Debiutant - SJ Hooks

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Zer­k­ną­łem na ze­ga­rek i po­zwo­li­łem so­bie na małe wes­tchnie­nie ulgi. Za­ję­cia wła­śnie się za­czy­nały, a jej, ku mo­jej ra­do­ści, nie było. Zwy­kle nie ak­cep­to­wa­łem nie­obec­no­ści na wy­kła­dach, ale od­kąd ona pierw­szy raz we­szła do mo­jej sali na po­czątku let­niego se­me­stru, wiele się zmie­niło. Ni­gdy nie prze­ga­piła oka­zji, żeby mnie zi­ry­to­wać. Jesz­cze raz spraw­dzi­łem go­dzinę. Pora za­czy­nać.

I wtedy drzwi otwo­rzyły się sze­roko, a mój do­bry hu­mor na­tych­miast się ulot­nił.

Oczy­wi­ście, że nie ze­rwała się z za­jęć. Nie ma ani jed­nej nie­obec­no­ści.

We­szła do sali swoim zwy­kłym ta­necz­nym kro­kiem, w idio­tycz­nie wiel­kich słu­chaw­kach na gło­wie, ki­wa­jąc się do rytmu. Czy w ogóle do­strze­gała, że wszy­scy się na nią ga­pią? Czy ją to ob­cho­dziło? Za­pewne nie, wziąw­szy pod uwagę jej ubiór - o ile w ogóle można to tak na­zwać. Na no­gach miała zno­szone, przy­bru­dzone woj­skowe buty. Jej czarne raj­stopy świe­ciły dziu­rami, spód­niczka była sta­now­czo za krótka, a jakby tego było mało, de­kolt bluzki z dłu­gim rę­ka­wem miała roz­cięty do­mo­wym spo­so­bem, więc te­raz zsu­wał się z jej na­giego ra­mie­nia. Na chwilę za­wie­si­łem tam wzrok, do­strze­ga­jąc brak ra­miączka od sta­nika.

Chłopcy z ostat­nich rzę­dów też to za­uwa­żyli i śle­dzili jej ru­chy, w oczy­wi­sty spo­sób po­twier­dza­jące, że pod opi­na­jącą ciało bluzką nie kryje się nic wię­cej. Na se­kundę na­sze spoj­rze­nia spo­tkały się. Bły­snęła sze­ro­kim uśmie­chem i pu­ściła do mnie oko.

Na­gle po­czu­łem, że muszka uwiera mnie w szyję. Mu­sia­łem się po­wstrzy­mać, żeby za nią nie po­cią­gnąć.

Kiedy ona lek­kim kro­kiem prze­cho­dziła obok mo­jego biurka, uda­łem, że zer­kam na ze­ga­rek. Z bli­ska nie dało się na nią pa­trzeć - te czer­wone usta i po­wieki uma­zane na czarno... Wy­glą­dała jak ja­kiś obłą­kany mim.

Nie poj­mo­wa­łem, dla­czego wła­śnie tak chce się pre­zen­to­wać światu, skoro w za­sa­dzie była dość atrak­cyjna. Miała ładną fi­gurę, wiel­kie nie­bie­skie oczy i dłu­gie, lśniące, ru­do­brą­zowe włosy. Ale ni­gdy ich nie roz­pusz­czała. Dziś wy­glą­dała, jakby rano po­dzie­liła je na kilka sek­cji, każdą za­krę­ciła mik­se­rem, a po­tem od­dziel­nie upięła wy­soko na gło­wie.

Nie tylko jej wy­gląd mi prze­szka­dzał. Ta dziew­czyna nic so­bie nie ro­biła z tego, że je­stem jej wy­kła­dowcą, i nie ob­cho­dziło jej, że wy­pada od­no­sić się do mnie w okre­ślony spo­sób. Czę­sto mó­wiła do mnie "Ste­phen", choć po­pra­wia­łem ją za każ­dym ra­zem, gdy jej się to przy­tra­fiało. Pod­czas za­jęć nie by­łem "Ste­phe­nem" i ocze­ki­wa­łem, że stu­denci będą się do mnie zwra­cać "pro­fe­so­rze" albo "pro­szę pana". Chyba nie mu­szę do­da­wać, że ta de­ner­wu­jąca młoda dama miała w głę­bo­kim po­wa­ża­niu moje ocze­ki­wa­nia. Czę­sto pusz­czała do mnie oko, a ja ni­gdy nie wie­dzia­łem, jak to trak­to­wać. Była ab­so­lut­nie nie­prze­wi­dy­walna, co re­gu­lar­nie wy­pro­wa­dzało mnie z rów­no­wagi. Je­śli tylko miała inne zda­nie na dany te­mat, bez skru­pu­łów prze­ry­wała mi pod­czas za­jęć.

A kiedy ona nie ma in­nego zda­nia?

W ży­ciu nie spo­tka­łem dziew­czyny tak upar­tej i tak za­wzię­cie bro­nią­cej swo­ich po­glą­dów. Nie mo­głem się do­cze­kać końca se­me­stru, kiedy skoń­czą się za­ję­cia i nie będę mu­siał jej wię­cej oglą­dać. Była in­te­li­gentna, nie dało się za­prze­czyć, i nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że skoń­czy z do­sko­nałą oceną z mo­jego przed­miotu.

Usia­dła na swoim sta­łym miej­scu z przodu sali, a ja ob­ser­wo­wa­łem, jak kła­dzie torbę na pod­ło­dze. Ten ruch spra­wił, że i tak już luźny de­kolt bluzki zsu­nął się jesz­cze ni­żej, od­sła­nia­jąc ko­lejny ka­wa­łek jej bla­dej skóry. To prze­szka­dzało mi jesz­cze bar­dziej niż cią­głe prze­ry­wa­nie w za­ję­ciach i nie­od­po­wied­nie za­cho­wa­nie. Dla­czego ona nie chciała się ład­nie ubrać? By­łaby z niej taka piękna dziew­czyna, gdyby tylko za­ło­żyła przy­zwo­itej dłu­go­ści spód­nicę i może do tego je­dwabną bluzkę. Ale wy­glą­dało na to, że ona za­wzięła się w swoim pra­gnie­niu wy­glą­da­nia jak nie­chlujna lum­piara i sku­tecz­nie psuła mi tym hu­mor. Lu­bi­łem po­rzą­dek i prze­wi­dy­wal­ność, a do­póki mia­łem ją w gru­pie, nie mo­głem li­czyć ani na jedno, ani na dru­gie.

Na­wet na­zwi­sko miała od­po­wied­nie: Wilde. Dzi­ku­ska.

Pani Wilde sta­no­wiła stałe źró­dło fru­stra­cji w moim pla­nie za­jęć na wtorki i piątki, które oprócz tego były cał­kiem przy­jemne. Nie mo­głem się do­cze­kać, kiedy wresz­cie się po­że­gnamy.

Od­chrząk­ną­łem, sy­gna­li­zu­jąc stu­den­tom, że za­czy­namy za­ję­cia, a oni wy­jąt­kowo szybko się uspo­ko­ili. Zna­łem po­wód tego nie­zwy­kłego po­słu­szeń­stwa: mie­li­śmy dziś oma­wiać Lo­litę Vla­di­mira Na­bo­kova. Nie­przy­zwo­icie fa­scy­nu­jąca hi­sto­ria do­ro­słego męż­czy­zny, który za­ko­chuje się i na­wią­zuje sek­su­alną re­la­cję z dwu­na­sto­latką, co roku nie­za­wod­nie biła re­kordy po­pu­lar­no­ści wśród stu­den­tów. W wielu miej­scach wciąż nie wolno było jej oma­wiać. Oczy­wi­ście nic tak nie da­wało stu­den­tom po­czu­cia do­ro­sło­ści, jak czy­ta­nie "za­ka­za­nych" ksią­żek. Za­ję­cia się roz­po­częły, a ja z za­sko­cze­niem od­no­to­wa­łem, że panna Wilde nie bie­rze w nich udziału, co było do niej nie­po­dobne. W mil­cze­niu ro­biła no­tatki, a na jej ustach tań­czył lekki uśmiech.

Dys­ku­sja to­czyła się w naj­lep­sze. Stu­dent z tyłu sali za­su­ge­ro­wał, że główny bo­ha­ter, Hum­bert, jest chory psy­chicz­nie i nie kon­tro­luje swo­ich po­czy­nań, więc za­słu­gi­wałby na odro­binę wy­ro­zu­mia­ło­ści.

- Na­prawdę go bro­nisz? - za­pro­te­sto­wała dziew­czyna, któ­rej imie­nia nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć. - To zbo­cze­niec, który na­pa­stuje małą dziew­czynkę i spro­wa­dza ją na złą drogę!

- Chyba ra­czej na od­wrót - wtrą­ciła panna Wilde, nie pod­no­sząc oczu znad no­ta­tek.

- Co? Ty tak na po­waż­nie?

- Jak naj­bar­dziej - od­parła pani Wilde. - Nie mam wąt­pli­wo­ści, że to Lo­lita spro­wa­dza Hum­berta na złą drogę. Ona go uwo­dzi, a on jest tym za­chwy­cony. Który fa­cet by nie był?

- Ale to dziecko! - upie­rała się dziew­czyna.

- Ow­szem, ale kiedy go uwo­dzi, do­brze wie, co robi. Upra­wiała wcze­śniej seks, a kiedy jest już po wszyst­kim, on prak­tycz­nie za­czyna jeść jej z ręki. Nie mó­wię, że to, co zro­bił, nie było złe, ale trzeba pa­mię­tać, że on ją po­strzega jako młodą ko­bietę, no i jego doj­rza­łość emo­cjo­nalna też jest na po­zio­mie dwu­na­sto­latka.

Dziew­czyna nie miała na to od­po­wie­dzi i spu­ściła wzrok.

- Bar­dzo trafna uwaga - przy­zna­łem.

Wpraw­dzie prze­szka­dzało mi, kiedy pani Wilde od­zy­wała się nie­pro­szona, ale jej uwagi za­wsze wzbo­ga­cały dys­ku­sję. W in­nym przy­padku cie­szył­bym się z tak ak­tyw­nej stu­dentki, która po­trafi oży­wić każdą de­batę. Ale było w niej coś ta­kiego... coś, czego nie po­tra­fi­łem na­zwać. Z ja­kie­goś po­wodu mnie draż­niła.

- Więc dla­czego pań­stwa zda­niem au­tor wy­brał tak kon­tro­wer­syjny te­mat na po­wieść? - za­py­ta­łem grupę.

Kilka osób za­częło pod­no­sić ręce, ale wszy­scy na­tych­miast się pod­dali, gdy pani Wilde za­częła mó­wić nie­pro­szona. Znowu. Zgrzyt­ną­łem zę­bami. Dziew­czyna bez wąt­pie­nia jest in­te­li­gentna, ale dla­czego nie po­trafi prze­strze­gać za­sad jak wszy­scy?

Boże, szlag mnie z nią trafi.

- Pani Wilde!

Prze­rwała i spoj­rzała na mnie. Nie­stety w ogóle nie wy­glą­dała na prze­stra­szoną, tylko wpa­try­wała się we mnie z za­cie­ka­wie­niem.

- Tak, Ste­phen? - za­py­tała słodko.

- Pro­fe­so­rze - po­pra­wi­łem ją.

Jak to do­brze, że se­mestr za­raz się koń­czy.

Tylko się do mnie uśmiech­nęła.

- Po­czeka pani na swoją ko­lej albo może pani opu­ścić moje za­ję­cia - po­wie­dzia­łem, w du­chu rzu­ca­jąc jej wy­zwa­nie, aby spró­bo­wała kon­ty­nu­ować mo­no­log.

Ski­nęła na mnie, że­bym mó­wił da­lej, i od­chy­liła się na krze­śle. Na jej twa­rzy ma­lo­wało się roz­ba­wie­nie. Za­py­ta­łem o zda­nie in­nych stu­den­tów, w za­mian do­sta­jąc kilka nie­cie­ka­wych re­flek­sji o te­ma­tach tabu. Jedna z dziew­czyn za­częła na­wet prze­ko­ny­wać, że to au­tor był praw­dzi­wym zbo­czeń­cem. Wes­tchną­łem i z wa­ha­niem od­da­łem głos de­ner­wu­ją­cej pani Wilde, która uśmiech­nęła się sze­roko i po­chy­liła do przodu.

- My­ślę, że Na­bo­kov wy­ko­rzy­stuje główne po­staci jako sym­bole - za­częła.

Do­my­śla­łem się, do czego zmie­rza, i miała ab­so­lutną ra­cję, jak za­wsze. By­łoby o wiele ła­twiej, gdy­bym mógł zbyć ją jako nie tylko głu­pio ubraną, ale też po pro­stu głu­pią, ale się nie dało. Była in­te­li­gentna, więc nie mia­łem wyj­ścia i mu­sia­łem po­zwo­lić jej na ko­lejne wy­po­wie­dzi.

- W ja­kim sen­sie? - za­py­ta­łem i ski­ną­łem głową w jej stronę.

- Hum­bert jest star­szy i wy­ra­fi­no­wany, ale za­blo­ko­wany emo­cjo­nal­nie. Lubi po­ważną li­te­ra­turę i mu­zykę kla­syczną. Re­pre­zen­tuje Eu­ropę. Lo­lita jest młoda, na­iwna i chętna do za­bawy. Lubi coca-colę, mu­zykę roc­kową i ko­lo­rowe ma­ga­zyny. To oczy­wi­ste, że sta­nowi wy­obra­że­nie au­tora na te­mat Sta­nów i nie jest to wy­obra­że­nie szcze­gól­nie po­chlebne. - Za­wa­hała się i uśmiech­nęła do sie­bie. - Ale może się mylę. Może Na­bo­kov miał o wiele mniej zło­żone mo­tywy. Może po pro­stu kie­dyś mu się to przy­śniło.

Spoj­rzała na mnie z tym swoim krzy­wym uśmiesz­kiem i do­dała:

- W końcu chyba każdy star­szy męż­czy­zna ma­rzy o tym, żeby prze­spać się z młod­szą ko­bietą?

Znów pu­ściła do mnie oko. Może by­łem nie­do­świad­czony w kon­tak­tach z płcią prze­ciwną, ale nie mu­sia­łem być ge­niu­szem, aby się zo­rien­to­wać, że pani Wilde się ze mną drażni. Na ko­niec nie­znacz­nie po­ru­szyła ko­niusz­kiem ję­zyka.

- Dzię­kuję, ko­niec za­jęć - po­wie­dzia­łem, za­ci­ska­jąc mocno szczęki.

Usia­dłem przy biurku i za­czą­łem zbie­rać książki.

- Do piątku, Ste­phen - usły­sza­łem głos pani Wilde, gdy mi­jała moje biurko ra­zem z in­nymi stu­den­tami.

Przez se­kundę mi­gnęło mi coś kry­ją­cego się pod jej bluzką, tuż po­ni­żej karku: ta­tuaż. Zje­cha­łem wzro­kiem w dół jej ple­ców i szczu­płych nóg w tych kre­tyń­skich raj­sto­pach. Tuż przed wyj­ściem zer­k­nęła na mnie przez ra­mię i po­słała mi uśmiech.

Oczy­wi­ście, że ma ta­tuaż. Prze­cież nie przej­muje się swoim wy­glą­dem ani tym, czy kto­kol­wiek trak­tuje ją po­waż­nie. Na­prawdę szkoda, że nie chce się le­piej ubie­rać. By­łaby cał­kiem ładna, gdyby tylko się tro­chę po­sta­rała.

Wrzu­ci­łem rze­czy do torby i w po­śpie­chu ru­szy­łem do sa­mo­chodu.

Przez te za­ję­cia po­czu­łem się spięty i sfru­stro­wany, więc po­sta­no­wi­łem w dro­dze do domu za­ha­czyć o si­łow­nię. Kiedy wsia­dłem do auta, za­uwa­ży­łem nie­ode­brane po­łą­cze­nie od Matta. Wy­bra­łem nu­mer. Ode­zwał się po kilku sy­gna­łach.

- Ste­vie! - za­wo­łał śpiew­nym gło­sem. - Co sły­chać?

- Nie wiem, to ty do mnie za­dzwo­ni­łeś.

- A, fak­tycz­nie. Dla­czego ty ni­gdy nie od­bie­rasz?

- Mia­łem za­ję­cia. Zo­sta­wi­łem te­le­fon w sa­mo­cho­dzie.

- Zda­jesz so­bie sprawę, że mo­żesz go no­sić ze sobą, nie? On nie jest za­mon­to­wany w au­cie, cho­ciaż w su­mie ro­zu­miem, że mo­głoby ci się tak wy­da­wać.

- O czym ty mó­wisz?

- Mu­sisz so­bie ku­pić nowy te­le­fon. Da się tą ce­głą w ogóle wy­sy­łać ese­mesy?

- Do­brze wiesz, że się da - od­par­łem. - Po co dzwo­ni­łeś?

- Bo chcę iść z tobą wie­czo­rem na mia­sto.

- Jest wto­rek.

- No i?

- Nie mu­sisz ju­tro iść do pracy?

- Mu­szę. I co z tego?

- Nie­ważne. - Wes­tchną­łem. - Nie, nie mogę z tobą iść.

- Dla­czego? Nie masz rano za­jęć.

- Ale mam prace do spraw­dze­nia i ar­ty­kuł do zre­da­go­wa­nia. Poza tym na­sta­wi­łem się już na spo­kojny wie­czór w domu.

- Ty co­dzien­nie masz spo­kojny wie­czór w domu - za­pro­te­sto­wał Matt.

Prak­tycz­nie usły­sza­łem, jak prze­wraca oczami.

- No cóż, do­brze mi z tym.

- Ste­vie, przy­się­gam na Boga, nie mam po­ję­cia, jak to moż­liwe, że w ogóle je­ste­śmy spo­krew­nieni. Je­steś naj­star­szym trzy­dzie­sto­trzy­lat­kiem na świe­cie.

Uzna­łem, że nie będę mu wy­po­mi­nać, że nie łą­czą nas więzy krwi.

- Po­waż­nie, stary - cią­gnął Matt. - Je­steś wolny i masz nie­ogra­ni­czony do­stęp do mło­dych la­sek, ale czy ty w ogóle pa­mię­tasz, kiedy ostat­nio za­li­czy­łeś?

Mi­nęło tyle czasu, że nikt by już tego nie pa­mię­tał.

- Nie mam "ła­twego do­stępu", jak to ują­łeś. Nie wolno mi się spo­ty­kać ze stu­dent­kami i do­brze o tym wiesz.

- Nie mó­wię o "spo­ty­ka­niu" - za­pro­te­sto­wał. - Tylko o cu­dzej ręce na fiu­cie za­miast wła­snej. Nie brzmi przy­jem­nie?

- Mu­szę le­cieć - ucią­łem. - Spie­szę się na siłkę.

- Świetny po­mysł. Będę za dzie­sięć mi­nut - od­parł Matt i roz­łą­czył się, za­nim zdą­ży­łem za­pro­te­sto­wać.

Wspa­niale. Wła­śnie tego dziś po­trze­bo­wa­łem do pełni szczę­ścia.

Roz­dział 2

Kiedy do­tar­łem na si­łow­nię, Matt stał już na ze­wnątrz i roz­ma­wiał przez te­le­fon, gło­śno się z cze­goś śmie­jąc.

W ogóle nie by­li­śmy do sie­bie po­dobni. On od za­wsze cie­szył się po­pu­lar­no­ścią wszę­dzie, gdzie tylko po­szedł, i bez trudu na­wią­zy­wał kon­takty. Ja­kiś czas temu ra­zem z ko­legą otwo­rzyli bar spor­towy i wy­glą­dało na to, że nie­źle so­bie ra­dzą. Mnie w naj­mniej­szym stop­niu nie in­te­re­so­wał sport. Po­ja­wi­łem się w jego knaj­pie tylko raz, na otwar­ciu kilka lat temu - moja matka prak­tycz­nie mnie zmu­siła, że­bym po­szedł. Cały wie­czór czu­łem się nie­zręcz­nie, a mój gar­ni­tur sta­now­czo nie pa­so­wał do oko­licz­no­ści. Kiedy za­częła się bójka, ucie­kłem po ci­chu, nie po­sia­da­jąc się z ra­do­ści.

Matt był świet­nym fa­ce­tem, ale ni­gdy nie ro­zu­mia­łem, dla­czego w dzie­ciń­stwie za­le­żało mu na moim to­wa­rzy­stwie - w su­mie to do dziś nie udało mi się roz­wią­zać tej za­gadki. Matt miał mnó­stwo przy­ja­ciół i czę­sto cho­dził na randki, ale z ja­kie­goś po­wodu za­wsze po­tra­fił zna­leźć dla mnie czas.

- Hej, brat! - za­wo­łał, gdy się zbli­ży­łem.

Przy­rodni, dla peł­nej ja­sno­ści.

Kilka osób przy­wi­tało się z nami, kiedy szli­śmy do szatni. Matt dla każ­dego miał ja­kąś zgrabną od­po­wiedź, a ja po pro­stu zmu­sza­łem się, żeby sztywno ski­nąć głową, za­miast wbi­jać wzrok w pod­łogę. Kiedy przy­cho­dzi­łem tu sam, nie zwra­ca­łem ni­czy­jej uwagi i czu­łem się z tym o wiele le­piej.

- Co z tobą? - za­py­tał Matt, kiedy rzu­ci­łem torbę na pod­łogę. - Ta żyłka na czole za­raz ci pęk­nie.

- Nie wiem. Może ja­kaś cho­roba mnie ła­pie.

- Tak, syn­drom nie­do­pchnię­cia - prych­nął. - Ta wku­rza­jąca stu­dentka znów się tobą bawi?

- Co? - Za­czą­łem się prze­bie­rać i słu­cha­łem go jed­nym uchem.

- No wiesz, ta, co się ubiera jak bez­domna i za­wsze py­skuje. Ta, o któ­rej cią­gle na­wi­jasz, kiedy się wi­dzimy.

- Pani Wilde? - Unio­słem głowę.

- Mm... Wilde, po­doba mi się. A jak ma na imię?

- Nie wiem - ucią­łem z iry­ta­cją. - Dla­czego, do cho­lery, roz­ma­wiamy o mo­ich stu­den­tach?

- Ooo, za­czy­nasz się wy­ra­żać! - Ro­ze­śmiał się.

Nie mia­łem po­ję­cia, o co mu cho­dzi. By­łem dok­to­rem li­te­ra­tury. Oczy­wi­ście, że po­tra­fi­łem się wy­ra­zić.

- Bo wiesz - cią­gnął rze­czowo - ta żyłka wy­jąt­kowo mocno ci dziś wy­łazi, a to się zwy­kle zda­rza, kiedy masz z nią za­ję­cia.

Prze­su­ną­łem ko­niusz­kami pal­ców po czole.

- No, to co dziś na­roz­ra­biała?

- Nic! Dajże mi święty spo­kój!

- Łał, mu­siało być na­prawdę źle. Albo do­brze. Za­leży, z któ­rej strony spoj­rzeć.

Po­sła­łem mu spoj­rze­nie, któ­rym mia­łem na­dzieję go zmro­zić i zmu­sić do za­milk­nię­cia. Nie mia­łem ochoty my­śleć o tej kosz­mar­nej dziew­czy­nie, je­śli nie mu­sia­łem.

- A, już wiem - po­wie­dział, szcze­rząc zęby w uśmie­chu. - Za­kła­dała nogę na nogę, a po­tem roz­kła­dała z po­wro­tem, że­byś mógł so­bie zer­k­nąć?

- Nie! - Już pra­wie krzy­cza­łem. - Co z tobą jest nie tak, Matt? Ona jest co naj­mniej dzie­sięć lat młod­sza ode mnie.

- No i? To nic nad­zwy­czaj­nego. Więk­szość męż­czyzn ma­rzy o młod­szych ko­bie­tach.

Pani Wilde też dziś to po­wie­działa.

- Po­waż­nie? - Usły­sza­łem wła­sny głos.

- No ja­sne. Nie po­wiesz chyba, że nie chciał­byś tej nie­grzecz­nej stu­dentki ostro ze­rżnąć i po­ka­zać jej, kto tu rzą­dzi!

Sta­ną­łem jak wryty przed szaf­kami. W ży­ciu nie przy­szło mi coś ta­kiego do głowy, ale te­raz to so­bie wy­obra­zi­łem i by­łem... za­in­try­go­wany? I kom­plet­nie znie­sma­czony. Ab­surd. Po­trzą­sną­łem głową i we­pchną­łem torbę do szafki, trza­ska­jąc drzwicz­kami.

- Nie - po­wie­dzia­łem w końcu. - Na­wet gdyby to nie było za­bro­nione, ona w ogóle nie jest w moim ty­pie.

- A jak wy­gląda? - za­py­tał Matt, gdy ru­szy­li­śmy w stronę bieżni.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Ra­czej nie­duża, ma ciemne włosy i nie­bie­skie oczy. Pew­nie około dwu­dzie­stu je­den lat. W ży­ciu nie wi­dzia­łem ko­goś tak źle ubra­nego, a jej włosy i ma­ki­jaż... Wy­gląda, jakby cały rok świę­to­wała Hal­lo­ween.

Matt po­ki­wał głową. Wi­dzia­łem, że two­rzy już w gło­wie jej ob­raz.

- A, i ma ta­tuaż po­ni­żej karku - do­da­łem.

- Mm, ta­tu­aże są sek­sowne - roz­ma­rzył się. - A ja­kie ma cycki?

Za­ci­sną­łem szczękę. Nie­stety, do­kład­nie wie­dzia­łem, ja­kie ma "cycki", jak to elo­kwent­nie ujął Matt.

- Aż ta­kie do­bre, co? - Uśmiech­nął się sze­roko.

- Po­ję­cia nie mam - od­par­łem. Mę­czyła mnie już ta roz­mowa. - Na­wet bym nie wie­dział, ja­kie kry­te­ria oceny za­sto­so­wać.

- Nie mogą być za małe, ale też nie za duże. Naj­le­piej ta­kie w sam raz do ręki... A ja mam spore ręce.

Ro­ze­śmiał się, pod­no­sząc dło­nie i pro­stacko uda­jąc, że maca piersi.

Prze­wró­ci­łem oczami, wsze­dłem na naj­bliż­szą bież­nię i za­czą­łem tre­ning. Nie chcia­łem my­śleć o pier­siach pani Wilde i mia­łem na­dzieję, że Matt w końcu od­pu­ści.

- Aaa - do­dał, kiedy już skoń­czył wy­ima­gi­no­wane ma­ca­nie - mu­szą być jędrne i ster­czące. Ale u dwu­dzie­sto­latki to prak­tycz­nie stan­dard, szczę­ścia­rzu.

Były jędrne, nie mo­głem za­prze­czyć. Za­czą­łem biec szyb­ciej.

- No, to jak? Za­rwiesz ją? - cią­gnął da­lej Matt, mimo że bie­głem już na naj­wyż­szej szyb­ko­ści i nie od­po­wie­dzia­łem na żadne z jego dur­nych py­tań do­ty­czą­cych piersi.

Wszedł na bież­nię obok mnie, ale le­d­wie truch­tał.

- Oczy­wi­ście, że nie - wy­dy­sza­łem.

- Czemu nie? Skoro tak się za­cho­wuje na two­ich za­ję­ciach, to dość oczy­wi­ste, że na cie­bie leci.

- Nie leci na mnie. Ona... Nie wiem, o co jej cho­dzi.

Bie­głem da­lej, aż po­czu­łem, że serce za­raz wy­sko­czy mi z piersi, a pot lał się ze mnie stru­gami. Za­trzy­ma­łem bież­nię i wy­pi­łem całą bu­telkę wody. Matt na­dal ob­ser­wo­wał mnie ze swo­jej ma­szyny z dur­nym uśmiesz­kiem na twa­rzy.

- Co? - za­py­ta­łem ostro.

- Spo­koj­nie, bra­ciszku, bo się do­ro­bisz tęt­niaka - po­wie­dział, zwal­nia­jąc. - Ja tylko mó­wię, że je­śli tak się na­krę­casz na myśl o tej dziew­czy­nie, to może coś w tym jest.

- Nic w tym nie ma - wy­dy­sza­łem. - Jest głu­pia, de­ner­wu­jąca i je­śli mam być cał­kiem szczery, nie mogę się już do­cze­kać końca se­me­stru, bo wtedy nie będę mu­siał jej dłu­żej oglą­dać dwa razy w ty­go­dniu. I ow­szem, jej piersi są bar­dzo jędrne i za­pewne ani za duże, ani za małe, ale to nie zmie­nia faktu, że wy­gląda jak sta­tystka z filmu Tima Bur­tona i chyba przy­się­gła so­bie, że bę­dzie mnie wku­rzać do końca mo­ich dni!

Wy­sze­dłem jak bu­rza, sły­sząc za sobą jego śmiech. Po­szedł za mną do sali z cię­ża­rami.

Po­ło­ży­łem się na ławce z na­dzieją, że Matt się za­mknie, kiedy bę­dzie mnie za­bez­pie­czać. Oczy­wi­ście nie mia­łem tyle szczę­ścia.

- Nooo, ale jak skoń­czą się za­ję­cia, to już bę­dzie wolno ci się z nią umó­wić, co?

Stęk­ną­łem z wy­siłku.

- Po­nie­waż nie mam naj­mniej­szego za­miaru się z nią uma­wiać, to nie ma nic do rze­czy. Poza tym je­stem dla niej o wiele za stary i jak już mó­wi­łem, nie jest w moim ty­pie.

- Prze­cież lu­bisz sza­tynki - za­pro­te­sto­wał.

- Tak, ale nie lu­bię ma­ki­jażu na Ma­ri­lyna Man­sona, po­dar­tych raj­stop, a zwłasz­cza ta­tu­aży. Dla­czego wciąż cią­gniemy ten te­mat?

- Bo od dwóch mie­sięcy na­wi­jasz o niej za każ­dym ra­zem, gdy się wi­dzimy.

Nie­moż­liwe, że­bym mó­wił o niej aż tak czę­sto.

- Na­wet nie zda­jesz so­bie z tego sprawy, co?

- Na pewno nie aż tak czę­sto - za­pro­te­sto­wa­łem nie­pew­nie, gdy za­mie­ni­li­śmy się miej­scami.

Matt do­ło­żył wię­cej wagi na swoją sztangę.

- Jaja so­bie ro­bisz? Wiem, w co była ubrana i jak miała zro­bione włosy na każ­dych two­ich za­ję­ciach. Już nie wspo­mi­na­jąc o uśmie­chach i mru­ga­niu.

- Prze­sa­dzasz - żach­ną­łem się. - Co miała na so­bie w pią­tek?

- Yyy, spód­niczkę w czarno-białą kratę i ko­szulkę z logo ja­kie­goś ze­społu. Z two­jego opisu są­dzę, że Ra­mo­nes - od­parł na­tych­miast.

Zga­dza się. Boże, to nie­nor­malne.

Mil­cza­łem. Co niby mógł­bym na to od­po­wie­dzieć?

- Mam ra­cję, co?

- Za­mknij się już albo to na cie­bie upusz­czę - mruk­ną­łem, po­da­jąc mu sztangę.

Zro­bił swoją se­rię, a ja sta­łem nad nim zdez­o­rien­to­wany. Nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że tak dużo na­rze­kam na pa­nią Wilde. Kiedy skoń­czy­li­śmy swoje se­rie, nie chciało mi się dłu­żej ćwi­czyć. Po­szli­śmy pod prysz­nic.

- Żarty na bok, Ste­phen, ale dla­czego ty się z ni­kim nie spo­ty­kasz? Na­wet na zwy­kłej randce nie by­łeś od Bóg wie kiedy - za­gad­nął w szatni.

- Nie wiem - skła­ma­łem. - Nie spo­tka­łem ni­kogo cie­ka­wego.

- Poza tą dziew­czyną, o któ­rej ga­dasz non stop od dwóch mie­sięcy - prze­rwał.

- Poza tym nie umiem roz­ma­wiać z ko­bie­tami - do­da­łem, igno­ru­jąc jego uwagę.

- To aku­rat święta prawda.

Zer­k­ną­łem na przy­rod­niego brata, a on po­słał mi uśmiech.

- Żar­tuję, Ste­vie. Nie je­steś taki zły, jak ci się wy­daje.

Ale by­łem. Wpraw­dzie nie lu­bi­łem się do tego przy­zna­wać, ale nie mo­głem prze­czyć fak­tom. Moje ży­cie uczu­ciowe prak­tycz­nie nie ist­niało - od za­wsze. Na stu­diach sie­dzia­łem z no­sem w książ­kach, a po­nie­waż nie cho­dzi­łem na im­prezy, nie spę­dza­łem zbyt wiele czasu wśród ko­biet. Ob­ser­wo­wa­łem, jak ró­wie­śnicy udzie­lają się to­wa­rzy­sko, i chcia­łem się przy­łą­czyć, ale by­łem zbyt nie­śmiały. Ży­wi­łem w so­bie na­dzieję, że pew­nego dnia wła­ściwa ko­bieta po pro­stu po­jawi się zni­kąd w moim ży­ciu. Ktoś miły, z kim mógł­bym roz­ma­wiać bez onie­śmie­le­nia. Ktoś, kto za­ak­cep­tuje mnie ta­kim, jaki je­stem, ze wszyst­kimi mo­imi wa­dami.

A te­raz mia­łem trzy­dzie­ści trzy lata i jak do­tąd nic. Może to się ni­gdy nie wy­da­rzy? Mia­łem kil­koro przy­ja­ciół z li­ceum i ze stu­diów: wszy­scy byli w sta­łych związ­kach, więk­szość po ślu­bie i z dziećmi. Ja zo­sta­łem je­dy­nym sin­glem i za­czy­na­łem się mar­twić, że już za­wsze będę sam.

- Chcesz, że­bym cię z kimś usta­wił? - za­pro­po­no­wał Matt. - Znam mnó­stwo dziew­czyn, które chęt­nie by się z tobą spo­tkały.

- Po­waż­nie? - Unio­słem brew.

- No, może nie mnó­stwo. Ale jedną bym może wy­kom­bi­no­wał. Ja­kąś miłą i nudną, żeby do cie­bie pa­so­wała - po­wie­dział, jakby to był kom­ple­ment.

- Po­waż­nie uwa­żasz, że je­stem nudny?

- Tak - od­parł bez za­sta­no­wie­nia.

- Łał. Dzięki za szcze­rość, Matt.

- Sorry, Ste­vie, ale spójrz, chło­pie, na swoje ży­cie. Co wie­czór sie­dzisz w domu za­ko­pany w książ­kach, na randce nie by­łeś od pierw­szego za­ła­ma­nia ner­wo­wego Brit­ney i ubie­rasz się jak eme­ryt.

Jaka Brit­ney? Dla­czego się za­ła­mała? Eme­ryt?

Spoj­rza­łem na swoje ubra­nie i po­rów­na­łem do Matta. Mia­łem na so­bie spodnie khaki z pa­skiem, nie­bie­ską ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem, brą­zową sztruk­sową ma­ry­narkę, czarne skó­rzane pan­to­fle i oczy­wi­ście muszkę i oku­lary. Mój przy­rodni brat był ubrany w dzi­waczne trampki, ciemne dżinsy, pro­sty biały T-shirt, a na to miał na­rzu­coną skó­rzaną kurtkę. Na­wet ja po­tra­fi­łem przy­znać, że się róż­nimy, ale nie uwa­ża­łem, żeby mój styl był aż taki zły.

- Na­prawdę ubie­ram się jak eme­ryt?

- Tro­chę tak. Spójrz na te spodnie...

- Co z nimi nie tak?

- Za­sad­ni­czo nic - za­my­ślił się. - Ale są tro­chę za wy­soko pod­cią­gnięte, a ten pa­sek ja­kiś taki... ge­ria­tryczny. Dla­czego ni­gdy nie no­sisz dżin­sów?

- Wąt­pię, żeby było mi wy­god­nie w czymś tak ob­ci­słym - przy­zna­łem.

- Po co trzy razy w ty­go­dniu cho­dzisz na siłkę, je­śli i tak nikt tego nie wi­dzi? - za­dał py­ta­nie re­to­ryczne, na­pi­na­jąc bi­ceps.

- Dla zdro­wia. Re­gu­larne ćwi­cze­nia to naj­lep­szy spo­sób na utrzy­ma­nie ca­łego układu krą­że­nia w opty­mal­nym sta­nie. Znasz hi­sto­rię mo­jej ro­dziny.

Matt po­ło­żył rękę na moim ra­mie­niu i lekko po­trzą­snął.

- Sorry, stary, wiem. Ale by­łeś nie­dawno u le­ka­rza, nie? Wszystko jest w po­rządku.

Przy­tak­ną­łem, po­cie­ra­jąc pierś dło­nią.

- Masz zdro­wie jak koń - cią­gnął. - Na sta­rość się bę­dziesz mar­twić. Te­raz po­wi­nie­neś się sku­pić na ci...

- Nie mów tak! - prze­rwa­łem, uno­sząc dłoń.

- ...cie­ka­wych ko­bie­tach, z któ­rymi mógł­byś się umó­wić - prych­nął.

Bła­gam. Wiem, co chcia­łeś po­wie­dzieć.

- Ja­sne, już się za to za­bie­ram.

- Po­myśl o dżin­sach, co?

- Na pewno mi przy­po­mnisz, je­śli za­po­mnę - mruk­ną­łem.

Po­kle­pał mnie po ra­mie­niu ze współ­czu­ciem.

- Jak na­stęp­nym ra­zem mama bę­dzie cię chciała za­brać na za­kupy, po­dzię­kuj i nie idź.

- Okej.

- Słu­chaj, chodź ze mną do baru na jed­nego. Mo­żemy ogar­nąć coś do je­dze­nia po dro­dze - za­pro­po­no­wał.

Za­wa­ha­łem się.

- Dziś jest po­czą­tek se­zonu Giant­sów, na pewno będą ja­kieś la­ski. Giants to na­sza dru­żyna bejs­bo­lowa, gdy­byś nie wie­dział.

- Wiem. - Prze­wró­ci­łem oczami.

Ale gdy­bym się nie uro­dził i wy­cho­wał aku­rat tu­taj, w San Fran­ci­sco, pew­nie bym nie wie­dział. Mia­łem ochotę od­mó­wić. Nie cho­dziło o to, że nie lu­bię spę­dzać czasu z Mat­tem, bo lu­bi­łem. Cho­dziło o ten jego bar, albo ra­czej o bary jako ta­kie. Nie ra­dzi­łem so­bie zbyt do­brze w sy­tu­acjach to­wa­rzy­skich. Ale jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że to dla niego ważne.

- No do­bra - zgo­dzi­łem się. - Ale tylko na jedno piwo, okej?

Twarz Matta roz­ja­śniła się w uśmie­chu.

- Po­waż­nie? Su­per! Chcesz, że­by­śmy się za­trzy­mali u cie­bie po dro­dze? Mógł­byś się prze­brać.

- Nie.

- Okej, to może... Eee... Zo­staw cho­ciaż ma­ry­narkę i wy­cią­gnij ko­szulę ze spodni.

Zro­bi­łem, jak ra­dził.

- A muszka?

- Nie. Coś jesz­cze? - za­py­ta­łem sar­ka­stycz­nie.

- Tak. Da­ruj so­bie ten dziwny prze­dzia­łek. Wy­glą­dasz, jak­byś miał za­cze­skę - po­wie­dział, wi­chrząc mi włosy.

***

Ja­kiś czas póź­niej za­par­ko­wa­li­śmy przed pu­bem Matta. Kiedy zo­ba­czy­łem, ile sa­mo­cho­dów stoi przed wej­ściem, za­czą­łem ża­ło­wać swo­jej de­cy­zji. W środku było mnó­stwo lu­dzi - już czu­łem zde­ner­wo­wa­nie wzbie­ra­jące w moim żo­łądku.

We­szli­śmy do środka. Matta ze wszyst­kich stron po­wi­tały en­tu­zja­styczne okrzyki. Wi­docz­nie każdy w ba­rze go znał. Mnie nie za­le­żało na za­in­te­re­so­wa­niu, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji, które mia­łem pod kon­trolą, tak jak w sali wy­kła­do­wej.

- Chodź, brat. Mam swój sto­lik - oznaj­mił Matt.

Po­pro­wa­dził mnie do stołu, który był bez wąt­pie­nia naj­lep­szym miej­scem w knaj­pie. Z sie­dzeń roz­cią­gał się świetny wi­dok na cały bar. Poza tym były pod ide­al­nym ką­tem do oglą­da­nia te­le­wi­zji na du­żym pła­skim ekra­nie pod su­fi­tem.

- We­zmę ci piwo. Chcesz ja­kieś kon­kretne?

Po­trzą­sną­łem głową. Nie od­róż­nił­bym jed­nego piwa od dru­giego, na­wet gdyby za­le­żało od tego moje ży­cie. Ro­zej­rza­łem się po pu­bie. Za­sko­czyło mnie, że było tu fak­tycz­nie sporo ko­biet, jak za­po­wia­dał Matt. Wie­dzia­łem, że uma­wia się z róż­nymi dziew­czy­nami, ale z żadną na wy­łącz­ność. Chyba wła­śnie taki układ mu naj­bar­dziej od­po­wia­dał. Za­uwa­ży­łem, że w dro­dze po­wrot­nej obej­muje kilka ko­biet na po­wi­ta­nie. Mu­szę przy­znać, że po­czu­łem ukłu­cie za­zdro­ści. Mój przy­rodni brat miał ta­lent do zjed­ny­wa­nia so­bie lu­dzi i cza­ro­wa­nia płci prze­ciw­nej - ta­lent, któ­rego ja by­łem kom­plet­nie po­zba­wiony.

- No, trzy­maj. - Po­dał mi piwo. - Po­doba ci się któ­raś? - Wska­zał głową w stronę za­tło­czo­nej prze­strzeni przy ba­rze.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami i za­czą­łem zdra­py­wać ety­kietę z bu­telki, za­sta­na­wia­jąc się, ile czasu będę mu­siał tu wy­sie­dzieć, żeby wy­peł­nić zo­bo­wią­za­nie wo­bec Matta.

- Co po­wiesz na nią? - za­py­tał, pa­trząc na ko­bietę o wiel­kich pier­siach i bar­dzo krót­kiej su­kience.

Eee, nie.

- Żar­tuję prze­cież. - Wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu. - Znam ją. Nie jest nudna, je­śli wiesz, co mam na my­śli.

- Mam na­dzieję, że się za­bez­pie­cza­łeś - wy­mam­ro­ta­łem. - Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele.

Matt po­słał mi wy­mowne spoj­rze­nie.

- Prze­ciw­nie, Ste­phen, cza­sami może być jej za wiele.

Nie za­py­ta­łem, o co mu cho­dzi. Roz­brzmiała ja­kaś roc­kowa pio­senka i z głębi sali roz­le­gły się pod­eks­cy­to­wane okrzyki. Od­wró­ci­łem się jed­no­cze­śnie z Mat­tem, żeby zo­ba­czyć, co się dzieje, i mało nie spa­dłem z krze­sła. Pani Wilde tań­czyła na stole z dwiema in­nymi dziew­czy­nami. Ota­czała je wielka grupa męż­czyzn, któ­rzy się ga­pili i gwiz­dali. Nie­któ­rzy wzno­sili spro­śne okrzyki.

Miała na so­bie su­kienkę, któ­rej wcze­śniej nie wi­dzia­łem: ja­kąś dziwną czer­woną szmatkę bez ra­mią­czek - nie mo­głem po­jąć, jak to się na niej trzyma - i skó­rzane ko­zaki do ko­lan. Włosy zwią­zała w wy­soki ku­cyk, usta uma­lo­wała czer­woną szminką, a na po­wie­kach miała ten sam roz­ma­zany czarny cień co po­po­łu­dniu.

- Ja cię sunę, ta ruda jest nie­zła! - oce­nił Matt z lek­kim gwizd­nię­ciem.

Mó­wił o ko­le­żance pani Wilde, wy­so­kiej, krą­głej dziew­czy­nie o dłu­gich wło­sach. Trze­cia była ni­ska i ciem­no­skóra, a włosy miała kru­czo­czarne. Wzrok wszyst­kich męż­czyzn w ba­rze skon­cen­tro­wany był te­raz na ukła­dzie ta­necz­nym, jaki wszyst­kie trzy pre­zen­to­wały na bla­cie stołu. Na­gle za­pra­gną­łem wyjść, za­nim ona mnie za­uważy. Nie chcia­łem jej oglą­dać, choć mu­sia­łem przy­znać, że wy­glą­dała le­piej niż na mo­ich za­ję­ciach.

Kiedy dziew­częta za­częły spro­śny po­kaz pi­cia te­qu­ili, opa­dła mi szczęka. Tłum męż­czyzn osza­lał z ra­do­ści.

- Yyy... Wolno im tak ro­bić? - za­py­ta­łem Matta.

- Żar­tu­jesz? - Ani na chwilę nie spu­ścił oczu z ru­dej. - Ci go­ście będą tu przy­cho­dzić co­dzien­nie przez naj­bliż­szy mie­siąc, li­cząc na po­wtórkę. Po­wi­nie­nem tym la­skom za to pła­cić. Nie wi­dzia­łem ich tu wcze­śniej. Cie­kawe, skąd się wzięły.

- To pani Wilde - po­wie­dzia­łem, na­tych­miast ża­łu­jąc, że w ogóle otwo­rzy­łem usta.

- Ta w czer­wo­nej kiecce? - upew­nił się z nie­do­wie­rza­niem. - Po­waż­nie?

Ski­ną­łem głową.

- To jest ta wku­rza­jąca la­ska nie w twoim ty­pie? Bra­chu, ale ty pie­przysz głu­poty! Mu­sisz ją za­li­czyć, a po­tem przed­sta­wić mnie ko­le­żance.

Nie czu­łem po­trzeby "za­li­cza­nia" cze­go­kol­wiek ani ko­go­kol­wiek. Wsta­łem, zbie­ra­jąc się do wyj­ścia.

- A ty do­kąd? Mecz się jesz­cze nie za­czął - za­pro­te­sto­wał i po­cią­gnął mnie z po­wro­tem na krze­sło. - Jedno piwo, Ste­phen, obie­ca­łeś!

- W po­rządku. - Opu­ści­łem głowę. - Skoń­czę to jedno, a po­tem jadę do domu. Mam dziś jesz­cze coś do za­ła­twie­nia.

- Po­tem so­bie zwa­lisz. - Za­śmiał się. - Twoja ko­chana panna Wilde wła­śnie fun­duje ci nie­złą in­spi­ra­cję - do­dał, wska­zu­jąc głową w jej kie­runku.

Zo­ba­czy­łem, że pani Wilde jest wła­śnie za­jęta zli­zy­wa­niem soli z szyi ru­do­wło­sej ko­le­żanki. Na­stęp­nie wy­chy­liła kie­li­szek te­qu­ili i wgry­zła się w ka­wa­łek cy­tryny, który po­dała jej ustami druga dziew­czyna. Po­czu­łem lek­kie drże­nie w kro­czu i od­wró­ci­łem wzrok, brzy­dząc się sobą.

Jest od cie­bie do­bre dzie­sięć lat młod­sza i co waż­niej­sze, to twoja stu­dentka. Poza tym szlag cię tra­fia na jej wi­dok, pa­mię­tasz?

Prze­nio­słem uwagę na ekran, od­no­to­wu­jąc z ulgą, że ha­łas z tyłu sali się uspo­kaja wraz z roz­po­czę­ciem me­czu. Skoń­czy­łem piwo i oznaj­mi­łem Mat­towi, że wy­cho­dzę, ale umó­wi­li­śmy się ju­tro na lunch. Ro­zej­rza­łem się za pa­nią Wilde, ale wy­glą­dało na to, że ona i jej ko­le­żanki opu­ściły bar, kiedy za­czął się mecz. Wy­sze­dłem i wzią­łem głę­boki od­dech, cie­sząc się, że już po wszyst­kim.

- Szlag by to ja­sny!

Co do...?

Spoj­rza­łem w kie­runku, z któ­rego do­biegł głos. Oka­zało się, że to nikt inny jak pani Wilde grze­biąca w to­rebce i klnąca w naj­lep­sze. Wy­cią­gnęła pa­pie­rosa, od­pa­liła i za­cią­gnęła się głę­boko.

- Kurwa mać - jęk­nęła, za­my­ka­jąc oczy i wy­dmu­chu­jąc dym w nocne po­wie­trze.

Klnie jak szewc i do tego pali. Cu­dow­nie. Li­sta rze­czy, któ­rych nie lu­bię w pani Wilde, wy­dłuża się z każ­dym dniem. Za­nim ten se­mestr do­bie­gnie końca, bę­dzie wy­glą­dać jak ten zwój, na któ­rym Ke­ro­uac na­pi­sał W dro­dze.

Przez se­kundę łu­dzi­łem się, że uda mi się prze­mknąć obok niej nie­zau­wa­że­nie, ale otwo­rzyła oczy i aż się roz­pro­mie­niła na mój wi­dok.

- Ste­phen! - Po­słała mi fi­glarny uśmiech, wy­gi­na­jąc ką­ciki ust w dół. - Co ty tu ro­bisz?

- Pa­nie Wor­thing­ton - po­pra­wi­łem au­to­ma­tycz­nie.

- Nie je­ste­śmy na uczelni - od­biła pi­łeczkę, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem.

Nie mo­głem prze­stać się ga­pić na jej obłęd­nie czer­wone usta na fil­trze pa­pie­rosa. Po­sta­no­wi­łem nie cią­gnąć te­matu uprzej­mo­ści.

- To bar mo­jego brata. Przy­rod­niego.

- No to brata czy nie? - za­py­tała wy­raź­nie roz­ba­wiona.

- Nie wiem.

Nasi ro­dzice byli mał­żeń­stwem pra­wie od dwu­dzie­stu lat i le­d­wie pa­mię­ta­łem ży­cie bez Matta. Kiedy był od­po­wiedni czas na po­rzu­ce­nie kwa­li­fi­ka­tora "przy­rodni"?

- Mhm.

Ta roz­mowa do ni­czego nie pro­wa­dziła.

- Ni­gdy mi nie wy­glą­da­łeś na mi­ło­śnika sportu - oce­niła, mie­rząc mnie wzro­kiem i znów wcią­ga­jąc dym w płuca.

- Bo nim nie je­stem i wła­śnie wy­cho­dzę. Do­bra­noc, pani Wilde - po­wie­dzia­łem krótko i ru­szy­łem w stronę sa­mo­chodu.

- Cze­kaj. Nie mam dość kasy na tak­sówkę, a moje ko­le­żanki już so­bie po­szły w in­nym kie­runku. Może mógł­byś mnie pod­wieźć?

Nie chcia­łem jej w moim sa­mo­cho­dzie. W ogóle nie wy­pa­dało mi ro­bić cze­goś ta­kiego.

- A zresztą. Nie­ważne - rzu­ciła, za­nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć. - Zo­ba­czymy się w pią­tek na za­ję­ciach.

Kiedy się od­wró­ci­łem, już od­cho­dziła.

Za­mie­rza iść do domu na pie­chotę? Sama? W tej su­kience?

- Pani Wilde! - za­wo­ła­łem.

Za­trzy­mała się i po­słała mi za­cie­ka­wione spoj­rze­nie.

- Pro­szę. - Wska­za­łem sa­mo­chód.

Uśmiech­nęła się sze­roko i wró­ciła do mnie. Trudno było nie za­uwa­żyć jej wą­skiej ta­lii i tego, jak jej bio­dra się ko­ły­szą, kiedy cho­dzi. Ku­cyk bu­jał się w rytm jej kro­ków, a ja uzna­łem, że jej włosy wy­glą­dają te­raz dużo le­piej niż na mo­ich za­ję­ciach. Wsia­dła do sa­mo­chodu. Na­tych­miast za­re­je­stro­wa­łem, że wciąż pali.

- Mo­gła­byś tego nie ro­bić w moim sa­mo­cho­dzie? - Wska­za­łem na pa­pie­rosa.

Wy­rzu­ciła nie­do­pa­łek przez drzwi i za­pięła pasy. Chwilę grze­bała w to­rebce, aż w końcu zna­la­zła opa­ko­wa­nie mię­to­wych cu­kier­ków i wrzu­ciła jed­nego do ust.

- Gdzie miesz­kasz? - za­py­ta­łem, wy­jeż­dża­jąc z par­kingu.

Po­dała ad­res w po­pu­lar­nej oko­licy wśród stu­den­tów.

- No, Ste­phen - po­wie­działa, od­wra­ca­jąc głowę w moją stronę - czę­sto ro­bisz ta­kie rze­czy?

- Ja­kie rze­czy? - Wzrok mia­łem sku­piony na dro­dze.

- Ra­tu­jesz damy w opa­łach - za­żar­to­wała. - Nie, py­tam, czy czę­sto cho­dzisz do knajpy, je­śli rano jest szkoła.

- Ja ju­tro nie mam szkoły. I nie, nie ro­bię tego czę­sto. Nie czu­łem się tam zbyt do­brze.

- To gdzie czu­jesz się do­brze?

Wzru­szy­łem ra­mio­nami. Więk­szość wie­czo­rów spę­dza­łem w domu, z książką i fi­li­żanką her­baty. Cza­sami sze­dłem do kina, je­śli aku­rat wy­świe­tlali coś do­brego, albo je­cha­łem do ro­dzi­ców na obiad. To było prak­tycz­nie całe moje ży­cie to­wa­rzy­skie z wy­jąt­kiem rzad­kich oka­zji, kiedy Matt cią­gnął mnie gdzieś ze sobą. Oczy­wi­ście nie wy­zna­łem nic z tego pani Wilde i je­cha­łem da­lej. Chcia­łem ją od­wieźć naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe, i mieć ją z głowy. Nie za­mie­rza­łem zwie­rzać się z mo­jego ży­cia pry­wat­nego. Na za­ję­ciach wie­dzia­łem co ro­bić, co po­wie­dzieć. Za­wsze mia­łem celną od­po­wiedź na każde py­ta­nie. By­łem wy­kła­dowcą - sza­no­wano mnie, cza­sem na­wet się mnie oba­wiano. Te­raz tkwi­łem w sa­mo­cho­dzie i czu­łem się jak kla­sowy ku­jon wkrę­cony w od­wie­zie­nie do domu naj­ład­niej­szej dziew­czyny w szkole, choć w in­nych oko­licz­no­ściach ta w ży­ciu by się nim nie za­in­te­re­so­wała.

Zer­k­ną­łem na nią. Na­prawdę ład­nie dziś wy­glą­dała. Ja­sna skóra na na­gich ra­mio­nach spra­wiała wra­że­nie bar­dzo mięk­kiej i gład­kiej, a su­kienka cia­sno opi­nała jej ciało, pod­kre­śla­jąc zgrabną fi­gurę.

- Dla­czego nie wzię­łaś kurtki? - za­py­ta­łem, marsz­cząc brwi i znów sku­pia­jąc się na jeź­dzie.

- Za­po­mnia­łam. Fajne dziś były za­ję­cia, co?

Nie okre­ślił­bym ich sło­wem "fajne". Fru­stru­jące? Tak. Iry­tu­jące? Sta­now­czo. Fajne? Nie.

Burk­ną­łem na po­twier­dze­nie, ale nic nie po­wie­dzia­łem.

- No, ja w każ­dym ra­zie świet­nie się ba­wi­łam - do­dała i za­śmiała się lekko. - Wie­rzyć się nie chce, że nie­któ­rzy na­prawdę mają coś do au­tora.

- Nie do niego pierw­szego. El­li­sowi przez ja­kiś czas gro­żono śmier­cią po tym, jak na­pi­sał Ame­ri­can Psy­cho.

- Taa, wiem. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie na­pi­sać li­cen­cjatu o no­wo­jor­skich pi­sa­rzach - rzu­ciła swo­bod­nie.

Po­ki­wa­łem tylko głową i wes­tchną­łem z ulgą, skrę­ca­jąc w jej ulicę.

- No, to do­bra­noc - po­wie­dzia­łem, ga­piąc się przed sie­bie.

Wy­sia­daj, wy­sia­daj, wy­sia­daj.

- Wiesz co, Ste­phen, jest jesz­cze wcze­śnie. Może chciał­byś wejść na kawę albo drinka?

Serce za­ko­ła­tało mi w piersi. Po co mia­łaby za­pra­szać mnie na kawę?

Nie. Nie, nie, nie. Ab­so­lut­nie nie.

- Chęt­nie. - Prze­łkną­łem ślinę.

Co ja, do cho­lery, wy­pra­wiam?

Roz­dział 3

Pani Wilde z uśmie­chem wy­sia­dła z sa­mo­chodu, a ja bez­wol­nie po­sze­dłem za nią na górę, do jej miesz­ka­nia, jakby nogi na­gle za­częły mnie nieść nie­za­leż­nie od tego, co na­ka­zuje im mózg.

Co ja wy­pra­wiam? Nie po­wi­nie­nem tego ro­bić.

- Za­pra­szam - po­wie­działa, otwie­ra­jąc drzwi.

W noz­drza ude­rzył mnie za­pach, któ­rym prze­siąk­nięte było całe miesz­ka­nie.

Nie był nie­przy­jemny, ale zde­cy­do­wa­nie eg­zo­tyczny.

Co tak pach­nie? Kwiaty?

Z prze­ra­że­niem ro­zej­rza­łem się po po­miesz­cze­niu. W środku pa­no­wał ni­czym nie­skrę­po­wany chaos. Miesz­ka­nie skła­dało się z ma­leń­kiej kuchni, ła­zienki i po­koju, który słu­żył jed­no­cze­śnie za sa­lon i sy­pial­nię. Wle­pi­łem wzrok w jej łóżko, za­sta­na­wia­jąc się, co ją in­spi­ro­wało pod­czas de­ko­ro­wa­nia. Wy­glą­dało jak por­no­gra­ficzna wer­sja łoża z Ty­siąca i jed­nej nocy: przy­kry­wała je fio­le­towa na­rzuta za­sy­pana po­dusz­kami w zło­tych, ró­żo­wych i fio­le­to­wych obi­ciach. Miało na­wet bal­da­chim. U nóg łóżka stała wielka drew­niana skrzy­nia, a na jej wieku tło­czyły się orien­talne ko­lo­rowe lampy na świece i pod­stawka na ka­dzi­dło.

Ach, to wy­ja­śnia ten za­pach.

Od­wró­ci­łem się, żeby na nią spoj­rzeć. Było ja­sne, że czeka na ja­kiś ko­men­tarz na te­mat tego es­te­tycz­nego mon­strum.

- Masz bar­dzo... eee... cie­kawe łóżko - spró­bo­wa­łem, co było naj­grzecz­niej­szą uwagą, jaka przy­szła mi do głowy.

- Dzię­kuję. - Uśmiech­nęła się. - Wiem, że tro­chę prze­sa­dzi­łam z ozdo­bami, ale lu­bię mieć przy­jemne miej­sce do spa­nia.

Za­pa­liła świeczki i znów na mnie spoj­rzała.

- I do in­nych za­jęć, przy któ­rych ra­czej się nie śpi - do­dała.

Za­mru­ga­łem kilka razy, nie­pewny, czy zdaje so­bie sprawę z pod­tek­stu tej wy­po­wie­dzi. Wy­glą­dała na zre­lak­so­waną i wciąż za­pa­lała wszę­dzie wo­kół świeczki, jakby to była zu­peł­nie nor­malna roz­mowa.

- Na­pi­jesz się cze­goś, Ste­phen? - za­py­tała, zdmu­chu­jąc za­pałkę.

Znów po­czu­łem dez­orien­ta­cję. W ży­ciu nie by­łem w ta­kiej sy­tu­acji.

- Po-po to tu je­stem - za­jąk­ną­łem się. - Za­pro­si­łaś mnie na drinka.

- Ow­szem. Wino? Piwo? Kawa? Her­bata? - Za­sy­pała mnie moż­li­wo­ściami.

- A na co ty masz ochotę? - wy­krztu­si­łem wresz­cie.

- Na cie­bie.

Znów się uśmiech­nęła.

Co ona po­wie­działa? Ko­biety nie mó­wią ta­kich rze­czy w praw­dzi­wym ży­ciu. Mu­sia­łem się prze­sły­szeć.

- I chyba jesz­cze na wino - do­dała, idąc do kuchni.

Ro­zej­rza­łem się za ukrytą ka­merą, czu­jąc się jak w jed­nym z tych pro­gra­mów w ro­dzaju Zła­pać dra­pież­nika, tylko że to nie ja tu by­łem dra­pież­ni­kiem. Nie do­strze­głem żad­nych ka­mer, tylko ba­ła­gan. Wszę­dzie.

Jak ona może tak miesz­kać?

Mam ob­se­sję na punk­cie po­rządku, więc czu­łem, jak wzbiera we mnie mały atak pa­niki. Ta dziew­czyna naj­wy­raź­niej nie miała umie­jęt­no­ści od­kła­da­nia rze­czy na swoje miej­sce. Gdzie by nie spoj­rzeć, wszę­dzie pię­trzyły się stosy byle jak po­ukła­da­nych ksią­żek, czę­ści gar­de­roby zwi­sa­jące z krze­seł, a nie­wiel­kie biurko ugi­nało się pod na­wa­łem pa­pie­rów i stertą ksią­żek. Nie było tu brudno, po pro­stu pa­no­wał chaos. Bar­dzo mi się to nie po­do­bało. Wszystko wy­glą­dało na lekko zu­żyte, z wy­jąt­kiem lap­topa i in­nych elek­tro­nicz­nych urzą­dzeń - te były cał­kiem nowe.

Wró­ciła z kuchni i po­dała mi czer­wone wino. Za­uwa­ży­łem, że jej kie­li­szek nie pa­suje do mo­jego.

Usia­dła na skraju łóżka, po­sta­wiła kie­li­szek na szafce noc­nej i za­częła zdej­mo­wać ko­zaki. Po­cią­gną­łem łyk wina. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu było pyszne.

- Po­ma­ga­łam w pro­duk­cji, wiesz? - oznaj­miła, ścią­ga­jąc but.

- W pro­duk­cji czego?

- Wina.

- Aha - od­par­łem, nie bar­dzo wie­dząc, co po­wie­dzieć. - W do­li­nie Napa?

- Na po­łu­dniu Fran­cji. Cztery lata temu - wy­ja­śniła, ścią­ga­jąc drugi but. - Po ma­tu­rze pra­co­wa­łam la­tem w win­nicy.

Kom­plet­nie nie spo­dzie­wa­łem się ta­kiej od­po­wie­dzi, jak więk­szo­ści rze­czy, które mó­wiła i ro­biła. To było nie­po­ko­jące.

- Dla­czego? - za­py­ta­łem.

- A dla­czego nie?

To była bez wąt­pie­nia naj­dziw­niej­sza roz­mowa w ca­łym moim ży­ciu. Wzią­łem jesz­cze łyk wina, jed­no­cze­śnie mo­dląc się, żeby pani Wilde nie oznaj­miła, że ugnia­tała wi­no­grona no­gami, jak to cza­sem po­ka­zują na fil­mach. Zer­k­ną­łem na jej nogi i oce­ni­łem, że może na­wet nie by­łoby to ta­kie straszne. Stopy miała małe, de­li­katne i za­dbane.

Cho­dzi na pe­di­cure, a ma­ki­jaż na­kłada szpa­chlą? Bez sensu.

- I jak? - za­py­tała.

- Bar­dzo do­bre wino. - Po­ki­wa­łem głową.

- Świet­nie. Prze­każę słowa uzna­nia Etienne w na­stęp­nym mejlu.

Po­de­szła do cze­goś, co wy­glą­dało na ste­reo. Buty zo­sta­wiła na pod­ło­dze przy łóżku.

- Czego chciał­byś po­słu­chać? - Zer­k­nęła na mnie przez ra­mię.

Nie wie­dzia­łem, co za­pro­po­no­wać. By­łem ra­czej prze­ko­nany, że nie ma nic z rze­czy, ja­kich słu­cham w domu, bo nie ko­ja­rzy­łem żad­nych ze­spo­łów, ja­kie no­siła na ko­szul­kach.

- Czego ostat­nio słu­cha­łaś?

- The Smi­ths. Ale ra­czej nie są zbyt na­stro­jowi, co?

Nie mia­łem po­ję­cia, o czym mówi, ale po­ki­wa­łem głową. Przej­rzała mnie.

- By­wają tro­chę de­pre­syjni. Sa­mo­bój­stwo, bomby ato­mowe, by­cie roz­jeż­dża­nym przez dzie­się­cio­to­nowe cię­ża­rówki i tak da­lej - wy­ja­śniła, po­da­jąc mi mały od­twa­rzacz. - Wy­bierz coś.

Czu­łem się tro­chę dziw­nie, kiedy wzią­łem go do ręki i za­czą­łem wci­skać ma­leń­kie gu­ziki.

- O, tak. - Po­ka­zała, prze­su­wa­jąc pal­cem po ekra­nie.

Prze­glą­da­łem ty­tuły al­bu­mów. Było w czym wy­bie­rać. By­łem pod wra­że­niem, że ma tak eklek­tyczny gust.

Jak do­tąd od­kry­łem w niej dwie rze­czy, które mi się po­do­bają: lubi do­bre wino i do­brą mu­zykę.

W końcu zde­cy­do­wa­łem się na naj­więk­sze hity Otisa Red­dinga. Wpięła od­twa­rzacz do ste­reo i włą­czyła mu­zykę.

- Do­bry wy­bór - po­wie­działa z apro­batą i spoj­rzała mi w oczy.

Do tej pory nie zda­wa­łem so­bie sprawy, że je­stem od niej aż o tyle wyż­szy. Po­ru­szała się z wielką pew­no­ścią sie­bie. Przez to ła­two było prze­oczyć fakt, że jest taką małą ko­bietą... dziew­czyną.

Cie­kawe, ile ma lat.

- Też bym to wy­brała - oznaj­miła, zbli­ża­jąc się do mnie. Uśmiech­nęła się, a w oczach za­mi­go­tały jej prze­wrotne iskierki. - To albo Prince'a. Do­brze so­bie ra­dzi ze sło­wami.

Wspięła się na palce i za­śpie­wała mi do ucha.

Po raz pierw­szy w do­ro­słym ży­ciu mia­łem szczerą ochotę rzu­cić mię­sem. Zdo­ła­łem się jed­nak opa­no­wać i za­miast tego zro­bi­łem krok w tył. Stała sta­now­czo za bli­sko, że­bym czuł się kom­for­towo. Na­gle za­nie­po­ko­iłem się, że do­dała mi coś do wina, bo po­czu­łem za­wroty głowy.

- Po­mo­żesz mi roz­piąć su­kienkę? - za­py­tała, sta­jąc do mnie ple­cami. - Meg mnie w nią za­pięła i nie mam po­ję­cia, jak się te­raz wy­do­stać.

- Meg to ta z ru­dymi czy czar­nymi wło­sami? - za­py­ta­łem w na­dziei, że od­wrócę jej uwagę i nie będę mu­siał pa­trzeć, jak się roz­biera.

- Ta ruda. Wi­dzia­łeś nas w ba­rze? - Wciąż stała do mnie ty­łem.

Ski­ną­łem głową, choć oczy­wi­ście nie mo­gła tego zo­ba­czyć.

- Ste­phen, su­kienka - po­wie­działa lekko znie­cier­pli­wiona. - Nie za­mie­rzam w tym spać. Nie bę­dzie mi zbyt wy­god­nie.

Nie wi­dzia­łem żad­nej drogi ucieczki, więc osta­tecz­nie się­gną­łem do zamka, za­my­ka­jąc oczy, kiedy w końcu udało mi się nie­zgrab­nie wy­ko­nać za­da­nie.

- Dzię­kuję - po­wie­działa ci­cho.

Usły­sza­łem, jak cho­dzi po po­koju.

- Dla­czego masz za­mknięte oczy? - W jej gło­sie po­brzmie­wało roz­ba­wie­nie.

- Nie wiem - od­par­łem, choć prze­cież do­sko­nale wie­dzia­łem.

- Mo­żesz już otwo­rzyć.

- Wy-wy­glą­dasz po­rząd­nie?

- Nie po­su­wa­ła­bym się aż tak da­leko - za­chi­cho­tała. - Sam zo­bacz.

Nie, le­piej nie otwie­rać oczu. Po­wi­nie­nem te­raz wyjść, za­nim wpa­kuję się w kło­poty.

W tej sa­mej se­kun­dzie po­ją­łem, że już je­stem w ta­ra­pa­tach, bo po­czu­łem dło­nie pani Wilde na twa­rzy i jej ciało przy­wie­ra­jące się do mo­jego. Była naga.

To nie­moż­liwe. I co te­raz?

Nie mia­łem po­ję­cia, co się dzieje. Po co mia­łaby to ro­bić? Przez cały se­mestr tylko mnie de­ner­wo­wała i nie było szans, żeby ro­biła to nie­świa­do­mie. Czy te­raz pró­buje się ze mną draż­nić tak jak na za­ję­ciach z tymi uśmie­chami i pusz­cza­niem oka?

- Ste­phen, spójrz na mnie.

Zro­zu­mia­łem, że mu­szę coś wi­dzieć, je­śli mam wyjść z tego miesz­ka­nia w jed­nym ka­wałku. W prze­ciw­nym ra­zie naj­praw­do­po­dob­niej po­tknę się o któ­rąś z ksią­żek roz­rzu­co­nych na pod­ło­dze i skręcę so­bie kark. Nie­chęt­nie otwo­rzy­łem oczy. Jak ła­two było się do­my­ślić, twarz pani Wilde była cen­ty­me­try od mo­jej.

- Dzię­kuję, że od­wio­złeś mnie do domu - po­wie­działa z uśmie­chem.

- Nie ma za co - od­par­łem au­to­ma­tycz­nie.

Jej dło­nie pa­rzyły mi po­liczki. Czu­łem na twa­rzy jej od­dech. Mimo że wcze­śniej pa­liła, od­dech miała słodki jak mię­tówka, którą wzięła do ust w sa­mo­cho­dzie. Wcią­gną­łem głę­boko po­wie­trze ra­zem z jej wy­de­chem. Spoj­rza­łem jej w oczy, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzieje i jak w ogóle do tego do­szło.

Nie mia­łem wię­cej czasu na za­sta­no­wie­nie. Pani Wilde przy­ci­snęła swoje wargi do mo­ich i mnie po­ca­ło­wała. Po­czu­łem, jak szczęka roz­luź­nia mi się z za­sko­cze­nia, a ona uznała to za za­pro­sze­nie i wło­żyła mi ję­zyk do ust. By­łem kom­plet­nie zszo­ko­wany. Ca­ło­wała mnie, a mi się to po­do­bało. Bar­dzo.

- Mm, do­brze sma­ku­jesz - wy­mru­czała.

Prze­bie­gła dłońmi wzdłuż mo­jej szyi i po­cią­gnęła za muszkę, aż się roz­wią­zała. Zła­pa­łem ją za rękę, żeby nie upu­ściła jej na pod­łogę, i scho­wa­łem ozdobę do kie­szeni.

Za­częła roz­pi­nać mi ko­szulę. Sta­łem jak ska­mie­niały, już lekko dy­sząc.

- Łał. - Gło­śno wy­pu­ściła po­wie­trze z płuc, gdy roz­chy­liła ma­te­riał. Po­pa­trzyła na mnie ba­daw­czo. - Sporo tre­nu­jesz, co?

Po­ki­wa­łem głową. Zbli­żyła się i po­ca­ło­wała mnie w szyję, a ja znów stra­ci­łem od­dech. Jej dło­nie uno­siły się cen­ty­me­try nad moją skórą, któ­rej od dawna nikt tak nie do­ty­kał. Nie po­wi­nie­nem tego pra­gnąć. Nie po­wi­nie­nem pra­gnąć tej dziw­nej, iry­tu­ją­cej dziew­czyny, ale pra­gną­łem. Boże, jak bar­dzo pra­gną­łem. Tyle czasu mi­nęło od ostat­niego razu.

- Pro­szę - wy­krztu­si­łem.

Na­sze oczy się spo­tkały. Po­ło­żyła mi dło­nie na piersi. Za­drża­łem jed­no­cze­śnie z ulgi i prze­ra­że­nia. Zsu­nęła mi ko­szulę z ra­mion i znów za­mru­czała - mia­łem na­dzieję, że z apro­batą.

- Masz świetne ciało. Ni­gdy bym się nie do­my­śliła po tym, jak się ubie­rasz.

Prze­szka­dza ci, jak się ubie­ram? Do­bre so­bie.

Nic nie po­wie­dzia­łem. Po­zwo­li­łem so­bie rzu­cić spoj­rze­nie po­ni­żej jej szyi. Nie była naga, ale pra­wie. Miała na so­bie je­dy­nie czer­wony sta­nik bez ra­mią­czek i mi­kro­sko­pijne majtki w tym sa­mym ko­lo­rze. Jej skóra wy­glą­dała na miękką i gładką. Dzięki Bogu, ni­g­dzie wię­cej nie do­strze­głem ta­tu­aży.

Wtem opa­dła na ko­lana i za­częła roz­pi­nać mi pa­sek od spodni.

- Cze­kaj, co... co ty ro­bisz?

Unio­sła głowę i po­słała mi skon­ster­no­wane spoj­rze­nie.

- Zdej­muję ci spodnie, Ste­phen. A może wo­lisz to zro­bić na łóżku?

Co zro­bić? Co my ro­bimy? Co ja wy­pra­wiam? Dla­czego jesz­cze tu je­stem?

- Co... co zro­bić? - wy­ją­ka­łem.

Wstała i de­li­kat­nie po­ca­ło­wała mnie w usta.

- Upra­wiać seks - po­wie­działa po­woli, jak­bym był nie­peł­no­sprawny in­te­lek­tu­al­nie. Szcze­rze mó­wiąc, w tam­tej chwili nie było to da­le­kie od prawdy. - Bar­dzo chcę upra­wiać z tobą seks.

Nie mia­łem po­ję­cia, jak za­re­ago­wać na tak bez­po­średni ko­mu­ni­kat. Po­cią­gnęła mnie za rękę, a ja po­sze­dłem za nią do łóżka jak w tran­sie, z roz­pię­tym pa­skiem i spodniami. Ni­gdy nie wy­obra­ża­łem so­bie sie­bie w ta­kiej sy­tu­acji: na chwilę przed sto­sun­kiem sek­su­al­nym z dziew­czyną, o któ­rej do­tąd za­wsze my­śla­łem wy­łącz­nie ne­ga­tyw­nie i która była moją stu­dentką. Ale za­nim zdą­ży­łem wpaść w pa­nikę, ona pchnęła mnie na łóżko. Usia­dła na mnie, a jej uda obej­mo­wały mnie w pa­sie. Przez chwilę z za­do­wo­le­niem przy­glą­dała się mo­jej za­sko­czo­nej twa­rzy, a po­tem zdjęła sta­nik.

Łał. Po pro­stu... łał.

Ga­pi­łem się na jej na­gie piersi, czu­jąc su­chość w ustach. Ręce mia­łem bez­władne, a palce drżały mi na samą myśl, żeby jej do­tknąć. Je­śli moja bier­ność jej prze­szka­dzała, to nie dała tego po so­bie po­znać. Tylko się uśmiech­nęła i pod­nio­sła moje ręce, aż po­czu­łem jej mięk­kie piersi do­pa­so­wu­jące się do kształtu mo­ich dłoni. Matt miał ab­so­lutną ra­cję: w sam raz do ręki. Sta­now­czo były jędrne. Zsu­nęła się ni­żej, usia­dła mi na bio­drach i za­częła się ko­ły­sać w przód i w tył.

- Och... - jęk­ną­łem i za­wsty­dzi­łem się, jak gło­śno ten jęk za­brzmiał w mo­ich uszach.

- Po­doba się to panu, co, pa­nie pro­fe­so­rze? - wes­tchnęła, dro­cząc się ze mną.

Jej słowa otrzeź­wiły mnie w jed­nej chwili.

To moja stu­dentka. Wy­walą mnie za to!

- Stop! - krzyk­ną­łem i na­tych­miast się pod­nio­słem.

Ona wciąż na mnie sie­działa.

- Co się stało?

- Nie mo­żemy... Nie... nie mogę tego ro­bić - beł­ko­ta­łem w po­szu­ki­wa­niu wła­ści­wych słów.

Zo­rien­to­wa­łem się, że wciąż trzy­mam dło­nie na jej pier­siach. Pu­ści­łem na­tych­miast, jakby prze­szedł przeze mnie prąd.

- Nie po­wi­nie­nem był tu przy­cho­dzić - do­da­łem prędko. - Pi­łaś al­ko­hol, a ja je­stem po pro­stu...

Zde­spe­ro­wany.

- Nie mo­żemy tego ro­bić - wy­krztu­si­łem, od­wra­ca­jąc wzrok od jej na­giego ciała.

Wciąż na mnie sie­działa. Jej skóra cu­dow­nie pach­niała i była taka wspa­niała w do­tyku.

- Ni­komu nie po­wiem, je­śli tego się oba­wiasz - po­wie­działa bar­dzo spo­koj­nie.

Po­pa­trzy­łem jej w oczy.

- Nie?

- Oczy­wi­ście, że nie. Po co mia­ła­bym to ro­bić?

Nie po­tra­fi­łem zna­leźć do­brej od­po­wie­dzi.

- Je­śli to się wyda, wy­rzucą mnie z pracy - po­wie­dzia­łem bar­dziej do sie­bie niż do niej.

- Nie wyda się. Co­kol­wiek się dziś wy­da­rzy, zo­sta­nie mię­dzy nami.

Nie po­tra­fi­łem zna­leźć w jej oczach choćby cie­nia kłam­stwa.

- Pra­gniesz mnie? - za­py­tała, znów się­ga­jąc po moje dło­nie.

Tym ra­zem po­ło­żyła je na swo­ich na­gich udach.

Przy­tak­ną­łem. Tak, pra­gną­łem jej. Tak dawno nie by­łem z żadną ko­bietą, że za­czy­na­łem się mar­twić, czy to w ogóle jesz­cze kie­dyś mi się przy­da­rzy. Randki mnie prze­ra­żały, na­wet samo po­zna­wa­nie no­wych ko­biet było czymś stre­su­ją­cym. Ale panny Wilde się nie ba­łem. Czu­łem się przy niej zde­ner­wo­wany, ale nie było to cał­kiem nie­przy­jemne.

- To do­brze - po­wie­działa ta­kim to­nem, jakby uwa­żała te­mat za za­mknięty. - Bo ja cie­bie też. Bar­dzo.

- Dla­czego? - wy­rwało mi się.

- Jak to dla­czego? - Za­śmiała się. - Bo ty je­steś sek­sowny, a ja na­pa­lona.

Wle­pi­łem w nią zszo­ko­wany wzrok. W ży­ciu nie spo­tka­łem ko­biety tak otwar­cie mó­wią­cej o wła­snej sek­su­al­no­ści. To mnie jed­no­cze­śnie pod­nie­cało i nie­po­ko­iło.

- Chcesz? - za­py­tała, prze­cze­su­jąc mi pal­cami włosy.

Głowa opa­dła mi w tył za do­ty­kiem jej dłoni. Przy­tak­ną­łem.

- Świet­nie, w ta­kim ra­zie po­łóż się i ciesz chwilą. Nie myśl tyle.

Opar­łem się na łok­ciach i znów na nią po­pa­trzy­łem. Na­gle po­czu­łem przy­pływ od­wagi.

- Roz­puść włosy.

Roz­luź­niła ku­cyk i po­trzą­snęła głową. Włosy roz­sy­pały się wo­kół jej na­gich ra­mion. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem jej z roz­pusz­czo­nymi wło­sami. Wy­glą­dały pięk­nie. Prze­cze­sa­łem je pal­cami, za­chwy­ca­jąc się ich je­dwa­bi­stą mięk­ko­ścią.

- Po­win­naś za­wsze je tak no­sić.

- Ty swoje też - od­parła z uśmiesz­kiem i po­cią­gnęła mnie za po­tar­ganą czu­prynę.

Się­gnęła po moje oku­lary.

- Wi­dzisz coś bez nich?

Po­twier­dzi­łem, a ona je zdjęła i po­ło­żyła na szafce noc­nej. Jej wzrok po­wę­dro­wał wzdłuż mo­jego ciała, a usta roz­cią­gnęły się w psot­nym uśmie­chu.

- Chcę cię zo­ba­czyć ca­łego - oznaj­miła, zsu­wa­jąc się nieco ni­żej, ku moim spodniom.

Zsu­nęła je jed­nym płyn­nym ru­chem, ra­zem z bie­li­zną. Na­stęp­nie buty i skar­petki. Le­ża­łem przed nią nagi, zu­peł­nie bez­bronny, a serce mi tłu­kło, jakby za­raz miało się wy­rwać z piersi.

- Ja­sna cho­lera, Ste­phen. Tego się nie spo­dzie­wa­łam.

- Cz-czego? - wy­du­ka­łem, ośmie­la­jąc się na nią spoj­rzeć.

- No, je­steś, kurwa, do­sko­nały - oce­niła rze­czowo, nie od­ry­wa­jąc wzroku od mo­jego kro­cza.

Och... Co to miało zna­czyć?

Po­chy­liła się, ca­łu­jąc miękko moją pierś, a po­tem za­częła scho­dzić ni­żej. Unio­sła głowę i uśmiech­nęła się do mnie, ob­li­zu­jąc su­ge­styw­nie usta.

Za­raz. Czy ona chce...?

- Łał, nie, eee, nie mu­sisz tego ro­bić - po­wie­dzia­łem prędko.

Za­śmiała się ci­cho, po­trzą­sa­jąc głową.

- Jak­bym nie chciała, to­bym nie ro­biła. A ty? Masz na to ochotę?

Nie wie­rzy­łem, że na­prawdę chce zro­bić coś ta­kiego. Nie­ważne, jak bar­dzo miał­bym na to ochotę, więc nie mia­łem po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć.

- Nie wiem - wy­krztu­si­łem w końcu bez­rad­nie.

- Cze­kaj. Ni­gdy wcze­śniej nikt ci tak nie zro­bił? - za­py­tała, sia­da­jąc.

Po­krę­ci­łem głową i wzią­łem głę­boki od­dech, żeby uspo­koić nerwy.

- Ni­gdy? - upew­niła się z nie­do­wie­rza­niem.

Znów po­krę­ci­łem głową. By­łem głę­boko za­wsty­dzony bra­kiem do­świad­cze­nia. Co te­raz? Za­cznie się ze mnie śmiać? Na samą myśl skrę­ciło mnie w żo­łądku.

- Ste­phen, je­steś pra­wicz­kiem?

- Nie, oczy­wi­ście, że nie!

Nie kła­ma­łem. By­łem z kil­koma ko­bie­tami, ale to wy­glą­dało zu­peł­nie ina­czej. Za­wsze pod koł­drą w ciem­nym po­koju. Za­wsze było tro­chę dziw­nie i ni­gdy nie wy­da­rzyło się dwa razy z tą samą ko­bietą. Ni­gdy nie chciały po­wtórki, więc pew­nie by­łem słaby w łóżku. Ni­gdy wcze­śniej żadna ko­bieta na mnie nie usia­dła jak panna Wilde, przej­mu­jąc całą kon­trolę nad sy­tu­acją.

- Po pro­stu, eee, nie mam zbyt wiele do­świad­cze­nia - wy­mam­ro­ta­łem.

Za­sta­na­wia­łem się, czy nie le­piej by­łoby po pro­stu na­tych­miast wyjść i uda­wać, że nic się nie wy­da­rzyło.

- Och. - Po­słała mi ko­lejny sze­roki uśmiech. - No, to czeka cię miła nie­spo­dzianka.

Nie­spo­dzianka?

- Po pro­stu się po­łóż i roz­luź­nij - po­wie­działa miękko. - Będę de­li­katna, obie­cuję.

Nie po­tra­fi­łem oce­nić, czy się ze mną dro­czy. Ale nie mia­łem czasu dłu­żej się nad tym za­sta­na­wiać, bo panna Wilde wzięła go w dłoń i znów się po­chy­liła. Sam do­tyk jej ręki był cu­downy, ale kiedy po­czu­łem jej wargi mi­li­me­try nad skórą, jęk­ną­łem. Wtedy wzięła go do ust.

O Boże, jak do­brze.

Pa­trzy­łem jak urze­czony. Prze­su­nęła ję­zy­kiem po naj­bar­dziej wraż­li­wej czę­ści i znów opa­dłem na łóżko, za­ci­ska­jąc dło­nie na po­ścieli. Mia­łem wra­że­nie, że po­łyka mnie ca­łego.

- Och... - jęk­ną­łem, nie po­tra­fiąc się po­wstrzy­mać. - Panno Wilde!

Po­li­zała go wzdłuż, od dołu do góry, i wy­pu­ściła z ust, zmu­sza­jąc mnie do pod­nie­sie­nia głowy. Po­pa­trzy­łem na nią.

Bła­gam, nie prze­ry­waj te­raz!

- Ste­phen - po­wie­działa z tym swoim fi­glar­nym uśmiesz­kiem - wła­śnie mia­łam two­jego fiuta w ustach. Chyba mo­żesz mi mó­wić po imie­niu.

Ona mówi jak po­stać z filmu dla do­ro­słych. Po imie­niu? O, szlag by to.

Wciąż na mnie pa­trzyła, a ja za­czy­na­łem pa­ni­ko­wać. Na pewno kie­dyś wy­czy­ta­łem jej imię z li­sty obec­no­ści, ale nie mia­łem po­ję­cia, jak brzmiało. Co za upo­ko­rze­nie.

- Eee, na­prawdę mi przy­kro, ale... nie pa­mię­tam - wy­zna­łem z na­dzieją, że się nie zde­ner­wuje i nie wy­rzuci mnie z sy­pialni.

- Ju­lia - od­parła. - Albo Ju­les.

- Ju­lia mi się po­doba.

- Ty też mi się po­do­basz - od­parła, pusz­cza­jąc do mnie oko.

- Och, ja... Yyy...

...za­zwy­czaj uwa­żam, że je­steś sza­le­nie de­ner­wu­jąca, ale te­raz chciał­bym, że­byś da­lej ro­biła to, co za­czę­łaś.

- Wy­lu­zuj, Ste­phen. Tylko się z tobą draż­nię. Po­doba ci się?

- Że się draż­nisz?

Za­śmiała się i po­trzą­snęła głową, zer­ka­jąc w dół mo­jego ciała. Na­dal miała go w dłoni.

- Ach - po­czu­łem, jak za­wsty­dze­nie roz­grzewa mi po­liczki. - Tak, bar­dzo.

- Mmm, do­brze. - Po­chy­liła się znów nade mną, kon­ty­nu­ując cu­downą eks­plo­ra­cję.

Po za­le­d­wie kilku se­kun­dach stra­ci­łem chyba wszyst­kie ha­mulce. Wcze­śniej trzy­ma­łem ręce wzdłuż ciała, ale te­raz za­plą­ta­łem palce w jej włosy, czu­jąc, jak pod­nosi i opusz­cza głowę, da­jąc mi naj­przy­jem­niej­sze do­świad­cze­nie w ca­łym moim ży­ciu. Ro­biła ję­zy­kiem ta­kie rze­czy, że nie mo­głem skon­cen­tro­wać na ni­czym wzroku, a palce u stóp same się kur­czyły.

- Ju­lia - jęk­ną­łem, za­ci­ska­jąc mocno po­wieki i pró­bu­jąc wy­bić się z rytmu.

Jak tak da­lej pój­dzie, skoń­czę o wiele za szybko. Nie chcia­łem, żeby do tego do­szło. Przez lata ma­stur­ba­cji zdą­ży­łem się na­uczyć, że te­raz po­trze­buję o wiele wię­cej czasu na re­ge­ne­ra­cję niż w li­ceum czy jesz­cze na stu­diach. Nie chcia­łem jej roz­cza­ro­wać i wie­dzia­łem, że mu­szę zwol­nić, choć wcale nie mia­łem na to ochoty.

- Cze­kaj - jęk­ną­łem, kła­dąc dłoń na jej po­liczku.

Wy­pu­ściła go z ust i po­słała mi zdzi­wione spoj­rze­nie.

- Nie chcę tak skoń­czyć - po­wie­dzia­łem ci­cho.

- Dla­czego nie?

- Je­śli... je­śli to się wy­da­rzy, nie bę­dziesz miała z tego za wiele przy­jem­no­ści - wy­ja­śni­łem z na­dzieją, że zro­zu­mie.

- Spie­szy ci się gdzieś? - Nie wy­glą­dała na zde­ner­wo­waną, tylko za­cie­ka­wioną.

- Nie. Chyba nie.

W domu nie cze­kało na mnie nic oprócz ksią­żek i te­le­wi­zora, co nie sta­no­wiło żad­nej kon­ku­ren­cji dla spę­dza­nia czasu nago w łóżku z ładną dziew­czyną.

- To świet­nie, bo za­mie­rzam jesz­cze tro­chę się tobą na­cie­szyć - oznaj­miła, bio­rąc go z po­wro­tem w usta.

Czego ona ode mnie ocze­kuje? Nie mam po­ję­cia, co ro­bię.

Nie­długo póź­niej dy­sza­łem i ję­cza­łem jak ni­gdy do­tąd. Do­tyk jej ust był nie do opi­sa­nia. Nie mo­głem uwie­rzyć, że mo­głem żyć tyle lat, nie wie­dząc o ist­nie­niu ta­kiej przy­jem­no­ści.

- Ju­lia, ja, och, za­raz... - Pró­bo­wa­łem ją ostrzec.

Spo­dzie­wa­łem się, że się od­su­nie, ale to chyba tylko ją za­chę­ciło, bo za­częła nade mną pra­co­wać jesz­cze in­ten­syw­niej, a jej jęki wi­bro­wały wzdłuż mo­jego pe­nisa.

- Jul... - wes­tchną­łem gło­śno, po czym wy­wró­ci­łem oczami i stra­ci­łem zdol­ność for­mo­wa­nia słów.

Nad­cho­dzący or­gazm ude­rzył mnie jak młot i nie było już od­wrotu. Cie­pło, wil­goć, jej za­sy­sa­jące mnie usta spo­tę­go­wały in­ten­syw­ność do­zna­nia do ta­kiego stop­nia, że pra­wie stra­ci­łem przy­tom­ność. Cały zwiot­cza­łem, jak­bym nie miał w ciele ani jed­nej ko­ści. Ni­gdy do­tąd nie do­świad­czy­łem ta­kiego roz­luź­nie­nia jak w tym mo­men­cie, gdy po­woli wy­pusz­czała go z ust. Le­dwo mo­głem pod­nieść głowę, żeby na nią spoj­rzeć, gdy po­ło­żyła się obok mnie. Jej cie­płe na­gie ciało ide­al­nie przy­le­gało do mo­jego. Zdo­ła­łem jesz­cze od­wró­cić twarz w jej kie­runku, za­nim świat za­czął się roz­my­wać. Nie chcia­łem za­sy­piać, ale nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Ostat­nie, co po­czu­łem, to jej dłoń gła­dząca moją pierś i za­pach jej wło­sów.

***

Obu­dzi­łem się z po­czu­ciem dez­orien­ta­cji i za­gu­bie­nia. Nie mia­łem po­ję­cia, jak długo spa­łem, a przez chwilę na­wet nie pa­mię­ta­łem, gdzie je­stem. Wtem wszystko so­bie przy­po­mnia­łem i po­woli się pod­nio­słem, po czym zo­rien­to­wa­łem się, że je­stem w łóżku sam.

Po­kój wciąż był cie­pły i lśniący od mi­go­czą­cych świec. Panna Wilde sie­działa przed lap­to­pem i stu­kała w kla­wi­sze. Miała słu­chawki na uszach. Była od­wró­cona do mnie ple­cami. Skrzy­wi­łem się, wi­dząc, że zwią­zała włosy i owi­nęła się szla­fro­kiem. Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Była pół­noc. Spa­łem kilka go­dzin. Głu­pio mi było, że tak od­pły­ną­łem. Męż­czyźni, któ­rych zwy­kle przy­pro­wa­dzała do domu, za­pewne za­cho­wy­wali się ina­czej. Mu­siała być roz­cza­ro­wana.

Po­woli wsta­łem z łóżka i na­cią­gną­łem bok­serki, nie wie­dząc, co da­lej. Chcia­łem pójść do to­a­lety, więc pew­nie na­le­żało dać jej znać, że już nie śpię. Od­chrząk­ną­łem, ale nie usły­szała. Ze­bra­łem się więc na od­wagę, zbli­ży­łem się i po­ło­ży­łem jej dłoń na ra­mie­niu. Pod­sko­czyła, kiedy po­czuła mój do­tyk, i zdjęła słu­chawki. Sły­sza­łem pły­nącą z nich mu­zykę, ale jej nie roz­po­zna­wa­łem.

Od­wró­ciła się na krze­śle i uśmiech­nęła.

- Obu­dzi­łam cię? Prze­pra­szam, cza­sami śpie­wam do mu­zyki i na­wet tego nie za­uwa­żam.

- Nie, nie obu­dzi­łaś. Eee... Czy mogę sko­rzy­stać z to­a­lety? - za­py­ta­łem, czu­jąc się nie­zręcz­nie i bez­bron­nie.

- Ja­sne - po­wie­działa po pro­stu, a ja po­spiesz­nie się od­da­li­łem.

Sko­rzy­sta­łem z ła­zienki i spoj­rza­łem na sie­bie w lu­strze. Pró­bo­wa­łem się uspo­koić. Nie mia­łem po­ję­cia, czego te­raz ode mnie ocze­kuje. Nie prze­spa­li­śmy się ze sobą, ale do­szło do czyn­no­ści sek­su­al­nej.

Naj­bar­dziej sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej czyn­no­ści sek­su­al­nej w moim ży­ciu.

Czy by­łoby nie­grzecz­nie te­raz wyjść? Ona w ogóle na tym nie sko­rzy­stała, ale wie­dzia­łem, że nie je­stem w sta­nie od­wza­jem­nić jej się w rów­nie spek­ta­ku­larny spo­sób, bo seks oralny był dla mnie zu­peł­nie ob­cym te­ry­to­rium. Ni­gdy do­tąd na­wet nie upra­wia­łem przy­pad­ko­wego seksu. Moje wszyst­kie krót­kie związki za­koń­czyły się po pierw­szej nie­zręcz­nej pró­bie zbli­że­nia. Ni­gdy mnie po­tem nie pro­szono, że­bym zo­stał na noc. Prze­by­wa­nie w miesz­ka­niu ko­biety po sto­sunku było dla mnie zu­peł­nie no­wym do­świad­cze­niem i nie wie­dzia­łem, ja­kie są za­sady po­stę­po­wa­nia. Po kilku se­kun­dach śle­pej pa­niki wzią­łem głę­boki od­dech i wy­sze­dłem z ła­zienki.

- Chcesz her­batę? - za­wo­łała z kuchni.

- Ja­sne - od­par­łem, choć na tym eta­pie już ni­czego nie by­łem pe­wien.

- Dla pary?

Dla pary? Czy jej się wy­daje, że je­ste­śmy te­raz parą?

- Ste­phen, wo­lisz earl grey czy na­par?

A, prze­sły­sza­łem się. Je­stem idiotą.

- Po­pro­szę na­par - od­par­łem.

Za­sta­na­wia­łem się, gdzie usiąść: na łóżku, krze­śle przy biurku czy na sfa­ty­go­wa­nym fo­telu. Zde­cy­do­wa­łem się na fo­tel. Usia­dłem i spró­bo­wa­łem się zre­lak­so­wać w tym dziw­nym miej­scu. Ro­zej­rza­łem się po po­koju. Na ścia­nach wi­siało mnó­stwo zdjęć i ob­ra­zów. Były w róż­nych sty­lach, roz­mia­rach i ko­lo­rach, ale to mnie już nie za­ska­ki­wało - całe miesz­ka­nie wy­glą­dało jak kosz­mar de­ko­ra­tora wnętrz. Panna Wilde wy­szła z kuchni i po­dała mi ku­bek. Za­uwa­ży­łem, że jest na nim ja­skra­wo­czer­wony na­pis "Lo­chy Lon­dynu".

- Co to zna­czy?

- Hi­sto­ryczny spa­cer po daw­nym Lon­dy­nie. Za­raza, wielki po­żar z 1666 roku i Kuba Roz­pru­wacz. Różne ta­kie. Prze­ra­ża­jące jak dia­bli, ale do­sko­nale się ba­wi­łam.

- A, okej.

Za­raza i se­ryjni mor­dercy. Fak­tycz­nie, świetna za­bawa.

Ostroż­nie po­cią­gną­łem łyk. Płyn nie sma­ko­wał jak her­bata, do któ­rej by­łem przy­zwy­cza­jony. Ku­bek był czarny, więc nie wi­dzia­łem, jaki ko­lor ma jego za­war­tość.

- Co to? - Spró­bo­wa­łem jesz­cze tro­chę.

- Na­par z ja­śminu z mio­dem. Sma­kuje ci?

Przy­tak­ną­łem. W ostat­nich la­tach przy­szła moda na różne dziwne her­baty, ale żad­nej nie pró­bo­wa­łem. Trzy­ma­łem się spraw­dzo­nej sta­rej marki, ale mu­sia­łem przy­znać, że ta była bar­dzo do­bra i nie tak gorzka jak her­bata, którą mia­łem w domu.

Za­wi­bro­wał te­le­fon na biurku. Wstała, żeby ode­brać.

Lu­dzie dzwo­nią do niej po pół­nocy?

- So­phia - po­wie­działa na przy­wi­ta­nie. - Co sły­chać? Nie, nie wyjdę te­raz.

Pauza.

- Bo mam to­wa­rzy­stwo. Nie, nie znasz. Nic ci nie po­wiem, wścib­ska krowo - za­śmiała się. - Na ra­zie!

Ko­lejna pauza.

- Tak, to­bie też mi­łego bzy­ka­nia. Ju­tro się zo­ba­czymy. Okej, po­zdrów Me­gan. No, pa.

Ga­pi­łem się na nią, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co wła­śnie usły­sza­łem.

To­bie też mi­łego bzy­ka­nia? Na­prawdę tak mię­dzy sobą roz­ma­wiają? I co to miało zna­czyć: też? Wciąż chce upra­wiać ze mną seks, mimo że wcze­śniej za­sną­łem? Ja­koś trudno mi w to uwie­rzyć.

- Sorry - po­wie­działa, od­kła­da­jąc te­le­fon. - Oka­zuje się, że moje ko­le­żanki po­szły do in­nego baru po tym, jak się roz­dzie­li­ły­śmy. Chciały, że­bym do nich do­łą­czyła.

- W po­rządku - po­wie­dzia­łem szybko, wsta­jąc. - Ty idź, a ja po­jadę do domu.

Od­sta­wi­łem ku­bek na biurko i ro­zej­rza­łem się za ubra­niem.

- Ste­phen, nie wy­głu­piaj się. - Po­de­szła do mnie. - Za­pro­si­łam cię, bo chcę spę­dzić noc z tobą.

- Ale twoje ko­le­żanki... - za­czą­łem.

- Moje ko­le­żanki wła­śnie so­bie te­raz ogar­niają to­wa­rzy­stwo na noc. Po co mia­ła­bym je­chać do cen­trum, je­śli już mam w sy­pialni przy­stoj­nego pół­na­giego fa­ceta? - za­py­tała, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Jak ja mam od­po­wie­dzieć na coś ta­kiego?

- Nie wiem.

Wspięła się na palce i oplo­tła mnie ra­mio­nami wo­kół szyi.

- Pod­nieś mnie - za­żą­dała. - Je­steś za wy­soki, że­bym mo­gła do­się­gnąć.

- Och, tak. Prze­pra­szam - po­wie­dzia­łem jak ja­kiś kre­tyn, w któ­rego po­woli się zmie­nia­łem.

Po­chy­li­łem się i pod­nio­słem ją ła­god­nie, a ona owi­nęła mi nogi wo­kół pasa. Za­sko­czyło mnie, że jest taka lekka.

- Ile ty wa­żysz? - wy­pa­li­łem.

Na­tych­miast uświa­do­mi­łem so­bie faux pas. Po­czu­łem, jak twarz ob­lewa mi się go­rą­cym ru­mień­cem, i przez chwilę sta­łem jak spa­ra­li­żo­wany.

Od­rzu­ciła głowę w tył, śmie­jąc się per­li­ście.

- Och, Ste­phen - za­chi­cho­tała. - Czy ty wiesz co­kol­wiek o ko­bie­tach?

- Nie - przy­zna­łem, bo taka była prawda.

Za­czą­łem opusz­czać ją na pod­łogę, zga­du­jąc, że ze­psu­łem na­strój.

Za­ci­snęła moc­niej uda.

- Prze­cież nie wy­ko­pię cię z miesz­ka­nia, bo za­py­ta­łeś, ile ważę - uspo­ko­iła mnie.

- A. To do­brze. Chyba.

Po­chy­liła się i miękko przy­ci­snęła usta do mo­ich. Naj­pierw po­ca­ło­wała mnie w dolną wargę, po­tem w górną, a póź­niej po­li­zała, spra­wia­jąc, że je roz­chy­li­łem. Tym ra­zem czu­łem się mniej onie­śmie­lony i ostroż­nie od­wza­jem­ni­łem po­ca­łu­nek, gdy na­sze ję­zyki się spo­tkały.

- Mm, nie­źle - za­mru­czała. - Coś jed­nak wiesz o ko­bie­tach.

- Nie­wiele - po­wie­dzia­łem ci­cho, nie chcąc bu­dzić w niej złud­nej na­dziei.

- Za­nieś mnie do łóżka - za­żą­dała szep­tem, ca­łu­jąc mnie lekko.

Serce wa­liło mi bar­dzo mocno. Chciała się ze mną prze­spać, a ja wciąż nie mia­łem po­ję­cia, jak się za­cho­wy­wać przy tej do­świad­czo­nej, pew­nej sie­bie ko­bie­cie. Ale mia­łem też silne prze­czu­cie, że panna Wilde - Ju­lia - wszyst­kiego mnie na­uczy.