po wodę do źródła. Dzban stłukł się. Nie ma problemu: rozłożył na ziemi swój płaszcz, napełnił wodą i przyniósł matce, która zdziwiła się tym drobnym cudem tkaniny nieprzepuszczającej wody. Zdziwiła się, ale nic nikomu nie powiedziała. Zatem cudotwórcze możliwości pozwoliły Jezusowi być nieposłusznym wobec ojca, zemścić się na towarzyszu zabaw, którego uznał za złośliwego, upokorzyć nauczyciela, zabić dziecko, które go pchnęło na ulicy, wskrzesić inne, żeby się oczyścić z winy zabójstwa, jak również załatwić bardziej błahe sprawy, jak rozwiązanie problemu ze zbitym dzbanem.
Gdy miał osiem lat, ojciec zaczął go uczyć podstaw zawodu cieśli. Nie zaniedbywał również jego intelektualnego wykształcenia. Znów zaprowadził go do nauczyciela. Nauczyciel, tak jak ostatni, poprosił go o powiedzenie alfa, a następnie omega - innymi słowy, metaforycznie, nazwanie początku i końca wszystkiego. Jezus znów wypytywał nauczyciela, prosząc, żeby mu najpierw wyjaśnił, co to jest alfa, a dopiero potem on powie beta. Dorosły zdenerwował się i uderzył go. Wierny sprawdzonej metodzie, Jezus odebrał mu życie i, jak gdyby nigdy nic, wrócił do swoich rodziców. Józef poprosił Marię, żeby przypilnowała ich dziecko w domu, "ponieważ umierają ci, którzy powodują jego gniew" (14,3)16. Niezłe klimaty...
Trzeci mistrz wyobrażał sobie, że uda mu się poskromić chłopca. Gdy tylko [dzieciątko] Jezus przyszło do szkoły, "nie czytało liter, które [...] były napisane, lecz otworzywszy swe usta jęło mówić natchnione Duchem Świętym i wykładało Prawo tym, co stali wokół (15,2), "a nauczyciel natychmiast zemdlał i padł twarzą na ziemię" (14,2)17. Życie z dzieciątkiem Jezus nie należało do łatwych. Gdy Józef dowiedział się o wszystkim, wiedziony doświadczeniem i przeczuwając najgorsze, poszedł tam z obawą, że zastanie kolejną ofiarę. Jako że tym razem nauczyciel nie został zabity, Józef wziął Jezusa za rękę i zaprowadził do domu.
Innym razem, Jezus poszedł do lasu zbierać drewno ze swoim bratem Jakubem. Żmija ukąsiła Jakuba w rękę i stracił on przytomność. Wtedy Jezus wyciągnął dłoń, dmuchnął w miejsce, gdzie wąż wbił zęby jadowe i uzdrowił Jakuba. A potem wąż zdechł. Nie trzeba daleko szukać znaczenia tej alegorii. Wąż, który od Księgi Rodzaju oznacza zło, został uśmiercony przez Jezusa, który z kolei czyni dobro, a zło zabija. Jest to odpowiedź na grzech pierworodny, o której wiadomo, że wypełni się poprzez przyjęcie jego nauczania i ukrzyżowanie.
Opowieści o tym, jak Jezus zadaje śmierć, gdy ktoś sprzeciwia się jego woli, gdy staje na jego drodze, gdy próbuje pouczać tego, który sam został powołany, by nauczać, gdy ktoś go oskarża o coś, czego nie zrobił, gdy jakieś zdarzenie komplikuje mu życie, gdy zło chce zapanować, można odczytywać jako przesłanie, że nie powinno się sprzeciwiać temu, kim to dziecko ma zostać, że nie powinno sprzeciwiać się jego woli, która jest wolą Boga, że powiedzieć "nie" temu dziecku, oznacza powiedzieć "nie" Mesjaszowi, którym będzie.
W wieku dwunastu lat - znamy tę historię - nauczał doktorów w świątyni w Jerozolimie. Ta scena zamykająca Ewangelię dzieciństwa Tomasza znajduje się również w Nowym Testamencie. Jednakże, wyjąwszy ten moment, kanoniczne Ewangelie pomijają dzieciństwo Jezusa. Prawdopodobnie dlatego, że w istniejących tekstach na ten temat alegoria jest zbyt złożona, żeby ją odszyfrować, symbol jest trudniejszy do zrozumienia. Czytając ten tekst, można sobie wyobrazić jakiegoś Jezusa, który wedle kaprysu zadaje śmierć i jest złym człowiekiem, a to nie przystaje do obrazu dobrego i łagodnego Jezusa, który będzie tryumfował w tekstach przyjętych do oficjalnego zbioru.
Ciało małego Jezusa podlega tym samym prawom, co ciało Jezusa dorosłego: nie je, nie pije, nie śmieje się, nie śpi, nie marzy i nie cierpi. Nie ma żadnych potrzeb, nie znamy żadnej jego pasji. Nie jest czuły, nie jest kochający dla swojego ojca. Nie jest mu posłuszny, a wręcz jest nieposłuszny. Nie ma żadnych relacji z dziewczętami, a jedyną kobietą w jego otoczeniu jest matka. Treść tego niewłączonego do Nowego Testamentu tekstu potwierdza, że Jezus również jako dziecko jest postacią konceptualną, w której krystalizują się rozproszone w Starym Testamencie zapowiedzi przyjścia Mesjasza. Jezus istnieje w pełni jedynie w zestawieniu ze swym portretem zapowiedzianym przez teksty Starego Testamentu. Jest tym, czym teksty powiedziały, że będzie.
Biografia Jezusa odpowiada biografii Proroka przepowiedzianego przez żydów. Zostawmy na boku inne liczne wpływy, które czynią z niego krystalizację innych źródeł: syryjskich, egipskich, azjatyckich, greckich, rzymskich. To jest osobny świat, gdzie trudna do rozwikłania plątanina cytatów pokazuje, w jakim stopniu Jezus jest śródziemnomorskim kolażem. Jezus również na poziomie konceptualnym jest powiązany z esseńczykami, gnostykami, faryzeuszami, zelotami, saduceuszami i wieloma innymi rozkwitającymi wtedy sektami, które dzisiaj zniknęły, nie pozostawiając śladów ani tekstów.
Jednak judeochrześcijaństwo, które nas tu interesuje, to nie źródło i kolaże, lecz rezultat. Z braku Jezusa historycznego powstał Jezus papierowy, a postać ta została utworzona z poetyckich opowieści, alegorycznej prozy, symbolicznych tekstów, mitologicznych dyskursów maskujących brak konkretnego, realnego, powtórzmy to: historycznego bytu za pomocą wyścigu na metafory najpierw w tekstach, a następnie w dziełach sztuki. Zachód jest nazwą przyjętą przez wysiłek estetyczny tego wyścigu. Nasza cywilizacja określa proces estetyzacji konceptu, mający uobecnić go w historii.
Ciało Jezusa w kanonicznych Ewangeliach nie jadło i nie piło, co najwyżej pokarm duchowy, symboliczny. To antyciało pochłaniało metafory. Jezus również nie spał: w Ogrodzie Oliwnym z Piotrem i dwoma synami Zebedeusza czuwał i modlił się. Inni spali, on się modlił. Jest to ciało żyda, ponieważ zostało obrzezane ósmego dnia, jak mówi Łukasz (2,21). Jest to jednak również ciało cudotwórcy: leczył chorych, wskrzeszał zmarłych, zamieniał wodę w wino, chodził po morzu, uspokajał rozszalałe fale, rozmnażał chleby, czego żaden normalny człowiek nie robi. Gdy na krzyżu przeżywał swoje ostatnie chwile i włócznia przeszyła mu bok, to wyciekła z niego limfa i krew, a nie słowa. Ecce homo...
Brać alegorię dosłownie to skazać się na pozostanie na zawsze w świecie magicznym. Czytać ją jak enigmę, która woła o rozszyfrowanie - oto, co nadaje tekstom cały sens. Co w przeciwnym razie robić z bogactwem przypowieści: dobre ziarno i plewy, ziarno gorczycy, zaczyn, nielitościwy dłużnik, robotnicy zatrudnieni w winnicy, ukryty skarb, drogocenna perła, zgubiona owieczka, dwóch synów, przewrotni rolnicy, dobry pasterz, uczta królewska, drzewo figowe, talenty i wiele innych historii, których nie należy brać dosłownie, lecz trzeba chwytać ich ducha.
U Mateusza możemy przeczytać: "To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się wypełnić słowo Proroka: "Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenie świata" - co jest cytatem z Psalmu (78,2). Cytat ten pokazuje, że imię "Jezus" zostało nadane przez tych Żydów, którzy wierzyli, że Mesjasz nie jest kimś, kto dopiero przyjdzie, lecz że już nadszedł. Żeby powiedzieć, że był i jaki był, wystarczyło sięgnąć do tekstów, które go zapowiadały, i uczynić go tym, kto rzeczywiście - jako że jego życie przystawało do tego, co zostało przepowiedziane - wydawał się oczekiwanym Mesjaszem. Biografia Jezusa została napisana, zanim jeszcze zdołał przeżyć swoje życie - zwłaszcza, że nie musiał go przeżywać, skoro go nie miał.
I tak, rodowód Jezusa podany na początku Ewangelii według Mateusza został zaczerpnięty bezpośrednio z tekstów Starego Testamentu: z Księgi Rodzaju, Księgi Izajasza, Ksiąg Kronik, Księgi Jozuego, Księgi Rut, Księgi Samuela, Ksiąg Królewskich itd. Anioł, który ukazał się Maryi, znajduje się w Księdze Rodzaju (16,7), we śnie, w Eklezjastyku (34,1). Dziewica, która powiła syna, pojawia się u Izajasza (7,14). Oczyszczający chrzest w Jordanie znajduje się w Drugiej Księdze Królewskiej (5,14). Kuszenie na pustyni, kupcy w świątyni, rozmnożenie chleba, formuła eucharystii oraz wiele innych scen Nowego Testamentu występuje już w Starym Testamencie.
Jezus przedstawiany jest jako narodzony w Betlejem (Mateusz, 2,1), co nabiera znaczenia, gdy odwołamy się do Micheasza (5,13), drugiej Księgi Samuela (5,2) i, przede wszystkim, do Pierwszej Księgi Kronik (11,2) i gdy powrócimy do hipotezy o Jezusie wytworzonym jako odpowiedź na żydowską zapowiedź nadejścia Mesjasza. Mateusz cytuje teksty Starego Testamentu: "A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela".
Łukasz (2,39) jednak mówił o Nazarecie jako o mieście rodzinnym - czyż nie mówi się powszechnie "Jezus z Nazaretu"? Otóż Nazaret nie istnieje historycznie w czasie uważanym za czas narodzin Jezusa, który sam również historycznie nie istniał. Wszak badania archeologiczne wykazują, że miasteczko powstało dopiero pod koniec II wieku. Jeśli mówi się, że Jezus pochodził z Betlejem, to dlatego, że miasto to jest przede wszystkim metaforą: chodzi o to, żeby zrobić z Jezusa następcę Dawida, władcy zjednoczonych ziem Izraela. Otóż Betlejem, jak przypomniał Łukasz (2,3-5), jest miastem Dawida.
Ewangelia to etymologicznie "dobra nowina" - mówi o tym, że zapowiedź została wypełniona. Historia chrześcijaństwa jest historią notek u dołu strony tej literackiej fikcji, a ta z kolei została wpisana w historię przez patrystykę, postanowienia soborowe, papiestwo, teologię, scholastykę, średniowieczną filozofię, a wszystko razem umieściła na obrazach zachodnia sztuka.
Samo męczeństwo Chrystusa jest wpisane już w tło psalmu XXII, zatytułowanego Męka Mesjasza i jej owoce: wiadomo, że na krzyżu w słynny piątek 7 kwietnia 30 roku Jezus wygłosił owo zadziwiające zdanie: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mk 15,34). Słowo w słowo znajduje się ono w drugim wersecie wspomnianego psalmu: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Psalm XXII,2). W tym samym tekście, napisanym wiele wieków przed Jezusem, znajdujemy również: matkę rodzącą na polecenie Boga, kpiny i pogardę dla człowieka, o którym mowa, tłum pytający, dlaczego Bóg go nie wyzwala, ból i pragnienie podczas kaźni, łotrów po obu stronach, przebite stopy i dłonie, rozdzielone szaty, rzucanie losów o suknię, zapowiedź królestwa Bożego, które przyjdzie za sprawą jego następcy...
Odczytywanie Ewangelii jako tekstu historycznego, a tym bardziej jako relacji naocznych świadków, całkowicie mija się z celem. Czy można powiedzieć, że Jezus faktycznie istniał, skoro żaden z Ewangelistów nie znał go osobiście, a tego, który jest czasowo najbliższy Męki, oddziela od Jezusa - licząc lekko - przynajmniej jedno pokolenie? Skądinąd, trudno sobie wyobrazić - o ile to wszystko, o czym mowa, rzeczywiście się wydarzyło, a zwłaszcza niezliczone zdarzenia nadprzyrodzone: zaciemnienie nieba i noc w środku dnia, wstrząsy ziemi i pękające skały, zamilkłe zwierzęta i rozdarcie zasłony świątyni, nie licząc ciał licznych świętych wychodzących z grobów - żeby ani jeden współczesny historyk niczego nie zanotował.
Otóż o tym wydarzeniu nie wspomniał żaden z historyków, którzy żyli w tamtej epoce: ani Swetoniusz, ani Pliniusz, ani nawet Józef Flawiusz - Żyd, który przeszedłszy na stronę Rzymian, skrupulatnie spisywał kronikę najdrobniejszych wydarzeń i czynów Żydów i Rzymian tamtych czasów. Nie istnieje żaden rękopis z I wieku naszej ery. Józef Flawiusz nie mówi o Jezusie, tylko o chrześcijanach. Ponadto, paragraf dotyczący tego tematu został, o czym świadczy stylistyczna analiza dokumentu, dodany jakieś osiem wieków później przez mnichów kopistów, którzy go uzupełniali o to, co uznali za zapomniane przez historyka!
Nie ma żadnego śladu, ponieważ nie było żadnego faktu. Jedyny fakt, jaki zaistniał, ma charakter konceptualny: jest alegoryczną, mityczną, mitologiczną, bajkową, metaforyczną, symboliczną konstrukcją, działającą jak księga tysiąca zagadek. W ten sposób wytworzyło się papierowe ciało Jezusa, który nigdy nie miał innego ciała. Nawet ciało jego wcielenia było fikcją: Jezus pił wino, ponieważ ten czerwony płyn zapowiadał krew Męczeństwa - jest to również posadzona przez Jahwe winnica Pana, która symbolizuje lud Izraela. Jezus jadł chleb, ponieważ zakwas zapowiadał fermentację wierzących, dzięki której wzrasta ciasto Kościoła - jest to również chleb, który Bóg posłał Mojżeszowi dla ludu Izraela, chleb z nieba, który odnajdujemy w Księdze Wyjścia (16,4). Jezus jadł ryby, ponieważ te same litery greckie tworzą jego imię i słowo "ryba" - wreszcie puszcza się tu oko do Ezechiela (XLVII), który uczy nas, że tam, gdzie jest ryba, jest również woda życia, a woda życia jest wodą chrztu Jana Chrzciciela, wodą Jezusa, a następnie - przyszłych chrześcijan.
Jezus jadł więc symbol, a spożywany symbol nie pozostawia resztek pokarmowych. Nie dziwimy się więc, że Jezus, Bóg, który - przypomnijmy - stał się człowiekiem, nie musi oddawać moczu ani stolca - co byłoby najmniej ważną sprawą, gdy się wybrało drogę wcielenia. W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus pił więc wino i jadł chleb, ale tylko po to, żeby zapowiedzieć Mękę: krew, która popłynie dla odkupienia grzechów świata, i zakwas, na którym wyrosną przyszli chrześcijanie i spełnią proroctwo. Po zmartwychwstaniu jadł smażoną rybę, ale tylko po to, żeby ogłosić, że nadszedł czas chrztu i Kościoła.
Im bardziej ziemska i konkretna jest ewangelia, im bardziej wchodzi w szczegółowe fakty, tym trudnej ją odszyfrować, ponieważ łatwiej nam jest poprzestać na anegdocie, zanurzyć się w historyjce, zatrzymać w bezruchu i nie wznosić do prawdziwego sensu, który pozostaje ukryty, zakodowany. Wierzyć, że rozmnożenie chlebów jest skutkiem cudu, to ignorować fakt, że również w tym miejscu uświęcona numerologia pozwala odwołać się do ukrytego sensu: w hebrajskim każda litera, poza tym, że jest literą, jest liczbą. Każde słowo ma więc swój liczbowy odpowiednik. Gematria jest dyscypliną wiążącą słowa o tej samej wartości liczbowej. Notarikon jest kodem, który kojarzy inicjały, środki lub końcówki wielu wyrazów, żeby z nich tworzyć inne. Temura jest kabalistyczną metodą, która pozwala zamieniać jedną literę na inną.
Przy użyciu tych metod można odczytać ukryty, prawdziwy sens tekstu. Są więc dwa poziomy lektury: jeden dla ludu, dla którego przeznaczone są łatwe do zrozumienia historie mitologiczne, bajki, legendy (Jezus łowi w Jeziorze Tyberiadzkim 153 ryby) - stąd obfitość przypowieści. Inny poziom lektury - zarezerwowany dla wtajemniczonych - pozwala dowiedzieć się, że pod cyfrą "153" kryje się numeryczna wartość wyrażenia "Syn Boży", ale również "Pascha", "Baranek paschalny". Połów Jezusa to na poziomie egzoterycznym 153 rybki, a na poziomie ezoterycznym zapowiedź przyszłych wydarzeń: królowania tego, kto zarzucił swoją sieć.
Dla tego, kto chce słuchać, wszystko jest powiedziane w Ewangelii według Świętego Jana. Stanowi ona klucz do trzech pozostałych, ale, paradoksalnie, sama również jest zaszyfrowana kluczem... Spośród ewangelistów Jan jest najbardziej umysłowy, najbardziej konceptualny, najbardziej intelektualny. Jest też najbardziej enigmatyczny, a to szczyt wszystkiego, skoro wiadomo, że jest jednocześnie najbardziej klarowny co do konceptualnej a nie historycznej prawdy o Jezusie. Jan mówi: "Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga" (1,1). Słowo, to Logos, to Słowo Boże. Bóg jest zatem Jezusem, który zatem jest Logosem, Słowem Bożym - i niczym więcej. Jezus jest czystym słowem, Słowem czystym, prostym Logosem. Nie ma więc żadnego historycznego istnienia, lecz - jakby obierać cebulę i nie znajdować nic w środku - Jezus jest konceptualną cebulą, w środku której odkrywamy tylko słowo, mowę, dyskurs. Dlatego, gdy uczniowie zachęcali Jezusa do jedzenia, odpowiadał im: "Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie" (4,32). A potem: "Moim pokarmem jest wypełniać wolę Tego, który mnie posłał, i wykonać Jego dzieło" (4,34). Jadł chleb, oczywiście, ale ujawniał jego ontologiczną recepturę: "dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu" (6,32-33).
Po śmierci Jezus, jak mówią, zmartwychwstał trzeciego dnia, a potem wstąpił do nieba. W grobie znaleziono tylko przepaski i pognieciony całun. Prawdziwe ciało Chrystusa jest ciałem nieobecnym: to przez nieobecność jest obecnością i to najbardziej oszałamiającą z możliwych. Cywilizacja judeochrześcijańska chciała - w istocie tego nie chcąc, ponieważ nie wiedziała, że tego chce - dać ciało Chrystusowi, który miał wyłącznie postać Logosu, Słowa, Słowa Bożego. Wierzyć w to Słowo to być zbawionym.
Judeochrześcijaństwo, które określa naszą upadającą cywilizację, konstytuowało się przez tysiąc pięćset lat, próbując nadać formę konceptualnemu Chrystusowi. Tą formą jest nasza cywilizacja. Bezcielesny Chrystus potrzebował uczniów, artystów - żeby bezcielesnemu słowu dać ciało, cesarzy - żeby przymuszali do wiary w te opowieści, wiernych - którzy ostatecznie poparli tę dziecinną bajkę, oraz filozofów - którzy z czasem zaczęli powątpiewać w prawdziwość tej historii.
Rzecz jasna, Jezus ma na Ziemi jeszcze wiele miliardów uczniów. Jednak zbiorowa halucynacja - niezależnie od tego, jak bardzo jest zbiorowa i jak wielkie tłumy gromadzi - i tak pozostaje iluzją. Jak Izyda i Ozyrys, Śiwa i Wisznu, Zeus i Pan, Jupiter i Merkury, Thor i Freja, Chrzciciel i Jezus są postaciami fikcyjnymi. Cywilizacje budowane są w oparciu o fikcje, ale o tym, że mieliśmy do czynienia z fikcją, dowiadujemy się dopiero, gdy tychże cywilizacji już nie ma. Im większa jest wiara w te fikcje, tym cywilizacja potężniejsza. Krzywa wiary jest wprost proporcjonalna do krzywej cywilizacji: bajka o Jezusie stanowi genealogię dla tysiąca pięciuset lat naszej cywilizacji.
2
Potomstwo poronionego płodu Boga
Droga do Damaszku, lipiec 34 roku, około południa.
Zatem antyciało Chrystusa umożliwiło powstanie ciała judeochrześcijaństwa - co odbyło się ze szkodą dla rzeczywistych i konkretnych ciał chrześcijan. Dla dokonania owej transmutacji konceptu Jezusa w złoto religii potrzebne było działanie pewnego człowieka, który - co prawda - miał ciało rzeczywiste, lecz ułomne. Mówię o Pawle z Tarsu, świętym Pawle. Ten to Żyd, po tym, jak zaistniał jako orędownik ukamienowania Szczepana, pierwszego chrześcijańskiego męczennika, miał więcej niż ktokolwiek inny powodów, żeby dla swego słabego ciała pragnąć mocy zdolnej skompensować antyciało, które również miał - choć było to antyciało fizjologiczne. Z łagodnego Jezusa Paweł uczynił Chrystusa niosącego miecz, a ostrze tego miecza od ponad dwóch tysięcy lat ocieka krwią.
Nie znamy pełnego imienia Pawła. Nie znamy daty jego urodzenia. Nie wiadomo dokładnie, jakimi środkami transportu poruszał się w czasie swoich licznych podróży. Rzecz jasna, podczas swoich misji robił wiele notatek, ale gdy redagował tekst, okrawał fakty, przesuwał zdarzenia, zmieniał sytuacje po to, żeby stworzyć raczej apologetyczne literacko dzieło aniżeli historyczną autobiografię. Nie wiadomo, gdzie, kiedy i jak zmarł - mówi się, że przez ścięcie głowy. Zupełnie nie wiadomo, którego dnia - być może w 67 lub 68 roku. Nie mamy pewności, gdzie znajduje się jego grób - możliwe, że w Bazylice Świętego Pawła za Murami...
Paweł odtworzył swoją historię, ad hoc sfabrykował sobie osobowość. Spisał na nowo wypowiedzi i pokazał czytelnikowi nie to, co mówił, lecz to, w co chciał, żeby wierzono, że powiedział. Opowiedział historię rozwoju chrześcijaństwa, jakiego by sobie życzył, upragnionego, wzorowego, jednak w rzeczywistości ten postęp nie wyglądał w ten sposób. Przedstawiał siebie jako Boże narzędzie, które umożliwiało ekspansję proroctwa Chrystusa na całej ziemi. Charakteryzował się na aktora międzynarodowego serialu o Żydzie nawróconym na Jezusa, który następnie stara się nawrócić na nauczanie Jezusa innych, najpierw Żydów, a potem pozostałą cześć ludzkości, pogan. Robi sobie samemu propagandę, co w żadnym wypadku nie nadaje jego tekstom wartości dokumentów historycznych, chociaż często są za takie uważane.
Opowieści przedstawiane jako autobiograficzne takimi nie są. Pod szyldem prawdziwej historii, prawdziwej walki w prawdziwym miejscu i czasie Paweł przedstawia cudowną historię chrześcijaństwa, które rozpowszechnia się dzięki niemu: buduje sobie pozycję chrześcijańskiego misjonarza, zdobywcy świata, który wschodnią, a pierwotnie palestyńską, chrześcijańską sektę podnosi do rangi religii zachodniej: najpierw śródziemnomorskiej, potem europejskiej, a wreszcie - ogólnoziemskiej.
Jego katolicka biografka Marie-Françoise Baslez pisze, że powodowany tego rodzaju uczuciami "Paweł staje się w ten sposób bohaterem powieści z połowy II wieku, pierwszym bohaterem powieści chrześcijańskiej". Konstantyn rzeczywiście nawracał ludzi; to on stworzył chrześcijański Zachód i nadał judeochrześcijaństwu formę polityczną. Jednak bez Pawła konwersja cesarstwa nie byłaby prawdopodobnie tak łatwa, a wręcz byłaby trudna. Żeby to się stało, trzynasty apostoł musiał nagiąć pokojowy na ogół dyskurs Jezusa, przekształcając go w apologię nawracania mieczem, który jest symbolem Pawła.
Jeśli wierzyć Dziejom Apostolskim - ewidentnie apokryficznym, pewnym wydaje się przynajmniej to, że Paweł był mały, chudy, łysy, brodaty, miał zrośnięte brwi, że miał nos jak haczyk i krzywe nogi. Wiadomo również, że jako Żyd nie podporządkował się tradycji swojego ludu i nie ożenił się. Zazwyczaj zaręczano się w wieku osiemnastu lat, żeby następnie wziąć ślub i dzięki temu nie pobłądzić, jeśli nie uczuciowo, to przynajmniej seksualnie, co byłoby bardzo szkodliwe dla - jakże istotnych dla życia i przetrwania narodu żydowskiego - związków krwi. Małżeństwo stabilizuje libido. W Pierwszym Liście do Koryntian Paweł twierdzi: "Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak i ja" (7,7), innymi słowy: kawalerami, nieżonatymi i bez współmałżonka. Ten niezgrabny mężczyzna nie ma żony - to zagadka w świecie żydowskim. Dla jakich powodów można było w tamtej epoce żyć w celibacie?
Wiadomo, że święty Paweł był, jak mówił za sprawą szatana, dotknięty "ościeniem dla ciała" (2 Kor 12,7). To właśnie ten oścień pozwala prawdopodobnie rozwiązać zagadkę życia bez kobiety i bez żony: nienawiść do ciała i cielesności, pogarda dla kobiet i seksualności, zachęcanie do czystości i wstrzemięźliwości, propagowanie wzorca dziewicy, która rodzi dziecko i naśladowanie martwego ciała Chrystusa, oto schematy korpusu judeochrześcijańskiego, wymierzone od ponad dwu tysięcy lat w ludzi Zachodu, wywodzące się w prostej linii ze słabego i chorego ciała Pawła z Tarsu.
Literatura dotycząca owego ościenia jest przebogata. Nawiązuje najczęściej do fizjologii: zapalenie stawów, kolka nerkowa, zapalenie ścięgna, ischias, podagra, częstoskurcz, dusznica bolesna, świąd, świerzb, świerzbiączka, wąglik, czyraki, hemoroidy, przetoka odbytu, egzema, trąd, półpasiec, dżuma, wścieklizna, róża, ból brzucha, biegunki, kamica nerkowa, chroniczne zapalenie ucha, zapalenie zatok przynosowych, tchawicy i oskrzeli, zatrzymanie moczu, zapalenie cewki moczowej, bruceloza, filarioza, malaria, pilarioza, parch, bóle głowy, gangrena, ropnie, wrzody, chroniczna czkawka, konwulsje, epilepsja. Gdy pisałem Traktat ateologiczny, zrobiłem zestawienie tego wszystkiego. Tę listę skomentowałem następująco: "Stawy, ścięgna, nerwy, serce, skóra, żołądek, jelita, odbyt, uszy, zatoki, pęcherz moczowy, głowa - bolesnego ciernia szukano dosłownie wszędzie..." (Onfray, 2008, s. 141).
Wszędzie, tylko nie w obszarze zainteresowań seksuologa, doradcy w sprawach małżeńskich, psychologa czy też psychoanalityka - istnieją nawet dziwne centaury tej korporacji, które mieszają konfabulację freudowską z konfabulacją chrześcijańską... Bowiem bardzo bym chciał, żeby Paweł był dotknięty chroniczną czkawką albo uporczywym zapaleniem ucha, jednak to za mało, żeby wyciągnąć wniosek, iż tego rodzaju schorzenie miałoby uniemożliwić mu znalezienie kobiety, która mogłaby urodzić dzieci! Oczywiście, przetoka odbytu i hemoroidy pewnie by nieco zniechęciły młodą dziewczynę poszukującą ojca dla swojego potomstwa, ale gdyby wszyscy mężczyźni dotknięci tego rodzaju dolegliwością musieli pozostać kawalerami przez całe życie, byłoby ich bardzo wielu.
Psychoanalityków, którzy sprawniej znajdują to, czego nie ma, niż to, co jest, kusiła wersja zatajonej i/lub wypartej homoseksualności. Hipoteza ta nie ma związku z anatomią, ale też bardzo trudno sobie wyobrazić, żeby Paweł pragnął, by jego dolegliwość, ta dolegliwość, stała się udziałem całej ludzkości, bo - przypomnijmy sobie Pierwszy List do Koryntian - zachęca każdego, żeby stał się do niego podobny. Oczywiście, podobny w celibacie, a nie w homoseksualizmie, a gdyby drugie było przyczyną pierwszego, bez wątpienie użyłby innego sformułowania.
Wspomniałem, że użycie metafory ciernia skrywa pewien wstyd, a przecież nie ma żadnego powodu, żeby ukrywać chorobę zwyrodnieniową stawów, półpasiec czy bóle brzucha, bóle głowy czy dusznicę bolesną. Nie bardziej trzeba się kryć z tym, co widoczne - świerzb, grzybica, egzema i czyraki. Jeśli Paweł zatajał swoją dolegliwość, prawdopodobnie chodziło o chorobę wstydliwą, która zabraniała mu stosunków z kobietami i odbierała możliwość założenia rodziny. Inaczej mówiąc, impotencja seksualna i brak wzwodu.
Paweł - pragnąc, żeby ludzkość stała się do niego podobna, o czym mówi zaraz po ujawnieniu własnej czystości oraz stawiając całkowitą wstrzemięźliwość ponad małżeństwem, które dopuszczał przy braku siły na całkowitą rezygnację z cielesności - czynił z konieczności cnotę. Uważał się za wolnego, wybierając to, co wybrało jego, a mianowicie niemoc seksualną. Ten łysy człowieczek o krzywych nogach, ten słabowity i cherlawy Żyd, ten niezgrabny brodacz mówi, że nie chce tego ciała, które go zawodzi. Można to zrozumieć. Jednak stąd do chęci wpędzenia w nerwicę całego uniwersum, z wiarą, że w ten sposób własna nerwica nie będzie widoczna, jest już tylko jeden krok!
Przed swoją konwersją na chrześcijaństwo Paweł prześladował chrześcijan. Brał udział w ukamienowaniu Szczepana - pilnował szat tych, którzy masakrowali ucznia Chrystusa. Na drodze z Jerozolimy do Damaszku, w słońcu, w lipcowym upale roku 34, gdy jechał, by zwrócić się do Synagogi o zezwolenie na aresztowanie chrześcijan, z nieba spłynęło światło oraz przemówił do niego głos. Zapytał, dlaczego Go prześladuje. Chodziło więc o Chrystusa. Ci, którzy podróżowali razem z nim, słyszeli głos, ale niczego nie widzieli. Paweł, który wtedy jeszcze nazywał się Szawłem, upadł na ziemię (ale nie spadł z konia - to ikonografia użycza mu nieistniejącego w nowotestamentowych tekstach wierzchowca...) i podniósł się. Ale był ślepy. Trzy dni później chrześcijanin Ananiasz przywrócił mu wzrok (Dz 9,10-19).
O tym zdarzeniu opowiada się trzykrotnie - w Drugim Liście do Koryntian (5,17) i w Dziejach apostolskich (9,3-8 i 23, 6-11). W Dziejach Paweł dodaje, że działo się to "około południa" (22,6): południe jest, oczywiście, godziną symboliczną. Jest to godzina największej jasności, gdy słońce jest w zenicie, godzina największego światła, godzina bez cienia, gdy mrok kryje się w najdalszych kątach, godzina, w której tryumfują zarazem prawda, słuszność i sprawiedliwość. Od prehistorycznych kultów solarnych po prace masońskie, poprzez zoroastryzm i nietzscheańską metaforę, zawsze w południe metaforyczna i rzeczywista jasność jest najgęstsza. Podobnie oślepnięcie i odzyskanie wzroku nie mają wiele wspólnego z problemem okulistycznym - błąd, który swego czasu popełniłem w Traktacie ateologicznym, biorąc ten tekst za dosłownie biograficzny, nie wykazując dostatecznej troski o jego alegoryczny i symboliczny sens. Interpretacja historyczna zakłada, że mamy do czynienia z piśmiennictwem historycznym, co jednak w tym przypadku nie ma miejsca. Rzecz jasna, upadek pociągający za sobą utratę wzroku, a następnie jego odzyskanie, można odczytać jako objawy histerii. Objawy są zbieżne. Przedstawiłem je w tamtej książce...
Jednak, niezależnie od błędu, który polega na tym, że na dokumenty pisane piórem poetyckim i mitologicznym patrzy się okiem historyka, konieczne jest odkodowanie znaków. Paweł był Żydem prześladującym chrześcijan. Z drogi występku zawróciła go prawda i nim zawładnęła. Gwałtowna jasność jest formą objawiania się Bożej potęgi. Ślepota jest ślepotą żyda, który nie zrozumiał, że prawda judaizmu tkwi w chrześcijaństwie - a co więcej, że prawdą chrześcijaństwa jest stworzenie neojudaizmu. Odzyskanie wzroku było dowodem, że Paweł dowiedział się tego to, co od tej pory miał wiedzieć: miał spędzić resztę życia, głosząc dobrą nowinę. Otóż "dobrą nowinę" nazywamy "ewangelią": przypomnijmy, że ewangelie pisane są po Pawle.
Przywrócenie wzroku po trzech dniach od zdarzenia również ma znaczenie: to przecież trzeciego dnia po śmierci Chrystus zmartwychwstał. Tym, czym dla Jezusa była śmierć, tym dla Pawła był upadek na drodze do Damaszku. Królestwo jednego i królestwo drugiego następuje po chwili pełnej jasności - gdy przyjaciele Chrystusa odkrywają pusty grób, świetlisty anioł - sam również przepełniony promienną jasnością - oznajmia im, że Chrystus żyje. Od anioła, który ogłasza nadejście Mesjasza, po anioła, który ogłasza wypełnienie misji, poprzez konwersję Pawła, światło stanowi prawo.
Antyciało Jezusa jest więc uwielbiane przez mężczyznę, który nienawidzi własnego ciała i sięga po metaforę, żeby określić swoje nauczanie. Mężczyzna ten, prawdopodobnie dotknięty impotencją, używa przekazu bezcielesnego Jezusa, żeby obalić definiujące żyda obrzezanie napletka i wprowadzić "obrzezania serca", które da początek judeochrześcijaństwu. Walka o zniesienie cielesnego oznakowania tożsamości wykonywanego w określonym miejscu przez mohela (rabina dokonującego rytualnego odcięcia kawałka ciała) na rzecz duchowego oznakowania uniwersalnej duszy poprzez chrzest jest aktem założycielskim judeochrześcijaństwa.
Jezus jest obrzezany, Paweł jest obrzezany. Normalne: obaj są żydami. Jednakże Paweł chce, żeby obrzezanie nie dotyczyło ciała, lecz duszy. Jezus, który nie miał własnego ciała, nie wtrącał się do cielesności innych: nigdy nie przejawiał żadnej pogardy do ciała innych, seksualności innych ani libido innych. Nigdy nie przestrzegał przed relacjami seksualnymi. Nigdy nie dbał o zachęcanie swojego bliźniego do czystości ani do abstynencji, do wstrzemięźliwości ani do celibatu. Nikogo nie zachęcał do ożenku czy do bezżenności. Nie troszczył się o sprawy cielesne, ale o duchowe. Paweł, który prawdopodobnie był dotknięty impotencją, szczerze chciał z niemocy uczynić potęgę chrześcijan. Przez ponad dwa tysiące lat, często skutecznie.
Obrzezanie pochodzi z Egiptu - i z Etiopii. Obrzezaniu poddawano faraonów. Abraham przeprowadził je na własnym ciele w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat i na swoim trzynastoletnim synu Ismaelu, przodku Arabów. Obrzezuje się przez wycięcie skóry napletka. Rabin, który przeprowadza operację poświęconym ostrzem, zlizuje krew wypływającą z rany. Napletek można pochować w miejscu poświęconym, pod stuletnim drzewem, na skrzyżowaniu, w grobach przodków, pod progiem domów i w każdym innym uważanym za naładowane energią z kosmosu.
Zgodnie z Księgą Rodzaju (17,12) i Księgą Kapłańską (12,3), rytuału dokonuje się siódmego dnia - albo ósmego, jeśli liczyć dzień narodzin. Każdy wie, że Bóg stworzył świat w siedem dni. Następny dzień był tym, w którym człowiek mógł zacząć żyć własnym życiem. Obrzezanie jest okazją do nadania imienia, czyli wkracza się w życie, by je przeżyć. Przeżyć je pod znakiem Boga. Ten chirurgiczny gest wykonywany przez rabina oznacza przyjęcie kandydata do wspólnoty żydowskiej - czego świadkami są, oprócz rabina, ojciec, świadek lub opiekun i osiem innych osób. Obrzezanie jest również znakiem wierności narodu żydowskiego wobec Boga.
Zatem Jezus, chociaż z braku prawdziwego istnienia nie miał ciała, został mimo to obrzezany. Dowód: dwanaście napletków nabożnie przechowywanych w różnych miejscach kultu w Europie - u mnichów z Coulombs w Eure-et-Loir, w opactwie Saint-Sauveur de Charroux w departamencie Vienne, w Hildesheim w Niemczech, u Świętego Jana na Lateranie w Rzymie, w Anvers, w Puy-en-Velay, w Chartres, w Metz, itd. Karol Wielki dostał nawet jeden w prezencie od anioła. Święty Napletek (La Saint-Prépuce) to było święto obchodzone przez chrześcijan 1 stycznia (mój dzień narodzin...) przez ponad tysiąc lat aż do 1 stycznia 1970 roku, kiedy to Watykan dyskretnie odłożył to święto na półkę.
Jakby ktoś nie wiedział, inne miejsca kultu dysponują również pępowiną, która łączyła Marię z Jezusem (w Rzymie, Clermont, Châlons-en-Champage...) czy jego zębami mlecznymi (w Soissons, Wersalu, Noyon...). "Saint-Prépuce", zwany również "Świętą Cnotą" (zgadnijcie dlaczego!), "Świętą Pępowina" i "Święte Zęby", wszystko to jak najbardziej serio, niczego nie zmyślam. Oto rozliczne dowody, że Jezusowi użyczono ciała, którego sam nie miał, rozmnożono je jak chleby. Niemożliwe do odnalezienia ciało wydało niezliczone potomstwo w postaci rozsianych organów. Cuda...
Nie ma również sposobu na to, żeby dowiedzieć się, co stało się z odciętym napletkiem Pawła. Gdybym, uchowaj Boże, był psychoanalitykiem, potraktowałbym tę chirurgiczną operację jako traumatyczny akt założycielski dla paulińskiej teologii: to cięcie miałoby wtedy wpływ na całe jego życie, wprawiłoby we wrzenie jego kompleks kastracji, aż po metaforyczne odcięcie genitaliów. Mógłby więc Paweł z jednej strony pragnąć zakazu obrzezania chrześcijan, żeby uniknąć reprodukowania traumy, z drugiej zaś kondensować i przesunąć anatomiczny gest, zamieniając go na gest duchowy. Dzięki Bogu jednak nie jestem psychoanalitykiem.
Paweł wyznacza przejście z judaizmu do judeochrześcijaństwa, uzyskując to, że uczniowie Chrystusa przestali być obrzezywani fizycznie, ale zaczęli być duchowo. "My bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym - my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele" (Flp, 3,3). W ten sposób Paweł definiuje chrześcijaństwo jako wyznanie, które obala różnice między Grekami i Żydami, barbarzyńcami i Scytami, niewolnikami i obywatelami, obrzezanymi i nieobrzezanymi, pozostają tylko mężczyźni i kobiety łączący się w jednej wierze w Boga, za pośrednictwem Jezusa Chrystusa. Paweł tworzy chrześcijański uniwersalizm, przechodzi od tego, co lokalne i narodowo żydowskie, do chrześcijańskiego kosmopolityzmu i internacjonalizmu. Judaizm był religią narodową, plemienną, o czym świadczyło obrzezanie napletka; chrześcijaństwo stało się religia światową, eksterytorialną, czego dowodzi obrzezanie ducha.
Paweł odrzuca ciało fizyczne i mówi o "obrzezaniu serc" - jednak to sformułowanie, które pozwala wyjść z judaizmu, samo do judaizmu należy: oto znajdujemy je w Księdze Powtórzonego Prawa (10,16), (30,6). Odkrywamy także gdzie indziej "obrzezanie ust" i "obrzezanie warg" w Księdze Wyjścia (6,12)18, "obrzezanie duszy" w Księdze Kapłańskiej (26,41), "obrzezanie uszu" u Jeremiasza (6,10). Kiedy żyd Paweł wychodzi z judaizmu, robi to na sposób żydowski i właśnie tak zakłada judeochrześcijaństwo.
Paweł powiedział: "Bo ani obrzezanie nic nie znaczy, ani nieobrzezanie, tylko nowe stworzenie"(Gal, Zakończenie 6,15). Nowy człowiek jest fundamentem nowej antropologii - antropologii naszej cywilizacji. Wbrew człowiekowi żydowskiemu i wbrew człowiekowi rzymskiemu, człowiek chrześcijański, jakiego pragnął Paweł, będzie chciał naśladować nie tyle Jezusa filozofa, mędrca, szamana, uosobienie łagodności, pokoju, miłości, tolerancji, człowieka, który przebacza cudzołożnicy, ile raczej Chrystusa, lub gorzej, zwłoki Chrystusa. Schorowane ciało Pawła, który twierdzi: "Poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę" (1 Kor. 9,7), staje się ciałem symbolicznym, ciałem archetypowym, wzorcem podsuniętym chrześcijanom, żeby zasłużyli na zbawienie i otrzymali je.
Żeby zostać zbawionym, nie wystarczy naśladować święte życie Jezusa, trzeba również i przede wszystkim naśladować Chrystusa na krzyżu, innymi słowy ciało wyniesione i przygwożdżone, ciało z głową w koronie cierniowej, ciało z bokiem przebitym włócznią, ciało, które pije ocet z gąbki. To wymaga życia masochistycznego. Nasza judeochrześcijańska cywilizacja powstała więc z ciała nieobecnego, ciała Jezusa zarządzanego przez ciało masochisty, Pawła, który pragnął wpędzić cały świat w nerwicę, żeby nie czuć się obco. Gdy cały świat będzie cierpiał jak on, własne cierpienie wyda się bardziej znośne. Tyle że wcale nie cierpiał mniej, a jego nauczanie przez tysiąc lat wpajało milionom mężczyzn i kobiet konieczność rozkoszowania się cierpieniem.
Kwestia obrzezania została ucięta, jeśli mogę tak powiedzieć, przez pierwszy sobór jerozolimski w roku 51, czyli jeszcze przed epoką chrześcijaństwa. Jest to pierwszy z soborów, który dostarczył matrycę wszystkich późniejszych i zadecydował o naturze, formie, a więc i o sile Kościoła. Wierni z Antiochii debatowali nad pytaniem postawionym przez Pawła: żydzi, rzecz jasna, muszą być obrzezani, żeby pozostać sobą. Ale czy chrześcijanie też muszą? Mają, oczywiście, żydowskie pochodzenie, ale czy trzeba zachowywać to oznaczenie ciała, czy należy je odrzucić? Znamy odpowiedź, Paweł walczył o obrzezanie serc i nieobrzezanie ciała.
Cerynt wraz z kilkoma faryzeuszami z Antiochii chciał, żeby poganie po przejściu na chrześcijaństwo zostali obrzezani i przestrzegali wszystkich żydowskich nakazów. Inaczej mówiąc, żeby chrześcijanie byli... jak inni żydzi. Paweł i Barnaba utrzymywali, że Chrystus przyszedł wyzwolić ludzi z tego rodzaju poddaństwa. Mówi się, że w soborze brało udział pięciu apostołów: Piotr, Jan, Jakub, przedstawiany jako brat Jezusa, Paweł i Barnaba. Towarzyszyło im paru uczniów. Piotr był przeciwny obrzezaniu, podobnie Jakub, który chciał, żeby konwertyci powstrzymali się od jedzenia mięsa poświęconego bożkom, jak również każdego innego pożywienia mięsnego, zabraniał również nierządu. Sprawa została ustalona, chrześcijanie nie będą musieli być obrzezani. Stwierdzono, że to prawo podyktował Duch Święty. Były to więc wyroki boskie, a nie ludzkie zalecenia... Tego dnia roku 51 oszczędzono miliardy chrześcijańskich napletków.
Wprawdzie święty Paweł przestawiany jest w historii sztuki z mieczem, ale niekoniecznie - jak się powszechnie mówi - dlatego, że było to narzędzie jego męki. Miecz świadczy raczej o zjednoczeniu religii i polityki, które stało się możliwe za sprawą doktryny teologicznej Pawła. To ona zapoczątkowała to, co później zostanie nazwane cazaropapizmem. Miecz Pawła to władza duchowości nad doczesnością. Pokojowe przesłanie Jezusa może więc, dzięki Pawłowi, służyć za narzędzie podboju. Antyciało Jezusa staje się więc chrześcijańskim ciałem politycznym. Ciało Chrystusa to Kościół; a Kościół to Watykan, władza skoncentrowana w rękach jednego człowieka - cesarza, który jest papieżem, papieża, który jest cesarzem, chrześcijańską wersją platońskiego filozofia-króla.
W taki sam sposób, w jaki Paweł atramentem swoich trosk zaczernia pola, które Jezus pozostawił białe (i tak milczenie Jezusa w sprawie seksu u Pawła zmienia się w nagonkę; milczenie Jezusa w sprawie kobiet u Pawła zmienia się w mizoginizm; brak rozważań na temat małżeństwa zastępuje rada, że jeśli nie jesteście w stanie żyć we wstrzemięźliwości...), tak samo "trzynasty apostoł", jak sam siebie nazywa, wypełnia niezapełnione przez Jezusa pola na gruncie politycznym. O stosunku Jezusa do polityki nie wiemy nic: nie ujawniał ani swoich preferencji, ani swoich niechęci. Jego królestwo, jak mówił, nie jest z tego świata - Paweł myślał dokładnie odwrotnie...
W Ewangelii jest scena, z której można wydedukować stosunek Jezusa do polityki. Uczeni w Piśmie i arcykapłani zapytali go, czy wolno płacić podatek Cezarowi. To znany i słynny fragment przypowieści: ""Pokażcie mi denara. Czyj nosi obraz i napis?" Odpowiedzieli: "Cezara". Wówczas rzekł do nich: "Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga"" (Łk 20,24-26). Część chrześcijan opiera się na tym wersecie, żeby dzisiaj twierdzić, iż Jezus wymyślił laickość. Istotnie, to on powiedział, że istnieją dwa różne porządki: porządek ludzkiego państwa z Cezarem i jego denarami oraz porządek Państwa Bożego, z królestwem nie z tego świata.
Paweł nie mieści się w tej libertariańskiej (jeśli mogę sobie pozwolić na taki anachronizm...) logice Jezusa - on, który nie uznawał żadnej władzy doczesnej: ani władzy Augusta, za którego się urodził, ani Tyberiusza, za którego zmarł, ani Heroda, króla w czasie jego narodzin, ani Poncjusza Piłata, prokuratora w czasie jego śmierci, ani rzymskich funkcjonariuszy w Palestynie. Jezus jest całkowicie oddany swojemu duchowemu dziełu i powołuje się na jedynego pana: Boga, z którym zresztą utożsamiają go sobory... Na swój sposób jest jak Diogenes nieuznający żadnego Aleksandra, który swoim cieniem zasłonił mu światło Pana, jego jedynego mistrza. Na nauczaniu Jezusa nie da się zbudować się cesarstwa: cezar, którego królestwo nie byłoby z tego świata, nie może być cezarem. Być może świętym, ale cezarem niezbyt długo. Cezar, który nie osądza, który wybacza błędy, który chce miłości bliźniego? To zaprzeczenie cezara...
Paweł umożliwił to, czego Jezus nie dopuszczał, mianowicie cezara i cesarstwo: oto, dlaczego w ikonografii przedstawia się go z mieczem w ręku. To on podbijał ziemie basenu Morza Śródziemnego i je chrystianizował. Pewne zdarzenie z Dziejów Apostolskich opowiada o całopaleniu. Paweł był wtedy w Efezie, żeby ewangelizować Efezjan. Nawrócił dwunastu (19,7) - tylu, ilu apostołów - symboliczna liczba ma tu większe znaczenie niż immanentna matematyka. Nowo nawróceni "mówili językami i prorokowali" (19,6) - inaczej mówiąc, doświadczyli glosolalii i przemawiali w wymyślonym języku jak opętani.
W tym samym mieście w Azji Mniejszej, w dzisiejszej Turcji, Paweł kontynuował swoją pracę i nawracał przez dwa lata. Przez pięć godzin, od 11.00 do 16.00, niczym trybun przemawiał w sali. Było upalnie i duszno. Dokonywał cudów. Ludzie podchodzili, dotykali jego skóry przepaskami, zamieniając je w relikwie, którymi będą leczyć nowych chrześcijan. Wybuchały awantury z udziałem żydów. Nie podano tu żadnych szczegółów, tekst mówi tylko, że ci ostatni "nadzy i poranieni uciekli" (19,16). Ujawnia się więc atmosfera przemocy: podarte ubrania, zerwane, poszarpane, w strzępach, ale też rany na ciele, cięcia, skaleczenia, przelana krew.
Jako narrator zaangażowany w tworzenie hagiografii ledwo sygnalizuje przemoc, nie wyjaśniając dokładnie, na czym polegała, w podobny sposób pisze o ofierze całopalnej. Mowy nie ma, żeby powiedzieć, żeby pozwolić powiedzieć lub dać do myślenia, że Paweł to podsyca, stara się o to, żąda tego, chce tego, organizuje to albo się tym cieszy. Łukasz, domniemany autor tego tekstu, opowiada, że ludzie jak zaczarowani, bez żadnej ingerencji Pawła, przynosili swoje książki i palili je na wielkim stosie. To pierwszy ślad chrześcijańskiego autodafe. "Wartość ich obliczona na pięćdziesiąt tysięcy denarów w srebrze" (19,9) - co stanowi znaczną sumę. W 1562 roku19 Maerten de Vos, flamandzki malarz okresu manieryzmu, odtworzył tę scenę na wielkim płótnie zatytułowanym Święty Paweł w Efezie. Podobnie barokowy malarz Eustache Le Sueur, zwany "francuskim Rafaelem", w Kazaniu świętego Pawła w Efezie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Pełne adresy cytowanych w języku polskim dzieł znajdzie Czytelnik w Bibliografii dzieł cytowanych w języku polskim. Wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumaczki. [wróć]
Papież Benedykt XVI w trakcie podróży apostolskiej do Niemiec 12 września 2006 roku w przemówieniu na uniwersytecie w Ratyzbonie zacytował dysputę pomiędzy Manuelem II a uczonym perskim, w której cesarz pyta Persa: "Wskaż mi, co nowego wniósł Mahomet; wtedy znajdziesz tylko to, co złe i nieludzkie, jak choćby to, że nakazał szerzyć mieczem wiarę, którą głosił". Benedykt XVI, Przemówienie na Uniwersytecie w Ratyzbonie, przeł. M. Górnicki, [online:] https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/benedykt_xvi/podroze/ben16-ratyzbona_12092006.html [dostęp: 01.05.2019]. [wróć]
Prawda tak oczywista, że aż śmieszna. Aluzja do prześmiewczej piosenki poświęconej markizowi La Palice'owi, słynnemu marszałkowi Francji, który zginął pod Pawią. Jej fragment brzmi: Wiecie: odszedł od nas w piątek. / To był koniec, nie początek, / Gdyby dotrwał do soboty, / Żyłby dłużej, na sto procent. Jacques de la Palice, [online:] https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacques_de_La_Palice [dostęp: 01.05.2019]. [wróć]
Lekarz z komedii Moliera Chory z urojenia. [wróć]
Nazwy figur sylogizmów wg Arystotelesa. [wróć]
Aluzja do obrazu Théodore'a Géricaulta, Tratwa Meduzy, nawiązującego do prawdziwych wydarzeń z 1816 roku. Oficerowie tonącego statku Meduza zbiegli. Porzuceni pasażerowie zbudowali tratwę, którą odnaleziono po kilkunastu dniach. Ze 150 osób przeżyło 15. [wróć]
W wersji francuskiej jest raczej: "Począć ze Słowa Bożego". [wróć]
Biblia Tysiąclecia, Poznań-Warszawa 1980. Wszystkie znajdujące się w książce cytaty z Biblii pochodzą z tego źródła, o ile nie zaznaczono inaczej. [wróć]
"I była tam ciemna chmura, która osłoniła jaskinię". [wróć]
[online:] https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TB/apokryfy-09.html#752 [dostęp: 01.05.2019]. [wróć]
[online:] http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TB/apokryfy-09.html#763 [dostęp: 01.05.2019]. [wróć]
[online:] https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TB/apokryfy-09.html#674-675 [dostęp: 01.05.2019]. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, w polskiej wersji [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Przekład według Biblii Jakuba Wujka. [wróć]
Wielka encyklopedia PWN podaje rok 1568. [wróć]