Tragiczny początek
Rankiem 27 marca 1941 r. lotnisko Royal Force w Speke koło Liverpoolu
tonęło we mgle i oparach, stale nadciągających od strony przemysłowego i portowego miasta. Mimo że nie było żadnych szans na start Hurricane'ów
polskiego dywizjonu 315 "Dęblińskiego", stanowisko dowodzenia
(operations room - ops) zarządziło piętnastominutowy stan pogotowia
bojowego. Na telefoniczne powiadomienie z ops start samolotów wszystkich
lub wyznaczonych kluczy czy eskadr musiał nastąpić w ciągu kwadransa. W tym czasie dowódca był obowiązany nawiązać kontakt radiowy z ops.
Dzięki żelaznemu, rozpalonemu do czerwoności piecykowi, zwanemu
potocznie kozą, w baraku pilotów było przyjemnie i ciepło. Na dworze
czuło się już prawdziwą wiosnę, ale noce i poranki były jeszcze chłodne.
Należało więc dbać o kozę. Wśród "palaczy" wyróżniał się p/o Czerniak, a gdy nie miał służby, piecykiem opiekowali się sgt Kania lub sgt Słoński.
Na czarnej tablicy, zawieszonej na ścianie, wypisane były kredą nazwiska
pilotów, pełniących stan pogotowia, obok ich numery ewidencyjne,
przydzielone na dziś samoloty, kryptonim stanowiska dowodzenia (papyrus)
i kryptonim dywizjonu (bad head). Początkowo piloci trochę się na tę
"złą głowę" oburzali, ale wkrótce przeszli nad tym do porządku
dziennego.
U góry na tablicy na czele eskadry A (flight A) umieszczono nazwisko
dowódcy dywizjonu s/ldr Cooke, Anglika, dalej szły już tylko nazwiska
polskich pilotów: p/o Czachowski, sgt Kania, f/o Pisarek, p/o Czerniak i sgt Zaniewski. Dowódcą eskadry B (flight B) był f/lt Szulkowski i on to
miał dowodzić eskadrą na wypadek startu, a z nim piloci: sgt Paterek,
p/o Woliński, p/o Hojden, p/o Fiedorczuk i sgt Krieger1.
Tuż przed godziną dziesiątą przywieziono pilotom drugie śniadanie -
herbatę z mlekiem w dużym termosie, na tacach kanapki z wędliną i młodą
sałatą oraz kruche ciastka i dżem pomarańczowy. Humory wszystkim od razu
się poprawiły, zwłaszcza że podawały dwie młode "wafki" w białych
fartuszkach, wesołe i zalotne.
Tymczasem na dworze zrobiło się jaśniej, mgła prawie zupełnie opadła, a smog skierował się zgodnie z kierunkiem wiatru nad morze. Tylko niebo
było jeszcze zachmurzone, ale w przerwach między chmurami świeciło
czasem słońce.
Dzwonek telefonu zelektryzował wszystkich.
- It's for you, sir - dyżurny telefonista zwrócił się do s/ldr Cooke'a i podał mu słuchawkę.
Piloci skupili się wokół dowódcy. Ten rozmawiał przez pewien czas z ops,
kiwał głową, wyglądał przez okno, jakby coś rozważał. Najwidoczniej
zanosiło się na lot.
- Gentlemen, jest zadanie dla jednej eskadry. Wykona je eskadra B.
- Yes, sir! - potwierdził Szulkowski, podrywając się z krzesła.
- Zadanie dla was to patrolowanie rejonu Preston - dowódca wskazał na
rozwieszonej na ścianie mapie - na wysokości, jaką wam poda papyrus.
Warunki pogody stale się polepszają i eskadra będzie mogła wykonać lot
bez przeszkód. Na południu Anglii pojawiły się pojedyncze samoloty
niemieckie i sądzi się, że ich liczba będzie wzrastała, bo pogoda im
sprzyja. Ops będzie wami cały czas dowodzić. Czy są jakieś pytania?
- Yes, sir. O której godzinie mamy być w powietrzu? - zapytał
Szulkowski.
- Rzeczywiście, zapomniałem o tym - Cooke uśmiechnął się. - Start o dziesiątej trzydzieści, lot przewidziany jest na jedną godzinę i piętnaście minut. Lotniskiem zapasowym na dziś jest dla nas Squires Gate
koło Blackpool lub inne wskazane przez ops.
- Teraz dla wszystkich zadanie zupełnie jasne - odpowiedział wesoło
Szulkowski. - Oby tylko doszło do spotkania ze Szwabami - dodał,
zacierając ręce.
Zaraz też zebrał swoich pilotów i pomaszerował na ich czele do
samolotów, ustawionych w rozproszeniu z prawej strony baraku. Mechanicy,
już powiadomieni o locie, kręcili się koło Hurricane'ów. Piloci, ubrani
w zimowe kombinezony, długie buty futrzane i żółte kamizelki ratunkowe,
zajmowali miejsca w kabinach swoich samolotów. Do kabiny Hurricane'a z literami PK-M na kadłubie wsiadł dowódca eskadry, do obok stojącego z literami PK-P jego boczny pilot sgt Paterek, p/o Woliński do PK-S, p/o Hojdenowi wyznaczono na dziś PK-V, p/o Fiedorczukowi PK-R i sgt
Kriegerowi PK-Z.
Litery "PK" namalowane po obu stronach kadłubów, znaki rozpoznawcze
dywizjonu 315, kojarzyły się wszystkim z Polskimi Kolejami, stąd od razu
przezwano personel tego dywizjonu Kolejarzami. Od liter rozpoznawczych
pochodziły zresztą popularne nazwy wszystkich polskich dywizjonów
myśliwskich, używano ich nieraz w lotach bojowych w ugrupowaniach
skrzydła. I tak: dywizjon 302 poznański miał litery WX, więc jego
pilotów zwano popularnie Woxami, 303 od liter RF - Rafałkami, 306 od UZ
- Urszulami, 308 od ZF - Zefirami, 316 od SZ - Szakalami i 317 od JH -
Juhasami.
Zakręciły się łopaty śmigieł i zahuczały silniki polskich Hurricane'ów.
Jednego z nich nie udało się jednak mechanikom uruchomić. Nie
wystartował sgt Krieger.
F/lt Szulkowski nawiązał zaraz po starcie łączność radiową z papyrusem i zebrał swoją piątkę do ugrupowania bojowego w kręgu nadlotniskowym.
- Bad head leader, dla ciebie wysokość piętnaście, rejon "P" jak Peter.
Jak zrozumiałeś? - podał papyrus.
- Okay! Papyrus. Wykonuję - skwitował Szulkowski. Oznaczało to, że
eskadra ma się wznieść na wysokość piętnastu tysięcy stóp i skierować
nad Preston na patrolowanie.
Na nakazanej wysokości były jednak chmury zakrywające niemal całkowicie
ziemię, więc ops zwiększył Dębliniakom wysokość na dwadzieścia tysięcy
stóp.
- Bad head leader, here is papyrus. Dla ciebie kurs dwa siedem zero,
wysokość dwadzieścia siedem - podał znów nawigator naprowadzania z ops.
- Okay! Kurs dwa siedem zero, wysokość dwadzieścia siedem! - jak echo
powtórzył Szulkowski.
Eskadra była nad chmurami. Mijały minuty i kwadranse, a do spotkania z celem nie dochodziło.
Nagle zdarzyło się coś, co zmroziło krew w żyłach obserwujących pilotów
- oto dwa Hurricane'y sczepiły się na moment, odpadły od nich jakieś
części konstrukcji i razem runęły w dół do chmur...
- Papyrus, papyrus! Ja bad head dwadzieścia, zderzenie dwóch naszych
samolotów, dowódcy i bocznego! Żaden pilot nie wyskoczył! - zameldował
drżącym głosem p/o Woliński do ops.
- Obserwuj dobrze! - usłyszał w odpowiedzi.
Trzej pozostali piloci byli jakby zagubieni po nagłej stracie dowódcy.
Zaczęli krążyć dokoła, ale żaden z nich nie zdobył się na objęcie
dowodzenia. Na domiar złego zdarzyło się nowe nieszczęście - p/o Fiedorczuk powiadomił, że silnik jego Hurricane'a przestał pracować!
Odłączył od szyku i znurkował. Za nim pogonił p/o Hojden; chciał pewnie
zaobserwować, co się stanie z kolegą, ale w chmurach szybko go zgubił.
Tymczasem Fiedorczuk zorientował się, że skończyło mu się paliwo w zbiorniku głównym. Próbował więc przełączyć kran na zbiornik zapasowy,
ale ten, zamarznięty, nie dał się ruszyć. Dopiero niżej, na dziesięciu
tysiącach stóp, udało się Fiedorczukowi na nowo uruchomić silnik. Pod
chmurami było mglisto, ale doleciał do lądu i wylądował na lotnisku w Squires Gate koło Blackpoolu.
Nad chmurami pozostał tylko jeden Hurricane, pilotowany przez p/o Wolińskiego. Nie mógł on jednak nawiązać ze stanowiskiem dowodzenia
zrozumiałego dialogu, by otrzymać prawidłowy kurs na lotnisko startu.
Przebił chmury w dół i leciał na wschód, lecz lądu nie widział, a benzyna się kończyła. Zauważywszy statki rybackie, wodował w ich
pobliżu. Dzielni rybacy wyłowili go natychmiast z wody i w ten sposób
ocalili mu życie.
Na lotnisko startu w Speke powrócił z całej eskadry tylko jeden
Hurricane: PK-R, z którego wysiadł p/o Fiedorczuk.
F/lt Szulkowski2 i sgt Paterek, nie mieli możliwości ratować
się ze spadochronami, runęli wraz z samolotami do morza. W morzu zginął
też w bliżej niesprawdzonych okolicznościach p/o Hojden. Ciał pilotów
nie odnaleziono, natomiast po kilkunastu dniach natrafiono na szczątki
ich samolotów, które zidentyfikowano.
W jednym tragicznym locie, w dwa zaledwie tygodnie po przybyciu na
bojowe lotnisko w Speke, dywizjon 315 stracił trzech doskonałych pilotów
i cztery samoloty! To był czarny dzień dla Dębliniaków, pogrążył
wszystkich w żałobie.
Por. pil. (f/lt) i dowódca eskadry - Władysław Szulkowski walczył w czasie niedawnej bitwy o Wielką Brytanię w 65 dywizjonie brytyjskim;
sierż. pilot (sgt) Edward Paterek walczył również w bitwie o Wielką
Brytanię, latał w dywizjonach 302 i 303; ppor. pil. (p/o) Tadeusz Hojden
należał do wyróżniających się pilotów myśliwskich XIII promocji Szkoły
Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie.
315 Dywizjon Myśliwski "Dębliński" rozpoczął swą organizację w połowie
stycznia 1941 r. Większość personelu technicznego pochodziła z Centrum
Wyszkolenia Lotnictwa w Dęblinie, natomiast piloci z nadwyżek dywizjonów
myśliwskich już latających bojowo oraz pilotów latających dotąd w dywizjonach brytyjskich. Dywizjonowi przydzielono lotnisko Acklington w hrabstwie Northumberland o 30 mil na północ od Newcastle.
Z ramienia RAF dowódcą został wyznaczony s/ldr H.D. Cooke, który miał do
pomocy dwóch dowódców eskadr: dowódcą eskadry A był f/lt H. Davy, zaś B
- f/lt A. Edy. Polskim dowódcą został s/ldr (mjr pil.) Stanisław
Pietraszkiewicz, który zrezygnował z dowodzenia dywizjonem 307
wyposażonym w dwumiejscowe Defianty, a ostatnio latał w brytyjskim
dywizjonie myśliwskim, bazującym w Kirton in Lindsey. Dowódcą eskadry A został mianowany f/lt (kpt. pil.) Władysław Szczęśniewski, eskadry B -
f/lt (por. pil.) Władysław Szulkowski. Szczęśniewski latał w brytyjskim
dywizjonie 245, a Szulkowski w 65. Z dywizjonu 302 przybyli: ppor. pil.
Jerzy Czerniak i plut. pil. Jan Adamiak; z 303: por. pil. Marian
Pisarek, por. pil. Zbigniew Czajkowski, ppor. pil. Włodzimierz Miksa,
ppor. pil. Franciszek Kornicki, ppor. pil. Eugeniusz Fiedorczuk, sierż.
pil. Jan Kowalski, sierż. pil. Józef Kania i sierż. pil. Edward Paterek;
z dywizjonu 306: ppor. pil. Kazimierz Woliński, sierż. pchor. pil. Marek
Słoński i plut. pil. Bolesław Turzański; z 308: ppor. pil. Władysław
Grudziński, ppor. pil. Tadeusz Hojden, plut. pil. Tadeusz Krieger i plut. pil. Piotr Zaniewski; z dywizjonu 43 RAF przybył por. pil. Bernard
Groszewski; z dywizjonu 253 RAF ppor. pil. Tadeusz Nowak; z Blackpool
ppor. pil. Józef Czachowski i ppor. pil. Marian Łukaszewicz.
Adiutantem (szefem sztabu) dywizjonu został kpt. Antoni Jordan, oficerem
technicznym kpt. Stanisław Luranc, lekarzem por. Józef Jarosz. Na
stanowisku dowodzenia sektora pracowali jako nawigatorzy naprowadzania
kpt. pil. Stefan Łukaszewicz, a w dwa miesiące potem dołączył także kpt.
pil. Walerian Jasionowski.
Pierwsze loty rozpoczęto na początku lutego. Szkolenie w powietrzu
przebiegało sprawnie i 13 marca dywizjon 315 został uznany za zdolny do
podjęcia walki z samolotami Luftwaffe. Ponieważ lotnisko w Acklington
było w tym czasie rozmiękłe na skutek topnienia śniegu, dywizjon
przesunięto na lotnisko Speke koło Liverpoolu. Nie posiadało ono również
pasów betonowych do startu i lądowania, ale podłoże miało twarde,
żwirowate. Na lotnisku tym przebywał inny dywizjon Hurricane'ów RAF, a także montowano tam Blenheimy i inne szkolne maszyny.
Dywizjon rozpoczął pracę bojową. Osłaniał przede wszystkim konwoje
morskie, patrolując wyznaczone rejony nad lądem i nad morzem. Warunki
pogody nie sprzyjały lotom - często występowały mgły i zamglenia, a i dymy z kominów fabrycznych tego bardzo uprzemysłowionego okręgu
ograniczały widzialność.
14 kwietnia przybył do dywizjonu por. pil. (f/lt) Bronisław Mickiewicz,
latający dotychczas w dywizjonie 316 "Warszawskim", i objął dowództwo
nad eskadrą B.
Niemcy znali dobrze położenie lotniska w Speke, bo tej nocy dokonali nań
ciężkiego nalotu, omijając miasto. W polskim dywizjonie strat nie
odnotowano, zginęło natomiast wielu żołnierzy angielskich, wielu było
rannych, zniszczeniu uległy hangary i budynki administracyjne, powstały
liczne pożary.
W nocy 1 maja, a następnie 3, 5 i 7 maja Niemcy przypuścili ciężkie
ataki bombowe na Liverpool - duże miasto portowe i przemysłowe. W gruzach legły całe dzielnice mieszkaniowe, wiele tysięcy mieszkańców
zginęło, a rannych było tylu, że musiano ich umieszczać w szpitalach w innych miastach. Pożary utrzymywały się przez kilka dni.
Wynikła wtedy pilna potrzeba przeszkolenia dywizjonu w lotach nocnych,
co zaczęto realizować na lotnisku w Squires Gate.
Dopiero 24 maja odnotowano w kronice dywizjonowej pierwsze spotkanie z niemieckim bombowcem Junkersem Ju-88. Samolot został ostrzelany, lecz
zdążył uciec w chmury.
Stosunki Polaków z Anglikami układały się poprawnie, nawiązano
przyjacielskie kontakty z mieszkańcami Liverpoolu. Lotnicy polscy
szczególnie podobali się młodym Angielkom, bo byli szarmanccy i całowali
je w ręce, czego męska młodzież angielska zupełnie nie znała.
W składzie osobowym dywizjonu zaszły pewne zmiany: do dywizjonu 308 na
dowódcę eskadry odszedł f/lt Pisarek (w czerwcu został jego dowódcą), na
miejsce dotychczasowego adiutanta przybył kpt. Adam Olszewski. Do
dywizjonu dołączyli piloci: sgt Marian Staliński, sgt Michał Cwynar, sgt
Eugeniusz Malczewski, sgt Edward Jaworski i p/o Zygmunt Drybański.
W dniu 1 lipca 1940 r. dywizjon 315 uzyskał samodzielność - odeszli z niego oficerowie brytyjscy, pozostał tylko oficer informacyjny
(taktyczny) f/o Paul Harding, dobrze znający język polski.
W 1 Polskim Skrzydle Myśliwskim
Dzień 14 lipca 1941 r. był słoneczny. Od świtu dywizjon 315 pełnił całą
dwunastką readiness, czyli pogotowie bojowe polegające na tym, iż na
sygnał telefoniczny w ciągu pięciu minut wszystkie maszyny miały być w powietrzu, a dowódca powinien nawiązać łączność radiową ze stanowiskiem
dowodzenia sektora. W trakcie czterech miesięcy pełnienia służby bojowej
piloci dywizjonu tak się w tych startach wprawili, że nie w ciągu
pięciu, a trzech minut potrafili znaleźć się nad lotniskiem w ugrupowaniu bojowym. Dywizjon 315 należał do 9 Grupy Myśliwskiej, był
najszybszy w tej grupie.
Szkopuł tkwił jednak w tym, że stacjonując na lotnisku koło Liverpoolu,
piloci nie mieli okazji do nawiązania walk z samolotami niemieckimi.
Wszystkich bardzo to złościło.
- Tam, na południu, w Northolt, dywizjony latają codziennie nad Francję,
a my tu gnuśniejemy - powiedział Władek Szczęśniewski do siedzącego obok
na ławce przed barakiem dowódcy Stanisława Pietraszkiewicza. Obaj
pełnili dziś służbę pogotowia, nie wierząc zresztą, że Niemcy pojawią
się przy tak dobrej pogodzie nad Liverpoolem.
- Mnie też już krew zalewa na to wszystko - odpowiedział Pietraszkiewicz
ze złością. - Pułkownik Pawlikowski3 obiecał mi, że w Fighter Command załatwi nam przeniesienie na południe do Jedenastej
Grupy Myśliwskiej, ale jakoś na razie nic z tego nie wychodzi.
- Trzeba monitować codziennie, niech tam w dowództwie naciska - rzucił
dowódca eskadry B, Bronek Mickiewicz.
- W Northolt bazują trzy polskie dywizjony: trzysta trzeci, trzysta
szósty i trzysta ósmy, tworzące Pierwsze Polskie Skrzydło Myśliwskie.
Dowodzi nim major Rolski. Może by się tak z nim porozumieć? Jak sądzisz,
Stachu? - zasugerował Władek.
- Zaczekamy do godziny dziewiątej i zaczniemy dzwonić. Oni tam w Fighter
Command zaczynają pracę biurową późno, nie wstają o czwartej jak my -
odpowiedział Pietraszkiewicz, spoglądając na zegarek.
- Psiakrew! Że też o prawdziwe loty bojowe trzeba się upominać! Niemcy w dzień w nasze rejony nie przylatują, a w nocy na Hurricane trudno
jakiegoś złapać - złościł się porywczy jak zawsze Bronek.
Przez otwarte okno baraku usłyszano głośny dzwonek telefonu.
- Panie majorze, melduję telefon z ops - powiadomił Pietraszkiewicza
dyżurny kapral, podając mu słuchawkę.
- Pietraszkiewicz speaking - powiedział dowódca.
- To ja, Łaszkiewicz - usłyszał. - Dzień dobry dowódcy! Nice day today?
Isn't it? - Łaszkiewicz był w dobrym humorze.
- Serwus, co tam masz dla nas?
- Zaraz się rozchmurzysz. Mam dla was dobrą nowinę. Nadszedł właśnie
postogram z Fighter Command o przesunięciu dywizjonu trzysta piętnastego
do Northolt na miejsce dywizjonu trzysta trzy, który ma przenieść się do
Speke. Zamiana nastąpi jutro. Taki sam postogram otrzymał komendant
waszej stacji i on ci to oficjalnie przekaże.
- Masz u mnie czarną kawę i koniak - roześmiał się Pietraszkiewicz. -
Nareszcie, niech cię bogi mają w swojej opiece za tę wiadomość!
Przysłuchujący się rozmowie zrozumieli, o co chodzi. Wszystkim od razu
poweselały miny. Skończył się długi okres wyczekiwania na konkretną
robotę. Inne dywizjony, nie mówiąc o 303, miały już przecież swój
wojenny dorobek, a oni, dywizjon 315, nawet jednego zwycięstwa. Teraz
się to zmieni: pokażą, że potrafią bić Szwabów, że nie są gorsi od
innych.
Niebawem komendant stacji wezwał do siebie s/ldr Pietraszkiewicza, by go
oficjalnie powiadomić o decyzji Fighter Command. Dywizjon został
zwolniony z pełnienia dalszej służby alarmowej i miał przystąpić od
zaraz do likwidacji miejsc pracy, załadować sprzęt lotniczy na samochody
ciężarowe, by po południu wyruszyć na nowe miejsce postoju. Samoloty
miały odlecieć nazajutrz rano.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki