Rozdział 1
Lilith
Wyglądasz pięknie, kiedy śpisz.
W kółko czytam tę notkę. Nie zwariowałam. List jest prawdziwy. W ostrym blasku księżyca słowa stają się jeszcze bardziej czytelne. Trzymam gruby brązowy pergamin w obu rękach, by nie zwinął się z powrotem. Każdy znak zostawiony czarnym atramentem powoduje, że ściska mnie w żołądku. Litery zwężają się przy końcówkach, jakby zostały napisane piórem.
Znowu tu był. Patrzył, jak śpię.
Wmawiam sobie, że napisałam tę notkę sama, przez sen, tak jak mi mówiła doktor Mallory.
Nie ma znaczenia, ile razy to powiem, wykrzyczę w poduszkę lub zapiszę, nie wierzę we własne słowa. Te listy są prawdziwe. Wiem, że tak jest, choć nie wierzy mi nikt inny.
Opowiedziałam doktor Mallory o mężczyźnie, który odwiedził mnie w dniu wypadku, z twarzą ukrytą w cieniu kaptura. Najpierw zaczęły się pojawiać prezenty. Potem listy. Wreszcie symbole. Wszystko pochodzi od niego. Od Człowieka Bez Twarzy.
Próbowałam udowodnić doktor Mallory, że listy są prawdziwe, a ja nie mam halucynacji, jak twierdzi. Właściwie próbowałam udowodnić wszystkim, że ktoś mnie obserwuje i zostawia mi listy. Nikt mi nie wierzył, myśleli, że to tylko bełkot wariatki. Robiłam zdjęcia listów, ale znikały z mojego telefonu. Za każdym razem, gdy wkładałam listy do torby, ginęły w próżni, a potem pojawiały się z powrotem w mojej sypialni z notką:
To nasz mały sekret.
Nie jestem szalona. Nie jestem.
Prezenty, które mi zostawia, są prawdziwe. Podobnie jak symbole, które rysuje na moim ciele. Wiem, że są prawdziwe.
- Kupiłaś sobie kwiaty, Lili, i zwyczajnie o tym zapomniałaś - powiedziała doktor Mallory, choć nigdy nie przepadałam za kwiatami. Kiedy opowiedziałam jej o symbolach, wyjaśniła:
- Pewnie lunatykowałaś i narysowałaś je na sobie.
Myślałam, że ma rację, bo ten mężczyzna nigdy mnie nie odwiedzał, gdy byłam z Evanem, u niego albo u mnie. Budziłam się rano lub w środku nocy, z Evanem u boku, a na moim ciele nie było śladów pozostawianych przez Człowieka Bez Twarzy. Żadnych listów na mojej poduszce czy szafce nocnej. Żadnych kwiatów na mojej klatce piersiowej czy komodzie. Byłam wtedy wolna od koszmarów z udziałem Człowieka Bez Twarzy przynajmniej przez jedną noc. Chociaż nie byłam pewna, czy jest on koszmarem, czy najpiękniejszym snem.
Evan był moją tarczą ochronną przeciwko Człowiekowi Bez Twarzy.
Dopóki mój prześladowca nie przestał się przejmować jego obecnością.
Chrapanie Evana jest jedynym dźwiękiem, który słyszę w małej przestrzeni mojego pokoju. Jest zbyt wcześnie na szczekanie psa u góry. Dzieci na dole nie włączyły jeszcze kreskówek przed szkołą. Wszyscy sąsiedzi mówią, że tylko mnie słychać w tym budynku w nocy. Zawodzę lub skomlę, gdy dopadają mnie nocne lęki. Evan mówi, że nie zawsze mam koszmary. Czasami po prostu mówię przez sen, ale nie zawsze pamiętam, o czym śnię. Pamiętam jedynie sny o wypadku i wtedy zaczynam krzyczeć.
Dlatego Evan woli, byśmy mieszkali osobno, bo musi być wyspany i przytomny w pracy. Mówi, że to niemożliwe, gdy go wybudzam swoją "paplaniną".
Kiedy raz w tygodniu kładę się obok Evana, staram się nie zasnąć, by go nie obudzić. Tak bardzo staram się nie zasnąć, przysięgam. Ale leki od doktor Mallory zawsze mnie usypiają, choćby tylko na kilka godzin.
Zsuwam kołdrę z gołych nóg i skradam się przez pokój. Nie ośmielam się spojrzeć w dół na swoje ciało, dopóki drewniane panele pod moimi stopami nie zamienią się w zimne kafelki. Oślepia mnie matowe światło w łazience. Powoli spuszczam wzrok ze swoich rozczochranych ciemnobrązowych włosów na symbol namalowany na mojej klatce piersiowej i czarne odciski dłoni na moich pełnych udach, których nie da się ukryć pod podkoszulkiem i szortami. Nie widzę dwudziestocentymetrowej blizny na brzuchu ani żadnej z pozostałych blizn pokrywających moje ciało po wypadku, ale wiem, że tam są.
Gryzę się w język, by stłumić szloch, i odrywam wzrok od lustra. Prostując kartkę, oglądam ją w matowym świetle i naiwnie trzymam się nadziei, że nie będzie tam żadnych słów. Ale jak zawsze drwią ze mnie słowa napisane kursywą: Wyglądasz pięknie, kiedy śpisz.
Nie jestem pewna, co jest głupsze: moja nadzieja, że tych słów tam nie będzie, czy też to, że nie chcę, by jego listy kiedykolwiek przestały przychodzić.
Zaciskam powieki. Sięgam po myjkę i namaczam czarny materiał, nie czekając, aż woda zrobi się ciepła. Upuszczam list na umywalkę. Rozprasza mnie moje własne odbicie. Nie mogę się powstrzymać, by nie dotknąć śladów, które zostawił na moich udach. Pozostawiony ślad jest znacznie większy niż moja ręka, co jest kolejnym dowodem na to, że nie oszalałam. Już nie próbuję nikogo przekonywać, ale posiadanie fizycznego dowodu mnie rehabilituje.
Przyzwyczajona do zmywania śladów węgla ze skóry wracam po chwili do pokoju i otwieram szufladę zawierającą niemal wszystko, co Człowiek Bez Twarzy kiedykolwiek mi podarował. List ląduje w jednym z pudełek po butach wypełnionych setkami notek, które mi zostawił. Leży obok stosu czarnych ptasich piór i czaszek różnych zwierząt.
Nie mogę się zmusić do wyrzucenia czegokolwiek, bo to namacalne dowody na to, że nie utraciłam zdrowego rozsądku. Wmawiam to sobie.
Zrezygnowałam ze zbierania kwiatów, które mi zostawia, ponieważ usychają w ciągu kilku dni. Wszystkie z wyjątkiem jednego. Kieruję uwagę na pozbawioną łodygi lilię w rogu szuflady, która wciąż jest pełna życia po półtora roku w zimnym więzieniu z drewna. Szuflada to trumna, tylko mniejsza.
Z drżącym oddechem zamykam z powrotem szufladę pełną darów Człowieka Bez Twarzy i wślizguję się w zimną pościel, by położyć się obok mężczyzny, który nie wie, że te listy są jedynym powodem, dla którego żyję.
Żałuję, że nie umarłam tamtego dnia.
Mój umysł zamienia się w biały szum, gdy tyka zegar. Minuta za minutą. Godzina za godziną. Wszystko mija w mgnieniu oka, gdy jestem bezpieczna w zaciszu własnego umysłu. Aż w końcu dzwoni budzik.
Umarłam tamtego dnia, ale moje ciało żyje dalej. Mogę godzinami wpatrywać się w przestrzeń, obserwując cienie rozciągające się na szerokość pokoju i kurczące z powrotem w kącie bez żadnej myśli w głowie czy emocji w klatce piersiowej. Czasami nie wiem, czy lepiej nie czuć nic, czy czuć wszystko.
Czas mija, a w mojej dłoni pojawia się kolejny brązowy pergamin. Dzięki nim czuję, jakbym miała serce. Niezależnie od tego, czy ono trzepocze, czy grzmi, czuję, że żyję.
Zastanawiam się, jak smakujesz, moja mroczna burzo.Twoje jęki są jak symfonia aniołów. Jak będą brzmiały twoje krzyki?Lilith, moja nocna maro, moja idealna druga połówko, wkrótce będziesz cała moja.
- Wyłącz to - jęczy Evan.
Mrugam, zdając sobie sprawę, że budzik dzwoni już od ponad minuty.
- Przepraszam - mówię i go wyłączam.
- Zupełnie jakbyś chciała, żeby bolała mnie głowa.
Przełykam i czekam, aż wyjdzie z łóżka i zacznie brać prysznic. Wtedy odrywam się od poduszki, by spojrzeć na pluszowego misia siedzącego na mojej komodzie. Jego czarne oczka wpatrują się we mnie, gdy wyjmuję telefon i przewijam nagranie z kamerki.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej