Debit - C.J. Tudor

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

HANNAH

W czy­imś zegarku pisz­czał budzik. Ktoś wymio­to­wał. Gło­śno, nie­da­leko. Kilka osób leżało pod dziw­nymi kątami na prze­wró­co­nych fote­lach auto­karu. Z otwar­tych oczu i ust kapała krew.

Han­nah obser­wo­wała to spo­koj­nym, bez­na­mięt­nym wzro­kiem. Matka powie­dzia­łaby, że odzywa się w niej natura ojca. Zawsze potra­fiła patrzeć na wszystko z dystansu. Cza­sami brak empa­tii utrud­niał życie. Innym razem, jak teraz, oka­zy­wał się korzystny.

Roz­pięła pas bez­pie­czeń­stwa i wstała z fotela. Pas praw­do­po­dob­nie ura­to­wał jej życie, gdy auto­kar wypadł z szosy. Dwu­krot­nie prze­ko­zioł­ko­wał po stro­mym stoku, co było przy­czyną naj­więk­szej liczby ofiar, a następ­nie powoli się zatrzy­mał, zako­pany w zaspie.

Bolało ją całe ciało. Miała siniaki i zadra­pa­nia, ale chyba żad­nych zła­mań. Nie krwa­wiła. Oczy­wi­ście mogła mieć uszko­dzone narządy wewnętrzne. Nie dało się tego stwier­dzić. Ale teraz, w tej chwili, czuła się nie­źle. Na tyle dobrze, jak to moż­liwe.

Inni pasa­że­ro­wie też się poru­szali. Han­nah sły­szała jęki, płacz. Wycie wichury uci­chło, na razie. Rozej­rzała się po auto­ka­rze, oce­nia­jąc sytu­ację. Jechało nim dwu­na­stu stu­den­tów. Tak naprawdę nie potrze­bo­wali tak dużego auto­karu; zała­twiła go Aka­de­mia. Han­nah podej­rze­wała, że mniej wię­cej połowa stu­den­tów nie żyje -?głów­nie ci, któ­rym nie chciało się zapiąć pasów.

Kiedy dotarło do niej zna­cze­nie tego, co widzi, zro­zu­miała, że to nie wszystko. Poja­wił się pro­blem, nad któ­rym się wcze­śniej nie zasta­na­wiała. Na zewnątrz sza­lała burza śnieżna; prze­chy­lony auto­kar był do połowy zako­pany w zaspie. "O co cho­dzi?" Jej myśli prze­rwał krzyk:

-?Hej! HEJ! Czy ktoś mógłby nam pomóc? Moja sio­stra jest uwię­ziona!

Han­nah się obró­ciła. W tyl­nej czę­ści auto­karu tęgi młody czło­wiek z szopą ciem­nych wło­sów pochy­lał się nad zra­nioną dziew­czyną. Trzy­mał jej głowę na kola­nach.

Han­nah się zawa­hała. Powie­działa sobie, że po pro­stu usi­łuje zebrać myśli, przy­go­to­wuje się. Nie miała nadziei, że ktoś inny zgłosi się na ochot­nika, by nie musiała tego robić. Nie lubiła bli­skiego kon­taktu fizycz­nego ani emo­cjo­nal­nego. Ale nikt nie był w sta­nie pomóc, a ponie­waż dys­po­no­wała wie­dzą medyczną, był to jej obo­wią­zek. Nie­zgrab­nie ruszyła do przodu wąskim przej­ściem, prze­cho­dząc nad cia­łami.

Dotarła do mło­dego czło­wieka i jego sio­stry. Natych­miast zro­zu­miała, że dziew­czyna nie prze­żyje. Nie miało to nic wspól­nego z tym, czego Han­nah nauczyła się w szkole w trak­cie zajęć medycz­nych. Była to pro­sta, intu­icyjna reak­cja. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że brat też to rozu­mie, ale cze­piał się nadziei, jak inni ludzie w podob­nych sytu­acjach, bo tylko to mu zostało.

Dziew­czyna była ładna, z bladą cerą i gęstymi, fali­stymi, ciem­nymi wło­sami. Han­nah zawsze pra­gnęła mieć takie włosy, a nie deli­katne, mysie kosmyki, z któ­rymi nie dawało się nic zro­bić oprócz zwią­zy­wa­nia ich w nie­po­rządny kucyk. Zda­wała sobie sprawę, że nie powinna zazdro­ścić umie­ra­ją­cej dziew­czy­nie, ale ludzka natura jest nie­prze­wi­dy­walna.

Ranna miała szkli­sty wzrok, ciężki, chra­pliwy oddech. Han­nah widziała, że jej prawa noga jest uwię­ziona mię­dzy dwoma fote­lami, które zde­rzyły się w chwili wypadku. Masa poskrę­ca­nego metalu i zmiaż­dżo­nych kości; noga praw­do­po­dob­nie była zła­mana w wielu miej­scach. Ale praw­dziwy pro­blem sta­no­wiła utrata krwi, a poza tym nie­równy oddech dziew­czyny suge­ro­wał, że ma rów­nież obra­że­nia wewnętrzne mogące dopro­wa­dzić do śmierci. Bry­tyj­ska księżna Diana zmarła wsku­tek nie­wiel­kiego uszko­dze­nia żyły w płu­cach, o któ­rym nikt nie wie­dział: powoli się wykrwa­wiła.

-?Musimy uwol­nić jej nogę -?powie­dział chło­pak. -?Pomo­żesz mi unieść fotel?

Han­nah popa­trzyła na sie­dze­nie. Mogłaby odpo­wie­dzieć, że w niczym nie pomogą ran­nej. Mogłaby powie­dzieć chło­pa­kowi, że może co naj­wy­żej towa­rzy­szyć sio­strze, nim nadej­dzie śmierć. Ale przy­po­mniała sobie słowa ojca: "W eks­tre­mal­nych sytu­acjach ważne jest poczu­cie, że ktoś coś robi, nawet jeśli nie wpływa to na rezul­tat".

Pokrę­ciła głową.

-?Nie powin­ni­śmy natych­miast uno­sić fotela.

-?Dla­czego?

-?Może powstrzy­my­wać krwa­wie­nie z nogi.

-?Co w takim razie?

-?Masz pasek?

-?Eee, tak.

-?Zdej­mij go, a ja zro­bię z niego opa­skę uci­skową. Obwiążę jej udo. Potem spró­bu­jemy unieść fotel, dobrze?

-?Okej. -?Wyda­wał się oszo­ło­miony, ale się­gnął pod kurtkę i zdjął pasek. Brzuch wyle­wał mu się z dżin­sów. Jego sio­stra unio­sła wzrok, poru­szyła ustami, lecz nie zdo­łała wydo­być głosu. Sku­piała wszyst­kie siły na walce z bólem, oddy­cha­niu ożyw­czym tle­nem.

-?Jesteś bar­dzo młoda jak na lekarkę -?powie­dział chło­pak, wrę­cza­jąc Han­nah pasek.

-?Stu­diuję medy­cynę.

-?Ach, rozu­miem. -?Kiw­nął głową. -?Dziew­czyna od Granta.

Aka­de­mia nie spe­cja­li­zo­wała się w medy­cy­nie. Naj­bar­dziej inte­re­so­wali ją bogaci rodzice, któ­rych było stać na zafun­do­wa­nie potom­stwu kosz­mar­nie dro­giej edu­ka­cji w col­lege'u. Ale przed kilku laty Depar­ta­ment umie­ścił w Aka­de­mii sie­dzibę nowego cen­trum badań medycz­nych. Wznie­siono nowe skrzy­dło budynku; sze­fem pla­cówki został pro­fe­sor Grant, jeden z naj­wy­bit­niej­szych wiru­so­lo­gów. W izo­lo­wa­nym kam­pu­sie na szczy­cie góry stu­dio­wali spe­cjal­nie wybrani uta­len­to­wani stu­denci z całego świata.

-?Umieść pasek tutaj -?instru­owała Han­nah. -?Zaci­śnij go bar­dzo mocno. Okej, dobrze.

Dziew­czyna jęk­nęła cicho, lecz był to dobry znak. Jeśli jest na tyle świa­doma, by odczu­wać ból, nie stra­ciła przy­tom­no­ści.

-?Wszystko będzie dobrze -?szep­nął chło­pak do dziew­czyny. Wsu­nął za ucho kosmyk wło­sów. -?Nie martw się.

-?W porządku -?powie­działa Han­nah. -?Spró­bujmy unieść fotel.

Chło­pak deli­kat­nie poło­żył sio­strę i pod­szedł do Han­nah, by dźwi­gnąć fotel. Ponie­śli fia­sko. Fotel skrzy­piał, tro­chę się uniósł, lecz nie­wy­star­cza­jąco. Potrze­bo­wali jesz­cze jed­nej osoby. Dwie powinny dźwi­gnąć sie­dze­nie, a w tym cza­sie trze­cia wycią­gnę­łaby nogę spo­mię­dzy poskrę­ca­nego metalu.

Han­nah sły­szała w auto­ka­rze nowe głosy, zauwa­żyła ruch. Pasa­że­ro­wie odzy­ski­wali przy­tom­ność, spraw­dzali, czy ich towa­rzy­sze cią­gle żyją.

Odwró­ciła się i krzyk­nęła:

-?Hej, potrze­bu­jemy kogoś do pomocy! Czy ktoś mógłby przyjść?

-?Jeste­śmy zajęci -?odpo­wie­dział jakiś mądrala.

Po chwili wstał szczu­pły, wysoki chło­pak i pod­szedł do nich. Był blady, miał krót­kie jasne włosy popla­mione krwią. Rana wyglą­dała źle, ale Han­nah wie­działa, że nawet nie­wiel­kie rany głowy sil­nie krwa­wią.

-?To wy woła­li­ście? -?Mówił kul­tu­ral­nym gło­sem z lek­kim nie­miec­kim akcen­tem.

-?Potrze­bu­jemy pomocy, by unieść fotel i uwol­nić jej nogę - odpo­wie­działa Han­nah.

Jasno­włosy chło­pak spoj­rzał na leżącą dziew­czynę, potem na Han­nah. Widziała, że chłodno ją oce­nia. Pokrę­ciła lekko głową, on zaś przy­tak­nął, rozu­mie­jąc.

-?W porządku. Bierzmy się do roboty!

Han­nah pozwo­liła dwóm męż­czy­znom unieść fotel, a sama zajęła się wycią­ga­niem nogi. Wyma­gało to kilku prób, lecz wresz­cie się udało.

Brat umie­ścił sio­strę w nieco wygod­niej­szej pozy­cji, zdjął kurtkę i pod­ło­żył jej pod głowę. Pod kurtką miał na sobie obszerną bluzę z napi­sem: "Prze­pra­szam na chwilę. Muszę to prze­my­śleć". "Dziwne, na jakie drob­nostki zwra­camy uwagę" -?pomy­ślała Han­nah.

Poczuła, że ktoś dotyka jej ręki, i z powro­tem odwró­ciła się w stronę jasno­wło­sego chło­paka. "Typ aryj­ski -?uznała -?Dobrze by wyglą­dał w skó­rza­nych spoden­kach i kape­lu­szu z piór­kiem".

-?Ile osób zgi­nęło, jak sądzisz? -?spy­tał.

-?Cztery albo pięć. Pozo­stałe mogą być ranne.

Zer­k­nął na dziew­czynę i kiw­nął głową.

-?Pamię­tasz, co się stało?

Han­nah usi­ło­wała sobie przy­po­mnieć. Sie­działa w auto­ka­rze i drze­mała. Na zewnątrz padał gęsty śnieg. Ryk klak­sonu. Pisk hamul­ców i nagle zje­chali z drogi, toczyli się, toczyli... Póź­niej ciem­ność. To sza­leń­stwo, że wybrali się w podróż w cza­sie burzy śnież­nej, ale Aka­de­mia chciała szybko prze­trans­por­to­wać stu­den­tów do Azylu. Zapew­nić im bez­pie­czeń­stwo.

-?Nie­zbyt dobrze -?przy­znała.

Znowu rozej­rzała się po auto­ka­rze. Popa­trzyła na zwłoki, pasa­że­rów sie­dzą­cych dokoła, jęczą­cych, pła­czą­cych. Usi­ło­wała sobie przy­po­mnieć, co prze­oczyła wcze­śniej.

Auto­kar leżał na lewym boku. Kiedy Han­nah patrzyła w górę, w stronę szo­ferki, okna po lewej były nie­tknięte, skie­ro­wane w stronę ciem­nie­ją­cego nieba. Padał śnieg, na szkle osia­dały wiel­kie płatki. Do naj­więk­szych znisz­czeń doszło po pra­wej stro­nie: pogięty metal, roz­bite szkło. Bok auto­karu tkwił w gru­bej zaspie, co ozna­czało...

"Drzwi -?pomy­ślała. -?Drzwi znaj­dują się pod śnie­giem. Nie możemy się wydo­stać".

-?Jeste­śmy w pułapce -?powie­działa.

Jasno­włosy chło­pak ski­nął głową. Doszedł do tego samego wnio­sku.

-?Gdy­by­śmy zdo­łali się wydo­stać, nie prze­trwa­li­by­śmy długo w tych warun­kach.

-?Co z wyj­ściem awa­ryj­nym? -?spy­tała Han­nah.

-?Już pró­bo­wa­łem je otwo­rzyć... wydaje się zablo­ko­wane.

-?Co takiego?!

Ujął ją za łokieć i poszli do przodu. Po lewej stro­nie trzy schodki pro­wa­dziły do toa­lety i klapy znaj­du­ją­cej się obok. Wisiała nad nią tabliczka z napi­sem: W RAZIE NIE­BEZ­PIE­CZEŃ­STWA POCIĄ­GNĄĆ ZA CZER­WONY UCHWYT I OTWO­RZYĆ KLAPĘ. Jasno­włosy wyko­nał pole­ce­nie i pchnął klapę. Nie ustą­piła.

Odstą­pił na bok i ski­nął dło­nią, by Han­nah też spró­bo­wała. Zro­biła to, kilka razy, z nara­sta­jącą fru­stra­cją. Wyj­ście było zablo­ko­wane.

-?Kurwa! -?zaklęła. -?Jak to się stało?

-?Kto wie? Może w cza­sie wypadku?

-?Zacze­kaj... -?Han­nah coś sobie przy­po­mniała. -?Czy w auto­ka­rze nie powinno być młotka do wybi­ja­nia szyb?

-?Zga­dza się. To kolejna zagadka.

Zmarsz­czyła brwi.

-?Co masz na myśli?

Cof­nął się i wska­zał pojem­nik zamon­to­wany tuż nad oknami po lewej stro­nie. Miej­sce, gdzie powi­nien znaj­do­wać się mło­tek, było puste.

-?Powi­nien też być drugi, do wybi­ja­nia świe­tli­ków. -?Wska­zał dach. - Także został usu­nięty.

Han­nah poczuła, że kręci jej się w gło­wie.

-?Ale dla­czego?!

Jasno­włosy uśmiech­nął się ponuro.

-?Kto wie? Może jakiś Arsch­ge­ige ukradł młotki dla żartu? A może nikt nie spraw­dził auto­karu przed odjaz­dem... -?Umilkł zna­cząco.

-?Musimy wezwać pomoc -?powie­działa Han­nah, usi­łu­jąc powstrzy­mać panikę. Nagle coś sobie przy­po­mniała. -?Nasze komórki.

Kiedy stu­denci wsia­dali do auto­karu, skon­fi­sko­wano im wszyst­kie tele­fony i umiesz­czono z baga­żami. Po dro­dze nie wolno było się z nikim komu­ni­ko­wać. Nikt nie powi­nien wie­dzieć, dokąd jadą.

Popa­trzyła na jasno­wło­sego męż­czy­znę. Nikt nie potra­fił prze­wi­dzieć, kiedy nadej­dzie pomoc. Czy ktoś zauważy ich znik­nię­cie? A jeśli nawet, kto wyru­szy na ratu­nek w cza­sie zamieci?

Znowu wyj­rzała przez okno, popa­trzyła na niebo. Padał śnieg. Słabe szare świa­tło sta­wało się coraz ciem­niej­sze.

Zna­leźli się w pułapce. Z umar­łymi. Oni też zginą, jeśli szybko nie nadej­dzie pomoc.

MEG

Koły­sa­nie. Na początku łagodne. Koły­sanka. "Lulaj, maleńka..." Póź­niej moc­niej­sze. Gwał­towne. Głowa Meg ude­rzyła w szybę, jej ciało się obró­ciło. Spa­dła na pod­łogę. Ude­rze­nie było mocne.

-?O cho­lera!

Zabiło jej serce. Otwo­rzyła oczy.

-?Co się dzieje, kurwa?!

Potarła obo­lały łokieć i rozej­rzała się. Miała wra­że­nie, że ma pia­sek pod powie­kami.

"Spa­dłaś z łóżka. Tylko gdzie?"

Usia­dła. Nie z łóżka. Z drew­nia­nej ławki ota­cza­ją­cej owalne pomiesz­cze­nie. Na zewnątrz szare niebo, wiru­jące płatki śniegu. Ze wszyst­kich stron szkło. Ogar­nęły ją mdło­ści. Poko­nała je.

Zauwa­żyła kilka innych osób leżą­cych na drew­nia­nych ław­kach. Pię­cioro. Ubra­nych w iden­tyczne nie­bie­skie kom­bi­ne­zony. Tak jak ona, zdała sobie sprawę. Znaj­do­wali się w nie­wiel­kiej roz­ko­ły­sa­nej kabi­nie. Tar­ga­nej przez wiatr, z szy­bami pokry­tymi śnie­giem.

"To nie pokój. Pokoje się nie koły­szą".

Wstała z wysił­kiem. Ugięły się pod nią nogi. Znowu poczuła mdło­ści. "Muszę się opa­no­wać" -?pomy­ślała. Nie dostrze­gła miej­sca, by zwy­mio­to­wać. Pode­szła nie­pew­nie do bocz­nej ściany pomiesz­cze­nia, które nie było poko­jem. Spo­glą­dała przez szybę, przy­ci­ska­jąc do niej ręce i nos niczym dziecko patrzące na pierw­szy śnieg na Boże Naro­dze­nie.

W dole -?daleko w dole -?las przy­sy­pany śnie­giem. W górze tumany wiru­ją­cych płat­ków na ogrom­nym sza­rym nie­bie.

-?Kurwa.

Znowu koły­sa­nie. Ryk wia­tru stłu­miony przez szkło ota­cza­jące kabinę, niczym głodne zwie­rzę uwię­zione za kra­tami. W szkło ude­rzały nowe fale śniegu, jesz­cze bar­dziej utrud­nia­jąc widze­nie. Ale Meg widziała już dosyć.

Z tyłu roz­legł się jęk. Budziło się kolejne ciało w nie­bie­skim stroju, pro­sto­wało się jak nie­zgrabna gąsie­nica. Usia­dło -?z powodu kap­tura trudno było powie­dzieć, czy to dziew­czyna, czy chło­pak. Inni też się poru­szali. Meg prze­bie­gła przez głowę sza­lona myśl, że kiedy obrócą ku niej twa­rze, będą zgni­łymi żywymi tru­pami.

Męż­czy­zna -?około trzy­dzie­sto­pię­cio­letni, z gęstą brodą -?spo­glą­dał na nią męt­nym wzro­kiem. Zdjął kap­tur i pogła­dził się po gło­wie pokry­tej kró­ciutką czarną szcze­ciną.

-?Co się, kurwa, dzieje? -?Rozej­rzał się. -?Gdzie ja jestem?

-?W wago­niku kolejki lino­wej.

-?Gdzie?!

-?W wago­niku kolejki lino­wej. Jeż­dżą­cym na linie.

Popa­trzył na nią agre­syw­nie.

-?Wiem, czym jest kolejka linowa. Chciał­bym wie­dzieć, skąd się tu wzią­łem, do cho­lery.

Meg spoj­rzała na niego spo­koj­nie.

-?Nie wiem. Nie pamięta pan, jak pan wsia­dał?

-?Nie. A ty?

-?Ja też nie.

-?Ostat­nią rze­czą, którą pamię­tam... -?Zro­bił wiel­kie oczy. -?Czy... czy jedziesz do Azylu?

Azyl. Celowo wie­lo­znaczna nazwa koja­rząca się z ośrod­kiem wypo­czyn­ko­wym. Ale nie wywo­ły­wała w Meg przy­jem­nych emo­cji. Wręcz prze­ciw­nie, wywo­ły­wała lodo­wate dresz­cze bie­gnące po ple­cach. "Azyl".

Nie odpo­wie­działa. Znowu wyj­rzała na zewnątrz.

-?W tej chwili ni­gdzie nie jedziemy.

Oboje patrzyli na szarą pustkę, do szkła przy­le­piały się nowe płaty śniegu. Burza śnieżna. Gwał­towna.

-?Utknę­li­śmy.

-?Utknę­li­śmy? Powie­dzia­łaś, że utknę­li­śmy?

Meg się odwró­ciła. Stała za nią kobieta mniej wię­cej w jej wieku. Rude włosy. Ścią­gnięte rysy. Panika w gło­sie. Może stwa­rzać pro­blemy.

Meg nie odpo­wie­działa natych­miast. Spoj­rzała na pozo­stałe osoby w wago­niku. Ktoś cią­gle spał z kap­tu­rem na twa­rzy. Nie­któ­rzy ludzie potra­fią spać w każ­dych oko­licz­no­ściach. Pozo­stała dwójka -?niski, tęgi jego­mość z roz­wi­chrzo­nymi ciem­nymi wło­sami i star­szy siwo­włosy męż­czy­zna w oku­la­rach -?wsta­wała, prze­cią­gała się i roz­glą­dała. Spra­wiali wra­że­nie oszo­ło­mio­nych, ale spo­koj­nych. Dobrze.

-?Wydaje się, że to po pro­stu awa­ria zasi­la­nia -?powie­działa Meg do kobiety.

-?Awa­ria zasi­la­nia? Och, cudow­nie. Wspa­niale.

-?Jestem pewien, że wago­nik nie­długo znowu ruszy -?powie­dział bro­dacz. Opu­ściła go agre­sja. Uśmiech­nął się lekko do kobiety. -?Nic nam nie grozi.

Kłam­stwo. Nawet gdyby wago­nik zaczął się poru­szać, nawet gdyby dotarli do celu, gro­ziło im bar­dzo wiele rze­czy. Ale kłam­stwa pozwa­lają łatwiej radzić sobie z pro­ble­mami. Kobieta uśmiech­nęła się do nie­zna­jo­mego. Dodał jej otu­chy, wyko­nał zada­nie.

-?Powie­dzia­łaś, że jeste­śmy w wago­niku kolejki lino­wej? -?spy­tał star­szy męż­czy­zna. -?Nie pamię­tam, żeby­śmy wsia­dali do kolejki.

-?Czy ktoś coś pamięta? -?spy­tała Meg. Rozej­rzała się.

Zer­k­nęli na sie­bie.

-?Byli­śmy w swo­ich poko­jach.

-?Przy­nie­śli śnia­da­nie.

-?Sma­ko­wało kosz­mar­nie.

-?Potem... musia­łem znowu zasnąć...

Kolejne zdez­o­rien­to­wane spoj­rze­nia.

-?Nikt nie pamięta, co było dalej? -?spy­tała Meg. -?Pamię­ta­cie dopiero, że się tu obu­dzi­li­ście?

Przy­tak­nęli.

Bro­daty męż­czy­zna ode­tchnął powoli.

-?Odu­rzyli nas.

-?Nie bądź śmieszny -?rzu­ciła rudo­włosa kobieta. -?Dla­czego mie­liby to zro­bić?

-?Cóż, oczy­wi­ście dla­tego, żeby­śmy nie wie­dzieli, gdzie jedziemy albo jak się tu dosta­li­śmy -?wtrą­cił niski męż­czy­zna.

-?Po pro­stu... nie wie­rzę, że mogliby to zro­bić.

"Zabawne" -?pomy­ślała Meg. Nawet teraz, po tym, co się wyda­rzyło, ludzie usi­ło­wali wie­rzyć, że wła­dze mają jakieś zasady. Cóż, czło­wiek nie widzi oka cyklonu, gdy się w nim znaj­dzie.

-?W porządku -?rzekł bro­dacz. -?Skoro tu utknę­li­śmy i mamy mnó­stwo czasu, dla­czego się nie przed­sta­wimy? Nazy­wam się Sean.

-?Meg -?powie­działa Meg.

-?Sarah -?ode­zwała się rudo­włosa kobieta.

-?Karl -?dodał niski męż­czy­zna, lekko poru­sza­jąc ręką.

-?Max. -?Star­szy męż­czy­zna się uśmiech­nął. -?Miło was poznać.

-?Domy­ślam się, że wszy­scy jeste­śmy tutaj z tego samego powodu? -?rzu­cił Sean.

-?Nie powin­ni­śmy o tym mówić -?zauwa­żyła Sarah.

-?Cóż, myślę, że można bar­dzo łatwo zało­żyć...

-?Zakła­da­nie cze­go­kol­wiek robi z nas głup­ków.

Meg popa­trzyła na Sarah.

-?Tak mawiał mój szef.

-?Naprawdę?

-?Tak. Wyjąt­kowo mnie iry­to­wał.

Sarah zaci­snęła wargi.

-?Czym zaj­mo­wa­li­ście się wcze­śniej? -?wtrą­cił Max.

-?Byłam nauczy­cielką -?odpo­wie­działa Sarah.

"Co za nie­spo­dzianka..." -?pomy­ślała Meg.

-?Ja adwo­ka­tem -?rzekł Max. Uniósł dło­nie. -?Może­cie mnie pozwać do sądu, jeśli kła­mię.

-?Ja zaj­mo­wa­łem się sprze­dażą nadmu­chi­wa­nych zjeż­dżalni dla dzieci - ode­zwał się Karl.

Popa­trzyli na niego i wybuch­nęli śmie­chem. Napię­cie na chwilę zostało roz­ła­do­wane.

-?Hej! -?Karl wyda­wał się ura­żony, lecz tylko tro­chę. -?Dmu­chane zamki to docho­dowy inte­res. Przy­naj­mniej kie­dyś taki był.

-?A ty? -?Meg spy­tała Seana.

-?Ja? Och, tu i tam. Pra­co­wa­łem w róż­nych miej­scach.

Wago­ni­kiem zako­ły­sał podmuch wia­tru.

-?O Boże! -?Sarah chwy­ciła się za szyję. Nosiła mały srebrny krzy­żyk. Meg zasta­na­wiała się, ile jesz­cze powo­dów znaj­dzie, by jej nie lubić.

-?Więc jeste­śmy dość eklek­tyczną grupą -?zauwa­żył Max.

-?Rozu­miem, że wszy­scy jedziemy do Azylu? -?ode­zwał się Max, uno­sząc krza­cza­ste brwi.

Po kolei ski­nęli gło­wami.

-?Ochot­nicy?

Kolejne kiw­nię­cia. Do miejsc podob­nych do Azylu uda­wały się tylko dwa rodzaje ludzi. Ochot­nicy i ci, co nie mieli wyboru.

-?Czy to dobry moment, by dys­ku­to­wać o naszych moty­wach? -?spy­tał Max. - Poroz­ma­wiajmy o tym po przy­jeź­dzie, dobrze?

-?Jeśli tam dotrzemy -?odpo­wie­działa Sarah, patrząc ner­wowo na sta­lowe liny w górze.

Sean spo­glą­dał na postać śpiącą w rogu kabiny.

-?Myśli­cie, że powin­ni­śmy obu­dzić Śpiącą Kró­lewnę?

Meg zmarsz­czyła brwi. Wstała i pode­szła do leżą­cego męż­czy­zny. Deli­kat­nie potrzą­snęła jego ręką. Sto­czył się z ławki i z łosko­tem upadł na pod­łogę.

Sarah krzyk­nęła za ple­cami Meg, która nagle zro­zu­miała dwie rze­czy.

Znała tego czło­wieka.

Nie spał. Był mar­twy.

CARTER

-?Nad­cho­dzi burza śnieżna.

Car­ter jęk­nął i sto­czył się z kanapy. Znał ten głos.

Caren. "Pisana przez duże C". Tak powie­działa, gdy się poznali. Jakby miało to jakieś zna­cze­nie. Jakby zamie­rzał posłać jej pie­przoną kartkę na Gwiazdkę.

-?Wiesz co, Car­ter? Kac nie uwolni cię od jazdy po żar­cie.

Mówiła weso­łym tonem. Jak zawsze. Z tru­dem otwo­rzył jedno oko i popa­trzył na nią. Tak. Leg­ginsy do jog­gingu, kami­zelka, włosy zwią­zane w nie­sforny kucyk. Praw­do­po­dob­nie wybie­rała się na siłow­nię.

Zamknął oczy i zato­pił twarz w poduszce pach­ną­cej stę­chli­zną, ale Caren nie dawała mu spo­koju.

-?Musimy się zaopa­trzyć, na wypa­dek gdyby zamieć znowu zasy­pała drogę.

Odgłos otwie­ra­nej i zamy­ka­nej lodówki, stu­kot noża na desce do kro­je­nia, war­kot mik­sera. Póź­niej brzęk, gdy posta­wiła szklankę na sto­liku do kawy obok Car­tera.

-?Wypij. To pomoże.

Zer­k­nął spod poduszki. Na sto­liku stała szkla­neczka czer­wo­nego płynu.

-?Krwawa Mary?

Unio­sła brew i ode­szła. Z tru­dem usiadł, się­gnął po drinka i wypił łyk.

-?Jezu!

Ogień w ustach. Pale­nie. "Chry­ste, boli!" Zerwał się i pobiegł do umy­walki. Wypluł palący płyn, odkrę­cił kran i zaczął pić zimną wodę. W końcu spry­skał twarz i wypro­sto­wał się, ocie­ka­jąc.

Odwró­cił się. Caren go obser­wo­wała. Stała w drzwiach z rękami sple­cio­nymi na piersi i uśmie­chała się iro­nicz­nie.

-?Mówi­łaś, że to pomoże.

Wzru­szyła ramio­nami.

-?W końcu wsta­łeś, prawda?

Po prysz­nicu i gole­niu poczuł się pra­wie jak czło­wiek. Lustro mówiło coś innego.

Miesz­kańcy Azylu przy­zwy­cza­ili się do wyglądu Car­tera. Nie cofali się już z prze­ra­że­niem na jego widok. Zapo­mnieli o hor­ro­rze.

Odmro­że­nia znisz­czyły prawą stronę twa­rzy. Poli­czek, więk­szość czoła i pod­bródka były czarne i mar­twe. Śro­dek był zio­ną­cym otwo­rem. Miał wykrzy­wione usta pozba­wione mię­śni. W cza­sie jedze­nia lub picia czę­sto cie­kło mu z ust. Zostało tylko jedno oko. Błę­kitne, prze­ni­kliwe. Pamiątka po czło­wieku, któ­rym nie­gdyś był.

Nie żało­wał daw­nego wyglądu. Ni­gdy nie był przy­stojny. W dzie­ciń­stwie i póź­niej miał nad­wagę; jego rysy zawsze były tro­chę zbyt ostre. Ale cza­sami śniło mu się, że znowu ma nor­malną twarz; kiedy uświa­da­miał sobie, jak wygląda, poduszka była mokra od łez. Nie był płacz­liwy ani próżny. Ale każdy chce mieć nos.

Zszedł na dół, po czym zastał Nate'a, Milesa i Julię sie­dzą­cych w prze­stron­nej czę­ści miesz­kal­nej i piją­cych kawę. Na sto­liku stała plan­sza do Mono­poly (nie­wąt­pli­wie Miles znowu wygry­wał), a Julia zwi­jała jointa -?co roz­wście­czy Caren po powro­cie z tre­ningu.

Jack­son i Wel­land, ostatni człon­ko­wie grupy, byli nie­obecni. Jack­son praw­do­po­dob­nie medy­to­wał albo prak­ty­ko­wał jogę. Wel­land zapewne ugrzązł w zaspie. Jeśli nie spo­tkało go coś gor­szego.

W Azylu prze­by­wali różni ludzie, zgro­ma­dzeni w jed­nym miej­scu wsku­tek przy­padku albo koniecz­no­ści. Potra­fili żyć i pra­co­wać razem, nie zabi­ja­jąc się nawza­jem. Zazwy­czaj.

Na szczę­ście Azyl był duży, luk­su­sowo wypo­sa­żony. W czę­ści miesz­kal­nej na zapa­sto­wa­nych drew­nia­nych pod­ło­gach leżały grube, kosmate dywany. Były tam skó­rzane kanapy, ogromny pła­ski tele­wi­zor, odtwa­rzacz DVD, kon­sole do gier i zestaw ste­reo. W drew­nia­nym kre­den­sie leżały stosy płyt CD, pod­nisz­czone powie­ści, a także kolek­cja gier plan­szo­wych. Kuch­nia była nowo­cze­sna i ele­gancka, z ogromną ame­ry­kań­ską lodów­ko­zam­ra­żarką i wyspą z wypo­le­ro­wa­nego gra­nitu.

Miesz­kańcy Azylu żyli w kom­for­to­wych warun­kach. Dbano o nich. Zazwy­czaj.

Nate zer­k­nął na wcho­dzą­cego Car­tera.

-?Wyglą­dasz jak gówno, stary.

-?Zwy­kle wyglą­dam jesz­cze lepiej, ale wiem, że uzna­jesz to za zagro­że­nie.

Nate posłał mu całusa.

-?Masz naprawdę cia­sny tyłek, stary.

-?Nie wspo­mi­naj o tym. Wsty­dzę się.

Nate uśmiech­nął się sze­roko. Nawet na kacu wyglą­dał jak przy­stoj­niak, sur­fer: wspa­niałe mię­śnie, spło­wiałe od słońca włosy prze­wią­zane ban­daną. Car­ter powi­nien go nie­na­wi­dzić, mimo to w ciągu ostat­nich trzech lat stali się przy­ja­ciółmi.

-?Kiedy poszli­ście spać? -?spy­tała Julia. Wsu­nęła za ucho jeden z ciem­nych dre­dów i zapa­liła jointa.

Julia, kości­sta, wyta­tu­owana Kali­for­nijka, wycho­wała się w komu­nie i cią­gle wyglą­dała, jakby naj­le­piej czuła się w namio­cie albo jako uczest­niczka demon­stra­cji z trans­pa­ren­tem nie­sio­nym nad głową.

Car­ter zmarsz­czył brwi. To zabo­lało.

-?Może dwie godziny po waszym odej­ściu.

Miles zmarsz­czył brwi. W ogóle nie wyda­wał się ska­co­wany. Pre­zen­to­wał się schlud­nie jak zawsze, w koszulce polo i dre­li­cho­wych spodniach, jakby wybie­rał się na prze­jażdżkę łodzią po Tami­zie.

-?Ja tro­chę póź­niej -?powie­dział kul­tu­ral­nym bry­tyj­skim akcen­tem. - Myślę, że w tym momen­cie mogłeś już spać, Car­ter.

-?To moja spe­cjal­ność.

-?Spa­nie? -?spy­tał Miles.

-?Nie­któ­rzy ludzie palą cygara w tył­kach, ja śpię.

-?Naprawdę palą cygara w tył­kach? -?zain­te­re­so­wała się Julia.

-?Widzia­łem na wła­sne oczy.

Nate się zaśmiał.

-?Dla­czego tak bar­dzo sobie doku­czamy, stary?

-?Bo nie mamy nic innego do roboty? -?zasu­ge­ro­wała Julia.

Wszy­scy się uśmiech­nęli i poki­wali gło­wami. Zda­wali sobie sprawę z tego, że uwaga jest słuszna.

W Azylu oczy­wi­ście było wiele rze­czy do roboty. Codzienne czyn­no­ści nie­zbędne do nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Prace kon­ser­wa­cyjne wewnątrz i na zewnątrz, goto­wa­nie, sprzą­ta­nie, nad­zór nad maga­zy­nem. Wszy­scy mieli wyzna­czone zada­nia -?zadbał o to Miles. Były też zaję­cia dodat­kowe: siłow­nia, basen, jazda na nar­tach. Ach, nale­żało rów­nież dostar­czać zapasy.

Car­ter pod­szedł do listy przy­pię­tej do dużej kor­ko­wej tablicy w kuchni. Jasne, znowu zoba­czył swoje nazwi­sko. Znowu. Czas w Azylu wyda­wał się biec ina­czej.

Nie­na­wi­dził wypraw po zapasy. Było to coś zupeł­nie innego niż szybki skok do skle­piku na rogu ulicy. Nale­żało zje­chać na nar­tach nie­bez­piecz­nymi sto­kami aż do wio­ski, a póź­niej długo wspi­nać się pod górę, cią­gnąc worek przy­wią­zany do nart.

Car­ter był chyba naj­gor­szym nar­cia­rzem w gru­pie. W odróż­nie­niu od pozo­sta­łych miesz­kań­ców Azylu jako dziecko ni­gdy nie jeź­dził w góry na ferie zimowe. Sporty zimowe ozna­czały dla niego tylko jedno: zjeż­dża­nie z sio­strą z pagórka na sta­rej masce samo­chodu.

Dotar­cie do wio­ski trwało bar­dzo długo, a póź­niej nastę­po­wała powolna wspi­naczka w dro­dze powrot­nej. Poza tym w lesie można było spo­tkać dzi­kie istoty...

Poczuł, że znowu męczy go migrena.

-?Muszę jechać dzi­siaj? Mamy prze­cież mnó­stwo...

-?Wyklu­czone. -?Julia pokrę­ciła głową. -?Znasz zasady.

Zasady. Tak, znał zasady.

-?Julia ma rację -?powie­dział Miles iry­tu­jąco roz­sąd­nym tonem. -?Poza tym nad­cho­dzi burza śnieżna.

Car­ter spo­glą­dał przez ogromne prze­szklone okno zaj­mu­jące pra­wie całą ścianę Azylu. Roz­cią­gała się z niego fan­ta­styczna pano­rama: zbo­cza, ogromne sosnowe lasy docie­ra­jące do ska­li­stego grzbietu gór­skiego.

Po jakimś cza­sie prze­sta­wało się ją zauwa­żać. Zaczy­nała przy­po­mi­nać tapetę na ścia­nie.

Miles miał rację. Zaczął padać śnieg, a w dali poja­wiły się groźne chmury. Oznaka, że zbliża się zamieć. W zależ­no­ści od jej siły mogli zostać uwię­zieni w ośrodku na całe dnie, a nawet tygo­dnie.

-?Trzeba to zro­bić dzi­siaj, stary -?zauwa­żył Nate. -?Burza będzie straszna.

W tym samym momen­cie trza­snęły drzwi wej­ściowe, po czym do czę­ści miesz­kal­nej wpadł po spi­ral­nych scho­dach podmuch wia­tru ze śnie­giem. Na scho­dach roz­le­gło się tupa­nie.

-?Pogoda naprawdę się psuje.

Wel­land. Tęgi, pokryty trą­dzi­kiem Wel­land. Miał dwa­dzie­ścia pięć lat i był naj­młod­szym człon­kiem grupy, ale miał naj­więk­sze doświad­cze­nie w pro­wa­dze­niu Azylu. Dla­tego, cho­ciaż był tylko żało­snym gów­nia­rzem, tęgim dup­kiem skłon­nym do intryg, byli zmu­szeni go tole­ro­wać.

Z Wel­lan­dem przy­był jed­nak mil­szy gość -?Dexter. Prze­biegł przez pokój i wsko­czył na ramiona Car­tera, liżąc go po twa­rzy i dło­niach wil­got­nym, pach­ną­cym jęzo­rem.

-?Cześć, stary! Byłeś na spa­ce­rze? -?Car­ter wtu­lił twarz w zimną, krę­coną sierść teriera i szep­nął: -?Nasi­ka­łeś Wel­lan­dowi na nogę? Tak? Dobrze.

-?Jak pra­cuje gene­ra­tor? -?spy­tał Miles.

Wel­land potrzą­snął zmierz­wio­nymi ciem­nymi wło­sami i tup­nął.

-?Nie­źle, ale mar­twi mnie opóź­nie­nie. Wyłą­cze­nia stają się coraz częst­sze.

Skłon­ność do maru­dze­nia była kolejną jego nie­przy­jemną cechą.

-?Okej. Cóż, nie ma się czym mar­twić. Spraw­dzę...

-?Nie mar­twię się, stary, po pro­stu mówię. Sześć sekund to sta­now­czo za dużo. Wiesz, co się dzieje, gdy wysiada prąd...

-?Wiem -?odpo­wie­dział Miles tonem, który zmro­ził atmos­ferę.

Wel­land poczer­wie­niał i pochy­lił się, by zdjąć buty.

-?Chyba odmro­zi­łem nogi, kurwa -?mruk­nął. -?Marzę tylko o tym, żeby mi odpa­dły palce... -?Uniósł wzrok i spoj­rzał na Car­tera. -?Cho­lera, prze­pra­szam, stary.

Wcale nie było mu przy­kro.

Car­ter się uśmiech­nął i posta­wił Dextera na pod­ło­dze.

-?Nic się nie stało.

A jed­nak się stało.

Nie miał czasu się nad tym zasta­na­wiać, ponie­waż nagle padło z niskim wyciem zasi­la­nie i włą­czył się alarm. Wyda­wało się, że Wel­land oka­zał się pro­ro­kiem zagłady.

-?Mówi­łem, kurwa! -?zawo­łał.

Miles uniósł rękę. Patrzył na zega­rek na nad­garstku. Liczył. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć...

Roz­le­gło się pik­nię­cie, gdy włą­czył się gene­ra­tor. Zasi­la­nie wró­ciło. Alarm nagle ucichł. Nate gwizd­nął.

-?Długo to trwało.

-?Sześć i dwa­dzie­ścia sześć set­nych sekundy -?powie­dział Miles i opu­ścił rękę. -?Drobny pro­blem.

-?Jak drobny? -?spy­tał Car­ter.

Miles zasta­na­wiał się przez chwilę.

-?Prze­rwa musia­łaby trwać co naj­mniej osiem sekund, by zaczęły się kło­poty.

-?Dla­czego osiem? -?zapy­tał Nate.

-?W wypadku awa­rii zasi­la­nia auto­ma­tyczne zamki się odblo­ko­wują -?odparł Miles. -?Ale nie nastę­puje to natych­miast. Resz­tek ener­gii star­cza na osiem sekund. W razie nie­spo­dzie­wa­nego wyłą­cze­nia prądu gene­ra­tor powi­nien ruszyć w ciągu czte­rech do pię­ciu sekund, by zamki były bez­pieczne.

Car­ter pomy­ślał, że pozo­stał wąski mar­gi­nes bez­pie­czeń­stwa. Zbyt wąski.

-?Powi­nie­nem zer­k­nąć na zamki w piw­nicy -?powie­dział Wel­land.

-?Zasta­nów się nad zmianą usta­wień sys­temu. Jeśli opóź­nie­nie się wydłuża...

-?Już powie­dzia­łem, że będziemy moni­to­ro­wać sytu­ację. -?Miles popa­trzył na zebra­nych. -?Czy to jasne?

Tym razem nawet Wel­land zro­zu­miał.

-?Jasne -?mruk­nął.

Wszy­scy kiw­nęli gło­wami.

-?Dobrze.

-?W porządku -?ode­zwał się Nate i wstał. -?Idę na siłow­nię wypo­cić wczo­raj­sze piwo. Ktoś idzie ze mną?

-?Przy­da­łoby mi się pół godziny sauny. -?Julia zacią­gnęła się join­tem, po czym roz­gnio­tła go w popiel­niczce. Wyszli we dwoje z pokoju i podą­żyli do wind.

Wel­land zaczął ścią­gać kom­bi­ne­zon śnieżny.

-?Widzę, że czeka cię wypad po spra­wunki, Car­ter. To nie­zbyt przy­jemne.

-?Tak, ale cóż, każdy musi to robić. -?Car­ter pstryk­nął pal­cami. -?Och, zacze­kaj, z wyjąt­kiem cie­bie. Ni­gdy tego nie robi­łeś.

-?Nie umiem jeź­dzić na nar­tach.

-?Naucz się.

-?Mam astmę.

-?Zabawne. Nie przy­pusz­cza­łem, że ktoś chory na astmę mógłby przejść testy, by tu pra­co­wać.

-?Tak, ale przy­naj­mniej nie poja­wi­łem się znie­nacka jak...

-?Może­cie prze­stać szcze­bio­tać jak para kochan­ków? -?wark­nął Miles. - Car­ter, chcę z tobą poroz­ma­wiać, nim wyj­dziesz.

-?Dla­czego?

Miles zer­k­nął na Wel­landa, który rzu­cił na pod­łogę mokry kom­bi­ne­zon i zaczął szu­kać jedze­nia w szaf­kach w kuchni.

Miles wstał i ruszył w stronę windy.

-?Chodź ze mną.

Car­ter wes­tchnął.

-?Okej.

Po dro­dze minął Wel­landa na tyle bli­sko, by szep­nąć:

-?Wiem, że nie masz żad­nej pie­przo­nej astmy.

Drzwi windy się roz­su­nęły i weszli do środka. Miles przy­ci­snął kartę do litery B na panelu kon­tro­l­nym. Winda cicho ruszyła w dół.

Azyl miał cztery kon­dy­gna­cje znaj­du­jące się we wnę­trzu góry. Część miesz­kalna, kuch­nia i siłow­nia znaj­do­wały się na pierw­szym pię­trze. Dru­gie pię­tro zaj­mo­wały sypial­nie -?dwie duże sale i dwa­na­ście poje­dyn­czych pokoi dla per­so­nelu. Na par­te­rze mie­ściły się ogromny hol, basen i sauna. Do tego warsz­taty i pomiesz­cze­nia maga­zy­nowe.

Do piw­nicy mógł wcho­dzić tylko Miles (i osoby, które uznał za wystar­cza­jąco godne zaufa­nia, by je tam zapro­wa­dzić).

Drzwi się otwo­rzyły. Wyszli i zna­leźli się w jasnym, bia­łym kory­ta­rzu. W piw­nicy zawsze pano­wał chłód, ale to nie dla­tego Car­ter dostał gęsiej skórki. Lampy były wypo­sa­żone w czuj­niki ruchu, zapa­lały się po kolei, gdy szli kory­ta­rzem, uka­zu­jąc rząd drzwi po lewej. Znaj­do­wały się tam dwa gabi­nety, obec­nie puste. Miles zatrzy­mał się przy trze­cich drzwiach, dotknął kartą panelu ste­ro­wa­nia, po czym weszli do środka.

Wzdłuż jed­nej ze ścian stały urzą­dze­nia z nie­rdzew­nej stali, pod drugą meta­lowe szafki.

-?Co się dzieje? -?spy­tał Car­ter, tak non­sza­lancko, jak potra­fił.

Miles obrzu­cił go chłod­nym wzro­kiem. Car­ter widy­wał trupy o cie­plej­szym spoj­rze­niu.

-?Ktoś krad­nie zapasy.

-?Co takiego?

Miles wycią­gnął szu­fladę jed­nej z sza­fek. W środku stały nie­zli­czone rzędy pude­łek: anty­bio­tyki i środki prze­ciw­bó­lowe.

-?Moim zda­niem wszystko jest w porządku.

Miles wyjął jedno z pude­łe­czek z dol­nego rzędu. Otwo­rzył je i prze­wró­cił do góry nogami. Było puste.

-?Uwa­żam, że mani­pu­lo­wano przy poło­wie opa­ko­wań.

-?A co z... -?Car­ter ski­nął głową w stronę lodówki.

-?Nie zauwa­ży­łem, by cze­goś bra­ko­wało, więc posta­no­wi­łem spraw­dzić na chy­bił tra­fił część fio­lek.

-?No i?

-?Nie­które zawie­rają wodę.

-?A nie praw­dziwą pla­zmę?

-?Wodę.

Car­ter poczuł nara­sta­jące napię­cie.

-?Jak to się stało? Prze­cież tylko ty masz prze­pustkę.

-?O któ­rej wiemy.

Słusz­nie.

-?Jest jesz­cze inny pro­blem -?cią­gnął Miles.

-?Inny pro­blem?

-?Jack­son znik­nął.

Car­ter popa­trzył na niego.

-?Co takiego? Jesteś pewien?

-?Nie spę­dził ostat­niej nocy w swoim pokoju. Nie mogę go zna­leźć.

Car­ter się zasta­na­wiał. Jack­son był praw­do­po­dob­nie osobą, którą naj­mniej znał. Spo­kojny, zrów­no­wa­żony męż­czy­zna zbli­ża­jący się do czter­dziestki. Abs­ty­nent, wega­nin. Lubił jogę i medy­ta­cję. Mimo to Car­ter ni­gdy nie miał z nim zatar­gów. Ale cóż, trudno było się z nim kłó­cić. Przy­po­mi­nał widmo.

-?Uwa­żasz, że to on jest zło­dzie­jem? Że wziął pla­zmę i uciekł?

-?Może. Ale dokąd?

Miles miał rację. Była tylko wio­ska. Lot­ni­sko znaj­do­wało się o godzinę jazdy stąd i bie­gła do niego tylko jedna wąska, kręta droga. Gdzie Jack­son mógłby zdo­być pojazd? Pozo­sta­wała sta­cja kolejki lino­wej, ale tak naprawdę nie wcho­dziła w grę.

-?Może wszystko prze­bie­gało ina­czej -?powie­dział Car­ter. -?Może po pro­stu... wybrał się na wycieczkę?

Miles spoj­rzał na Car­tera.

-?Bez kom­bi­ne­zonu nar­ciar­skiego?

Znowu racja.

-?Na razie zacho­wajmy to dla sie­bie -?powie­dział Miles. -?Jeśli Jack­so­nowi coś się przy­tra­fiło, źle to wpły­nie na morale, zwłasz­cza po nie­szczę­śli­wym wypadku Anyi.

Nie­szczę­śli­wym. Rze­czy­wi­ście. Car­ter prze­łknął ślinę.

-?A jeśli go znaj­dziemy?

Miles się skrzy­wił. Car­ter poczuł ści­ska­nie w gar­dle.

-?Wtedy będzie mar­twy.

HANNAH

Oca­lali zebrali się w tyl­nej czę­ści auto­karu.

Mar­twi leżeli przede wszyst­kim z przodu.

Han­nah obej­rzała wszyst­kich. Pię­cioro mło­dych męż­czyzn i kobiet, któ­rzy nie docze­kają następ­nych uro­dzin. Śmierć była nagła, gwał­towna. Taka czę­sto bywa jej natura. Zwłoki nie wyglą­dały ład­nie. Ni­gdy nie wyglą­dają ład­nie.

Pod pew­nym wzglę­dem było to szczę­śliwe zrzą­dze­nie losu, że więk­szość stu­den­tów w auto­ka­rze nie znała się wcze­śniej albo znała tylko z widze­nia. Oprócz chło­paka i jego sio­stry, któ­rzy sie­dzieli sku­leni z tyłu, nikt nie pła­kał z powodu śmierci part­nera albo naj­lep­szego przy­ja­ciela. Jed­nak nikt nie inte­re­so­wał się pozo­sta­łymi. Każdy dbał tylko o sie­bie. Może to być pro­blem. Oczy­wi­ście w tej chwili ist­niały znacz­nie poważ­niej­sze sprawy. Ale Han­nah nie była gotowa z nikim o nich roz­ma­wiać. Jesz­cze nie.

Poza wyta­tu­owa­nym Aryj­czy­kiem, umie­ra­jącą dziew­czyną i jej bra­tem oca­lały trzy inne osoby: atle­tycz­nie zbu­do­wany młody czło­wiek z ciem­nymi wło­sami i nijaką, choć przy­stojną twa­rzą, smu­kła krót­ko­włosa sza­tynka w oku­la­rach oraz chudy mło­dzian z kucy­kiem i kol­czy­kami w nosie, mówiący afek­to­wa­nym tonem. Roz­ma­wiali mię­dzy sobą.

-?Jak się stąd wydo­sta­niemy?

-?Widzia­łaś zamieć? Zamar­z­niemy na śmierć.

-?Możemy umrzeć.

-?Więc co mamy zro­bić?

-?Nie mogę uwie­rzyć, że zabrali nam komórki.

-?A ja nie mogę uwie­rzyć, że nikt nie prze­my­cił tele­fonu do auto­karu.

-?Kiedy nas znajdą? Jak długo to potrwa?

-?O Boże! Nie możemy tu tkwić całą noc z umar­łymi.

Han­nah miała ochotę powie­dzieć, że umarli to naj­mniej­szy z ich pro­ble­mów. Waż­niej­szy jest spa­dek tem­pe­ra­tury. W auto­ka­rze już było zimno. Wszy­scy mieli na sobie grube kurtki i dżinsy, ale nie kom­bi­ne­zony śnieżne chro­niące przed mro­zem. Jeśli spę­dzą tu całą noc, szybko zacznie się hipo­ter­mia.

Inny pro­blem to jedze­nie. Mieli gotowy pro­wiant przy­go­to­wany przez Aka­de­mię, a także wodę. Ale te zapasy miały star­czyć tylko na lunch. Potrze­bo­wali żyw­no­ści na dłuż­szy okres. Toa­leta znaj­do­wała się w dziw­nej, prze­krzy­wio­nej pozy­cji, lecz dawało się z niej korzy­stać, więc te potrzeby nie spra­wiały kło­potu. Na razie.

Śnieg pokry­wał auto­kar i szkło coraz grub­szą war­stwą. Kiedy cał­ko­wi­cie przy­sy­pie pojazd? Zamieć wresz­cie minie, co da im wię­cej moż­li­wo­ści. Albo nie.

-?Okej, ucisz­cie się wszy­scy!

Wysoki jasno­włosy męż­czy­zna wstał i patrzył na stu­den­tów. Wszy­scy byli w podob­nym wieku -?w Aka­de­mii uczyły się osoby w wieku od osiem­na­stu do dwu­dzie­stu trzech lat -?lecz ema­no­wał z niego auto­ry­tet i grupa powoli się uci­szyła.

-?Przede wszyst­kim pro­po­nuję, żeby­śmy się przed­sta­wili -?powie­dział. - Upro­ści to komu­ni­ka­cję. Mam na imię Lucas.

-?Josh -?rzekł atle­tycz­nie zbu­do­wany młody czło­wiek.

-?Ben -?ode­zwał się stu­dent z kol­czy­kami w nosie.

-?Cas­sie -?powie­działa szczu­pła dziew­czyna.

-?Ja nazy­wam się Han­nah -?rze­kła Han­nah.

Zer­k­nęła do tyłu na mło­dego czło­wieka opie­ku­ją­cego się sio­strą. Uniósł wzrok.

-?Daniel i Peggy.

-?Bar­dzo dobrze. -?Lucas ski­nął głową. -?Sytu­acja wygląda nastę­pu­jąco. Nie możemy zadzwo­nić po pomoc. Nie możemy wyjść.

-?Brzmi to bar­dzo opty­mi­stycz­nie, stary -?mruk­nął Ben.

-?Co z wyj­ściem awa­ryj­nym? -?spy­tał Josh.

-?Jest zablo­ko­wane -?powie­działa Han­nah.

-?Jesteś pewna?

-?Sam spró­buj je otwo­rzyć.

Josh wstał i znik­nął w wyż­szej czę­ści auto­karu. Wró­cił po kilku sekun­dach.

-?Tak, zakli­no­wane na amen.

-?Kurwa mać! -?zaklął Ben.

-?I wygląda na to, że nie mamy narzę­dzi, by wybić okna -?dodał Lucas.

-?Dla­czego?

-?Znik­nęły młotki awa­ryjne -?rze­kła Han­nah.

-?Chry­ste! -?Ben prze­wró­cił oczami. -?Nie wie­rzę, że wpa­ko­wali nas w takie gówno.

"Słuszne spo­strze­że­nie" -?pomy­ślała Han­nah. Auto­kar był stary. Aka­de­mia od jakie­goś czasu nie moder­ni­zo­wała środ­ków trans­portu. Chyba nie uznano tego za prio­ry­tet. Więk­szość stu­den­tów przy­jeż­dżała samo­cho­dami albo przy­la­ty­wała heli­kop­te­rami.

-?To tylko teo­re­tyczne roz­wa­ża­nia -?zauwa­żył z naci­skiem Lucas. -?Żaden z nas nie prze­żyłby długo w cza­sie burzy śnież­nej.

-?Więc co suge­ru­jesz? -?spy­tał Josh.

-?Sie­dzieć na miej­scu i cze­kać na przy­by­cie pomocy.

-?A jeśli się nie pojawi?

-?Wtedy znowu prze­ana­li­zu­jemy sytu­ację. Możemy zna­leźć spo­sób wydo­sta­nia się stąd. Wybie­rzemy dwie naj­spraw­niej­sze osoby, by spró­bo­wały spro­wa­dzić pomoc. Nie ma sensu wysy­łać kogoś, kto i tak nie prze­żyje.

-?Słusz­nie -?rze­kła Han­nah. -?Lepiej pocze­kajmy.

-?Dla­czego mamy cię słu­chać? -?spy­tała Cas­sie, obrzu­ca­jąc ją chłod­nym spoj­rze­niem.

Han­nah zauwa­żyła, że dziew­czyna nie kwe­stio­nuje auto­ry­tetu Lucasa.

-?Szko­li­łam się w zarzą­dza­niu kry­zy­so­wym -?odpo­wie­działa, sta­ra­jąc się mówić miłym, uspo­ka­ja­ją­cym gło­sem. Nie była to do końca prawda, ale szko­lił się w tym jej ojciec. -?W tej sytu­acji naj­le­piej zostać na miej­scu, przy­naj­mniej do końca zamieci -?cią­gnęła Han­nah. -?Mamy jedze­nie, schro­nie­nie i, co naj­waż­niej­sze, sie­bie.

-?Chcesz, żeby­śmy się przy­tu­lili? -?spy­tała sar­ka­stycz­nie Cas­sie.

-?Wła­śnie tak -?odpo­wie­działa Han­nah. -?Jeśli spę­dzimy tu noc, naj­więk­szym zagro­że­niem będzie mróz. Musimy się przy­tu­lić, żeby nie tra­cić cie­pła.

-?Myślisz, że zosta­niemy tu tak długo? -?spy­tał ze zmar­twioną miną Ben.

-?Może. Wysła­nie ekipy ratow­ni­czej będzie moż­liwe dopiero po usta­niu zamieci.

-?Wyślą ratow­ni­ków, prawda? -?spy­tała Cas­sie, zwra­ca­jąc się do Lucasa.

-?Oczy­wi­ście -?odpo­wie­dział z takim naci­skiem, że Han­nah pra­wie mu uwie­rzyła. -?Skoro zadali sobie tyle trudu, by wysłać nas w bez­pieczne miej­sce, czy mogliby nas teraz zosta­wić?

Miało to sens, ale Hanna wie­działa, że Aka­de­mia chciała się pozbyć stu­den­tów, by nie odpo­wia­dać za kolejne zgony.

Ben uniósł rękę. Spra­wiło to Han­nah przy­jem­ność, bo ozna­czało, że grupa trak­tuje ją i Lucasa jak przy­wód­ców, co powinno upro­ścić sytu­ację.

-?Tak? -?ode­zwała się.

-?Nie powin­ni­śmy na wszelki wypa­dek spraw­dzić, czy ktoś nie ma tele­fonu?

-?Masz na myśli zmar­łych? -?spy­tała Han­nah.

Miał zaże­no­waną minę.

-?No cóż, tak. Poza tym już nie potrze­bują ubrań ani jedze­nia, prawda?

Han­nah zer­k­nęła na Lucasa. Była to dobra suge­stia.

-?Powin­ni­śmy wyko­rzy­stać wszyst­kie dostępne rze­czy -?powie­dział.

-?Kto to zrobi? -?spy­tał Josh.

-?Ja -?odpo­wie­działa Han­nah.

-?Pójdę z tobą -?zapro­po­no­wał Lucas.

Ski­nęła głową. Ruszyli do gór­nej czę­ści auto­busu.

-?Tak naprawdę chcę z tobą poroz­ma­wiać -?rzekł cicho.

-?A ja z tobą.

-?Okej.

-?Zaczy­naj -?powie­działa Han­nah.

-?Zauwa­ży­łaś coś zwią­za­nego ze zmar­łymi? -?spy­tał Lucas.

-?Co masz na myśli?

-?Wszy­scy to stu­denci, prawda?

-?No cóż, tak.

-?A wszy­scy, któ­rzy prze­żyli, też są stu­den­tami...

-?Do czego zmie­rzasz?

-?Gdzie jest kie­rowca?

Popa­trzyła na niego. Oczy­wi­ście. Powinna była to zauwa­żyć. Gdzie jest kie­rowca? "Jesteś nie­sta­ranna, Han­nah". Rozej­rzała się, jakby kie­rowca mógł nagle wysko­czyć zza jed­nego z foteli. A kuku!

-?To nie­moż­liwe -?powie­działa.

-?Pamię­tasz, jak wyglą­dał? -?spy­tał Lucas.

Han­nah zmarsz­czyła brwi. Kiedy wsia­dała, widziała kie­rowcę palą­cego papie­rosa przed auto­ka­rem, lecz nie zwró­ciła na niego więk­szej uwagi. Miała wra­że­nie, że jest niski i szczu­pły, to wszystko.

-?Nie za bar­dzo.

-?Ale go tu nie widzisz?

-?Nie.

-?Są tylko dwie moż­li­wo­ści. Ist­nieje droga wyj­ścia...

-?Albo?

-?Uciekł wyj­ściem awa­ryj­nym, a póź­niej je zablo­ko­wał.

-?Ale dla­czego?

-?Wła­śnie, dla­czego? -?Lucas się uśmiech­nął. -?Co chcia­łaś mi powie­dzieć?

Han­nah prze­łknęła ślinę, tro­chę wytrą­cona z rów­no­wagi zmianą tematu.

-?Nie żyje pię­ciu stu­den­tów.

-?Tak?

-?Czte­rech wsku­tek obra­żeń odnie­sio­nych w wypadku.

-?A piąty?

Han­nah popro­wa­dziła go do przodu. Na jed­nym z foteli pół­le­żał młody czło­wiek o krę­co­nych wło­sach. W jego czaszce znaj­do­wało się duże wgłę­bie­nie.

-?Praw­do­po­dob­nie zgi­nął w wyniku ude­rze­nia tępym narzę­dziem w głowę.

Lucas popa­trzył na nią pyta­jąco.

-?Zgi­nął w wypadku.

-?Tak, ale... był już żywym tru­pem. Popatrz na jego oczy.

Lucas się pochy­lił. Usły­szała, jak gwał­tow­nie wciąga powie­trze. Rogówki stu­denta miały czer­wo­nawy odcień. "Czer­wone oczy".

Zbladł.

-?Prze­cież wszy­scy zosta­li­śmy prze­te­sto­wani?

Testy rze­komo były nie­za­wodne.

-?Coś musiało pójść nie tak -?powie­działa.

-?Ver­dammt. Myślisz, że...

-?Nie ma żad­nej pew­no­ści, dopóki nie poja­wią się objawy.

-?Kaza­łaś im się przy­tu­lić.

-?Mogli­by­śmy umrzeć wsku­tek wyzię­bie­nia.

-?Albo się zara­zić.

-?Za późno, żeby się tym przej­mo­wać. Od wielu godzin oddy­chamy tym samym powie­trzem, doty­kamy tych samych przed­mio­tów. Albo mamy szczę­ście... albo go nie mamy.

Umil­kła, by zro­zu­miał zna­cze­nie jej słów.

-?Więc jeśli nawet przy­będą ratow­nicy, część z nas umrze -?powie­dział powoli Lucas.

Był bystry, ale cią­gle nie zro­zu­miał. Han­nah pokrę­ciła głową.

-?Jeśli przy­jadą ratow­nicy i Depar­ta­ment zro­zu­mie, że jeste­śmy zain­fe­ko­wani... nikt z nas nie dotrze do Azylu.

MEG

Mar­twym męż­czy­zną był sier­żant Paul Par­ker. Pra­co­wała z nim w wydziale zabójstw. Póź­niej prze­nie­siono ich do Wydziału Kon­troli Zaka­żeń i Nie­po­ko­jów Spo­łecz­nych. Inni poli­cjanci opi­sy­wali jego dzia­łal­ność nastę­pu­jąco: "Strzela, polewa ben­zyną i pod­pala".

"Musisz pamię­tać, Hill, że nie są tacy sami jak my. Wyświad­czamy im przy­sługę".

Przy­sługę. Tak. Meg pamię­tała. Cza­sami marzyła o tym, by wyma­zać te wspo­mnie­nia z pamięci. Jak za pomocą lobo­to­mii. Zapo­mnie­nie też może być dobro­dziej­stwem.

Oczy­wi­ście było to teraz nie­istotne, ponie­waż na smy­czy wiszą­cej pod kom­bi­ne­zo­nem męż­czy­zny znaj­do­wała się pla­kietka z napi­sem: "Mark Wil­son -?ochrona".

-?Kto to? -?spy­tała Sarah. -?Nic mu nie jest?

-?Nazywa się Mark Wil­son. -?Meg powtó­rzyła fał­szywe nazwi­sko. -?Nie żyje.

Sarah zasło­niła usta dło­nią.

-?O mój Boże...

-?Jak to się stało? -?spy­tał Sean.

Dobre pyta­nie. Dotknęła szyi zmar­łego. Nie po to, by wyczuć tętno. Wie­działa, czym jest śmierć. Chciała się zorien­to­wać, jaka jest tem­pe­ra­tura ciała. Było chłodne, lecz jesz­cze nie lodo­wate i sztywne. Unio­sła ramię męż­czy­zny. Cią­gle było luźne, dawało się zgi­nać. Jak dotąd nie poja­wiło się stę­że­nie pośmiertne, co ozna­czało, że umarł nie­dawno, praw­do­po­dob­nie w ciągu ostat­nich dwóch godzin.

-?Może to reak­cja na lekar­stwa, które otrzy­ma­li­śmy? -?spy­tał Max.

Była to dobra suge­stia. Nawet roz­sądna. Meg uklę­kła obok ciała. Teraz było to tylko ciało. Nie Paul, Mark czy jak­kol­wiek się nazy­wał. Obej­rzała twarz, usta, które cało­wała. Z powodu pożą­da­nia, samot­no­ści, roz­pa­czy, dla wygody. Nie czuła miło­ści. Nawet na początku. Bywają związki oparte na kruch­szych pod­sta­wach. Ale potrze­bo­wali wię­cej, aby prze­trwać.

Roz­chy­liła wargi i zaj­rzała do gar­dła, szu­ka­jąc śla­dów wymio­tów, oznak przedaw­ko­wa­nia. Nie zauwa­żyła wymio­cin, lecz widziała krew wokół zębów. Czuła rów­nież jej zapach. Zmarsz­czyła brwi. Póź­niej wycią­gnęła rękę i roz­pięła kom­bi­ne­zon. Nosił pod spodem białą koszulkę ter­mo­ak­tywną.

Kie­dyś była biała, lecz teraz przód był popla­miony na brą­zowo.

-?O kurwa! -?zawo­łał Karl. -?To krew?!

-?Tak.

Meg zaci­snęła zęby i unio­sła T-shirt. Skrzy­wiła się lekko, odry­wa­jąc zakrwa­wioną tka­ninę od ciała. Rana znaj­do­wała się tuż poni­żej mostka. Mię­dzy dru­gim a trze­cim żebrem. "Ude­rze­nie w wątrobę -?pomy­ślała. - Pre­cy­zyjne, śmier­telne".

-?Został zabity nożem -?powie­działa bez­na­mięt­nie i odwró­ciła się w stronę grupy.

Stali wokół niej. Mieli prze­stra­szone, zdez­o­rien­to­wane miny. Na widok mar­twego męż­czy­zny zapo­mnieli na chwilę o swo­jej sytu­acji, o tym, że utknęli w kolejce lino­wej. Meg zasta­na­wiała się, czy ktoś z nich widział mar­twe ciało z tak bli­skiej odle­gło­ści.

W ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat wyda­rzyło się wiele rze­czy, lecz nie­któ­rym ludziom oszczę­dzono praw­dzi­wego hor­roru. Oczy­wi­ście widzieli zwłoki w tele­wi­zji. A przy­naj­mniej to, co chciały poka­zać media. Jed­nak w wielu wiej­skich regio­nach ludzie unik­nęli naj­gor­szego. Podob­nie jak boga­cze miesz­ka­jący w pry­wat­nych strze­żo­nych osie­dlach na obrze­żach wiel­kich metro­po­lii. Jeśli ktoś miesz­kał poza mia­stem, mógł nie widzieć z bli­ska masa­kry.

-?Dla­czego ktoś miałby to zro­bić? -?spy­tała drżą­cym gło­sem Sarah, doty­ka­jąc krzy­żyka na piersi.

Meg wzru­szyła ramio­nami. Nie­ustanny stan histe­rii Sarah spra­wił, że chciała trak­to­wać ją bru­tal­nie.

-?Kto wie? Wybrał naj­lep­sze miej­sce, by rana była śmier­telna, chyba że po pro­stu miał szczę­ście.

-?Wygląda na to, że dobrze się znasz na ranach zada­nych nożem -?zauwa­żył Sean.

-?Słu­ży­łam kie­dyś w poli­cji -?przy­znała.

-?Kie­dyś? -?spy­tał Karl.

-?Tak.

Rozej­rzała się, cze­ka­jąc na następne pyta­nia. Nikt ich nie zadał. Wszy­scy mieli jakąś prze­szłość i nikt nie chciał o niej roz­ma­wiać.

-?Możesz okre­ślić, od jak dawna nie żyje? -?ode­zwał się Max. - Przy­pusz­czam, że zabito go, zanim wsie­dli­śmy.

-?Może pod­rzu­cono mar­twe ciało? -?zasu­ge­ro­wał Karl.

-?Może nikt nie zda­wał sobie sprawy, że nie żyje -?powie­dział Sean. - Wszy­scy myśle­li­śmy, że śpi, prawda?

Meg popa­trzyła na zwłoki. Może nikt niczego nie zauwa­żył, choć wyda­wało się to mało praw­do­po­dobne. Albo nikogo to nie obcho­dziło?

-?Może -?powie­działa. -?Umarł nie­dawno. Moim zda­niem co naj­wy­żej przed kil­koma godzi­nami.

-?Co z tego wynika? -?spy­tała Sarah.

-?Zabił go ktoś z nas -?rzekł Karl, patrząc na Meg. -?Tak sądzisz, prawda?

-?Wszy­scy byli­śmy nie­przy­tomni -?odpo­wie­działa Sarah.

-?Rze­komo -?wtrą­cił Max.

Sarah unio­sła dło­nie.

-?To śmieszne. Nikt go nie dźgnął. Nikt z nas go nie zna.

Meg mil­czała. Sarah splo­tła ręce, jakby chciała powie­dzieć: "Znowu zaczy­na­cie". Max podra­pał się po pod­bródku.

-?Mógł zostać zabity przed umiesz­cze­niem nas w wago­niku, ale to nie wyklu­cza moż­li­wo­ści, że ktoś z nas jest sprawcą.

Sarah popa­trzyła na niego.

-?Słu­cham?

-?Max chce powie­dzieć, że nawet jeśli żaden z nas nie zabił go w kabi­nie, mógł to zro­bić wcze­śniej -?wyja­śnił Sean.

-?Och, na litość boską!

Max popa­trzył na Meg.

-?Pamię­tajmy, że tak czy ina­czej jeste­śmy na sie­bie ska­zani. Chciał­bym mieć pew­ność, że nikt nie ma broni.

-?Skon­fi­sko­wano nam wszyst­kie rze­czy oso­bi­ste -?odpo­wie­dział Sam. Spoj­rzał na swój kom­bi­ne­zon i buty. -?To nawet nie moje ubra­nie.

Meg zasta­na­wiała się przez chwilę, po czym roz­pięła kom­bi­ne­zon. Pod spodem miała biały ter­miczny T-shirt i szorty. Podob­nie jak Paul. Odzież nie nale­żała do niej. Prze­brano ją, gdy była nie­przy­tomna. Zdjęła buty i kom­bi­ne­zon, po czym natych­miast zady­go­tała.

-?Co robisz? -?spy­tał Sean.

-?Udo­wad­niam, że nie mam nic do ukry­cia. -?Rzu­ciła kom­bi­ne­zon w stronę Sarah. -?Prze­szu­kaj kie­sze­nie.

Wyda­wało się, że Sarah zamie­rza opo­no­wać, ale w końcu się nie ode­zwała. Obma­cała kie­sze­nie kom­bi­ne­zonu.

-?Nic tu nie ma.

-?Świet­nie.

Oddała kom­bi­ne­zon Meg, która z ulgą go zało­żyła.

-?Okej, kto następny? -?spy­tała.

Max roz­piął kom­bi­ne­zon. Sean poszedł za jego przy­kła­dem. Sarah prze­wró­ciła oczami, lecz dotknęła suwaka. Wymie­nili się kom­bi­ne­zonami, obszu­kali je i zaj­rzeli do kie­szeni.

Ostatni był Karl. Rozej­rzał się na boki, jakby wie­rzył, że w ostat­niej chwili ktoś zwolni go z nie­przy­jem­nego obo­wiązku. W końcu pokrę­cił głową i nie­chęt­nie dotknął suwaka. Kiedy zdjął kom­bi­ne­zon, Sarah gło­śno jęk­nęła. Ręce i nogi Karla były pokryte brzyd­kimi czar­nymi tatu­ażami. Wyda­wały się pry­mi­tywne i Meg domy­śliła się, że zostały wyko­nane w wię­zie­niu: swa­styki, czaszki, liczba 1488, aryj­ski krąg, pięść i napis: "Krew i honor". Poni­żej szyi nie było ani skrawka nie­tknię­tej skóry. Wszy­scy wie­dzieli, co ozna­czają te tatu­aże. Były sym­bo­lami nie­na­wi­ści, supre­ma­cji bia­łej rasy.

Karl patrzył wyzy­wa­jąco w oczy Meg, lecz widziała w nich wstyd. Czuła, jak pozo­stali na nią patrzą. Była czar­no­skóra. To jej pro­blem, nie ich.

Uśmiech­nęła się blado do Karla.

-?Wiesz, że zro­bili błąd orto­gra­ficzny w sło­wie "honor"?

Spu­ścił wzrok.

-?Tak, wiem.

Ski­nęła głową.

-?Daj mi kom­bi­ne­zon.

Zdjął go i podał jej. Meg wzięła kom­bi­ne­zon. Coś upa­dło z brzę­kiem na pod­łogę kabiny.

Nie­wielki zakrwa­wiony nóż.

CARTER

Stał na szczy­cie stoku, tuż przed gra­nicą Azylu. Na haku koły­sał się i szczę­kał stary szyld, na który już nikt nie zwra­cał uwagi.

Znowu spraw­dził, czy ma wszystko, co potrzebne, i przy­go­to­wał się. Przy ład­nej pogo­dzie zjazd do wio­ski zaj­mo­wał dobremu nar­cia­rzowi dwa­dzie­ścia minut. Nie był dobrym nar­cia­rzem, a dziś -?sądząc po gęst­nie­ją­cych chmu­rach, wie­trze i śniegu wiru­ją­cym wokół gogli -?nie zapo­wia­dała się ładna pogoda.

Poza tym był las. Nie dało się go omi­nąć. W poło­wie drogi po obu stro­nach rosły sosny. Gęste, zło­wiesz­cze. Pełne istot, które patrzyły, szep­tały... i gwiz­dały.

Car­ter nie­na­wi­dził lasów. Od zawsze. Winił za to ojca. Kiedy Car­ter był dziec­kiem, ojciec opo­wie­dział mu histo­rie o zna­jo­mych dzie­ciach, które zna­la­zły w lesie poćwiar­to­waną dziew­czynkę. Koń­czyny ukryto pod sto­sami liści. Wytro­piono czło­wieka, który ją zabił, lecz ni­gdy nie zna­le­ziono głowy.

Car­ter nie był pewien, czy to prawda, czy zmy­śle­nie. Ojciec opo­wia­dał mnó­stwo bzdur, zwłasz­cza po pijaku. Ale ta histo­ria utkwiła mu w pamięci. Cza­sami śniły mu się kosz­mary o mar­twej dziew­czynce, gło­wie idą­cej ku niemu na paję­czych nogach jak prze­raź­liwy mutant z obcej pla­nety. Naj­gor­szy kosz­mar dok­tora Moreau. W ciem­nym, mrocz­nym lesie ni­gdy nie dzieje się nic dobrego. Dosko­nale zda­wał sobie z tego sprawę.

Popra­wił gogle nar­ciar­skie i głę­boko zaczerp­nął tchu. "Pie­przyć to wszystko..." Ode­pchnął się kij­kami. Jechał nie­zbyt ele­gancko, nie­zbyt szybko. Jak dzie­ciak uczący się nar­ciar­stwa na oślej łączce. Nie­na­wi­dził poczu­cia, że traci kon­trolę nad wła­snym cia­łem, ulega gra­wi­ta­cji i zjeż­dża po śli­skim, kry­sta­licz­nym lodzie. Wolałby samo­chód, choćby rower, a nie dwie deski i pie­przone kijki.

Wyobra­ził sobie Caren obser­wu­jącą go z ogrom­nego szkla­nego okna, śmie­jącą się z jego nie­pew­nych, kośla­wych ruchów. Zauwa­żył, że Caren czę­sto go obser­wuje. Nie przy­szedł mu do głowy zwa­rio­wany pomysł, że Caren w sekre­cie się w nim pod­ko­chuje. Musia­łaby uwiel­biać gro­te­skę. Miał wra­że­nie, że patrzy przez niego na wylot. Jakby był nagi jak cesarz pozba­wiony odzie­nia.

Pró­bo­wał zapo­mnieć o Caren pisa­nej przez duże C i sku­pić się na tym, by nie zła­mać karku. Cały się spo­cił. Wiatr oble­piał mu twarz śnie­giem; musiał zary­zy­ko­wać upa­dek, uno­sząc rękę i ocie­ra­jąc gogle. Przy­tła­czał go cię­żar czar­nego nieba. Powi­nien szybko wyko­nać zada­nie. Nie mógł ryzy­ko­wać, że utknie w śnie­życy.

Dotarł do pła­skiego odcinka stoku i zdo­łał się zatrzy­mać. W dole polana się zwę­żała, sosny zbli­żały się do sie­bie. Usi­ło­wał powstrzy­mać nie­po­kój, po czym znowu poje­chał w dół naj­szyb­ciej, jak potra­fił. Patrzył pro­sto przed sie­bie, uni­ka­jąc spo­glą­da­nia na ciemny las. Było wcze­śnie, ale z powodu śnie­życy zapadł przed­wcze­sny zmrok. Wędrówka pod górę mogła być nie­bez­pieczna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki