ROZDZIAŁ 2
MADDIE
Kiedy drzwi się otwierają, Sheri wybucha śmiechem.
- Maddie, masz klucz. Nie musisz pukać.
Wzruszam ramionami, torebka zsuwa mi się z ramienia i ciągnie za sobą bluzkę. Poprawiam ją, żeby nie świecić nagością, i zdmuchuję loki z twarzy.
- Pomyślałam, że tak należy. Jestem twoim gościem. Twoim bardzo wdzięcznym gościem.
- Nie, jesteś moją współlokatorką. Nie żadnym cholernym gościem.
Uśmiecham się, nie dyskutuję z tym, ale tylko dlatego, żeby przestała się ciskać, ponieważ obie wiemy, że nie płacę jej nawet połowy czynszu. Mieszka w luksusowej kamienicy z piaskowca w bostońskiej Back Bay, a mnie nawet w najśmielszych marzeniach nie byłoby stać na taką lokalizację. Moja stara przyjaciółka dowiedziała się skądś, że szukam jakiegoś kąta, ponieważ już wypowiedziałam najem swojego starego mieszkania, i nalegała, żebym się do niej wprowadziła. Odwiedzałam ją wcześniej, ale nadal jestem pod wrażeniem jej mieszkania. Ciemne, polerowane podłogi z drewna, przyciągający wzrok ogromny kominek, obok którego stoją smukłe, modernistyczne meble. Wystrój jest wyszukany i elegancki, jakiś milion razy lepszy od mojego składanego futonu i szarych regałów na książki.
Tylko jednej rzeczy mi brakuje.
- Przeniosłaś moje kartony. - A było, do cholery, co przenosić.
- Miałam pomocnika. Wpadł sąsiad i mi pomógł. A jeśli już mowa o tym ciachu...
- Niepotrzebnie to zrobiłaś. Uprzątnęłabym je sama. - Kiedy w zeszły weekend sprowadziłam się tutaj ze swoimi kartonami, bałam się, że dostanę mandat za parkowanie przed domem wynajętą furgonetką, więc po prostu zostawiłam wszystko w rogu jej salonu.
Macha ręką.
- Przynajmniej miałam wymówkę, żeby nie iść na siłownię. Poza tym, miałam dużo radochy, czytając, jak podpisałaś swoje rzeczy.
- To znaczy?
- Makijaż i kremy nawilżające. Zimowa pościel i ubrania termiczne. Podręczniki do dziennikarstwa i notatki. I wszystko opisane w różnych kolorach. Użyłaś markera do tworzenia etykiet? - Nie czeka na moją odpowiedź. - A tak przy okazji, co było w pudle z napisem "szafka nocna"? Bo zaczęło wibrować, gdy przypadkiem upuściłam je na podłogę? - Otwieram usta ze zdumienia, a jej chichot zmienia się w głośny śmiech. - Hmm, niech zgadnę. Zamiennik Jacoba.
Odchrząkuję i kręcę głową, przy okazji otrząsam się z zażenowania.
- Jacob chciałby być tak jurny jak Power-Boy 3000 i dać mi tyle orgazmów.
Sheri unosi brwi.
- Power-Boy 3000? Gdzie mogę go kupić?
- Ja kupiłam na przyjęciu z zabawkami erotycznymi u mojej koleżanki.
- My też musimy takie urządzić! Może jak skończymy ten film. - Sheri pracuje dla swojego ojca, który jest znanym producentem filmowym, więc bardzo dużo podróżuje. To jeden z powodów, dla którego potrzebuje lokatora. Żeby ktoś pilnował mieszkania, kiedy jej nie ma. O wiele łatwiej by było, gdyby przeprowadziła się do Nowego Jorku lub do LA, ale czuje się dziewczyną z Bostonu i nieco się wkurza na samą wzmiankę o przeprowadzce.
Przebieram się w dżinsy i dopasowaną koszulkę z dekoltem w serek, a Sheri proponuje, żebyśmy poszły obadać nowy bar, który otworzył się na naszej ulicy, i wypiły kilka drinków.
Dwadzieścia minut później siedzimy już przy stoliku w rogu i w słabo oświetlonym barze zamawiamy drugą kolejkę. Alkohol działa na mnie tak, że mam ochotę rozpłakać się nad kuflem piwa. Z tego powodu nigdy nie piję. Robię się zbyt płaczliwa. Teraz czuję, że moje serce stało się ciężkie.
- Sheri, bardzo ci dziękuję, że mnie przygarnęłaś.
Unosi brwi.
- Z tobą zaprzyjaźniłam się na samym początku studiów na BU. Przecież to naturalne, że cię przygarnęłam.
Na pierwszym roku Sheri i ja dzieliłyśmy pokój w akademiku należącym do Uniwersytetu Bostońskiego. Z początku się nie dogadywałyśmy. Chyba sądziła, że jestem sztywniarą, a ja uważałam, że ona jest bogaczką. Wiem, że to brzmi okropnie, ale wywodzi się z Park Avenue, podczas gdy ja, dorastając, donaszałam ciuchy po innych dzieciach - nie dlatego że uważałam, że to fajne i naoglądałam się zbyt wiele starych filmów Johna Hughesa, lecz dlatego, że nie było nas na wiele stać. Ale w końcu zaczęłam dostrzegać coś więcej niż metki drogich marek i francuski manikiur i zobaczyłam dziewczynę o wielkim sercu mieszczącym się w miniaturowym ciele.
Razem wyglądamy dziwacznie. Ona malutka jak orzeszek, a ja - rosła jak topola. Jest drobna, opalona, ma wycieniowane jasne włosy i wielkie niebieskie oczy. Ja mam ponad sto siedemdziesiąt centymetrów, długie czarne włosy, bladą cerę i niebieskie oczy. Ona wygląda, jakby właśnie zeszła z planu filmowego, a ja przypominam postać z Wicked. Ale kocham ją, chociaż cała mogłaby się zmieścić do jednej nogawki moich spodni.
- Mads, gdybym tylko mogła, skopałabym jaja Jacobowi. Czy ten kretyn nadal do ciebie wydzwania?
- Już tylko raz czy dwa razy w tygodniu. Zrzucam go na pocztę głosową.
Patrzy na mnie ze zmartwioną miną.
- A tak w ogóle, to jak sobie radzisz?
Upijam łyk piwa, żeby zyskać na czasie.
- Będę szczera. Ostatnie tygodnie były ciężkie. - Zwłaszcza gdy uświadomiłam sobie, że straciłam mieszkanie. Planowałam zamieszkać z Jacobem, moja stara współlokatorka znalazła sobie kąt gdzie indziej, a właściciel mieszkania podpisał już umowę z nowym najemcą, więc zostałam na lodzie. Bawię się etykietą przyklejoną do butelki piwa. - Niech będzie, że miesiąc i cztery dni.
Chociaż bardzo chciałabym zapomnieć datę naszego rozstania, zbiegła się z dniem rozpoczęcia przeze mnie pracy, więc będzie trudno wyprzeć ją z pamięci.
Muszę jednak patrzeć na pozytywy. Przynajmniej testy wyszły negatywnie. Ponieważ pierwsze, co zrobiłam po rozstaniu, to badania w klinice, by sprawdzić, czy ten drań nie sprzedał mi jakiegoś choróbska.
Sheri przysuwa do mnie krzesło i obejmuje mnie ręką. Kładę głowę na jej ramieniu i wzdycham. Jestem jedynaczką, ale gdybym miała siostrę, to właśnie tak ją sobie wyobrażam. W takich chwilach odczuwam ból większy niż ten po Jacobie. Tak bardzo tęsknię za tatą, że aż czuję ból w piersi.
- Wiem, że leczysz teraz złamane serce, ale chcę, byś wiedziała, jak bardzo się cieszę, mając cię za współlokatorkę. Nadal jestem wkurzona, że mnie odrzuciłaś na drugim roku.
Gwałtownie nabieram powietrza.
- Nie odrzuciłam cię! O ile pamiętam, chciałaś zamieszkać w Zachodnim Kampusie, a ja miałam zajęcia w Com School we Wschodnim Kampusie o szóstej rano.
- No dobrze. - Chichocze i spuszcza wzrok. Po chwili robi poważną minę. - Tak mi przykro, że ten kutas cię wystawił, Mads. Dobrze się czujesz? Serio?
- Mmm. - Oczy wypełniają mi się łzami. - Poza tym, że Jacob zrujnował mój plan pięcioletni? - Myślę o nagraniu, jakie mam w telefonie, i znowu na pierwszy plan wysuwa się złość. Muszę się jej trzymać, ponieważ nienawiść jest cenniejszą emocją niż żałoba.
Sheri wykrzywia usta. Ale nie dopuszczam jej do głosu.
- Rozumiem, że ciągnęło go do innych kobiet. Rzucają się na niego, gdziekolwiek się ruszy. Może byłam głupia, sądząc, że go utemperowałam. Ale tak naprawdę dręczy mnie myśl, jak... - Zamykam oczy i w najdrobniejszych szczegółach odtwarzam tę scenę. Zniżam głos i mówię: - Jak on do niej mówił.
Pokaż, jak ci się podoba mój kutas w ustach.
Nie jestem w stanie tego wypowiedzieć, ale słowa odbijają się rykoszetem w mojej głowie niczym strzał w kanionie.
Pochylam głowę, aż włosy opadają mi na twarz i odchrząkuję.
- Nigdy nie zachowywał się tak przy mnie.
- Co masz na myśli?
Jak mam to powiedzieć? Boże, to takie poniżające.
- Hmm, był... przy mnie uważny. Zachowywał się bardziej... właściwie.
- Nie mówił brzydkich rzeczy.
- Chodzi o coś więcej. Traktował mnie, jakby bał się, że mnie urazi. Taki budzący grozę zawodnik w stosunku do mnie był delikatny i może... okazywał mi zbyt wielkie poważanie? Och, brzmi to okropnie. Chyba upadłam na głowę, chcąc, by był bardziej szorstki?
- Wcale nie, do cholery. - Prycha. - Szorstkość jest dobra. Szorstkość ma na mnie dobry wpływ.
- Zastanawiam się, czy nie byłam dla niego zbyt pedantyczna i dupowata.
- W dupę też jest dobrze.
Uderzam ją w ramię.
- Wiesz, co mam na myśli. Tak jak powiedziałaś, bywam grymaśna i nienawidzę spać na mokrym. Nie cierpiał, gdy wyskakiwałam z łóżka w chwili, gdy skończył, ale nie znoszę, gdy to spływa mi po nodze o drugiej w nocy.
Sheri chichocze.
- Jego strata, że nie potrafił cię odpowiednio przelecieć. I co z tego, że chciałaś się umyć? Każdy ma swoje przyzwyczajenia. - Upija łyk piwa i obrzuca mnie uważnym spojrzeniem. - Słuchaj, wiem, że miałaś chłopaków przed Jacobem, ale masz w sobie coś z grzecznej dziewczynki. Wydaje mi się, że nie umiał wznieść się ponad to wrażenie. No wiesz, kompleks madonny i ladacznicy.
- Więc ja odgrywałam rolę dziewicy, a ta kobieta w jego łóżku była ladacznicą? - Sheri niechętnie potakuje. - Domyślam się, że to by wyjaśniło, dlaczego posuwał ją w usta tak, jakby chciał dosięgnąć jej pępka przez przełyk.
- Jacob może i posuwał laski na boku, ale chciał się z tobą żenić, więc może w pewnym sensie chciał, byś była niepokalana.
Śmieję się z tego.
- Niepokalana. Super. - Czyż nie kupiłam kilku przezroczystych halek dla niego? Która część niego sądziła, że chcę być niepokalana? Czy miałam mu to przeliterować? Zrozum, nie musiał się zachowywać, jakby był Christianem Greyem, ale on chyba nigdy nie stracił nad sobą kontroli, gdy był ze mną. A przecież tego chce każda dziewczyna. Każda chce, by facet oszalał dla niej z pożądania i stracił nad sobą kontrolę, co nie?
Cholerny Jacob. Czy nasz seks nie był dość dobry? Wydawało mi się, że był zadowolony. Może nie za każdym razem miałam orgazm, ale która pracująca sześćdziesiąt godzin tygodniowo dziewczyna dochodzi do wielkiego O za każdym razem?
Kusi mnie, by wziąć winę na siebie. Przyznać, że to ja sprawiłam, że był niewierny, ponieważ za dużo pracowałam i byłam pochłonięta pracą. Ale przecież to on robił skoki w bok, a ja nie jestem jakąś niedopieszczoną laską, której jedynym życiowym celem jest zadowolenie faceta.
Pieprzyć to. Przykładam butelkę do ust. Nie, udało mi się uniknąć tragedii.
Czytałam ostatnio, że ponad siedemdziesiąt procent żonatych mężczyzn zdecydowałaby się na romans, gdyby mieli pewność, że żona nigdy by się o nim nie dowiedziała. Nie, Jacob nie jest żadną anomalią, a ja nie jestem problemem. To mężczyźni nim są.
Czuję się spokojniejsza, gdy sobie to wyjaśniłam. Będę bezpieczna, dopóki nie zapomnę, że mężczyźni są wrogami. Zwłaszcza ci przystojni.
Sheri szturcha mnie łokciem.
- Nie odwracaj się. Właśnie wszedł mój ulubiony sąsiad. - Wbija wzrok w kogoś za moimi plecami.
Odwracam się i oczy wychodzą mi z orbit, gdy widzę niewielkie towarzystwo po drugiej stronie restauracji.
- To jest ten twój sąsiad? Daren Sloan?
- Widzę, że już znasz to niemal mityczne stworzenie.
Patrzę na nią i przykładam dwa palce do szyi.
- Hmm. Sprawdźmy. - Czekam kilka sekund dla większego efektu. - Wyczuwam puls. Ponieważ właśnie tego potrzeba, żeby zauważyć twojego "ulubionego sąsiada".
W środku aż się wzdrygam. Nawet z tej odległości wkurza mnie jego mina. Daren Sloan ma taki irytujący wyraz twarzy, jakby wiedział, że każda kobieta wyobraża sobie, że zrywa z niej bieliznę zębami.
Oczywiście, że Sheri i Daren są sąsiadami. Jej ojciec jest magnatem filmowym, więc zna każdego. Kiedy mówi, że uwielbia Brada i Angelinę, ma na myśli to, że naprawdę ich uwielbia, ponieważ razem spędzali ferie świąteczne.
- Zawołajmy Darena. - Sheri zaczyna machać, ale łapię ją za rękę, zanim ktoś to zauważy.
- Lepiej nie.
- Dlaczego? - Posyła mi spojrzenie, które sugeruje, że chyba upadłam na głowę.
- Bo nie.
- Maddie, to nie jest wytłumaczenie. Zakochasz się w Darenie. Rany, jest naprawdę świetny. Dzięki Bogu, wreszcie zerwał z tą zdziroszmatą Veronicą. - Stuka swoją butelką o moją. Zdziroszmatą? - Powinnaś zobaczyć go po siłowni. Gorący, spocony i twardy. - Sheri upija łyk i nagle robi taką minę, jakby się zakrztusiła, już mam ją walnąć w plecy, kiedy zrzuca bombę. - No przecież! Powinnaś z nim chodzić!
Hę?
Wierci się na krześle, ma tak rozanieloną minę, jakbym właśnie jej powiedziała, że chce ją przelecieć Charlie Hunnam.
- Tego lata miał fazę na zaliczanie wszystkiego, co się ruszało, ale chyba już mu minęło. Ostatnio jego łóżko nie wali w ścianę.
- Czekaj. Co?
Na jej twarzy pojawia się szelmowski uśmiech.
- Jego sypialnia styka się z twoją, dzieli je tylko ściana. Może trochę podsłuchiwałam. I jeśli się nie mylę, to prawdziwa bestia. Jak Godzilla. Do cholery, bylibyście uroczą parą!
Kwituję to śmiechem. Wciąż się śmieję, gdy uświadamiam sobie, że mówiła poważnie. Ona naprawdę chce, żebym chodziła z Darenem.
- Aha, nie, Sheri, misiaczku. To się nigdy nie stanie. Nigdy. Nigdy przenigdy.
- Nigdy nie mów nigdy. - Łapie mnie za rękę. - Nie bądź głupia. To najbardziej pożądany kawaler w Bostonie. Zdobywca Heismana. Numer jeden wśród nowych zawodników. Bóg pomiędzy ludźmi. - Sheri odwraca moją twarz w stronę zajmowanego przez niego stolika. - Spójrz na ten dołeczek w jego brodzie. On jeden wystarczy, żeby dziewczyna wyskoczyła z majtek. Nie wspomnę już o tych oczach. Mówię ci, Maddie, gdyby kręciły mnie kutasy, wspięłabym się na jego Mount Everest tak szybko, że przekroczyłabym prędkość dźwięku.
- Mount Everest? - Unoszę brwi.
- Tak. Najwyższą górę świata. Big Bena. Wielkiego Ptaka...
- Już czaję. - Staram się być cierpliwa, ponieważ wiem, że Sheri chce mi pomóc. - Nie interesują mnie sportowcy. Już nie. Mają za dużo pokus, a ja nie nadaję się na wycieraczkę. To się nie uda. Wracam do ekonomistów. Ci co prawda nie będą w stanie zarzucić mnie sobie na ramię czy unosić mnie jak sztangę, ale przynajmniej nie wycisną ostatniej kropli krwi z mojego serca. - Próbuję znaleźć jakiś inny temat, żeby ze mnie zeszła. - Wiesz, Brad, technik z pracy, zaprosił mnie na randkę.
Patrzy na mnie podejrzliwie.
- Zgodziłaś się.
- Nie umawiam się ze współpracownikami, ale fajnie sobie pogadaliśmy. Całkiem przyzwoicie się prezentuje. I ani razu nie pomyślałam o Jacobie.
- Jestem pewna, że ten biedny frajer uzna to za pocieszenie, kiedy będzie się brandzlował lewą ręką zamiast posuwać seksowną reporterkę.
- Fuj. - Nie mam ochoty myśleć o Bradzie i jego lewej ręce.
Mój wzrok wędruje do stolika, przy którym siedzi Daren z kolegami. Myśli o moim koledze z pracy rozpływają się, gdy patrzę na tego elitarnego sportowca. Nazywanie go pięknym jest wielkim niedopowiedzeniem.
Jest najgorętszym okazem, pomimo ubrania.
Wywracam oczami do swoich myśli.
To stara Maddie. Nowa Maddie rozumie, że Daren jest tylko ładnym chłopcem, który uważa, że jest dla kobiet darem od Boga. Już to przerabiałam. Dorastałam w tej okolicy i prawdopodobnie lepiej znam reputację Darena Sloana, niż bym chciała.
Daren przeczesuje dłonią swoje gęste ciemne włosy, krótko ostrzyżone po bokach, lecz na górze na tyle długie, że opadają mu na czoło. Nie muszę podchodzić bliżej, żeby przekonać się, jaki efekt wywierają jego piwne oczy na dziewczynach, ponieważ do jego stolika zmierzają już trzy z nich.
Sheri trąca mnie w ramię.
- Niech cię chociaż przedstawię, zanim jakaś pinda go omota.
Na moich ustach pojawia się cyniczny uśmiech, taki, który - mam nadzieję - wyraża, że jestem strefą zakazaną dla graczy, ponieważ Daren jest sportowcem podobnie jak Jacob, a oni wszyscy zachowują się tak samo. Zdradzają.
- Nie ma potrzeby. - Kręcę głową. - Już się poznaliśmy.
* * *
Zacznij chodzić z Darenem. To najgorszy z możliwych pomysłów. Mam ochotę spoliczkować się za to, że przez dwie i pół sekundy mój mózg uznał ten pomysł za uroczy.
Wiążę buty, po czym zbiegam po schodach i wychodzę na dwór. Tego ranka jest duszno. Cóż, dla większości ludzi to jeszcze nic.
Sięgam ręką do tyłu, chwytam się za kostkę i rozciągam mięsień czworogłowy. W takich chwilach zwykle myślę o Jacobie. Nie, nie ćwiczyliśmy razem. Nigdy nie wstawał o tej porze. To, że tego nie robił, być może coś o nas mówi.
Nie mogę przestać tego robić, wciąż rozmyślam o różnych aspektach naszego związku, żeby móc wskazać, co poszło nie tak. Czułam się jak na torturach, nie odbierając telefonów od niego - tęsknię za nim jak szalona - ale nigdy mu nie wybaczę tego, co zrobił. To nie był jednorazowy skok w bok. Nie był to jakiś wypadek po pijaku. Zrobił to celowo. Wszystko sobie przekalkulował. Przemyślał.
Moja dłoń zaciska się na telefonie. Kiedy ogarnia mnie desperacja, kiedy kusi mnie, żeby do niego zadzwonić, oglądam filmik na komórce. To nieco inny rodzaj tortury. Oglądanie mężczyzny, o którym myślałam, że mnie kocha, gdy posuwa inną kobietę, jest jak powolna śmierć z powodu tysiąca kłamstw. Kocham cię. Chcę się z tobą ożenić. Chcę mieć z tobą dzieci. Same kłamstwa.
Jednak zamiast zdystansować się od tych myśli, zmuszam się do roztrząsania bolesnych szczegółów, żeby wzmocnić swoje postanowienie. Jego kutas. Jej usta. Ich jęki. Tak, pieprzyć go.
Kończę rozciąganie i powoli biegnę, żeby pozbyć się bólu po wczorajszym piciu. Nigdy wcześniej nie biegałam po dzielnicy Sheri, ale znam główne ulice dość dobrze, bo uczęszczałam do szkoły w pobliżu, więc dobiegam do znajomej Esplanade. Ścieżka wije się wzdłuż rzeki Charles, która tego wietrznego ranka chlupocze przy brzegu.
Po drugim kilometrze zdrada Jacoba wydaje się mniej okrutna, nie jest już nożem w moim sercu, lecz siniakiem na moim ego. Ale jestem zmęczona użalaniem się nad sobą. Podważaniem własnej wartości. Przeprowadzka do Sheri i nowa praca oznacza, że zaczynam wszystko od początku i mam zamiar w pełni wykorzystać nowe możliwości.
Być może właśnie dlatego Daren wydał mi się nieco kuszący. Ta piękna twarz mnie dekoncentruje. Umiem to wykorzystać. Dlatego uwielbiam pracować. Dzięki temu jestem zajęta i nie mam czasu nawet na wzięcie oddechu.
Zakręcam i dobiegam do budynku, w którym mieszkam z Sheri, w tym czasie słońce zaczyna już wysuwać się ponad horyzont. W moim iPhonie głośno gra Guns N' Roses, a ja kończę bieg sprintem. Krew pulsuje mi w żyłach, jestem cała spocona, ale czuję się dobrze. Nigdy bym się przed nikim nie przyznała, ale lubię wstawać tak wcześnie. Zmusza mnie to do przejęcia kontroli nad życiem.
W głowie odhaczam kolejne punkty dzisiejszego planu dnia. Za godzinę mam spotkanie, o ósmej rano przeprowadzam wywiad na żywo, muszę poszukać materiałów do trzech reportaży na ten tydzień, wysłać raport i wykonać co najmniej kilkanaście telefonów.
Skręcam za róg i nie wiem, co się ze mną dzieje. Zderzam się ze ścianą, powietrze ucieka mi z płuc i padam na chodnik, lądując na plecach.