Degustatorka. Przy stole Hitlera - Rosella Postorino

Kup ebooka

42.90 zł
32.18 zł (26,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Weszłyśmy jedna za drugą. Po godzinach stania w korytarzu marzyłyśmy, żeby nareszcie usiąść. Pomieszczenie było obszerne, ściany pomalowane na biało. Pośrodku stał długi drewniany stół, już dla nas zastawiony. Dano nam znak, byśmy zajęły miejsca.

Usiadłam i zastygłam z dłońmi splecionymi na brzuchu.

Przede mną biały talerz z ceramiki. Byłam głodna.

Pozostałe kobiety usiadły bezgłośnie. Było nas dziesięć. Jedne siedziały prosto i skromnie, buzie w ciup, włosy w kok. Inne rozglądały się na wszystkie strony. Dziewczyna siedząca naprzeciwko mnie obgryzała skórki przy paznokciach i rozdrabniała je zębami. Miała miękkie policzki upstrzone trądzikiem. Była głodna.

O jedenastej rano wszystkie nas ssało w żołądkach. Nie miało to nic wspólnego z wiejskim powietrzem ani jazdą autobusem. To był strach. Od lat towarzyszyły nam głód i strach. I kiedy zapach potraw zakręcił nam w nosie, krew zapulsowała w skroniach, do ust napłynęła ślina. Popatrzyłam na dziewczynę z trądzikiem. Czuła to samo co ja.

Fasolka była polana roztopionym masłem. Nie widziałam masła od swojego ślubu. Zapach pieczonej papryki wiercił w nosie, mój talerz był pełny po brzegi, nie mogłam od niego oderwać oczu. Na talerzu dziewczyny siedzącej naprzeciwko piętrzyła się kopka ryżu z zielonym groszkiem.

- Jedzcie - powiedzieli nam z rogu sali i było to coś więcej niż zaproszenie, mniej niż rozkaz.

Widzieli łaknienie w naszych oczach. Półotwarte usta, przyspieszony oddech. Zawahałyśmy się. Nikt nie życzył nam smacznego, więc może mogłam jeszcze wstać i powiedzieć dziękuję bardzo, rano kury były hojne, jedno jajko mi na dziś wystarczy.

Ponownie policzyłam siedzące przy stole. Było nas dziesięć, to nie ostatnia wieczerza.

- Jedzcie! - powtórzyli z rogu, ale ja już wessałam fasolkę i poczułam, jak krew płynie mi aż do cebulek włosów, aż do koniuszków palców u stóp, czułam, jak moje serce zwalnia. Stół dla mnie zastawiasz - jakże słodkie są te papryki - stół, dla mnie, na drewnianym blacie, żadnego obrusa, ceramika z Aachen i dziesięć kobiet, gdybyśmy miały welony, wyglądałybyśmy jak zakonnice, refektarz klasztoru sióstr, które złożyły śluby milczenia.

Na początku odmierzamy kęsy, jakbyśmy nie musiały zjeść wszystkiego, jakbyśmy mogły odmówić spożycia tego posiłku, który nie jest przeznaczony dla nas, który dotyczy nas tylko przypadkiem, tylko przypadkiem jesteśmy godne uczestniczyć w jego uczcie. Później jednak pokarm prześlizguje się przez przełyk do ściśniętego żołądka i im bardziej go wypełnia, tym bardziej żołądek się rozszerza, a my tym silniej ściskamy widelce. Strudel z jabłkami jest tak dobry, że nagle łzy napływają mi do oczu, tak dobry, że wkładam do ust coraz większe kęsy, przełykając kawałek po kawałku, aż odchylam głowę i łapię oddech, na oczach moich wrogów.

Matka mówiła, że kiedy człowiek je, to walczy ze śmiercią. Mówiła to przed Hitlerem, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej przy Braunsteingasse 10 w Berlinie, a Hitlera jeszcze nie było. Przypinała mi kokardę do fartucha, podawała tornister i upominała, żebym uważała i nie udławiła się podczas obiadu. W domu wciąż mówiłam, nawet z pełnymi ustami, za dużo gadasz, karciła mnie, a ja krztusiłam się, dlatego że mnie rozśmieszała tym swoim tonem jak z tragedii i tymi swoimi metodami wychowawczymi opartymi na groźbie śmierci. Jakby każdy akt nakierowany na przetrwanie wystawiał człowieka na niebezpieczeństwo kresu: życie jest niebezpieczne, a cały świat to zasadzka.

Kiedy posiłek się skończył, do stołu podeszli dwaj esesmani, a kobieta po mojej lewej stronie wstała.

- Siadać! Na miejsce!

Kobieta opadła na krzesło, nawet jej nie dotknęli. Jeden z jej warkoczy zwiniętych w kok uwolnił się spod wsuwki i lekko zwisał.

- Nikt wam nie pozwolił wstać. Będziecie siedzieć przy stole, póki nie dostaniecie innego rozkazu. W milczeniu. Jeśli jedzenie było zatrute, trucizna zadziała szybko.

Esesman przyjrzał nam się po kolei, chcąc sprawdzić, jakie wrażenie wywołały jego słowa. Zamarłyśmy. Potem zwrócił się ponownie do kobiety, która wstała; miała na sobie tradycyjny dirndl, może jej zachowanie było spowodowane chęcią okazania szacunku.

- Wystarczy godzina, uspokój się - powiedział do niej. - Za godzinę będziecie wolne.

- Albo martwe - dodał drugi.

Poczułam ucisk w klatce piersiowej. Dziewczyna z trądzikiem ukryła twarz w dłoniach, zduszając szloch.

- Uspokój się - syknęła siedząca obok niej brunetka, ale pozostałe też już płakały niczym syte krokodyle. Może taki był efekt uboczny procesów trawiennych.

- Mogę zapytać, jak się pani nazywa? - powiedziałam cicho.

Dziewczyna z trądzikiem nie zrozumiała, że zwracam się do niej. Wyciągnęłam rękę, chwyciłam ją za nadgarstek, wzdrygnęła się, spojrzała na mnie tępym wzrokiem; zobaczyłam czerwone żyłki na jej twarzy.

- Jak się nazywasz? - powtórzyłam.

Dziewczyna podniosła głowę, patrząc w kąt sali, nie wiedziała, czy wolno jej mówić; strażnicy zajęli się sobą, zbliżało się południe, byli już trochę ospali. Chyba nie zwracali na nas uwagi, bo szepnęła: Leni, Leni Winter, takim tonem, jakby to było pytanie.

- Ja jestem Rosa - odpowiedziałam. - Niedługo wrócimy do domu, Leni. Zobaczysz.

Leni jeszcze nie wyrosła na dobre z wieku dziecięcego, widać to było po jej pulchnych dłoniach; miała twarz dziewczyny, której dotąd nikt nie zaciągnął do stodoły, nawet w pełnym wyczerpania rozprężeniu pod koniec żniw.

W trzydziestym ósmym, po wyjeździe mojego brata Franza, Gregor zabrał mnie do Groß Partsch, żebym poznała jego rodziców. Zobaczysz, zakochają się w tobie, powiedział, dumny z berlińskiej sekretarki, którą zdobył. Sekretarki, która zaręczyła się ze swoim szefem, jak w kinie.

Ależ piękna była ta podróż w koszu motocykla. Ku wschodnim krainom wiedzie nasz szlak, brzmiały słowa pieśni. Nadawali ją przez uliczne megafony, nie tylko dwudziestego kwietnia. Urodziny Hitlera były codziennie.

Po raz pierwszy wsiadłam na prom i jechałam gdzieś sama z mężczyzną. Herta umieściła mnie w pokoju syna, a Gregora wysłała na poddasze. Kiedy jego rodzice poszli spać, on otworzył drzwi i wślizgnął się pod moją kołdrę.

- Nie - wyszeptałam. - Nie tu.

- To chodź do stodoły.

Oczy mi zwilgotniały.

- Nie mogę; co będzie, jak twoja matka się zorientuje?

Nigdy dotąd się nie kochaliśmy. Z nikim wcześniej się nie kochałam.

Gregor delikatnie pogładził moje wargi, wodził palcem po ich obrysie, potem przycisnął silniej, aż dotknął zębów, rozwarł mi usta, zagłębił w nie dwa palce. Czułam ich suchość na języku. Mogłabym go teraz ugryźć. Gregor nawet o tym nie pomyślał. Zawsze mi ufał.

W nocy nie wytrzymałam, sama poszłam na strych i otworzyłam drzwi. Gregor spał. Zbliżyłam wargi do jego pół­ otwartych ust, chcąc zmieszać nasze oddechy. Obudził się.

- Chciałaś wiedzieć, jak pachnę, kiedy śpię? - Uśmiechnął się do mnie.

Włożyłam mu w usta palec, potem dwa, potem trzy, wpuścił je do środka, czułam wilgoć jego śliny. To była miłość: zęby, które nie gryzą. Lub zgoda na ryzyko zdradliwego ukąszenia, jak u psa, który buntuje się przeciw panu.

Miałam na sobie naszyjnik z czerwonych kamieni, kiedy w podróży powrotnej chwycił mnie za szyję. Zrobiliśmy to nie w stodole jego rodziców, ale w pozbawionej bulaja kabinie promu.

- Muszę wyjść - szepnęła Leni.

Tylko ja to usłyszałam.

Brunetka siedząca obok niej miała mocno zarysowane kości policzkowe, lśniące włosy i coś twardego w spojrzeniu.

- Ćśśś. - Pogładziłam Leni po nadgarstku; tym razem się nie wzdrygnęła. - Jeszcze tylko dwadzieścia minut, już prawie koniec.

- Muszę wyjść - powtórzyła.

Brunetka popatrzyła na nią z ukosa.

- Naprawdę nie możesz usiedzieć cicho? - Szarpnęła ją.

- Co ty wyprawiasz? - prawie krzyknęłam.

Esesmani zwrócili się do mnie.

- Co się dzieje?

Wszystkie kobiety popatrzyły w moją stronę.

- Proszę - powiedziała Leni.

Jeden z esesmanów stanął naprzeciwko mnie. Chwycił dziewczynę za ramię i dobitnie powiedział jej na ucho coś, czego nie dosłyszałam, ale co straszliwie wykrzywiło jej twarz.

- Źle się czuje? - zapytał drugi strażnik.

Kobieta w dirndlu znów zerwała się na równe nogi.

- Trucizna! - krzyknęła.

Również pozostałe wstały z miejsc, a Leni zebrało się na wymioty, esesman w ostatniej chwili odskoczył, gdy zwracała posiłek na podłogę.

Strażnicy wybiegli z pomieszczenia, wezwali kucharza, zaczęli go wypytywać, Führer miał rację, Anglicy chcą go otruć, część kobiet padła sobie w objęcia, inne płakały z twarzami zwróconymi do ściany, brunetka chodziła tam i z powrotem, z rękami na biodrach i głośno, dziwacznie pociągając nosem. Podeszłam do Leni, chwyciłam ją za czoło.

Kobiety trzymały się za brzuchy, ale nie dlatego, żeby je coś bolało. Zaspokoiły głód, a nie były do tego przyzwyczajone.

Trzymali nas w środku przez ponad godzinę. Podłogę wytarto gazetami i mokrą ścierką, w powietrzu pozostała kwaśna woń wymiocin. Leni nie umarła, przestała tylko drżeć. Potem zasnęła z głową na blacie stołu, ściskając mnie za rękę i opierając policzek na ramieniu. Jak mała dziewczynka. Czułam, że zaczyna mnie wiercić w żołądku, ale byłam zbyt zmęczona, żeby się tym przejąć. Gregor zaciągnął się i wysłali go na front.

Nie był nazistą, nigdy nie byliśmy nazistami. Jako nastolatka nie chciałam wstąpić do Związku Niemieckich Dziewcząt, nie podobała mi się czarna chusta pod kołnierzem białej bluzki. Nigdy nie byłam dobrą Niemką.

Czas naszego trawienia dłużył się niemiłosiernie, ale w końcu odwołano alarm, strażnicy obudzili Leni i ustawili nas w kolejce do autobusu, który miał nas zawieźć do domu. Mój żołądek już się nie buntował: zajął się swoją pracą. Moje ciało przyjęło pokarm Führera, pokarm Führera krążył mi we krwi. Hitler był bezpieczny. Ja znów byłam głodna.

2

Tamtego dnia w białych ścianach stołówki zostałam degustatorką posiłków Hitlera.

Była jesień 1943 roku, miałam za sobą dwadzieścia sześć lat życia, pięćdziesiąt godzin podróży i siedemset przejechanych kilometrów. Tydzień wcześniej opuściłam Berlin i dotarłam do Prus Wschodnich, do wsi, w której urodził się Gregor, ale Gregora tam nie było. Przeprowadziłam się do Groß Partsch, żeby uciec przed wojną.

Zjawili się w domu moich teściów poprzedniego dnia, bez zapowiedzi, i oznajmili, szukamy Rosy Sauer. Nie słyszałam ich, bo byłam na podwórzu za domem. Nie słyszałam nawet warkotu silnika samochodu, który zajechał pod gospodarstwo, widziałam tylko uciekające kury, przepychające się w drodze do kurnika.

- Szukają cię - powiedziała Herta.

- Kto?

Odwróciła się bez odpowiedzi. Zawołałam Zarta, nie przyszedł: to był kot światowiec, codziennie rano wychodził na spacer po wsi. Potem poszłam za Hertą, zastanawiając się, kto mnie szuka, przecież nikt mnie tu nie zna, dopiero przyjechałam, o Boże, a może Gregor wrócił?

- Czy mój mąż wrócił? - zapytałam, ale Herta była już w kuchni, stanęła plecami do wejścia, zasłaniała światło. Także Joseph stał pochylony, opierając się dłonią o blat stołu.

- Heil Hitler! - Dwie ciemne sylwetki wyrzuciły prawe ramiona w moją stronę.

Ja również podniosłam rękę, przeszedłszy przez próg. W kuchni było dwóch mężczyzn w szarozielonych mundurach. Ich twarze przesłaniał zastygły cień. Jeden z nich powiedział:

- Rosa Sauer.

Skinęłam głową.

- Führer pani potrzebuje.

Führer nigdy nie widział mnie na oczy, a jednak mnie potrzebował.

Herta wytarła dłonie w fartuch, a esesman mówił dalej, zwracał się do mnie, patrzył tylko na mnie, przyglądał się, by mnie wycenić, rękodzieło o zdrowej i mocnej konstrukcji; oczywiście, głód mnie trochę osłabił, syreny wyjące po nocach zabrały mi sen, utrata wszystkiego i wszystkich zmatowiła spojrzenie. Ale twarz miałam krągłą, włosy gęste i jasne: młoda Aryjka już wytresowana przez wojnę, stuprocentowy produkt narodowy, tak dobry, jak to tylko możliwe, naprawdę świetny interes.

Esesman ruszył do wyjścia.

- Może coś wam podać? - zapytała Herta z karygodnym opóźnieniem.

Wieśniacy nie potrafią przyjmować ważnych ludzi. Joseph się wyprostował.

- Przyjedziemy jutro o ósmej, niech pani będzie gotowa - powiedział drugi esesman, który do tej pory milczał, i ruszył za pierwszym.

Esesmani albo odmówili z grzeczności, albo nie lubili kawy z żołędzi, choć może zostało wino, jedna butelka zachowana w piwnicy na powrót Gregora, w każdym razie nie przyjęli zaproszenia Herty, zresztą, co tu ukrywać, mocno spóźnionego. A może tylko nie chcieli folgować słabościom, hartowali ciało abstynencją, uleganie zachciankom osłabiało, a oni mieli siłę woli. Wrzasnęli Heil Hitler, energicznie wyrzucając ramiona do przodu - wskazywali na mnie.

Kiedy samochód odjechał, podeszłam do okna. Ślady kół na żwirze rysowały ścieżkę prowadzącą do miejsca mojej kaźni. Przeszłam do drugiego okna, do innej izby, zataczając się od ściany do ściany w poszukiwaniu powietrza, jakiejś drogi wyjścia. Herta i Joseph szli za mną. Proszę, dajcie mi pomyśleć. Dajcie mi zaczerpnąć tchu.

Z tego, co powiedzieli esesmani, wynikało, że moje nazwisko podał burmistrz. Taki burmistrz wiejskiej gminy zna każdego, nawet nowo przybyłych.

- Musimy znaleźć jakiś sposób. - Joseph gniótł dłonią brodę, jakby dało się z niej wycisnąć rozwiązanie.

Pracować dla Hitlera, poświęcić za niego swoje życie: czyż nie to robili wszyscy Niemcy? Ale żebym miała zjeść zatrute jedzenie i umrzeć w taki sposób, bez karabinowego wystrzału, bez eksplozji, na to mój teść nie umiał się zgodzić. Śmierć w ukryciu, za kulisami. Śmierć godna myszy, nie bohatera. Kobiety nie umierają jak bohaterowie.

- Muszę wyjechać.

Zbliżyłam twarz do szyby; próbowałam wziąć głęboki oddech, za każdym razem przerywało go kłucie na wysokości obojczyka. Zmieniłam okno. Kłucie w żebrach, płytki oddech.

- Przyjechałam tu, bo szukałam lepszego życia, a tymczasem mogę skończyć otruta. - Roześmiałam się gorzko, z pretensją, jakby to teściowie skierowali do mnie esesmanów.

- Musisz się ukryć - powiedział Joseph. - Gdzieś schować.

- W lesie - zasugerowała Herta.

- W lesie? Żebym umarła z zimna i głodu?

- Będziemy ci przynosić jedzenie.

- Oczywiście - potwierdził Joseph. - Przecież cię nie zostawimy.

- A jak będą mnie szukać?

Herta popatrzyła na męża.

- Myślisz, że będą?

- Dobrze tego nie przyjmą, to pewne... - Joseph nie chciał być do końca szczery.

Byłam dezerterką bez armii, byłam śmieszna.

- Możesz wrócić do Berlina - zasugerował.

- Właśnie, możesz wrócić do domu - zawtórowała mu Herta. - Aż tam nie będą cię ścigać.

- Nie mam już domu w Berlinie, zapomnieliście? Nigdy bym tu nie przyjechała, gdybym nie musiała!

Twarz Herty stężała. W jednej chwili rozbiłam wszystkie pokłady uprzejmości przypisane do naszych ról społecznych, do naszej powierzchownej zaledwie znajomości.

- Przepraszam, nie chciałam...

- Daj spokój - ucięła.

Zachowałam się wobec niej bez szacunku, ale jednocześnie szeroko otwarłam drzwi zaufania między nami. Poczułam, że jest mi bliska, chciałam jej się uchwycić, żeby wzięła mnie do siebie, żeby się mną zaopiekowała.

- A wy? - zapytałam. - Jeśli przyjdą i mnie nie zastaną, to mogą się zemścić na was.

- Damy sobie radę - odpowiedziała Herta i wyszła.

- Co chcesz zrobić? - Joseph przestał znęcać się nad swoją brodą.

Rozwiązania nie było.

Wolałam umrzeć w obcym miejscu niż w swoim mieście, gdzie już nikogo nie miałam.

Drugiego dnia w roli degustatorki obudziłam się o świcie. Kogut zapiał, a żaby nagle przestały rechotać, jakby wszystkie naraz zapadły w sen. Właśnie wtedy poczułam się bezbrzeżnie samotna po źle przespanej nocy. W odbiciu w oknie zobaczyłam sine obwódki wokół oczu i poznałam, że to ja. To nie była wina bezsenności ani wojny, zawsze miałam cienie pod oczami. Moja matka mówiła zamknij te książki, no sama zobacz, jak wyglądasz, mój ojciec mówił czy to nie brak żelaza, panie doktorze, a mój brat pocierał swoim czołem o moje, bo ten jedwabny dotyk go usypiał. W odbiciu w szybie widziałam te same oczy w ciemnych obwódkach, jakie miałam od dziecka, i zrozumiałam, że były zwiastunem mego losu.

Wyszłam poszukać Zarta, który drzemał zwinięty w kłębek przy ogrodzeniu kurnika, jakby czuł się odpowiedzialny za kury. Swoją drogą to nieroztropne zostawiać panie samym sobie - Zart był samcem ze starej szkoły, znał się na tym. A Gregor się zaciągnął: chciał być dobrym Niemcem zamiast dobrym mężem.

Na naszą pierwszą randkę umówił się ze mną w kawiarni niedaleko katedry i przyszedł spóźniony. Usiedliśmy przy stoliku na zewnątrz, mimo jasnego słońca było dość chłodno. Ja zachwycałam się odkrywaniem w ptasim chórze motywów muzycznych, a w ich locie - choreografii wykonywanej specjalnie dla mnie na tę właśnie chwilę, która wreszcie nadeszła i przypominała taką miłość, o jakiej marzyłam jako dziewczynka. Od stada oderwał się ptak; samotny, dumny, lotem nurkowym schodził nad samo lustro wody, muskał skrzydłami Szprewę i wzbijał się w górę - to było tylko spontaniczne pragnienie ucieczki, nieświadomość wyrywająca się ze stadnych zachowań, impulsywny gest upajającej euforii. Ta sama euforia wibrowała w moim ciele. W obecności mojego szefa, młodego inżyniera siedzącego ze mną w kawiarni, czułam, że szczęście dopiero się zaczyna.

Zamówiłam szarlotkę i nawet jej nie skosztowałam. Gregor zwrócił mi na to uwagę: Nie smakuje ci? Zaśmiałam się: Nie wiem. Przesunęłam talerzyk w jego stronę i kiedy zobaczyłam, jak pochłania pierwszy kęs, przeżuwając w pośpiechu, z typową dla niego łapczywością, sama nabrałam ochoty. Wzięłam kawałek, potem drugi; skończyło się na tym, że jedliśmy z jednego talerzyka, gadając o wszystkim i o niczym, nie patrząc na siebie, jakby to był już nadmiar bliskości, aż spotkały się nasze widelczyki. W tym momencie przerwaliśmy i podnieśliśmy głowy. Popatrzyliśmy na siebie przeciągle, ptaki wykonywały akrobacje na niebie albo przysiadały zmęczone na gałęziach, balustradach i latarniach, kto wie, może kierowały dzioby ku rzece, by rzucić się do wody i już więcej nie wypłynąć. Potem Gregor celowo przytrzymał mój widelczyk swoim i poczułam się tak, jakby mnie dotknął.

Herta spóźniła się po jajka: może i ona przez noc nie zmrużyła oka, a rano nie mogła się dobudzić. Siedzę nieruchomo na żelaznym pordzewiałym krześle, Zart zwinął się w kłębek na moich stopach; teściowa usiadła obok mnie, zapomniawszy o śniadaniu.

Zaskrzypiały drzwi.

- Już są? - zapytała Herta.

Joseph, oparty o futrynę, pokręcił głową.

- Jajka - powiedział, wskazując palcem podwórze.

Zart poszedł za nim, nieco zarzucając łapą, zabrakło mi jego ciepła na stopach.

Brzask cofnął się niczym morze podczas odpływu, zostawiając za sobą poranne niebo, blade i bezkrwiste. Kury zaczęły gdakać, ptaki zaświergotały, pszczoły brzęczały do świetlistego dysku wstającego nad nami, ale pisk hamulców uciszył je wszystkie.

- Wstawaj, Rosa Sauer! - usłyszeliśmy wołanie.

Herta i ja zerwałyśmy się na równe nogi, Joseph wrócił z jajkami w ręku. Nie zauważył, że ścisnął je nieco zbyt mocno, jedno z nich pękło mu w garści, między palcami ściekały lepkie, błyszczące strużki zabarwione na pomarańczowo. Nie mogłam oderwać od nich wzroku, za chwilę spłyną z dłoni i bezdźwięcznie wylądują na ziemi.

- Pospiesz się, Rosa Sauer! - poganiali esesmani.

Herta położyła mi rękę na ramieniu, poruszyłam się.

Wolałam poczekać na powrót Gregora. Wierzyć, że wojna się skończy. Wolałam jeść.

Rozejrzałam się szybko po wnętrzu autobusu i zajęłam pierwsze wolne miejsce, daleko od reszty kobiet. Były cztery, dwie siedziały obok siebie, dwie pozostałe osobno. Nie pamiętałam ich imion. Znałam tylko imię Leni, która jeszcze nie wsiadła.

Żadna nie odpowiedziała na powitanie. Patrzyłam na teściów przez szybę zabrudzoną po deszczu. Stali w progu, ona mimo choroby stawów podnosiła rękę, on wciąż trzymał zbite jajko. Patrzyłam na dom - dachówki poczerniałe od mchu, różowy tynk i kwiaty kozłka rosnące kępkami na nagiej ziemi - dopóki nie znikł za zakrętem. Będę na niego patrzeć codziennie rano, jakbym miała nigdy więcej go nie ujrzeć. Aż któregoś dnia przestanę za nim tęsknić.

Kwatera główna pod Rastenburgiem znajdowała się trzy kilometry od Groß Partsch, ukryta w lesie, niewidoczna z powietrza. Kiedy zaczęto ją budować, opowiadał Joseph, okoliczni mieszkańcy pytali, co znaczy ten ciągły ruch wozów i ciężarówek. Sowieckie samoloty nigdy jej nie zlokalizowały. Ale my wiedzieliśmy, że Hitler tam jest, że śpi całkiem niedaleko i może latem wierci się w łóżku, bez powodzenia tłukąc zakłócające mu sen komary; może i on rozdrapuje czerwone ślady po ukłuciach, szarpany przeciwstawnymi pragnieniami, które wywołuje swędzenie: choć nie znosisz archipelagu rumianej wysypki na skórze, jednak jakaś część ciebie nie chce się go pozbyć, bo drapanie przynosi tak wielką przyjemność.

Nazywali ją Wolfsschanze, Wilczy Szaniec. Wilk to był jego samozwańczy przydomek. Naiwna niczym Czerwony Kapturek znalazłam się w jego brzuchu. Tropił go legion myśliwych. Poświęcą moje życie bez wahania, byle tylko go dopaść.

3

Dojechawszy do Krausendorfu, wysiadłyśmy pod budynkiem z czerwonej cegły, w którym kiedyś była szkoła, a teraz mieściły się koszary, i ruszyłyśmy przed siebie zwartym rzędem, jedna za drugą. Przeszłyśmy przez bramę z uległością stada krów, esesmani zatrzymali nas w korytarzu i przeszukali. To było straszne, czuć, jak ich ręce przesuwają się po biodrach i pod pachami, i nie móc zrobić nic więcej, tylko wstrzymać oddech.

Odpowiadałyśmy, wywoływane po nazwisku, a oni odhaczali nas w rejestrze; usłyszałam, że brunetka, która szarpała Leni, nazywa się Elfriede Kuhn.

Kazali nam wchodzić po dwie do pomieszczenia, w którym unosił się zapach alkoholu, pozostałe czekały pod drzwiami na wezwanie. Oparłam łokieć na szkolnej ławce, mężczyzna w białym kitlu przewiązał mi ramię opaską uciskową i dwoma złączonymi palcami postukał po skórze. Pobranie krwi definitywnie potwierdziło nasz status królików doświadczalnych: jeśli to, co się stało dzień wcześniej, stanowiło inaugurację czy próbę generalną, to począwszy od tego momentu, nasze zatrudnienie w charakterze degustatorek nabierało ostatecznej mocy.

Kiedy igła trafiła w żyłę, odwróciłam wzrok. Elfriede siedziała obok mnie, zapatrzona w strzykawkę, która zasysała jej krew, wypełniając się coraz ciemniejszą czerwienią. Nigdy nie potrafiłam patrzeć na własną krew: świadomość, że ten ciemny płyn to coś, co pochodzi z mojego wnętrza, przyprawia mnie o zawroty głowy. A więc patrzyłam na Elfriede, na jej sylwetkę jak kartezjański układ współrzędnych, na jej obojętność. Instynktownie wyczuwałam jej piękno, ale jeszcze go nie widziałam - to było twierdzenie matematyczne, które dopiero czekało na przeprowadzenie dowodu.

Zanim zdałam sobie z tego sprawę, jej profil zmienił się w spoglądającą na mnie surowo twarz. Rozszerzyła nozdrza, jakby brakowało jej powietrza, a ja otwarłam usta, by zaczerpnąć tchu. Nie powiedziałam ani słowa.

- Proszę tu przytrzymać - pouczył mnie mężczyzna w kitlu, przyciskając mi wacik do skóry.

Usłyszałam, jak opaska uciskowa z lekkim trzaśnięciem uwalnia ramię Elfriede i jej zydel szura po podłodze. Ja też wstałam.

Przy stole poczekałam, aż usiądą pozostałe. Większość odruchowo skierowała się do tych samych miejsc co dzień wcześniej; wolne pozostało tylko jedno, naprzeciwko Leni, odtąd było już moje.

Po śniadaniu - mleko i owoce - podano nam obiad. Na moim talerzu leżała zapiekanka ze szparagami. Z czasem przekonam się, że podawanie różnych kombinacji potraw różnym degustatorkom było jedną z procedur kontrolnych.

Rozejrzałam się po stołówce - okna z wprawionymi żelaznymi kratami, wyjście na podwórze nieustannie pilnowane przez strażnika, ściany pozbawione obrazów - tak jak się rozgląda po obcym miejscu. Pamiętam, że pierwszego dnia w szkole, kiedy matka zostawiła mnie w klasie i poszła, zrobiło mi się smutno na myśl, że może mi się stać coś złego, a jej przy mnie nie będzie. Przygnębiał mnie nie tyle zagrażający mi świat, ile niemoc mojej matki. Myśl, że moje życie biegnie dalej, podczas gdy ona nic o nim nie wie, wydawała się nie do przyjęcia. To, co było przed nią ukryte, choć przecież nie celowo, już stanowiło zdradę. W klasie szukałam szczeliny w ścianie, pajęczyny, czegoś, co mogłoby się stać moją własną tajemnicą. Oczy błądziły po pomieszczeniu, które wydawało się olbrzymie: potem dostrzegłam brakujący fragment listwy przypodłogowej i to mnie uspokoiło.

Listwy przypodłogowe w stołówce w Krausendorfie nie miały ubytków. Gregora nie było, ja czułam się samotna. Buciory esesmanów odmierzały rytm posiłku, odliczały czas do naszej potencjalnej śmierci. Jakie pyszne są te szparagi, ale czy trucizna nie jest gorzka? Przełykałam i stawało mi serce.

Elfriede także jadła szparagi i wciąż mnie obserwowała, ja zaś piłam jedną szklankę wody za drugą, żeby rozcieńczyć udrękę. Może to moja sukienka ją interesowała, może teściowa miała rację, że ten deseń w kratę jest nie na miejscu, nie szłam przecież do biura, nie pracowałam już w Berlinie, przestań ubierać się jak miastowa, powiedziała, bo inaczej wszyscy zaczną na ciebie krzywo patrzeć. Elfriede nie patrzyła na mnie krzywo (a może jednak?), ale ja włożyłam moją najwygodniejszą sukienkę, najczęściej noszoną - uniform, jak ją nazywał Gregor. Tę, w której nie musiałam o nic pytać, ani czy dobrze na mnie leży, ani czy przyniesie mi szczęście; była schronieniem, także przed Elfriede, która przyglądała mi się badawczo i nawet nie starała się tego ukryć, wpijała wzrok w deseń sukienki z taką gwałtownością, że aż drżał, z taką gwałtownością, że strzępiły się brzegi ubrania, rozwiązywały się sznurówki moich trzewików na obcasie i opadała fala włosów na głowie, a ja piłam i czułam, jak mój pęcherz się wypełnia.

Obiad się jeszcze nie skończył i nie wiedziałam, czy wolno nam odejść od stołu. Czułam parcie na pęcherz tak jak w piwnicy przy Budengasse, gdzie chroniłyśmy się z matką razem z innymi mieszkańcami domu, kiedy nocą rozbrzmiewały syreny alarmowe. Tu jednak nie było kubła w rogu, a ja nie mogłam już wytrzymać. Zanim zdążyłam pomyśleć, już stałam i pytałam, czy mogę iść do łazienki. Esesmani zgodzili się; kiedy jeden z nich, bardzo wysoki mężczyzna o wielkich stopach, eskortował mnie korytarzem, usłyszałam głos Elfriede: Mnie też się chce.

Kafelki były wytarte, spoiny między nimi poczerniałe. Dwie umywalki i czworo drzwi. Esesman został w korytarzu, weszłyśmy, wślizgnęłam się do jednej z kabin. Nie usłyszałam, by którekolwiek z pozostałych drzwi się zamknęły. Elfriede znikła albo nasłuchiwała. Zawstydził mnie szum mojego moczu płynącego w absolutnej ciszy. Kiedy otwarłam drzwi, ona zablokowała je czubkiem buta. Chwyciła mnie dłonią za ramię, przycisnęła do ściany. Kafelki śmierdziały środkiem odkażającym. Zbliżyła twarz do mojej, zrobiła to niemal ze słodyczą.

- Czego chcesz? - zapytała.

- Ja?

- Dlaczego tak na mnie patrzyłaś przy pobieraniu krwi?

Próbowałam się uwolnić z jej uścisku, ale była silniejsza.

- Radzę ci, żebyś się zajęła swoimi sprawami. Tu, w środku, lepiej, żeby każda zajmowała się sobą.

- Ja po prostu nie mogę patrzeć na swoją krew.

- Ale na cudzą możesz, tak?

Stuk metalu o drewno spłoszył nas obie. Elfriede się cofnęła.

- Co tu wyprawiacie? - zapytał z zewnątrz esesman, potem wszedł do środka. Kafelki były wilgotne i zimne, a może to był mój pot na plecach.

- Zmawiacie się?

Nosił ogromne buty z cholewami, doskonałe do rozgniatania głów wężom.

- Zakręciło mi się w głowie, to pewnie przez pobranie krwi - wymamrotałam, wskazując na czerwony punkcik w zgięciu łokcia, na żyle. - Ona mnie podtrzymała. Już mi lepiej.

Strażnik uprzedził, że jeśli jeszcze raz nakryje nas na takich intymnych zachowaniach, da nam nauczkę. A właściwie to nie, właściwie to skorzysta z okazji, powiedział. I wtedy już nie będzie nas uprzedzał, zarechotał.

Wróciłyśmy do stołówki, wysoki esesman - odtąd nazywałam go Patykiem - za nami, bacząc na każdy nasz krok.

Pomylił się.

Między Elfriede a mną nie było żadnej intymności, tylko strach. Mierzyłyśmy innych i przestrzeń między nami z takim samym nieświadomym przerażeniem jak dziecko dopiero co wydane na świat.

Wieczorem, w łazience domu Sauerów, woń szparagów w mojej urynie przypomniała mi o Elfriede. Prawdopodobnie i ona, siedząc na sedesie, czuła ten sam zapach. A także Hitler w swoim bunkrze. Tego wieczoru uryna Hitlera cuchnęła tak samo jak moja.

4

Urodziłam się 27 grudnia 1917 roku, jedenaście miesięcy przed końcem wielkiej wojny. Spóźniony prezent na Boże Narodzenie. Moja matka mówiła, że Święty Mikołaj zapomniał o mnie, ale potem usłyszał, jak krzyczę w jego sankach, tak opatulona, że zupełnie nie było mnie widać, i choć niechętnie, zawrócił do Berlina: właśnie zaczął ferie i był zły na tę nadprogramową dostawę. Całe szczęście, że się zorientował, mówił mój ojciec, tamtego roku to był jedyny prezent, jaki dostaliśmy.

Ojciec był kolejarzem, matka krawcową. Na podłodze pokoju dziennego walały się zawsze szpulki i różnobarwne nitki. Matka śliniła końcówkę nici, by łatwiej było nawlec ją na igłę, a ja ją naśladowałam. W ukryciu ssałam kawałek nici i obracałam ją na języku, próbując jej konsystencji; potem, kiedy była już miękką grudką, nie mog­ łam się oprzeć myśli, żeby ją połknąć i sprawdzić, czy mnie nie zabije, kiedy już znajdzie się w środku. Następne minuty spędzałam na wypatrywaniu sygnałów nieuchronnie nadchodzącej śmierci, ale ponieważ wciąż żyłam, szybko puszczałam wszystko w niepamięć. Jednak w nocy przypominałam sobie o tym znowu, przekonana, że właśnie nadeszła moja godzina. Zabawa w śmierć zaczęła się bardzo wcześnie. Nikomu nie pisnęłam o tym słowa.

Wieczorem ojciec słuchał radia, a matka sprzątała nitki rozsiane po podłodze i kładła się do łóżka z egzemplarzem "Deutsche Allgemeine Zeitung", by przeczytać kolejny odcinek swojej ulubionej powieści. Takie było moje dzieciństwo: zaparowane szyby okien wychodzących na Budengasse, tabliczka mnożenia opanowana przed czasem, droga piechotą do szkoły w najpierw za luźnych, a potem za ciasnych butach, główki mrówek odrywane paznokciem, niedziele, kiedy tato i mama uczestniczyli w liturgii, śledząc jej przebieg w mszalikach, a ja siedziałam z nimi w ławce, czasem zaciekawiona, częściej znudzona, jednofenigowa moneta w ustach - metal był słony, szczypał, przymykałam oczy z rozkoszy, językiem popychałam ją prawie do samego gardła, coraz bliżej granicy przełyku, gotową zsunąć się w dół, i wypluwałam ją w ostatniej chwili. Moje dzieciństwo to były książki pod poduszką, rymowanki śpiewane z tatą, zabawa w ciuciubabkę na podwórzu, drożdżowa strucla na Boże Narodzenie, wycieczki do Tiergarten, a także dzień, w którym podeszłam do kołyski Franza, chwyciłam zębami jego rączkę i mocno ugryzłam. Mój brat zaczął krzyczeć, jak krzyczą noworodki, nikt nie wiedział, co mu zrobiłam.

Moje dzieciństwo było pełne przewinień i sekretów, a mnie zbytnio pochłaniało ich strzeżenie, by zwracać uwagę na innych. Nie zadawałam sobie pytania, gdzie moi rodzice zdobywają mleko, które kosztowało najpierw setki, a potem tysiące marek, czy szturmują sklepy spożywcze, rzucając wyzwanie policji. Nawet wiele lat później nie pytałam, czy oni także czuli się upokorzeni traktatem wersalskim, czy nienawidzili Stanów Zjednoczonych tak jak wszyscy, czy uważali, że niesprawiedliwie uznano ich za winnych wojny, w której walczył mój ojciec - całą noc spędził w okopie razem z jakimś Francuzem i w pewnym momencie zdrzemnął się obok trupa.

W czasie kiedy całe Niemcy były jedną wielką raną, moja matka zwilżała końcówkę nici, przygryzając przy tym wargi - przypominała wtedy z twarzy żółwia, co mnie bardzo śmieszyło - ojciec po pracy słuchał radia, paląc papierosy marki Juno, a Franz drzemał w kołysce ze zgiętym ramieniem, z dłonią przy uchu i palcami zwiniętymi w miękką piąstkę.

A ja w swoim pokoju dokonywałam przeglądu moich przewinień i sekretów i nie czułam najmniejszych wyrzutów sumienia.

5

- Nic z tego nie rozumiem - biadoliła Leni. Siedziałyśmy po kolacji przy sprzątniętym stole, z otwartymi książkami i ołówkami, które przynieśli nam strażnicy. - Tu jest tyle trudnych słów.

- Na przykład?

- Alyma... nie, amyla... czekaj. - Leni sprawdziła w książce. - Amylaza. Albo ten drugi, pe­psy... pe­psy­no­gen.

Na początku drugiego tygodnia do jadalni wszedł kucharz i rozdał nam książki i broszury na temat żywienia, zachęcając do lektury. Powiedział, że nasze zadanie jest poważne i należy do niego podchodzić w sposób profesjonalny. Przedstawił się jako Otto Günther, ale wiedziałyśmy, że wszyscy tu nazywają go Krümel, Okruszek. Tak mówili o nim esesmani, może dlatego, że był niski i drobny. Kiedy przyjeżdżałyśmy do koszar, on ze swoimi pomocnikami przygotowywał już śniadanie, którego my próbowałyśmy od razu, natomiast Hitler jadł je około dziesiątej, gdy zapoznał się już z raportami z frontu. Około jedenastej jadłyśmy to, co on miał dostać na obiad. Po odczekaniu godziny zabierali nas do domu, ale o piątej po południu znów po nas przyjeżdżali, żebyśmy degustowały kolację.

Tego dnia, kiedy Krümel wydał nam książki, jedna z kobiet przekartkowała swoją i prychnęła, wzruszając ramionami. Jej kanciaste barki były nieproporcjonalnie szerokie w stosunku do szczupłych kostek widocznych pod czarną spódnicą. Miała na imię Augustine. Leni tak zbladła, jakby zapowiedziano jej na jutro niemożliwy do zdania egzamin. Ja natomiast potraktowałam materiały jak coś na osłodę: nie dlatego, bym uważała, że przyda mi się zapamiętywanie zdań opisujących procesy trawienne, ani dlatego, bym chciała zrobić dobre wrażenie. Te schematy i tabele były dla mnie formą rozrywki. Mogłam przypomnieć sobie swoje dawne zamiłowanie do nauki i łudzić się, że nie straciłam samej siebie.

- Za nic w świecie tego nie zrozumiem - powiedziała Leni. - Myślisz, że będą nas z tego odpytywać?

- Że co, że strażnicy siądą za katedrą i będą nam wystawiać stopnie? Daj spokój. - Uśmiechnęłam się do niej.

Leni nie odwzajemniła uśmiechu.

- A lekarz przy następnym pobraniu krwi? Może zada nam z zaskoczenia jakieś podchwytliwe pytanie.

- To by nawet było zabawne.

- Co w tym zabawnego?

- Ja się tak czuję, jakbym grzebała we wnętrznościach Hitlera - powiedziałam z niepojętą wesołością. - Z tego, co tu piszą, da się nawet obliczyć, kiedy mniej więcej rozszerzy mu się mięsień zwieracza.

- To obrzydliwe!

To nie było obrzydliwe, tylko ludzkie. Adolf Hitler był istotą ludzką i trawił.

- Pani profesor skończyła już lekcję? Tak tylko pytam. Bo jak wykład się skończy, to dostaniesz od nas oklaski.

To była Augustine, ubrana na czarno kobieta o kanciastych ramionach. Strażnicy już nie żądali, byśmy były cicho, z woli szefa kuchni stołówka na nowo zaczęła przypominać szkolną klasę, a jego wolę należało uszanować.

- Przepraszam - powiedziałam, spuszczając głowę. - Nie chciałam ci przeszkadzać.

- Tak, tak, wiemy, że jesteś po szkołach w mieście.

- A co ciebie obchodzą jej szkoły? - wtrąciła się Ulla. - Teraz jest tutaj i je tak samo jak my: doskonałe potrawy, porządnie podlane sosem z trucizny. - Roześmiała się do siebie.

Szczupła w talii, z wysokim biustem, Ulla była ślicznot­ ką, tak ją nazywali esesmani. Wycinała z gazet fotografie aktorek i wklejała je do specjalnego zeszytu, czasem go przeglądała i pokazywała nam: patrzcie na te porcelanowe policzki Anny Ondry, która wyszła za boksera Maxa Schmelinga, na usta Ilse Werner, miękkie i soczyste, kiedy układały się w ciup i gwizdały w radiu refren piosenki Sing ein Lied wenn Du mal traurig bist - bo wystarczyło zaśpiewać piosenkę, by nie czuć się smutnym i samotnym, trzeba to było powiedzieć niemieckim żołnierzom. Jednak ulubioną aktorką Ulli była Zarah Leander z brwiami podobnymi do skrzydeł mewy i zalotnymi loczkami, taka jak w filmie Habanera.

- Dobrze robisz, że się tak elegancko ubierasz do koszar - powiedziała do mnie. Miałam na sobie sukienkę w ciemnobordowym kolorze z kołnierzykiem i bufiastymi rękawami, uszyła mi ją matka. - Jeśli umrzesz, przynajmniej będziesz odpowiednio ubrana. Nie będą cię musieli specjalnie szykować do trumny.

- Dlaczego wciąż mówicie sobie takie straszne rzeczy? - oburzyła się Leni.

Herta miała rację, dziewczynom przeszkadzał mój wygląd. Nie tylko Elfriede, która drugiego dnia wpatrywała się w kratkę mojej sukienki, a teraz czytała, opierając się plecami o ścianę z ołówkiem w ustach przypominającym zgaszonego papierosa. Sprawiała wrażenie, jakby ciążyło jej trwanie w pozycji siedzącej. Jakby zawsze była gotowa, by sobie pójść.

- Podoba ci się ta sukienka?

Ulla się zawahała, a po chwili powiedziała:

- Jest trochę konserwatywna, ale ma niemal paryski krój. No i na pewno lepsza ona niż ten dirndl, w który chciałaby nas wcisnąć Frau Goebbels - ściszyła głos - i w którym chodzi ona - dodała, wskazując oczami moją sąsiadkę przy stole, tę, która pierwszego dnia samowolnie wstała po obiedzie. Gertrude jej nie usłyszała.

- Co za banialuki! - Augustine uderzyła otwartymi dłońmi o blat stołu, jakby chciała się lepiej odbić, wstała i odeszła.

Nie wiedziała, jak zakończyć to gburowate wystąpienie, i przyszło jej na myśl, by dołączyć do Elfriede. Ona jednak nie odrywała oczu od podręcznika.

- No więc podoba ci się czy nie? - powtórzyłam.

Z wysiłkiem, jakby wiele ją to kosztowało, Ulla przyznała:

- Tak.

- Dobrze, w takim razie ci ją podaruję.

Cichy stuk sprawił, że podniosłam głowę. Elfriede zamk­ nęła książkę i założyła ręce na piersi; ołówek wciąż miała w ustach.

- I co zrobisz? Rozbierzesz się przed wszystkimi jak Święty Franciszek i dasz jej sukienkę? - Augustine skrzywiła się szyderczo, szukając wsparcia u Elfriede.

Ta pozostała niewzruszona.

Zwróciłam się do Ulli.

- Przyniosę ci ją jutro, jeśli chcesz. Albo raczej kiedy ją wypiorę.

W sali rozległ się szmer. Elfriede odeszła od ściany i usiadła naprzeciwko mnie. Z trzaskiem rzuciła podręcznik na stół, oparła na nim dłonie: palce bębniły o okładkę, kiedy Elfriede przewiercała mnie wzrokiem. Augustine dołączyła do niej, przekonana, że zaraz padnie wyrok w mojej sprawie, jednak Elfriede milczała, jej palce znieruchomiały.

- Przyjeżdża z Berlina, żeby nam dawać jałmużnę - jątrzyła Augustine. - Lekcje biologii i chrześcijańskiej miłości. Naprawdę chce nam pokazać, że jest od nas lepsza.

- Chcę ją - powiedziała Ulla.

- Będzie twoja - potwierdziłam.

Augustine mlasnęła. Później odkryję, że zawsze tak robi­ ła, kiedy chciała wyrazić dezaprobatę.

- Co u diabła...

- Ustawić się w rzędzie! - rozkazał nagle jeden ze strażników. - Godzina minęła.

Dziewczyny wstały w pośpiechu. Teatrzyk odegrany przez Augustine wciągnął je, ale pragnienie wyjścia ze stołówki było silniejsze; także dzisiaj wracały do domów całe i zdrowe.

Kiedy zajmowałam swoje miejsce w rzędzie, Ulla musnęła mój łokieć.

- Dziękuję - szepnęła i szybko mnie wyprzedziła.

Elfriede stała za mną.

- To nie jest szkoła dla panien w Berlinie. To są koszary - syknęła.

- Zajmij się swoimi sprawami - odezwałam się ku własnemu zaskoczeniu. - Sama mnie tego uczyłaś, nie? - Brzmiało to bardziej jak wytłumaczenie niż prowokacja.

Pragnęłam być miła dla Elfriede, nie chciałam jej drażnić, choć nie wiedziałam dlaczego.

- W każdym razie - odpowiedziała - młoda ma rację: w tych książkach nie ma nic zabawnego. Chyba że lubisz wiedzieć, jakie symptomy wywołują różne rodzaje trucizny. Sprawia ci przyjemność przygotowywanie się do śmierci?

Szłam dalej, milcząc.

Tego wieczoru uprałam bordową sukienkę dla Ulli. Oddanie jej w prezencie nie było ani żadnym wielkodusznym aktem, ani próbą zaskarbienia sobie przychylności mojej towarzyszki. To miał być gest pożegnania ze stolicą. Akt rezygnacji.

Trzy dni później wręczyłam Ulli sukienkę, suchą i wyprasowaną, opakowaną w gazetowy papier. Nigdy nie zobaczyłam, by włożyła ją do stołówki.

Herta zdjęła ze mnie miarę i zrobiła poprawki w części swoich ubrań, żebym mogła je nosić, zwężając je w biodrach i skracając nieco na moje usilne prośby: taka jest moda, tłumaczyłam. Berlińska moda, odpowiadała ze szpilkami w ustach zupełnie jak moja matka, lecz ani jedna nitka nie leżała na podłodze jej wiejskiego domu.

Powiesiłam sukienkę w kratę razem z całą swoją garderobą urzędniczki w szafie, która należała do Gregora. Buty sobie zostawiłam. Gdzie idziesz na tych obcasach, upominała mnie Herta, ale tylko w nich rozpoznawałam swoje kroki, choć tak niepewne się stały. W najbardziej mgliste poranki zdarzało mi się niemal ze złością chwytać wieszak na ubrania, nie było żadnego powodu, bym miała się upodabniać do reszty degustatorek, nie miałam z nimi nic wspólnego, dlaczego tak mi zależało na ich akceptacji?

Potem w lustrze widziałam swoje podkrążone oczy i złość zamieniała się w przygnębienie. Odkładałam sukienkę w kratę do szafy, zamykałam jedno skrzydło drzwi. Te obwódki wokół oczu były ostrzeżeniem, a ja nie umiałam odczytać go na czas, żeby uprzedzić los, by zagrodzić mu drogę. Pojęłam, że nie ma już miejsca dla dziewczynki śpiewającej w szkolnym chórze, jeżdżącej z koleżankami na łyżwach w mroźne popołudnia i dającej im odpisywać zadania z geometrii. Nie było już sekretarki, która zawróciła w głowie swojemu szefowi - była kobieta, której wojna nieoczekiwanie dodała lat, bo tak zapisano w jej krwi.

Tamtej nocy w marcu czterdziestego trzeciego, kiedy mój los został przestawiony na inny tor, syrena odezwała się swoim zwykłym głosem: najpierw cichy jęk, a po chwili regularne zawodzenie, akurat tyle czasu, ile wystarczyło, by matka zerwała się z łóżka.

- Wstawaj, Rosa! - zawołała. - Nalot.

Od śmierci ojca spałam na jego miejscu, żeby być blisko niej. Byłyśmy dorosłymi kobietami, obie znałyśmy codzienność małżeńskiego łoża i obie ją utraciłyśmy, podobieństwo zapachu naszych ciał pod kołdrą miało w sobie coś nieprzyzwoitego. Ale chciałam jej towarzyszyć, kiedy budziła się ze snu, nawet jeśli nie zawyła syrena. A może bałam się spać sama? Dlatego po wyjeździe Gregora wyprowadziłam się z mieszkania, które wynajmowaliśmy przy Altemesseweg, i przeniosłam się do rodziców. Dopiero uczyłam się być żoną, a już na powrót musiałam stać się córką.

- Pospiesz się - powiedziała matka, widząc, jak szukam jakiegoś ubrania. Sama zarzuciła płaszcz na koszulę nocną i wzuła pantofle.

Alarm nie różnił się od poprzednich: długie kwilenie, które narastało, jakby miało trwać wiecznie, ale około dziesiątej sekundy cichło. I od nowa.

Jak dotąd wszystkie alarmy okazywały się fałszywe. Za każdym razem zbiegałyśmy po schodach z zapalonymi latarkami, choć obowiązywało zaciemnienie. W ciemności mogłybyśmy się potknąć, stratować innych mieszkańców, tak jak my spieszących do piwnicy z dziećmi na rękach, z kocami i manierkami z wodą. Albo z pustymi rękami i przerażeniem w oczach. Za każdym razem znajdowałyśmy dla siebie trochę miejsca i siadałyśmy na ziemi w świetle gołej żarówki dyndającej pod sufitem. Podłoga była zimna, ludzie stłoczeni, wilgoć przenikała do szpiku kości.

My, zamieszkali przy Budengasse 78, ściśnięci obok siebie płakaliśmy i modliliśmy się, i wzywaliśmy pomocy, sika­ liśmy do wiadra na oczach innych albo wstrzymywaliśmy mocz mimo parcia na pęcherz; jakiś dzieciak ugryzł kęs jabłka, drugi mu je zabrał i pożarł tyle, ile zdążył, zanim wraz z plaśnięciem w policzek zostało mu odebrane; byliśmy głodni i siedzieliśmy w ciszy albo spaliśmy, a rano wychodziliśmy ze zmiętymi twarzami.

Wkrótce obietnica nowego dnia spłynie na błękitny tynk okazałej kamienicy na przedmieściach Berlina i roziskrzy się światłem. Jednak my, schronieni w tym budynku, nie zauważymy tego światła i w żadnym wypadku mu nie uwierzymy. Tamtej nocy, zbiegając po schodach i trzymając matkę pod ramię, zastanawiałam się, w jakiej tonacji wyje syrena przeciwlotnicza. Jako dziewczynka śpiewałam w szkolnym chórze, nauczycielka chwaliła mnie za czystość intonacji i barwę głosu, ale nigdy nie uczyłam się muzyki i nie potrafiłam rozróżniać nut. Jednak kiedy zajmowałam miejsce obok Frau Reinach w brązowej chustce na głowie, kiedy patrzyłam na ciemne buty Frau Preiß zdeformowane przez haluksy, na włosy wyrastające z uszu Herr Hollera i dwa maleńkie siekacze Antona, syna Schmidtów, kiedy oddech mojej matki, szepczącej mi, zmarzłaś, przykryj się, stawał się jedynym zapachem, którego mogłam się uchwycić, zarazem obscenicznym i dobrze znanym, nie obchodziło mnie nic innego, tylko to, jakiej wysokości tonu odpowiada przeciągłe wycie syreny.

Ryk bombowców w jednej chwili uciął wszystkie myśli. Matka ścisnęła mnie za rękę, jej paznokcie wbiły mi się w skórę. Mała Pauline zerwała się na nogi. Anne Langhans, jej matka, próbowała przyciągnąć ją do siebie, ale dziewczynka wywinęła jej się z uporem trzylatki. Patrzyła w górę, odrzucając głowę w tył i obracając ją, jakby szukała źródła tego dźwięku, jakby śledziła trajektorię lotu maszyny.

Potem sufit zadrżał. Pauline upadła na ziemię, a ziemia zafalowała, ostry gwizd zagłuszył wszystkie inne dźwięki, nasze krzyki i jej płacz. Żarówka zgasła. Grzmot wypełnił piwnicę, wygiął jej ściany, podmuch powietrza rzucał nas z jednej strony na drugą. W dręczącym huku eksplozji nasze ciała zderzały się, owijały o siebie nawzajem, ześlizgiwały i odpływały gdzieś dalej, a ściany kaszlały tynkiem.

Kiedy bombardowanie ustało, szlochy i krzyki docierały do uszkodzonych bębenków usznych jak z oddali. Ktoś pchnął drzwi piwnicy: były zablokowane, kobiety krzyczały, nieliczni mężczyźni zaczęli kopać w drzwi, aż w końcu udało się je otworzyć.

Byliśmy głusi i ślepi, pył zniekształcił nam rysy, staliśmy się obcy nawet dla rodziców. Szukaliśmy ich, powtarzając mamo, tato, niezdolni wydusić z siebie jakiekolwiek inne słowa. Ja widziałam tylko dym. Potem dostrzegłam Pauline: krew płynęła jej ze skroni. Oderwałam zębami brzeg swojej spódnicy i przyłożyłam do rany, obwiązałam głowę dziewczynki kawałkiem materiału, szukałam jej matki, szukałam swojej, nie poznawałam nikogo.

Słońce wzeszło, kiedy już wyciągnięto wszystkich z piwnicy. Nasza kamienica nie została zrównana z ziemią, jednak w dachu ziała ogromna dziura i nie było ściany frontowej. Na ulicy leżeli ranni i zabici. Oparci o mur ludzie próbowali oddychać, ale w gardłach paliło od pyłu, zatkane nosy nie przepuszczały powietrza. Frau Reinach zgubiła chustkę, jej włosy były skrzepami tynku rosnącymi na głowie jak czyraki. Herr Holler utykał. Pauline przestała krwawić. Ja byłam cała i nic mnie nie bolało. Moja matka nie żyła.

6

- Oddałabym życie za Führera - powiedziała Gertrude, przymykając oczy dla podkreślenia solenności tego wyznania.

Jej siostra Sabine pokiwała głową. Miała cofnięty podbródek i przez to nie wiedziałam, czy jest od niej starsza, czy młodsza. Stół w jadalni był uprzątnięty, zostało pół godziny do wyjścia. Na tle ołowianego nieba ujętego w ramie okna odcinała się sylwetka innej degustatorki, Theodory.

- Ja także oddałabym za niego życie - potwierdziła Sabine. - Jest dla mnie jak starszy brat. Jak ten brat, którego już nie mamy, Gerti.

- Ja tam wolałabym go mieć za męża - rzuciła prowokacyjnie Theodora.

Sabine zmarszczyła brwi, uznawszy najwyraźniej, że takie słowa stanowią brak szacunku dla Führera.

Zadrżała futryna: to Augustine się o nią oparła.

- Weźcie go sobie i trzymajcie - powiedziała. - Tego waszego Wielkiego Pocieszyciela. To on posyła na rzeź waszych braci, ojców i mężów. Jak zginą, zawsze możecie udawać, że to on jest waszym bratem, co? Albo sobie marzyć, że za niego wyjdziecie. - Otarła palcami białą ślinę z kącików ust. - Jesteście śmieszne.

- Módl się, żeby nikt cię nie usłyszał! - oburzyła się Gert­ rude. - A może chcesz, żebym wezwała esesmanów?

- Gdyby to było możliwe - powiedziała Theodora - Führer uniknąłby wojny. Ale nie mógł zrobić nic innego.

- Przepraszam, wy nie jesteście śmieszne. Jesteście nawiedzone.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że od tamtej chwili "nawiedzone" stanie się epitetem określającym Gertrude i jej grupę. Ukuła go Augustine, pieniąc się ze złości. Jej mąż zginął na froncie, dlatego zawsze ubierała się na czarno, dowiedziałam się tego od Leni.

Kobiety wychowały się w tej samej wsi, rówieśnice chodziły razem do szkoły; znały się wszystkie, przynajmniej z widzenia. Z wyjątkiem Elfriede. Ona nie pochodziła z Groß Partsch ani z okolic i Leni powiedziała mi, że nie spotkała jej nigdy wcześniej. Tak więc Elfriede była tu obca, ale nikt jej z tego powodu nie dokuczał. Augustine nie ośmielała się jej niepokoić, za to wyżywała się na mnie, i to raczej nie dlatego, że pochodziłam ze stolicy, ale dlatego, że widziała moje pragnienie asymilacji - stawałam się przez to łatwym celem. Żadna z nas nie pytała Elfriede, skąd pochodzi, a ona nic o tym nie mówiła. Jej dystans wzbudzał respekt.

Zastanawiałam się, czy Elfriede tak samo jak ja uciekła na wieś w poszukiwaniu spokoju i tak samo jak ja została natychmiast zrekrutowana. Na jakiej podstawie dokonywano wyboru? Kiedy pierwszy raz wsiadałam do autobusu, oczeki­ wałam, że znajdę się w mateczniku żarliwych nazistek, pełnym pieśni i flag w łopocie. Szybko jednak zrozumiałam, że kryterium wyboru nie była wiara w partię, wyjąwszy może przypadek Nawiedzonych. Czy wybrano najbiedniejsze, najbardziej potrzebujące wsparcia? Te, które miały więcej dzieci do nakarmienia? Kobiety wciąż mówiły o swoich dzieciach, z wyjątkiem Leni i Ulli, które były najmłodsze, no i Elfriede. Nie miały ich tak samo, jak ja ich nie miałam. Ale one nie nosiły obrączki, ja zaś od czterech lat byłam mężatką.

Gdy tylko stanęłam w progu, Herta poprosiła mnie, bym pomogła jej poskładać prześcieradła. Nawet się ze mną nie przywitała: wydawała się zniecierpliwiona, jakby godzinami czekała, by się wreszcie zająć suchym praniem, i teraz, gdy już wróciłam, nie zamierzała dać mi ani minuty wytchnienia.

- Weź kosz, proszę.

Zazwyczaj pytała mnie o pracę, mówiła idź odpocząć, połóż się na chwilę, albo parzyła mi herbatę. Jej opryskliwość sprawiła mi przykrość.

Zaniosłam kosz do kuchni, postawiłam go na stole.

- Pospieszmy się - powiedziała Herta.

Trochę niezdarnie, zmieszana jej ponaglaniem, zaczęłam ostrożnie ciągnąć za rąbek zwiniętego płótna, by wydostać je ze środka, nie zrzucając przy tym kosza na podłogę. Szarpnęłam po raz ostatni, by całkiem wyciągnąć prześcieradło, a wtedy wzbił się w powietrze i zawirował w górze biały prostokącik. Przypominał chusteczkę: zaraz opadnie na ziemię i teściowa będzie zła. Dopiero w chwili, w której dotknęła podłogi, uświadomiłam sobie, że to nie jest chusteczka, tylko list. Spojrzałam na Hertę.

- Udało ci się! - roześmiała się. - Już myślałam, że go nie znajdziesz!

Roześmiałam się i ja, z zaskoczenia, z wdzięczności.

- Co, nie weźmiesz go?

Kiedy się schylałam, szepnęła:

- Jeśli chcesz, idź gdzieś spokojnie go przeczytać. Ale potem wracaj szybko i powiedz mi, jak się ma mój syn.

Kochana moja,

nareszcie mogę Ci odpisać. Jechaliśmy długo, śpiąc w autobusach, przez tydzień nie ściągaliśmy mundurów. Im bardziej zagłębiam się w ulice i wsie tego kraju, tym wyraźniej widzę, że wszędzie tutaj panuje straszliwa bieda. Ludzie są wynędzniali, domy przypominają stare budy, to nie ma nic wspólnego z zachwalanym przez bolszewików rajem ludzi pracy... Dojechaliśmy: niżej znajdziesz nowy adres, na który możesz słać do mnie listy. Dziękuję, że tak często do mnie piszesz, i wybacz, że ja piszę mniej niż Ty, ale na koniec dnia jestem całkiem wyczerpany. Wczoraj spędziłem przedpołudnie na odśnieżaniu okopów, nocą przez cztery godziny stałem na warcie (pod mundurem miałem dwa swetry), a przez ten czas okop na nowo wypełniał się śniegiem.

Kiedy po tym wszystkim padłem na siennik, śniłem o Tobie. Spałaś w naszym mieszkaniu przy Altemesseweg. To znaczy wiedziałem, że to nasze mieszkanie, choć pokój wyglądał inaczej. Dziwne było to, że na dywanie leżał pies w typie owczarka i spał. Nie zastanawiałem się, co robi pies w naszym domu, czy jest Twój, wiedziałem tylko, że muszę być cicho, żeby go nie obudzić, bo jest niebezpieczny. Chciałem położyć się obok Ciebie, zbliżałem się bardzo powoli, by nie zaniepokoić psa, ale on się obudził i zaczął warczeć. Ty nic nie słyszałaś, spałaś, a ja Cię wołałem, bałem się, że pies Cię pogryzie. W pewnym momencie głoś­ no zaszczekał, skoczył - i wtedy się obudziłem. Jeszcze długo potem miałem zły humor. Może to wszystko dlatego, że martwiłem się o Ciebie. Teraz, gdy już jesteś w Groß Partsch, jestem spokojniejszy, moi rodzice się o Ciebie zatroszczą.

Myśl, że jesteś sama w Berlinie po tym, co się wydarzyło, bardzo mnie dręczyła. Wspominałem naszą kłótnię trzy lata temu, kiedy postanowiłem się zaciągnąć. Mówiłem ci, że nie można być egoistą i tchórzem, że obrona kraju jest sprawą życia i śmierci. Pamiętałem, jak było po wojnie, tej poprzedniej. Ty nie, byłaś za mała, ale ja pamiętałem tamtą biedę. Nasz naród był naiwny i pozwolił się upokorzyć. Przyszedł moment, żeby stwardnieć. Musiałem mieć w tym udział, nawet jeśli to oznaczało oddalenie od Ciebie. Jednak dziś już nie wiem, co myśleć.

Następne zdania zostały zamazane: niepokoiły mnie te linie wykreślające słowa w taki sposób, by nie dało się ich odczytać. Na próżno starałam się czegoś przez nie dopatrzyć. "Jednak dziś już nie wiem, co myśleć", napisał Gregor. Zazwyczaj unikał pisania tak kompromitujących rzeczy, obawiał się, że poczta zostanie otwarta i ocenzurowana; jego listy były krótkie, tak krótkie, że czasem wydawały mi się chłodne. To musiała być wina tego snu, że nie potrafił się powstrzymać, a potem już nie miał innego wyjścia, jak tylko gwałtownie zamazać to, co napisał. W niektórych miejscach papier był aż podziurawiony.

Gregorowi nigdy się nic nie śniło, tak twierdził, i stroił sobie żarty z powagi, z jaką traktowałam swoje sny, tak jakby miały moc objawień. Cierpiał z mojego powodu, dlatego napisał tak melancholijny list. Przemknęło mi przez myśl, że front odda mi innego mężczyznę, i zapytałam sama siebie, czy będę potrafiła go znieść. Siedziałam zamknięta w pokoju, w którym on spał jako chłopiec, ale nie znałam jego dziecięcych snów, a otoczenie przedmiotów, które do niego należały, nie wystarczyło, bym poczuła jego bliskość. Nie tak jak w naszym wynajętym berlińskim mieszkaniu, gdzie zasypiał na boku, wyciągając rękę, by złapać mnie za nadgarstek. Przerzucałam kartki książki jedną ręką - zawsze długo czytałam w łóżku - by nie uwalniać drugiej z jego uścisku. Czasami wzdrygał się we śnie, palce mechanicznie ściskały mój nadgarstek, potem zwalniały chwyt. Kogo trzymał się teraz?

Którejś nocy poczułam, że zesztywniała mi ręka, chciałam zmienić pozycję. Powoli, starając się go nie obudzić, uwolniłam się z jego dłoni. Zobaczyłam, że jego palce zamykają się jak obcęgi na niczym, łapią pustkę. Miłość ścisnęła mi gardło.

To takie dziwne, wiedzieć, że jesteś u moich rodziców beze mnie. Nie wzruszam się łatwo, a jednak teraz zdarza mi się to, kiedy pomyślę o Tobie, jak chodzisz po pokojach, dotykasz starych mebli, tych samych od zawsze, smażysz z moją matką powidła (dziękuję, że mi je wysłałaś, ucałuj ją ode mnie i pozdrów tatę).

Muszę kończyć, jutro o piątej pobudka. Cały czas grają organy Stalina, oni na to mówią Katiusze, ale już się do tego przyzwyczailiśmy. Wiesz co, Roso? Przetrwanie jest wynikiem przypadku. Ale nie bój się: nauczyłem się już rozpoznawać po świście pocisków, czy padną daleko, czy blisko. Poza tym jest taki przesąd, który poznałem w Rosji: póki twoja kobieta jest ci wierna, żołnierzu, póty nie zostaniesz zabity. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak liczyć na Ciebie!

Napisałem aż tyle, żeby Ci wynagrodzić moje długie milczenie, nie możesz narzekać. Bardzo jestem ciekawy, jak wygląda Twój dzień. Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, jak ktoś taki jak Ty odnajduje się na wsi. W końcu się przyzwyczaisz, spodoba Ci się, zobaczysz. Opowiedz mi też o swojej pracy, bardzo Cię proszę. Powiedziałaś, że mi to wyjaśnisz, jak się spotkamy, że lepiej nie pisać o tym w liście. Mam się niepokoić?

Na koniec zostawiłem niespodziankę: na Boże Narodzenie dostałem przepustkę, przyjadę na jakieś dziesięć dni. Będziemy świętować razem, po raz pierwszy w miejscu, w którym się wychowałem, i nie mogę się już doczekać chwili, kiedy Cię pocałuję.

Zerwałam się z łóżka. Przeczytałam raz jeszcze: nie pomyliłam się, on to naprawdę napisał. Gregor przyjedzie do Groß Partsch!

Codziennie patrzę na Twoją fotografię. Noszę ją w kieszeni, więc jest coraz bardziej postrzępiona. Zrobiło się na niej zagięcie, które przecina Ci policzek, jak jakaś zmarszczka. Kiedy przyjadę, daj mi nową, bo na tej wyglądasz starzej niż w rzeczywistości. Ale wiesz co? Jesteś piękna nawet jako staruszka.

Gregor

- Proszę mamy! - Wybiegłam z pokoju, powiewając listem, podałam go teściowej. - Niech mama czyta tutaj! - Wskazałam fragment, w którym Gregor wspomina o przepustce. Tylko ten, reszta dotyczyła mnie i mojego męża.

- Przyjedzie na święta - powiedziała, nie dowierzając. Nie mogła się doczekać, aż wróci Joseph, by podzielić się z nim wspaniałą wiadomością.

Niepokój, który czułam jeszcze kilka chwil wcześniej, znikł, szczęście zalewało wszystkie inne uczucia. Ja się o niego zatroszczę. Znów będziemy spali razem, obejmę go tak mocno, że nie będzie się bał niczego.

7

Siedzieliśmy przy piecu i snuliśmy plany na przyjazd Gregora.

Joseph postanowił, że zabije koguta na bożonarodzeniowy obiad, a ja zastanawiałam się, czy i tego dnia będę musiała jeść w stołówce. Czym się zajmie Gregor, kiedy ja będę w koszarach? Ma rodziców, zostanie z nimi. Zazdrościłam tego czasu, który teściowie spędzą z nim beze mnie.

- Może będzie mógł pojechać do Krausendorfu, w końcu jest żołnierzem Wehrmachtu.

- Nie - odpowiedział teść. - SS go nie wpuści.

Jak to często bywało, skończyło się na opowieściach o dzieciństwie Gregora. Teściowa mówiła, że aż do szesnastego roku życia był dość korpulentnym chłopakiem.

- Miał czerwone policzki, nawet kiedy nie biegał, wyglądał zawsze tak, jakby się czegoś napił.

- A raz rzeczywiście się upił - dodał Joseph.

- Tak było! - zawołała Herta. - Jakie ty rzeczy mi przypominasz... Posłuchaj, Roso, to jest dobre. Miał może siedem lat, nie więcej. Było lato, wróciliśmy właśnie z pola i zobaczyliśmy, że cały zadowolony leży na kufrze, właśnie na tym. - Wskazała drewnianą skrzynię pod ścianą. - Mamusiu, powiedział, jaki dobry jest ten sok, który zrobiłaś.

- Na stole stała otwarta butelka wina - wyjaśnił Joseph - opróżniona prawie do połowy. Zapytałem go: dlaczego to wypiłeś, na Boga? A on: bo bardzo chciało mi się pić. - Roześmiał się.

Także Herta śmiała się do łez. Patrzyłam, jak jej wykrzywione artretyzmem dłonie ocierają oczy, i myślałam o tych wszystkich porankach, kiedy to one gładziły Gregora na dzień dobry i odgarniały mu włosy z czoła przy śniadaniu, o tych wszystkich wieczorach, kiedy docierały z mydłem i wodą do wszystkich zakamarków jego ciała po tym, jak wymęczony i utytłany, z procą wystającą z kieszeni krótkich spodni, wracał z zabawy w wojnę na brzegu mokradeł. O tych wszystkich chwilach, kiedy wymierzała mu klapsa, a potem, siedząc w swoim pokoju, dałaby sobie uciąć rękę, która była powodem skandalu: skandalu uderzenia kogoś, kto kiedyś był tobą, a teraz jest osobną ludzką istotą.

- A potem nagle urósł - powiedział Joseph. - Zrobił się długi jak tyczka przez jedną noc, nawet nie musiał wstawiać nóg do wody.

Wyobraziłam sobie Gregora jako roślinę, wysoką topolę podobną do tych, które rosły po obu stronach drogi do Krausendorfu - długi i prosty pień, jasna kora usiana przetchlinkami - i poczułam ogromne pragnienie, by się do niego przytulić.

Zaczęłam liczyć dni, wykreślając je w kalendarzu, każdy krzyżyk odrobinę skracał oczekiwanie. By jakoś wypełnić ten czas, zmusiłam się do robienia serii rutynowych czynności.

Popołudniami, zanim ponownie wsiadłam do autobusu, razem z Hertą chodziłam po wodę do studni, a potem karmiłam kury. Rozsypywałam ziarno w kurniku, a kury zbiegały się, by je wyjadać nerwowymi dziobnięciami. Zawsze znajdowała się jedna, która nie potrafiła dostać się do paszy wraz z innymi i kręciła głową na wszystkie strony, nie wiedząc, co ma robić, a może niepokojąc się, że dla niej nie starczy. Jej mała sucha czaszka robiła na mnie silne wrażenie. Kura gdakała i przestępowała na łapach, szukając miejsca dla siebie, aż w końcu wciskała się między dwie towarzyszki z taką siłą, że jedną wypychała na zewnątrz. I wszystko zaczynało się od nowa. Jedzenia starczało dla wszystkich kur, ale one nigdy w to nie wierzyły.

Patrzyłam, jak ptak kokosi się w gnieździe, by złożyć jajko, zahipnotyzowana rozedrganym dziobem, długą szyją skłaniającą się to w jedną, to w drugą stronę, szybkimi nerwowymi ruchami. Ta szyja sprawiała wrażenie, że rozpęknie się w jednej chwili, gdy kura rozdziawiała dziób, wytrzeszczała szmaragdowe oczy i wydawała z siebie zdławiony zaśpiew. Zastanawiałam się, czy jęczy z bólu, czy także nad nią wisi odwieczna kara bolesnego porodu i za jaki grzech musi pokutować. A może przeciwnie, może to było wołanie triumfu: kura codziennie była świadkiem własnego cudu, którego ja dotąd nie doświadczyłam.

Któregoś razu zastałam najmłodszą z kur, jak dziobie jajko, które właśnie zniosła, chciałam ją nastraszyć, odsunąć kopnięciem, ale nie byłam dość szybka, już je zjadła.

- Zjadła własne dziecko - powiedziałam z przejęciem do Herty.

Teściowa mi wyjaśniła, że to się zdarza: kura niechcący tłucze jajko i instynktownie próbuje, co się znajduje w środku. A ponieważ jest smaczne, to je zjada.

W stołówce Sabine mówiła kiedyś Gertrude i Theodorze, że jej synek przestraszył się, słysząc głos Hitlera w radiu. Zaczął mu drżeć podbródek i się rozpłakał. To przecież nasz Führer, powiedziała mu matka, czemu płaczesz? Führer bardzo lubi dzieci, skomentowała Theodora.

Niemcy kochali dzieci. Kury zjadały własne potomstwo. Nigdy nie byłam dobrą Niemką i czasami przerażały mnie kury, żywe istoty.

Jednej niedzieli poszłam z teściem do lasu po drewno. Wiatr wygwizdywał wśród drzew swoją symfonię. Załadowaliśmy pniaki i gałęzie na wózek i przewieźliśmy je do stodoły, która kiedyś służyła do przechowywania paszy dla zwierząt. Dziadkowie Gregora uprawiali ziemię i hodowali krowy, tak samo jak pradziadkowie. W pewnym momencie mój teść sprzedał wszystko, by opłacić studia Gregora, i znalazł pracę jako ogrodnik w posiadłości von Mildernhagenów. Dlaczego to zrobiłeś, zapytał go syn. Jesteśmy już starzy, odpowiedział on, nie potrzeba nam wiele. Gregor nie miał rodzeństwa: jego matka urodziła jeszcze dwoje dzieci, ale wcześnie umarły, nawet ich nie poznał. Przyszedł na świat nieplanowany, kiedy rodzice już pogodzili się z tym, że zestarzeją się bezpotomnie.

W dniu, kiedy powiedział, że chce jechać do Berlina na studia, jego ojciec był rozczarowany. Nie dość, że ten ich syn, którego otrzymali, gdy stracili już nadzieję, wyrósł nagle, przez jedną noc, to teraz wbił sobie do głowy, że ich opuści.

- Kłóciliśmy się - wyznał mi Joseph. - Nie rozumiałem go, złościłem się, przysiągłem mu, że nie wyjedzie, że mu nie pozwolę.

- I co było dalej? - spytałam. Gregor nigdy mi o tym nie opowiadał. - Chyba nie uciekł z domu?

- Tego by nigdy nie zrobił. - Joseph zatrzymał wózek. Na jego twarzy pojawił się grymas; teść rozmasował sobie plecy.

- Źle się tata czuje? Może ja będę pchać wózek?

- Jestem stary - odparł - ale nie aż tak! - Ruszył dalej. - Przyszedł z nami porozmawiać jeden profesor z jego liceum. Usiadł przy stole ze mną i Hertą i powiedział, że Gregor jest bardzo zdolny, że zasłużył sobie na dalszą naukę. Rozwścieczyło mnie, że ktoś obcy zna mojego syna lepiej ode mnie. Byłem zły na tego profesora, potraktowałem go oschle. Potem, w stajni, Herta przemówiła mi do rozsądku i poczułem się jak idiota.

Po odwiedzinach nauczyciela Joseph postanowił sprzedać inwentarz, zostawiając sobie tylko kury, a Gregor wyjechał do Berlina.

- Ciężko pracował i uzyskał to, o czym marzył, ma świetny zawód.

Przed oczami stanął mi Gregor w swojej pracowni przy stole kreślarskim, balansujący na zydlu: poruszał prostowodem nad arkuszem papieru i drapał się ołówkiem po karku. Lubiłam patrzeć, jak pracuje, przyglądać mu się za każdym razem, kiedy coś robił, zapominając o całym świecie, o mnie. Czy to wciąż był on, kiedy mnie nie było?

- Gdyby tylko nie poszedł na wojnę... - Joseph znów przystanął, ale nie po to, by rozmasować sobie plecy.

Patrzył przed siebie, bez słowa, jakby potrzebował raz jeszcze przypomnieć sobie wszystko, co się wydarzyło. Zrobił właściwą rzecz dla swojego syna, ale właściwa rzecz nie wystarczyła.

W milczeniu ułożyliśmy drewno w stodole. To nie było smutne milczenie. Często rozmawialiśmy o Gregorze, tylko to nas łączyło, ale po takiej rozmowie musieliśmy chwilę pomilczeć.

Gdy tylko weszliśmy do domu, Herta powiedziała, że skończyło się mleko. Odparłam, że nazajutrz po południu ja po nie pójdę, znałam już drogę.

Silny zapach nawozu potwierdził, że jestem na miejscu, znacznie wcześniej, nim zauważyłam kolejkę kobiet z pustymi szklanymi butelkami. Przyniosłam kosz pełen warzyw na wymianę za mleko.

Muczenie krów rozchodziło się po polach niczym wołanie o pomoc, przypominało syreny alarmowe i miało w sobie tę samą rozpacz. Tylko mnie to poruszało, kobiety przesuwały się w kolejce, rozmawiając ze sobą albo milcząc, trzymając za ręce dzieci albo przywołując je, jeśli się oddaliły.

Zobaczyłam dwie wychodzące dziewczyny, wydały mi się znajome. Kiedy były blisko, uświadomiłam sobie, że to dwie degustatorki. Jedna miała chłopięcą fryzurę i suchą cerę, nazywała się Beate. Druga nosiła brązowy kostium z rozkloszowaną spódnicą, który opinał jej biust i szerokie biodra. Jej twarz przypominała płasko­ rzeźbę, na imię miała Heike. Odruchowo zrobiłam gest ręką, by je pozdrowić, ale natychmiast się powstrzymałam. Nie wiedziałam, jak dalece nasze zajęcie jest tajemnicą i czy może należy udawać, że się nie znamy. Nie byłam tutejsza i nigdy nie spotkałam ich koło obory. Poza tym przy stole nigdy jeszcze nie rozmawiałyśmy tak naprawdę, może witanie się z nimi było niewłaściwe, może nie odpowie­ działyby pozdrowieniem?

Przeszły obok mnie bez żadnego gestu. Beate miała zaczerwienione oczy, Heike mówiła do niej:

- Podzielimy się, następnym razem dasz mi trochę swojego.

Zawstydziło mnie, że podsłuchuję. Czy Beate nie mogła sobie pozwolić na mleko? Jeszcze nie dostałyśmy pierwszej wypłaty, ale miałyśmy być wynagradzane za pracę, tak mówili esesmani, choć nie podali sumy. Na chwilę zwątpiłam, czy te dwie kobiety naprawdę są degustatorkami, choć widziałam je z tak bliska. Jak to możliwe, że mnie nie poznały? Wiodłam za nimi wzrokiem z nadzieją, że się odwrócą; nie zrobiły tego. Oddaliły się i znikły, a po chwili nadeszła moja kolej.

W drodze do domu zaskoczyła mnie ulewa. Woda sprawiła, że włosy przylepiły mi się do głowy, i przemoczyła palto. Drżałam z zimna. Herta mówiła, żebym wzięła pelerynę, ale zapomniałam. W moich miejskich trzewikach z łatwością mogłam upaść w błoto, przez zacinający prosto w oczy deszcz mogłam zabłądzić. Nie bacząc na obcasy, zaczęłam biec. W pewnym momencie, niedaleko kościoła, dostrzegłam sylwetki dwóch kobiet idących pod rękę. Poznałam je po spódnicy, a może po plecach, które codziennie rejestrował mój wzrok, gdy szłyśmy gęsiego do stołówki. Gdyby kobiety rozpostarły peleryny, mogłybyśmy się pod nimi schronić we trzy. Zawołałam, grzmot zagłuszył mój głos.

Zawołałam ponownie. Nie odwróciły się. Może się pomyliłam, może to nie były one. Zwolniłam i stanęłam, nieruchoma w strugach deszczu.

Następnego dnia w stołówce kichnęłam.

- Na zdrowie - powiedział ktoś z prawej strony.

To była Heike. Zdziwiłam się, że rozpoznaję jej głos dobiegający zza zasłony ciała siedzącej między nami Ulli.

- Ty też się wczoraj przeziębiłaś?

A więc mnie widziały.

- Tak - odparłam. - Przeziębiłam się.

Nie słyszały, jak je wołałam?

- Gorące mleko z miodem - powiedziała Beate, jakby czekała na Heike, by sama się do mnie odezwać. - Ech, żeby mieć aż tyle mleka, pozwolić sobie na taką rozrzutność, to by było lekarstwo na wszystko.

Mijały tygodnie i podejrzenia wobec potraw zmalały, jak wobec zalotnika, któremu pozwalasz na coraz więcej zażyłości. My, służebnice, zachłannie pochłaniałyśmy wszystko, ale zaraz potem wzdęty brzuch gasił entuzjazm, ciężar w żołądku zdawał się ciężarem w sercu i przez godzinę po uczcie czułyśmy przygnębienie.

Każda z nas wciąż się bała, że zostanie otruta. Strach odzywał się, gdy chmura zasłoniła słońce w samo południe, odzywał się w tych paru sekundach zagubienia i popłochu, które często poprzedzają zmierzch. A jednak żadna z nas nie potrafiła ukryć ulgi, jaką dawała nam Griessnockerlsuppe, rosół z pszennymi kluskami, które rozpływały się w ustach, ani absolutnego uwielbienia dla Eintopf, choć brakowało nam w nim wieprzowiny, wołowiny czy kurczaka. Hitler był wegetarianinem i przez radio zalecał ludziom, by jedli potrawkę z jarzyn przynajmniej raz w tygodniu. Myślał, że tak łatwo dostać jarzyny w mieście podczas wojny. A może go to nie obchodziło; Niemiec nie umiera z głodu, a jeśli umiera, to znaczy, że jest złym Niemcem.

Myślałam o Gregorze i dotykałam brzucha, był pełny i nic więcej nie dało się zrobić. Moja bitwa z trucizną toczyła się o zbyt wysoką stawkę, by nogi nie drżały mi za każdym razem, kiedy sytość wyłączała mechanizmy obronne. Oszczędź mnie do Bożego Narodzenia, przynajmniej do Bożego Narodzenia, powtarzałam w myślach i palcem wskazującym kreśliłam ukradkowy krzyż w miejscu, w którym kończy się przełyk - a przynajmniej tam, gdzie się go domyślałam, przypominając sobie wnętrze swojego ciała widziane w książkach od Krümla.

Łzy z wolna zaczęły nam się wydawać czymś żałosnym, dotyczyło to nawet Leni; gdy zaczynała panikować, brałam ją za rękę i gładziłam policzki usiane trądzikiem. Elfriede nigdy nie płakała. Obowiązkową godzinę po jedzeniu spędzała wsłuchana w swój głośny oddech. Kiedy coś ją rozpraszało, jej spojrzenie zapominało o zwykłej twardości i stawała się piękna. Beate przeżuwała jedzenie z taką samą energią, z jaką mogłaby naciągać prześcieradła. Heike siadała naprzeciwko niej - od dzieciństwa były sąsiadkami, jak powiedziała mi Leni - i krojąc lewą ręką pstrąga faszerowanego masłem i pietruszką, podnosiła łokieć, którym szturchała w ramię Ullę. Ta się tym nie przejmowała, dalej oblizywała kąciki ust. Ów dziecinny gest, powtarzany odruchowo, musiał robić wrażenie na esesmanach. Ja przyglądałam się potrawom leżącym na talerzach innych degustatorek, a dziewczyna, która dostała to samo co ja, tego dnia była mi droższa niż najbliższy krewny. Czułam nagłe wzruszenie z powodu krostki, która wyskoczyła jej na policzku, energii albo opieszałości, z jaką rano obmywała sobie twarz, zmechacenia starych wełnianych pończoch, które może wkładała, zanim położyła się do łóżka. Na jej przeżyciu zależało mi tak samo jak na swoim własnym, bo dzieliłyśmy ten sam los.

Z czasem także esesmani się rozluźnili. Jeśli byli w humorze, podczas obiadu rozmawiali ze sobą, nie zajmując się nami zbytnio ani nie każąc nam siedzieć cicho. A kiedy ich nosiło, gapili się na nas i rozbierali wzrokiem. Patrzyli na nas tak, jak my patrzyłyśmy na jedzenie, jakby już za chwilę mieli nas skosztować; kręcili się za krzesłami z bronią w kaburach, skracając dystans, kolby pistoletów ślizgały się nam po plecach, sprawiali, że się wzdrygałyśmy. Czasem nachylali się nad nami od tyłu, najchętniej nad Ullą, ślicznotką. Wyciągali palce w stronę jej piersi, mrucząc pobrudziłaś się, a wtedy Ulla natychmiast przestawała jeść. Przestawałyśmy wszystkie.

Jednak ulubienicą esesmanów była Leni, bo jej zielone oczy świeciły na tle przezroczystej skóry, zbyt cienkiej, by ukryć niepewność, jaką budził w niej świat. Była taka bezbronna. Strażnik szczypał ją w policzek, piszcząc falsetem: Jakie oczęta! Leni się uśmiechała, ale nie z zakłopotania.

Wierzyła, że czułość, którą wzbudza w innych, będzie ją chronić. Była gotowa płacić za to cenę własnej kruchości i esesmani to wyczuwali.

W koszarach w Krausendorfie codziennie ryzykowałyśmy życie - ale nie bardziej niż inni żyjący. Tutaj miała rację moja matka, myślałam, gdy sałata chrupała mi w zębach, a ściany przenikał uspokajający domowy zapach kalafiora.

8

Pewnego ranka Krümel oznajmił, że nas rozpieści. Tak właśnie to ujął: rozpieści.

Powiedział to do nas, które przestałyśmy wierzyć, że mamy jeszcze prawo do pieszczot. Da nam do spróbowania Zwieback, powiedział, właśnie wyciągnął go z pieca, żeby zrobić niespodziankę swemu wodzowi - on go uwielbia, przyrządzał go nawet w okopach podczas wielkiej wojny.

- O tak, z pewnością, w końcu tak łatwo było dostać składniki - syknęła Augustine. - Masło, miód i drożdże, osobiście je wycisnął ze swojego potu.

Na szczęście esesmani jej nie usłyszeli, a Krümel znikł już w kuchni razem z pomocnikami.

Elfriede wyrwało się coś w rodzaju tłumionego śmiechu. Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby Elfriede się śmiała, i byłam tak zaskoczona, że i mnie ogarnęła wesołość. Próbowałam się powstrzymać, ale gdy usłyszałam jeszcze jeden krótki gulgot, zatrzęsłam się od bezgłośnego śmiechu.

- Berlinianko, czy to możliwe, że właśnie ty nie potrafisz się kontrolować? - powiedziała i w tym samym momencie usłyszałam, jak w jadalni gulgocze mieszanina jęków i szlochów, jak rośnie, nadyma się aż do granic możliwości i w końcu eksploduje. Na oczach zdumionych esesmanów wszystkie wybuchnęłyśmy głośnym śmiechem.

- Jest tu z czego szczerzyć kły? - Palce na kaburze. - Co się z wami dzieje? - Jeden ze strażników uderzył pięścią w stół. - Mam się postarać, żeby przeszła wam ochota?

Uciszyłyśmy się z wysiłkiem.

- Spokój! - zakomenderował Patyk dopiero wtedy, kiedy nasza wesołość zgasła.

Ale stało się: po raz pierwszy śmiałyśmy się razem.

Zwieback był chrupki i pachnący, skosztowałam bezlitosnej słodyczy mego przywileju. Krümel był zadowolony: z czasem odkryję, że zawsze był zadowolony. Chodziło o dumę, zawodową dumę.

On również pochodził z Berlina; zaczynał w Mitropie, europejskiej spółce zajmującej się obsługą wagonów sypialnych i restauracyjnych. W trzydziestym siódmym zatrudnił go Führer, aby Krümel dogadzał mu podczas podróży pociągiem specjalnym. Pociąg był uzbrojony w lekką artylerię przeciwlotniczą, zdolną odpowiedzieć na ataki przeprowadzane z niewielkiej wysokości, i wyposażony w eleganckie apartamenty, opowiadał Krümel, tak że Hitler mówił o nim żartobliwie "hotel frenetycznego kanclerza Rzeszy". Nazy­ wał się Amerika, dopóki Ameryka nie włączyła się do wojny. Potem został przemianowany na Brandenburg, co w moich uszach brzmiało mniej dostojnie, ale tego mu nie powiedziałam. Teraz, osiadłszy w Wilczym Szańcu, Krümel przyrządzał ponad dwieście dań dziennie, rozpieszczając i nas, degustatorki.

Nie było nam wolno wchodzić do kuchni, a on wychodził tylko wtedy, kiedy miał nam coś do powiedzenia albo kiedy wzywali go strażnicy, na przykład dlatego, że Heike zgłaszała dziwny smak wody, co powodowało, że zaczynała go odczuwać także Beate. Kobiety zrywały się na równe nogi - ból głowy, mdłości, regurgitacje z przerażenia. Przecież to była Fachingen, ulubiona woda Hitlera! Nazywali ją wodą zdrowia, jakżeby mogła zaszkodzić?

Pewnego wtorku do pracy nie przyszło dwóch podkuchennych, mieli gorączkę. Krümel wszedł do naszej stołówki i poprosił mnie, żebym mu pomogła. Nie wiem, czemu zwrócił się akurat do mnie, może dlatego, że tylko ja czytałam książki o żywieniu, pozostałe szybko się nimi znudziły, a może dlatego, że tak jak on pochodziłam z Berlina.

Nawiedzone zaczęły się krzywić - jeśli ktoś miał iść do kuchni, to właśnie one, doskonałe gospodynie. Któregoś dnia usłyszałam, jak Gertrude mówi do siostry: Czytałaś o tej młodej kobiecie, która weszła do sklepu Żyda i natychmiast została porwana? Nie, gdzie to się stało, zapytała Sabine, ale Gertrude już opowiadała dalej: Pomyśl tylko, na zapleczu sklepu było wejście do podziemnego tunelu. Sklepikarz z pomocą innych Żydów zaciągnął ją tym tunelem do synagogi i tam ją wszyscy zbiorowo zgwałcili. Sabine zasłoniła oczy, jakby sama była obecna przy gwałcie: Naprawdę, Gerti? Oczywiście, odparła jej siostra, zawsze najpierw je gwałcili, a potem składali w ofierze. Czytałaś o tym w "Der Stürmer"?, zapytała Theodora. Wiem to i już, odpowiedziała Gertrude. My, gospodynie, nie byłyśmy bezpieczne, nawet kiedy wychodziłyśmy na zakupy. A to prawda, powiedziała Theodora, na szczęście pozamykali im te sklepy.

Była gotowa zębami i pazurami bronić niemieckiego ideału żony­matki­gospodyni i właśnie dlatego, że była jego godną reprezentantką, poprosiła Krümla o rozmowę. Opowiedziała mu o gospodzie, którą jej rodzina prowadziła przed wojną: miała doświadczenie w kuchni i chciała to udowodnić. Kucharz dał się przekonać.

Wręczył nam fartuchy i skrzynkę jarzyn. Myłam je w wielkim zlewie, zaś Theodora kroiła je w kostkę lub na plasterki. Poza zganieniem mnie za to, że gdzieś została jeszcze ziemia albo że zrobiłam kałużę na posadzce, pierwszego dnia nie odezwała się do mnie ani słowem. Niczym praktykantka spędzała czas na podglądaniu podkuchennych, trzymając się ich tak blisko, że krępowała im ruchy.

- Przesuń się! - polecił jej Krümel, kiedy o mało co nie potknął się o jej nogi.

Theodora przeprosiła, a potem dodała:

- Kunszt kradnie się oczami! Aż trudno mi uwierzyć, że pracuję ramię w ramię z szefem kuchni pańskiej miary.

- Ramię w ramię? Powiedziałem, przesuń się!

Jednak w kolejnych dniach, przekonana, że jest pełnoprawną członkinią zespołu, Theodora uznała, że etyka zawodowa wymaga od niej, by mnie zauważała - w końcu i ja byłam współpracownicą, a moja oczywista niekompetencja czyniła mnie jej podwładną. I tak opowiedziała mi o gospodzie swoich rodziców, małym lokalu na ledwie dziesięć stoli­ ków: Ale uroczym, musiałabyś go zobaczyć. Wojna zmusiła ich do zamknięcia interesu, Theodora chciała na nowo otworzyć lokal zaraz po jej zakończeniu, na znacznie większą liczbę miejsc. Kurze łapki układały się jej na kształt płetw ogonowych, przez co oczy przypominały dwie rybki zwrócone ku sobie pyszczkami. Marzenia o restauracji ekscytowały ją, opowiadała o niej z przejęciem, a płetwy trzepotały na jej twarzy tak wyraziście, że czekałam, aż te oczy wyskoczą, zakreślą krótki łuk w powietrzu i wpadną do garnka z wrzątkiem.

- Ale jeśli przyjdą bolszewicy, to będzie koniec - powiedziała. - Nie otworzymy żadnej gospody.

Płetwy nagle znieruchomiały, oczy przestały pływać, przeobraziły się w tysiącletnie skamieniałości. Ile lat miała Theodora?

- Mam nadzieję, że to nie będzie koniec - zaryzykowałam - bo nie wiem, czy wygramy tę wojnę.

- Nawet o tym nie myśl. Jeśli wygrają Ruscy, czeka nas niewola i wyniszczenie, sam Führer to powiedział. Kolumny ludzi maszerujące prosto w syberyjską tundrę, nie słyszałaś?

Nie, nie słyszałam.

Przypomniał mi się Gregor w naszym salonie przy Altemesseweg. Wstał z fotela, który kupiliśmy od handlarza starzyzną, i podszedł do okna, szepcząc:

- Ruska pogoda.

Tak mówili między sobą żołnierze, wytłumaczył mi, bo Rosjanie atakowali nawet w najgorszą pogodę:

- Nic ich nie rusza.

Był na przepustce i opowiadał mi o froncie, czasem rozwiązywał mu się język. Na przykład o Morgenkonzert, porannym koncercie: tak nazywali ostrzał artyleryjski, który fundowała im Armia Czerwona na pobudkę.

Któregoś wieczoru, już w łóżku, powiedział:

- Jeśli Ruscy przyjdą, nie będą mieli litości.

- Dlaczego tak myślisz?

- Bo Niemcy traktują rosyjskich jeńców inaczej od pozostałych. Anglicy i Francuzi dostają pomoc od Czerwonego Krzyża, popołudniami mogą nawet pograć w piłkę, a Sowietów gna się do kopania transzei pod nadzorem wojskowych z ich własnej armii.

- Ich własnej armii?

- Tak, ludzi znęconych obietnicą dodatkowego kawałka chleba albo jednej łyżki zupy więcej- odpowiedział, gasząc światło. - Jeśli zrobią nam to samo co my im, to będzie potworne.

Długo przewracałam się w łóżku, nie mogąc zasnąć. W pewnym momencie Gregor mnie przytulił.

- Przepraszam, nie powinienem mówić ci takich rzeczy, nie musisz tego wiedzieć. Do czego potrzebna jest wiedza, komu co ona da?

Nie zmrużyłam oka nawet wtedy, gdy on zapadł w głęboki sen.

- Dostaniemy za swoje - powiedziałam.

Theodora rzuciła mi pogardliwe spojrzenie i znów zaczęła mnie ignorować. Jej wrogość mnie zasępiła, chociaż nie powinna; to nie była osoba, z którą chciałabym czymkolwiek się dzielić, podobnie zresztą jak z pozostałymi. Ani z Augustine, która karmiła mnie złośliwościami: Znalazłaś sobie nową przyjaciółkę, ani z Leni, która wychwalała jedzenie, jakbym to ja je przyrządziła. Nie miałam z tymi kobietami nic wspólnego oprócz pracy, której nigdy nie spodziewałam się wykonywać. Kim chcesz być, gdy dorośniesz? Degustatorką posiłków Hitlera.

A jednak wrogość Nawiedzonej sprawiła mi przykrość. Kręciłam się po kuchni niezdarniej niż zazwyczaj i przez roztargnienie oparzyłam się w nadgarstek. Krzyknęłam z bólu. Na widok mojej skóry marszczącej się wokół oparzenia Theodora zrezygnowała ze swojego wyniosłego milczenia, chwyciła mnie za rękę i odkręciła kran. Podstaw rękę pod zimną wodę! Kucharze dalej robili, co do nich należało, ona tymczasem obrała ziemniak. Osuszyła mi rękę ścierką i przyłożyła plaster surowego warzywa na oparzenie.

- Uśmierzy ból, zobaczysz.

Ta matczyna troska mnie rozczuliła.

Stojąc w rogu i przyciskając plaster ziemniaka do nadgarstka, dostrzegłam, że Krümel wrzuca coś do zupy i uśmiecha się do siebie. Zauważywszy, że go nakryłam, przyłożył palec do ust.

- Całkowita rezygnacja z mięsa jest niezdrowa - powiedział. - Sama to na pewno wiesz z książek, które wam dałem, prawda? Ten uparciuch nie chce tego przyjąć do wiadomości, więc w sekrecie dorzucam mu smalcu do zupy. Nie masz pojęcia, jak się wścieka, kiedy się zorientuje! Ale prawie nigdy się nie orientuje. - Zachichotał. - A jak wbije sobie do głowy, że przytył, nic mu nie wcisnę.

Theodora, która właśnie wsypywała mąkę do miski, podeszła bliżej.

- Uwierzcie, nic a nic - powiedział kucharz, patrząc na nią. - Makaron z serem? Tak dobrze mu robi na żołądek... a mimo to nie chce. Szarlotka bawarska, jego ulubiona, pomyślcie, podaję mu ją każdego wieczoru do nocnej herbatki, po ostatniej odprawie, ale przysięgam, jeśli jest na diecie, nie tknie nawet kawałka. W dwa tygodnie potrafi zrzucić nawet siedem kilogramów.

- Co to jest nocna herbatka? - zapytała Nawiedzona.

- Wieczorne spotkanie z przyjaciółmi. Wódz pije herbatę albo gorącą czekoladę. Szaleje za czekoladą. Inni wlewają w siebie sznapsa bez opamiętania. Nie żeby mu się to podobało, ale toleruje. Tylko raz zezłościł się na Hoffmanna, fotografa: z tego to dopiero jest pijaczyna. Ale zwykle wódz się nie przejmuje, słucha Tristana i Izoldy z zamkniętymi oczami. Zawsze mówi: Gdybym był na progu śmierci, chciałbym, żeby to była ostatnia rzecz, jaką słyszę.

Theodora rozpływała się w ekstazie. Ja zdjęłam plaster ziemniaka, ślad po oparzeniu się rozszerzył. Chciałam jej pokazać, myślałam, że na mnie nakrzyczy, że przybiegnie, by przyłożyć okład na miejsce, trzymaj go tu i nie rób scen. Nagle poczułam brak matki.

Ale Nawiedzona spijała słowa z warg Krümla i już się o mnie nie troszczyła. Po sposobie, w jaki kucharz mówił o Hitlerze, znać było, że jego dobro leży mu na sercu, i przyjmuje za oczywiste, że leży na sercu także nam, także mnie. Zresztą oddałam się do dyspozycji, by umrzeć za Führera. Każdego dnia mój talerz, naszych dziesięć ustawionych równo talerzy przyzywało go jak w czasie przeistoczenia. Żadnej obietnicy wieczności: dwieście marek na miesiąc, to była nasza zapłata.

Wydano je nam kilka dni wcześniej, zamknięte w kopertach, kiedy wychodziłyśmy wieczorem. Wsadziłyśmy je do kieszeni i toreb, żadna z nas nie śmiała otworzyć koperty w autobusie. Przeliczyłam banknoty w pokoju i ogarnęło mnie zdumienie: to było więcej niż moja pensja w Berlinie.

Wyrzuciłam plaster ziemniaka do kosza na śmieci.

- Wódz mówi, że kiedy je mięso i pije wino, to się poci. Ale ja mu mówię, że się poci, bo jest zbyt rozgorączkowany. - Krümel nie potrafił skończyć, gdy o nim mówił. - Popatrz na konie, mówi do mnie, popatrz na byki. To roślinożerne zwierzęta, a są silne i wytrzymałe. A teraz popatrz na psy: wystarczy krótki bieg, a już dyszą z wywieszonym językiem.

- To prawda - skomentowała Theodora. - Tak o tym nie myślałam, on ma rację.

- Ja tam nie wiem, czy ma rację. Ale mówi też, że nie może znieść okrucieństwa rzeźni. - Krümel zwracał się już tylko do niej.

Wzięłam bułkę z wielkiego kosza, oddzieliłam skórkę od miąższu.

- Pewnego razu przy kolacji opowiadał swoim gościom, że był w rzeźni i dotąd pamięta chlupot kaloszy w świeżej krwi. Pomyśl, biedny Dietrich musiał odstawić talerz... To typ wrażliwca.

Nawiedzona roześmiała się głośno. Ja zgniotłam miąższ, obracałam go w palcach, aż ulepiłam z niego figurki: kółka, warkocze, płatki kwiatów. Krümel upomniał mnie za marnotrawstwo.

- To dla pana - powiedziałam. - Są jak pan, Okruszek.

Mieszał chochlą w zupie, nie słuchając mnie; poprosił Theodorę, by sprawdziła, czy rzodkiew w piekarniku doszła.

- Tutaj wszystko jest marnotrawstwem - stwierdziłam. - My, kobiety, jesteśmy marnotrawstwem. Nikt nie potrafiłby go otruć przy tym systemie kontroli, to absurd.

- A odkąd ty jesteś ekspertką od kontroli? - zapytała Nawiedzona. - Może jeszcze znasz się na strategii wojskowej?

- Uspokójcie się - wtrącił się Krümel. Jak ojciec do kłócących się córek.

- A co robił Führer, kiedy nas nie było? - sprowokowałam go. - Wcześniej się nie bał, że go otrują?

W tym właśnie momencie wszedł do kuchni strażnik, żeby zaprowadzić nas do stołówki. Figurki z miąższu wysychały na marmurowym blacie.

Nazajutrz, kiedy lawirowałam między nienagannie skoordynowanymi działaniami podkuchennych a gorliwą aktywnością Nawiedzonej, Krümel sprawił nam nieoczekiwany prezent: dyskretnie dał nam owoce i ser. Sam włożył mi je do torby, tej samej skórzanej torby, którą w Berlinie nosiłam do pracy.

- Dlaczego? - zapytałam.

- Zasługujecie - odpowiedział.

Zaniosłam wszystko do domu. Herta nie wierzyła własnym oczom, kiedy rozpakowałam zawiniątko, które dał mi Krümel. To była moja zasługa, że miała takie rarytasy na kolację. To była zasługa Hitlera.

9

Augustine przemaszerowała przez środek autobusu tak prędko, że aż zafurkotał brzeg jej czarnej spódnicy, położyła dłoń na oparciu siedzenia i zwróciła się do Leni:

- Zamienimy się? Tylko na dzisiaj.

Na zewnątrz było ciemno. Leni popatrzyła na mnie niepewnie, potem wstała i opadła na wolne siedzenie dalej. Augustine zajęła miejsce obok mnie.

- Masz pełną torbę - powiedziała.

Patrzyły na nas wszystkie, nie tylko Leni. Także Beate, także Elfriede. Nawiedzone nie, one siedziały z przodu, zaraz za kierowcą.

Spontanicznie podzieliłyśmy się na dwie grupy. Nie dlatego, że wewnątrz tej czy tamtej grupy oczekiwałyśmy przywiązania czy sentymentów. Po prostu pęknięcia i zbliżenia między nami nastąpiły tak samo nieuchronnie jak przemieszczenia płyt litosfery. Jeśli chodzi o mnie, to prośba "zaopiekuj się mną", przekazywana każdym najmniejszym drgnieniem powiek Leni, sprawiła, że poczułam się za nią odpowiedzialna. Potem była Elfriede, która popchnęła mnie w łazience. W tym geście odczytałam swój własny strach. To była próba kontaktu. Intymnego. Może Patyk się tak całkiem nie pomylił. Elfriede szukała zwady, jak ci chłopcy, którzy dopiero po mordobiciu potrafią zrozumieć, komu mogą ufać. Strażnik nam przerwał, miałyśmy więc rachunki do wyrównania, wzajemny kredyt fizycznej bliskości, który tworzył między nami pole magnetyczne.

- Jest pełna? Odpowiedz.

Także Theodora odwróciła się do nas w automatycznej reakcji na chropawy głos Augustine.

Kilka tygodni wcześniej powiedziała, że Führer działa żołądkiem, impulsywnie i instynktownie. Tak, tak, to wielki umysł, skomentowała Gertrude, ściskając dwie wsuwki w zębach i nie zauważając, że zaprzecza przyjaciółce. A czy ty wiesz, ilu mu rzeczy nie mówią, dodała, poprawiwszy kok z warkocza. On naprawdę nie wie, co się dzieje, to nie zawsze jego wina. Augustine udała, że spluwa w ich kierunku.

Teraz siedziała obok mnie z nogą założoną na nogę i kolanem wbitym w oparcie przed nami.

- Od kilku dni kucharz daje ci coś ekstra do domu.

- Tak.

- Dobrze, my też chcemy.

My, czyli kto? Nie wiedziałam, co powiedzieć. W relacjach między degustatorkami nie przewidziano solidarności. Byłyśmy osobnymi płytami, które dryfują, zderzają się, przepływają obok albo oddalają od siebie.

- Nie będziesz przecież egoistką. Lubi cię, powiedz, żeby dał więcej.

- Weź to, co jest tutaj. - Podsunęłam jej torbę.

- To nam nie wystarczy. Chcemy mleka, przynajmniej parę butelek: mamy dzieci i potrzebujemy mleka.

Miały również dochody wyższe od przeciętnych, nie chodziło o prawdziwą potrzebę. Chodzi o sprawiedliwość, odparłaby Augustine, gdybym jej na to zwróciła uwagę, dlaczego masz dostawać więcej od nas? Mogłabym jej powiedzieć poproś Theodorę. Wiedziała, że Theodora odmówi. A więc z jakiego powodu oczekiwała, że ja się zgodzę? Nie byłam jej przyjaciółką. Ona jednak bezbłędnie wyczuwała moje pragnienie akceptacji, czuła je od samego początku.

Jak kobiety zostają przyjaciółkami? Teraz, kiedy znałam mimikę swoich towarzyszek, kiedy potrafiłam ją nawet przewidzieć, ich twarze wydawały mi się inne od tych, które zobaczyłam pierwszego dnia.

To się dzieje w szkole albo w pracy, w miejscach, gdzie musimy spędzać wiele godzin życia. Zaprzyjaźniasz się w sytuacji przymusu.

- Dobrze, Augustine. Jutro spróbuję go poprosić.

Następnego dnia rano Krümel powiadomił nas, że jego pomocnicy wrócili i już nie potrzebuje nas w kuchni. Przekazałam to Augustine i innym, które wybrały ją na swoją rzeczniczkę, ale Heike i Beate się nie poddały. To niesprawiedliwe, że ty dostawałaś coś ekstra, a my nie. My mamy dzieci. A ty kogo masz?

Ja nie miałam dzieci. Za każdym razem, kiedy rozmawiałam o tym z mężem, mówił, że to nie jest dobra pora, że on musi walczyć, a ja jestem sama. Wstąpił do wojska w czterdziestym, rok po ślubie. Znalazłam się bez Gregora w naszym mieszkaniu urządzonym meblami od handlarza starzyzną, do którego lubiliśmy chodzić w sobotnie przedpołudnia, choćby tylko po to, żeby przy okazji odwiedzić pobliską piekarnię i kupić na śniadanie drożdżówkę z cynamonem albo strudel z makiem, a potem iść na spacer i podjadać ciasto wprost z papierowej torby, dzieląc się każdym kęsem. Znalazłam się bez niego i bez dziecka w mieszkaniu pełnym rupieci.

Niemcy kochali dzieci, podczas parad Führer gładził je po buziach i zachęcał kobiety, by rodziły ich jak najwięcej.

Gregor chciał być dobrym Niemcem, ale to do niego nie przemawiało. Mówił, że wydanie nowej istoty na świat oznacza skazanie jej na śmierć. Ale wojna się skończy, oponowałam. Nie chodzi o wojnę, odpowiadał, chodzi o życie: wszyscy umierają tak czy inaczej. Źle z tobą, oskarżałam go, odkąd trafiłeś na front, jesteś przygnębiony, a on się wtedy złościł.

Może w święta, z pomocą Herty i Josepha, uda mi się go przekonać.

Gdybym zaszła w ciążę, karmiłabym rosnące w moim łonie dziecko pokarmem ze stołówki. Brzemienna kobieta nie jest dobrym królikiem doświadczalnym, może zakłócić eksperyment, ale esesmani nie będą tego wiedzieć - przynajmniej dopóki nie ujawnią tego wyniki badania krwi albo rosnący brzuch.

Ryzykowałabym otrucie dziecka, zginęłoby wraz ze mną. Albo byśmy przeżyli. Jego drobne kości i miękkie tkanki byłyby wykarmione jedzeniem Hitlera. Byłby synem Rzeszy, bardziej nawet niż moim. Inna sprawa, że nikt nie rodzi się bez winy.

- Ukradnij je - zażądała Augustine. - Wejdź do kuchni, odwróć uwagę kucharza plotkami, pogadaj z nim o Berlinie, o tym, jak chodziłaś do opery, wymyśl coś. A jak nie będzie patrzył, weź mleko.

- Oszalałaś? Nie mogę tego zrobić.

- To nie jego własność, jemu nic nie zabierasz.

- Ale tak nie można, on sobie na to nie zasłużył.

- A my, Rosa? A my sobie zasłużyłyśmy?

Światło odbijało się jasno od marmurowych blatów, które wyczyścili podkuchenni.

- Prędzej czy później Sowieci ustąpią, zobaczysz - powiedział Krümel.

Byliśmy sami: wysłał chłopaków do wyładowania prowiantu, który przyjechał pociągiem na stację Wilczego Szańca, i zapowiedział, że zaraz do nich dołączy, ponieważ poprosiłam go o objaśnienie rozdziału książki, którą teraz czytałam, książki, którą dostałam od niego; nie znalazłam lepszego pretekstu, żeby go zatrzymać. Po wyjaśnieniach - rola nauczyciela napawała go dumą - zamierzałam go poprosić o dwie butelki mleka. Chociaż Krümel nigdy dotąd nie dawał mi mleka. Chociaż było to niegrzeczne i gruboskórne. Co innego otrzymać coś w darze, co innego tego żądać. No i dla kogo? Nie mam dzieci, nigdy nikogo nie karmiłam.

Krümel usiadł, by ze mną porozmawiać; jak zwykle kilka minut wystarczyło, by ogarnął go podniosły nastrój i zasypał mnie słowami. Koszmar Stalingradu w lutym tego roku zdemoralizował wszystkich.

- Zginęli, by Niemcy żyły dalej.

- To mówi Führer.

- I ja mu wierzę. Ty nie?

Nie chciałam go rozzłościć, bo straciłabym u niego względy. Niepewnie pokiwałam głową.

- Zwyciężymy - powiedział. - Bo to jest słuszne.

Opowiedział mi, że Hitler jada kolację, patrząc na ścianę, na której zawieszono sowiecką flagę zdobytą na początku operacji Barbarossa. W tym pomieszczeniu tłumaczył gościom niebezpieczeństwo bolszewizmu: inne europejskie narody je lekceważyły. Czy nie uświadamiały sobie, że Związek Sowiecki jest niezrozumiały, mroczny, złowieszczy jak statek widmo z opery Wagnera? Zatopić go może tylko człowiek tak uparty jak on, zdeterminowany, by ścigać wroga aż do sądnego dnia.

- Tylko on może tego dokonać - orzekł Krümel, zerkając na zegarek. - Uch, muszę już iść. Potrzebujesz czegoś jeszcze?

Potrzebuję świeżego mleka. Mleka dla nie swoich dzieci.

- Nie, dziękuję. A może ja mogę w jakiś sposób się odwdzięczyć? Był pan dla mnie taki dobry.

- A mogłabyś, rzeczywiście: mamy parę kilo fasoli do łuskania. Miałabyś ochotę zacząć, przynajmniej do czasu, kiedy was nie odwiozą? Powiem straży, że masz tu zostać.

Zostawił mnie samą w kuchni. Mogłabym zatruć prowiant, ale Krümel nawet o tym nie pomyślał: byłam degustatorką pokarmów Hitlera, należałam do tej samej drużyny, pochodziłam z Berlina jak on. Ufał mi.

Jedna po drugiej do autobusu, torba przyciśnięta do brzucha, wydawało mi się, że słyszę pobrzękiwanie butelek, starałam się je unieruchomić rękami i iść wolniej - ale nie za wolno, by nie wzbudzić podejrzeń esesmanów. Elfriede szła tuż za mną, w kolejce często zajmowała to miejsce. Zawsze szłyśmy ostatnie. To nie była opieszałość, to była nieumiejętność dostosowania się. Nieważne, jak bardzo byłyśmy gotowe stosować się do procedur - i tak przychodziło nam to z najwyższym trudem. Procedury i my: dwa kawałki niepasującej do siebie materii, dwie rzeczy w niewłaściwym rozmiarze - ale tylko tyle masz, żeby zbudować swoją fortecę, więc znajdziesz sposób, by się jakoś dostosować.

Jej oddech połaskotał mi szyję:

- Berlinianko, pozwoliłaś im wpakować cię w kłopoty?

- Cisza - rzucił leniwie strażnik.

Ścisnęłam mocno butelki przez skórę torby. Szłam wolno, ze wszystkich sił starając się, by nie zabrzęczały.

- A już mi się wydawało, że zrozumiałaś, że najlepiej, jak każda zajmuje się tu swoimi sprawami. - Oddech Elfriede był jak tortura.

Zobaczyłam, że niespiesznym krokiem podchodzi do nas Patyk. Zbliżywszy się, obrzucił mnie wzrokiem. Dalej szłam za innymi, aż do momentu, kiedy chwycił mnie za ramię, które przestało przyciskać torbę do biodra. Czekałam na nieunikniony brzęk szkła, ale butelki się nie przewróciły, włożyłam je tak, by stały nieruchomo w ciemnym wnętrzu torby, byłam przewidująca.

- A wy dwie co, znowu sobie szepczecie?

Elfriede stanęła.

Strażnik chwycił i ją.

- Już wam powiedziałem, że jak was jeszcze raz nakryję, to skorzystam z okazji.

Zimne szkło na biodrze. Wystarczyło, że strażnik przypadkowo przesunie ręką po torbie, i mnie nakryje. Puścił moje ramię, dwoma palcami chwycił mnie za podbródek i nachylił się nade mną. Podbródek mi drżał, szukałam wzrokiem Elfriede.

- Dziś trochę za bardzo śmierdzisz brokułami. Chyba zrobimy to innym razem.

Zaczął rechotać i rechotał tak długo, że dołączyli do niego koledzy. Zrobiło się rubasznie, aż w końcu on powiedział:

- Nie rób takiej miny, żartowałem. My wam tu nawet dostarczamy rozrywki. Czego chcieć więcej?

Wymiana dokonała się za siedzeniami. Augustine przyniosła małą płócienną torbę. Mój podbródek jeszcze drżał: pulsował nerw ukryty pod policzkiem.

- Byłaś dzielna i wielkoduszna.

Uśmiech, z jakim mi dziękowała, wydawał się szczery. Jak kobiety zostają przyjaciółkami?

My i oni. To proponowała mi Augustine. My - ofiary, młode kobiety bez możliwości wyboru. Oni - wrogowie. Dręczyciele. Krümel nie był jednym z nas, to Augustine miała na myśli. Krümel był nazistą. A my nigdy nie byłyśmy nazistkami.

Jedyną kobietą, która się do mnie nie uśmiechała, była Elfriede. Wpatrzyła się w pola ciągnące się za oknem i spichlerze, które co chwila mijaliśmy. Codziennie jechałam tym autobusem osiem kilometrów aż do zakrętu przy Groß Partsch, przy moim schronieniu.

10

Z łóżka Gregora przyglądałam się brzegom jego fotografii wciśniętej pod ramę lustra nad komodą. Miał na niej pewnie cztery albo pięć lat, nie byłam pewna. Na nogach miał śniegowce i mrużył oczy od słońca.

Nie mogłam zasnąć. Odkąd przyjechałam do Groß Partsch, dręczyła mnie bezsenność. Zresztą w Berlinie, kiedy siedzieliśmy zabarykadowani w piwnicy razem ze szczurami, też nie mogłam. Herr Holler mówił, że dojdzie do tego, że i szczury będziemy zjadać, kiedy skończą się nam koty i wróble, ginące bez chwały i pomnika poleg­ łych. Mówił to właśnie Holler, któremu przez nerwowe napięcie kotłowało się w jelitach i gdy szedł do kąta, gdzie stał kubeł na nieczystości, zostawiał po sobie fetor nie do wytrzymania.

Walizki były spakowane, gotowe do błyskawicznej ucieczki, gdyby okazała się konieczna.

Po tym jak na nasz dom przy Budengasse spadła bomba, weszłam do mieszkania: całe było zalane, bo eksplozja rozszczelniła instalację wodną. Stojąc po kolana w wodzie, położyłam swoją walizkę na łóżku i wyszperałam ze środka album ze zdjęciami, nie zamókł. Potem otwarłam walizkę mamy i zanurzyłam twarz w jej ubraniach. Pachniały tak podobnie do moich. Teraz, gdy ona nie żyła, a ja wciąż tak, ten zapach wydał mi się czymś jeszcze bardziej obscenicznym. W jej walizce znalazłam fotografię Franza, którą przysłał jej w trzydziestym ósmym z Ameryki, kilka miesięcy po tym, jak wsiadł na statek. Od tamtego czasu nie widziałyśmy mojego brata. Nie było tam moich fotografii; gdyby trzeba było uciekać, zrobiłybyśmy to razem, wierzyła moja matka. A teraz była martwa.

Po tym jak ją pochowałam, chodziłam po opuszczonych mieszkaniach naszej kamienicy. Szperałam w kuchennych szafkach i zbierałam, co mogłam, nakradłam filiżanek i czajniczków, żeby sprzedać je na czarnym rynku na Alexanderplatz razem z porcelanowym serwisem, który matka trzymała w kredensie.

Przygarnęła mnie Anne Langhans, spałyśmy w jednym łóżku, z małą Pauline pośrodku. Czasami udawałam, że ona jest tą córką, której nie miałam. Jej oddech mnie pocieszał, stał mi się bliższy niż oddech mojej matki. Przekonywałam samą siebie, że pewnego dnia Gregor wróci z wojny, naprawimy instalację w mieszkaniu i spłodzimy dziecko, a może nawet dwójkę. We śnie będą wolno oddychać z otwartymi ustami, tak jak oddychała Pauline.

Mój Gregor był taki wysoki, kiedy szedł obok mnie aleją Unter den Linden, na której już nie rosły lipy; ludzie musieli z daleka widzieć Führera podczas parady, dlatego drzewa zostały ścięte. Sięgałam Gregorowi ledwie do ramienia, idąc aleją, wziął mnie za rękę.

Powiedziałam:

- Czy ta historia o sekretarce i jej szefie nie jest zbyt oklepana?

Powiedział:

- Czy jeśli cię zwolnię, to będę miał prawo cię całować?

Rozśmieszył mnie. Stanął, oparł się o sklepową witrynę, powoli przyciągnął mnie do siebie, zdusiłam śmiech w wełnie jego swetra. Potem podniosłam oczy i zobaczyłam obraz w witrynie: aureola namalowana wokół głowy była żółta, spojrzenie surowe, jakby dopiero co wyrzucił przekupniów ze świątyni. Całowaliśmy się na jego oczach. Adolf Hitler pobłogosławił naszą miłość.

Otwarłam szufladę w komodzie, wyjęłam wszystkie listy od Gregora, raz jeszcze przeczytałam każdy z nich. Chciałam się poczuć tak, jakbym słyszała jego głos, jakby Gregor stał tuż obok mnie. Krzyżyki stawiane ołówkiem w kalendarzu przypominały mi, że wkrótce naprawdę tu będzie.

Tego ranka, kiedy wyjeżdżał, zobaczył mnie skuloną na progu sypialni z czołem opartym o framugę. Co ci jest? Nie odpowiedziałam.

Zdawało mi się, że poznałam, co to szczęście, dopiero kiedy go spotkałam. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że mi się ono należy. Te moje obwódki wokół oczu, niczym przeznaczenie. Tymczasem istniało - wspaniałe, pełne i moje - szczęście, które Gregor przyniósł mi w darze, jakby to była najbardziej zwyczajna rzecz na świecie. Jego osobiste powołanie.

Jednak potem wyrzekł się swego zadania, miał ważniejsze. Wrócę prędko, powiedział, i pogłaskał mnie po głowie, policzkach, ustach, próbował utorować drogę swoim palcom przez moje usta, na nasz własny sposób, zgodny z łączącym nas milczącym paktem, zaufaj, ufam, kochaj mnie, kocham cię, kochaj się ze mną - ale ja zacisnęłam zęby i cofnął rękę.

Wyobrażałam go sobie, jak szybko biegnie transzejami, jak jego oddech w zimnym powietrzu przemienia się w chmurę pary. "Jest dwóch, którzy nie zrozumieli, że w Rosji jest zimno - pisał mi. - Jednym jest Napoleon". Tego drugiego nie wspomniał z ostrożności. Kiedy go zapytałam o działania wojenne, zasłonił się tajemnicą wojskową: pewnie to była wymówka, by mnie nie przestraszyć. Może teraz właśnie jadł kolację przy ogniu, żołnierze z menażkami pełnymi mięsa na kolanach, coraz luźniejsze mundury, bo wszyscy wychudli, a ja wiedziałam, że Gregor je bez narzekania, żeby nikt z towarzyszy nie mógł go uznać za ciężar. Zawsze chciał, by inni znajdowali w nim oparcie, w ten sposób sam czuł się silny.

Na początku pisał mi, że robiło na nim wrażenie życie razem z nieznajomymi uzbrojonymi mężczyznami. W każdej chwili ktoś mógł do niego strzelić z powodu kłótni przy kartach, zbyt wyrazistego koszmaru nocnego, nieporozumienia podczas marszu. Nie ufał im; Gregor ufał tylko mnie. Wstydził się tych myśli, kiedy w końcu przywiązał się do swych towarzyszy broni.

Był wśród nich malarz, który na wojnie stracił dwa paliczki i nie wiedział, czy jeszcze będzie mógł malować. Równą nienawiścią pałał do nazistów i Żydów. Był też dawny prawnik, żarliwy nazista, ale jego Żydzi mało obchodzili; był przekonany, że także Hitlerowi nie spędzają snu z powiek. Twierdził, że Berlin nigdy nie zostanie zbombardowany, bo Führer na to nie pozwoli. Potem bomba spadła na nasz dom i nie wiem, czy to wystarczyło, by zachwiać jego pewnością. Hitler wziął pod uwagę wszystkie rzeczy, mówił towarzysz broni mojego męża, a on go słuchał, bo należał do tego samego oddziału, a na wojnie, mówił, oddział staje się jednym ciałem. Oni byli ciałem, do którego Gregor czuł przynależność, lustrem, które odbijało w nieskończoność jego ciało. Oni, nie ja, byli ciałem z jego ciała.

Potem był Reinhard, który bał się wszystkiego, nawet wszy, i lgnął do Gregora jak syn do ojca, choć był ledwie trzy lata młodszy. Trzęsidupa, jak go nazywałam. W ostatnim liście, który przyszedł do Berlina, Gregor pisał, że gówno jest dowodem na nieistnienie Boga. Czasami lubił wygłaszać prowokacyjne opinie, wszyscy w jego pracowni to wiedzieliśmy. Jednak czegoś podobnego nigdy dotąd nie powiedział. "Tutaj wszyscy cierpimy na biegunkę - pisał. - To przez jedzenie, zimno i strach". Reinhard narobił w spodnie podczas misji: coś takiego było na porządku dziennym, ale jego to niezwykle upokorzyło.

"Gdyby naprawdę istota ludzka była stworzona przez Boga - dowodził mój mąż - to czy sądzisz, że Bóg wymyślił­ by coś tak wulgarnego jak gówno? Nie znalazłby innego sposobu, takiego, który nie dawałby tak odrażającego produktu ubocznego procesów trawiennych? Gówno jest wynalazkiem do tego stopnia perwersyjnym, że albo Bóg sam jest perwersyjny, albo w ogóle nie istnieje".

Także Führer walczył z produktem ubocznym procesów trawiennych. To była udręka Krümla: dieta, którą dla niego przygotował, była bardzo zdrowa, a jednak wódz wciąż brał mutaflor. Zapisał mu go profesor Morell, ale w ostatnim czasie nawet on, jego osobisty lekarz, nie wiedział, co robić. Próbował zyskać na czasie, zapisując pigułki na wzdęcia: pacjent zażywał około szesnastu dziennie. Hitler opracował złożony system broniący go przed otruciem przez wroga, a jednocześnie sam się podtruwał.

- Nie powinienem opowiadać ci tego wszystkiego. Plotkarz ze mnie. - Krümel zachichotał. - Ale ty zachowasz to dla siebie, prawda?

Po obiedzie byłam jeszcze w kuchni, kończąc łuskanie fasoli, które mi powierzył. Theodora zaoferowała się, że mi pomoże, kuchnia to było jej terytorium, nie mogła znieść, że zajmowałam je bez niej. Powiedziałam, że nie potrzebuję pomocy, a Krümel był zbyt zajęty, żeby się w to włączać.

Poszedł na stację ze swoimi ludźmi i znów zostawił mnie samą.

Podniosłam się z zydla bardzo powoli, by nie skrzypnęła podłoga, i wyciszając każdy krok - najmniejszy szelest mógłby przywołać strażnika stojącego przed drzwiami - zwędziłam dwie butelki mleka z lodówki. Mrowiła mnie skóra, kiedy je zabierałam. A jednak tak byłam zadowolona ze swojej śmiałości, że nie brałam pod uwagę, iż Krümel zauważy brak dwóch, a teraz już czterech butelek. A może sądziłam, że się nie zorientuje. Z pewnością każdy drobiazg w kuchni był policzony, z pewnością Krümel miał listę wejść i wyjść. Ale dlaczego miałby pomyśleć o mnie? Byli jeszcze podkuchenni, to przecież mogła być ich sprawka.

Kiedy stałyśmy w szeregu, Patyk podszedł do mnie i otworzył moją torbę.

Żadnego spektakularnego gestu, po prostu rozległ się szczęk zatrzasku i ukazały się szyjki butelek. Patyk odwrócił się w stronę Theodory, która powiedziała:

- No i proszę!

- Nie chcę nic słyszeć! - uciszył ją.

Na osłupiałych twarzach moich towarzyszek malowało się przerażenie.

Ktoś poszedł po kucharza. Kazali nam zostać w korytarzu i czekać na niego, na stojąco. Kiedy Krümel stanął przede mną, wydał mi się jeszcze chudszy niż zwykle, jeszcze bardziej kruchy.

- Ja jej to dałem - powiedział.

Nagłe bolesne ukłucie w brzuchu. Nie kopnięcie dziecka, tylko perwersja Boga.

- To małe wynagrodzenie za jej pracę w kuchni. Rosa Sauer dostaje pieniądze nie za nią, tylko za degustowanie jedzenia. Dlatego uznałem za stosowne, by ją wynagrodzić także dlatego, że kontynuowała pracę, kiedy wrócili pod­ kuchenni. Mam nadzieję, że to nie problem.

Kolejne ukłucie. Nikt nie dostaje tego, na co zasłużył, nawet ja.

- Nie ma problemu, skoro tak pan uznał. Na przyszłość proszę tylko nas uprzedzić. - Patyk ponownie spojrzał na Theodorę, ona na mnie. Jej wzrok nie prosił o przebaczenie, lecz wyrażał pogardę.

- Skończmy to już - powiedział drugi esesman.

Co miał na myśli? Skończmy z dawaniem jedzenia Rosie Sauer? Skończmy ze szpiegowaniem Rosy Sauer? A może: skończże na Boga drżeć, Roso Sauer!

- Naprzód marsz!

Miałam czerwone, gorące uszy, łzy stały mi w oczach jak woda w zagłębieniach terenu. Wystarczyło nie mrugać, by zostały nieruchome między powiekami, wyparowały. Nawet w autobusie nie pozwoliłam im popłynąć.

Augustine nie podała mi płóciennego worka, butelki jechały ze mną aż do zakrętu koło domu. Gdy tylko autobus odjechał, wylałam mleko na ziemię.

Było przeznaczone dla ich dzieci, nie, było przeznaczone dla Hitlera. Jak mogłam zmarnować takie nagromadzenie wapnia, żelaza, witamin, protein, cukrów i aminokwasów? Mleczny tłuszcz różni się od wszystkich innych, pisano o tym w książkach, które dał mi Krümel, jest łatwiej przyswajalny i organizm wykorzystuje go natychmiast, bardzo efektywnie. Mogłam trzymać butelki w chłodzie piwnicy, zaprosić Augustine, Heike i Beate, oto mleko dla waszych dzieci, to ostatnie dwa litry, przykro mi, że nie trwało to dłużej, ale i tak było warto. Mogłam ugościć je herbatą w kuchni u Herty.

Jak kobiety zostają przyjaciółkami? Proszą, żebyś dla nich kradła. Mogłabym przekazać butelki Hercie i Josephowi i skłamać, skąd pochodzą. Krümel jest taki szczodry, uwielbia mnie. Proszę, pijcie, świeże i pożywne mleko, to wszystko moja zasługa.

Tymczasem ja, nieruchoma, pochylona, stałam tam, patrząc na mleko obryzgujące żwirową nawierzchnię. Chciałam je zmarnować, nikt nie powinien go pić. Chciałam odmówić go dzieciom Heike i Beate, i Augustine, odmówić go każdemu dziecku, które nie jest moje, zrobić to bez żadnych wyrzutów sumienia.

Podniosłam głowę dopiero wtedy, kiedy butelki były puste. Zobaczyłam Hertę za oknem. Otarłam łzy wierzchem dłoni.

Nazajutrz zebrałam się na odwagę i otworzyłam drzwi do kuchni.

- Przyszłam dokończyć fasolę - powiedziałam.

Ćwiczyłam to zdanie, zwłaszcza ton wypowiedzi: allegro ma non troppo - nie za szybko, z wybrzmiewającym błagalnym podkładem. Jednak mój głos zabrzmiał sztucznie.

Krümel nawet się nie odwrócił.

- Dziękuję, już nie potrzeba.

W rogu piętrzyły się puste drewniane skrzynki. Lodówka znajdowała się po przeciwnej stronie, nie śmiałam spojrzeć w tamtym kierunku. Przyjrzałam się swoim paznokciom, były pożółkłe, ale skoro ta praca już się skończyła, wkrótce będą takie jak kiedyś. Paznokcie sekretarki.

Podeszłam do Krümla.

- To ja panu dziękuję. I proszę mi wybaczyć. - Tym razem mój głos nie był sztuczny, załamywał się.

- Nie pokazuj się więcej w mojej kuchni - odparł i dopiero wtedy się odwrócił.

Nie potrafiłam znieść jego wzroku.

Kilkakroć opuściłam głowę, by przekazać, że usłucham polecenia, i wyszłam, zapominając o słowach pożegnania.

11

Był późny grudzień. Odkąd zaczęła się wojna, a zwłaszcza od czasu, gdy wyjechał Gregor, Boże Narodzenie straciło dla mnie świąteczną atmosferę. Tymczasem w tym roku czekałam na nie z taką samą niecierpliwością jak w dzieciństwie, ponieważ miało mi przynieść w darze mojego męża.

Rankiem włożyłam wełnianą czapkę zrobioną na drutach przez Hertę, a potem wsiadłam do autobusu, który przez zaśnieżone pola, pod szpalerami buków i brzóz, miał mnie zawieźć do Krausendorfu, gdzie wraz z innymi młodymi Niemkami miałam przystąpić do Stołu Pańskiego. Wojsko wiernych kobiet gotowych przyjąć na język komunię, która nas nie odkupi.

Czy ktoś przedkłada życie wieczne nad swoje życie tu, na ziemi? Na pewno nie ja. Połykałam kęs, który mógł mnie zabić, jakby był ofiarą, trzy ofiary dziennie każdego dnia bożonarodzeniowej nowenny. Ofiaruj Panu trud zadań domowych, smutek z powodu złamanej łyżwy albo swoje przeziębienie, mówił mi ojciec, kiedy wieczorem modlił się razem ze mną. A więc spójrz na tę ofiarę, tato, spójrz na nią: składam w ofierze swój strach przed skonaniem, swoje miesiącami przesuwane z dnia na dzień spotkanie ze śmiercią, którego nie mogę odwołać, składam je w ofierze w zamian za jego przyjazd, za przyjazd Gregora. Strach pojawia się trzy razy dziennie, nigdy nie puka, siada obok mnie i gdy wstanę, idzie wraz ze mną, towarzyszy mi już niemal wszędzie.

Można się przyzwyczaić do wszystkiego: do wydobywania węgla ze sztolni, kiedy musisz oszczędzać każdy łyk tlenu, do szybkiego przechodzenia po belce zawieszonej wysoko w powietrzu na budowie, kiedy rzucasz wyzwanie ziejącej w dole pustce. Można się przyzwyczaić do syren alarmowych, do spania w ubraniu, żeby szybko się ewa­ kuować, gdy one zawyją, można się przyzwyczaić do głodu, do pragnienia. Oczywiście, że przyzwyczaiłam się do tego, że mi płacą za to, że jem. Mogło to wyglądać na przywilej, ale było pracą jak każda inna.

W Wigilię Joseph chwycił koguta za nogi, odwrócił go głową w dół i lekkim ruchem nadgarstka skręcił mu kark. Suchy, krótki dźwięk. Herta postawiła garnek na ogniu i kiedy woda zawrzała, zanurzyła w niej koguta trzy albo cztery razy, najpierw trzymając go za głowę, a potem za nogi. Wreszcie go oskubała. Całe to okrucieństwo tylko dla Gregora, który miał być z nami. Hitler na szczęście wyjechał i będę mogła jadać z mężem i rodziną.

To było ostatnim razem, kiedy Gregor przyjechał na przepustkę do Berlina. Słuchał radia, siedząc w dużym pokoju przy Budengasse, podeszłam do niego i pogładziłam go. Przyjął pieszczotę bez żadnej reakcji. Jak wyzwanie, jak rozproszenie. Nie powiedziałam nic, nie chciałam zepsuć tych paru wspólnych godzin, które nam jeszcze zostały. Wziął mnie, gdy spałam, bez słowa. Obudziłam się z jego ciałem na sobie, z jego furią. W półśnie nie zareagowałam ani sprzeciwem, ani zachętą. Po wszystkim powiedział, że potrzebował ciemności: potrzebował, by mnie nie było, żeby się ze mną kochać. To mnie przeraziło.

List przyszedł w Wigilię i był bardzo krótki. Gregor pisał, że leży w szpitalu polowym. Nie wyjaśnił, co mu się stało ani gdzie został ranny, prosił tylko, żebyśmy się nie martwili.

- Skoro mógł do nas napisać - powiedział Joseph - to znaczy, że nic poważnego mu nie grozi.

Ale Herta ukryła twarz w artretycznych dłoniach i nie chciała jeść koguta, którego przyrządziła.

W nocy dwudziestego piątego, jak zwykle bezsennej, nie potrafiłam nawet zostać w jego pokoju, fotografia pięcioletniego Gregora rozrywała mi serce. Wyślizgnęłam się z łóżka i zaczęłam kręcić się po domu pogrążonym w ciemnościach.

Potrąciłam kogoś.

- Przepraszam - powiedziałam, rozpoznając teściową. - Nie mogę zasnąć.

- To ja ciebie przepraszam - odparła. - Tej nocy nam obu przyszło lunatykować.

Podążam z pewnością lunatyka drogą, którą wytyczyła dla mnie Opatrzność, powiedział Hitler po wprowadzeniu wojska do Nadrenii.

Biedna lunatyczka, komentował mój brat, kiedy w dzieciństwie gadałam przez sen.

Moja matka mówiła ciągle gada, nie milknie nawet, kiedy śpi. Franz wstawał od stołu, wyciągał przed siebie ramiona, wywalał język, poruszał się jak marionetka, wydając gardłowe dźwięki. Mój ojciec mówił przestań i jedz.

Śniło mi się, że latam. Jakaś siła unosiła mnie nad ziemię i ciągnęła coraz wyżej, pustka pod stopami, świszczący wiatr, który ciskał mną o drzewa, o ściany kamienic, ledwie unikałam roztrzaskania się, ogłuszał mnie hałas. Wiedziałam, że to sen i że gdybym wypowiedziała zaklęcie, sen by się skończył, a ja wróciłabym do swojego łóżka. Ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu, miałam w gardle ściśniętą bańkę powietrza, która pękała sekundę przed zderzeniem, eksplodowała w krzyku Franz! Pomocy!

Na początku mój brat pytał bełkotliwie: Co się stało? Co ci zrobiłem? Potem budził się zirytowany i mówił tylko: A ty na kogo się uwzięłaś?

Nazywałam to pochwyceniem. Nie w rozmowie z Franzem, nie z rodzicami. Tylko w duchu. I raz powiedziałam o tym Gregorowi, który objął mnie w łóżku, a ja zbudziłam się cała spocona. Wymamrotałam: To pochwycenie, już od lat mi się nie zdarzyło. Nie prosił o wyjaśnienie, wyszeptał: To tylko sen.

Wolne Miasto Danzig właśnie zostało przyłączone do Rzeszy.

Po eksplozji bomby myślałam, że pochwycenie zawsze było snem proroczym, ostrzegawczym. Ale przecież każde życie jest ograniczeniem, trwaniem w nieustannym niebezpieczeństwie roztrzaskania się o coś.

Dwudziestego siódmego grudnia wypadały moje urodziny, przestało śnieżyć, a ja zapragnęłam, by pochwycenie wessało mnie do końca. To byłoby wyzwolenie, strumień udręki wyrzucony za jednym razem, bez poczucia obowiązku nakazującego zatrzymanie jej w sobie, by nie trapić i tak już zdruzgotanej Herty, by nie martwić Josepha.

Pochwycenie nie powróciło. Mojego męża nie było i nie napisał do nas już nic więcej.

Dwa i pół miesiąca później otrzymaliśmy list wysłany z centralnego biura informacyjnego. Oznajmiano nam w nim, że Gregor Sauer, lat 34, wzrost 1,82 m, waga 75 kg, obwód klatki piersiowej 101 cm, włosy blond, nos i podbródek regularne, oczy błękitne, cera jasna, zęby zdrowe, zawód inżynier, zaginął.

Zaginął. Na kartce nie napisano, że mężczyzna o nazwisku Gregor Sauer miał szczupłe łydki, paluch wyraźnie oddzielony od długiego palca stopy i że zdzierał podeszwy butów od środka, że kochał muzykę, ale nigdy nie nucił, a nawet mówił bądź cicho proszę, bo ja nuciłam coś bez przerwy, przynajmniej przed wojną, i że golił się codziennie, przynajmniej w czasie pokoju, a biel piany z mydła rozprowadzonej pędzlem nadawała jego wargom intensywną czerwień i mięsistość, choć naprawdę były wąskie i blade, i po tych wargach przesuwał palcem wskazującym, kiedy prowadził swojego starego NSU, a mnie to irytowało, bo brałam ten gest za niezdecydowanie; nie lubiłam, kiedy był bezbronny, kiedy interpretował świat jako zagrożenie, kiedy nie chciał dać mi dziecka. Ten palec na ustach wydawał mi się tarczą, dystansowaniem się ode mnie. Na kartce nie napisano, że lubił wstawać wcześnie rano i jeść śniadanie w pojedynkę, robiąc sobie wolne od moich przemówień, choć byliśmy małżeństwem zaledwie od roku i miał wyruszyć na front, ale jeśli udawałam, że śpię, zaraz po wypiciu herbaty siadał na brzegu łóżka i całował moje dłonie z takim oddaniem, z jakim całują dzieci.

Uważali, że tymi cyframi go identyfikują, ale skoro nie mówili, że to mój mąż, to nie o nim mówili.

Herta runęła na krzesło.

- Proszę mamy! - zawołałam.

Nie odpowiedziała.

- Proszę mamy! - Potrząsnęłam nią. Była jednocześnie twarda i uległa. Podałam jej wodę, nie chciała pić.

- Proszę.

Odchyliła głowę, odstawiłam szklankę. Z twarzą zwróconą do sufitu powiedziała:

- Już go więcej nie zobaczę.

- Nie umarł! - krzyknęłam, a jej ciało uderzyło o oparcie krzesła. W końcu na mnie spojrzała. - Nie umarł, zaginął. Jest napisane: zaginął. Rozumie mama?

Jej ściągnięta cierpieniem twarz powoli odzyskała zwykłe rysy, ale już po chwili wykrzywił ją nowy grymas.

- Gdzie Joseph?

- Pójdę po niego, dobrze? Ale niech się mama napije wody. - Znów podałam jej szklankę.

- Gdzie Joseph? - powtórzyła.

Pobiegłam przez wieś w kierunku dworu von Mildernhagenów. Delikatne, wymizerowane pnie, nitkowate gałęzie, dachówki z narostem pleśni, ogłupiałe gęsi za siatką, kobiety za oknem, jakiś mężczyzna na rowerze, który ukłonił mi się, zdejmując czapkę i nie przestając pedałować, a ja zignorowałam go, biegnąc. Gniazdo na słupie. Bocian kierował dziób ku niebu, jakby się modlił - ale nie za mnie.

Mokra od potu uchwyciłam się bramy i zawołałam teścia. To już przyleciały bociany, tak szybko? Niedługo nastanie wiosna, a Gregor nie wróci. Był moim mężem. Był moim szczęściem. Nie będę więcej bawić się małżowinami jego uszu, on nie przyciśnie więcej czoła do moich piersi, kuląc się tak, bym mogła go głaskać po plecach. Nigdy nie przyciśnie policzka do mojego ciążowego brzucha, nie będę mieć z nim dziecka, on nie będzie go nosić na ręku, nie opowie mu o swoich chłopięcych wyprawach po okolicy, o całych dniach spędzonych wśród drzew, o skokach na bombę do jeziora, o lodowatej wodzie i fioletowych wargach. Chciałabym raz jeszcze włożyć mu palce do ust, by poczuć się bezpieczna.

Wołałam głośno z nosem wciśniętym między pręty. Przyszedł jakiś mężczyzna, zapytał, kim jestem, wybełkotałam, że szukam ogrodnika, że jestem jego synową, i zanim zdążył całkiem otworzyć bramę, już weszłam do środka i biegłam, sama nie wiem dokąd, później usłyszałam głos Josepha i ruszyłam mu naprzeciw. Dałam mu kartkę; rozwinął i przeczytał.

- Wróć do domu. Mutti cię potrzebuje.

Stukot kroków na schodach kazał nam się odwrócić.

- Joseph.

Rudowłosa kobieta o okrągłej jasnej twarzy podtrzymywała rąbek spódnicy, jakby biegła do nas dołączyć. Zarzucony na ramiona płaszcz ześlizgiwał się z jednej strony, odsłaniając bordowy rękaw bluzki.

- Pani baronowo.

Mój teść przeprosił za zamieszanie, wyjaśnił, co się wydarzyło, i poprosił o zgodę na wcześniejsze wyjście. Kobieta podeszła, chwyciła go za ręce, podtrzymała z lęku, że bezwładnie opadną, tak mi się wydawało.

- Bardzo mi przykro - powiedziała z błyszczącymi oczami.

W tym momencie Joseph się rozpłakał.

Nigdy nie widziałam płaczącego mężczyzny, starca. To był bezgłośny płacz, który sprawiał, że trzeszczały stawy, coś, co miało więcej wspólnego z osteoporozą, zaburzeniami ruchowymi, utratą kontroli nad mięśniami. Starcza rozpacz.

Baronowa próbowała go pocieszyć, po czym zrezygnowała, czekając, aż sam się uspokoi.

- Pani jest Rosa, prawda?

Skinęłam głową. Co ona mogła o mnie wiedzieć.

- Wielka szkoda, że spotykamy się w tak smutnych okolicznościach. I pomyśleć, że tak bardzo chciałam panią poznać. Joseph opowiadał mi o pani.

Nie zdążyłam zapytać, dlaczego to chciała mnie poznać, dlaczego on opowiadał jej o mnie, dlaczego, ona, baronowa, wdawała się w rozmowy z ogrodnikiem; mój teść wyjął guzowate dłonie z rąk tej kobiety, otarł rzadkie rzęsy i poprosił mnie, byśmy już poszli. Nie wiem, ile razy prosił o wybaczenie baronową i ile razy przepraszał mnie po drodze.

Byłam wdową. Nie, nie byłam. Gregor nie był martwy: nie wiedzieliśmy tylko, gdzie jest i czy kiedykolwiek wróci. Ilu zaginionych wróciło z Rosji? Nie miałam nawet krzyża, pod którym mogłabym raz w tygodniu stawiać świeże kwiaty. Miałam jego fotografię z dzieciństwa, z oczami zmrużonymi od słońca, bez uśmiechu.

Wyobrażałam go sobie, jak oparty na łokciu leży w śniegu i wyciąga rękę, a mój nadgarstek jest tak daleko, jego dłoń ściskała powietrze; wyobrażałam go sobie, jak śpi, jak daje się zwyciężyć zmęczeniu, towarzysze broni nie chcieli na niego czekać, nawet ten trzęsidupa, co za niewdzięczność. I w końcu zasnął na mrozie. Gdyby potem się ociep­ liło, sopel lodu, który kiedyś był moim mężem, stopniałby i może jakaś dziewczyna o policzkach rumianych jak matrioszka obudziłaby go pocałunkiem. Z nią zacząłby nowe życie, spłodził dzieci, nadałby im imiona Jurij i Irina, zestarzałby się na daczy i tylko czasem, siedząc przy kominku, miałby jakieś nienazwane przeczucie. O czym myślisz, pytałaby go matrioszka. Jakbym o czymś zapomniał, a raczej o kimś, odpowiadałby. Ale nie wiem o kim.

Albo wiele lat później nadszedłby list z Rosji. Zwłoki Gregora Sauera odnaleziono we wspólnym grobie. Skąd wiedzieli, że to on? Skąd wiemy, że się nie pomylili? Uwierzylibyśmy, co innego nam pozostało.

12

Kiedy autobus SS zahamował, zakryłam twarz kołdrą.

- Wstawaj, Rosa Sauer! - krzyknęli sprzed domu.

Poprzedniego popołudnia w Krausendorfie niczego nie dałam po sobie poznać. Byłam tak oszołomiona wiadomością, że mój organizm odrzucił ją, zamiast przetrawić. Tylko Elfriede zapytała: Berlinianko, co ci jest? Nic, odpowiedziałam. Spoważniała, dotknęła mojego ramienia: Rosa, wszystko w porządku? Odsunęłam się. Dotyk jej ręki przerwał tamę.

- Rosa Sauer! - powtórzyli.

Słuchałam warkotu silnika, dopóki nie zgasł, zostałam na miejscu. Kury nie gdakały, przestały wiele miesięcy wcześniej, Zart narzucił im milczenie: wystarczyła jego obecność, by się uspokoiły. Przyzwyczaiły się do chrzęstu opon na żwirze, wszyscy się przyzwyczailiśmy.

Usłyszałam stukanie w drzwi mojego pokoju i wołającą mnie teściową. Nie odpowiedziałam.

- Joseph, chodź tu - powiedziała Herta, a potem usłyszałam, jak podchodzi, odkrywa kołdrę, potrząsa mną. Upewniła się, że żyję, że to jestem ja. - Co ty wyprawiasz, Rosa? - Moje ciało było tam, nie zaginęło, ale nie reagowało.

Przyszedł Joseph.

- Co się dzieje?

I w tej samej chwili zastukali.

Teść poszedł do drzwi.

- Nie wpuszczajcie ich - błagałam.

- Co ty mówisz? - zaprotestowała Herta.

- Niech zrobią ze mną, co chcą, nie obchodzi mnie to. Jestem zmęczona.

Herta miała między brwiami bruzdę, krótkie pionowe nacięcie, którego dotąd nie zauważyłam. To nie był strach, to była niechęć. Udawałam martwą, podczas gdy jej syn może naprawdę nie żył. Sprowadzałam niebezpieczeństwo na siebie i na nich dwoje.

- Wstań - powiedziała.

Przydawało jej się te dwieście marek miesięcznie, które zarabiałam.

- Proszę. - Szukała mojego nadgarstka przez kołdrę, dotknęła go i pogładziła przez tkaninę, a wtedy do pokoju wszedł esesman.

- Sauer.

Wzdrygnęliśmy się.

- Heil Hitler - wyrecytowała teściowa. - Tej nocy moja synowa źle się poczuła, wybaczcie. Zaraz się przygotuje i wyjdzie.

Nie wstałam. To nie był bunt, to była niemoc.

Joseph patrzył na mnie zza pleców esesmana wzrokiem pełnym bólu. Herta zwróciła się do gościa w mundurze:

- Mogę zaproponować panu coś do picia?

Tym razem przypomniała sobie, jak się czyni honory domu.

- No już, Rosa, pospiesz się.

Wlepiłam wzrok w sufit.

- Rosa - błagała Herta.

- Nie mogę, przysięgam. Niech tata jej powie.

- Rosa - błagał Joseph.

- Jestem zmęczona. - Odwróciłam głowę, spojrzałam na esesmana. - Zwłaszcza wami.

Mężczyzna odsunął Hertę, zerwał kołdrę, chwycił mnie za ramię, przemocą wyciągnął z łóżka, powlókł po podłodze, drugą dłoń opierając na kaburze pistoletu. Kury siedziały cicho, nie wyczuwały niebezpieczeństwa.

- Wkładaj buty - polecił esesman, puszczając moje ramię - albo pójdziesz boso.

- Proszę jej wybaczyć, źle się czuła. - Teść próbował wziąć mnie w obronę.

- Milczeć. Albo zrobimy porządek z wami wszystkimi.

Co ja zrobiłam?

Teraz, kiedy Gregora nie było, chciałam umrzeć. Zaginiony, powiedziałam teściowej, a nie martwy, rozumiesz? Ale przez noc nabrałam przekonania, że także on mnie opuścił, tak samo jak matka. Nie planowałam buntu - czy to, co robiłam, można nazwać buntem? Nie byłam przecież żołnierzem, nie byłyśmy żadnym oddziałem wojska. Mięso armatnie Niemiec, mówił Gregor, walczę za Niemcy już nie dlatego, że w nie wierzę, ani dlatego, że je kocham. Strzelam, bo się boję.

Nie myślałam o konsekwencjach: uproszczony proces, błyskawiczna egzekucja? Chciałam zniknąć i tyle.

- Proszę pana bardzo - jęknęła, garbiąc się, Herta. - Moja synowa odchodzi od zmysłów, mój syn właśnie został uznany za zaginionego, ja pójdę dziś za nią. Ja będę degustować zamiast niej...

- Powiedziałem milczeć!

Esesman uderzył Hertę dłonią, a może lufą pistoletu, nie wiem, nie widziałam, widziałam tylko, jak teściowa garbi się jeszcze mocniej. Zgięła się wpół, jedną dłonią uciskała żebra. Joseph podtrzymał ją, ja zdusiłam krzyk i wzięłam buty, zadrżałam, wzułam je, czułam w gardle metaliczny dźwięk uderzeń serca, podniosłam się, strażnik popchnął mnie w stronę wieszaka na ubrania, chwyciłam płaszcz, włożyłam go, Herta nie podnosiła głowy, powiedziałam coś do niej, chciałam przeprosić, Joseph obejmował ją bez słowa, czekali, aż wyjdę, by jęczeć, zemdleć z bólu albo wrócić do łóżka, zmienić zamek w drzwiach i więcej mi nie otwierać. Nie mam żadnej wartości poza tym, co robię: jem posiłki Hitlera, jem za Niemcy, nie dlatego, że je kocham, ani też ze strachu. Testuję jedzenie Hitlera, bo tyle jestem warta.

- Dziewczynka kaprysiła? - prychnął kierowca, kiedy jego partner popchnął mnie na siedzenie.

Theodora, jak zawsze siedząca w pierwszym rzędzie, nie przywitała się ze mną. Tego ranka nawet Beate i Heike nie śmiały tego zrobić. Później, kiedy pozostałe udawały, że śpią, Augustine siedząca dwa rzędy przede mną zawołała mnie półszeptem. Jej nerwowo rozedrgany profil widziałam jak rozmytą plamę. Nie odpowiedziałam.

Do autobusu wsiadła Leni i ruszyła w moim kierunku. Zawahała się, koszula nocna pod moim płaszczem musiała ją przestraszyć. Leni nie wiedziała, że moja matka zginęła ubrana dokładnie tak samo, że w moich oczach ten strój wiązał się z końcem. Wzułam buty bez pończoch, czułam ziąb przeszywający moje nogi, palce stóp zdrętwiałe pod skórą pantofli. Te buty nosiłam w Berlinie, w biurze, którego szefem był Gregor, a ja jego rozkoszą, gdzie idziesz na tych obcasach, mówiła do mnie Herta, ale dziś rano miała złamane albo stłuczone żebro, nie była w stanie mówić, gdzie idziesz na tych obcasach, obcasy i nocna koszula, jakieś wariactwo, pomyślała pewnie Leni, zamrugała parę razy swoimi zielonymi oczami i usiadła.

Porobią mi się nagniotki, wbiję w nie paznokcie, poprzebijam je, oto władza nad własnym ciałem, którą posiadam tylko ja. Leni chwyciła mnie za rękę, która - uświadomiłam to sobie dopiero w tym momencie - leżała bezwładnie na udzie.

- Rosa, co się stało? - zapytała, a Augustine się odwróciła.

Plama, zaburzenie widzenia. Gregor mówił widzę latające motyle i muchy, widzę pajęcze sieci; mówiłam mu patrz na mnie kochanie, skoncentruj się.

- Rosa. - Leni delikatnie trzymała mnie za rękę.

Szukała odpowiedzi u Augustine, która kręciła głową: plama jej głowy tańczyła, mój wzrok słabł. Brakowało mi sił.

Można przestać istnieć, nadal żyjąc. Gregor może wciąż żył, ale nie istniał, nie dla mnie. Rzesza nadal walczyła, projektowała kolejne Wunderwaffen, wierzyła w cuda, ja w nie nigdy nie wierzyłam. Wojna będzie trwać, dopóki Göring nie wejdzie w spodnie Goebbelsa, mawiał Joseph, wojna zdawała się trwać wiecznie, ale ja postanowiłam więcej nie walczyć, buntowałam się, nie przeciwko SS, ale przeciwko życiu. Przestawałam istnieć, siedząc w autobusie wiozącym mnie do Krausendorfu, do stołu Królestwa.

Kierowca znów hamował. Przez szybę zobaczyłam Elfriede czekającą na poboczu szosy, z jedną ręką w kieszeni palta i papierosem w drugiej. Skrzyżowałyśmy spojrzenia i jej twarz się ściągnęła. Zgniotła niedopałek obcasem, nie przestając na mnie patrzeć, i wsiadła.

Podeszła do nas, nie wiem, czy to Leni dała jej znak, czy Augustine coś powiedziała, a może to było moje spojrzenie: usiadła obok Leni, po drugiej stronie wąskiego przejścia, i powiedziała:

- Dzień dobry.

Leni wybąkała cześć, z zakłopotaniem: to nie był dobry dzień, czy Elfriede tego nie widzi?

- Co jej jest?

- Nie wiem - odparła Leni.

- Co jej zrobili?

Leni milczała. Zresztą to przecież nie do niej zwracała się Elfriede. Mówiła do mnie, ale ja już nie istniałam.

Elfriede odchrząknęła.

- Berlinianko, czy to fryzura w stylu "alarm odwołany"?

Dziewczyny się zaśmiały, tylko Leni się powstrzymała.

Myślałam nie wytrzymam, Elfriede, przysięgam ci, nie wytrzymam dłużej.

- Ulla, co powiesz na tę fryzurę? Aprobujesz?

- Lepsza niż warkocze - odpowiedziała niepewnie Ula.

- To musi być berlińska moda.

- Elfriede - zganiła ją Leni.

- Strój też dość odważny, berliński. Nawet Zarah Leander nie ośmieliłaby się na tak wiele.

Augustine głośno zakaszlała. Może był to sygnał dla Elfriede, nie naciskaj, nie przeciągaj struny, może ona zrozumiała, sama straciła męża na wojnie i postanowiła już zawsze nosić czerń żałoby.

- Może chcesz się coś więcej dowiedzieć, Augustine, skoro jesteś wieśniaczką? Tutaj nasza dziewczyna ze stolicy w imię mody rzuca wyzwanie chłodom. Naucz ją czegoś, Berlinianko!

Patrzyłam nieruchomo w dach autobusu z nadzieją, że spadnie i mnie przygniecie.

- Jak widać, nie jesteśmy godne nawet jednego skinienia.

Dlaczego to robi? Dlaczego mnie dręczy? I po raz kolejny czepia się ubrania. Radzę, żebyś zajęła się swoimi sprawami, powiedziała za pierwszym razem. Dlaczego teraz nie zostawi mnie w spokoju?

- Leni, a ty czytałaś Przekorę Emmy von Rhoden?

- Tak... jak byłam mała.

- Piękna książka, prawda? Coś czuję, że zaczniemy właśnie tak nazywać Rosę, jak bohaterkę powieści. To ci przekora.

- Przestań - powiedziała błagalnym tonem Leni i ścisnęła moją dłoń. Cofnęłam ją, wpiłam palce w udo, póki nie poczułam bólu.

- Słusznie, wróg podsłuchuje, jak mówi Goebbels.

Nagłym ruchem odwróciłam głowę w stronę Elfriede.

- Czego ty chcesz?

Leni ścisnęła nos dwoma placami, zupełnie jakby miała skoczyć do wody. To był jej sposób na radzenie sobie z niepokojem.

- Przesuń się - powiedziałam do niej.

Zrobiła mi miejsce. Wstałam ze swojego, podeszłam do Elfriede, nachyliłam się nad nią.

- Czego ty ode mnie chcesz?

Elfriede przesunęła dłonią po moim kolanie.

- Masz gęsią skórkę.

Wymierzyłam jej policzek. Zerwała się z miejsca, popchnęła mnie, ja rzuciłam ją na podłogę i już po sekundzie na niej siedziałam. Na jej szyi wykwitły nitki żył niczym napięte struny, dobre do ciągnięcia, do rwania. Nie wiedziałam, co chcę zrobić z tą kobietą. Nienawidzić, mówiła nauczycielka historii w liceum, niemiecka dziewczyna musi umieć nienawidzić. Elfriede zgrzytała zębami, próbowała się uwolnić, zrzucić z siebie ciężar mojego ciała. Oddychałam ciężko, tak samo jak ona.

- Już się wyżyłaś? - zapytała w pewnym momencie.

Zwolniłam uścisk, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, strażnik chwycił mnie za kołnierz, pociągnął przejściem między siedzeniami tak samo, jak to zrobił w domu, kopał mnie po nogach i nagich udach, zmusił, bym wstała i usiadła z przodu, na miejscu za kierowcą, obok Theodory, w tym samym rzędzie co Gertrude i Sabine. Theodora zatkała sobie uszy: nie spodziewała się, że esesmani mogą nas bić, nas, degustatorki posiłków Hitlera, kobiety wykonujące tak ważne zadanie, służące sprawie życia i śmierci, panie SS­Sturmmann, odrobinę szacunku proszę. A może się przyzwyczaiła, mąż bił ją regularnie, nie tylko wtedy, gdy nadużył piwa. Im większy jest mężczyzna, tym mniej istotna musi być kobieta, sam Hitler to mówi. A więc, Nawiedzona, siedź na swoim miejscu i nie podnoś za wysoko głowy.

Zaraz po mnie przyszła kolej na Elfriede. Usłyszałam głuchy stuk buta trafiającego w jej kości i żadnego lamentu.

Przy stole nie potrafiłam przełknąć niemal niczego, ale zmuszałam się. Nie ze strachu przed SS - liczyłam na truciznę. Gdybym zjadła zatruty kęs, zostałabym wydana na śmierć bez potrzeby sprowadzania jej na siebie własnoręcznie, byłabym wolna przynajmniej od tej odpowiedzialności. Ale jedzenie nie było zatrute i nie umarłam.

Od miesięcy moje towarzyszki nie widziały swoich mężów i narzeczonych. Co prawda tylko Augustine była oficjalnie wdową, jednak wszystkie od dawna żyłyśmy same, nie miałam wyłączności na cierpienie, nie przyznałyby mi jej. Może dlatego nic nie powiedziałam ani Leni, ani Elfriede, które nie miały mężów.

Leni mówiła o miłości z rozmarzoną naiwnością kogoś, kto czytał o niej w powieściach odcinkowych, ale nie wie za dobrze, o co naprawdę w tym wszystkim chodzi. Nie wiedziała, czym jest emocjonalna zależność od drugiej ludzkiej istoty, istoty, która cię nie zrodziła, której nie było przy tobie, kiedy przychodziłaś na świat. Nie odeszła nigdy od ojca i matki, by połączyć się z kimś obcym.

Raz Augustine powiedziała: Leni chce, żeby wojna się skończyła, bo się boi, że nie zdąży wyjść za mąż. Szukała wielkiej miłości i w jej imię zachowywała cnotę.

Nie żartuj sobie ze mnie, popiskiwała Leni.

Potem jednak wybuchła wojna, ciągnęła Augustine, i mężczyźni się ulotnili.

Leni się broniła: Nie jestem jedyną starą panną.

Ależ ty wcale nie jesteś starą panną, zapewniałam ją, jesteś młodziutka.

Elfriede też nie wyszła za mąż, powiedziała Leni. I zajmuje się tylko swoimi sprawami.

Elfriede ją usłyszała. Podniosła pięść do ust, jakby chciała zatrzymać słowa w środku. Jej wargi dotknęły serdecznego palca bez obrączki.

Sama na świecie, bez nikogo, kto by na nią czekał, bez nikogo, kogo mogłaby stracić, Elfriede jadła z pochyloną głową, kęs za kęsem. Kiedy skończyła, poprosiła o zgodę na wyjście do toalety. Nie było Patyka ani esesmana, który pobił nas w autobusie. Kiedy strażnik z nią wychodził, powiedziałam: Ja też muszę za potrzebą, i w tym momencie Elfriede zmyliła krok.

Zamknęła się w toalecie, ja zbliżyłam się do drzwi.

- To moja wina. - Oparłam czoło o pomalowane na biało drewno. - Wybacz. - Nie słyszałam strumienia uryny, ruchu, niczego. - Gregor został uznany za zaginionego, oto, co mi jest, Elfriede. Może nie żyje.

Klucz zazgrzytał w zamku, drzwi zaczęły się otwierać na zewnątrz, cofnęłam się. Stałam bez ruchu, czekając, aż całkiem się otworzą. Elfriede wyszła, miała twardy wzrok i ostre rysy. Rzuciła się na mnie, wciąż stałam bez ruchu. Objęła mnie.

Nigdy dotąd tego nie robiła. Zamknęła mnie w swoim kanciastym ciele: nie czekało na nikogo to ciało, mogło być schronieniem dla mojego. Było tak ciepłe, tak przytulne, że szloch wezbrał mi w piersi i przelał się na zewnątrz. Odkąd dostałam tamten list, jeszcze nie płakałam. Od wielu miesięcy nie byłam w niczyich objęciach.

Teściowa przestała piec chleb, wychodzić rano po jajka na śniadanie dla Josepha, gwarzyć z nami przy wieczornej robótce na drutach. Spruła szalik, który zrobiła dla Gregora, i wyrzuciła kłębek włóczki. Zart znalazł go, grzebiąc w koszu na śmieci, i bawił się nim, rozplątując po całym domu nić, która zaczepiała się o nogi krzeseł i stołu; wełniany puch unosił się w powietrzu, przylepiał do wszystkiego. Może kiedyś ta psota by nas bawiła. Może teściowej przypomniały się psoty jej syna i żeby przepędzić to wspomnienie, pogoniła kota z domu zmęczonym kopniakiem.

Teść nie zarzucił wieczornego zwyczaju słuchania radia i pykania fajki. Nawet starał się łapać zagraniczne rozgłośnie z większą wytrwałością niż dotąd, niemal jakby oczekiwał, że usłyszy głos Gregora: jestem w Rosji, żyję, przyjedźcie po mnie. Ale to nie było poszukiwanie skarbu: nie było żadnej mapy, a zamiast wskazówek wybrzmiewały coraz bardziej niepokojące wieści.

Przestałam smażyć powidła z Hertą i chodzić do ogrodu z Josephem. Od kiedy tu przyjechałam, do zbierania warzyw wkładałam gumiaki Gregora z dzieciństwa, jego ojciec wygrzebał je z piwnicy, były tylko trochę za ciasne. Delikatność dziecięcych stóp mojego męża, stóp, których nigdy nie widziałam, nigdy nie dotykałam, z początku mnie wzruszała. Teraz jednak rozdzierała mi serce.

Postanowiłam, że będę do niego codziennie pisać, wszystko, co tylko mi przyjdzie do głowy, że będę prowadzić dziennik tęsknoty za nim. Kiedy wróci, przeczytamy go razem, on będzie się ze mną przekomarzać, wytykając najsmutniejsze albo zbyt sentymentalne fragmenty, a ja wymierzę mu kuksańca w pierś, ale tylko na niby. Spróbowałam: nie potrafiłam pisać, nie było niczego, co bym mogła opowiedzieć.

Nie chodziłam więcej do lasu, nie oglądałam pustych bocianich gniazd, nie szłam nad brzeg jeziora Moy, by przykucnąć nad wodą i śpiewać. Straciłam zamiłowanie do śpiewu.

Leni nieporadnie próbowała mnie pocieszać, tylko ona to robiła.

- Na pewno żyje - twierdziła z nieznośnym optymizmem. - Może zdezerterował i jest już w drodze do domu.

To, że wdowieństwo, faktyczne bądź potencjalne, było powszechnym doświadczeniem, nie pocieszało mnie wcale: nigdy nie wierzyłam, że to się może przydarzyć właśnie mnie. Gregor pojawił się w moim życiu, by uczynić mnie szczęśliwą, to była jego rola, każda inna oznaczała kłamstwo, czułam się oszukana.

Elfriede może to wyczuwała i pewnie dlatego nie próbowała mnie pocieszać.

- Chcesz papierosa? - zapytała kiedyś.

- Wiesz, że nie palę.

- Widzisz? Jesteś silniejsza ode mnie.

I uśmiechnęła się. Na chwilę ten uśmiech, którego tylko ja byłam godna, przywrócił porządek. Na mgnienie oka po ciele rozeszło się dobrodziejstwo półsnu. Elfriede nie oglądała sobie nawet siniaków na udach w dniach po pobiciu, puściła je w niepamięć, jeszcze zanim zbladły, byłam tego pewna.

Ja tymczasem przyglądałam się swoim każdego ranka: gdy nacisnęło się na nie palcem, pulsowały i czułam się tak, jakby Gregor nie był całkiem stracony. Sińce były oznaką wciąż trwającego buntu. Kiedy przeminie również ten fizyczny ból, na mojej skórze nie pojawi się już żaden znak obecności mojego męża na świecie.

Pewnego dnia Herta obudziła się z oczami mniej spuchniętymi niż zwykle i uznała, że Gregor ma się dobrze: stanie w drzwiach któregoś dnia o świcie, taki sam jak w dniu, w którym się zaciągnął, tylko będzie miał większy apetyt. Jej wzorem i ja próbowałam się do tego przekonać.

Szukałam jego ostatniej fotografii w albumie, tej, na której był już w mundurze. Mówiłam do niego i było to jak nocna modlitwa: to, że żył, stanowiło wyzwanie, to, że ja w to wierzyłam - przyzwyczajenie. Pierwsze lata naszej relacji, oddanie, z jakim każdy mój organ przyjmował oczywistość jego ciała i krwi, sprawiały, że zapadałam w sen jak niemowlę. Tymczasem teraz mój sen stał się nieregularny i niespokojny. Gregor był zaginiony, może martwy, a ja dalej go kochałam. Miłością młodzieńczą, jednoznaczną, która nie potrzebuje korespondencji, tylko uporu, pełnego nadziei oczekiwania.

Napisałam do Franza długi list na jego stary amerykański adres. Potrzeba rozmowy z kimś z rodziny, kimś, kto ścigał się ze mną na rowerze, kto razem ze mną kąpał się przed niedzielnym nabożeństwem, kogo znałam od urodzenia, odkąd spał w kołysce i płakał cały purpurowy, bo ugryzłam go w rękę - z moim bratem - była zbyt silna, by milczeć.

Opowiedziałam mu, że nie mam żadnych wieści o Gregorze, tak samo jak nic nie wiem o nim. Ten list był pozbawiony sensu i dopiero gdy go pisałam, uświadomiłam sobie, że już nie potrafię sobie przypomnieć wyglądu Franza. Widziałam jego szerokie plecy okryte sukiennym płaszczem, krzywe nogi, które niosły go daleko od nas, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie jego twarzy. Nosił teraz wąsy? Wróciła mu opryszczka na ustach? Musiał sobie sprawić okulary? Dorosły Franz był dla mnie kimś nieznajomym. Kiedy myślałam o swoim bracie, kiedy czytałam w książce słowo "brat" albo słyszałam, jak ktoś je wypowiada, widziałam jego wystające poobcierane kolana, jego podrapane nogi - to one wyzwalały we mnie gwałtowne pragnienie zamknięcia go w moim uścisku.

Miesiącami czekałam na odpowiedź, ale nie dostałam żadnego listu od Franza. Nikt już do mnie nie pisał.

Z tamtych miesięcy nie pamiętam niczego, tylko ten jeden dzień, kiedy fiolet koniczyn rosnących na polu, za oknem autobusu jadącego w stronę Krausendorfu, przebudził mnie i wyrwał z mniszej codzienności. Nadeszła wiosna i z całej siły uderzyła we mnie nostalgia pozbawiona przedmiotu. Nie, nie chodziło tylko o nieobecność Gregora, chodziło o nieobecność życia.