1
Wrocław, 10 lipca 2018 r.
Adam Górski odpalił papierosa i spojrzał na swój wózek, w którym
znajdowały się dwa worki z puszkami aluminiowymi.
Od trzech lat dorabiał sobie do renty, zbierając złom. Miał stwierdzone
orzeczenie o niepełnosprawności i nie mógł pracować, zresztą - tak po
prawdzie - to nie bardzo chciał. Mieszkał z matką i jakoś sobie we
dwójkę radzili. Fakt, było ciężko, ledwo wiązali koniec z końcem, ale
pomimo tego nie zszedł na złą drogę. Nie chciał wrócić za kraty,
wystarczy, że w młodości spędził tam dwa lata. Nigdy się nie ożenił.
Żadna go nie chciała. Był niski, łysiejący i na dodatek powłóczył lewą
nogą. Marny kandydat do żeniaczki. Chociaż chciał kogoś poznać. Kiedyś
nawet się zastanawiał, czy nie założyć konta na portalu randkowym, ale
ostatecznie się nie zdecydował. Teraz każda patrzy tylko na wygląd i zasobność portfela. Kobiet, dla których liczy się wnętrze, to ze świecą
szukać. A on chciał kochać i być kochany.
Rzucił niedopałek na ziemię i spojrzał na swoje paznokcie. Dawno ich nie
obcinał. Nie pamiętał też, kiedy ostatni raz je czyścił. Pod żółtym od
nikotyny łukiem widniał brud.
- Dobra, pora wracać do roboty - powiedział do siebie.
Nabrał powietrza w płuca, sięgnął do dużego kontenera i wyciągnął
pierwszy worek. Już przez folię zauważył kilka puszek po piwie. W tej
okolicy było parę akademików, a w nich niejeden amator bursztynowego
nektaru. Nawet kilka kilogramów aluminium można było uzbierać.
Oczywiście konkurentów do kontenerów z odpadami miał wielu, jednak
starali się nie wchodzić sobie w drogę.
Wsunął rękę do worka, wyciągnął dwie puszki i rzucił na chodnik. Zaraz
je zgniecie, aby więcej się zmieściło na wózku. Sięgnął ponownie do
środka i poczuł coś dziwnego. Na dłoni miał jakąś maź.
Szybko wyjął rękę. Cała była umorusana w kale. W powietrze uniósł się
charakterystyczny smród. Dopiero teraz zobaczył w głębi worka rzadkie
psie odchody zawinięte w gazetki reklamowe.
- Kurwa mać! - zaklął.
Wtedy zauważył leżący w kontenerze kawałek białego materiału. Wyglądało
to na skrawek prześcieradła. Chciał zetrzeć kał z ręki, uniósł materiał
i zamarł.
Pod nim w worku na śmieci leżało ciało noworodka.
- Kurwa... - szepnął Górski. - Ja pierdolę...
Słyszał o zwłokach odkrywanych w kubłach na śmieci, ale nigdy osobiście
z czymś takim się nie spotkał. Nie miał pojęcia, co robić. Zapomniał
nawet o odchodach na swojej ręce. Po prostu stał i patrzył na zwłoki.
Kusiło go, aby uciec, ale przecież policja i tak go znajdzie.
Czystą ręką wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer alarmowy.
Wiedział, że teraz zaczną się problemy.
* * *
Komisarz Wojciech "Kosa" Kosowski zaparkował za radiowozem. Kilka minut
temu dostał informację o znalezieniu zwłok noworodka w kontenerze na
odpady.
Wysiadł ze służbowej kijanki i założył lateksowe rękawiczki. Mundurowi
zdążyli już rozwinąć taśmę obok pojemnika. Było ledwie po piątej rano,
ale w pobliżu zaczęli się gromadzić pierwsi gapie, głównie młodzież
wracająca z pubów.
Kosowski przeszedł pod taśmą i stanął obok Jacka Biernackiego. Szef
techników zabezpieczał właśnie ślady na kontenerze.
- Co my tu mamy?
- Tamten menel znalazł ciało. - Biernacki wskazał głową na stojącego
kilkanaście metrów dalej mężczyznę. - Powiedział, że szukał puszek po
piwie. Podniósł jakiś worek i zobaczył martwego noworodka.
Kosa zajrzał do pojemnika. W rozerwanym worku na śmieci zobaczył sine
ciałko nowo narodzonej dziewczynki. Nie miała więcej niż kilkanaście
godzin. Pod zwłokami leżała pępowina i łożysko. Wzdrygnął się na ten
widok. Krzywda zwierząt i dzieci zawsze działała na niego jak płachta na
byka. Mógł znieść, że jeden zbir leje lub zabija drugiego. Mógł nawet
zrozumieć zwyrodnialca znęcającego się nad żoną lub rodzicami. Nie
potrafił jednak pojąć, co kieruje psycholami katującymi bezbronne dzieci
i torturującymi zwierzęta. Miał swój własny kodeks, w którym pedofila,
oszusta okradającego staruszków i zwyrodnialca znęcającego się nad
zwierzętami traktował inaczej niż pozostałych przestępców. Gdy taki
trafiał w jego ręce, nie mógł liczyć na żadną taryfę ulgową.
Kosowski miał już z tego powodu kilka spraw dyscyplinarnych, lecz jak
dotąd wszystkie umorzono. Być może broniły go wyniki prowadzonych przez
niego dochodzeń. Szczycił się wysoką wykrywalnością i wiedział, że ma
ciche przyzwolenie naczelnika do działań nie zawsze zgodnych z procedurami. Zresztą, sam naczelnik jeszcze jakiś czas temu był takim
samym gliną jak on. Razem robili w zabójcach od lat. Przez jakiś czas
tworzyli zgrany tandem, można by nawet powiedzieć, że się przyjaźnili.
Oczywiście czasy się zmieniły i dziś już nie można było katować
zatrzymanych, ale lekki wycisk bywał niezbędny. Niekiedy Kosa tęsknił za
latami, gdy rozpoczynał służbę w psiarni. Było to w dziewięćdziesiątym
siódmym roku. Poszedł do policji pomimo obiekcji rodziców. Ostrzegali
go, że to niebezpieczna praca, że krajem rządzi mafia i może zginąć, ale
on nie brał sobie tego do serca. Już w liceum zdecydował, że chce łapać
bandytów. Gdy skończył szkołę oficerską, trafił do
prewencjuszy1. Łaził w patrolu po ulicach i legitymował
ludzi. Policjantów w tamtych czasach nie było zbyt wielu i nikt nie
patrzył, że oficer szlifuje chodniki. W prewencji spędził pół roku, a potem wreszcie przenieśli go do wydziału kryminalnego. Ktoś sobie
przypomniał, że w Szczytnie Wojtek był jednym z najlepszych gliniarzy na
roku i wykazywał się niebywałym umysłem analitycznym. Kosa trafił pod
skrzydła komisarza Marcina Dębskiego i od razu zobaczył, jak wygląda
prawdziwa robota psa.
Dębski zaczynał w milicji w osiemdziesiątym trzecim. Był jednym z najlepszych śledczych łapiących najgroźniejszych przestępców na terenie
Dolnego Śląska. Mógł poszczycić się wykrywalnością na poziomie
dziewięćdziesięciu procent. Obaj z Kosowskim doskonale się uzupełniali.
Kosa wniósł do tej współpracy swój dar analitycznego myślenia i odrobinę
szczęścia. Dębski miał doświadczenie, policyjnego nosa i silne pięści,
którymi potrafił wyciągać z ludzi informacje. Wojtek wiele razy odwracał
głowę, aby nie widzieć, jak partner używa przemocy wobec zatrzymanych.
Oczywiście Dębski nie zawsze bił, ale już sam widok ogromnych łap
policjanta często sprawiał, że wielu recydywistów szło na współpracę.
Dziś coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Zaraz na komendzie pojawiłyby
się tłumy dziennikarzy, obrońcy praw człowieka uciśnionego... czy tam
zatrzymanego. Zresztą nie tylko przemoc przeszła do lamusa. Kosowski
pamiętał jeszcze czasy, kiedy na komendzie można było pić wódkę. Po
służbie często siadali w kilku i zaczynali imprezę. Musieli zmyć z siebie brud, który oblepił ich w robocie. Nikt, kto nie miał do
czynienia z tym fachem, nie zrozumie, że na trzeźwo pewnych rzeczy po
prostu się nie ogarnie. Zło potrafi zatruć nie tylko umysł, ale i duszę.
A policjant to przecież też tylko człowiek.
Widzieli ofiary najokrutniejszych zbrodni, musieli patrzeć na ludzkie
tragedie. W ich nozdrza wdzierał się zapach rozkładających się zwłok. To
wszystko wypala piętno. To, że człowiek się napije, w ocenie Kosy nie
było niczym złym. Ot, skuteczny sposób na odreagowanie. Jednak góra
stwierdziła inaczej. Wprowadzono ISO i teraz już nikt w policji nie miał
prawa przyjść na bani lub pić na terenie komendy.
Po tym, co zobaczył dzisiaj, Kosowski poczuł, że przydałoby mu się kilka
głębszych.
* * *
Sławomir Gryżak pił piwo na ławce.
To, co zrobił kilkadziesiąt minut temu, było konieczne. Wprawdzie miał
inne plany co do tego dzieciaka, ale Justyna wszystko popsuła. Miał już
kupca na tę małą, mogli na niej nieźle zarobić. To pozwoliłoby im
chociaż przez jakiś czas nie martwić się o kasę.
Był wściekły na Justynę. Jeszcze zaczęła mu się stawiać. Gdyby nie nóż w jej ręce, pokazałby jej, na co go stać. Zastanawiał się, czy w ostatnich
dniach zbytnio jej nie folgował. Może dlatego się buntowała?
Kiedy wczoraj przyszedł do domu, widok leżącego na podłodze martwego
dzieciaka kompletnie go zaskoczył. Nie wiedział, co ma robić. Pierwsze,
o czym pomyślał, to to, że właśnie stracił dwadzieścia tysięcy. Kupiec
był poważny - i poważna była zapłata. Sporo się natrudził, aby znaleźć
klienta na noworodka.
Justyna jednak zrobiła coś strasznego. Zabiła tę małą, pozbawiając go
kasy. Tego nie mógł jej wybaczyć. Zastanawiał się, czy nie wrócić do
domu. Mógł ją zlać tak, że zapamiętałaby go na całe życie. Mógł w końcu
trzasnąć Julię. Ta smarkula też zasługiwała na karę. Była coraz bardziej
podobna do matki, w dodatku ostatnio zaczynała mu się stawiać. Nie mógł
pozwolić, aby tak go traktowały.
Wiedział, że jak raz im popuści, nie uda mu się odrobić tego, co
stracił. Wiele razy widział, jak Justyna na niego patrzy. Drażniło go to
i niejednokrotnie musiał jej przyłożyć. Uważał, że jak kobieta raz na
jakiś czas nie dostanie, to nie zatrybi, nie wróci na prawidłowe tory.
Lubił prostować Justynę. Lubił jej pokazać, kto w domu rządzi. Jego
ojciec też pokazywał - matce i jemu. Sławek do dziś pamiętał, jak
dostawał pasem. Dziś jednak uważa, że taki sposób wychowania jest dobry.
Musi być kij i musi być marchewka.
Sam był bity i jakoś wyszedł na ludzi.
Wstał z ławki. Podjął już decyzję.
Rzucił w krzaki puszkę po piwie i ruszył w stronę mieszkania.
* * *
Kosowski patrzył, jak technik ostrożnie wyjmuje drobne ciałko z worka na
śmieci i kładzie je na niebieskiej płachcie. Od natrętnych gapiów
osłaniał ich parawan. Kilku policjantów dodatkowo pilnowało miejsca,
gdzie pracowali.
Nie chcieli, aby ktoś postronny widział zwłoki. Kosa zauważył, że kilka
osób miało w dłoniach telefony komórkowe, pewnie chciały nagrać coś
ekstra; coś, co później klikałoby się w mediach społecznościowych.
Wkurzało go to. Gdyby mógł, pozabierałby ciekawskim smartfony i rozwalił
o chodnik.
Przypomniało mu się, jak kiedyś jechał z Anną na wakacje. Kilkaset
metrów przed nimi doszło do wypadku samochodowego. Wszyscy stanęli. On
natychmiast wyskoczył zza kółka, żeby pomóc poszkodowanym. Już po chwili
próbował wyciągnąć rannego kierowcę z jednego z rozbitych aut. Dookoła
zebrał się spory tłum gapiów. Każdy - nawet kilkuletnie dzieci - miał w dłoni telefon i nagrywał to, co się działo, jakby byli na jakimś
pieprzonym planie filmowym! Nikt mu nie pomógł.
Otrząsnął się ze wspomnień i odpalił papierosa.
- Myślisz, że dziecko urodziło się martwe? - spytał Biernackiego.
- Nie wiem. Sekcja pokaże. Wydaje mi się, że przez jakiś czas po
narodzinach żyło, ale nie dam głowy.
- Co za skurwiel to zrobił...
- Raczej kurwa. W mojej ocenie to matka zabiła. Nie wiem tylko,
dlaczego. Wiesz, jak jest. Bieda, trudna sytuacja, wpadka. Powodów może
być wiele. Urodziła i zabiła. Może była w szoku poporodowym.
- Nie zmienia to faktu, że mogła zostawić dzieciaka w szpitalu, oddać do
adopcji. Nie musiała od razu zabijać.
- W szpitalu nie mogła zostawić, bo rodziła w domu. Nie wiemy, dlaczego
nie zadzwoniła po pogotowie. - Biernacki wzruszył ramionami. - Może nie
chciała problemów?
- A może była tu nielegalnie? Może jest Ukrainką i nie ma pozwolenia na
pobyt? Albo Romką? Albo przyjechała z Kaukazu i jest w Polsce
nielegalnie? - Kosa zaciągnął się papierosem.
- Dziecko wygląda na nasze. Ukraina wchodzi w grę, ale Kaukaz wykluczam.
Nie ma żadnych widocznych cech świadczących o tym, że matka jest z tamtych rejonów - odparł szef techników.
We Wrocławiu, w ostatnich latach, drastycznie wzrosła liczba przybyszów
z krajów dawnego Związku Radzieckiego. Ukraińców w mieście było już
ponad sto tysięcy i wciąż napływali nowi. Przyjeżdżali się uczyć albo za
pracą. Każdy z nich chciał poprawić swój los. Kosowski wiedział, że wraz
z nimi przybyła też spora grupa przestępców. Coraz częściej dawali się
policji we znaki. Jeśli matka znalezionej w śmieciach dziewczynki jest
Ukrainką, a do tego nie ma pozwolenia na pobyt w Polsce, będą mieli
utrudnione zadanie. Mogło jej już nie być w mieście, a nawet w kraju.
Nie chciał dłużej patrzeć na zwłoki. Rzucił niedopałek na ziemię i zdeptał. Po chwili jednak podniósł go i zaniósł do stojącego kilkanaście
kroków dalej kosza. Nie chciał, aby jego papieros trafił do analizy.
Ktoś mógłby nieopatrznie zabezpieczyć go jako dowód i zrobiłoby się
niepotrzebne zamieszanie.
* * *
Już na klatce Sławek zaciskał pięści. Całą drogę wyobrażał sobie, jak
złapie Justynę za kudły i rzuci nią o ścianę. Pragnął, żeby się go bała.
Chciał widzieć w jej oczach przerażenie. Na pewno będzie krzyczała, ale
nie przejmował się tym.
Musiał ją ukarać. To przez nią stracił forsę za tego bękarta. W dodatku
teraz będzie musiał się tłumaczyć.
Sporo zachodu kosztowało go skontaktowanie się z tym facetem. Musiał
długo przekonywać Kajtka, że taki kontakt jest mu potrzebny. Kumpel z podwórka początkowo krzywo na to wszystko patrzył, ale w końcu dał
Sławkowi namiar na jednego gościa, z którym kiedyś siedział w więzieniu.
Powiedział, że tamten ma różne kontakty i może uda się załatwić kogoś,
kto będzie chciał kupić dzieciaka.
Z kolegą Kajtka, Kazikiem, umówił się nad brzegiem Odry, koło Leclerca.
Rozmawiali przez kwadrans. Tamten z każdą chwilą robił coraz większe
oczy. Początkowo zaczął coś gadać, że Sławek jest pieprznięty, w końcu
jednak stwierdził, że chyba wie, kto mógłby być zainteresowany taką
transakcją.
Po kilku dniach zadzwonił i powiedział, że jest kupiec.
Sławek był szczęśliwy. Już zaczął liczyć pieniądze, które miał dostać za
bękarta. Planował nawet, jakie auto sobie kupi. Miał prawo jazdy, ale
nie jeździł już dobrych kilka lat, bo nie było go stać na samochód.
Teraz wszystko miało się zmienić.
Po kilku dniach Kazik zadzwonił i powiedział, że klient będzie czekał na
Sławka jutro w południe w McDonaldzie przy Marino.
Mężczyzna się spóźnił. Nie wzbudzał zaufania. Był niski, pulchny i rudy.
Oczka miał małe, jakieś takie rozbiegane. Ale miał kasę, a na tym
Sławkowi najbardziej zależało. Przedstawił się jako Roman. Poprosił
Sławka, żeby poszli na pobliski postój taksówek. Gdy wsiedli do
pierwszej taryfy z brzegu, Roman kazał kierowcy jechać do Magnolii. Całą
drogę oglądał się za siebie, jakby sprawdzał, czy nikt ich nie śledzi.
W Magnolii zaprowadził Sławka prosto do restauracji KFC. Tam zamówił
sobie posiłek i zaczął jeść. Ich rozmowa była dziwna. Gryżak odniósł
wrażenie, że mężczyzna ostrożnie dobiera słowa, jakby spodziewał się
policyjnej prowokacji.
W końcu udali się do toalety. W środku najpierw sprawdził, czy nikt nie
siedzi w kabinach, a następnie kazał Sławkowi podnieść koszulkę i wyjąć
wszystko z kieszeni. Sprawnie go przeszukał, po czym powiedział, że
teraz mogą spokojnie pogadać.
Szybko doszli do porozumienia. Ustalili odpowiednią kwotę. Sławek
wprawdzie chciał więcej, ale Roman stwierdził, że dzieci potaniały i może dać maks dwadzieścia tysięcy. Dobili targu.
A teraz Justyna wszystko zepsuła.
Siedziała na kanapie przed telewizorem. Nadawali akurat wiadomości dla
rolników. Julia spała obok matki, przykryta kocem.
- Teraz inaczej sobie pogadamy - powiedział Sławek, ruszając w ich
stronę.
Justyna odwróciła głowę. Miała wzrok zwierzęcia zagonionego w pułapkę.
Zatrzymał się w pół kroku, gdy zobaczył, że w dłoni ściska nóż. Ręce
nadal miała całe w zaschniętej krwi. Była zdolna do wszystkiego.
- Pozbyłem się problemu - powiedział.
Justyna nie odezwała się ani słowem.
* * *
Kosowski podszedł do mężczyzny, który znalazł zwłoki dziecka.
- Jak pan się nazywa?
- Adam Górski - odpowiedział złomiarz. Był wyraźnie przestraszony.
Ciągle czujnie rozglądał się dookoła.
- To pan znalazł ciało?
Mężczyzna kiwnął głową.
- Panie, ja pierwszy raz coś takiego widziałem... Słyszało się w telewizorze o czymś takim, ale na żywo to pierwszy raz!
- Pan stale tutaj... - Kosa się zawahał. Nie wiedział, jak nazwać to, czym
zajmuje się ten facet. - Pan stale tutaj działa? - dokończył, wskazując
na wózek z puszkami.
- Tak. Czasem chodzę też w okolicę klinik, ale tam to mało puszek. Tutaj
studenci są, to i łupy spore. Wie pan, jak oni piją?
- Domyślam się.
- No, ale teraz wakacje, studentów tylu nie ma, ale i tak nie mogę
narzekać.
- Rozumiem.
Kosowski spojrzał na pracującego kawałek dalej Biernackiego. Szef
techników zbierał niedopałki papierosów leżące w pobliżu kontenera na
odpady. Każdy niedopałek będzie musiał zostać poddany badaniom. Trzeba
wydzielić DNA, odciski palców wrzucić do systemu AFIS. Czekała ich masa
pracy.
- A czy widział pan kogoś, kto by się dziwnie zachowywał? Może ktoś stąd
uciekał, jak pan szedł?
- Nie - złomiarz pokręcił głową - nikogo tu nie było.
Wtedy Kosa zobaczył, jak za jednym z radiowozów parkuje policyjna skoda.
Z auta wysiedli sierżant Karolina Michalska i aspirant Krzysztof Figas.
Zakładając rękawiczki, ruszyli w jego stronę.
- Będzie musiał pan pojechać na komendę - zwrócił się do złomiarza. -
Tam oficjalnie zostanie pan przesłuchany.
- Ale po co? Przecież ja już wszystko powiedziałem - zdziwił się Adam
Górski.
- Musimy spisać protokół przesłuchania. Niestety procedur nie
przeskoczymy.
Kosowski wskazał innemu mundurowemu, by zajął się świadkiem, sam zaś
podszedł do nowo przybyłych kolegów.
- Cześć. Szybko przyjechaliście. Dzięki.
Michalska się uśmiechnęła.
- Nie ma za co. Jeszcze Ciesielski dojedzie. Co tu mamy?
- Zwłoki noworodka, dziewczynka. Urodziła się kilka, może kilkanaście
godzin wcześniej. Ktoś prawdopodobnie ją udusił, ale to wykaże sekcja.
- Ciało znalazł jakiś złomiarz? - zapytał Figas. - Tak nam dyżurny
przekazał.
- Tak. Wysłałem go do fabryki. Pojadę za nim i go przesłucham.
- A ty przypadkiem nie jesteś już po robocie? - zauważyła Michalska.
- Jestem, ale muszę zdać służbę. Przy okazji mogę się nim zająć. -
Kosowski chciał być obecny przy przesłuchaniu. Nie wiedział dlaczego,
ale czuł, że powinien osobiście wykonać czynności związane ze świadkiem.
- Poszukajcie kamer. W tej okolicy jest pełno sklepów. Może sprawca
gdzieś się zatrzymał i jakieś oko go zarejestrowało.
- Nie musisz nas uczyć roboty - powiedziała Michalska.
- Wiem. - Kosowski uśmiechnął się do niej.
Karolina Michalska była członkiem wydziału zabójstw od ponad roku i jak
dotąd osiągała doskonałe wyniki. Oprócz zwykłych cech przydatnych w policyjnej robocie miała kobiecą intuicję. Kosa był zaskoczony tym, jak
wiele jej przeczuć się sprawdzało.
Kiedyś wydział prowadził sprawę znalezionej na terenie ogródków
działkowych zamordowanej kobiety. Ciało było zmasakrowane, nie dało się
rozpoznać rysów twarzy. Sprawca zgwałcił ofiarę za pomocą drewnianego
palika. Wszyscy uważali, że w okolicy grasuje jakiś psychol. Wszystko
wskazywało na to, że mają do czynienia ze zwyrodnialcem. Michalska
jednak uważała, że w zabójstwo zamieszany jest mąż denatki. Nie
potrafiła tego uzasadnić, po prostu miała przeczucie. I chociaż facet
miał alibi, uparła się, żeby go sprawdzić.
Tylko Kosowski ją wtedy poparł. Uważał, że czegoś takiego jak przeczucie
nie można lekceważyć. W końcu góra przychyliła się do jej sugestii i śledztwo zaczęto prowadzić dwutorowo. Z jednej strony szukali
niebezpiecznego psychopaty - sprawdzali szpitale psychiatryczne i zakłady karne. Wykonali naprawdę grubą robotę operacyjną. Jednak bez
sukcesów. Z drugiej strony założyli "technikę" mężowi denatki. W jego
mieszkaniu zamontowano podsłuch, a pod samochód podłożono lokalizator
GPS.
Alibi mężczyzny teoretycznie było nie do podważenia. W chwili, kiedy
zamordowano jego żonę, on sam siedział w izbie wytrzeźwień. Miał na to
nie tylko świadków, ale też został uwieczniony na tamtejszym
monitoringu. Zeznawał, że z żoną żyli w zgodzie, że nie mieli żadnych
poważniejszych problemów. Sąsiedzi także twierdzili, że nie mogą
powiedzieć złego słowa na temat tej rodziny. Po prostu kryształowe
małżeństwo.
Przez dwa tygodnie mąż ofiary był obserwowany. Dopiero po upływie tego
czasu pojawiła się pierwsza rysa, świadcząca o tym, że jednak nie
wszystko było takie idealne. Podczas rozmowy telefonicznej z bratem
facet wspomniał, że "teraz wreszcie odetchnie". Mówił, że w końcu będzie
mógł robić to, co sam chce, a nie to, co każe mu żona.
To wzbudziło czujność policjantów. Postanowili porozmawiać ze szwagrem
zamordowanej. Mężczyznę przewieziono do komendy i wzięto w obroty.
Trochę go postraszyli odpowiedzialnością karną za pomoc w zabójstwie.
Zagrali va banque. Opłacało się. Już podczas pierwszego przesłuchania
zeznał, że małżeństwu jego brata daleko było do ideału. Pomiędzy
małżonkami często dochodziło do scysji i nieporozumień. Brat się
skarżył, że żona nie pozwalała mu utrzymywać kontaktów z kolegami z wojska. Ponoć najbardziej się czepiała, gdy wychodził na spotkania z niejakim Skoblem. Zagroziła nawet rozwodem, jeśli nie zerwie z nim
kontaktów.
Funkcjonariusze szybko ustalili, kim jest Skobel. Zatrzymali go w domu.
Już w drodze do komendy przyznał się do zabójstwa. Mówił, że zrobił to
dla kumpla i że teraz żałuje. Opowiedział ze szczegółami, jak mąż
denatki namówił go do tej zbrodni. Podobno specjalnie się spił i dał
zamknąć na wytrzeźwiałce, żeby mieć alibi. Skobel miał zamordować jego
żonę i upozorować to na dzieło jakiegoś psychopaty.
Mąż początkowo wszystkiego się wypierał. Twierdził, że kumpel go wrabia,
że ma coś z głową. Jednak po siedmiu godzinach przesłuchania w końcu
pękł i przyznał się do zlecenia zabójstwa żony.
Tamten sukces policja odnotowała właśnie dzięki intuicji Michalskiej.
Teraz Kosowski spojrzał na koleżankę.
- Lecę do fabryki - powiedział. - Wiecie, co robić.
Michalska uniosła kciuk do góry. Kosowski wiedział, że dobrze wykonają
swoją robotę.
- I wezwijcie psiarczyka - dodał. - Może pies nas dokądś zaprowadzi.
- Pewnie na najbliższy przystanek - skwitował Figas.
* * *
Justyna Gryżak siedziała przed telewizorem, głaszcząc po włosach śpiącą
córkę.
Zostały całkiem same.
Kilka godzin wcześniej pozbyła się swojego drugiego dziecka. Zabiła
maleńką Hanię. Musiała to zrobić. Nie mogła pozwolić, aby Sławek
sprzedał ją jakiemuś zboczeńcowi. Widziała tego mężczyznę, którego
przyprowadził jakiś czas temu. Facet oglądał ją, jakby była towarem na
targu. Patrzył na jej brzuch z nieukrywanym pożądaniem. Justyna poczuła
do niego obrzydzenie. Tacy ludzie nie powinni chodzić po ziemi. Podobnie
jak jej mąż.
Gardziła sobą. Zrobiła coś naprawdę złego i wiedziała, że spotka ją za
to kara.
To Sławka powinna zabić, a nie swoją niewinną córeczkę. Wtedy jednak nie
myślała trzeźwo. Matki w szoku poporodowym czasem zabijają swoje nowo
narodzone dzieci, ona jednak działała z premedytacją. Chciała zabić
Hanię, potem Julię, a na koniec popełniłaby samobójstwo. Nie starczyło
jej jednak odwagi.
Zabicie noworodka ją przerosło. Nie potrafiła skrzywdzić drugiej córki.
Spojrzała na swoje zakrwawione dłonie. Wiedziała, że to krew z jej dróg
rodnych. Powinna się umyć. Nie chciała straszyć Julii. Mała i tak już
wystarczająco się bała. Widziała wszystko. Widziała, jak Sławek pakuje
drobniutkie ciało Hani do worka na śmieci i wynosi z domu.
Justyna miała zabrać Julię do swoich rodziców. Była gotowa do nich
pojechać, ale jeszcze zanim mąż wyszedł, zmieniła zdanie. Co miałaby im
powiedzieć?
Jak przez mgłę widziała, że Sławek wrócił do domu. Wiedziała, że pozbył
się ciała. Coś do niej mówił, ale nie miała pojęcia, co. Czuła, że
kolejny raz chce ją skrzywdzić. Gdy wzięła do ręki leżący w pobliżu nóż,
w oczach męża dostrzegła strach. Miała takie same oczy przez te
wszystkie lata, kiedy musiała znosić jego ataki. Była ofiarą przemocy
domowej, która nie potrafiła uwolnić się od swojego kata.
* * *
Wrocław, 3 stycznia 2017 r.
Czułam obrzydzenie.
Patrzyłam na leżące na wersalce zwłoki. Oczywiście nie był martwy, ale
tak wyglądał. Kolejny raz Sławek schlał się do nieprzytomności. Pił
codziennie, ale do takiego stanu doprowadzał się góra dwa, trzy razy w tygodniu.
Myśl o rozwodzie wracała do mnie jak bumerang, ale ciągle się wahałam.
Miałam na uwadze dobro Julii. Nie chciałam, aby dziecko wychowywało się
w rozbitej rodzinie. Bałam się też, że Sławek spełni swoje groźby i zabije naszą córkę. Ja mogłam znieść wiele - i w sumie znosiłam. Ale
małej - jak dotąd - nigdy nie tknął.
Siedziałam na krześle i zastanawiałam się, co mnie podkusiło, żeby za
niego wyjść. W czasie kawalerskim, gdy jeszcze do mnie zachodził, był
miły, sympatyczny, potrafił mnie urobić. Zapraszał na randki, do kina
lub na spacer do parku. Wydawał mi się szarmancki i dobrze wychowany. To
wszystko okazało się jednak tylko grą pozorów.
Zmienił się dwa miesiące po ślubie. Wtedy pierwszy raz podniósł na mnie
rękę. Uderzenie nie było silne, ale całkowicie mnie zaskoczyło.
Patrzyłam na niego i nie dowierzałam, że to zrobił. Policzek piekł, a ja
czułam, że właśnie zaczęło się coś złego. W domu rodzinnym nikt mnie nie
bił. Matka nie uznawała przemocy, a ojciec uważał, że bicie nie
rozwiązuje problemów, a jedynie je tworzy.
Tamtego dnia byłam bliska zakończenia tego małżeństwa.
Niestety, wkrótce okazało się, że zaszłam w ciążę. Stwierdziłam, że
wychowam to dziecko sama, bo nie pozwolę się tak traktować. Zdecydowałam
się na wyprowadzkę. Pojechałam do rodziców i... przeżyłam szok.
Zarówno matka, jak i ojciec byli wychowani tradycyjnie. Nie uznawali
rozwodów. "Ślubny jaki jest, taki jest"- mówiła matka i przekonywała, że
powinnam dać Sławkowi szansę, że może się zmieni. Ojciec uważał, że
dziecko musi mieć pełną rodzinę.
Nie miałam u nich wsparcia.
Oczywiście Sławek o mnie walczył. Przyjechał z kwiatami i bombonierką.
Przepraszał, obiecywał poprawę. Wiedziałam też, że mój ojciec poważnie z nim rozmawiał, choć żaden z nich nie zdradził mi, o czym.
Ugięłam się i wróciłam do domu. Już po kilku tygodniach okazało się to
największym błędem w moim życiu.
Sławek zaczął się nade mną znęcać psychicznie. Odseparował mnie od
koleżanek. Zaczął rozpuszczać plotki na mój temat. Potrafił przeczytać
moją rozmowę z jedną z przyjaciółek, w której obgadywałyśmy inną, a potem donieść o wszystkim tej trzeciej. W nocy, gdy spałam, wysyłał z mojej komórki obraźliwe wiadomości do moich znajomych, pisał, że nie
życzy sobie więcej kontaktu. Skłócił mnie dosłownie z każdym.
Wszyscy myśleli, że to ja pisałam. Sławek zaczął gadać dookoła, że mam
jakieś problemy z psychiką, że zaczęłam się leczyć. Znajomi odsunęli się
ode mnie i nikt już nie chciał utrzymywać z nami kontaktu. Zostałam sama
ze Sławkiem i naszym nienarodzonym dzieckiem.
Wtedy jeszcze uważałam, że jest szansa, żeby to wszystko uratować.
Przez pierwsze dni po narodzinach Julii Sławek zachowywał się jak
dojrzały mężczyzna. Przygotował pokoik dla małej, nakupował zabawek.
Miałam nadzieję, że teraz, kiedy mamy dziecko, wszystko jakoś się
poukłada. Sielanka jednak nie trwała długo.
Mieszkanie, które wynajmowaliśmy, miało zostać sprzedane. Właściciel dał
nam dwa miesiące na wyprowadzkę. Sławek się wściekł, a złość wyładował
na mnie. Pobił mnie bardziej dotkliwie niż dotychczas. Chciałam wezwać
policję, ale zapowiedział, że jak to zrobię, to zabije Julię.
Przestraszyłam się. Nie mogłam stracić córeczki.
Przeprowadziliśmy się na Kleczkowską. Okazało się, że Sławek
odziedziczył mieszkanie po babci. Wcześniej twierdził, że nie utrzymywał
z nią kontaktu, tym bardziej byliśmy zaskoczeni tym, że starsza pani coś
nam zostawiła. Rodziców Sławka nigdy nie poznałam. Mówił, że matka
rozwiodła się z ojcem i wychowywała go samotnie. Ojciec, gdy Sławek miał
pięć lat, wyjechał do pracy za granicę i zerwał wszelkie relacje z rodziną. Jaka była prawda, nigdy się nie dowiedziałam.
W nowym miejscu Sławek wpadł w szemrane towarzystwo. Coraz częściej
wracał pijany. Zdarzały mu się kilkudniowe ciągi. Przez alkohol stracił
pracę i wylądował na zasiłku. Teraz już całe dnie przesiadywał z nowymi
znajomymi. Cały dom był na mojej głowie, w dodatku z pieniędzmi było
krucho. Zasiłki i pięćset plus ledwo wystarczały na skromne życie.
Przez ostatnie dwa lata Sławek zmienił się nie do poznania. Bił mnie,
gdy tylko nachodziła go ochota. Coraz częściej nie wracał na noc albo
spraszał do nas kumpli. Oczywiście wtedy udawał dobrego męża i ojca,
jednak gdy tylko wychodzili, zaczynał się awanturować.
Te trzy lata od ślubu były dla mnie prawdziwym koszmarem.
Wstałam i poszłam do kuchni. Julka siedziała na podłodze i bawiła się
klockami. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy.
* * *
Wrocław, 10 lipca 2018 r.
Kosowski wszedł do wydziału zabójstw i skinął głową zebranym. Oprócz
aspiranta Mariusza Jankowskiego, który miał pełnić nocny dyżur, i dwójki
policjantów przebywających aktualnie na miejscu odnalezienia zwłok
noworodka, byli tu wszyscy.
Wydział składał się z sześciu osób i naczelnika Mazurkiewicza. Oprócz
Kosy, Jankowskiego, Michalskiej i Figasa pracowali tu jeszcze komisarz
Piotr Tomczyk i sierżant Robert Ciesielski. Ten ostatni miał właśnie
wyjeżdżać w teren, gdy do pokoju wszedł Kosowski. Z reguły w parze z Michalską robił właśnie Robert. Dzisiaj wyjątkowo zastąpił go Figas.
Pierwszy pojawił się w wydziale, więc Mazurek, jak nazywali naczelnika,
wysłał go razem z Karoliną na miejsce znalezienia zwłok. Kosowski
najczęściej pracował sam, ale jeśli potrzebował kogoś jako partnera,
brał Jankowskiego. Wzajemnie się uzupełniali i dobrze im się ze sobą
współpracowało.
Kosa usiadł przy swoim biurku i zaczął pisać raport. Chciał go skończyć
przed rozmową z Górskim.
- Jak służba? - spytał go Mazurkiewicz.
- Spokojnie, z wyjątkiem tego noworodka. Skończę raport i pójdę
przesłuchać złomiarza, który znalazł ciało.
- Zostaw to komuś innemu. Ty już jedź do domu - powiedział naczelnik.
- Kiedy jakoś nie mogę. Czuję, że powinienem się tym zająć.
- Jak chcesz. - Naczelnik wzruszył ramionami. - Dobra, oprócz tego
dzieciaka mamy kilka zaległych spraw. Coś w nich ruszyło?
Komisarz Tomczyk otworzył swój notatnik.
- Zabójstwo na melinie na Traugutta rozwiązane. Mamy nakaz zatrzymania
niejakiego Tomasza Frąckowiaka, ksywa "Franek". Lokalsi mają się tym
zająć, gdy tylko pojawi się na chacie. Oprócz tego jest jeszcze sprawa
zabójstwa sklepikarki z Leśnicy i bezdomnego w Oleśnicy.
- Jakieś nowe tropy?
Tomczyk pokręcił głową.
- Nic. Trzeba będzie jeszcze trochę porzeźbić, ale do ogarnięcia.
- Czyli teraz najważniejszy jest ten dzieciak - rzucił Mazurkiewicz. -
Kosa, poprowadzisz tę sprawę. Jak chcesz, zajmij się przesłuchaniem
świadka. Ale potem jedź do domu i trochę się kimnij. Nie chcę, żebyś
łaził po fabryce jak jakieś zombie.
- Załatwione - odparł Kosowski. Sam miał świadomość, że musi być w pełni
sił.
- Reszta dalej rzeźbi w starociach, a w razie potrzeby wykonuje
polecenia Kosy - zarządził naczelnik. - Możecie wracać do roboty. Ja idę
do starego.
Gdy wyszedł z wydziału, do Kosowskiego podszedł Tomczyk.
- Jak chcesz, mogę razem z tobą przesłuchać tego świadka.
- Dam sobie sam radę, ale dzięki za propozycję.
Wojtek był zaskoczony tą inicjatywą. Rzadko ze sobą współpracowali,
prywatnie też nie utrzymywali relacji. Zresztą Tomczyk z nikim się nie
kumplował, a z naczelnikiem był wręcz w otwartym konflikcie.
Ta propozycja pomocy była co najmniej dziwna.
* * *
Karolina Michalska stała pod sklepem spożywczym znajdującym się w pobliżu miejsca odnalezienia zwłok noworodka i patrzyła na wiszącą nad
drzwiami kamerę. Ona i Ciesielski dostali ten rewir, kilku innych
mundurowych pozostałe ulice.
Gdyby któraś z kamer uchwyciła moment porzucenia ciała, ustalenie
tożsamości dzieciobójcy nie byłoby już takie trudne. Pies tropiący
doprowadził do najbliższego przystanku. Niestety w pobliżu nie było
żadnej kamery.
- Wchodzimy tutaj. - Michalska pchnęła drzwi i weszli do środka.
Przy ladzie stały dwie kobiety. Karolina słyszała, że komentują sprawę
znalezionego w kontenerze noworodka.
- Dzień dobry, sierżant Michalska, Komenda Wojewódzka Policji -
powiedziała, wyciągając legitymację.
- Dzień dobry - odparła ekspedientka.
- Ta kamera nad wejściem działa?
- Tak.
- A czy moglibyśmy zobaczyć nagrania? - spytał Ciesielski.
- Myślę, że tak, ale to musiałby szef dać... Ja nie mam pojęcia, jak to
obsługiwać.
- A szef jest? - chciała wiedzieć policjantka.
- Ma być za kwadrans. Pojechał do hurtowni.
- A może panie nam powiedzą, czy w okolicy nie było ostatnio jakiejś
ciężarnej kobiety? - spytał Robert.
- Panie, daj pan spokój. - Sklepowa machnęła ręką. - Jakbym ja się
dowiedziała, co za suka coś takiego zrobiła, to od razu bym do was
zadzwoniła. Tacy ludzie nie powinni żyć! Jak można własne dziecko zabić?
- Cóż, niektórzy jednak to robią. A naszym zadaniem jest ustalić, kto i z jakiego powodu.
- Nie kojarzę żadnej w ciąży, a ty, Basiu? - Ekspedientka spojrzała na
swoją znajomą.
Ta zastanawiała się przez chwilę.
- A ta młoda od Jurasków? - rzuciła w końcu. - No ta, co mieszka zaraz
koło galerii?
Sklepowa pokiwała głową.
- Tak. Ta od Jurasków ostatnio z brzuchem chodzi. Ma chyba już ostatni
miesiąc.
- A kojarzy pani adres?
- Dokładnie to nie, ale może szef będzie wiedział. On chyba zna się z ojcem tej młodej ze szkoły. Do klasy w podstawówce chodzili razem czy
coś.
- A co może pani o tej dziewczynie powiedzieć?
- A co można o takiej powiedzieć? - prychnęła kobieta. - Latawica i tyle. Piętnaście lat miała, a już papierosy popalała. Siadała przed
sklepem na murku i zachowywała się jak jakaś lafirynda. Pluła na
chodnik, pestki słonecznika dłubała. Wulgarne dziewczynisko i tyle.
- A to jeszcze nic! - wyrwała się jej znajoma. - Ja kiedyś widziałam,
jak w bramie się obściskiwała z jakimś chłopakiem. Kieckę miała zadartą,
że wszystko było widać. Majtek nie miała, a on jej grzebał paluchami tam
w środku. Nie wiem, ile miała wtedy lat, może czternaście. Ona to już od
dawna źle się prowadziła.
- No to też. - Sprzedawczyni pokiwała głową. - Kiedyś pod sklepem jakiś
łobuz powiedział, żeby mu obciągnęła w bramie. Widziałam, że poszli do
tej bramy, ale co się tam działo, to ja już nie wiem.
- I ona jest w ciąży, tak? - spytała Michalska.
- No jakiś ją zbrzuchacił! Myślicie, że to ona zabiła tego dzieciaka?
- Nie możemy mówić o naszych podejrzeniach - zastrzegł Ciesielski.
- Ona byłaby do tego zdolna! Aresztujcie ją i wyciągnijcie z niej całą
prawdę. Ktoś, kto zabija własne dziecko, nie jest wart nawet tego, aby
na niego splunąć!
- Zaraz zadzwonię do męża i powiem mu, że to chyba Juraskowa... -
dopowiedziała koleżanka sklepowej.
- Niech pani nigdzie nie dzwoni. Może się okazać, że to pomyłka, i tylko
niepotrzebnie narobi się zamieszania - stwierdziła Michalska.
- Ale...
- Nie ma "ale". Proszę to zostawić nam.
- Sprawdzimy ten trop - dopowiedział policjant. - Może się okazać, że
pani mąż ją spłoszy, gdy powie komuś o naszych podejrzeniach. Nie
chcemy, żeby zaczęła się ukrywać, prawda?
- No dobrze. Nie będziemy wam wchodzić w paradę. Ale jeśli to ona,
zróbcie wszystko, żeby pożałowała tego, co zrobiła.
- Proszę się nie martwić. My też nie akceptujemy dzieciobójców -
powiedziała Karolina, po czym dała Ciesielskiemu sygnał do odwrotu.
Za plecami słyszeli jeszcze wzburzone głosy kobiet.
* * *
- Dobra, panie Górski. Niech mi pan powie, za co był pan karany.
Kosowski patrzył na siedzącego naprzeciwko złomiarza. Zanim wszedł do
pokoju przesłuchań, sprawdził go na bębnie. Wiedział, że w latach
dziewięćdziesiątych facet spędził dwa lata w zakładzie karnym w Wołowie.
Z systemu wyszło, że dostał wyrok za włamania. Potem nie był już
notowany. Wyglądało na to, że w jego przypadku resocjalizacja się
powiodła.
Pytanie o tamtą sprawę miało jeden cel: Kosowski chciał sprawdzić, czy
świadek jest prawdomówny. Jeśli powie prawdę na temat swojej
przeszłości, jest szansa, że w tej sprawie też go nie okłamie.
- Włam. Pajęczarzem byłem - przyznał Górski. - Ale swoje odsiedziałem i teraz jestem czysty.
- Na pewno?
- Tak. To włamanie to błąd młodości. A pudło to szkoła życia. Wcześniej,
za gówniarza, to szlajałem się z takimi różnymi. Nie zależało mi na
niczym. Wódkę z nimi chlałem, łobuzowałem. Namówili mnie kiedyś na włam
do kiosku. Miałem stać na czatach. Zgodziłem się, ale nie doszło do
kradzieży. Spłoszył nas patrol policji, który przejeżdżał obok.
Zwialiśmy, jednak potem znowu mnie namówili. Włamałem się do mieszkania.
Wyniosłem kilka rzeczy i im oddałem. Mieli swojego pasera. Okazało się
jednak, że policja już wcześniej go namierzyła, no i w taki głupi sposób
wpadłem. Dopiero jak dostałem wyrok, zrozumiałem, że pora się
ustatkować. Zresztą, teraz to nawet nie nadaję się do przestępstw. Niech
pan spojrzy na moją girę...
Kosowski zauważył wcześniej, że mężczyzna powłóczy nogą.
- Widziałem, że ma pan z nią problem.
- Po wyjściu z pudła jeden facet potrącił mnie autem. Na przejściu na
Świdnickiej. Było czerwone, a ja, głupi, myślałem, że zdążę przed tym
poldkiem. Nie miałem szczęścia. Walnął mnie i poleciałem na szybę.
Lekarze z trudem poskładali nogę. Teraz, jak chodzę, muszę ją tak prosto
trzymać, bo inaczej boli.
Kosa pokiwał głową. Chciał już przejść do rzeczy.
- Dobrze. Niech mi pan opowie, jak to było dzisiaj z tymi zwłokami.
- No, jak zwykle rano wyszedłem na puszki. Dorabiam do renty. Mieszkam z matką, ledwo wiążemy koniec z końcem. Nie ustatkowałem się w życiu,
chociaż kilka razy próbowałem. Jak pan widzi, żaden ze mnie jakiś
Belmondo, a i szczęścia nie mam. Nie powiem, próbowałem, ale bez
powodzenia...
- Wyszedł pan po te puszki, i co dalej?
- No, sprawdzałem kolejny kubeł. Wsadziłem ręce do worka i wyciągnąłem
gówno.
Policjant uniósł brwi.
- No takie psie. Ktoś wywalił je do śmieci. Było śmierdzące i rzadkie. I wtedy zobaczyłem, że leży w tym śmietniku jakieś prześcieradło, więc
postanowiłem w nie wytrzeć łapę. Podniosłem je i zobaczyłem tego
dzieciaka. Aż mnie cofnęło. Potem do was zadzwoniłem.
Kosowski notował każde słowo Górskiego.
- A widział pan kogoś podejrzanego w okolicy? Jak pan szedł w stronę
tych kontenerów, może kogoś pan mijał?
Mężczyzna przez kilka sekund patrzył na swoje dłonie. W końcu
powiedział:
- Nie. Tacy jak ja, czyli zbieracze złomu, to raczej nie chcą się rzucać
w oczy. Wie pan, jak to jest. Poczucie wstydu, może inne kwestie... Nikt
nie chce, żeby ludzie widzieli, że zbiera się złom. Miałem takiego
jednego kolegę, też jeździł z wózkiem. On miał gorzej niż ja, bo ze
śmietników wybierał też jedzenie. Nie ma pan pojęcia, ile ludzie
wywalają żarcia. I to nie jakieś pogniłe, ale takie całkiem dobre. Data
przydatności się zbliża i już do śmieci. No i ten mój kolega to zabierał
i zjadał. Ale ja nie jestem w aż tak złej sytuacji, żeby brać jedzenie.
Z puszek da się wyżyć, tylko najeździć się trzeba.
- A ile tak, mniej więcej, pan na tym zarabia? - spytał Kosowski. Temat
nawet go zaciekawił.
- Teraz, jak na Grunwaldzkim nie ma studentów, to jest słabo. Nie więcej
niż dwie, trzy dyszki w ciągu dnia. Ale na jedzenie starczy. Jak są
studenci, to wyciągam nawet stówkę dziennie.
Kosowski szybko przeliczył w głowie. Wychodziło mu, że sprawny zbieracz
w miesiącu może wyciągnąć nawet kilka tysięcy.
- To całkiem niezła sumka - stwierdził.
- Ci, co kradną złom, mają więcej, ale ja z kradzieżą nie chcę mieć już
nic wspólnego. Tamci kradną studzienki i inne takie. To ja już wolę moje
puszki. Kasa mniejsza, ale bezpieczniej.
- A kto kradnie te studzienki? - zapytał naiwnie Kosowski.
- Panie władzo, powiem, wy ich zawiniecie, a ja potem, z nożem w plecach, będę leżał na jakimś śmietniku. Wolę nie. Pan wybaczy.
- Dobra, nie było pytania.
- Ale jakbym wiedział, kto zabił tamtą małą, tobym chyba rozszarpał
gnoja. Nie patrzyłbym, że mogę znowu pójść kiwać.
- Spokojnie. Niech pan to zostawi nam.
- Ale jak tak można? Dziecko? Co ta mała komu zrobiła? Ile żyła na tym
świecie? Kilka minut? Kilka godzin? Co za skurwiel! Takiego to do wora,
a wór do jeziora.
Policjant nie skomentował tych słów. On też uważał, że dzieciobójcy nie
zasługują na to, żeby żyć. Nie mógł jednak nic zrobić. Musiał poruszać
się w granicach prawa, chociaż miał świadomość, że często chroni ono
bandytów, zamiast być po stronie ofiar. Poza tym nie wiedzieli, co
kierowało matką, o ile to matka zabiła tę małą. Mógł to być szok
poporodowy. Albo inne czynniki. Dopóki tego nie ustalą, nie będą mieć
pełnego obrazu sytuacji.
Przez chwilę notował to, co powiedział świadek. W końcu odłożył
długopis.
- Panie Górski, zaraz pana puścimy. Jeszcze tylko podpisze pan papier.
Jakby sobie pan coś przypomniał, proszę o telefon. - Wyciągnął z kieszeni wizytówkę i przesunął ją po blacie.
Złomiarz podniósł kartonik i schował do kieszonki na piersi koszuli.
- Oczywiście gwarantuję anonimowość - dodał Kosa.
Zdawał sobie sprawę, że szansa na to, iż mężczyzna będzie chciał z nimi
współpracować, jest znikoma, ale mimo wszystko nie tracił nadziei.
* * *
- Gotowy? - spytała Michalska, stojąc przed drzwiami mieszkania.
To tu miała przebywać dziewczyna, którą wskazała pracownica spożywczaka.
Wcześniej, po pojawieniu się właściciela sklepu, poprosili go o zabezpieczenie nagrań z monitoringu z ostatnich dwóch dni. Z tego, co
przekazał im Biernacki, narodziny - i śmierć - dziewczynki miały miejsce
kilka godzin wcześniej. Nie chcieli jednak, aby ktoś im zarzucił, że
czegoś nie dopilnowali. Woleli zabezpieczyć nagranie z dłuższego okresu,
niż dostać zjebki od naczelnika. Gdy właściciel zgrywał im dane, oni
udali się pod ten adres.
- Jasne - powiedział Ciesielski.
Karolina zapukała do drzwi. Przycisk dzwonka był wyłamany, a obudowy nie
było wcale.
W mieszkaniu cicho grała muzyka, co świadczyło, że ktoś jest w środku.
Gdy Michalska zapukała jeszcze raz, muzyka ucichła. Po kilkunastu
sekundach usłyszeli odgłos przekręcanego zamka.
Drzwi otworzył młody chłopak. Miał nie więcej niż szesnaście lat,
zafarbowane na czerwono włosy i wytatuowanego na ramieniu smoka. Ubrany
był w poszarpane krótkie spodenki.
- Czego? - burknął.
Karolina wyciągnęła blachę.
- Sierżant Michalska, komenda wojewódzka. A to aspirant Ciesielski.
- No i? - Twarz młodego wykrzywiła się w grymasie.
- Szukamy Wiolety Jurasek.
- Violetty. Przez "v" i dwa "t" - poprawił nastolatek. - Starzy mieli
kaprycho i dali jej takie pojebane imię. Mnie też skrzywdzili. Ariel
jestem. Jak jakiś pierdolony proszek do prania. Czaicie? Kurwa, Ariel
Jurasek! Szkoda, że nie Persil albo inny, kurwa, Omo. Na szczęście
ziomki wołają na mnie Czeko. Ale dobra, czego chcecie od mojej siory?
- Szukamy jej - powiedział Ciesielski.
- No, tyle widzę. Co nawywijała?
- Mamy kilka pytań. Jest w domu?
- Nie. Wyjechała dwa dni temu, może trzy. Do Karpacza albo Szklarskiej.
Tak przynajmniej starym mówiła.
Nastolatek uśmiechał się do nich dziwnie. Michalska zaczęła mu się
baczniej przyglądać. Miała wrażenie, że dzieciak jest pod wpływem
środków odurzających.
- A podała jakiś adres, pod którym się zatrzyma? - spytał Robert.
- Nie. A nawet jakby podała, to i tak pojechałaby gdzieś indziej. Taka
już jest popieprzona.
- Możemy wejść? - spytała Michalska.
- A po co? Nakaz macie?
- Nie potrzebujemy nakazu. Na blachę wchodzimy.
Ariel pobladł. Próbował się wycofać do mieszkania i zamknąć drzwi, ale
Ciesielski wsunął but i pchnął skrzydło drzwiowe.
- Ej, popierdoliło was? - oburzył się młody. - Co wy, kurwa, robicie?
- Tylko bez wulgaryzmów - upomniała go Michalska.
Zastanawiała się, czy jednak nie zastaną Violetty Jurasek w mieszkaniu.
Miała przeczucie, że chłopak ich okłamał. Wyraźnie się bał, choć nie
wiedziała czego.
Gdy weszli do mieszkania, Ciesielski przytrzymał nastolatka.
- Będziesz kombinował, to cię skuję - ostrzegł.
- Co wy odpierdalacie?
- Mówiłam ci już: bez wulgaryzmów.
- A co? Przeklinać już nie wolno? Karalne to jest?
- A żebyś wiedział. Chcesz sprawdzić? - Policjantka przyjrzała się
uważnie nastolatkowi.
- Dobra, sorki... Możecie już iść?
- A co ty się tak denerwujesz? - spytał Robert. - Ukrywasz coś?
- Ja? No co pan! Niczego nie ukrywam.
Michalska zauważyła, że młody raz po raz zerka na drzwi jednego z pomieszczeń upstrzone napisami i naklejkami.
- To twój pokój? - spytała.
- Mój...
- A możemy tam zajrzeć?
- Bałagan mam.
- Ja też. Nie takie rzeczy widziałam. Dobra, wchodzimy.
Karolina nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi.
* * *
Skończył przesłuchanie Górskiego i pojechał do domu.
Ania, jego życiowa partnerka, była w pracy, więc mógł się trochę
zdrzemnąć.
Kosowski miał czterdzieści trzy lata, z czego dwadzieścia trzy spędził w policji. Mógłby już przejść na emeryturę, ale nie wyobrażał sobie życia
poza służbą. Nie widział siebie siedzącego całymi dniami przed
telewizorem lub uprawiającego grządki na działce. To nie dla niego.
Zresztą Anna też by zwariowała, gdyby bez przerwy gnił w domu. Byli ze
sobą trzy lata i jak dotąd układało się między nimi prawie idealnie.
Pojawiały się co prawda, drobne tarcia, ale gdzie ich nie ma?
Poznali się w szpitalu. Kosa przyjechał sprawdzić stan zdrowia jednej z ofiar nożownika, który zaatakował kilka osób w okolicy pasażu Niepolda.
Napastnik wyciągnął nóż i pchnął nim przypadkowego mężczyznę. Trafił
prosto w serce. Mężczyzna zmarł w ciągu kilku sekund. Następnie nożownik
zaatakował kobietę, właśnie tę, do której później pojechał Kosowski.
Bramkarze obezwładnili napastnika i przekazali go mundurowym.
Anna pracowała na oddziale jako pielęgniarka. Początkowo nie chciała
wpuścić Wojtka na salę, gdzie leżała poszkodowana. Dopiero gdy obiecał,
że nie będzie jej oficjalnie przesłuchiwał, pozwoliła mu zadać kilka
pytań. Wpadła mu w oko. Kiedy wychodził, wstąpił do dyżurki pielęgniarek
i zapytał, czy Anna pójdzie z nim na kawę. Nigdy w taki sposób nie
postępował i sam był zaskoczony swoją propozycją. Bardziej jednak się
zdziwił, gdy Anna się zgodziła.
Wieczorem spotkali się w kawiarni w rynku. Przegadali prawie cztery
godziny. Przez kolejne dni wymieniali esemesy. Trzy tygodnie po
pierwszym spotkaniu byli już parą.
Kosowski nie był stereotypowym gliniarzem z filmów czy książek. Tam
każdy glina ma problemy z alkoholem, pali jak smok i nie potrafi ułożyć
sobie życia z kobietami. On był inny. Pił tyle co wszyscy, jeśli nie
mniej. Papierosy, owszem, palił, ale nie chodził non stop z petem w ustach. Związki też miał w miarę normalne. Czasem było lepiej, czasem
gorzej, jak to bywa. Niczym się w tym zakresie nie wyróżniał.
Od siedmiu lat był rozwodnikiem. Z małżeństwa z Agą miał syna, który
właśnie skończył siedemnaście lat. Widywali się regularnie. Starał się
wpoić Michałowi dobre wzorce. Nie tylko płacił alimenty, ale starał się,
aby dzieciak wiedział, że ma ojca, a nie tylko bankomat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki