Debiut - Kazimierz Chmielek

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (8,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Krótka radość

styczeń 1969 r.

Nadszedł piękny dzień grudniowy,

w którym wreszcie spotkałem cię

miałem uczucie, że nic nas już nie rozłączy,

gdy po tak długim czasie rozstania

znów przytuliłaś do mnie się.

Byłem wtedy taki szczęśliwy, wesoły,

lecz bałem się, czy to nie sen,

a gdy ty znów objęłaś mnie swym ramieniem,

poczułem w sobie jakby lęk.

Czułem się przy Tobie najspokojniej,

gdy gładziłaś swą dłonią po włosach mnie

i wpatrywałem się w ciebie śpiącą, nie wierząc,

że po tylu miesiącach jednak spotkaliśmy się.

Lecz czas upływa tak szybko,

wszystko co dobre krótko trwa,

gdy odprowadzałaś mnie na dworzec główny,

za chwilę miała pozostać za mną mgła.

I nagle rozległ się stukot kół,

nadeszła ostatnia chwila pożegnania,

w oczach Twych zobaczyłem perliste łzy

i bardzo zapragnąłem z Tobą pozostania.

Kochanie wybacz, to było niemożliwe,

musiałem wtedy opuścić cię,

lecz muszę Ci się przyznać szczerze,

w pociągu jak dziecko rozpłakałem się.

Byłem bardzo zmęczony,

więc położyłem się do snu, l

lecz długo miałem twój obraz przed oczami,

do zobaczenia kochanie, mon amour.

Żartem o prawdziwej miłości

styczeń 1969 r.

Historia, która się zdarzyła,

jest prawdziwa i miła,

opowiada o miłości dwóch osób,

a dwóch serc w szczególności.

Jemu było na imię Kazek,

był chłopcem wesołym, lubił się pośmiać i "pogwarzyć"

ona piękna niczym kwiat róży,

nie lękała się nawet najstraszniejszej burzy.

Ta piękność miała na imię Ela,

była smukła i dowcipna jak "Karuzela",

poza tym miała dwa pieprzyki na liczku,

o Boże, co za brednie ja piszę w tym wierszyczku.

Poznali się przypadkowo w szkole,

ale nie myślcie sobie, że przy jednym stole,

ona mu przypadła do serca

i od tego czasu dąży do ślubnego kobierca.

Spotyka się z nią prawie wszędzie,

w domu, na ulicy, nawet w pocztowym urzędzie,

ona darzy go za to prawdziwą miłością,

miłością, którą darzy ją też on ze wzajemnością.

Zaczęli chodzić ze sobą w maju,

kiedy to bzy ślicznie zakwitają,

kiedy ławki wieczorem w parkach są pełne,

a "parki" kochają się jak młode gołębie.

Poza sobą nie widzieli nikogo więcej

i z dnia na dzień kochali się coraz goręcej,

miłość ich była tak szczera i cicha,

państwo wybaczą...

ale nie potrafiłbym tego napisać bez tęgiego kielicha.

Ona gładziła jego krótkie blond włosy,

a on zrywał jej z drzew kasztanowych... kokosy,

gdy jemu stała się kiedyś jakaś krzywda,

ona zaraz drżała jak zziębniętemu ptaszkowi skrzydła.

Tak mijały tygodnie i miesiące,

a oni żyli płomienną miłością i gorącym słońcem,

nawet w najsroższe dnie zimy

on jej zastępował ciepły puch pierzyny.

Tak nam się tu dobrze bajdurzy i gada,

a tu do pieca węgla podłożyć wypada,

bo gdy ogień nam w piecu zgaśnie,

nie będzie można dokończyć tej pięknej baśni.

Otóż Kazek z Elą naprawdę żyli i żyją,

chodzą ze sobą długo, lecz się kochają, nie biją,

za parę lat odbędą się u nich śluby i chrzciny,

na które was też na pewno zaprosimy.

Wagary

styczeń 1969 r.

Kiedy rano sobie zaśpię

z łóżka nie chce mi się wstać

wtedy myślę o wagarach

żyję z nimi za pan brat.

Bo gdy sroga zima trwa

człowiekowi chce się spać

i gdy ciepła jest pierzyna

cóż mi zrobi wtedy zima.

Gdzie by to się komu chciało

iść do szkoły w taki czas

może zerwać się zawieja

i przeziębię się zaraz.

Bo gdy sroga zima trwa

człowiekowi chce się spać

i gdy ciepła jest pierzyna

cóż mi zrobi wtedy zima.

Ale kiedy słonko grzeje

zaraz robi się weselej

wróble dają mi też znać

że do szkoły... po co gnać?