Dearest Madeline - Lex Martin

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Po­czą­tek maja

DA­REN

Nie­któ­rzy mogą są­dzić, że je­stem ska­zany na suk­ces. Ja twier­dzę, że po­zory mogą my­lić.

Ja­sne świa­tło oświe­tla mnie z góry, uśmie­cham się. To moja od­po­wiedź na wszystko. Ła­ma­łem ko­ści, nad­we­rę­ża­łem wię­za­dła, skrę­ca­łem stawy i za­wsze się uśmie­cha­łem. W ten spo­sób ra­dzę so­bie z bó­lem, do­póki nie na­dej­dzie odrę­twie­nie i znowu mogę od­dy­chać. Ka­mery zbli­żają się do stołu kon­fe­ren­cyj­nego, z ła­two­ścią od­po­wia­dam na py­ta­nia.

- Je­stem nowy. Na ra­zie szu­kam swo­jego miej­sca w dru­ży­nie, sta­ram się ro­bić, co do mnie na­leży, żeby wy­peł­nić lukę. - Zer­kam na tre­nera Rey­noldsa i Shawna Bren­two­oda, do­świad­czo­nego roz­gry­wa­ją­cego. - To zna­czy, je­śli jest ja­kaś luka.

Wszy­scy sta­rają się stłu­mić śmiech, ale mimo uśmie­chu wiem, co Bren­twood so­bie my­śli, po­nie­waż my­ślał­bym tak samo. Że je­stem dup­kiem, skoro przy­ją­łem tę pro­po­zy­cję. Ma ra­cję. Ja­kim cho­ler­nym roz­gry­wa­ją­cym bym był, gdy­bym za­do­wa­lał się sie­dze­niem na ławce przez cały dzień? Je­stem tu po to, by wy­gry­wać. Wła­śnie w tym je­stem do­bry.

Tre­ner od­po­wiada na kilka py­tań, ja roz­glą­dam się po sali, za­uwa­żam kilka żon i na­rze­czo­nych ko­le­gów z dru­żyny. Cho­lera, na­wet mój oj­ciec zro­bił so­bie prze­rwę od kor­po­ra­cyj­nych roz­gry­wek i przy­szedł, a prze­cież ze sobą nie roz­ma­wiamy. Stoi z tyłu sali obok matki, która wy­gląda tak, jakby miała ze­mdleć z eu­fo­rii, że może do­tknąć mo­jej ko­szulki z logo NFL1.

Po­wi­nie­nem być rów­nie wzru­szony. Osią­gną­łem to dzięki ty­siącom go­dzin tre­nin­gów i me­czów. Speł­ni­łem swoje ma­rze­nie. Ale gdy roz­glą­dam się po sali, od­czu­wam co­raz więk­sze odrę­twie­nie.

Nie przy­szła.

Za­ci­skam zęby. Nie po­wi­nie­nem się dzi­wić. Ale się dzi­wię. Po­nie­waż je­stem tę­pym dup­kiem, któ­remu wy­da­wało się, że po ta­kim cza­sie ona sta­nie się inna. Że na­prawdę bę­dzie do­trzy­my­wała obiet­nic. Że się zmieni.

Za­pewne jest gdzieś na mie­ście i ku­puje so­bie wa­lizkę od Ar­ma­niego lub nowy ze­ga­rek Gucci albo ja­kiś inny szajs, który wsa­dzi do prze­peł­nio­nej gar­de­roby i o nim za­po­mni.

Ni­gdy o nic jej nie pro­szę, ale po­pro­si­łem ją o tę jedną rzecz. Jedną. Żeby tu dzi­siaj była, w naj­waż­niej­szym dniu mo­jej ka­riery.

Pul­suje mi w skro­niach, po­cie­ram je dło­nią.

W głębi serca wiem, że na to za­słu­ży­łem. Jak to się mówi? Karma wraca. Tak, mają ra­cję.

- Da­ren! Czy jako lau­reat na­grody He­ismana czu­jesz pre­sję przed wy­stę­pem?

Oczy­wi­ście.

Kręcę głową.

- Ty­tuły nic nie zna­czą. Li­czą się je­dy­nie wy­grane. Je­stem za­szczy­cony tym, że zdo­by­łem to wy­róż­nie­nie, mam świa­do­mość, że ta na­groda pod­su­mo­wuje moją ka­rierę na uczelni. Ka­riera w NFL roz­po­czyna się dzi­siaj. Chyba każdy spor­to­wiec po­wie, że pod kon­trolą można mieć je­dy­nie to, co dzieje się tu i te­raz. Więc nie po­zwa­lam, by ty­tuły i po­przed­nie suk­cesy dyk­to­wały mi, co mam my­śleć o me­czu. Gram, by wy­grać. Tak to wy­gląda.

Po­ta­kuje i zdaje się nie za­uwa­żać tego, że nie od­po­wie­dzia­łem na jego py­ta­nie. Za­wsze tak ro­bią, po­nie­waż wi­dzą je­dy­nie sta­ty­styki, moje udane rzuty i przy­ło­że­nia.

Ła­two zro­zu­mieć, dla­czego lu­dzie są­dzą, że je­stem ska­zany na suk­ces. Kiedy pa­trzę na sie­bie w lu­strze, my­ślę po­dob­nie. Że zwy­cię­stwa przy­cho­dzą mi zbyt ła­two, że gdzieś musi być druga strona me­dalu, ta bar­dziej mroczna, ta, któ­rej nikt nie za­uważa. Po­nie­waż nikt nie po­trafi prze­ska­ki­wać po­mię­dzy kro­plami desz­czu tak jak ja. Je­stem pie­przo­nym mi­strzem.

Jed­nak za ba­lan­so­wa­nie na li­nie trzeba za­pła­cić. Duma. Py­cha. Próż­ność. Na­zwij­cie to, jak chce­cie. Dla mnie to gry psy­cho­lo­giczne, które po­ma­gają mi uwie­rzyć, że je­stem lep­szy. Kiedy więc leci piłka, kiedy czuję szwy skó­rza­nej rę­ka­wicy po­mię­dzy pal­cami, a w gło­wie sły­szę rytm bi­cia serca, górę bie­rze wy­szko­le­nie i na­prawdę czuję, że je­stem nie­zwy­cię­żony. Ja­sne, po­świę­cam temu mnó­stwo czasu. Pocę się. Tre­nuję. Wal­czę. Jed­nak pod ko­niec dnia zwy­cięzcy czują, że są w sta­nie wy­grać, a prze­grani wie­dzą, że nie da­dzą rady.

Czy to nie brzmi jak ja­kieś bred­nie? Ależ tak. Ale je­śli będę so­bie to wma­wiał wy­star­cza­jąco długo - uwie­rzę w to. A kiedy uwie­rzę - zwy­ciężę.

A co sta­nie się, kiedy nie uwie­rzę? Kiedy zro­zu­miem, że je­stem gówno wart?

Dam dupy. Wszystko za­walę.

Mój te­le­fon wi­bruje w kie­szeni, za­raz trafi mnie szlag. Kiedy dzien­ni­ka­rze sku­piają się na roz­mo­wie ze skrzy­dło­wym, wyj­muję ko­mórkę.

Wia­do­mość od niej ni­czym mnie nie za­ska­kuje.

Coś mnie za­trzy­mało. Już jadę.

Od­po­wia­dam tak szybko, jak po­tra­fię wy­stu­kać li­terki.

Nie fa­ty­guj się.

Dzięki, że nie przy­szłaś na moje przy­ję­cie do NFL, dziwko.

1 NFL - Na­tio­nal Fo­ot­ball Le­ague, czyli Na­ro­dowa Liga Fut­bo­lowa - naj­więk­sza za­wo­dowa liga fut­bolu ame­ry­kań­skiego (wszyst­kie przy­pisy po­cho­dzą od tłu­maczki).

ROZ­DZIAŁ 1

Ko­niec maja

MAD­DIE

Wresz­cie się udało. Po rocz­nym stażu w NBC do­sta­łam wy­ma­rzone sta­no­wi­sko re­por­terki na­da­ją­cej na żywo. Ozna­czało to dłu­gie go­dziny w stu­dio, po­mi­ja­nie po­sił­ków i brak ży­cia to­wa­rzy­skiego, ale do­pię­łam swego za­le­d­wie dwa ty­go­dnie po ukoń­cze­niu stu­diów.

Chcia­ła­bym móc po­wie­dzieć, że NBC za­pro­po­no­wało mi pracę, ale mój szef pro­sto z mo­stu oświad­czył mi, że nie mają żad­nego sta­no­wi­ska dla żół­to­dzio­bów. Wo­bec tego zde­cy­do­wa­łam się na drugą naj­lep­szą opcję - fu­chę w sta­cji New En­gland News Ne­twork, która znana jest z de­ma­ska­tor­skich pro­gra­mów. Ozna­cza to też, że w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ró­wie­śni­ków, któ­rzy mu­szą wy­jeż­dżać, żeby nada­wać wia­do­mo­ści z te­renu, ja nie ru­szam się z mia­sta.

Jest tylko jedna osoba, z którą chcia­ła­bym dzi­siaj świę­to­wać.

Ja­cob pad­nie tru­pem, kiedy po­wiem mu, że do­sta­łam tę pracę.

Wcho­dzę do jego miesz­ka­nia, od­kła­dam torbę i zrzu­cam szpilki. Ja­cob za­pewne śpi. Za­wsze robi so­bie drzemkę po tre­ningu. Jest za­wod­ni­kiem spor­tów walki i mi­ło­śni­kiem si­łowni. Ni­gdy wcze­śniej nie cho­dzi­łam z za­wo­do­wym spor­tow­cem. Zwy­kle in­te­re­so­wali mnie spo­kojni eko­no­mi­ści lub stu­denci hi­sto­rii, ale nie umia­łam się oprzeć uro­kowi Ja­coba. Po­zna­li­śmy się la­tem ze­szłego roku, kiedy krę­ci­łam ma­te­riał fil­mowy dla przy­ja­ciela, który mu­siał przy­go­to­wać pro­gram o me­czu. Kiedy Ja­cob po­ko­nał swo­jego prze­ciw­nika, pod­biegł do mnie i za­pro­sił mnie na randkę.

Dwa ty­go­dnie temu po­pro­sił, że­bym się do niego wpro­wa­dziła, ale na ra­zie przy­go­to­wuje się do waż­nej walki, więc cze­kamy, aż wróci z po­dróży do Ve­gas.

Zer­kam na ze­ga­rek i wi­dzę, że je­stem wcze­śniej o kilka go­dzin, ale nie mogę się do­cze­kać, żeby mu po­wie­dzieć.

Na bla­cie obok tu­zina róż chło­dzi się bu­telka wina. Czyżby przej­rzał moją ta­jem­nicę? Z eks­cy­ta­cji aż ła­sko­cze mnie w brzu­chu.

Na pa­lusz­kach prze­mie­rzam ko­ry­tarz, je­stem go­towa, żeby zdjąć z sie­bie ubra­nie i obu­dzić go w od­po­wiedni spo­sób, kiedy sły­szę śmiech. Ko­biecy śmiech.

Za­trzy­muję się gwał­tow­nie, czuję gło­śne bi­cie serca.

- Po­doba ci się to, co? - Jego głos prze­cina ci­szę i spra­wia, że na moim ciele po­ja­wia się gę­sia skórka. - Ssij moc­niej. Do­brze. Po­każ, jak ci się po­doba mój ku­tas w ustach.

O, Boże.

Drżę, nie chcę pod­cho­dzić bli­żej. Nie chcę na to pa­trzeć, ale moje nogi nie słu­chają głowy, idą przed sie­bie aż to mo­mentu, gdy nie mam już wy­boru i wi­dzę to na wła­sne oczy.

Wi­dzę go przez szparę w drzwiach, sie­dzi na brzegu łóżka, wplótł palce w jej ciemne włosy. Ich twa­rze są w cie­niu, ale on po­ta­kuje, pod­czas gdy jej głowa unosi się i opada nad jego kro­czem.

Ona prze­rywa, żeby na niego spoj­rzeć.

- Mo­żemy zro­bić tak jak wczo­raj?

On ję­czy.

- Tak, skar­bie, zróbmy tak jak wczo­raj.

Zdzira wcho­dzi na łóżko, on za nią i siada okra­kiem na jej piersi. Ona unosi ręce i chwyta me­ta­lową ramę łóżka, pod­czas gdy Ja­cob ce­luje w jej usta.

Czuję mdło­ści.

Wczo­raj mój chło­pak i ta dziew­czyna upra­wiali seks w tym łóżku. Nie­długo przed tym, jak ja upra­wia­łam z nim seks w jego łóżku.

Za­sła­niam usta, sta­ram się po­wstrzy­mać od­ruch wy­miotny, po­nie­waż wczo­raj upra­wia­li­śmy seks bez za­bez­pie­cze­nia. Są­dzi­łam bo­wiem, że jest mi wierny, że jest męż­czy­zną, któ­rego po­ślu­bię. Po­zwo­li­łam mu więc wsa­dzić w sie­bie tego brud­nego ku­tasa.

W jed­nej chwili moje ży­cie traci sens. Dzi­siaj po­win­nam oma­wiać swoją przy­szłość i pla­no­wać ży­cie z kimś, kto mnie ko­cha. Je­stem taką idiotką. Nie słu­cha­łam plo­tek, opu­ści­łam gardę i po­zwo­li­łam so­bie uwie­rzyć w kłam­stwa, gdy za­rze­kał się, że miał wcze­śniej wiele dziew­czyn, ale tylko dla­tego że nie mógł zna­leźć tej wła­ści­wej. A ja uwie­rzy­łam, że nią je­stem. Że je­stem jego na za­wsze.

Gdy pa­trzę, jak ta dziew­czyna mu ob­ciąga, mija mi ból i uraza. Je­dyne, co czuję, to wście­kłość. Ośle­pia­jąca, roz­ża­rzona do bia­ło­ści wście­kłość. Mo­gła­bym te­raz ko­goś za­bić. Moje ręce po­ru­szają się, jakby dzia­łały na au­to­pi­lo­cie, górę bie­rze prze­szko­le­nie. Je­stem prak­tycz­nie nie­świa­doma tego, że trzy­mam w drżą­cych rę­kach te­le­fon, a pa­lec prze­suwa się po ekra­nie i włą­cza na­gry­wa­nie.

Wci­skam czer­wony przy­cisk. Na­gry­wam kilka se­kund, ale to mi wy­star­czy, żeby pa­mię­tać o wła­snej głu­po­cie. Po­nie­waż wiem, że on mnie okła­mie. Bę­dzie tak na­gi­nał rze­czy­wi­stość, aż nie będę wie­działa, co jest prawdą, a co moim wy­my­słem, a on mi wmówi, że to wszystko jest moją winą.

Nie, to jego wina, a ja chcę pa­mię­tać swoje po­ni­że­nie, że­bym już ni­gdy nie po­wtó­rzyła tego błędu.

La­cho­ciąg prze­staje na chwilę, żeby za­py­tać, gdzie się będą spo­ty­kać, kiedy się wpro­wa­dzę, a on jej mówi, że będą to ro­bić w szatni na si­łowni. Ele­gancko.

Od­rzu­ca­łam ko­lej­nych fa­ce­tów, a ten de­bil mnie zdra­dzał.

Cho­wam te­le­fon do kie­szeni, wcho­dzę do po­koju i wy­rzu­cam jego kla­moty z torby tre­nin­go­wej, po czym otwie­ram szu­flady i wrzu­cam do niej swoje rze­czy.

- Kurwa. Kurwa. To Mas­sie - mam­ro­cze. - Ko­cha­nie, co ro­bisz?

- Pier­dol się, dupku. - Wpa­dam do ła­zienki i zbie­ram swoje ak­ce­so­ria do ma­ki­jażu. Kiedy wy­cho­dzę, Ja­cob od­py­cha dziew­czynę i po raz pierw­szy wi­dzę jej twarz.

- O mój Boże. Co­raz le­piej. - Pa­trzę na Kimmy, dziew­czynę z klatki, i nie wie­rzę, że wszystko się tak skom­pli­ko­wało.

- Ko­cha­nie, to nie tak, jak my­ślisz - jąka się Ja­cob.

Kostki mo­ich pal­ców bie­leją, gdy za­ci­skam pięść na uchwy­cie torby.

- Se­rio? Czy twój ku­tas ma­gicz­nie wy­lą­do­wał w jej ustach? Co za cie­kawe zja­wi­sko.

Wyj­muję bre­lo­czek z klu­czami, które od niego do­sta­łam. To mi­nia­tu­rowa rę­ka­wica bok­ser­ska, którą te­raz rzu­cam mu w twarz.

- Kimmy, nie mu­sisz się z nim pie­przyć na si­łowni. Jest cały twój.

ROZ­DZIAŁ 2

MAD­DIE

Kiedy drzwi się otwie­rają, Sheri wy­bu­cha śmie­chem.

- Mad­die, masz klucz. Nie mu­sisz pu­kać.

Wzru­szam ra­mio­nami, to­rebka zsuwa mi się z ra­mie­nia i cią­gnie za sobą bluzkę. Po­pra­wiam ją, żeby nie świe­cić na­go­ścią, i zdmu­chuję loki z twa­rzy.

- Po­my­śla­łam, że tak na­leży. Je­stem twoim go­ściem. Twoim bar­dzo wdzięcz­nym go­ściem.

- Nie, je­steś moją współ­lo­ka­torką. Nie żad­nym cho­ler­nym go­ściem.

Uśmie­cham się, nie dys­ku­tuję z tym, ale tylko dla­tego, żeby prze­stała się ci­skać, po­nie­waż obie wiemy, że nie płacę jej na­wet po­łowy czyn­szu. Mieszka w luk­su­so­wej ka­mie­nicy z pia­skowca w bo­stoń­skiej Back Bay, a mnie na­wet w naj­śmiel­szych ma­rze­niach nie by­łoby stać na taką lo­ka­li­za­cję. Moja stara przy­ja­ciółka do­wie­działa się skądś, że szu­kam ja­kie­goś kąta, po­nie­waż już wy­po­wie­dzia­łam na­jem swo­jego sta­rego miesz­ka­nia, i na­le­gała, że­bym się do niej wpro­wa­dziła. Od­wie­dza­łam ją wcze­śniej, ale na­dal je­stem pod wra­że­niem jej miesz­ka­nia. Ciemne, po­le­ro­wane pod­łogi z drewna, przy­cią­ga­jący wzrok ogromny ko­mi­nek, obok któ­rego stoją smu­kłe, mo­der­ni­styczne me­ble. Wy­strój jest wy­szu­kany i ele­gancki, ja­kiś mi­lion razy lep­szy od mo­jego skła­da­nego fu­tonu i sza­rych re­ga­łów na książki.

Tylko jed­nej rze­czy mi bra­kuje.

- Prze­nio­słaś moje kar­tony. - A było, do cho­lery, co prze­no­sić.

- Mia­łam po­moc­nika. Wpadł są­siad i mi po­mógł. A je­śli już mowa o tym cia­chu...

- Nie­po­trzeb­nie to zro­bi­łaś. Uprząt­nę­ła­bym je sama. - Kiedy w ze­szły week­end spro­wa­dzi­łam się tu­taj ze swo­imi kar­to­nami, ba­łam się, że do­stanę man­dat za par­ko­wa­nie przed do­mem wy­na­jętą fur­go­netką, więc po pro­stu zo­sta­wi­łam wszystko w rogu jej sa­lonu.

Ma­cha ręką.

- Przy­naj­mniej mia­łam wy­mówkę, żeby nie iść na si­łow­nię. Poza tym, mia­łam dużo ra­do­chy, czy­ta­jąc, jak pod­pi­sa­łaś swoje rze­czy.

- To zna­czy?

- Ma­ki­jaż i kremy na­wil­ża­jące. Zi­mowa po­ściel i ubra­nia ter­miczne. Pod­ręcz­niki do dzien­ni­kar­stwa i no­tatki. I wszystko opi­sane w róż­nych ko­lo­rach. Uży­łaś mar­kera do two­rze­nia ety­kiet? - Nie czeka na moją od­po­wiedź. - A tak przy oka­zji, co było w pu­dle z na­pi­sem "szafka nocna"? Bo za­częło wi­bro­wać, gdy przy­pad­kiem upu­ści­łam je na pod­łogę? - Otwie­ram usta ze zdu­mie­nia, a jej chi­chot zmie­nia się w gło­śny śmiech. - Hmm, niech zgadnę. Za­mien­nik Ja­coba.

Od­chrzą­kuję i kręcę głową, przy oka­zji otrzą­sam się z za­że­no­wa­nia.

- Ja­cob chciałby być tak jurny jak Po­wer-Boy 3000 i dać mi tyle or­ga­zmów.

Sheri unosi brwi.

- Po­wer-Boy 3000? Gdzie mogę go ku­pić?

- Ja ku­pi­łam na przy­ję­ciu z za­baw­kami ero­tycz­nymi u mo­jej ko­le­żanki.

- My też mu­simy ta­kie urzą­dzić! Może jak skoń­czymy ten film. - Sheri pra­cuje dla swo­jego ojca, który jest zna­nym pro­du­cen­tem fil­mo­wym, więc bar­dzo dużo po­dró­żuje. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rego po­trze­buje lo­ka­tora. Żeby ktoś pil­no­wał miesz­ka­nia, kiedy jej nie ma. O wiele ła­twiej by było, gdyby prze­pro­wa­dziła się do No­wego Jorku lub do LA, ale czuje się dziew­czyną z Bo­stonu i nieco się wku­rza na samą wzmiankę o prze­pro­wadzce.

Prze­bie­ram się w dżinsy i do­pa­so­waną ko­szulkę z de­kol­tem w se­rek, a Sheri pro­po­nuje, że­by­śmy po­szły oba­dać nowy bar, który otwo­rzył się na na­szej ulicy, i wy­piły kilka drin­ków.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej sie­dzimy już przy sto­liku w rogu i w słabo oświe­tlo­nym ba­rze za­ma­wiamy drugą ko­lejkę. Al­ko­hol działa na mnie tak, że mam ochotę roz­pła­kać się nad ku­flem piwa. Z tego po­wodu ni­gdy nie piję. Ro­bię się zbyt płacz­liwa. Te­raz czuję, że moje serce stało się cięż­kie.

- Sheri, bar­dzo ci dzię­kuję, że mnie przy­gar­nę­łaś.

Unosi brwi.

- Z tobą za­przy­jaź­ni­łam się na sa­mym po­czątku stu­diów na BU. Prze­cież to na­tu­ralne, że cię przy­gar­nę­łam.

Na pierw­szym roku Sheri i ja dzie­li­ły­śmy po­kój w aka­de­miku na­le­żą­cym do Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego. Z po­czątku się nie do­ga­dy­wa­ły­śmy. Chyba są­dziła, że je­stem sztyw­niarą, a ja uwa­ża­łam, że ona jest bo­gaczką. Wiem, że to brzmi okrop­nie, ale wy­wo­dzi się z Park Ave­nue, pod­czas gdy ja, do­ra­sta­jąc, do­na­sza­łam ciu­chy po in­nych dzie­ciach - nie dla­tego że uwa­ża­łam, że to fajne i na­oglą­da­łam się zbyt wiele sta­rych fil­mów Johna Hu­ghesa, lecz dla­tego, że nie było nas na wiele stać. Ale w końcu za­czę­łam do­strze­gać coś wię­cej niż metki dro­gich ma­rek i fran­cu­ski ma­ni­kiur i zo­ba­czy­łam dziew­czynę o wiel­kim sercu miesz­czą­cym się w mi­nia­tu­ro­wym ciele.

Ra­zem wy­glą­damy dzi­wacz­nie. Ona ma­lutka jak orze­szek, a ja - ro­sła jak to­pola. Jest drobna, opa­lona, ma wy­cie­nio­wane ja­sne włosy i wiel­kie nie­bie­skie oczy. Ja mam po­nad sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, dłu­gie czarne włosy, bladą cerę i nie­bie­skie oczy. Ona wy­gląda, jakby wła­śnie ze­szła z planu fil­mo­wego, a ja przy­po­mi­nam po­stać z Wic­ked. Ale ko­cham ją, cho­ciaż cała mo­głaby się zmie­ścić do jed­nej no­gawki mo­ich spodni.

- Mads, gdy­bym tylko mo­gła, sko­pa­ła­bym jaja Ja­co­bowi. Czy ten kre­tyn na­dal do cie­bie wy­dzwa­nia?

- Już tylko raz czy dwa razy w ty­go­dniu. Zrzu­cam go na pocztę gło­sową.

Pa­trzy na mnie ze zmar­twioną miną.

- A tak w ogóle, to jak so­bie ra­dzisz?

Upi­jam łyk piwa, żeby zy­skać na cza­sie.

- Będę szczera. Ostat­nie ty­go­dnie były cięż­kie. - Zwłasz­cza gdy uświa­do­mi­łam so­bie, że stra­ci­łam miesz­ka­nie. Pla­no­wa­łam za­miesz­kać z Ja­co­bem, moja stara współ­lo­ka­torka zna­la­zła so­bie kąt gdzie in­dziej, a wła­ści­ciel miesz­ka­nia pod­pi­sał już umowę z no­wym na­jemcą, więc zo­sta­łam na lo­dzie. Ba­wię się ety­kietą przy­kle­joną do bu­telki piwa. - Niech bę­dzie, że mie­siąc i cztery dni.

Cho­ciaż bar­dzo chcia­ła­bym za­po­mnieć datę na­szego roz­sta­nia, zbie­gła się z dniem roz­po­czę­cia przeze mnie pracy, więc bę­dzie trudno wy­przeć ją z pa­mięci.

Mu­szę jed­nak pa­trzeć na po­zy­tywy. Przy­naj­mniej te­sty wy­szły ne­ga­tyw­nie. Po­nie­waż pierw­sze, co zro­bi­łam po roz­sta­niu, to ba­da­nia w kli­nice, by spraw­dzić, czy ten drań nie sprze­dał mi ja­kie­goś cho­rób­ska.

Sheri przy­suwa do mnie krze­sło i obej­muje mnie ręką. Kładę głowę na jej ra­mie­niu i wzdy­cham. Je­stem je­dy­naczką, ale gdy­bym miała sio­strę, to wła­śnie tak ją so­bie wy­obra­żam. W ta­kich chwi­lach od­czu­wam ból więk­szy niż ten po Ja­co­bie. Tak bar­dzo tę­sk­nię za tatą, że aż czuję ból w piersi.

- Wiem, że le­czysz te­raz zła­mane serce, ale chcę, byś wie­działa, jak bar­dzo się cie­szę, ma­jąc cię za współ­lo­ka­torkę. Na­dal je­stem wku­rzona, że mnie od­rzu­ci­łaś na dru­gim roku.

Gwał­tow­nie na­bie­ram po­wie­trza.

- Nie od­rzu­ci­łam cię! O ile pa­mię­tam, chcia­łaś za­miesz­kać w Za­chod­nim Kam­pu­sie, a ja mia­łam za­ję­cia w Com School we Wschod­nim Kam­pu­sie o szó­stej rano.

- No do­brze. - Chi­cho­cze i spusz­cza wzrok. Po chwili robi po­ważną minę. - Tak mi przy­kro, że ten ku­tas cię wy­sta­wił, Mads. Do­brze się czu­jesz? Se­rio?

- Mmm. - Oczy wy­peł­niają mi się łzami. - Poza tym, że Ja­cob zruj­no­wał mój plan pię­cio­letni? - My­ślę o na­gra­niu, ja­kie mam w te­le­fo­nie, i znowu na pierw­szy plan wy­suwa się złość. Mu­szę się jej trzy­mać, po­nie­waż nie­na­wiść jest cen­niej­szą emo­cją niż ża­łoba.

Sheri wy­krzy­wia usta. Ale nie do­pusz­czam jej do głosu.

- Ro­zu­miem, że cią­gnęło go do in­nych ko­biet. Rzu­cają się na niego, gdzie­kol­wiek się ru­szy. Może by­łam głu­pia, są­dząc, że go utem­pe­ro­wa­łam. Ale tak na­prawdę drę­czy mnie myśl, jak... - Za­my­kam oczy i w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach od­twa­rzam tę scenę. Zni­żam głos i mó­wię: - Jak on do niej mó­wił.

Po­każ, jak ci się po­doba mój ku­tas w ustach.

Nie je­stem w sta­nie tego wy­po­wie­dzieć, ale słowa od­bi­jają się ry­ko­sze­tem w mo­jej gło­wie ni­czym strzał w ka­nio­nie.

Po­chy­lam głowę, aż włosy opa­dają mi na twarz i od­chrzą­kuję.

- Ni­gdy nie za­cho­wy­wał się tak przy mnie.

- Co masz na my­śli?

Jak mam to po­wie­dzieć? Boże, to ta­kie po­ni­ża­jące.

- Hmm, był... przy mnie uważny. Za­cho­wy­wał się bar­dziej... wła­ści­wie.

- Nie mó­wił brzyd­kich rze­czy.

- Cho­dzi o coś wię­cej. Trak­to­wał mnie, jakby bał się, że mnie urazi. Taki bu­dzący grozę za­wod­nik w sto­sunku do mnie był de­li­katny i może... oka­zy­wał mi zbyt wiel­kie po­wa­ża­nie? Och, brzmi to okrop­nie. Chyba upa­dłam na głowę, chcąc, by był bar­dziej szorstki?

- Wcale nie, do cho­lery. - Pry­cha. - Szorst­kość jest do­bra. Szorst­kość ma na mnie do­bry wpływ.

- Za­sta­na­wiam się, czy nie by­łam dla niego zbyt pe­dan­tyczna i du­po­wata.

- W dupę też jest do­brze.

Ude­rzam ją w ra­mię.

- Wiesz, co mam na my­śli. Tak jak po­wie­dzia­łaś, by­wam gry­ma­śna i nie­na­wi­dzę spać na mo­krym. Nie cier­piał, gdy wy­ska­ki­wa­łam z łóżka w chwili, gdy skoń­czył, ale nie zno­szę, gdy to spływa mi po no­dze o dru­giej w nocy.

Sheri chi­cho­cze.

- Jego strata, że nie po­tra­fił cię od­po­wied­nio prze­le­cieć. I co z tego, że chcia­łaś się umyć? Każdy ma swoje przy­zwy­cza­je­nia. - Upija łyk piwa i ob­rzuca mnie uważ­nym spoj­rze­niem. - Słu­chaj, wiem, że mia­łaś chło­pa­ków przed Ja­co­bem, ale masz w so­bie coś z grzecz­nej dziew­czynki. Wy­daje mi się, że nie umiał wznieść się po­nad to wra­że­nie. No wiesz, kom­pleks ma­donny i la­dacz­nicy.

- Więc ja od­gry­wa­łam rolę dzie­wicy, a ta ko­bieta w jego łóżku była la­dacz­nicą? - Sheri nie­chęt­nie po­ta­kuje. - Do­my­ślam się, że to by wy­ja­śniło, dla­czego po­su­wał ją w usta tak, jakby chciał do­się­gnąć jej pępka przez prze­łyk.

- Ja­cob może i po­su­wał la­ski na boku, ale chciał się z tobą że­nić, więc może w pew­nym sen­sie chciał, byś była nie­po­ka­lana.

Śmieję się z tego.

- Nie­po­ka­lana. Su­per. - Czyż nie ku­pi­łam kilku prze­zro­czy­stych ha­lek dla niego? Która część niego są­dziła, że chcę być nie­po­ka­lana? Czy mia­łam mu to prze­li­te­ro­wać? Zro­zum, nie mu­siał się za­cho­wy­wać, jakby był Chri­stia­nem Greyem, ale on chyba ni­gdy nie stra­cił nad sobą kon­troli, gdy był ze mną. A prze­cież tego chce każda dziew­czyna. Każda chce, by fa­cet osza­lał dla niej z po­żą­da­nia i stra­cił nad sobą kon­trolę, co nie?

Cho­lerny Ja­cob. Czy nasz seks nie był dość do­bry? Wy­da­wało mi się, że był za­do­wo­lony. Może nie za każ­dym ra­zem mia­łam or­gazm, ale która pra­cu­jąca sześć­dzie­siąt go­dzin ty­go­dniowo dziew­czyna do­cho­dzi do wiel­kiego O za każ­dym ra­zem?

Kusi mnie, by wziąć winę na sie­bie. Przy­znać, że to ja spra­wi­łam, że był nie­wierny, po­nie­waż za dużo pra­co­wa­łam i by­łam po­chło­nięta pracą. Ale prze­cież to on ro­bił skoki w bok, a ja nie je­stem ja­kąś nie­do­piesz­czoną la­ską, któ­rej je­dy­nym ży­cio­wym ce­lem jest za­do­wo­le­nie fa­ceta.

Pie­przyć to. Przy­kła­dam bu­telkę do ust. Nie, udało mi się unik­nąć tra­ge­dii.

Czy­ta­łam ostat­nio, że po­nad sie­dem­dzie­siąt pro­cent żo­na­tych męż­czyzn zde­cy­do­wa­łaby się na ro­mans, gdyby mieli pew­ność, że żona ni­gdy by się o nim nie do­wie­działa. Nie, Ja­cob nie jest żadną ano­ma­lią, a ja nie je­stem pro­ble­mem. To męż­czyźni nim są.

Czuję się spo­koj­niej­sza, gdy so­bie to wy­ja­śni­łam. Będę bez­pieczna, do­póki nie za­po­mnę, że męż­czyźni są wro­gami. Zwłasz­cza ci przy­stojni.

Sheri sztur­cha mnie łok­ciem.

- Nie od­wra­caj się. Wła­śnie wszedł mój ulu­biony są­siad. - Wbija wzrok w ko­goś za mo­imi ple­cami.

Od­wra­cam się i oczy wy­cho­dzą mi z or­bit, gdy wi­dzę nie­wiel­kie to­wa­rzy­stwo po dru­giej stro­nie re­stau­ra­cji.

- To jest ten twój są­siad? Da­ren Sloan?

- Wi­dzę, że już znasz to nie­mal mi­tyczne stwo­rze­nie.

Pa­trzę na nią i przy­kła­dam dwa palce do szyi.

- Hmm. Sprawdźmy. - Cze­kam kilka se­kund dla więk­szego efektu. - Wy­czu­wam puls. Po­nie­waż wła­śnie tego po­trzeba, żeby za­uwa­żyć two­jego "ulu­bio­nego są­siada".

W środku aż się wzdry­gam. Na­wet z tej od­le­gło­ści wku­rza mnie jego mina. Da­ren Sloan ma taki iry­tu­jący wy­raz twa­rzy, jakby wie­dział, że każda ko­bieta wy­obraża so­bie, że zrywa z niej bie­li­znę zę­bami.

Oczy­wi­ście, że Sheri i Da­ren są są­sia­dami. Jej oj­ciec jest ma­gna­tem fil­mo­wym, więc zna każ­dego. Kiedy mówi, że uwiel­bia Brada i An­ge­linę, ma na my­śli to, że na­prawdę ich uwiel­bia, po­nie­waż ra­zem spę­dzali fe­rie świą­teczne.

- Za­wo­łajmy Da­rena. - Sheri za­czyna ma­chać, ale ła­pię ją za rękę, za­nim ktoś to za­uważy.

- Le­piej nie.

- Dla­czego? - Po­syła mi spoj­rze­nie, które su­ge­ruje, że chyba upa­dłam na głowę.

- Bo nie.

- Mad­die, to nie jest wy­tłu­ma­cze­nie. Za­ko­chasz się w Da­re­nie. Rany, jest na­prawdę świetny. Dzięki Bogu, wresz­cie ze­rwał z tą zdzi­rosz­matą Ve­ro­nicą. - Stuka swoją bu­telką o moją. Zdzi­rosz­matą? - Po­win­naś zo­ba­czyć go po si­łowni. Go­rący, spo­cony i twardy. - Sheri upija łyk i na­gle robi taką minę, jakby się za­krztu­siła, już mam ją wal­nąć w plecy, kiedy zrzuca bombę. - No prze­cież! Po­win­naś z nim cho­dzić!

Hę?

Wierci się na krze­śle, ma tak roz­anie­loną minę, jak­bym wła­śnie jej po­wie­działa, że chce ją prze­le­cieć Char­lie Hun­nam.

- Tego lata miał fazę na za­li­cza­nie wszyst­kiego, co się ru­szało, ale chyba już mu mi­nęło. Ostat­nio jego łóżko nie wali w ścianę.

- Cze­kaj. Co?

Na jej twa­rzy po­ja­wia się szel­mow­ski uśmiech.

- Jego sy­pial­nia styka się z twoją, dzieli je tylko ściana. Może tro­chę pod­słu­chi­wa­łam. I je­śli się nie mylę, to praw­dziwa be­stia. Jak Go­dzilla. Do cho­lery, by­li­by­ście uro­czą parą!

Kwi­tuję to śmie­chem. Wciąż się śmieję, gdy uświa­da­miam so­bie, że mó­wiła po­waż­nie. Ona na­prawdę chce, że­bym cho­dziła z Da­re­nem.

- Aha, nie, Sheri, mi­siaczku. To się ni­gdy nie sta­nie. Ni­gdy. Ni­gdy prze­nigdy.

- Ni­gdy nie mów ni­gdy. - Ła­pie mnie za rękę. - Nie bądź głu­pia. To naj­bar­dziej po­żą­dany ka­wa­ler w Bo­sto­nie. Zdo­bywca He­ismana. Nu­mer je­den wśród no­wych za­wod­ni­ków. Bóg po­mię­dzy ludźmi. - Sheri od­wraca moją twarz w stronę zaj­mo­wa­nego przez niego sto­lika. - Spójrz na ten do­łe­czek w jego bro­dzie. On je­den wy­star­czy, żeby dziew­czyna wy­sko­czyła z maj­tek. Nie wspo­mnę już o tych oczach. Mó­wię ci, Mad­die, gdyby krę­ciły mnie ku­tasy, wspię­ła­bym się na jego Mo­unt Eve­rest tak szybko, że prze­kro­czy­ła­bym pręd­kość dźwięku.

- Mo­unt Eve­rest? - Uno­szę brwi.

- Tak. Naj­wyż­szą górę świata. Big Bena. Wiel­kiego Ptaka...

- Już czaję. - Sta­ram się być cier­pliwa, po­nie­waż wiem, że Sheri chce mi po­móc. - Nie in­te­re­sują mnie spor­towcy. Już nie. Mają za dużo po­kus, a ja nie na­daję się na wy­cie­raczkę. To się nie uda. Wra­cam do eko­no­mi­stów. Ci co prawda nie będą w sta­nie za­rzu­cić mnie so­bie na ra­mię czy uno­sić mnie jak sztangę, ale przy­naj­mniej nie wy­ci­sną ostat­niej kro­pli krwi z mo­jego serca. - Pró­buję zna­leźć ja­kiś inny te­mat, żeby ze mnie ze­szła. - Wiesz, Brad, tech­nik z pracy, za­pro­sił mnie na randkę.

Pa­trzy na mnie po­dejrz­li­wie.

- Zgo­dzi­łaś się.

- Nie uma­wiam się ze współ­pra­cow­ni­kami, ale faj­nie so­bie po­ga­da­li­śmy. Cał­kiem przy­zwo­icie się pre­zen­tuje. I ani razu nie po­my­śla­łam o Ja­co­bie.

- Je­stem pewna, że ten biedny fra­jer uzna to za po­cie­sze­nie, kiedy bę­dzie się brandz­lo­wał lewą ręką za­miast po­su­wać sek­sowną re­por­terkę.

- Fuj. - Nie mam ochoty my­śleć o Bra­dzie i jego le­wej ręce.

Mój wzrok wę­druje do sto­lika, przy któ­rym sie­dzi Da­ren z ko­le­gami. My­śli o moim ko­le­dze z pracy roz­pły­wają się, gdy pa­trzę na tego eli­tar­nego spor­towca. Na­zy­wa­nie go pięk­nym jest wiel­kim nie­do­po­wie­dze­niem.

Jest naj­go­ręt­szym oka­zem, po­mimo ubra­nia.

Wy­wra­cam oczami do swo­ich my­śli.

To stara Mad­die. Nowa Mad­die ro­zu­mie, że Da­ren jest tylko ład­nym chłop­cem, który uważa, że jest dla ko­biet da­rem od Boga. Już to prze­ra­bia­łam. Do­ra­sta­łam w tej oko­licy i praw­do­po­dob­nie le­piej znam re­pu­ta­cję Da­rena Slo­ana, niż bym chciała.

Da­ren prze­cze­suje dło­nią swoje gę­ste ciemne włosy, krótko ostrzy­żone po bo­kach, lecz na gó­rze na tyle dłu­gie, że opa­dają mu na czoło. Nie mu­szę pod­cho­dzić bli­żej, żeby prze­ko­nać się, jaki efekt wy­wie­rają jego piwne oczy na dziew­czy­nach, po­nie­waż do jego sto­lika zmie­rzają już trzy z nich.

Sheri trąca mnie w ra­mię.

- Niech cię cho­ciaż przed­sta­wię, za­nim ja­kaś pinda go omota.

Na mo­ich ustach po­ja­wia się cy­niczny uśmiech, taki, który - mam na­dzieję - wy­raża, że je­stem strefą za­ka­zaną dla gra­czy, po­nie­waż Da­ren jest spor­tow­cem po­dob­nie jak Ja­cob, a oni wszy­scy za­cho­wują się tak samo. Zdra­dzają.

- Nie ma po­trzeby. - Kręcę głową. - Już się po­zna­li­śmy.

* * *

Za­cznij cho­dzić z Da­re­nem. To naj­gor­szy z moż­li­wych po­my­słów. Mam ochotę spo­licz­ko­wać się za to, że przez dwie i pół se­kundy mój mózg uznał ten po­mysł za uro­czy.

Wiążę buty, po czym zbie­gam po scho­dach i wy­cho­dzę na dwór. Tego ranka jest duszno. Cóż, dla więk­szo­ści lu­dzi to jesz­cze nic.

Się­gam ręką do tyłu, chwy­tam się za kostkę i roz­cią­gam mię­sień czwo­ro­głowy. W ta­kich chwi­lach zwy­kle my­ślę o Ja­co­bie. Nie, nie ćwi­czy­li­śmy ra­zem. Ni­gdy nie wsta­wał o tej po­rze. To, że tego nie ro­bił, być może coś o nas mówi.

Nie mogę prze­stać tego ro­bić, wciąż roz­my­ślam o róż­nych aspek­tach na­szego związku, żeby móc wska­zać, co po­szło nie tak. Czu­łam się jak na tor­tu­rach, nie od­bie­ra­jąc te­le­fo­nów od niego - tę­sk­nię za nim jak sza­lona - ale ni­gdy mu nie wy­ba­czę tego, co zro­bił. To nie był jed­no­ra­zowy skok w bok. Nie był to ja­kiś wy­pa­dek po pi­jaku. Zro­bił to ce­lowo. Wszystko so­bie prze­kal­ku­lo­wał. Prze­my­ślał.

Moja dłoń za­ci­ska się na te­le­fo­nie. Kiedy ogar­nia mnie de­spe­ra­cja, kiedy kusi mnie, żeby do niego za­dzwo­nić, oglą­dam fil­mik na ko­mórce. To nieco inny ro­dzaj tor­tury. Oglą­da­nie męż­czy­zny, o któ­rym my­śla­łam, że mnie ko­cha, gdy po­suwa inną ko­bietę, jest jak po­wolna śmierć z po­wodu ty­siąca kłamstw. Ko­cham cię. Chcę się z tobą oże­nić. Chcę mieć z tobą dzieci. Same kłam­stwa.

Jed­nak za­miast zdy­stan­so­wać się od tych my­śli, zmu­szam się do roz­trzą­sa­nia bo­le­snych szcze­gó­łów, żeby wzmoc­nić swoje po­sta­no­wie­nie. Jego ku­tas. Jej usta. Ich jęki. Tak, pie­przyć go.

Koń­czę roz­cią­ga­nie i po­woli bie­gnę, żeby po­zbyć się bólu po wczo­raj­szym pi­ciu. Ni­gdy wcze­śniej nie bie­ga­łam po dziel­nicy Sheri, ale znam główne ulice dość do­brze, bo uczęsz­cza­łam do szkoły w po­bliżu, więc do­bie­gam do zna­jo­mej Espla­nade. Ścieżka wije się wzdłuż rzeki Char­les, która tego wietrz­nego ranka chlu­po­cze przy brzegu.

Po dru­gim ki­lo­me­trze zdrada Ja­coba wy­daje się mniej okrutna, nie jest już no­żem w moim sercu, lecz si­nia­kiem na moim ego. Ale je­stem zmę­czona uża­la­niem się nad sobą. Pod­wa­ża­niem wła­snej war­to­ści. Prze­pro­wadzka do Sheri i nowa praca ozna­cza, że za­czy­nam wszystko od po­czątku i mam za­miar w pełni wy­ko­rzy­stać nowe moż­li­wo­ści.

Być może wła­śnie dla­tego Da­ren wy­dał mi się nieco ku­szący. Ta piękna twarz mnie de­kon­cen­truje. Umiem to wy­ko­rzy­stać. Dla­tego uwiel­biam pra­co­wać. Dzięki temu je­stem za­jęta i nie mam czasu na­wet na wzię­cie od­de­chu.

Za­krę­cam i do­bie­gam do bu­dynku, w któ­rym miesz­kam z Sheri, w tym cza­sie słońce za­czyna już wy­su­wać się po­nad ho­ry­zont. W moim iPho­nie gło­śno gra Guns N' Ro­ses, a ja koń­czę bieg sprin­tem. Krew pul­suje mi w ży­łach, je­stem cała spo­cona, ale czuję się do­brze. Ni­gdy bym się przed ni­kim nie przy­znała, ale lu­bię wsta­wać tak wcze­śnie. Zmu­sza mnie to do prze­ję­cia kon­troli nad ży­ciem.

W gło­wie od­ha­czam ko­lejne punkty dzi­siej­szego planu dnia. Za go­dzinę mam spo­tka­nie, o ósmej rano prze­pro­wa­dzam wy­wiad na żywo, mu­szę po­szu­kać ma­te­ria­łów do trzech re­por­taży na ten ty­dzień, wy­słać ra­port i wy­ko­nać co naj­mniej kil­ka­na­ście te­le­fo­nów.

Skrę­cam za róg i nie wiem, co się ze mną dzieje. Zde­rzam się ze ścianą, po­wie­trze ucieka mi z płuc i pa­dam na chod­nik, lą­du­jąc na ple­cach.

ROZ­DZIAŁ 3

DA­REN

Jest ku­rew­sko wcze­śnie, ale je­śli za­raz nie wy­ru­szę, utknę w korku, a nie chcę się spóź­nić. Poza tym, mu­szę spraw­dzić, ile trwa po­dróż o tej go­dzi­nie, po­nie­waż tre­ning za­czyna się o siód­mej rano. Cho­ciaż zgru­po­wa­nie za­czyna się do­piero za kilka ty­go­dni, mam spo­tka­nie z tre­ne­rami, któ­rzy chcą mi po­ka­zać szat­nie i si­łow­nię. Główny szko­le­nio­wiec wie, że rów­nie ważne jak fi­zyczna dys­po­zy­cja jest to, co dzieje się w gło­wie, więc po­zwo­lił mi po­tre­no­wać tam kilka dni w ty­go­dniu, że­bym za­po­znał się z in­fra­struk­turą klubu przed roz­po­czę­ciem ofi­cjal­nych przy­go­to­wań.

Prze­krę­cam klucz w zamku i za­sta­na­wiam się, po co zo­sta­wi­łem so­bie to miesz­ka­nie. Bar­dzo ciężko tu za­par­ko­wać, do­jazdy są straszne, a bu­dy­nek stary. Ku­pi­łem je dla sie­bie i Ve­ro­niki, że­by­śmy mieli gdzie miesz­kać po skoń­cze­niu stu­diów, po­nie­waż ona chciała zo­stać w mie­ście, ale ze­rwa­li­śmy ze sobą tego dnia, gdy zo­sta­łem przy­jęty do dru­żyny za­wo­do­wej, więc na­wet nie do­wie­działa się o tym za­ku­pie. Roz­wa­żam obej­rze­nie apar­ta­men­tów po­ło­żo­nych bli­żej sta­dionu.

Na samą myśl o tym nie­uda­nym związku od razu po­pa­dam w zły na­strój. Zmar­no­wa­łem cztery je­bane lata. Na­wet tych osiem mie­sięcy, które spę­dzi­li­śmy bez sie­bie na dru­gim roku, zo­stało ska­żo­nych jej dra­ma­tami i kłam­stwami.

Do­brze so­bie ra­dzę z wie­loma rze­czami, ta­kimi jak fut­bol czy na­uka, ale na sam dźwięk słowa "zwią­zek" czuję się tak, jak­bym miał za­raz usiąść na krze­śle elek­trycz­nym.

Pro­blem z Ve­ro­nicą, oprócz tego, że w ogóle się ze sobą ze­szli­śmy, po­le­gał na tym, że prze­szka­dzał jej fut­bol, je­dyna rzecz, która za­pew­niała jej upra­gnioną po­pu­lar­ność. Co za iro­nia.

Tak wła­śnie było. Nie mogę mieć ko­biety, która jest za­zdro­sna o to, co ro­bię za­wo­dowo. Od dziecka wy­pru­wa­łem so­bie flaki, żeby dojść do tego miej­sca. Lu­dzie mogą mó­wić, że i tak już je­stem bo­gaty, więc nie­ważne, jak po­to­czy się moja ka­riera spor­towa, ale przez to jesz­cze bar­dziej chcę im po­ka­zać swój po­ten­cjał. Poza tym, te pie­nią­dze nie na­leżą do mnie i chciał­bym za­ra­biać na swój spo­sób.

Kiedy to ro­bię, kiedy zrzu­cam winę na jej płyt­kość za­miast na zdradę, przy­naj­mniej nie mam wra­że­nia, że za­raz pęk­nie mi serce. Że za­raz wy­biję dziurę w be­to­no­wym mu­rze. Po­nie­waż to wy­zna­nie...

Aż mnie skręca w żo­łądku na myśl o tym, co mi po­wie­działa tam­tego wie­czora. Cho­ciaż bła­gała, że­bym jej wy­ba­czył, są ta­kie grze­chy, któ­rych nie da się zmyć sło­wami.

Prze­ły­kam grudę w gar­dle, do­ciera do mnie, że słońce już wstaje, więc czas ru­szyć dupę. Za­rzu­cam torbę na ra­mię i kie­ruję się w stronę mo­jego SUV-a na tyl­nym par­kingu. Gdy wy­cho­dzę za róg, wy­cią­gam z tyl­nej kie­szeni te­le­fon, żeby spraw­dzić, czy od­dzwo­nił do mnie agent nie­ru­cho­mo­ści.

W głębi serca czuję ulgę, jak­bym w ostat­niej chwili uchy­lił się przed le­cącą kulą. Przy­naj­mniej Ve­ro­nica nie zdą­żyła się do mnie wpro­wa­dzić. To byłby kosz­mar.

Na­gle sły­szę "dum" i moja ko­mórka szy­buje w po­wie­trzu.

Po chwili już wiem, co się stało, i serce za­czyna mi bić jak sza­lone. Ja pier­dolę. Na chod­niku leży ja­kaś ko­bieta.

Rzu­cam torbę na zie­mię i po­chy­lam się nad nią.

- Nic się pani nie stało?

Od­wraca twarz w moją stronę i ję­czy.

Cze­kaj­cie. Znam tę twarz. Ni­gdy bym jej nie za­po­mniał.

- Mad­die? - Co ona robi o wpół do szó­stej przed moim do­mem? Ma na so­bie spodnie do jogi i tank top. Kilka kro­ków da­lej na ziemi leży jej iPhone. - Mad­die, cho­lera. Prze­pra­szam. Nie pa­trzy­łem, jak idę.

Kilka razy mruga. W końcu ję­czy.

- Jezu Chry­ste, Da­ren. Chcesz mnie za­bić?

Zro­bi­łem jej krzywdę? Kurwa.

Od­su­wam włosy z jej twa­rzy i wi­dzę wbite we mnie prze­ni­kliwe spoj­rze­nie. Bez na­my­słu prze­su­wam dło­nią po jej wło­sach i obej­muję od tyłu jej szyję.

Pa­trzymy na sie­bie, ona ła­pie po­wie­trze do płuc.

Dla­czego tak ją trzy­mam? To samo py­ta­nie po­ja­wia się w jej spoj­rze­niu, a ja od­su­wam się i od­chrzą­kuję, pró­bu­jąc nie pa­trzeć na jej pod­kre­ślony przez ob­ci­sły top de­kolt.

Dla­czego ona na­dal leży na ziemi? Och, ty dupku. Zde­rzyła się z tobą. Po­móż jej wstać i nie pró­buj jej przy tym ob­ma­cy­wać.

- Do­brze, wsta­jemy z chod­nika. - Wy­cią­gam do niej rękę, którą ona igno­ruje i sama wstaje.

Po­syła mi wście­kłe spoj­rze­nie i otrze­puje ty­łek, który bar­dzo chciał­bym zo­ba­czyć, po­nie­waż ma na so­bie przy­le­ga­jące ubra­nie.

Wow. Mad­die McDer­mott. Gę­ste czarne włosy zwią­zała w nie­chlujny ku­cyk, który po zde­rze­niu jesz­cze bar­dziej stra­cił formę. Jest wy­soka jak na dziew­czynę. Szczu­pła, ale za­okrą­glona we wła­ści­wych miej­scach. Ostat­nim ra­zem, gdy ją wi­dzia­łem, była w ko­stiu­mie w sto­no­wa­nych ko­lo­rach i prze­pro­wa­dzała wy­wiad z bur­mi­strzem. A Mad­die w ko­stiu­mie wy­gląda tak, że trudno po­zbyć się jej wi­doku z głowy.

Do cho­lery. Wy­gląda jesz­cze sek­sow­niej bez ma­ki­jażu.

Po­chyla się, żeby pod­nieść iPhone'a, a ja od­wra­cam wzrok od jej tyl­nej czę­ści ciała, bo nie chcę być per­we­rem, który gapi się na tyłki dziew­czyn.

Marsz­czy czoło, gdy się do mnie od­wraca.

- Po­winni po­sta­wić cię na czele ko­mi­tetu po­wi­tal­nego. Czy wła­śnie w ten spo­sób wi­ta­cie wszyst­kich no­wych są­sia­dów? Nie są­dzisz, że atak cia­łem po­wi­nie­neś za­re­zer­wo­wać na mecz?

Mimo że za­war­łem ze sobą pakt o nie­ga­pie­niu się na nią, nie mogę się po­wstrzy­mać i wbi­jam wzrok w jej usta. Pa­trzę, jak uro­czo marsz­czy nos, kiedy się zło­ści.

Cze­kaj. O czym ona mówi?

- Prze­pra­szam. Sze­dłem do Dun­kin' Do­nuts po kawę, więc mój mózg jesz­cze się nie obu­dził. Po­wie­dzia­łaś, że je­ste­śmy są­sia­dami? - Po­ta­kuje. Ro­bię wiel­kie oczy. - Czy ty je­steś tą Mad­die od Sheri?

Py­ta­jąco unosi brwi.

- Sama bym tak sie­bie nie na­zwała, ale tak, je­stem Mad­die od Sheri.

W jed­nej chwili przy­po­mi­nam so­bie kar­ton, o któ­rym jej współ­lo­ka­torka mó­wiła żar­tem, że jest pe­łen ero­tycz­nych za­ba­wek.

Ja pier­dzielę. Mad­die i za­bawki ero­tyczne.

Spo­kój tam. Mu­szę się od­da­lić, za­nim mój ku­tas jesz­cze bar­dziej nie pod­eks­cy­tuje się spo­tka­niem z nią.

- Prze­pra­szam, Mad­die. Tro­chę się spie­szę. Po­zdrów ode mnie Sheri. Je­śli zo­sta­je­cie na week­end, przyjdź­cie do mnie na im­prezę z oka­zji Dnia Nie­pod­le­gło­ści. Od­bę­dzie się na rzece.

Jesz­cze nie skoń­czy­łem mó­wić, gdy ona już kręci głową i spusz­cza wzrok.

- Sheri wy­jeż­dża z mia­sta, a ja mu­szę pra­co­wać. Ale dzięki. - Krzywi się tak, jak­bym wła­śnie po­pro­sił ją, żeby wy­czy­ściła mi fugi w ła­zience.

No do­bra. Je­śli się nie mylę, cho­dzi jej o to, że­bym się od­pier­do­lił.

Po­ta­kuję i za­bie­ram swoją torbę.

- Cóż, to do­brej za­bawy. Prze­pra­szam, że przeze mnie upa­dłaś na dupę. - Nie cze­kam na jej od­po­wiedź i ru­szam do auta.

* * *

Czter­dzie­ści pięć mi­nut póź­niej je­stem już pra­wie na sta­dio­nie, ale cią­gle my­ślę o Mad­die. Nie wiem, dla­czego na­dal mnie prze­śla­duje, bo prze­cież do­sta­łem od niej bły­ska­wicz­nego ko­sza. Zu­peł­nie ina­czej było, gdy się ze sobą po­zna­li­śmy ze­szłej je­sieni. No do­brze, może i była lekko pod­pita, gdy tak sie­działa z jedną z mo­ich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, Cle­men­tine, ale była wów­czas roz­mowna, słodka i do cho­lery, rów­nie prze­śliczna.

Za­sta­na­wiam się, czy ja­koś ją ura­zi­łem. Może to strasz­nie za­ro­zu­miałe, ale nie­czę­sto do­staję ko­sza.

Po­cie­ram kark, chyba za­czy­nam po­pa­dać w pa­ra­noję. Za­sta­na­wiam się, czy zna prawdę o książce Cle­men­tine. Wła­śnie tak się po­zna­li­śmy z Mad­die, po tym jak prze­pro­wa­dziła wy­wiad z Clem, gdy wy­szło na jaw, że to ona jest au­torką be­st­sel­lera.

Kręcę głową. W za­sa­dzie chyba do­brze się składa, że Mad­die nie jest za­in­te­re­so­wana. Z mi­liona po­wo­dów.

Tre­ningi przed se­zo­nem ozna­czają, że nie mam czasu na pier­doły, więc tak czy owak la­tem nie będę uczest­ni­czył w ży­ciu to­wa­rzy­skim. W no­wej dru­ży­nie, w któ­rej mu­szę się na­uczyć se­tek no­wych za­grań, oraz z ra­cji stresu zwią­za­nego z NFL ostat­nie, czego mi po­trzeba, to gierki psy­cho­lo­giczne. A ko­biety wła­śnie to ozna­czają. Do­brze so­bie ra­dzę z wie­loma rze­czami, lecz bab­skie dra­maty do nich nie na­leżą.

Ostat­nie dwa mie­siące po ze­rwa­niu po­świę­ci­łem sty­lowi ży­cia, który można na­zwać "ru­chaj, aż za­po­mnisz", pra­gnąc, by ja­łowa zie­mia, która po­zo­stała po moim po­przed­nim związku, stała się tylko od­le­głym, za­ma­za­nym wi­do­kiem. To lato jak nic in­nego po­zwo­liło mi zro­zu­mieć, że moja była i ja tak na­prawdę roz­sta­li­śmy się wiele mie­sięcy temu, być może już w ze­szłe święta.

Jax, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel i brat bliź­niak Cle­men­tine, po­wta­rza mi, że to był naj­wyż­szy czas na roz­sta­nie. Są­dzę, że ma ra­cję.

Te­raz pora się ustat­ko­wać. Sku­pić na fut­bolu. Grać tak, jakby za­le­żało od tego moje ży­cie.

Wo­bec tego ostat­nią rze­czą, o ja­kiej po­wi­nie­nem my­śleć, jest to, że chciał­bym wi­dzieć Mad­die McDer­mott w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej w mo­jej po­ścieli, może w wan­nie i na pewno na pod­ło­dze w sa­lo­nie, naj­le­piej obok ko­minka.

Mój ku­tas już za­czyna się eks­cy­to­wać, ale ja wiem le­piej.

Kiedy dzwoni agent nie­ru­cho­mo­ści, prze­pro­wadzka na­gle nie wy­daje mi się aż tak na­gląca, jak była rano.

Może ży­cie w mie­ście nie bę­dzie aż tak uciąż­liwe. Miesz­ka­nie w Back Bay ma co naj­mniej jedną za­letę.

ROZ­DZIAŁ 4

DA­REN

Pot spływa mi po twa­rzy, gdy omia­tam wzro­kiem li­nię obrony. Może i wy­mia­ta­łem w li­dze uni­wer­sy­tec­kiej, ale NFL to zu­peł­nie nowa stra­tos­fera. Za­ło­że­nia obozu szko­le­nio­wego są na­stę­pu­jące: wy­ro­bie­nie szczy­to­wej formy, wpro­wa­dze­nie no­wych za­wod­ni­ków do dru­żyny i po­zby­cie się z niej tych, któ­rzy nie dają rady. Ja już je­stem w for­mie. Przez całą wio­snę i lato ura­bia­łem so­bie ty­łek, ale mimo to ju­tro będę cho­ler­nie obo­lały. Ale to nie jest moje naj­więk­sze zmar­twie­nie.

Pięć razy po­wta­rza­li­śmy to ćwi­cze­nie, ale coś nam nie wy­cho­dzi z La­Duke'em, moim skrzy­dło­wym. Tak wiele w me­czu za­leży od che­mii, a mię­dzy nami nie może za­try­bić. Za­uwa­żam Bren­two­oda, we­te­rana roz­gry­wa­ją­cych, który śmieje się przy stole z wodą, ale gdy znowu usta­wiamy się na po­zy­cjach, przy­staje, żeby się nam przy­glą­dać.

Piłka nad­la­tuje, gdy tylko moje palce chwy­tają jej skórę, wy­co­fuję się po­mię­dzy in­nych za­wod­ni­ków i roz­glą­dam po bo­isku. Ciała się prze­su­wają, a ja spraw­dzam, ja­kie mam moż­li­wo­ści. W końcu La­Duke uwal­nia się od swo­jego obrońcy, więc po­daję do przodu.

Piłka leci per­fek­cyj­nym łu­kiem. Ale w ostat­niej chwili ten du­pek zwal­nia, a moje po­da­nie nie tra­fia celu.

La Duke wraca truch­tem i wzru­sza ra­mio­nami.

- Prze­rzu­ci­łeś? - pyta, do­sko­nale wie­dząc, że nie na tym po­lega pro­blem.

Zgrzy­tam zę­bami, cze­kam na opier­dziel tre­nera. Spo­ty­kam się wzro­kiem z in­nym żół­to­dzio­bem na po­zy­cji skrzy­dło­wego, który biega w tę i z po­wro­tem po li­nii bocz­nej. Qu­en­tin Alva­rez jest głodny. Chce do­stać piłkę.

Pod­bie­gam do tre­nera Rey­noldsa, żeby nie mu­siał pod­no­sić głosu, gdy mnie bę­dzie opier­da­lał. Wzdy­cha i marsz­czy brwi. Ale nie krzy­czy, kła­dzie dłoń na moim ra­mie­niu i od­wraca mnie twa­rzą w stronę pu­stego bo­iska za nami.

- Da­ren, po­doba mi się, że za­cho­wu­jesz spo­kój. Po­trzeba czasu, żeby za­wod­nicy za­ak­cep­to­wali no­wych. Nie bierz tego do sie­bie.

Biorę głę­boki od­dech i po­ta­kuję. Ma ra­cję.

- Nie ma pro­blemu, tre­ne­rze. - Tak zwy­kle od­po­wia­dam na bo­isku. Po­wi­nie­nem trzy­mać gębę na kłódkę, ale po­sta­na­wiam spró­bo­wać. - Nie są­dzisz, że po­win­ni­śmy spró­bo­wać z Qu­en­ti­nem?

Rey­nolds po­ru­sza szczęką w przód i w tył.

- Przyj­dzie jego ko­lej. Poza tym bar­dziej praw­do­po­dobne jest to, że za­grasz ze sta­rym skła­dem i to z nimi mu­sisz się ograć.

- Ro­zu­miem. Ale wy­daje mi się, że Qu­en­tin na­prawdę tego chce.

Tre­ner kiwa głową i marsz­czy opa­lone czoło.

- Zo­ba­czymy. Weź so­bie wodę.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej po­now­nie sto­imy na swo­ich miej­scach, a tre­ner dmie w gwiz­dek.

- Wiesz co? Sprawdźmy Qu­en­tina - krzy­czy do La­Duke'a i brodą wska­zuje li­nię boczną.

Ciężko mi ukryć uśmiech, więc za­ci­skam szczękę do mo­mentu, aż znowu czuję pełne sku­pie­nie. Qu­en­tin wbiega na bo­isko i po­ta­kuje, gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają.

Tym ra­zem, gdy mój skrzy­dłowy urywa się obro­nie, wszy­scy na li­nii bocz­nej przy­stają, żeby przyj­rzeć się mo­jemu po­da­niu, które do­sięga rąk Qu­en­tina na dwa kroki przed li­nią koń­cową.

Tak to się robi, skur­wy­syny. Wciąż się uśmie­cham, gdy pół go­dziny póź­niej uda­jemy się do szatni, do­póki nie pod­cho­dzi do mnie Bren­twood, jak­by­śmy byli sta­rymi przy­ja­ciółmi. Po­chyla się nade mną z uśmie­chem na twa­rzy.

- Co to, kurwa, było? - szep­cze, mimo że z gło­śni­ków dudni Emi­nem.

To już się robi nudne. Pół­tora ty­go­dnia na obo­zie, a ja stra­ci­łem już ra­chubę, ile razy do­sta­łem zjebkę od Bren­two­oda.

- Słu­cham? O co, kurwa, cho­dzi?

- Dla­czego za­pro­po­no­wa­łeś Qu­en­tina?

- Chyba nie wiem, o czym mó­wisz. - Nie mam w zwy­czaju od­rzu­cać po­dzię­ko­wań, kiedy mi się na­leżą, ale rów­nież nie mam za­miaru wku­rzać Bren­two­oda jesz­cze bar­dziej, bo wi­dać, że jest dziś na­bz­dy­czony.

- Da­ren!

Do szatni wpada Je­anine Car­tw­ri­ght, za­stępca dy­rek­tora do spraw mar­ke­tingu i PR, wcale nie przej­mu­jąc się tym, że po­łowa fa­ce­tów ma na so­bie tylko ochra­nia­cze kro­cza lub jest zu­peł­nie nago. Ma­cha do mnie, nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy przez te­le­fon. Bren­twood pusz­cza do niej oko i od­dala się w kie­runku swo­jej szafki po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia.

Kiwa głową i na­dal roz­ma­wia.

- Świetny po­mysł. Tak, mam go tu­taj. - Spo­gląda na mnie i uśmie­cha się przez pół se­kundy, po czym pod­nosi rękę, po­ka­zu­jąc, że mam po­cze­kać. Je­anine jest pierw­szą ko­bietą na tak wy­so­kim sta­no­wi­sku i naj­młod­szą w za­rzą­dzie. Jest atrak­cyjna, ale jej lo­do­wate spoj­rze­nie przy­po­mina wzrok dra­pież­nika. Za­wod­nicy NFL nie na­leżą do naj­bar­dziej kul­tu­ral­nych, ale ża­den jej nie za­cze­pia. Za­pewne dla­tego, że nie chcą, żeby wy­rwała im jaja. Przy­gła­dza swoje ciemne włosy ob­cięte na krót­kiego boba. - Je­stem pewna, że się zgo­dzi. Żół­to­dzioby ni­gdy nie ro­bią pro­ble­mów z udzie­la­niem wy­wia­dów.

Już ro­zu­miem, Je­anine. Nie ma po­trzeby mnie prze­czoł­gi­wać, tylko dla­tego że je­stem na naj­niż­szym szcze­blu dra­biny.

Roz­łą­cza się, po czym po­woli omiata wzro­kiem moją nagą klatkę pier­siową, za­trzy­muje się dłu­żej na mo­jej ta­lii i w jej oczach po­ja­wia się błysk roz­cza­ro­wa­nia, że na­dal mam na so­bie szorty. W końcu pod­nosi wzrok i sku­pia się na mo­jej twa­rzy.

- Po­trze­buję cię ju­tro rano po tre­ningu z cię­ża­rami. W za­sa­dzie bę­dziesz mu­siał go skró­cić. Po­wiem wszyst­kim, że mo­żesz się spóź­nić na drugą se­sję. Aha, i weź prysz­nic, za­nim przyj­dziesz do mnie na bo­isko tre­nin­gowe. Przyda ci się.

Cóż, do cho­lery, nic dziw­nego, że mu­szę się umyć. Przez dwie go­dziny by­łem w peł­nym słońcu w ty­po­wej dla Mas­sa­chu­setts w lipcu tem­pe­ra­tu­rze trzy­dzie­stu pię­ciu stopni.

Je­anine stuka pal­cem po ekra­nie te­le­fonu i wpro­wa­dza spo­tka­nie do ka­len­da­rza.

- Ty i Qu­en­tin ma­cie wy­wiad w lo­kal­nej sta­cji, która robi cykl pro­gra­mów o spo­rcie dla ko­biet. Na­zwiemy go Fut­bol 101 i za każ­dym ra­zem bę­dziemy po­ka­zy­wać in­nych za­wod­ni­ków. Ale chcia­łam wy­ko­rzy­stać to, że twoje przy­ję­cie do dru­żyny jest te­raz go­rą­cym new­sem.

- Będę - zmu­szam się do uśmie­chu i wiem, że we­dług niej jest szczery, po­nie­waż ona też się do mnie uśmie­cha, nie spie­szy się, jakby chciała się na mnie jesz­cze na­pa­trzeć, za­nim pój­dzie do Qu­en­tina.

Je­den z chło­pa­ków czeka, aż Je­anine wyj­dzie, po czym wyj­muje te­le­fon.

- Chodź­cie zo­ba­czyć cipkę, którą wczo­raj prze­le­cia­łem. Mój ku­tas wszedł w nią jak w rę­ka­wiczkę. - Kilku za­wod­ni­ków ota­cza go, żeby obej­rzeć na­gra­nie.

Gdyby był moim kum­plem z dru­żyny w Bo­ston Col­lege, po­wie­dział­bym mu, że jest dur­nym fiu­tem. Wy­star­czy, że film wpad­nie w nie­po­wo­łane ręce i może zmie­nić twoje ży­cie w pie­kło, zwłasz­cza gdy to­wa­rzy­szy mu plotka, którą ktoś roz­pu­ścił, by zdo­być pięt­na­ście mi­nut sławy.

Ale to nie jest uczel­nia. A ja nie stoję na czele tego ze­społu. Spo­glą­dam na Bren­two­oda, który nie ogląda na­gra­nia. Cały czas mi się przy­gląda. Boże, co za dziwny czu­bek.

Ro­bię minę po­ke­rzy­sty, biorę ręcz­nik i idę pod prysz­nic. Mam jesz­cze je­den tre­ning po po­łu­dniu i mu­szę przed nim oczy­ścić głowę. Je­stem przy­zwy­cza­jony do dra­ma­tów, ale na tym sta­dio­nie jest ich wy­star­cza­jąco dużo, by czło­wieka przy­tło­czyć.

Gdy go­rąca woda spływa po mo­jej skó­rze, za­my­kam oczy i pró­buję od­gro­dzić się od ha­łasu. W końcu chwila spo­koju.

I wtedy wła­śnie my­ślę o jej twa­rzy. Tych peł­nych, ró­żo­wych ustach w od­cie­niu słod­kich ja­gód. Tej bla­dej skó­rze, która wy­daje się je­dwa­bi­ście gładka. Te pod­kre­ślone czarną kredką oczy przy­po­mi­nają mi o wo­dach u wy­brzeży grec­kiej wy­spy San­to­rini. Błę­kit­nych ni­czym lód wy­to­piony z nieba.

Mi­nęły dwa ty­go­dnie od dnia, gdy zde­rzyła się ze mną i upa­dła na dupę, ale od tej pory nie wi­dzia­łem jej ani razu. A roz­glą­da­łem się za nią.

Wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi chcę po­roz­glą­dać się uważ­niej.

ROZ­DZIAŁ 5

MAD­DIE

Za­pi­suję ostat­nie słowa wy­po­wie­dzi do­wódcy straży po­żar­nej z wy­wiadu, który prze­pro­wa­dzi­łam przez te­le­fon, gdy do mo­jego boksu za­gląda Ro­ger.

- Ma­de­line. Ni­cole. Do mo­jego biura. Za­raz.

Moja ko­le­żanka z tego sa­mego boksu głę­boko wzdy­cha. Za­my­kam no­tes i pa­trzę na nią.

- Chodźmy spraw­dzić, czego chce ten mały czło­wie­czek - mam­ro­cze pod no­sem, za­bie­ra­jąc swój no­tes. - Przy­naj­mniej dzięki niemu prze­sta­łaś ob­gry­zać dłu­go­pis. - Mam wra­że­nie, że za chwilę wy­pu­ści na świa­tło dzienne swoją nie­zbyt głę­boko ukrytą na­turę suki. - Czy po­win­nam przy­po­mnieć ci o tym, że by­łoby bo­sko, gdyby ktoś na­oli­wił ci krze­sło? Bo kiedy ma­chasz nogą, jak­byś miała ja­kiś atak, to skrzy­pie­nie do­pro­wa­dza mnie do szału.

Z ja­kie­goś po­wodu Ni­cole nie jest moją naj­więk­szą fanką. Cho­ciaż obie do­sta­ły­śmy tu pracę w tym sa­mym cza­sie i po­win­ny­śmy so­bie po­ma­gać w tej wy­ma­ga­ją­cej branży, pa­trzy na mnie, jak­bym miała ją za­ra­zić cho­robą we­ne­ryczną. Zwy­kle je­stem pewna sie­bie - nie da się za­ist­nieć w branży dzien­ni­kar­skiej, gdy jest się słabą nimfą - ale przy tej dziew­czy­nie czuję się wy­trą­cona z rów­no­wagi.

Zwy­kle igno­ruję jej do­cinki, ale ostat­nio, czyli od­kąd do­sta­łam tę pracę, sy­piam po pięć go­dzin na dobę i mam nerwy na­pięte jak po­stronki.

- Ni­cole, a może za­czę­ły­by­śmy uda­wać, że gramy w tej sa­mej dru­ży­nie? Skończmy z tym cho­ler­nym ska­ka­niem so­bie do oczu, do­brze?

Unosi wy­soko brwi.

- Ni­gdy nie sły­sza­łam, że­byś prze­kli­nała. Zro­bisz to po­now­nie, je­śli wku­rzę cię jesz­cze bar­dziej?

I to ma być od­po­wiedź? Nie, nie prze­kli­nam. Se­rio. Wy­star­czy, że tylko raz coś wy­msknie mi się na wi­zji i tra­fię na drogi Mon­tany, gdzie będę przy­go­to­wy­wała pro­gramy o ry­tu­ałach go­do­wych bi­zo­nów.

Nie wiem na­wet, dla­czego Ni­cole i ja sie­dzimy w tym sa­mym bok­sie. Może tylko dla­tego, że obie je­ste­śmy nowe. Ona po­winna trzy­mać się z dzia­łem spor­to­wym po dru­giej stro­nie hali, ale u nich nie ma już miej­sca. Są­dzę, że jest wku­rzona, że utknęła z re­por­terką wia­do­mo­ści i nie może przez cały dzień słu­chać ESPN2.

Jak zwy­kle mnie igno­ruje i owija ko­smyk blond wło­sów wo­kół palca z nie­na­gan­nym fran­cu­skim ma­ni­kiu­rem. Ni­cole wy­gląda tak, jakby zo­stała wy­cho­wana przez dru­żynę che­er­le­ade­rek gdzieś w Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii. Na­wet lekko sprę­ży­nuje, gdy się po­ru­sza.

Wy­gła­dzam swoją szarą ołów­kową spód­nicę i przy­glą­dam się jej nie­skrom­nie krót­kiej su­kience, która unosi się, gdy dziew­czyna nie­mal w pod­sko­kach kie­ruje się do biura Ro­gera.

Kiedy do niego wcho­dzimy, Ni­cole staje się zu­peł­nie inną osobą.

- Cześć, sze­fie, wi­dział pan to nie­sa­mo­wite na­gra­nie z obozu szko­le­nio­wego? Rany, Da­ren Sloan ma cho­ler­nie celne po­da­nia.

W chwili gdy sły­szę jego na­zwi­sko, moje serce znacz­nie przy­spie­sza. Jezu, Ma­de­line. Wy­lu­zuj.

Nie wiem, na czym po­lega mój pro­blem, ale od czasu, gdy w niego za­ry­łam, ile­kroć sły­szę jego imię, moje ciało prze­ni­kają małe wy­ła­do­wa­nia elek­tryczne. Wi­nię za to te jego brą­zowe oczy... to, jak na mnie pa­trzył... to, jak ob­jął moją szyję. I tak, także to, że pa­mię­tał, jak mam na imię. A niech go.

Ni­cole za­rzuca włosy na jedno ra­mię, a ja w my­ślach wy­wra­cam oczami. Olśnie­wa­jący uśmiech na jej twa­rzy wi­dzę tylko wtedy, gdy po­ja­wiają się inni lu­dzie, głów­nie męż­czyźni. Ni­gdy by nie zmar­no­wała tyle ener­gii na mnie.

Ro­ger nie wy­gląda na rów­nie ocza­ro­wa­nego jak inni fa­ceci, któ­rych mo­men­tal­nie wsysa urok Ni­cole. Może dla­tego że jest star­szy, chyba po sześć­dzie­siątce. Ma zmę­czoną twarz i po­ciera brodę z szorst­kim za­ro­stem.

- We­zwa­łem was, dziew­czyny, żeby wam coś po­wie­dzieć. - Siada na swoim trzesz­czą­cym fo­telu i marsz­czy czoło. - Będę was po­trze­bo­wał ju­tro rano na sta­dio­nie Re­bel­sów, gdzie na­krę­ci­cie nowy pro­gram o fut­bolu skie­ro­wany do ko­biet. Je­śli od­nie­sie suk­ces, bę­dziemy na­gry­wać co ty­dzień. Ni­cole, nie mu­szę ci chyba mó­wić, że to może być ważny krok w two­jej ka­rie­rze.

Je­stem zdez­o­rien­to­wana.

- A do czego ja je­stem tam po­trzebna, pro­szę pana? - To ona jest re­por­terką z działu spor­to­wego.

Uśmie­cha się. Jest zmę­czony, ale uśmiech ocie­pla jego twarz.

- Bar­dzo spodo­bała mi się twoja pro­po­zy­cja, żeby przyj­rzeć się temu, jak po­sze­rze­nie par­kingu dla dru­żyny wpły­nie na przy­rodę w po­ło­żo­nym nie­da­leko re­zer­wa­cie przy­rody. To twoja szansa na roz­mowę z czło­wie­kiem od spraw wi­ze­run­ko­wych Re­bel­sów i na­gra­nie kilku od­po­wie­dzi. W pią­tek od­bę­dzie się gło­so­wa­nie w tej spra­wie, więc bę­dziesz miała wszystko, co trzeba, by przy­go­to­wać pe­łen re­por­taż.

Z tru­dem po­wstrzy­muję się od uśmie­chu. Do­tych­czas pi­sa­łam głów­nie dla spi­ke­rów lub ro­bi­łam nie­duże wej­ścia na żywo o spra­wach waż­nych dla miesz­kań­ców. Ale to może być coś waż­nego. Dzien­ni­kar­stwo po­cią­gało mnie głów­nie przez to, że mo­głam mieć wpływ na roz­wią­zy­wa­nie praw­dzi­wych pro­ble­mów. Nie je­stem za­in­te­re­so­wana wy­stę­po­wa­niem w te­le­wi­zji czy by­ciem roz­po­zna­walną. Uwiel­biam wal­czyć o zwy­kłego czło­wieka i po­ma­gać spo­łecz­no­ści.

Szef ma­cha ręką.

- Po­win­ny­ście za­cząć przy­go­to­wa­nia. Ju­tro Spen­cer po­in­for­muje was o kwe­stiach lo­gi­stycz­nych.

W tym mo­men­cie rzed­nie mi mina. Spen­cer jest no­wym pro­du­cen­tem, za­trud­nio­nym po to, by pod­nieść wskaź­niki. I jest to­tal­nym dup­kiem.

Ro­ger po­ta­kuje, jakby wy­czuł moje obawy.

- Pój­dzie wam świet­nie, dziew­czyny. Wie­rzę w was.

Boże, je­stem w sta­nie ko­muś do­ko­pać dla niego. Ostat­nio jest pod wielką pre­sją zwią­zaną z na­szymi wskaź­ni­kami. Pre­zes chce, by wy­pusz­czał wię­cej wi­ra­lo­wych fil­mi­ków oraz bzdur o ce­le­bry­tach. Jesz­cze się broni, ale wiem, że je­śli nic się nie zmieni, praw­do­po­dob­nie straci pracę.

A naj­dziw­niej­sze jest co in­nego. Sły­sza­łam plotki, że Ro­ger nie był za­chwy­cony tym, że Ni­cole i ja zo­sta­ły­śmy tu za­trud­nione. Chciał bar­dziej za­pra­wio­nych w boju we­te­ra­nów, ale nie na­le­gał, bo nie dano mu wy­boru. We­dług krą­żą­cych po­gło­sek sze­fo­wie ka­zali mu za­trud­nić młode, atrak­cyjne dziew­czyny. Nie wiem, dla­czego to spra­wia, że lu­bię go jesz­cze bar­dziej. Może dla­tego że na­prawdę za­leży mu na wia­do­mo­ściach i stara się ro­bić je jak naj­le­piej.

Mam za­miar przy­spo­rzyć mu po­wodu do dumy.

* * *

Oczy Spen­cera aż błysz­czą z en­tu­zja­zmu, gdy prze­gląda swoje no­tatki z Ni­cole. Ja mo­gła­bym rów­nie do­brze nie ist­nieć.

- Re­belsi mają na­dzieję zwięk­szyć oglą­dal­ność wśród ko­biet, chcą w tym celu wy­ko­rzy­stać ten co­ty­go­dniowy pro­gram. Są­dzę, że je­steś wła­ściwą dziew­czyną do tej ro­boty - mówi do Ni­cole, nie ukry­wa­jąc swo­jego za­in­te­re­so­wa­nia jej sztucz­nie pod­nie­sio­nymi pier­siami.

Spen­cer nie wy­gląda źle. Nie­dawno skoń­czył trzy­dzie­ści lat, jego CV robi wra­że­nie, zwłasz­cza to, że był kon­sul­tan­tem w naj­więk­szych sta­cjach in­for­ma­cyj­nych w ca­łym kraju. A przy­naj­mniej by­ła­bym pod wra­że­niem, gdyby mnie tak nie brzy­dził.

Ni­cole chyba nie prze­szka­dza, że nasz prze­ło­żony ślini się do jej cyc­ków. Pra­co­wi­cie za­pi­suje po­my­sły w no­te­sie.

- Nie wie­rzę, że będę prze­pro­wa­dzać wy­wiad z Da­re­nem Slo­anem. O, kurwa!

Wzdry­gam się na to prze­kleń­stwo, przy­po­mi­na­jąc so­bie swo­jego wy­kła­dowcę, który nas opier­ni­czał, gdy prze­kli­na­ły­śmy w jego obec­no­ści ze stra­chu, że zrzu­cimy bombę na li­terę "k" w wej­ściu na żywo, ale ten du­pek Spen­cer na­wet nie mru­gnął okiem.

Ni­cole marsz­czy czoło, pa­trząc na ju­trzej­szy roz­kład dnia.

- Nie mamy zbyt wiele czasu na wy­wiad.

W tej chwili mo­gła­bym po­wie­dzieć, że Da­ren jest moim są­sia­dem i że mamy wspól­nych przy­ja­ciół i za­pewne mo­gła­bym za­ła­twić jej wię­cej niż dzie­sięć mi­nut obie­ca­nych nam przez dru­żynę. Ale po­tem przy­po­mi­nam so­bie, ile razy w ciągu ostat­nich mie­sięcy Ni­cole zga­siła mnie zło­śliwą, kry­tyczną uwagą, więc moja ży­ciowa fi­lo­zo­fia po­le­ga­jąca na czy­nie­niu do­brych uczyn­ków znika szyb­ciej niż fał­szywe po­czu­cie po­ni­że­nia u Ka­nye pod­czas uro­czy­sto­ści wrę­cze­nia na­gród.

Ni­cole po­stu­kuje dłu­go­pi­sem o kra­wędź no­tesu.

- Spence, jak po­win­nam do tego po­dejść? Czy wo­lisz, że­bym za­da­wała cał­ko­wi­cie na­iwne py­ta­nia, jak idiotka, która nie ma po­ję­cia o fut­bolu?

Spence? Chyba się za­raz po­rzy­gam.

- Nie, zrób to po swo­jemu. Niech Da­ren mówi o grze. Użyj swo­jego czaru, dziew­czyno - klika ję­zy­kiem. - Niech pa­nie oglą­da­jące pro­gram mają wi­do­wi­sko.

Sta­ram się nie po­ka­zy­wać po so­bie, że do­pro­wa­dzają mnie do mdło­ści. Ale sta­ram się tylko tro­chę.

Spen­cer od­wraca się i od­cho­dzi.

- A dla mnie masz ja­kieś wska­zówki? - wo­łam za nim.

Nie od­wraca się od zdję­cio­wego planu pracy.

- Do­wiedz się w dziale in­for­ma­cyj­nym. Zo­bacz, czego po­trze­bują. - A po­tem wcho­dzi do swo­jego biura.

Jego za­an­ga­żo­wa­nie w dzien­ni­kar­stwo jest na­prawdę onie­śmie­la­jące. Ni­cole wy­pró­bo­wuje na głos swoje py­ta­nia, jakby mnie tu nie było.

Jak się czu­łeś, gdy zdo­by­łeś na­grodę He­ismana? Czego mo­żemy się po to­bie spo­dzie­wać w tym se­zo­nie? Jak są­dzisz, ile czasu bę­dziesz grał? Czy masz dziew­czynę?

Mam wra­że­nie, że nie są to py­ta­nia, na które li­czy dru­żyna. W końcu nie mogę jej już znieść.

- Ni­cole, a nie przy­szło ci do głowy, żeby za­dać py­ta­nia o pod­stawy fut­bolu dla dziew­czyn, które chcia­łyby się do­wie­dzieć, o co cho­dzi, ale nie wie­dzą od czego za­cząć?

Robi tylko "pfff" i kręci głową, jak­bym była idiotką.

Wpo­rzo. Nic tu po mnie. Ni­cole wy­cho­dzi, żeby po­ga­dać z dzia­łem spor­to­wym, a ja wra­cam do swo­ich no­ta­tek.

Przy­naj­mniej mogę w końcu za­jąć się ochroną śro­do­wi­ska. Re­belsi ra­czej nie przej­mują się tym, że po­więk­sze­nie par­kingu bę­dzie miało wpływ na po­pu­la­cję la­sówki zło­to­skrzy­dłej, która jest za­gro­żona wy­gi­nię­ciem.

Pró­buję nad­go­nić nieco ro­botę, kiedy mój lap­top się za­wie­sza, a na ekra­nie po­ja­wia się sym­bol krę­cą­cego się wia­traczka.

- Ja pierrrr... Kurrrrr... mać. Cho­le­ra­aaaa... Do dupy. - Walę pię­ścią w biurko.

- Co się dzieje, Ma­de­line?

Głos zza ple­ców spra­wia, że aż pod­ska­kuję.

W wej­ściu do mo­jego boksu stoi Brad, fa­cet ze wspar­cia tech­nicz­nego, jakby usły­szał moje krzyki z da­leka. Po­pra­wia oku­lary w czar­nej oprawce i uśmie­cha się do mnie swo­imi zie­lo­nymi oczami, aż w ką­ci­kach ro­bią mu się zmarszczki. Brad jest miły. Dla­czego nie mogą mi się po­do­bać mili fa­ceci? W ze­szłym ty­go­dniu przy­niósł mi lo­dową mokkę, kiedy szedł po kawę. Znam kilka se­kre­ta­rek, które się w nim pod­ko­chują. Po­ciąga je w nim wy­lu­zo­wane po­dej­ście do wszyst­kiego oraz blond włosy. Cho­ciaż ni­gdy nie uma­wiam się ze współ­pra­cow­ni­kami, ża­łuję, że nie czuję do niego żad­nego po­ciągu. On jest w moim za­sięgu.

Uśmie­cham się z ulgą.

- Dzięki Bogu, tu je­steś. Ten cu­downy wy­na­la­zek, który po­wi­nien uła­twiać mi ży­cie, do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa. Cią­gle się za­wie­sza. Wiem, że mó­wi­łeś, że to przez ostat­nią ak­tu­ali­za­cję sys­temu, ale lap­top Ni­cole tak nie robi. Mógł­byś spraw­dzić?

Uśmie­cha się i za­kłada ręce na piersi.

- Po to tu je­stem.

2 ESPN - ame­ry­kań­ska sta­cja spor­towa na­da­jąca przez całą dobę (przyp. tłum.).

ROZ­DZIAŁ 6

DA­REN

Po­ranny do­jazd jest wku­rza­jący przez wielką cię­ża­rówkę, która prze­wró­ciła się na dro­dze, prak­tycz­nie od­ci­na­jąc Mass Pike. Le­d­wie zdą­żam na czas, po­zo­stali zjeż­dżają się z opóź­nie­niem przez cały ra­nek.

Po pół­to­ra­go­dzin­nym tre­ningu pod­no­sze­nia cię­ża­rów idę pod prysz­nic. Tre­ner wy­wraca oczami, kiedy przy­po­mi­nam mu o wy­wia­dzie, ale ma­cha ręką, ka­żąc mi odejść na spo­tka­nie z ekipą te­le­wi­zyjną.

Je­anine kie­ruje mnie na bo­isko tre­nin­gowe, ale za­trzy­muję się wpół kroku na wi­dok Mad­die McDer­mott, która stoi przy wej­ściu na sta­dion i pro­wa­dzi oży­wioną dys­ku­sję z ja­kimś fa­ce­tem. Ich głosy, cho­ciaż nie­zbyt gło­śne, od­bi­jają się echem po oszklo­nym ko­ry­ta­rzu.

- Spen­cer, nie przy­go­to­wa­łam się do tego. Je­stem tu­taj, żeby na­grać ma­te­riał o ochro­nie śro­do­wi­ska. Po­cze­kajmy na przy­jazd Ni­cole.

Pa­trzy na nią z góry.

- Przez ten wy­pa­dek jest co naj­mniej go­dzinę drogi stąd. Ekipa do­staje dzie­siątki próśb, by krę­cić ta­kie gów­niane ka­wałki, a ja nie we­zmę od­po­wie­dzial­no­ści za roz­wa­le­nie im planu dnia. Więc weź dupę w troki i idź się prze­brać. - Wska­zuje na ła­zienkę w dru­giej czę­ści ko­ry­ta­rza i wkłada jej do ręki spor­tową torbę.

Nie je­stem w sta­nie znieść tonu jego głosu, bez za­sta­no­wie­nia pod­cho­dzę do niej.

- O co cho­dzi, Mad­die? Masz ja­kiś pro­blem?

Przy­ci­ska dłoń do piersi.

- Boże, Da­ren. Prze­stań mnie stra­szyć.

Spen­cer pa­trzy na nią, po­tem na mnie i uśmie­cha się sze­roko.

- Zna­cie się?

Mam już po­wie­dzieć, że je­ste­śmy są­sia­dami, gdy od­zywa się Mad­die.

- Spo­tka­li­śmy się tylko dwa razy.

Nie umyka mi ostrze­że­nie, które po­syła mi wzro­kiem, że mam trzy­mać gębę na kłódkę.

Fa­cet prze­chyla głowę na bok, jakby pró­bo­wał wy­my­ślić, dla­czego się na niego ze­zło­ści­łem, skoro nie znam Mad­die zbyt do­brze, ale po chwili wzru­sza ra­mio­nami.

- Świet­nie. Niech bę­dzie. Słu­chaj, Ma­de­line, zo­stawmy so­bie rzewną hi­sto­ryjkę o ra­to­wa­niu pla­nety na inną oka­zję, a dzi­siaj na­grasz ma­te­riał dla działu spor­to­wego.

Za­myka oczy i uci­ska grzbiet nosa.

- Nie je­stem re­por­terką spor­tową, Spen­cer. Zaj­muję się pro­gra­mami in­for­ma­cyj­nymi. Wia­do­mo­ściami. Więc dla­tego mam na so­bie gar­sonkę.

Jest ubrana w do­pa­so­wany ze­staw w ko­lo­rze bur­gun­do­wym i od razu przy­po­mi­nam so­bie, dla­czego mam ochotę za­cią­gnąć ją do łóżka. Zmu­szam się do pod­nie­sie­nia wzroku i nie­my­śle­nia o swoim ku­ta­sie.

Mad­die wzdy­cha i od­daje torbę fa­ce­towi, który musi być jej sze­fem.

- Nie będę bie­gała po bo­isku fut­bo­lo­wym w spodniach do jogi i to­pie na ra­miącz­kach pod­czas wy­wiadu. - Głę­boko wzdy­cha. - Na­wet nie lu­bię tego sportu.

Śmieję się, a oni prze­no­szą na mnie swoje spoj­rze­nia.

Więk­szość lu­dzi ni­gdy by się do tego nie przy­znała w mo­jej obec­no­ści. Ta la­ska ma jaja. Nie wiem dla­czego, ale jej uwaga spra­wia, że chcę się z nią po­prze­ko­ma­rzać.

- Ojoj, no co ty, Mad­die. Na­graj ze mną ten wy­wiad. Obie­cuję, że będę ła­godny. - A po­tem pusz­czam do niej oko.

Otwiera usta ze zdzi­wie­nia, a ob­le­śny uśmiech jej szefa jesz­cze się po­sze­rza.

- Do­sko­nale - mówi. - Prze­ko­nasz się, że wyj­dzie świet­nie.

* * *

Spen­cer za­czyna się nie­cier­pli­wić. Zer­kam na ze­ga­rek. Je­śli Mad­die się nie po­spie­szy, być może i tak bę­dziemy zmu­szeni do zmiany ter­minu na­gra­nia. Już mam za­pu­kać do drzwi ła­zienki, kiedy wresz­cie się otwie­rają.

Kiedy wy­cho­dzi, ma za­ci­śnięte zęby i przy­ci­ska do piersi pod­kładkę na do­ku­menty, jakby była jej ka­mi­zelką ra­tun­kową. Po chwili opusz­cza ją ze zre­zy­gno­waną miną.

Swoje dłu­gie czarne włosy zwią­zała w ku­cyk na czubku głowy, wło­żyła ob­ci­sły, szary tank top z logo Re­bel­sów oraz spodnie do bie­ga­nia. Ja pier­dolę, można ją schru­pać.

Ten fa­cet, Spen­cer, roz­ma­wia przez te­le­fon i gdy ją za­uważa, po­woli, wręcz nie­przy­zwo­icie tak­suje ją wzro­kiem, po czym pod­nosi kciuk w górę.

Mad­die wzdy­cha i kręci głową, wy­gląda na po­ko­naną.

- Świet­nie wy­glą­dasz - mó­wię, chcąc ją po­cie­szyć.

- Nie­na­wi­dzę cię - war­czy pod no­sem.

- To mi­nie. A po­tem mnie po­ko­chasz. Przy­rze­kam.

Od­wraca się i po­syła mi wście­kłe spoj­rze­nie.

- Nie po­wi­nie­neś obie­cy­wać cze­goś, czego nie je­steś w sta­nie do­trzy­mać.

Uśmie­cham się do niej.

- Uwa­żaj. Za­wsze do­trzy­muję da­nego słowa.

Mad­die mam­ro­cze coś, czego nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, bo wła­śnie w tej chwili po­ja­wia się Je­anine.

- Spen­cer! Mu­simy się po­spie­szyć. Da­ren po­wi­nien nie­długo wró­cić na tre­ning.

Pięć mi­nut póź­niej je­ste­śmy na bo­isku. Gbu­ro­waty go­ściu o imie­niu Joe po­daje mi­kro­fon Mad­die, po czym kie­ruje na nas obiek­tyw ka­mery i szybko od­li­cza do zera.

Cho­ciaż Mad­die jest wku­rzona na maksa, w chwili gdy ka­mera się włą­cza, pro­stuje się i uśmie­cha.

- Cześć, tu Ma­de­line McDer­mott. Obok mnie stoi naj­now­szy za­wod­nik dru­żyny Re­bel­sów, do­sko­nały roz­gry­wa­jący, zdo­bywca na­grody He­ismana, Da­ren Sloan.

- Stop! - Spen­cer każe za­trzy­mać na­gra­nie. - Słu­chaj, Da­ren mó­wił na cie­bie Mad­die. Tak mi się bar­dziej po­doba. Przed­staw się w ten spo­sób. "Mad­die" jest bar­dziej przy­stępne niż Ma­de­line. Do­brze, Joe, krę­cimy.

- Prze­pra­szam - mówi, opusz­cza­jąc mi­kro­fon. - Tak, moi zna­jomi mó­wią na mnie Mad­die, ale w pracy je­stem Ma­de­line. To zna­czy, tak wła­śnie brzmi moje imię i by­ła­bym wdzięczna, gdyby...

Spen­cer za­ci­ska zęby.

- To nie pod­lega ne­go­cja­cjom, Mad­die.

Moja są­siadka nie­ru­cho­mieje i zwie­sza głowę.

Cho­lera. To przeze mnie. To ja po­wie­dzia­łem do niej Mad­die. Otwie­ram usta, żeby prze­pro­sić, kiedy sły­szę:

- Do­brze, Spen­cer. Ty tu rzą­dzisz.

Daje znak Jo­emu i po­now­nie wy­gła­sza wstęp.

- Cześć, tu Mad­die McDer­mott...

Wy­łą­czam się i pa­trzę, jak zmie­nia się jej po­stawa przed okiem ka­mery. Jej oczy śmieją się i błysz­czą. Jest opa­no­wana i pewna sie­bie. W to­nie jej głosu sły­chać przy­jemny za­śpiew.

Kurwa, Sloan. Za­śpiew? Se­rio?

- Da­ren, nie­zbyt czę­sto oglą­dam me­cze fut­bolu, więc chyba nie je­stem naj­lep­szą kan­dy­datką na pro­wa­dzącą - zwraca się do mnie. - Ale skoro obie­ca­łeś, że obej­dziesz się ze mną ła­god­nie, za­mie­rzam spra­wić, że­byś do­trzy­mał obiet­nicy. - Śmieje się, a ja ra­zem z nią. Cho­lera, jest cza­ru­jąca. - Jaka jest naj­waż­niej­sza rzecz, którą osoba taka jak ja po­winna wie­dzieć o tym spo­rcie? Za­łóżmy, że ro­zu­miem ogólne za­sady - że piłka musi do­stać się na pole punk­towe. Są­dzę też, że wszy­scy wiemy, że je­steś roz­gry­wa­ją­cym i masz piłkę pod kon­trolą. Co da­lej?

- Cóż, za­czy­namy na li­nii wzno­wie­nia gry, mam cztery próby, żeby zdo­być co naj­mniej cztery jardy w kie­runku pola punk­to­wego, mogę po­da­wać piłkę lub biec, ale kiedy bie­gnę, mogę po­da­wać ją tylko w bok lub za sie­bie.

- Brzmi dość ła­two. Chyba każdy z No­wej An­glii wie, że lu­bisz za­pusz­czać się głę­boko - uno­szę brew, z dziką sa­tys­fak­cją za­żar­to­wał­bym z tego dwu­znacz­nego tek­stu, ale wiem, że nie za­mie­rzała brzmieć dwu­znacz­nie - że lu­bisz dłu­gie po­da­nia i je­steś w nich do­bry. To przy­wo­dzi mi na myśl ko­lejne py­ta­nie. Ja­kie ce­chy, we­dług cie­bie, po­winny cha­rak­te­ry­zo­wać do­brego roz­gry­wa­ją­cego?

- Po­wi­nien umieć prze­wi­dzieć, jak po­to­czy się gra, za­nim otwo­rzy się przed nim wolna droga. Po­wi­nien umieć wy­czuć po­zo­sta­łych za­wod­ni­ków z dru­żyny i wie­dzieć, do­kąd po­bie­gną, jesz­cze za­nim to zro­bią.

Wy­gląda tak, jakby ze mną flir­to­wała. Wiel­kie, błysz­czące oczy zer­kają na mnie spod gę­stych rzęs.

- Brzmi jak wstęp do bra­ter­skiej mi­ło­ści.

Zga­dzam się z nią ze śmie­chem.

- Ale to do mnie na­leżą wszyst­kie ko­lejne ru­chy.

Uśmie­cha się do mnie za­lot­nie.

- Nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. - Po jesz­cze kilku py­ta­niach staje przo­dem do ka­mery. - Mamy na­dzieję obej­rzeć ko­lejne ru­chy Da­rena Slo­ana w za­pla­no­wa­nym na za dwa ty­go­dnie pierw­szym przed­se­zo­no­wym me­czu z No­wym Jor­kiem. Mad­die McDer­mott dla WNEN. Od­daję głos do stu­dia.

Nie je­stem cał­ko­wi­cie pe­wien, ja­kiej re­ak­cji z jej strony się spo­dzie­wa­łem po za­koń­cze­niu na­gra­nia, ale ra­czej nie ta­kiej. Jej uśmiech w jed­nej chwili znika, ra­miona ugi­nają się, a po­godny na­strój przy­ćmie­wają jej zmarsz­czone brwi.

- Dzięki, Da­ren. - Wy­ciąga do mnie rękę.

Se­rio? Chce mi uści­snąć rękę? Co stało się z Mad­die, która przed chwilą flir­to­wała ze mną bez że­nady? Po­woli uj­muję jej szczu­płą dłoń.

Jed­nak po­mimo tego, że te­raz za­cho­wuje się nie­zbyt przy­jaź­nie, trudno nie za­uwa­żyć ognia w jej oczach. Znam ta­kie spoj­rze­nie, wi­dzę je co­dzien­nie, gdy wcho­dzę na bo­isko. Kurwa, świet­nie do niej pa­suje.

Bez zwłoki od­wraca się na pię­cie i ru­sza w stronę par­kingu, a ja nie mogę się po­wstrzy­mać i ob­ci­nam jej ty­łek, który jest tak ape­tyczny, jak go so­bie wy­obra­ża­łem. Ależ bym go chciał prze­le­cieć.

ROZ­DZIAŁ 7

MAD­DIE

Oto jak naj­ła­twiej roz­po­znać rangę pro­gramu. Pod­czas ty­po­wego na­gra­nia wy­cho­dzę z sie­dziby sta­cji z ka­merą prze­wie­szoną przez ra­mię i uża­lam się nad sobą, że mu­szę ła­zić po Bo­sto­nie w bu­tach na wy­so­kich ob­ca­sach i sa­mo­dziel­nie krę­cić swoje wej­ścia. Kiedy ma­te­riał jest ważny, re­por­te­rzy do­stają ka­me­rzy­stę. A je­śli zle­ce­nie jest na­prawdę go­rące, do­stają pro­du­centa i ka­me­rzy­stę. Wi­docz­nie Da­ren Sloan jest go­rący. W sen­sie, że ma­te­riał o nim jest taki.

Ocie­ram pot z czoła i pa­dam na fo­tel vana. Wciąż je­stem wku­rzona, wciąż czuję się wy­pro­wa­dzona z rów­no­wagi i nie wiem, czy czuję się tak przez Spen­cera, który nie­mal wszedł mi do dupy, kiedy prze­pro­wa­dza­łam wy­wiad, czy może ma to coś wspól­nego z moim iry­tu­ją­cym są­sia­dem.

Droga po­wrotna do sie­dziby sta­cji prze­biega za­ska­ku­jąco spo­koj­nie. Spo­dzie­wam się, że Spen­cer coś po­wie, ni­gdy mu nie bra­kuje te­ma­tów, ale on tylko gapi się przed sie­bie, a Joe pro­wa­dzi fur­go­netkę przez za­tło­czone ulice.

W du­chu so­bie gra­tu­luję. Oprócz tego, że po­wie­dzia­łam "lu­bisz za­pusz­czać się głę­boko", nie wy­msknęło mi się nic głu­piego pod­czas wy­wiadu, cho­ciaż nie by­łam do niego przy­go­to­wana. To wy­da­rze­nie samo w so­bie jest dla mnie na­uką. Może po­win­nam przy­go­to­wać się do tego za­da­nia, cho­ciaż są­dzi­łam, że wy­kona je Ni­cole. Skoro bo­wiem chcę od­nieść suk­ces w tym za­wo­dzie, mu­szę być przy­go­to­wana le­piej niż inni.

Da­ren jak zwy­kle był cza­ru­jący. Po­ko­chasz mnie. Przy­rze­kam. Wy­wra­cam oczami.

Do­bry Boże, jest taki za­du­fany w so­bie.

Do li­cha, świet­nie wy­glą­dał. A co gor­sza, su­per pach­niał. Jakby wła­śnie wy­szedł spod prysz­nica. Nie że­bym pró­bo­wała go wą­chać.

No wła­śnie. Da­ren Sloan za­pewne za­kłada, że wy­star­czy uśmiech­nąć się do dziew­czyny, żeby chciała roz­ło­żyć nogi. Du­pek.

Mam dość męż­czyzn.

Przy­naj­mniej moja rola w tym pro­gra­mie do­bie­gła końca.

- A więc, Spen­cer. Jak po­szło? Z wy­wia­dem?

Rany, Mad­die. Co za brak pew­no­ści sie­bie.

Od­wraca się do mnie ze zło­ścią.

- Z którą czę­ścią? Wtedy, gdy w żywe oczy sta­wia­łaś mi ul­ti­ma­tum w kwe­stii tego, jak wy­ko­nasz zle­ce­nie, a może wtedy, gdy ob­ra­zi­łaś za­wod­nika nu­mer je­den i mia­łaś czel­ność po­wie­dzieć, że nie lu­bisz fut­bolu? Co, do kurwy nę­dzy, jest z tobą nie tak?

Wcią­gam po­wie­trze do płuc.

- Ja... Ja...

Od­wraca się po­now­nie.

- Nie pier­dol mi tu te­raz. Nie mam ochoty cię słu­chać.

Pieką mnie oczy. Pró­buję prze­łknąć gulę w gar­dle, ale mam su­cho w ustach.

Boże.

Spen­cer może i jest ku­ta­sem, ale ma ra­cję. Nie wiem, co we mnie wstą­piło. W chwili gdy do­wie­dzia­łam się, że mam pro­wa­dzić wy­wiad z Da­re­nem, wrzu­ci­łam go do szu­fladki z na­pi­sem "nie­zno­śny są­siad". Mamy wspól­nych przy­ja­ciół, Sheri chce nas umó­wić na randkę, a ja nie mogę znieść tego, że roz­ma­rzam się, kiedy my­ślę o jego orze­cho­wych oczach.

To dla­tego ni­gdy nie mie­szam pracy z przy­jem­no­ścią. Nie umiem po­wstrzy­mać swo­ich emo­cji. Gdy mam je pod kon­trolą, je­stem do­bra w tym, co ro­bię. Za­leży mi. Po­świę­cam się pracy i za­wsze sta­ram się do­trzeć do sedna pro­blemu.

Palą mnie po­liczki, gdy my­ślę o tym, co po­wta­rzał mi pro­fe­sor. Że po­win­nam się bar­dziej dy­stan­so­wać. Że po­win­nam się mniej an­ga­żo­wać. Ni­gdy tego nie opa­no­wa­łam. Za­wsze są­dzi­łam, że wy­po­wia­dał się z po­zy­cji na­ukowca, który nie ma wiele wspól­nego z praw­dzi­wym ży­ciem. Ale może nie je­stem aż tak do­bra, jak są­dzi­łam. A te­raz jesz­cze wku­rzy­łam Dupka.

Prze­ły­kam dumę i biorę winę na sie­bie.

- Masz ra­cję. Prze­pra­szam.

Spen­cer kręci głową i wy­ciąga swo­jego lap­topa.

- To nie mnie po­win­naś prze­pro­sić.

* * *

Wy­gła­dzam dłońmi lekko roz­sze­rzaną ku do­łowi spód­nicę. Pod­no­szę rękę, żeby za­pu­kać, ale wy­co­fuję się. Zer­kam na ze­ga­rek i za­sta­na­wiam się, czy go­dzina dzie­siąta w so­botni wie­czór to nie za późno na wi­zyty. Ale wró­ci­łam do domu za­le­d­wie dwa­dzie­ścia mi­nut temu. To pierw­sza oka­zja od czasu wy­wiadu dwa dni temu, żeby na­pra­wić na­sze sto­sunki.

Od­wra­cam się i pa­trzę na drzwi swo­jego miesz­ka­nia po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza.

Mad­die, je­steś dupą wo­łową. Rusz się. Prze­cież znasz Da­rena. Prze­proś go, żeby ta sprawa nie spę­dzała ci snu z po­wiek.

Od wy­wiadu prak­tycz­nie nie zmru­ży­łam oka. Na samą myśl, że za­cho­wa­łam się nie­pro­fe­sjo­nal­nie, robi mi się słabo, więc mu­szę to ja­koś na­pra­wić.

Pu­kam trzy razy, a ci­sza, która na­stę­puje, spra­wia, że mój nie­po­kój wzra­sta. Mam już odejść, gdy sły­szę za sobą czy­jeś kroki. Od­wra­cam się i wi­dzę Da­rena z ja­kąś fi­li­gra­nową bru­netką z du­żymi brą­zo­wymi oczami.

- Mad­die. - Da­ren jest za­sko­czony moim wi­do­kiem.

Ko­bieta kła­dzie dłoń na jego ręce i staje bli­żej niego.

Cho­lera. Mają randkę.

Otwie­ram usta, za­my­kam je, nie wiem, czy po­win­nam prze­pra­szać w obec­no­ści tej dziew­czyny. Ale roz­pra­szają mnie ja­kieś mę­skie głosy i od­głos tu­pa­nia. Dwie se­kundy póź­niej je­stem oto­czona za­wod­ni­kami NFL.

- McDer­mott! Dziew­czyno, co ty tu ro­bisz? - pyta je­den z nich. Je­stem zbyt zdez­o­rien­to­wana, by umieć wska­zać tego, który się ode­zwał.

Da­ren nie kryje zdzi­wie­nia, ale po chwili na jego twa­rzy po­ja­wia się uśmiech. Mru­gam. Po­now­nie mru­gam.

A po­tem za­cho­wuję się tak, jak­bym włą­czyła au­to­pi­lota.

- Piekę cia­steczka brow­nie i skoń­czył mi się cu­kier. Mo­żesz mi po­ży­czyć? - plotę ja­kieś bzdury.

On prze­krzy­wia głowę i wy­bu­cha śmie­chem.

- Czy ja mam cu­kier? - Wi­dzę jego do­łeczki. - Ależ tak, pani McDer­mott, chyba mam dla pani tro­chę cu­kru.

Chło­paki chi­cho­czą, a ja czuję, że ob­le­wam się ru­mień­cem. Jezu Chry­ste. Od­wrót, Mad­die!

Dwie fi­li­żanki cu­kru póź­niej wy­co­fuję się mię­dzy bez­pieczne cztery ściany miesz­ka­nia Sheri. Opie­ram się o za­mknięte drzwi, spusz­czam głowę i za­my­kam oczy.

Co ja wy­czy­niam?

Prze­pro­wa­dza­łam roz­mowy z se­na­to­rami i kon­gres­me­nami, a także z ce­le­bry­tami w te­le­wi­zji na żywo i ni­gdy się nie de­ner­wo­wa­łam. To nie­do­rzeczne, że da­łam się tak sko­ło­wać ja­kie­muś dur­nemu spor­tow­cowi z ładną buźką i roz­ro­śniętą masą mię­śniową.

Mam ochotę się spo­licz­ko­wać.

Po pro­stu mu­szę zna­leźć ja­kieś po­zy­tywy tej sy­tu­acji. Przy­naj­mniej nie mu­szę po­now­nie prze­pro­wa­dzać z nim wy­wiadu.

* * *

Przy­gniata mnie stres zwią­zany z de­adline'em. Zer­kam na ze­ga­rek na biurku i ro­bię szybki wdech. Dzie­sięć mi­nut. Mam dzie­sięć mi­nut na za­ła­do­wa­nie do sieci ma­te­riału, który jest po­trzebny do pro­gramu nada­wa­nego w po­nie­dzia­łek w po­łu­dnie. Mimo zde­ner­wo­wa­nia mój głos brzmi pew­nie, gdy koń­czę na­gry­wa­nie.

To moje szczę­śliwe miej­sce. Wieczny po­śpiech. Skoki ad­re­na­liny, gdy trzeba szybko skoń­czyć pracę.

Zdej­muję słu­chawkę z wi­de­łek. Kiedy Ju­dith, jedna z pro­du­cen­tek, od­biera, daję jej je­dyną ak­cep­to­walną tu od­po­wiedź.

- Skoń­czy­li­śmy, ma­te­riał masz na ser­we­rze.

- Chwi­leczkę. - Pi­sze coś na kla­wia­tu­rze, sły­szę to przez słu­chawkę. Ju­dith mam­ro­cze coś do sie­bie przez mniej wię­cej mi­nutę, po­tem za­pada ci­sza. - Do­sko­nale. Bar­dzo mi się po­doba to pod­su­mo­wa­nie i motto o spi­żarni. Do­bra ro­bota.

Uśmie­cham się do sie­bie. Nie je­stem taką osobą, która bę­dzie się umi­zgi­wała, by­leby zo­stać po­kle­paną po ple­cach, ale skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­działa, że moja sa­mo­ocena spa­dła, od kiedy Spen­cer zmu­sił mnie do na­krę­ce­nia tego wy­wiadu. Wczo­raj rano oglą­da­łam ten pro­gram, sie­dząc u sie­bie na ka­na­pie i aż usia­dłam so­bie na dło­niach, żeby nie ob­gry­zać pa­znokci. Nie­mal z przy­kro­ścią mu­szę przy­znać, że wy­miana zdań po­mię­dzy Da­re­nem i mną prze­bie­gła bar­dzo gładko. Sheri we­szła w po­ło­wie pro­gramu i po­wie­działa, że wy­glą­da­łam prze­ślicz­nie. Oby­ła­bym się bez tego kom­ple­mentu.

Ale ma­jąc za sobą pro­gram spor­towy, czuję, że znowu we­szłam na wła­ściwe tory, gdy wy­kre­ślam punkt po punk­cie ze swo­jej li­sty rze­czy do zro­bie­nia.

Kiedy wy­cho­dzę zza rogu, za­uwa­żam Ro­gera i Spen­cera dys­ku­tu­ją­cych w ko­ry­ta­rzu. Ro­ger ma mocno zmarsz­czone brwi.

Spusz­czam wzrok, prze­cho­dząc obok nich, nie chcę być stroną w ich spo­rze. Spen­cer wska­zuje na mnie.

- Mad­die, wła­śnie chcia­łem się z tobą wi­dzieć. - Jego fał­szywa życz­li­wość spra­wia, że za­czy­nam się de­ner­wo­wać.

- O co cho­dzi? - Zmu­szam się do uśmie­chu.

- Gra­tu­la­cje. Twój wy­wiad z Da­re­nem do­stał wię­cej ko­men­ta­rzy niż ja­ki­kol­wiek inny ma­te­riał spor­towy wy­emi­to­wany tego lata. Za­lały nas ema­ile i twe­ety.

- Su­per. Miło mi to sły­szeć. Je­stem pewna, że Ni­cole bę­dzie za­chwy­cona, mo­gąc kon­ty­nu­ować po swo­jemu. - Moja ko­le­żanka z boksu nie ukrywa, że naj­bar­dziej na świe­cie chcia­łaby móc mnie du­sić pod­czas snu.

Ro­ger na­dal ma nie­wy­raźną minę, co na pewno nie jest do­brym zna­kiem.

Spen­cer kręci głową.

- O to wła­śnie cho­dzi. Nie chcemy psuć cze­goś, co jest do­bre, więc to bę­dzie twoja se­ria.

- Ale to pro­gram Ni­cole. Wie­cie, że sport nie jest moją działką. Nie chcę...

- Mam w du­pie to, że Ni­cole go straci. Pro­gram jest twój i albo po­świę­cisz mu całą swoją uwagę i en­tu­zjazm, albo mo­żesz so­bie szu­kać in­nej sta­cji w Bo­sto­nie, która przy­gar­nie twoją ma­rudną dupę.

Zbie­ram szczękę z pod­łogi. Nie je­stem ma­rudna... A może je­stem?

Po­now­nie bra­kuje mi słów. Mru­gam, żeby po­zbyć się łez, po­nie­waż nie mam za­miaru się tu roz­kle­jać.

Pa­trzę na Ro­gera, któ­rego po­nura mina po­twier­dza naj­gor­sze: że nie ma nic do ga­da­nia.

Sta­ram się otrzą­snąć, pro­stuję się, ścią­gam ra­miona do tyłu.

- Oczy­wi­ście, zro­bię ten pro­gram - wy­po­wia­dam nie­mal szep­tem. Od­chrzą­kuję. - Dzię­kuję za tę szansę.

Spen­cer wy­wraca oczami i ru­sza w dół ko­ry­ta­rza. Jeny, czy za­wsze mu­szę czuć się przy nim jak ja­kaś idiotka?

- Ma­de­line - mówi Ro­ger z wes­tchnie­niem - to na­prawdę jest szansa. Może nie taka, o ja­kiej ma­rzy­łaś, ale idziesz w do­brą stronę, dzięki temu mo­żesz się wy­bić, żeby w przy­szło­ści na­gry­wać pro­gramy na te­maty, które są ci bliż­sze. Jak wiesz, mi­nie jesz­cze tro­chę czasu, za­nim do­sta­niesz go­rące te­maty dnia.

Po­ta­kuję szybko.

- Prze­pra­szam za Spen­cera. - Ro­ger po­chyla się nade mną i szep­cze: - Gdyby jego oj­ciec nie za­sia­dał w na­szej ra­dzie nad­zor­czej, ka­zał­bym mu wy­pier­da­lać.

Za­czy­nam się śmiać, jed­no­cze­śnie ro­nię kilka łez, które szybko ocie­ram.

Ro­ger od­wraca wzrok, chyba jest za­że­no­wany tym, że pła­czę. Cho­lera. Ni­gdy nie roz­kle­iłam się w pracy. Po­kle­puje mnie po ra­mie­niu.

- Naj­lep­szą ze­mstą jest suk­ces, dzie­ciaku. Skop mu ty­łek.

ROZ­DZIAŁ 8

DA­REN

Pod­czas ko­lej­nego wy­wiadu Mad­die nie wy­gląda na za­chwy­coną moim wi­do­kiem. Kiedy do mnie przy­szła w ze­szły week­end, żeby po­ży­czyć cu­kier, mia­łem ochotę ro­zej­rzeć się po ko­ry­ta­rzu, aby spraw­dzić, czy nikt nie trzyma jej na muszce re­wol­weru.

Chi­cho­czę, bo śmie­szy mnie jej brak en­tu­zja­zmu do krę­ce­nia pro­gra­mów o fut­bolu.

- Oj. Da­jesz, McDer­mott. Chyba nie pra­cuje się ze mną aż tak źle.

Na­bur­mu­szoną minę na chwilę roz­ja­śnia prze­lotny uśmiech. Jest już za późno. Wiem, że ona nie chce tu być. Zwłasz­cza w szor­tach gim­na­stycz­nych i tank to­pie. Skoro już mó­wimy o tych spoden­kach, do li­cha, ależ ma dłu­gie nogi. I zgrabne. Ta­kie nogi miał­bym ochotę owi­nąć wo­kół...

- Tu­taj, Sloan. - Prze­krzy­wia głowę i czeka, aż moje spoj­rze­nie pad­nie na jej twarz. Uśmie­cham się głu­pio, nie mo­gąc ukryć swo­jego po­dziwu dla jej dłu­gich nóg. Od razu prze­cho­dzi do sedna. - Wy­daje mi się, że mo­żemy po­roz­ma­wiać nieco wię­cej o ofen­sy­wie, może o two­ich ulu­bio­nych za­gryw­kach. Chcia­ła­bym się do­wie­dzieć, w jaki spo­sób de­cy­du­jesz, jak ro­ze­grać daną piłkę.

Może i nie jest szczę­śliwa, że to robi, ale mu­szę przy­znać, że lu­bię jej wy­ja­śniać ar­kana fut­bolu.

- Oczy­wi­ście, Mad­die. Je­śli chcesz.

Prze­rzuca no­tat­nik, z któ­rego wy­stają małe sa­mo­przy­lepne kar­teczki, umiej­sco­wione pod ide­al­nie pro­stym ką­tem.

- Zmiana pla­nów - mówi ja­kaś dziew­czyna w ob­ci­słym to­pie, pod­cho­dząc do nas z sze­ro­kim uśmie­chem. Po­daje mi rękę. - Cześć, Da­ren. Je­stem Ni­cole. - Wi­tam się z nią i cze­kam na wy­ja­śnie­nia. Od­wraca się do Mad­die i uśmie­cha się jesz­cze sze­rzej. - Dzię­kuję, że prze­pro­wa­dzi­łaś z nim roz­grzewkę dla mnie. Spen­cer mówi, że mo­żesz za­jąć się tą swoją hi­sto­ryjką o pta­kach, na któ­rej ci tak za­le­żało. - Kiedy Ni­cole od­wraca się do mnie, zna­cząco wy­wraca oczami.

Mad­die marsz­czy brwi.

- Nie ro­zu­miem. - Staje ty­łem do mnie i zniża głos. - Spen­ce­rowi tak na tym za­le­żało i nie chciał mnie słu­chać, gdy pró­bo­wa­łam go prze­ko­nać do ma­te­riału o par­kingu.

- No cóż, może ja mu zło­ży­łam lep­szą ofertę. Taką, któ­rej nie mógł się oprzeć. - Ni­cole mruga rzę­sami i przy­kleja fał­szywy uśmiech do twa­rzy.

Mad­die głę­boko od­dy­cha, a uśmiech jej ko­le­żanki z pracy robi się jesz­cze szer­szy. Ci­sza mię­dzy nimi staje się nie do znie­sie­nia, w końcu Mad­die wy­pina pierś.

- Do­brze. - Zwraca się do mnie, za­ci­snęła usta. - Prze­pra­szam za za­mie­sza­nie, Da­ren. Je­steś w do­brych rę­kach. Ni­cole jest świetną re­por­terką spor­tową. - Mimo tego, co wła­śnie za­szło po­mię­dzy dziew­czy­nami, Mad­die brzmi szcze­rze, chwa­ląc Ni­cole.

Od­cho­dzi, lecz za­trzy­muje się, gdy ją wo­łam. Ro­bię krok w jej stronę.

- Są uro­dziny Qu­en­tina, więc ju­tro ro­bię im­prezę. Może byś przy­szła?

Po­now­nie ściąga brwi.

- Chyba będę mu­siała pra­co­wać do późna, więc nie wiem, czy...

- Z przy­jem­no­ścią przyj­dziemy - świer­go­cze Ni­cole i bie­rze Mad­die pod rękę. - Dzięki za za­pro­sze­nie. - Zwraca się do Mad­die, która pa­trzy na ich złą­czone ręce. - Czyż nie wy­cho­dzisz zwy­kle o siód­mej? To nie jest bar­dzo późno. - Nie czeka na jej od­po­wiedź. - Po­win­ny­śmy wziąć nu­mer i ad­res Da­rena.

Ni­cole wy­ciąga swoją ko­mórkę. Iry­ta­cja na twa­rzy Mad­die jest bez­cenna, więc się wtrą­cam.

- Mad­die wie, gdzie miesz­kam i je­stem pe­wien, że wie, jak się ze mną skon­tak­to­wać. - Nie mam za­miaru po­da­wać swo­jego nu­meru tej dziew­czy­nie.

Mad­die po­ta­kuje po­woli, w jej oczach wi­dać re­zy­gna­cję.

- Ja­sne. Do zo­ba­cze­nia w week­end.

Po czym od­wraca się i od­cho­dzi.

ROZ­DZIAŁ 9

MAD­DIE

To był długi dzień. Nie wie­rzę, że zgo­dzi­łam się przyjść na im­prezę u Da­rena.

Prze­cią­gam się i zer­kam na Ni­cole, która prze­gląda na­gra­nia kilka kro­ków da­lej w jed­nym z po­miesz­czeń edy­tor­skich. Twarz, która wy­świe­tla się na ekra­nie, na­tych­miast spra­wia, że wpa­dam w złość. Ja­cob. W ca­łej swo­jej oka­za­ło­ści.

Trium­fuje na ringu po zwy­cię­stwie w ze­szły week­end, gdy wal­czył z miej­sco­wym za­wod­ni­kiem. Obok niego stoi tre­ner i kilka dziew­czyn. Kiedy koń­czy udzie­lać wy­wiadu, ka­mera na­dal kręci, gdy robi krok w tył i liże się z dwiema pier­sia­stymi blon­dyn­kami, raz z jedną, raz z drugą.

W mo­ich ży­łach wrze, je­stem bli­ska fu­rii. Ten fiut dzwoni do mnie co ty­dzień, na­grywa się na pocztę i prosi mnie, bym dała nam jesz­cze jedną szansę, pod­czas gdy w tym sa­mym cza­sie pie­przy się z dwiema la­skami.

Oglą­dam długo i wni­kli­wie, za­sta­na­wiam się, dla­czego tego lata czu­łam się jak wrak czło­wieka, pod­czas gdy mój były ba­wił się w naj­lep­sze. Za­ci­skam zęby. Wy­rze­kłam się męż­czyzn w na­dziei na to, że dzięki temu we­zmę się w garść. Ale te­raz czuję się głu­pio. Te dziew­czyny być może spę­dzą z nim jedną noc, a on w po­ca­łunki wkłada tyle pa­sji. Nie pa­mię­tam, żeby mnie tak ca­ło­wał. Może to wła­śnie było na­szym pro­ble­mem.

- Jest taki sek­sowny - mru­czy pod no­sem Ni­cole, wy­ci­na­jąc frag­ment z ca­ło­wa­niem. Do­my­ślam się, że po­ca­łunki z ję­zy­kiem są zbyt ostre, żeby po­ka­zy­wać je w środku dnia.

- Je­śli lu­bisz mię­śnia­ków bez mó­zgu.

Od­wraca się i iro­nicz­nie się uśmie­cha. Wzru­sza­jąc ra­mio­nami, wska­zuje mo­jego by­łego. Za­pewne nie wie, że by­li­śmy ze sobą.

- Po­do­bają mi się typy z ładną bu­zią i du­żym ku­ta­sem.

Nie mam serca mó­wić jej, że by­łaby za­wie­dziona.

- Je­ste­śmy umó­wione na wie­czór? - pyta, jak­bym miała wy­bór.

Ja­cob uśmie­cha się na ekra­nie za nią, jakby mnie pro­wo­ko­wał.

- Nie mogę się do­cze­kać.

* * *

Zmę­cze­nie spra­wia, że za­pa­dam się głę­biej w łóżku, słu­cha­jąc dźwięku basu do­bie­ga­ją­cego zza ściany. Przy­ję­cie obok to­czyło się na ca­łego, gdy wró­ci­łam do domu pół go­dziny temu.

Na­głe pla­śnię­cie w po­śla­dek wy­rywa mnie z nie­mal ka­ta­to­nicz­nego stanu.

- Co, do cho­lery, Sheri?

- Idę na spo­tka­nie mo­jego zbo­czo­nego klubu książki i nie chcę cię tu wi­dzieć, gdy wrócę. - Unosi brwi.

Kręcę głową.

- Chyba wy­ślę samą Ni­cole. Ra­czej nie bę­dzie jej prze­szka­dzała moja nie­obec­ność. - Te­raz, gdy moja wście­kłość na Ja­coba ze­lżała, je­stem zbyt zmę­czona, żeby nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. - Poza tym mu­szę zro­bić pra­nie i po­łożę się spać przed je­de­na­stą. Wy­daje mi się, że nie uda mi się zmie­ścić żad­nej roz­rywki w tym na­pię­tym gra­fiku.

Wzdy­cham, bo od ja­kie­goś czasu czuję na­cisk w piersi. Jest piąt­kowy wie­czór, a sta­ruszki z filmu Złotka wy­dają się bar­dziej roz­ryw­kowe niż ja.

Boże, czy ja za­wsze je­stem taka nudna?

Sheri za­pewne przy­znała mi ra­cję, po­nie­waż pry­cha z nie­za­do­wo­le­nia.

- Mó­wię po­waż­nie, bierz dupę w troki. Prze­cież przez cały wie­czór nie bę­dziesz prze­ży­wać tego, że zo­ba­czy­łaś dziś Ja­coba. Wyjdź, wy­pij coś, daj się prze­le­cieć ja­kie­muś przy­stoj­nia­kowi. Je­stem pewna, że u są­siada jest mnó­stwo sek­sow­nych fa­ce­tów, któ­rzy nie ma­rzą o ni­czym in­nym.

- Sheri, nie mam za­miaru da­wać się prze­le­cieć, ty mały zbo­czuszku.

Śmieje się i po­chyla, żeby przed moim lu­strem na­ło­żyć po­madkę.

- Co w tym złego? - Od­wraca się i kła­dzie dło­nie na bio­drach. - Ile cze­ka­łaś, za­nim prze­spa­łaś się z Ja­co­bem?

Nie­wy­star­cza­jąco długo.

- Trzy mie­siące. A co?

- Cze­ka­łaś strasz­nie długo, za­nim z kimś się prze­spa­łaś, a on oka­zał się wiel­kim ku­ta­sem. Je­śli się po­wstrzy­my­wa­łaś w na­dziei, że dzięki temu prze­ko­nasz się, czy je­ste­ście ze sobą na po­waż­nie, to z oczy­wi­stych wzglę­dów po­nio­słaś po­rażkę.

Ga­pię się na nią, przy­gnę­biają mnie jej słowa.

- W po­rządku. Do czego zmie­rzasz?

- Zmie­rzam do tego, że czas, jaki fa­cet jest w sta­nie od­cze­kać, żeby się z tobą prze­spać, nic nie mówi o tym, czy jest skur­wie­lem. Ja­cob cze­kał, a jest książ­ko­wym przy­kła­dem skur­wy­syna - mó­wiąc, wy­ma­chuje po­madką. - Więc prze­stań cze­kać na ja­kie­goś nu­dzia­rza w swe­terku, który sprawi, że po­czu­jesz się na tyle bez­piecz­nie, żeby wyjść ze swo­jej norki. Bądź od­ważna i idź na tę im­prezę.

Za­śmia­ła­bym się z jej gadki o "norce", gdyby nie była tak bli­sko prawdy.

Przy­gląda mi się i po­mię­dzy jej oczami po­ja­wia się mała zmarszczka.

- Mad­die, od ty­go­dni tylko pra­cu­jesz. W ta­kim tem­pie zde­rzysz się ze ścianą i bę­dziesz wy­pa­lona. Zrób so­bie prze­rwę. Bądź bar­dziej to­wa­rzy­ska. Za­cho­wuj się jak dziew­czyna w twoim wieku, na li­tość bo­ską. Nie mu­sisz z ni­kim sy­piać, ale przy­naj­mniej po­flir­tuj z ja­kimś sek­sow­nym cia­chem. Flirt jest jak ro­sół z kur­czaka. Do­bry dla zdro­wia.

Za­czy­nam się śmiać.

- Przez chwilę są­dzi­łam, że po­wiesz, że flirt jest jak kur­czak. Do­bry aż palce li­zać.

- Dziew­czyno - pry­cha - je­śli coś ma być li­zane, to już nie jest tylko flirt. Ale to nic złego. - Pusz­cza do mnie oko i wy­cho­dzi z mo­jego po­koju.

Hmm. Może ma ra­cję. Chyba mogę iść na jed­nego drinka.

Jej słowa wciąż brzmią w mo­jej gło­wie, gdy wcho­dzę do gar­de­roby i prze­glą­dam swoje ko­stiumy. Moja praca nie jest do­brze płatna, a więk­szość pie­nię­dzy wy­daję na ubra­nia, któ­rych nie­na­wi­dzę. Dzieci gło­dują w kra­jach Trze­ciego Świata, a ja mu­szę wy­da­wać każ­dego do­lara na stroje od pro­jek­tan­tów, żeby wy­glą­dać jak od­po­wie­dzialna, godna sza­cunku re­por­terka. Co za iro­nia.

Wzdy­cham. Za­cho­wuj się jak dziew­czyna w twoim wieku. Do­my­ślam się, że to wy­klu­cza więk­szość mo­ich ubrań.

Kiedy dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Ni­cole wcho­dzi do na­szego miesz­ka­nia, jest od­wa­lona i wy­pin­drzona od­po­wied­nio do oka­zji. Jej pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie spra­wia, że za­sta­na­wiam się, czy nie wzię­łam rady Sheri zbyt po­waż­nie.

- Chyba nie idziesz do Da­rena ubrana w ko­szulkę z Guns N' Ro­ses i dżinsy? - pyta iro­nicz­nie.

- Cóż, są­dząc po twoim wy­glą­dzie, te­ma­tem prze­wod­nim przy­ję­cia jest styl ulicz­nych zdzir, więc chyba obie coś po­krę­ci­ły­śmy.

Ni­cole gapi się na mnie przez chwilę, po czym wy­bu­cha śmie­chem.

- Hmm. Na­dęta suka nie jest aż tak na­dęta. Do­brze wie­dzieć. - Wy­gła­dza swoją kró­ciutką spód­niczkę. - Wy­glą­dam sek­sow­nie, co nie? - Nie czeka na moją od­po­wiedź. - Chodź no, Wście­kły Psie. Znaj­dziemy ci ja­kieś ciu­chy. Gdzie masz szafę?

W tej chwili mo­gła­bym się za­ło­żyć, że te­ma­tem głów­nym tego wie­czoru jest nie­do­rzeczny pią­tek, po­nie­waż moja wredna ko­le­żanka z pracy pro­wa­dzi mnie do po­koju, żeby ba­wić się w prze­bie­ranki. Chyba jed­nak po­win­nam wy­pić tego drinka. Albo cztery drinki.

* * *

Ni­cole nie traci czasu na roz­gosz­cze­nie się u Da­rena. Oczy­wi­ście naj­pierw sztur­cha mnie w ra­mię za to, że nie po­wie­dzia­łam jej, że miesz­kam z nim po są­siedzku.

Jego miesz­ka­nie ma układ od­wrotny do na­szego, a wy­strój jest za­ska­ku­jąco mi­ni­ma­li­styczny. Kilka skó­rza­nych ka­nap, te­le­wi­zor z pła­skim ekra­nem, ar­ma­tura ze stali nie­rdzew­nej oraz parę lamp. Jak na fa­ceta, który jest nie tylko jed­nym z naj­bar­dziej po­żą­da­nych ce­le­bry­tów z branży spor­to­wej, lecz także dzie­dzi­cem for­tuny, po­wie­dzia­ła­bym, że mieszka bar­dzo skrom­nie. Ale gdy wi­dzę, że nie za­leży mu na ob­no­sze­niu się bo­gac­twem, za­czy­nam lu­bić go ciut bar­dziej.

Ni­cole flir­tuje z co naj­mniej trzema obroń­cami, po czym wraca do sa­lonu, gdzie roz­ma­wiam z dziew­czyną jed­nego z ko­pa­czy.

Da­ren uwija się wśród go­ści, wita się, po­daje rękę, z nie­któ­rymi przy­ja­ciółmi robi mi­sia. Swo­bod­nie się uśmie­cha, od razu wi­dać, że znany jest ze swo­ich umie­jęt­no­ści przy­wód­czych. Dziew­czyny pa­trzą na niego ma­śla­nym wzro­kiem, gdy z nimi roz­ma­wia, a kiedy kładą dło­nie na jego ra­mio­nach i przy­cią­gają go bli­żej, czuję na­głą po­trzebę udu­sze­nia ich przy po­mocy ich wła­snych, za­dba­nych, lśnią­cych, dłu­gich wło­sów. Jest to idio­tyczne, bo le­d­wie znam tego fa­ceta.

Dziś wie­czo­rem rze­czy­wi­ście wy­gląda sek­sow­nie. Kogo oszu­kuję? Za­wsze wy­gląda sek­sow­nie.

Ma na so­bie ciemne dżinsy i schludną, białą ko­szulkę polo, która pod­kre­śla jego mię­śnie. Cho­ciaż ma strój nie­for­malny, roz­ta­cza wo­kół sie­bie ja­kąś kró­lew­ską aurę. To za­pewne dla­tego, że jego ro­dzice mają w po­sia­da­niu po­łowę No­wej An­glii.

- Pie­przysz się z nim? - pyta mnie Ni­cole na ucho.

Otwie­ram usta ze zdzi­wie­nia.

- Słu­cham?

Robi minę, jak­bym była ja­kąś kre­tynką, i wska­zuje na Da­rena.

- Nie. Boże, nie. Dla­czego przy­szło ci to do głowy?

Przy­gląda mi się, wy­dy­ma­jąc usta.

- Bo sto­isz w ką­cie i pa­trzysz na niego jak mały, smutny szcze­nia­czek.

- Nie pa­trzy­łam na niego. - Po­daje mi ko­lejne piwo, więc prze­chy­lam bu­telkę, że­bym nie mu­siała nic wię­cej mó­wić.

- Aha.

Gdy zo­ba­czy­łam dzi­siaj Ja­coba, uświa­do­mi­łam so­bie, że mu­szę znowu za­cząć żyć, a je­śli to ozna­cza po­dzi­wia­nie wy­glądu Da­rena, to niech tak bę­dzie. Ale to nie zna­czy, że chcę, by ktoś o tym wie­dział. Poza tym, każda dziew­czyna przy­zna, że pa­trze­nie a do­ty­ka­nie to dwie to­tal­nie różne rze­czy. A ja nie mam za­miaru go do­ty­kać. Ni­gdy.

Po­nie­waż jedno jest pewne - ni­gdy wię­cej nie będę cho­dzić ze zdrajcą. I su­per. Nie wiem na pewno, czy Da­ren zdra­dził swoją byłą, Cle­men­tine, ale kiedy ze­szłej je­sieni prze­pro­wa­dza­łam z nią wy­wiad o jej książce, więk­szość opi­sa­nej przez nią hi­sto­rii wy­da­wała się au­ten­tyczna po­mimo jej za­prze­czeń. A ta książka ze szcze­gó­łami opi­sy­wała to, że jej chło­pak, roz­gry­wa­jący w fut­bolu, zła­mał jej serce, zdra­dza­jąc ją z jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Mo­żesz więc wziąć so­bie swój urok i swój uro­czy mały do­łe­czek w bro­dzie, Da­re­nie Slo­anie, i po­ca­ło­wać mnie w dupę.

Wi­dzę, że Ni­cole na­dal czeka na moją od­po­wiedź, więc od­chrzą­kuję.

- Je­ste­śmy są­sia­dami, ale rzadko kiedy ze sobą roz­ma­wiamy. Za­mie­ni­li­śmy ze sobą wię­cej słów, kiedy prze­pro­wa­dza­łam z nim wy­wiad niż przez cały ten czas, gdy miesz­kam obok. Ni­gdy go nie wi­duję. To zna­czy, ja­koś się za nim nie roz­glą­dam. - Za­mknij się, Mad­die.

Wy­raz twa­rzy Ni­cole mówi mi, że nie by­łam prze­ko­nu­jąca.

- Do­my­śli­łam się, że się ze sobą pie­przy­cie, po­nie­waż by­łaś taka roz­sz­cze­bio­tana, kiedy z nim roz­ma­wia­łaś. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rego twój pro­gram był tak do­bry. Wy­daje mi się, że dla­tego Spen­ce­rowi nie po­do­bał się mój wy­wiad, cho­ciaż obie­ca­łam, że zro­bię mu la­skę, je­śli mi da ten pro­gram.

- Obie­ca­łaś Spen­ce­rowi, że zro­bisz mu la­skę? - Sły­szy mnie co naj­mniej kilka osób. Płoną mi po­liczki.

- Nie, ale po­win­naś się zo­ba­czyć w lu­strze - śmieje się.

Boże, ta dziew­czyna do­pro­wa­dza mnie do szału.

Pal­cami z wy­pie­lę­gno­wa­nymi pa­znok­ciami bawi się ko­smy­kiem swo­ich ja­snych wło­sów i wzdy­cha.

- Być może wspo­mnia­łam, że naj­lep­szy przy­ja­ciel mo­jego taty jest wi­ce­pre­ze­sem CBS. Spen­cer po­trze­bo­wał za­le­d­wie dwóch se­kund, by prze­my­śleć sprawę i od­dać mi ten pro­gram. Bę­dzie roz­cza­ro­wany, gdy do­wie się, że mój tata pra­cuje w dziale so­cjal­nym rady mia­sta w Los An­ge­les.

- Igrasz z ogniem. - Śmieję się i kręcę głową. Cho­ciaż prę­dzej da­ła­bym so­bie ob­ciąć rękę, niż pró­bo­wała ma­ni­pu­lo­wać kimś, żeby do­stać pracę, ja­kaś część mnie po­dzi­wia jej upór. - No i do­brze. Po­win­naś brać to, na co masz ochotę. To dział spor­towy. - Ce­luję w nią moim pi­wem. - A ty zaj­mu­jesz się spor­tem.

- Dzię­kuję, Ka­pi­ta­nie Tru­izmie.

- Do usług - od­po­wia­dam i do­pi­jam dru­gie piwo.

- Po­win­naś jed­nak wie­dzieć, że Da­ren ni­gdy nie pa­trzy na mnie tak, jak pa­trzy na cie­bie.

- Co masz na my­śli?

Wy­wraca oczami.

- Jakby chciał cię zjeść na śnia­da­nie.

Moje głu­pie serce za­czyna bić co­raz szyb­ciej.

- Po pro­stu po­pi­suje się przed ka­merą.

- Niech ci bę­dzie - wzdy­cha Ni­cole. - Je­śli tak so­bie to tłu­ma­czysz.

ROZ­DZIAŁ 10

DA­REN

Qu­en­tin trzę­sie tył­kiem, ja par­skam śmie­chem.

- Co za ru­chy.

- Mnie to mó­wisz? - śmieje się i kręci bio­drami w rytm mu­zyki.

Znam Qu­en­tina od nie­dawna, ale wspólne tre­ningi każ­dego dnia zbli­żają lu­dzi. Od sa­mego po­czątku za­try­biło mię­dzy nami, co do­brze wróży na nad­cho­dzący se­zon. Kiedy gra to­czy się na bo­isku, ci fa­ceci pil­nują mo­jego tyłka i uwa­żają, że­bym się nie za­bił. Więc dla mnie są jak ro­dzina.

Cho­ciaż im­prezy ta­neczne nie są moim ulu­bio­nym spo­so­bem spę­dza­nia wol­nego czasu, wolę uma­wiać się z chło­pa­kami u sie­bie niż w ba­rze. Rzadko piję poza se­zo­nem, jesz­cze rza­dziej, gdy się roz­po­czyna, więc dzi­siaj rów­nież nie za­mie­rzam wy­chy­lić wię­cej niż jedno czy dwa piwa.

Ve­ro­nicę do­pro­wa­dzało do szału to, że nie lu­bię się ru­szać z domu, oraz to, że na pierw­szym miej­scu sta­wiam fut­bol. Ro­zu­miem, dla­czego ją to wku­rzało, ale prze­cież mnie znała, gdy za­czę­li­śmy ze sobą krę­cić. Wie­działa, że fut­bol nie pod­lega żad­nym ne­go­cja­cjom.

Omia­tam wzro­kiem tłum w kuchni, trudno nie za­uwa­żyć tych, któ­rzy ob­ści­skują się z fan­kami. Przy­naj­mniej kilku z nich ma żony. Wo­lał­bym tego nie wi­dzieć. Sam rów­nież nie mam nie­ska­zi­tel­nie czy­stego konta, ale te­raz je­ste­śmy do­ro­śli, więc sy­pia­nia z kim po­pad­nie nie da się wy­tłu­ma­czyć tym, że jest się mło­dym i głu­pim.

Nie zwra­cam uwagi na kieł­ku­jące dra­maty i wyj­muję piwo z lo­dówki.

Kilku chło­pa­ków stoi wo­kół wy­spy ku­chen­nej i opy­chają się je­dze­niem.

- O tak, wa­lił­bym ją. Te wiel­kie cyce. Ta ładna buźka. Za­łożę się, że jest cia­śniutka. - Ga­pią się na ko­goś w sa­lo­nie, a gdy orien­tuję się, o kim mó­wią, mam ochotę sko­pać im tyłki.

- Pa­no­wie - mó­wię, prę­żąc mię­śnie przed ro­słymi obroń­cami. - Nikt nie bę­dzie wa­lił Mad­die, bo tak się składa, że to moja przy­ja­ciółka. Wo­bec tego udam, że nie sły­sza­łem wa­szej roz­mowy.

- Re­zer­wu­jesz so­bie pierw­szeń­stwo, D? - pyta je­den z nich.

- Nie, ogła­szam, że jest poza wa­szym za­się­giem. - Ostat­nie, czego po­trzeba Mad­die, to za­loty tych za­pa­lo­nych je­ba­ków.

- Nie­zła dupa, nie?

- Chło­paki, chyba mu­sie­li­by­ście być głusi, niemi i ślepi, żeby nie do­ce­nić tej dziew­czyny. Ale po­win­ni­ście już prze­stać. Prze­stań­cie się na nią ga­pić i znajdź­cie so­bie ja­kąś ni­czego nie­spo­dzie­wa­jącą się la­skę do ob­ma­cy­wa­nia jej wzro­kiem.

Nie­chęt­nie się roz­cho­dzą, a ja pa­trzę na Mad­die i jej gę­ste, ciemne włosy opa­da­jące na plecy, lekko krę­cące się i nieco nie­sforne, przez co mam ochotę prze­cze­sy­wać je pal­cami.

Mad­die wy­gląda jak do­ro­sła wer­sja Kró­lewny Śnieżki. Te duże nie­bie­skie oczy i ja­sna skóra na­prawdę na mnie dzia­łają. Każ­dego dnia ota­czają mnie lalki Bar­bie wiel­ko­ści czło­wieka, które stra­to­wa­łyby swoje matki za za­pro­sze­nie na tę im­prezę, więc jest coś orzeź­wia­ją­cego w tej dziew­czy­nie, która wy­gląda i za­cho­wuje się tak, jakby miała gdzieś to, że znaj­duje się wśród dru­żyny, która nie­mal wy­grała Su­per Bowl w ze­szłym roku.

Dziś wie­czo­rem wy­gląda olśnie­wa­jąco. Czarna je­dwabna su­kienka pod­kre­śla jej kształty i zdra­dza wię­cej niż stroje, które nosi na co dzień. Jed­nak to jej czarne szpilki spra­wiają, że oczami wy­obraźni wi­dzę jej nogi na swo­ich ra­mio­nach.

Jej ko­le­żanka z pracy, ta re­por­terka Ni­cole, za­uważa, że się ga­pię, i sztur­cha Mad­die, która pod­nosi głowę i po­syła mi prze­lotny uśmiech. Cho­lera, jak­bym wi­dział wschód słońca.

Biorę to za za­chętę i kie­ruję się w ich stronę.

- Dro­gie pa­nie.

- Cześć, przy­stoj­niaku - mówi Ni­cole i mocno się do mnie przy­tula na przy­wi­ta­nie. Po czym szepce mi do ucha. - Jesz­cze tego nie wiesz, ale ci po­ma­gam. - A po­tem ca­łuje mnie w po­li­czek, nie spie­szy się.

Jej ręce długo po­zo­stają na moim ciele, gdy się od­suwa. Nie wiem, co o tym są­dzić. Może to efekt piąt­ko­wej nocy, może Ni­cole chce skró­cić dy­stans. Ale kiedy wi­dzę minę Mad­die, wy­daje mi się, że już wiem, do czego zmie­rza Ni­cole - Mad­die nie wy­gląda na szczę­śliwą.

In­te­re­su­jące.

Do dzi­siaj by­łem nie­mal pewny, że Mad­die mnie nie­na­wi­dzi.

Wy­raz jej twa­rzy spra­wia, że mu­szę prze­my­śleć in­cy­dent z ze­szłego ty­go­dnia, kiedy przy­szła po cu­kier. Przy­pro­wa­dzi­łem ze sobą kil­koro przy­ja­ciół, więc nie była to naj­lep­sza pora. Co by po­wie­działa, gdy­bym był sam? Te­raz, gdy o tym my­ślę, przy­po­mi­nam so­bie, że nie była zbyt za­do­wo­lona, wi­dząc ku­zynkę Qu­en­tina idącą ze mną pod rękę. Były uro­dziny Mo­niki, więc Q po­pro­sił mnie, że­bym oka­zy­wał jej szcze­gólne względy, zło­żył au­to­graf na jej stroju z logo Re­bel­sów i po­świę­cał jej uwagę do czasu, aż wsią­dzie do sa­mo­lotu na­stęp­nego dnia. Więc roz­ma­wia­łem z nią przez cały wie­czór i sta­ra­łem się, żeby się do­brze ba­wiła. Zro­bił­bym to dla przy­ja­ciela czy członka ro­dziny każ­dego chło­paka z dru­żyny.

- Jak się mają moje ulu­bione re­por­terki? - py­tam i przy­tu­lam Mad­die na po­wi­ta­nie. Żeby dać jej do zro­zu­mie­nia, że to o nią mi cho­dzi, pod­no­szę ją do góry, aż za­czyna pisz­czeć.

Śmieję się z jej pi­sków, a ona po chwili pod­daje się i ze śmie­chem obej­muje mnie za szyję tak, że do­tyka mnie ca­łym swoim cia­łem. Jest ze mną złą­czona od cyc­ków po bio­dra. Tak, pa­suje mi to. Za­je­bi­ście pach­nie. Odu­rza­jąco. Jak słod­kie kwiaty z mio­dem.

Sta­wiam ją na ziemi, ale mu­szę ją przy­trzy­mać, bo tro­chę się chwieje. Ni­cole pusz­cza do mnie oko i od­dala się po ko­lej­nego drinka. Mad­die od­wraca się do mnie z za­czer­wie­nioną twa­rzą, wiel­kimi oczami, a ja mam wra­że­nie, że ni­gdy wcze­śniej nie pra­gną­łem bar­dziej po­ca­ło­wać żad­nej ko­biety. Od­chrzą­kuję i dzię­kuję jej za przyj­ście.

Kilka razy mruga.

- Nie ma sprawy. Do­jazd przez ko­ry­tarz był kosz­marny, ale ja­koś da­łam radę. - Jest zdy­szana, ale błysz­czą jej oczy i mógł­bym przy­siąc na Boga, że po­wie­trze aż iskrzy od na­pię­cia.

Staję bli­żej niej, żeby mieć pew­ność, że to, co po­wiem, zo­sta­nie mię­dzy nami.

- Tę­sk­ni­łem wczo­raj za tobą - szep­czę. - Wy­wiad nie był taki sam bez cie­bie.

Ob­ser­wuję ją uważ­nie i wi­dzę, że jej źre­nice po­sze­rzają się odro­binę.

Mad­die nie była za­chwy­cona tym, że ma ro­bić pro­gram o fut­bolu, ale za­da­wała wła­ściwe py­ta­nia i była mię­dzy nami che­mia. Z Ni­cole tego bra­ko­wało. Nie cho­dziło o to, że się nie sta­rała. Była przy­go­to­wana, wy­kuła na bla­chę sta­ty­styki i liczby, które sam le­d­wie zna­łem. Ale coś mię­dzy nami nie za­try­biło.

Mad­die wzru­sza ra­mio­nami, igno­ruje moje próby flirtu.

- Je­stem pewna, że bę­dzie do­brze. Ni­cole jest świetną dzien­ni­karką spor­tową.

Omia­tam ją wzro­kiem.

- Przy oka­zji do­dam, że świet­nie wy­glą­dasz.

Pa­trzy na piwo, które trzyma w ręce.

- Ni­cole ka­zała mi się prze­brać. Wi­docz­nie nie przy­pa­dła jej do gu­stu moja ko­szulka z Guns N' Ro­ses.

- Ta su­kienka jest po­twor­nie sek­sowna.

Śmieje się ner­wowo.

- Po­twor­nie?

- W końcu je­stem na wskroś bo­stoń­czy­kiem.

- Chyba są­dzi­łam, że miesz­ka­nie w ele­ganc­kiej dziel­nicy Le­xing­ton odarło cię ze zna­jo­mo­ści no­wo­an­giel­skich idio­mów.

Hmm. Wie, że wy­cho­wa­łem się w Le­xing­ton. Nie po­wi­nie­nem się dzi­wić. W końcu jest dzien­ni­karką. Ale i tak moje ego roz­ko­szuje się tym, że o mnie my­ślała.

Po­ta­kuję.

- A ty gdzie się wy­cho­wa­łaś?

- W mało eks­cy­tu­ją­cym miej­scu. W So­uthie.

- Na­prawdę? A gdzie się po­dział twój ak­cent?

Marsz­czy czoło, przez chwilę mar­twię się, że ją ob­ra­zi­łem, ale za­raz pro­stuje się i wi­dzę iskry w jej oczach.

- Masz na my­śli ten ak­cent, któ­hym mogę wy­hwać ci gihy z du­uupy?

Par­skam śmie­chem.

- Tak. Wła­śnie ten.

Uśmie­cha się, a mój żo­łą­dek robi fi­kołka - jej uśmiech robi coś dziw­nego z moją klatką pier­siową. Jakby za­bie­rał mi po­wie­trze, któ­rym od­dy­cham.

Mad­die upija łyk piwa i od­wraca wzrok. Uwiel­biam to, że pije piwo. Więk­szość dziew­czyn, które dzi­siaj przy­szły, po­pija owo­cowe mie­szanki lub wino, lecz Mad­die trzyma w ręce ciem­nego la­gera. Przy­glą­dam się jej ustom, które mnie hip­no­ty­zują.

- Ciężko pra­co­wa­łam, żeby po­zbyć się tego ak­centu. Nie było ła­two. Do tej pory cza­sem się za­po­mnę, kiedy je­stem mocno na­krę­cona, ale wiem, że ni­gdy nie do­sta­ła­bym pracy w sta­cji ogól­no­kra­jo­wej, gdy­bym mó­wiła, jak­bym urwała się z planu Bun­tow­nika z wy­boru.

- To świetny film.

- Naj­lep­szy.

- A ta scena w parku? - Uśmie­cham się. - Gdy wal­czą.

Po­ta­kuje.

- Pusz­czona w zwol­nio­nym tem­pie przy dźwię­kach pio­senki Johna Raf­ferty'ego w tle?

- Ta pio­senka robi całą ro­botę. A ta ak­cja w ba­rze, gdy opier­ni­cza tego tę­paka z Ha­rvardu?

- A ta jego gadka: "Dla­czego nie po­wi­nie­nem pra­co­wać dla Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­wego?".

Po­ta­ku­jemy w tym sa­mym mo­men­cie. Pa­trzę na nią zbyt długo, jej po­liczki ob­le­wają się ru­mień­cem, a ja do­cho­dzę do wnio­sku, że ta im­preza to mój naj­lep­szy po­mysł w ostat­nim cza­sie.

My­ślę o swoim po­sta­no­wie­niu, żeby po­wstrzy­mać się od ru­cha­nia, gdy za­cznie się se­zon. Jed­nak na­dal trwa faza przy­go­to­waw­cza, co ozna­cza, że mam jesz­cze tro­chę czasu na za­bawę. A moje ide­alne wy­obra­że­nie za­bawy stoi za­le­d­wie krok ode mnie.

* * *

Czter­dzie­ści pięć mi­nut póź­niej na­dal roz­ma­wiamy. Pró­buję wy­ko­rzy­stać tę rzadką chwilę, by do­wie­dzieć się jak naj­wię­cej o tej dziew­czy­nie. Zwy­kle jest taka nie­do­stępna. Może to dzięki pi­ciu piwa dziś wie­czo­rem na­sza roz­mowa prze­biega gładko.

Gdy py­tam ją o ro­dzinę, mówi, że jej mama dała nogę, gdy była dziec­kiem, i wy­cho­wał ją tata. Był stra­ża­kiem, ale już nie żyje. Ma do­bry kon­takt z wuj­kiem. Na wskroś była ner­dem, za­nim za­częła stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Bo­stoń­skim, przez cztery lata an­ga­żo­wała się w wy­da­wa­nie ga­zetki w szkole śred­niej.

Roz­ma­wiamy o stu­diach, kiedy w jej oczach po­ja­wia się chłód.

- Więc nie wsty­dzi­łeś się cho­dzić do Bo­ston Col­lege skoro, no wiesz, jest mniej pre­sti­żowy niż BU?

- Nie bar­dziej niż ty, cho­dząc do szkoły, która przyj­muje prak­tycz­nie każ­dego dzie­ciaka z ulicy.

Jej usta roz­cią­gają się w uśmie­chu.

- Ro­zu­miem, BU przyj­muje wię­cej stu­den­tów. Nie każda uczel­nia może so­bie po­zwo­lić na at­mos­ferę żyw­cem ze Step­ford, tak jak BC.

- Nie jest ła­two, ale ktoś to musi ro­bić. - Cmo­kam ję­zy­kiem. - Ale to straszne, że nie ma tam dru­żyny fut­bo­lo­wej. To zna­czy była kie­dyś, ale tak kiep­ska, że twoja uczel­nia po­sta­no­wiła się jej po­zbyć.

- Ra­cja. - Trzyma się za piersi tak, jakby chciała roz­ma­so­wać ból. - Ale wiesz, co zła­go­dziło ten cios? To, że do­ko­pa­li­śmy dru­ży­nie ho­ke­jo­wej z BC w ze­szłym roku. I rok wcze­śniej też. - Unosi swoją bu­telkę. - Zdro­wie.

Po­zwa­lam się jej na­cie­szyć tą chwilą, szkoda mi tak od razu ga­sić jej śliczny uśmiech.

Prze­krzy­wia głowę, jej włosy opa­dają na ra­mię.

- Wi­dzia­łeś ostat­nio Cle­men­tine? - Cle­men­tine to moja była dziew­czyna jesz­cze ze szkoły śred­niej i jedna z naj­lep­szych przy­ja­ció­łek z dzie­ciń­stwa. Przez wiele lat nie od­zy­wa­li­śmy się do sie­bie, po­nie­waż skrzyw­dzi­łem ją, gdy ze sobą cho­dzi­li­śmy, ale w ze­szłym roku się po­go­dzi­li­śmy.

- Wi­dzia­łem ją czwar­tego lipca. Przy­szła ze swoim fa­ce­tem na moje przy­ję­cie. - Pa­trzę na Mad­die. - Słu­chaj, po­win­naś była przyjść za­miast mnie ole­wać.

- Nie ola­łam cię. - Jed­nak jej sło­wom brak prze­ko­na­nia. - Okej, może rze­czy­wi­ście cię ola­łam. - Słodko marsz­czy nos. - Prze­pra­szam.

- Czy jest szansa, że­byś w przy­szło­ści mnie tak nie ole­wała?

Pró­buje się nie uśmiech­nąć.

- We­zmę to pod uwagę.

- Do­brze, bo nie wiem, czy moje ego znie­sie ko­lejne od­rzu­ce­nie.

Stuka mnie w pierś szyjką bu­telki.

- Two­jemu roz­dę­temu ego grozi za­klesz­cze­nie w drzwiach, kiedy bę­dziesz przez nie prze­cho­dził. Je­stem pewna, że nie grozi ci, że je zra­nię.

- By­ła­byś za­sko­czona. Je­stem wraż­li­wym fa­ce­tem. - Po­sy­łam jej swoje naj­szczer­sze spoj­rze­nie i mru­gam rzę­sami.

Tłumi śmiech.

- Je­stem tego pewna. Masz wy­pi­sane na czole "wraż­li­wiec".

- Nie po­win­naś oce­niać mnie zbyt po­chop­nie. Mo­żesz zra­nić moje uczu­cia. - Pa­trzy na mnie z po­wąt­pie­wa­niem, co na­pę­dza mnie jesz­cze bar­dziej. - Na­prawdę mam wraż­liwą du­szę, McDer­mott. Gdy­by­śmy le­piej się po­znali, mo­gła­byś się prze­ko­nać.

Po­py­cham ją w ra­mię, śmieje się i od­daje mi.

- W po­rządku. Może.

Taką dziew­czynę po­zna­łem ze­szłej je­sieni. Taką, która swo­bod­nie się śmieje. Taką, która ma błysk w oczach. I cho­lera, skoro mowa o oczach, mógł­bym się wpa­try­wać w ich błę­kit przez cały dzień. Przy­po­mi­nają mi o spo­koj­nych wo­dach oce­anu. Ale kiedy w nie pa­trzę, wcale nie je­stem spo­kojny. Wręcz prze­ciw­nie, moje serce przy­spie­sza, ile­kroć ona znaj­duje się obok.

Po­wi­nie­nem być do­brym go­spo­da­rzem i krę­cić się wśród go­ści, ale nie wiem, czy będę miał szansę spo­tkać się z Mad­die w naj­bliż­szej przy­szło­ści. Może mó­wić, że bę­dziemy się spo­ty­kać, ale wiem, że oboje je­ste­śmy bar­dziej za­jęci niż dia­bły w pie­kle.

Pod­cho­dzi Ni­cole i bie­rze Mad­die pod rękę.

- Wła­śnie dzwo­nił Spen­cer. Mu­szę sko­rzy­stać z two­jego lap­topa. Na eta­pie pro­duk­cji coś na­mie­szali w jed­nym z mo­ich pro­gra­mów, więc mu­szę to spraw­dzić ze swo­jego konta.

- Do­brze. - Mad­die pa­trzy na mnie, w jej oczach wi­dzę cień roz­cza­ro­wa­nia. - Do­my­ślam się, że już tu nie wró­cimy.

- Słu­cham? - Ni­cole wy­gląda na ura­żoną. Wy­ciąga rękę. - Po pro­stu daj mi klu­cze. Wi­dzia­łam, że trzy­masz lap­topa w swoim po­koju. Zo­stań i się baw. Kurwa, prze­cież miesz­kasz obok. Po­trze­buję dzie­się­ciu, naj­wy­żej pięt­na­stu mi­nut, a po­tem wrócę i bę­dziemy da­lej ba­lo­wać. - Od­wraca się w moją stronę i pusz­cza mi oko, na co Mad­die po­now­nie się spina.

- Ale po­trze­bu­jesz ha­sła, żeby ko­rzy­stać z mo­jego lap­topa. Pójdę... Pójdę z tobą.

Ni­cole po­now­nie wzdy­cha.

- Po pro­stu mi je po­daj. - Czeka, aż Mad­die zdra­dzi jej ha­sło, lecz Mad­die nie otwiera ust. - Jezu, Ma­de­line. Nie będę grze­bać w two­ich rze­czach. Po­trze­buję ha­sła na pięć mi­nut. Je­śli się bo­isz, to twój wiel­bi­ciel Brad zmieni ci lo­gin w po­nie­dzia­łek rano.

Mad­die wy­dy­cha po­wie­trze z płuc.

- No do­brze. Ha­sło to Dun­kin­Do­nut­s411.

Ni­cole kiwa głową i wy­cho­dzi. Chi­cho­czę, a po­liczki Mad­die ro­bią się czer­wone.

- Nie kpij z mo­jej mi­ło­ści do kawy. To po­ważna sprawa.

- Och, no ja­sne, la­leczko. - Uśmie­cha się i spusz­cza głowę. Czyżby się wsty­dziła? Ależ to cho­ler­nie słod­kie. - Chodź. Za­gramy w bi­lard.

Biorę ją za rękę i cią­gnę do po­koju ze sto­łem bi­lar­do­wym. Szar­pie mnie, pró­buje za­trzy­mać. Od­wra­cam się.

- Niech ci się nie wy­daje, że ła­two ze mną wy­grasz, Sloan. - Stuka mnie pal­cem w klatkę pier­siową i szcze­rzy zęby. - Do­ko­pię ci w tę twoją dupę li­zusa z pry­wat­nej szkoły - mówi z ak­cen­tem So­uthie.

Po­chy­lam się nad nią, aż czuję jej od­dech na twa­rzy. Nie­ru­cho­mieje.

- Uwiel­biam wy­zwa­nia. - Do­ty­kam jej nosa, aż mruży oczy, jakby nie wie­działa, czy ma mnie za­strze­lić, czy może ra­czej wy­ru­chać.

O, tak. Lu­bię prze­ko­ma­rzać się z tą dziew­czyną.