Dearest Dandelion - Lex Martin

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Dani

Kiedy Tra­vis splata swoje palce z mo­imi, do­staję gę­siej skórki. Za­my­kam oczy i biorę się w garść.

- Je­steś pewna, że chcesz to zro­bić, Dani? - Jest zde­ner­wo­wany, cho­ciaż to on mnie na to na­mó­wił. - Bę­dzie bo­lało. Bar­dzo.

Brady wy­bu­cha śmie­chem.

- Prze­stań ją stra­szyć, go­ściu.

Brady jest sek­sowny, ma twarde mię­śnie i groźne ta­tu­aże. Wiem, że wła­śnie gapi się na moje ob­na­żone plecy. Jest poza moją ligą.

Oczy­wi­ście to je­dyny spo­sób, by fa­cet taki jak on mnie do­ty­kał.

Prze­ły­ka­jąc ślinę, po­ta­kuję i przy­trzy­muję ko­szulę przy piersi.

- Zróbmy to. Nie stchó­rzę.

Od­ro­bi­łam za­da­nie, spraw­dzi­łam, ja­kie jest naj­bar­dziej opty­malne miej­sce, na­czy­ta­łam się o bólu, me­to­dach i tak da­lej. Te­raz mu­szę już tylko zde­cy­do­wać się na ten ostatni ważny krok. To bę­dzie rok ro­bie­nia róż­nych rze­czy po raz pierw­szy.

- Co za dziew­czyna. Obie­cuję, że będę de­li­katny. - Brady od­suwa się ode mnie, roz­lega się brzę­cze­nie, ale za­raz cich­nie.

Tra­vis ści­ska mnie moc­niej.

- Gdyby twoja mama się do­wie­działa, że to ro­bisz, za­bi­łaby mnie - szep­cze, po­chy­la­jąc się nade mną.

Wy­su­wam rękę z dłoni mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, żeby go trzep­nąć.

- Co się z tobą dzieje? Nie pora na gadki o mo­jej ma­mie.

Dłoń w czar­nej rę­ka­wiczce prze­suwa się po moim ra­mie­niu, Brady od­chyla ra­miączko mo­jego czar­nego ko­ron­ko­wego sta­nika. Tak, do cho­lery, za­ło­ży­łam sek­sowną bie­li­znę.

- Po­czu­jesz zimno - mówi ci­cho.

Spi­nam mię­śnie, a on śmieje się pod no­sem.

- Skar­bie, roz­luź­nij się. To nie jest mój pierw­szy raz. - Głos Brady'ego brzmi tak uwo­dzi­ciel­sko, że aż czuję dresz­cze. Ta­tu­aży­sta po­woli na­ciera moją skórę, po­wie­trze wy­peł­nia woń al­ko­holu. - Do­brze się tobą zajmę. To, co so­bie wy­obra­żasz, jest gor­sze niż rze­czy­wi­stość. Za­ufaj mi. Z po­czątku bę­dzie bo­lało, ale przy­wyk­niesz do tego. Bę­dziesz czuła dys­kom­fort tylko przez kilka dni.

Ja pier­dzielę. Na­prawdę to ro­bię.

Zer­kam przez ra­mię i pa­trzę mu w oczy. Brady uśmie­cha się, czuję mo­tyle w brzu­chu. Uci­ska pal­cem mój mię­sień czwo­ro­boczny.

- Tu­taj? - pyta.

Po­ta­kuję, za­my­kam oczy i kładę brodę na opar­ciu krze­sła.

- Jest na­prawdę piękny. - Stuka w prze­zro­czy­stą kartkę z wzo­rem.

- To Gwiazda Po­larna. Że­bym umiała od­na­leźć swoją drogę - mó­wię bar­dziej do sie­bie niż do niego.

Brady przy­kłada pa­pier do mo­jej skóry i za­czyna po­cie­rać. Po­tem znowu sły­szę bzy­cze­nie i igła wnika w moją skórę.

Roz­dział 1

Trzy ty­go­dnie póź­niej

Dani

Opusz­kiem palca do­ty­kam wy­ta­tu­owa­nej li­nii na ra­mie­niu. Pa­mięć mię­śni pro­wa­dzi moją rękę do osi prze­cię­cia pół­nocy i po­łu­dnia, gdzie mam na­dzieję od­na­leźć rów­no­wagę. Bez­pieczny port. Sta­bi­li­za­cję.

Czuję ją w ko­ściach. Na­dzieję. Gdy za­czy­nam po­wta­rzać so­bie swoją mo­ty­wa­cyjną gadkę, na mo­ich ustach po­ja­wia się uśmiech.

Staje się peł­niej­szy... aż na­gle moja nowa współ­pra­cow­nica kła­dzie przede mną stos pa­pie­rów.

Laura po­syła mi me­cha­niczny uśmiech.

- Mam już plany na week­end, więc zo­sta­wiam to to­bie. Jako stu­dentka mar­ke­tingu po­win­naś się w tym do­brze od­na­leźć.

Za­ję­cia na uczelni jesz­cze się nie roz­po­częły, a ona już się ze mną dro­czy. Przy­gry­zam po­li­czek i pró­buję uło­żyć do­ku­menty na biurku.

Laura i ja je­ste­śmy no­wymi asy­stent­kami pro­fe­sora Zin­zera. Tej je­sieni bę­dziemy ko­or­dy­no­wać prace wszyst­kich stu­den­tów w pra­cowni i przy­go­to­wy­wać ma­te­riały na jego za­ję­cia. Do pro­wa­dze­nia swo­jego biura za­wsze za­trud­nia jedną stu­dentkę sztuki i jedną stu­dentkę za­rzą­dza­nia. Dzięki temu, że mój naj­lep­szy przy­ja­ciel Tra­vis stu­dio­wał u Zin­zera w po­przed­nim se­me­strze, mia­łam prze­wagę nad in­nymi i po­ko­na­łam wielu kan­dy­da­tów ubie­ga­ją­cych się o tę ro­botę.

Wkła­dam stos do­ku­men­tów do torby. Już się nie uśmie­cham.

- Zin po­trze­buje ich na po­nie­dzia­łek - szcze­bio­cze Laura.

In­nymi słowy, po­trze­buje ich na po­nie­dzia­łek po dłu­gim week­en­dzie z oka­zji Święta Pracy.

Za­ci­skam zęby.

Lau­rze na­wet odro­binę nie jest głu­pio, że zrzu­ciła to na mnie. Za­rzuca włosy na ra­mię.

- Dzięki, Dani - mówi. Aż się wzdry­gam, sły­sząc nie­zbyt sub­telny kom­ple­ment. - Je­steś taka... miła.

Gdy­bym była po­sta­cią z ko­miksu, z uszu bu­cha­łaby mi para. Żad­nego słowa bar­dziej nie nie­na­wi­dzi­łam. Je­śli jesz­cze raz usły­szę od ko­goś, że je­stem miła, nie zdzierżę tego. "Miła" spra­wia, że czuję się od­rzu­cona. Po­py­chana. Igno­ro­wana.

Kiedy by­łam dziec­kiem, są­dzi­łam, że po pro­stu mam do­bre ma­niery. Co, do cho­lery, jest złego w tym, że ktoś jest uprzejmy? Ale te­raz wi­dzę, że taki opis czło­wieka nie pa­suje do Bo­stonu, gdzie wszy­scy są znacz­nie bar­dziej ner­wowi. Środ­kowy Za­chód jest bar­dziej przy­ja­zny. Gdy ktoś na cie­bie wpad­nie w Chi­cago, mówi "prze­pra­szam". Tu­taj prze­klina i spy­cha cię z drogi. Przy­zwy­cza­iłam się do szyb­szego tempa ży­cia, ale to nie ozna­cza, że mogę być ta­kim po­py­cha­dłem.

Mama po­wie­dzia­łaby "pier­dol się miło". Chi­cho­czę pod no­sem. Jest bar­dziej wul­garna od po­łowy chło­pa­ków w szkole.

Do­my­ślam się, że tak się dzieje, kiedy umiera się z po­wodu na­czy­nia­ko­mię­śniaka.

Śmiech za­miera na mo­ich ustach, mru­gam oczami, żeby po­zbyć się przy­tła­cza­ją­cych mnie emo­cji, które po­ja­wiają się, ile­kroć my­ślę o ma­mie. Wal­czyła z ca­łych sił, żeby żyć, na­wet gdy stra­ciła wszyst­kie włosy i obie piersi. I po­ko­nała go. Przy­naj­mniej na ra­zie.

Kiedy wcho­dzę do mo­jego po­koju w aka­de­miku, na­dal my­ślę o tym, co chcia­ła­bym po­wie­dzieć Lau­rze. Dla­czego ni­gdy nie umiem zna­leźć od­po­wied­nich słów we wła­ści­wej chwili? Pa­trząc na stos do­ku­men­tów uło­żo­nych na biurku, czuję się tak sfru­stro­wana, że aż boli mnie żo­łą­dek. Przez cały week­end będę uzie­miona i za­miast się roz­pa­ko­wy­wać, będę przy­go­to­wy­wać bro­szury dla pro­fe­sora.

Moje spoj­rze­nie pada na mur z kar­to­nów usta­wiony w ma­łym po­ko­iku, który dzielę z dziew­czyną po­znaną w ze­szłym se­me­strze. Jenna jest prze­za­bawna. Cho­dzi­ły­śmy ra­zem na za­ję­cia z so­cjo­lo­gii. Były tak nudne, że, żeby się ro­ze­rwać, pi­sa­ły­śmy do sie­bie pi­kantne ese­mesy i spraw­dza­ły­śmy, która pierw­sza wy­buch­nie śmie­chem. Za­wsze wy­gry­wała. No tak, wy­kła­dowca mnie znie­na­wi­dził. Ale gdy Jenna pi­sała: "Chcę udła­wić się Twoim gru­bym ku­ta­sem", nie mo­głam się po­wstrzy­mać i re­cho­ta­łam.

Jej po­łu­dniowy za­śpiew i per­fek­cyjne blond włosy z po­czątku od­rzu­cają czło­wieka. Naj­pierw my­ślisz so­bie, że jest sztywną suką, ale ona po chwili cię obej­muje i za­cho­wuje się, jak­by­ście znały się od lat. Nie mam po­ję­cia, jak za­przy­jaź­niła się z na­szą współ­lo­ka­torką Clem. Wi­dzia­łam ją tylko raz, ale dziew­czyna spra­wia wra­że­nie zim­nej jak góra lo­dowa. He­loł, wy­wró­ciła oczami, kiedy za­py­ta­łam ją, czy po­do­bały jej się Pa­mięt­niki wam­pi­rów.

Mu­szę za­ła­twić kilka spraw. W dro­dze do drzwi wyj­ścio­wych za­trzy­muję się przed lu­strem, żeby przy­gła­dzić dłu­gie włosy. Przy­po­mi­nam z wy­glądu swoją mamę.

Każdy mi mówi, że wy­glą­dam tak samo jak ona, gdy była młoda. Mam zie­lone oczy, ja­sną cerę i ciem­no­brą­zowe włosy z ró­żo­wymi pa­sem­kami, które po­far­bo­wa­łam w ze­szłym mie­siącu, a dzięki Vic­to­ria's Se­cret mam wy­pu­kło­ści w od­po­wied­nich miej­scach.

Po­sta­na­wiam nie ro­bić ma­ki­jażu, biorę kurtkę i wy­cho­dzę.

Po­dróż me­trem trwa krótko, a kiedy do­cie­ram na po­wierzch­nię, mu­szę osło­nić oczy przed po­po­łu­dnio­wym słoń­cem. Cze­ka­jąc na zie­lone świa­tło, bez­wied­nie ga­pię się na fa­ceta, który pró­buje wy­nieść dzie­sięć pu­de­łek pizzy przez drzwi re­stau­ra­cji kilka kro­ków ode mnie. Pod­cho­dzę do niego, na­ci­skam klamkę i otwie­ram przed nim drzwi. Ką­tem oka wi­dzę ja­sne włosy dziew­czyny prze­my­ka­ją­cej przez re­stau­ra­cję, a po se­kun­dzie sły­szę jej chi­chot.

- Mam na­dzieję, że dasz radę zjeść te wszyst­kie pizze z ko­le­gami - mówi na przy­de­chu. Nie wiem, czy pró­buje być sek­sowna, czy za­sa­pała się, bie­gnąc w jego stronę.

Wy­wra­cam oczami, ale wciąż stoję i przy­trzy­muję drzwi. Chło­pak przy­ci­ska ra­mię do szyby i wy­bu­cha śmie­chem.

- Je­stem pe­wien, że damy radę. Dzię­kuję, hm...

- Ta­mara.

- Ta­maro. Dzięki.

Przez szybę wi­dzę, jak dziew­czyna wy­ma­chuje ja­kąś kartką.

- Masz, za­dzwoń do mnie, je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał do­dat­ko­wych ust do tego... je­dze­nia. - Spo­sób, w jaki wy­ma­wia słowo "usta" su­ge­ruje, że nie mówi o pizzy. Ob­le­cha.

Jej syl­wetka znika za chło­pa­kiem, który trzyma ręce na sto­sie kar­to­nów, więc nie wi­dzę, czy bie­rze od niej kar­teczkę, ale po chwili pro­stuje się, jakby coś go za­sko­czyło.

Gdy dziew­czyna po­ja­wia się w za­sięgu mo­jego wzroku, ma pu­ste ręce. Okej, chyba wsu­nęła swój nu­mer te­le­fonu do kie­szeni jego spodni.

W po­rządku.

Chło­pak od­chrzą­kuje, za­nim od­zywa się do blon­dynki:

- Dzięki, la­leczko.

Kiedy po­now­nie wy­cho­dzi na chod­nik, mogę mu się po raz pierw­szy przyj­rzeć. Ma oku­lary prze­ciw­sło­neczne typu awia­tor, więc nie wi­dzę jego oczu, ale cała reszta jest cał­kiem sek­sowna. Jest wy­soki i szczu­pły. Cerę ma w od­cie­niu ja­snego kar­melu, jakby czę­sto prze­by­wał na słońcu. Jego ja­sno­brą­zowe włosy wy­glą­dają jak ucze­sane wia­trem. Pod ko­szulką prężą się twarde bi­cepsy, od któ­rych nie mogę ode­rwać oczu.

Za mną za­trzy­muje się SUV.

- Po­spiesz się, Jax. Nie mam za­miaru ro­bić jesz­cze jed­nego kółka - krzy­czy chło­pak z auta.

Jax śmieje się i od­wraca. W końcu mnie za­uważa i prze­chyla głowę. Znowu od­chrzą­kuje.

- Prze­pra­szam, że za­blo­ko­wa­łem wej­ście. Straszny ze mnie du­pek.

Mru­gam.

Uśmie­cha się do mnie, a mnie wy­daje się, że nie­biosa się roz­stą­piły, po­nie­waż jest tak za­je­bi­ście piękny. Pa­trze­nie na niego aż boli, ale za­nim je­stem w sta­nie ze­brać się na od­wagę, żeby coś po­wie­dzieć, jego kum­pel wci­ska klak­son. Jax pa­trzy na SUV-a, a po­tem na mnie, uśmie­cha się po­now­nie i od­cho­dzi.

O nie! By­łoby miło, gdy­bym zdo­łała coś po­wie­dzieć, gdy na­stęp­nym ra­zem za­gada do mnie za­bój­czo przy­stojny fa­cet.

Roz­dział 2

Jax

Mu­zyka dudni ze sto­ją­cego za mną ste­reo, ale po po­po­łu­dnio­wym tre­ningu je­stem zbyt zmę­czony, żeby się od­wró­cić i ją ści­szyć. Par­skam śmie­chem.

- Go­ściu, twoja sio­stra się upiła.

Sammy sie­dzi roz­wa­lona na krze­śle ze swoją ma­giczną kulą nu­mer 8 i gapi się na nią, jakby za­bawka znała wszyst­kie od­po­wie­dzi. Mój współ­lo­ka­tor, a jej brat Nick, rzuca tylko na nią okiem, po czym wraca do swo­ich kart.

- Na­wet nie myśl o pie­prze­niu mo­jej sio­stry, Jax.

Ude­rzam go w ra­mię.

- Ty dupku. Wiesz, że są dwa ro­dzaje dziew­czyn, któ­rych ni­gdy nie ty­kam - młod­sze sio­stry i współ­lo­ka­torki.

Nick unosi jedną brew.

- Wi­dzia­łem współ­lo­ka­torki two­jej sio­stry. Żad­nej ni­gdy nie wzią­łeś w ob­roty?

- Żar­tu­jesz so­bie? Clem urwa­łaby mi jaja i we­pchnęła je do gar­dła, gdy­bym do któ­rejś się zbli­żył. Ota­cza je opieką. - Co by o niej nie mó­wić, moja sio­stra bliź­niaczka jest na­rwana.

Nie wspo­mi­nam o nie­szczę­snym pierw­szym roku stu­diów.

Sammy hi­ste­rycz­nie się śmieje i po­trząsa swoją kulą.

- Czy jest ja­kiś fa­cet, który po­ko­cha mnie na za­wsze? - Zerka w czarny trój­kąt na dole kuli. Pro­mie­nieje, czy­ta­jąc od­po­wiedź. - Z całą pew­no­ścią.

Wy­wra­ca­jąc oczami, biorę duży łyk piwa i prze­glą­dam wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie. Kelly, Ja­mie, Emma. Go­rące la­ski. Ka­tie. La­nie. Jesz­cze go­ręt­sze.

My­ślami wra­cam do dziew­czyny sto­ją­cej przed piz­ze­rią, tej, która po po­łu­dniu przy­trzy­mała mi drzwi. Nie wiem, dla­czego o niej my­ślę. Była piękna, ale bez ma­ki­jażu wy­glą­dała na bar­dzo młodą. Nie­winną i wiel­ko­oką.

Nie mój typ.

Za­sta­na­wiam się nad waż­niej­szymi ży­cio­wymi pro­ble­mami, ta­kimi jak roz­miar piersi, ale woda plu­ska­jąca w tej głu­piej kuli działa na mnie roz­pra­sza­jąco i od­rywa mnie od pla­no­wa­nia week­endu. Prze­chy­lam bu­telkę w stronę Sammy.

- Sam, z przy­kro­ścią mu­szę ci po­wie­dzieć, że to gówno zna­czy. Mam na­dzieję, że o tym wiesz, po­nie­waż za bar­dzo cię lu­bię, by po­zwo­lić ci my­śleć, że jest tu ja­kiś per­fek­cyjny fa­cet. - Młod­sza sio­stra Nicka cho­dzi do li­ceum i jest dość ładna, ale musi zmą­drzeć, bo ja­kiś ku­tas, taki jak ja, zła­mie jej serce. Ale to nie będę ja.

Pusz­cza moje słowa mimo uszu i wstrząsa kulą.

- Czy jest ja­kaś ide­alna dziew­czyna dla Jaxa Avery'ego, która sprawi, że prze­sta­nie się kur­wić? - Mruży oczy i od­czy­tuje od­po­wiedź, która po­ja­wia się na po­wierzchni. - Z pew­no­ścią tak.

Nick par­ska śmie­chem.

- Ile wy­pi­łaś? Oj­ciec sko­pie mi dupę, jak ju­tro wró­cisz do domu z ka­cem. - Wraca do swo­ich kart i do­daje pod no­sem: - Bo mu­sisz być pi­jana, skoro uwa­żasz, że to jest pi­sane Ja­xowi.

Sammy ma czkawkę, ję­czy, jakby coś ją bo­lało. Od­wraca się w moją stronę.

- Czy od­czu­wasz pustkę? Chciał­byś zna­leźć ja­kiś sens?

Ta dziew­czyna po­winna prze­stać oglą­dać tyle bab­skich fil­mów.

Biorę ko­lejną bu­telkę.

- To ma sens. Ozna­cza, że mogę po­dy­mać bez zo­bo­wią­zań. To piękna rzecz.

Robi taką minę, jak­bym na­srał jej na ta­lerz. Nie mam siły wy­ja­śniać, dla­czego związki są złym po­my­słem, ale gdyby tylko mo­gła przez dwie mi­nuty po­pa­trzeć na mo­ich ro­dzi­ców, sta­nę­łaby po mo­jej stro­nie.

Się­gam po ka­wa­łek pizzy, igno­ru­jąc ból w piersi.

- O któ­rej mamy ju­tro spo­tka­nie dru­żyny? Nick ze­zuje w moją stronę.

- O trze­ciej, ale ty po­wi­nie­neś być wcze­śniej. Sły­sza­łem, że tre­ner Pat­ter­son to twar­dziel.

- Dam radę. - Na­dal prze­glą­dam wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie, roz­my­śla­jąc o tym, jak spę­dzić ko­lejne dwa­dzie­ścia cztery go­dziny, za­nim piłka cał­ko­wi­cie zdo­mi­nuje moje ży­cie. Za­sta­na­wiam się nad Ka­tie na dzi­siej­szy wie­czór i może La­nie na ju­tro po po­łu­dniu.

Mam już za­dzwo­nić do Ka­tie, kiedy nad­cho­dzi ja­kaś wia­do­mość. Na­ta­sha. Jesz­cze le­piej. Je­ste­śmy przy­ja­ciółmi z bo­nu­sem. Ale bez przy­jaźni.

Co ro­bisz wie­czo­rem?

Od­pi­suję, nie kry­jąc uśmie­chu: Będę cię pie­przył, aż za­czniesz wy­krzy­ki­wać moje imię.

Nie mija mi­nuta, gdy przy­cho­dzi od­po­wiedź:

Do­sko­nale. Będę za dwa­dzie­ścia mi­nut.

Sammy wzdy­cha, pa­trząc na mnie po­nad sto­łem, jakby wie­działa, co pla­nuję.

- Pew­nego dnia ja­kaś dziew­czyna sko­pie ci ty­łek, Jax. Mam na­dzieję, że to zo­ba­czę.

Dla­czego na­sto­latka po­ucza mnie na te­mat seksu?

- Nie ma szans, dzie­ciaku. Nie zwiążę się z żadną.

Już dawno się tego na­uczy­łem. Dziew­czyny są jak piwo. Mają uświet­nić sobą waż­niej­sze rze­czy.

***

Wci­skam gu­zik te­le­fonu i ekran się roz­świe­tla. Zo­stało tylko czter­dzie­ści pięć mi­nut do tre­ningu. Cho­lera. Przy­po­mi­nam so­bie ostrze­że­nie Nicka, że po­wi­nie­nem być wcze­śniej. Dla­czego tre­ning od­bywa się w środku dnia? Naj­le­piej ćwi­czy mi się z sa­mego rana.

Od wczo­raj­szego wie­czoru mam zły hu­mor. Na­ta­sha i ja nie mo­gli­śmy wpaść w nasz zwy­kły rytm. Tak, oboje do­szli­śmy, ale mu­sia­łem się na­pra­co­wać.

Na­ta­sha to ro­syj­ska mo­delka, która ma pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i za­zwy­czaj wie, co lu­bię. Znamy się od roku. Nasz układ się spraw­dza. Spo­ty­kamy się, pi­jemy drinka lub dwa, tro­chę się po­śmie­jemy, pie­przymy się i idziemy każde w swoją stronę. Nie jest wy­lewna i jest bo­gata, więc mam pew­ność, że nie leci na mój fun­dusz po­wier­ni­czy. Nie mam po­ję­cia, dla­czego je­stem te­raz taki skwa­szony.

Mój na­strój jesz­cze się po­gar­sza, gdy na­sila się od­głos sior­ba­nia. Spo­glą­dam w dół i sta­ram się po­skro­mić gniew.

- La­leczko? Mu­simy koń­czyć. - Nie mam pa­mięci do imion.

"La­leczka" wiele uprasz­cza. Pa­suje do każ­dej. Tara, Tammy czy może Ta­mara pod­nosi wzrok i pró­buje się uśmiech­nąć z ustami peł­nymi mnie.

Boże, je­stem dup­kiem.

Wyj­muję ku­tasa z jej ust, uwa­ża­jąc na rząd błysz­czą­cych zę­bów, i cho­wam go w dżin­sach.

- Prze­pra­szam, Jax. - Ucieka oczami w bok. Kładę ręce na jej ra­mio­nach i po­ma­gam jej wstać. Nie każda dziew­czyna po­trafi ro­bić la­skę, choć jest to coś, czego po­winni uczyć w szko­łach obok sma­że­nia na­le­śni­ków. Dwie bar­dzo ważne umie­jęt­no­ści.

- Nie przej­muj się. Nie wie­dzia­łem, że jest tak późno. Może uda­łoby nam się spo­tkać in­nym ra­zem. - A może nie.

Aż za­świe­ciły jej się oczy. Zmu­szam się, żeby się uśmiech­nąć i ją przy­tu­lić, po czym biorę klu­czyki ze sto­lika.

Pod­cho­dzę do drzwi i do­strze­gam to w jej oczach. Chce, że­bym ją po­ca­ło­wał. Nie ma mowy. To nie ma nic wspól­nego z tym, jak ro­biła mi la­skę, i ma wiele wspól­nego z tym, jak śli­niła się na wi­dok mo­jego bmw M-5 Hur­ri­cane. Nie­mal wi­dzę sym­bole do­lara w jej oczach. Nie po­trze­buję ta­kich kom­pli­ka­cji. Co prawda do­piero za­czy­nam stu­dia praw­ni­cze, ale mogę się dok­to­ry­zo­wać z uni­ka­nia dziuń na­pa­lo­nych na kasę. Po­chy­lam się, żeby mu­snąć ustami jej po­li­czek, i dzię­kuję moim pier­do­lo­nym szczę­śli­wym gwiaz­dom, że je­ste­śmy u niej w miesz­ka­niu, po czym sal­wuję się ucieczką.

Gdy tylko do­cie­ram do mo­jej oazy sa­mot­no­ści, włą­czam mu­zykę i ru­szam z pi­skiem opon. Sil­nik mru­czy, a ja roz­ko­szuję się tym dźwię­kiem. Trzy­sta ty­sięcy, które za niego da­łem, to była oka­zja. Matka miała od­mienne zda­nie, ale kogo to ob­cho­dzi? Ma u mnie dług, któ­rego ni­gdy nie zdoła spła­cić.

Moje cacko w oka­mgnie­niu roz­pę­dza się do trzy­stu pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzinę. Ja­dąc po Chest­nut Hill, nie je­stem w sta­nie roz­wi­nąć jego moż­li­wo­ści, ale i tak do­cie­ram na te­ren kam­pusu w re­kor­do­wym cza­sie. Bo­ston Col­lege znaj­duje się za­le­d­wie trzy ki­lo­me­try od mo­jego domu, ale leży w sa­mym środku pod­miej­skiego pie­kła. Spo­kojne uliczki. Wy­ma­ni­kiu­ro­wane traw­niki. Za­dbane ma­muśki. Spa­ce­ro­wi­cze i inne gówno. Dla­czego uczel­nia nie może stać w po­bliżu Fen­way, jak uni­we­rek mo­jej sio­stry? Ża­łuję, że nie wzią­łem prysz­nica na bo­isku pił­kar­skim. W tym upale nie­do­brze mi się robi od za­pa­chu dam­skich per­fum na mo­jej skó­rze.

Tre­ner Pat­ter­son stoi przed try­bu­nami, na któ­rych za­siada reszta mo­jej dru­żyny, trzyma ręce skrzy­żo­wane na piersi, jakby był na­szym wła­ści­cie­lem. I chyba nim jest, przy­naj­mniej przez kilka ko­lej­nych mie­sięcy. Do tej pory dru­żynę pro­wa­dził stary asy­stent tre­nera, ten tu­taj pod­pi­sał umowę w ze­szłym ty­go­dniu.

- Jax Avery, miło wi­dzieć, że wresz­cie do nas do­łą­czy­łeś. Je­stem na czas, więc, do cho­lery, nie wiem, w czym pro­blem.

- Masz być dzie­sięć mi­nut przed roz­po­czę­ciem tre­ningu, w prze­ciw­nym ra­zie je­steś spóź­niony - war­czy, jakby czy­tał w mo­ich my­ślach.

Sta­ram się nie wy­wra­cać oczami i sia­dam obok Nicka, który szy­der­czo się uśmie­cha.

- Mó­wi­łem ci, że­byś był wcze­śniej - szep­cze.

- Mu­sia­łem jesz­cze za­li­czyć ob­cią­ganko. To źró­dło mo­jej nad­ludz­kiej siły. - Pod­no­szę rękę i na­pi­nam mię­śnie, kiedy roz­lega się gwiz­dek tre­nera.

- Słu­chaj­cie. Nie jest ta­jem­nicą, dla­czego zo­sta­łem za­trud­niony przez tę szkołę. W ze­szłym roku by­li­ście o włos od zwy­cię­stwa w mi­strzo­stwach. I co się stało? Po­łowa z was schlała się na wie­czór przed me­czem.

Ja nie. Nie pi­łem. Nie je­stem idiotą.

- A druga po­łowa zo­stała przy­ła­pana z la­skami w ich aka­de­miku o dru­giej w nocy. Więk­szość z tych mi­łych pań zo­stała za­wie­szona.

Okej, przy­znaję się do winy. Kto mógł wie­dzieć, że w aka­de­miku dziew­czyn obo­wią­zują tak re­stryk­cyjne re­guły?

- Pro­po­nuję, że­by­ście prze­stali my­śleć tym, co ma­cie po­mię­dzy no­gami, i li­czyli się z ludźmi, na któ­rych ma­cie wpływ. Na­leży zro­bić krok do przodu i się­gnąć po pierw­szą lo­katę. Kiedy w maju przy­szłego roku ukoń­czy­cie stu­dia, mam na­dzieję, że uj­rzę w was męż­czyzn, a nie ma­łych chłop­ców, któ­rzy za bar­dzo sku­piają się na so­bie, żeby my­śleć lo­gicz­nie. - Wzdy­cha i do­daje: - Je­stem prze­ko­nany, że wszy­scy wie­dzą, iż ten se­zon jest dłuż­szy. Me­cze roz­strzy­ga­jące od­będą się po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, co ozna­cza, że pod­czas prze­rwy świą­tecz­nej mu­si­cie się przy­czaić. Ma­cie się za­ko­pać pod zie­mię, bo je­śli do­wiem się, że zde­mo­lo­wa­li­ście ja­kiś po­kój ho­te­lowy w ośrodku wy­po­czyn­ko­wym, to wy­la­tu­je­cie. Bez mru­gnię­cia okiem.

Wszy­scy mil­czą, ale wiem, że chło­paki tylko cze­kają, aż tre­ner odej­dzie, żeby dać upust emo­cjom. Na­tych­miast uznają, że to był ja­kiś pie­przony żart.

Pat­ter­son prze­cha­dza się przez ja­kąś mi­nutę, po czym za­trzy­muje się przede mną i czeka na kon­takt wzro­kowy z mo­jej strony.

- Ko­niec z ole­wa­niem. Czas wy­ho­do­wać jaja i stać się od­po­wie­dzial­nym. Je­śli są­dzisz, że nie wy­le­cisz, bo je­stem tu nowy, to bar­dzo się my­lisz. Weź się w garść albo won. - Śmieje się, ale wiem, że nie jest mu do śmie­chu. - Nie będę trzy­mał was za rączki, cze­kał, aż wam się od­bije, i pod­cie­rał tył­ków. Tym niech zaj­mują się wa­sze mamy.

Ha, ha. Nie zna mo­jej matki.

Pat­ter­son ude­rza ręką w pod­kładkę na do­ku­menty.

- Wiem, że więk­szość z was chce grać pro­fe­sjo­nal­nie. Ma­cie ku temu nie­złe za­datki, więc w tym roku po­win­ni­śmy zdo­być mi­strzo­stwo, pod wa­run­kiem że bę­dzie­cie sku­piać się na tym, co naj­waż­niej­sze.

Oto jest py­ta­nie, co nie? Co jest naj­waż­niej­sze? Chciał­bym wie­dzieć.

Roz­dział 3

Dani

Po po­łu­dniu pró­buję się ro­ze­rwać i spo­ty­kam się z Tra­vi­sem, ale prawda jest taka, że do po­nie­działku będę miała urwa­nie dupy.

Mam ochotę na­ko­pać Lau­rze. Oczy­wi­ście tego nie zro­bię, ale mu­szę na­uczyć się aser­tyw­no­ści, w prze­ciw­nym wy­padku bę­dzie mnie wy­ko­rzy­sty­wała przez cały rok. Teo­re­tycz­nie wiem, jak to zro­bić. W prak­tyce nie je­stem pewna, czy zdo­będę się na od­wagę.

Na przy­kład wczo­raj nie po­tra­fi­łam wy­krztu­sić słowa do tego przy­stoj­niaka! Uśmie­cha się do mnie, a ja stoję jak słup soli. Stu­diuję na świet­nej uczelni i mam wy­soką śred­nią ocen. Można by przy­pusz­czać, że po­sia­dam ja­kieś umie­jęt­no­ści ję­zy­kowe.

Tra­vis jest nie­za­do­wo­lony, od­kąd wy­szli­śmy ze stu­dia ta­tu­ażu.

Chce mi się z tego śmiać. Kiedy kilka ty­go­dni temu zro­bi­łam so­bie ta­tuaż, Tra­vis rów­nież za­pra­gnął dziary. Ale dzi­siaj stchó­rzył, więc ja da­łam so­bie zro­bić pier­cing. Sztur­cham go bio­drem i strą­cam z chod­nika.

- Na­dal po­żą­dasz Brady'ego, prawda?

Od­wraca się w moją stronę, czarne włosy opa­dają mu na twarz.

- Co mnie zdra­dziło?

- To tylko prze­czu­cie. Szkoda, że Brady nie gra w two­jej dru­ży­nie.

- Ci do­brzy ni­gdy nie grają.

- Wy­da­wało mi się, że buja się w to­bie. - Tra­vis po­syła mi swój cha­rak­te­ry­styczny krzywy uśmiech, a ja kręcę głową. Wy­daje mu się, że po­do­bam się każ­demu fa­ce­towi.

- Brady jest już męż­czy­zną. Ma chyba dwa­dzie­ścia pięć czy sześć lat. Co naj­mniej. A ja do­piero skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia. Poza tym on jest cały umię­śniony i sek­sowny. Nie ma szans, żeby się mną in­te­re­so­wał.

Ko­lej Tra­visa na krę­ce­nie głową i pa­trze­nie na mnie, jak­bym była sza­lona.

Ale to nie wszystko. Cho­ciaż Brady jest przy­stojny, nie mogę prze­stać my­śleć o chło­paku z re­stau­ra­cji. Jax. Cho­lera. Na­wet jego imię jest sek­sowne. Je­den jego uśmiech, a ja już zdej­muję majtki przez głowę. To wła­śnie kara za to, że pa­trzy­łam z góry na dziew­czynę, która dała mu swój nu­mer.

Tra­vis sztur­cha mnie łok­ciem.

- By­łaś pod­nie­cona, gdy Brady po­ło­żył na to­bie dło­nie?

- Tak, do­póki mnie nie dźgnął igłą. Dwa razy. - Po­pra­wiam ra­miączko sta­nika. - Jak my­ślisz, czy one... są ładne? - Nie umiem mó­wić o pier­cingu i się przy tym nie ru­mie­nić.

Tra­vis wy­mija star­szą pa­nią idącą w prze­ciw­nym kie­runku, spo­gląda na mnie i prze­lot­nie omiata wzro­kiem moje piersi.

- Są sza­łowe i cu­downe.

- Nie wy­glą­dam z nimi jak me­nelka? - py­tam bez za­sta­no­wie­nia, ale przy­naj­mniej py­ta­nie jest szczere.

- Pew­nie, że nie.

Po­doba mi się, że od­po­wiedź pada bez na­my­słu.

- Czyli chcia­ła­byś jesz­cze wię­cej mo­dy­fi­ka­cji ciała? Świet­nie z tym wy­glą­dasz.

Uśmie­cham się. Tra­vis za­wsze spra­wia, że czuję się piękna. Na pierw­szym roku miesz­ka­li­śmy na tym sa­mym pię­trze i od razu się ze sobą skum­plo­wa­li­śmy. Przez ostat­nie dwa lata by­li­śmy nie­mal nie­roz­łączni. Jest śliczny, ma czarne włosy i oczy ko­loru cze­ko­lady. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel jest wy­soki i smu­kły. To taki typ my­śli­ciela. Wszy­scy chłopcy go uwiel­biają. Ja też. Wy­pła­ki­wa­łam się na jego ra­mie­niu, gdy wio­sną ze­rwa­łam z Re­idem.

- Poza tym je­śli ktoś tu jest me­ne­lem, to ra­czej ja. Pa­mię­tasz? - Po­now­nie mnie sztur­cha. - Je­steś zbyt nie­winna, żeby zo­stać me­nelką.

Może na tym po­lega mój pro­blem. Fa­ceci po­strze­gają mnie jako grzeczną i miłą dziew­czynkę.

Głę­boko wzdy­cham.

- My­ślisz, że to dla­tego Reid prze­stał się mną in­te­re­so­wać?

- Reid prze­stał się tobą in­te­re­so­wać, bo jest de­bi­lem. To, że prze­spał się z twoją współ­lo­ka­torką parę go­dzin po roz­sta­niu z tobą, po­twier­dza tę tezę. A ty prze­cież nie by­łaś dzie­wicą. Po pro­stu nie wska­ku­jesz do łóżka każ­demu fa­ce­towi na świe­cie.

Wiem, że nie je­stem brzydka, nie je­stem też osobą, która ocze­kuje kom­ple­men­tów, ale fa­ceci wi­dzą we mnie dziew­czynę z są­siedz­twa, więc ra­czej nie przy­cią­gam ta­kich, któ­rych chcia­ła­bym za­trzy­mać na dłu­żej w łóżku. Ra­czej tych, któ­rzy wolą szybki nu­me­rek. Reid nie był wy­jąt­kiem. To dla­tego by­łam tak zszo­ko­wana ze­szłej wio­sny, gdy zo­ba­czy­łam, że wy­myka się z po­koju Ash­ley go­dzinę po tym, jak usły­sza­łam od­głosy porno do­cho­dzące zza drzwi. Przy­znaję, że ze­rwa­li­śmy ze sobą kilka dni wcze­śniej, ale mimo wszystko. Mdli mnie na myśl o tym, co krzy­czała. Moc­niej! O, Boże, tak, pieprz mnie moc­niej!

Są­dzi­łam, że po­de­rwała któ­re­goś z chło­pa­ków, na któ­rych miała oko. Co za na­iw­ność, jesz­cze jej ki­bi­co­wa­łam, cie­sząc się, że zna­la­zła ja­kie­goś na­pa­lo­nego go­ścia. Ale gdy drzwi się otwo­rzyły, uj­rza­łam w nich mo­jego by­łego chło­paka z go­łym tor­sem, roz­pię­tymi dżin­sami le­d­wie trzy­ma­ją­cymi się na jego bio­drach i jesz­cze na wpół na­brzmia­łym pe­ni­sem wy­brzu­sza­ją­cym się pod spodniami. Bra­ko­wało mu na­wet przy­zwo­ito­ści, by oka­zać za­że­no­wa­nie. Za­miast tego spoj­rzał na mnie w taki spo­sób, jakby chciał mi za­ko­mu­ni­ko­wać, że to ja je­stem pro­ble­mem, a nie on. Ja!

Boże, mam na­dzieję, że uda­wała.

Kiedy oglą­dam ta­kie sceny w fil­mach, po­rzu­cona ko­chanka za­wsze mówi coś bły­sko­tli­wego, żeby zra­nić fa­ceta i po­ka­zać mu, co stra­cił. Ale nie ja. Mnie ode­brało mowę. Nie wy­krztu­si­łam ani słowa. Na­dal mam ochotę strze­lić so­bie w łeb za to, że nic nie po­wie­dzia­łam.

W za­sa­dzie pra­wie w ogóle nie od­zy­wa­łam się do szczę­śli­wej pary, ile­kroć ich ra­zem wi­dzia­łam. Na­tu­ral­nie roz­pra­szał mnie wi­dok Re­ida pró­bu­ją­cego po­ma­so­wać ję­zy­kiem jej dziurki w no­sie. Trzeba przy­znać, że Ash­ley jest wy­soka i olśnie­wa­jąca. Ja przy niej je­stem pig­me­jem, więc ab­so­lut­nie nie wi­nię jej, że zwró­cił na nią uwagę. Ale czy na­prawdę mu­szą ro­bić ta­kie rze­czy na mo­ich oczach? W końcu cho­dzi­łam z nim przez pra­wie rok.

#Co­Za­Strata

Kiedy na­tknę­łam się na nich w ze­szłym ty­go­dniu, są­dzi­łam, że to już prze­szłość. Ale wtedy ona oskar­żyła mnie, że gdy wy­pro­wa­dza­łam się w po­przed­nim se­me­strze, ukra­dłam jej na­szyj­nik. Udało mi się za­le­d­wie wy­krztu­sić kilka słów, za­zgrzy­tać zę­bami i po­fan­ta­zjo­wać o tym, że wy­mie­rzam jej cios pro­sto w nerkę.

Tra­vis i ja zbli­żamy się do pie­karni, więc po­sta­na­wiam za­trzy­mać się, żeby coś zjeść. Za­pach chleba na za­kwa­sie spra­wia, że bur­czy mi w brzu­chu i w jed­nej chwili prze­staję my­śleć o tym dupku, moim by­łym.

Sia­damy w bok­sie i skła­damy za­mó­wie­nie, po czym otwie­ram mój dzien­nik.

- Sprawy nu­mer je­den i dwa: zro­bione! - Wyj­muję z torby neo­no­wo­ró­żowy pi­sak i od­ha­czam dwa punkty.

- Masz li­stę? - Wy­czu­wam w gło­sie Tra­visa szy­der­stwo, które pod­kre­ślają jego unie­sione brwi.

Po­sy­łam mu zna­czący uśmiech.

- Ma mi przy­po­mi­nać, co mam zro­bić, że­bym się nie po­gu­biła.

- Mogę ją zo­ba­czyć?

- Już wiesz, co na niej jest, a gdy zo­ba­czysz ją na wła­sne oczy, bę­dziesz się na mnie wy­ży­wał.

Mimo to sięga po no­tes i cią­gnie go do sie­bie jak bul­dog, aż nie pusz­czam. Przy­glą­dam mu się, kiedy spoj­rze­niem omiata stronę.

- Zro­bić so­bie ta­tuaż, prze­bić so­bie coś, pójść z kimś na jedną noc. - Tra­vis pod­nosi oczy znad kartki. - Po­win­naś za­cząć od trze­ciego punktu. Wię­cej za­bawy. A poza tym nie wiąże się z bó­lem. No chyba, że lu­bisz.

Jego brwi uno­szą się jesz­cze wy­żej, a ja wy­bu­cham śmie­chem.

- Chyba ra­czej cho­dzi o sa­mo­po­zna­nie, a ja jak dziecko do­piero sta­wiam pierw­sze kroki. A przy­naj­mniej taki mia­łam za­miar.

Tra­vis czeka, aż kel­nerka po­stawi na­sze sa­łatki, a gdy ko­bieta od­cho­dzi, po­chyla się w moją stronę.

- Punk­tów je­den i dwa nie na­zwał­bym dzie­cię­cymi kro­kami - mówi ci­cho, sięga po mój pi­sak i coś za­pi­suje na kartce.

- Hej, nie po­zwo­li­łam ci tam pi­sać. - Nikt, na­prawdę nikt, nie ma prawa pi­sać w moim dzien­niku. To w po­ło­wie pa­mięt­nik, w po­ło­wie szki­cow­nik. Nie ma tam ni­czego, o czym Tra­vis by nie wie­dział.

- Za późno - oznaj­mia śpiew­nym i uro­czy­stym to­nem, który pa­suje do jego za­do­wo­lo­nej miny.

Czy­tam na głos punkt czwarty.

- Za­tań­czyć na ba­rze. - Kręcę głową. - Tra­vis, to ta­kie ku­rew­skie.

Pry­cha.

- To ty chcesz przy­god­nego seksu.

Roz­glą­dam się po re­stau­ra­cji i rzu­cam w niego grzanką.

- Mo­żesz mó­wić ci­szej? To nie do końca tak, że chcę dać się prze­le­cieć. Po pro­stu...

- Wiem. Twój były cię wkur­wił i chcesz wy­czy­ścić konto. Ja­kiś go­rący ogier na pewno po­może - mówi, chwy­ta­jąc moją dłoń.

- Ro­zu­miem, że Reid jest dup­kiem, ale czy na­prawdę musi cho­dzić z Ash­ley? - Na samą myśl o tym, jak roz­grze­wali do czer­wo­no­ści jej łóżko, na­dal mam ochotę wy­dłu­bać im oczy tę­pym ołów­kiem.

- Żyj i się ucz, kotku. Wi­dzisz, nie mu­sisz już mar­twić się su­kami, po­nie­waż te­raz wiesz, czego się spo­dzie­wać. Po­win­naś uwa­żać na te, które wy­dają się przy­ja­zne.

- Głę­bo­kie prze­my­śle­nia.

- Wciąż nie mogę uwie­rzyć, że nie da­łaś im po­pa­lić.

- A co mia­łam po­wie­dzieć? "Ash­ley, by­łaś świetną współ­lo­ka­torką, do­póki nie za­czę­łaś sy­piać z fa­ce­tem, z któ­rym cho­dzi­łam przez dzie­sięć mie­sięcy?" - Zgnia­tam ser­wetkę i znowu kręcę głową. - Wiesz, że nie spraw­dzam się pod­czas kon­fron­ta­cji.

Tra­vis lekko wy­pina pierś.

- Z przy­jem­no­ścią sko­pał­bym jego prze­bie­głą dupę. I tak je­steś dla niego zbyt do­bra. Za­słu­guje na tę durną blon­dynę. Reid miał być pew­nia­kiem, kimś sta­łym na pięć lat oraz przy­szłość z pla­nem eme­ry­tal­nym. W sfe­rze seksu co prawda nie było trzę­sie­nia ziemi, ale wy­da­wało mi się, że wza­jem­nie się sza­nu­jemy i przy­jaź­nimy. By­łam idiotką, są­dząc, że to się li­czy.

- Na zdzi­ro­wate la­ski za­wsze go­towe na ob­cią­ganko.

Na do­miar złego Ash­ley wy­pro­wa­dziła się ra­zem z na­szą współ­lo­ka­torką, przez co w ostat­niej chwili mu­sia­łam zor­ga­ni­zo­wać so­bie kąt do spa­nia na trzeci rok stu­diów. Gdyby Jenna nie spy­tała mnie, czy chcia­ła­bym za­miesz­kać z nią i jej przy­ja­ciół­kami, nie wiem, co bym zro­biła.

Sprawa z Ash­ley do­pro­wa­dziła do tego, że stre­suję się na myśl, że mam za­miesz­kać z kimś no­wym.

Jenna jest za­bawna, ale w za­sa­dzie nie za do­brze się znamy. Kilka razy wy­głu­pia­ły­śmy się w kla­sie i parę razy ra­zem się uczy­ły­śmy.

Je­śli mam być szczera, tro­chę oba­wiam się Clem. Har­per wy­daje się miła, ale roz­ma­wia­łam z nią przez dwie mi­nuty. Po­nadto cała ich trójka jest na ostat­nim roku i przy­jaź­nią się od po­czątku stu­diów. Ja je­stem nowa.

- Dla­czego nie mogę po pro­stu za­miesz­kać z tobą? Czemu mu­szę miesz­kać z ob­cymi? - py­tam po­mię­dzy kę­sami je­dze­nia.

- Po­nie­waż ży­jemy w pu­ry­tań­skim spo­łe­czeń­stwie, które oba­wia się, że mój pe­nis cię zde­pra­wuje, a ich wa­giny nie - wzdy­cha Tra­vis.

Par­skam śmie­chem i za­nim zdążę za­sło­nić usta, pluję ka­wał­kami sa­łaty.

Tra­vis chwyta moją drugą rękę.

- Za­wsze mo­żesz przyjść i zo­stać u mnie na parę dni, je­śli coś nie bę­dzie po two­jej my­śli. Wiem, że Za­chodni Kam­pus nie jest tak od­jaz­dowy, jak sze­re­gowce przy Bay State Road, ale ile­kroć zmę­czysz się nad­mia­rem es­tro­genu, bę­dziesz mo­gła od­sap­nąć w Casa de Tra­vis.

On i ja mamy czę­ściowe sty­pen­dia na za­kwa­te­ro­wa­nie i wy­ży­wie­nie, ale tylko wtedy, gdy miesz­kamy w kam­pu­sie. Są­dzę, że świet­nie by nam się ra­zem miesz­kało, ale nie ma szans na to, by było nas stać na czynsz w tej oko­licy.

- Dzięki. Je­steś naj­lep­szy. Je­stem pewna, że bę­dzie do­brze. - Mam na­dzieję. Po­now­nie rzu­cam w niego grzanką. - Za­re­zer­wuj dla mnie so­botni wie­czór, do­brze?

- Pew­nie. A co?

- Jenna robi im­prezę, a skoro nie znam żad­nej z jej przy­ja­ció­łek, po­trze­buję wspar­cia. Chcą iść na Lans­downe Street, a prze­cież tam są twoje te­reny ło­wiec­kie.

Ca­ges, klub na­le­żący do jego wujka, jest jed­nym z naj­mod­niej­szych lo­kali w oko­li­cach parku Fen­way, który cią­gnie się wzdłuż wschod­niej czę­ści kam­pusu. Od­kąd za­czę­li­śmy stu­dia, jest to na­sze ulu­bione miej­sce spo­tkań. Do­dat­kową ko­rzy­ścią jest to, że jego wu­jek po­zwala nam wcho­dzić za darmo.

- Chęt­nie. - Tra­vis unosi wi­de­lec do ust, ale za­trzy­muje się w pół drogi. - Może przy oka­zji od­ha­czymy ko­lejny punkt na two­jej li­ście. - Mruga do mnie, a ja wy­wra­cam oczami.

O, Boże. Mam na­dzieję, że mówi o tańcu na ba­rze.

Roz­dział 4

Jax

Za­sta­na­wiam się nad tym przez cały czas, gdy bie­gam po bo­isku. Dla­czego, do cho­lery, nie do­sze­dłem po po­łu­dniu? Kogo ob­cho­dzi, że jej tech­nika wy­maga więk­szej wprawy? Uwaga dziew­czyny sku­piona na moim ku­ta­sie po­winna wy­star­czyć do peł­nej sa­tys­fak­cji. A jed­nak wczo­raj w nocy z Na­ta­shą rów­nież nie wszystko po­szło po mo­jej my­śli.

Pró­buję ode­pchnąć od sie­bie obawę, że coś ze mną jest nie w po­rządku. Może przy­szedł czas, że­by­śmy z Na­ta­shą zna­leźli so­bie no­wych part­ne­rów do seksu. Pie­prze­nie to pie­prze­nie. Pro­sta sprawa. Bio­lo­giczna. Nie po­trzeba do tego żad­nej fi­lo­zo­fii.

Pot spływa mi po twa­rzy, pie­cze w oczy. Tre­ner Pat­ter­son daje nam po­pa­lić. Wszy­scy je­ste­śmy w do­brej kon­dy­cji po przed­se­zo­no­wych tre­nin­gach, ale dzi­siej­szy za­pier­dol ma na celu uświa­do­mie­nie nam, kto tu rzą­dzi.

Gdy do­cie­ram do domu, ma­rzę je­dy­nie o wej­ściu pod prysz­nic, a po­tem wy­pi­ciu piwa przed te­le­wi­zo­rem. Kiedy na te­le­fon przy­cho­dzi wia­do­mość, nie­zbyt chęt­nie spo­glą­dam na ekran. Kilka mi­nut póź­niej ko­mórka za­czyna dzwo­nić i nie chce prze­stać.

- Tak trudno to ogar­nąć? To, że nie od­po­wia­dam, ozna­cza, że masz spier­da­lać - mam­ro­czę do te­le­fonu.

- Nie pier­dol, Avery - mówi ze śmie­chem mój naj­lep­szy kum­pel Da­ren. Przy­jaź­nimy się od uro­dze­nia. Jest jak brat. Kiedy do­ra­sta­li­śmy, by­li­śmy są­sia­dami i prak­tycz­nie miesz­ka­li­śmy w swo­ich do­mach, ale jego ro­dzice, w prze­ci­wień­stwie do mo­ich, nie mieli go w du­pie. Po­dej­rze­wam, że to z tego po­wodu te­raz uzna­wany jest za szla­chet­nego oby­wa­tela, pod­czas gdy ja po­ja­wiam się je­dy­nie w kro­nice to­wa­rzy­skiej na szó­stej stro­nie ma­ga­zynu "Post".

No tak, w tym mie­ście Da­ren czyni cuda. By­łoby to strasz­nie wkur­wia­jące, gdyby on sam nie był tak fajny.

Tylko raz coś sta­nęło po­mię­dzy nami - to, że wy­dy­mał moją sio­strę, a ja pra­wie zła­ma­łem mu za to szczękę. Za­pewne bym to zro­bił, gdyby dwóch go­ści nie od­cią­gnęło mnie od niego. Ta sprawa pra­wie znisz­czyła na­szą przy­jaźń, ale obaj tra­fi­li­śmy do Bo­ston Col­lege, on na peł­nym sty­pen­dium za osią­gnię­cia w fut­bolu, ja w piłce noż­nej, i ja­koś się po­go­dzi­li­śmy. No, pra­wie.

- Wy­cho­dzisz gdzieś wie­czo­rem? - pyta.

- Je­stem zbyt zmę­czony. Po­sie­dzę w domu.

- To ku­pię coś do je­dze­nia. Wpadnę i po­gramy w Call of Duty. - To ty­powe dla Da­rena Slo­ana, że nie pyta, co o tym są­dzę.

Go­dzinę póź­niej przy­bie­ramy toż­sa­mość gra­czy i ja wy­pru­wam mu flaki moim ka­ra­bi­nem sztur­mo­wym AK-12.

- Kurwa! - krzy­czy w stronę mo­ni­tora.

Cie­sząc się wy­graną, roz­sia­dam się wy­god­nie na sfa­ty­go­wa­nej skó­rza­nej ka­na­pie i szcze­rzę zęby w uśmie­chu. Nie je­stem idiotą. Wiem, że dawno już mi­nęły czasy, kiedy da­wa­łem so­bie radę z Da­re­nem, więc cie­szę się chwilą i roz­ko­szuję tym, że wir­tu­al­nie mu do­ko­pa­łem. Kie­dyś by­li­śmy so­bie równi, ale od­kąd za­czę­li­śmy stu­dia, on zro­bił się na­pa­ko­wany, gra­jąc w fut­bol ame­ry­kań­ski, pod­czas gdy ja schu­dłem od bie­ga­nia za piłką.

- Pipa. - Po pro­stu mu­szę się z nim po­dro­czyć.

- Pipa roz­po­zna inną pipę.

- Je­śli o tym mowa, to gdzie po­działa się twoja przy­czepa dziś wie­czo­rem?

Da­ren gło­śno wzdy­cha, ale za­miast sta­nąć w obro­nie tej suki, tylko wzru­sza ra­mio­nami. Cho­dzi z Ve­ro­nicą, od­kąd ze­rwał z moją sio­strą. Cały czas się łu­dzę, że pew­nego dnia do­trze do niego, że Ve­ro­nica kręci z nim tylko dla­tego, że jest bo­gaty, nie mó­wiąc o tym, że jest naj­lep­szym roz­gry­wa­ją­cym w BC. Jed­nak ich ostatni po­ważny kry­zys miał miej­sce dwa lata temu, więc za­czy­nam się mar­twić, że może na­wet po­ślu­bić tę cipę. Nie wiem dla­czego. Trak­tuje go jak gówno. Je­śli to ma być praw­dziwa mi­łość, to trzy­maj­cie mnie od niej z da­leka.

- Co pla­nu­jesz na uro­dziny? - pyta, jedną ręką re­se­tu­jąc grę, a drugą się­ga­jąc po piwo.

- Idę na im­prezę na Uni­wer­sy­tet Bo­stoń­ski, a po­tem do Ca­ges przy Lans­downe. Po­wi­nie­neś do­łą­czyć. - Nie mó­wię, kto tam bę­dzie. Je­stem pe­wien, że on wie.

Wy­gląda, jakby przez chwilę roz­wa­żał tę pro­po­zy­cję, po czym wzru­sza ra­mio­nami.

- Nie mogę się szla­jać przed koń­cem se­zonu. Tre­ner urwałby mi jaja, gdy­bym za­ba­lo­wał. - Da­ren jest po­waż­nym kan­dy­da­tem do Tro­feum He­ismana. Za­pie­prza jak sza­lony. Na samą myśl o tym czuję się zmę­czony. - Ale wio­sną je­dziemy na Maui. Ja sta­wiam. Spóź­niony pre­zent uro­dzi­nowy. Co ty na to?

- Su­per. Za­bierz mnie z Bo­stonu. Osza­leję, je­śli w tym roku bę­dzie tyle śniegu, co w ze­szłym.

Pau­zuję grę, żeby na­ło­żyć so­bie do­kładkę je­dze­nia na ta­lerz, i wła­śnie w tej chwili sły­szę krzyk.

- Cho­lera. To znowu oni - ję­czę. Po­wód sto pierw­szy, żeby ni­gdy się nie że­nić: Han­nah i Greg. Wska­zuję na ścianę. Od dwóch lat, czyli od­kąd wpro­wa­dzi­łem się tu­taj z Nic­kiem na dru­gim roku stu­diów, są mo­imi są­sia­dami. - Roz­wo­dzą się.

Kiedy kilka mi­nut póź­niej ktoś puka do drzwi, za­sko­czony Da­ren unosi brwi.

- No go­ściu, mam na­dzieję, że nie masz nic wspól­nego z ich pro­ble­mami.

- Pieprz się. Nie ty­kam mę­ża­tek. - Przy­po­mina mi się roz­mowa, którą od­by­łem wczo­raj wie­czo­rem z moim współ­lo­ka­to­rem. Okej, za­tem są trzy ro­dzaje la­sek, któ­rych nie ty­kam. Może je­stem dup­kiem, ale nie je­stem to­tal­nym de­bi­lem.

Otwie­ram drzwi i wi­dzę Han­nah z za­pła­kaną czte­ro­let­nią córką Chloe.

- Wszystko w po­rządku? - Nie mó­wię, że sły­sza­łem wrza­ski, cho­ciaż ona za­pewne o tym wie.

Han­nah po­twier­dza ski­nie­niem i ociera bu­zię ma­łej rę­ka­wem swe­tra.

- Mogę cię o coś pro­sić, Jax? Czy ze­chciał­byś po­pil­no­wać Chloe? Przez ja­kąś go­dzinę?

- Nie ma pro­blemu. - Biorę dziew­czynkę na ręce. - Cześć, Chloe, wiesz co? Na­gra­łem ten pro­gram, który tak ci się po­doba. Ten o księż­niczce, która roz­ma­wia ze zwie­rzę­tami.

W jed­nej chwili za­dziera główkę.

- Jej wy­so­tość Zo­sia? - Nie wy­ma­wia K, przez co jest jesz­cze roz­kosz­niej­sza.

- Chyba tak. Chodź, po­pro­simy mo­jego ko­legę, żeby ją dla cie­bie włą­czył.

Na jej buźce po­ja­wia się uśmiech, gdy sta­wiam ją na pod­ło­dze. Od razu za­czyna wspi­nać się na ka­napę.

- Dzięki, Jax. - Han­nah wy­gląda, jakby ka­mień spadł jej z serca. Kilka razy pil­no­wa­łem jej córki, kiedy mu­siała coś za­ła­twić na mie­ście. - Źle się czuję z tym, że słu­cha na­szych kłótni - mówi ci­szej. - Bar­dzo ci dzię­kuję, że chcesz się nią za­jąć. Przy­rze­kam, że upiekę ci górę cia­stek.

Uśmie­cham się.

- Ni­gdy nie od­ma­wiam, gdy ktoś pro­po­nuje je­dze­nie, ale na­prawdę nie mu­sisz. To grzeczna dziew­czynka. Przyjdź po nią, jak bę­dziesz mo­gła. Bez po­śpie­chu.

Han­nah po­woli za­myka oczy.

- Je­stem twoją dłuż­niczką. - Od­wraca się i wcho­dzi do swo­jego miesz­ka­nia.

Kiedy sia­dam na ka­na­pie, oka­zuje się, że Da­ren już zna­lazł bajkę Chloe, lecz dziew­czynka sie­dzi sku­lona w naj­dal­szym ką­cie ka­napy.

- Chloe, je­steś głodna? Chcesz coś zjeść?

- Tat, pro­szę - mówi.

Kładę na ta­lerz ka­napkę, do szklanki na­le­wam soku i sta­wiam przed nią. Sięga po je­dze­nie z uśmie­chem. Skła­mał­bym, mó­wiąc, że nie mam sła­bo­ści do tego dziecka. Jest za­bawna, słodka i szczera, czyli taka jak więk­szość dziew­czy­nek, za­nim do­ro­sną i staną się nie do znie­sie­nia.

- Chloe, to mój przy­ja­ciel Da­ren.

Od­gryza kęs ka­napki i ma­cha do niego.

- Jats, mo­żemy znowu zro­bić fort? Jat stoń­czy się Zo­sia?

- Pew­nie. Mo­żemy na­wet po­ba­wić się w księż­niczkę i ry­ce­rza. Oczy­wi­ście ty bę­dziesz księż­niczką. A ja ry­ce­rzem. Dzi­siaj na­wet bę­dziesz mo­gła jeź­dzić konno.

Śmieję się, gdy do Da­rena do­ciera, że moja czte­ro­let­nia są­siadka za­raz owi­nie go so­bie wo­kół palca.

Go­dzinę póź­niej sły­szę, że ktoś otwiera drzwi wej­ściowe.

- Co tu się, do cho­lery, wy­pra­wia, Jax? - Nic­kowi nie jest do śmie­chu.

- Nie prze­kli­naj - wo­łam. - Przy­szła do nas Chloe.

W chwili, w któ­rej wy­glą­dam zza po­duszki, Chloe i Da­ren za­czy­nają szarżę zza ka­napy.

- Za­bić smoka! - krzy­czy Da­ren, wio­ząc Chloe na ple­cach.Dziecko pisz­czy, jej śmiech spra­wia mi ogromną przy­jem­ność.

Chloe dźga mo­jego współ­lo­ka­tora mie­czem z fo­lii alu­mi­nio­wej, a on po­syła mi mor­der­cze spoj­rze­nie.

- To jest ten na­gły wy­pa­dek? - wy­bu­cha.

- No a jak? Mu­sie­li­śmy mieć smoka. Ja je­stem ry­ce­rzem. Da­ren ko­niem. To ja­sne, że po­trzeba nam było jesz­cze jed­nej osoby.

Nick po­chyla się i głasz­cze Chloe po ja­snych wło­sach.

- Cześć, słodka. Ba­wisz się z wuj­kiem Ja­xem?

- Aha. - Uśmie­cha się. - Już zdo­by­li­śmy za­met.

- Do­bra ro­bota. - Po­syła jej uśmiech, po czym roz­gląda się po po­koju, żeby oce­nić roz­miar strat. Na dłu­żej za­trzy­muje się na swoim kocu i po­dusz­kach, któ­rych po­trze­bo­wa­łem do zbu­do­wa­nia fortu.

- Wy­bacz. - Wzru­szam ra­mio­nami. - Tak jak mó­wi­łem, na­gły wy­pa­dek.

Do­my­ślam się, że na końcu ję­zyka ma ja­kieś prze­kleń­stwo, ale w tej chwili Chloe chwyta go za mały pa­lec i po­syła mu ten swój uśmiech, więc mam pew­ność, iż już jest ku­piony.

Nick wzdy­cha i przy­kuca.

- A gdzie jest nora smoka, Chloe?

Dziew­czynka wska­zuje kuch­nię i za­czyna kla­skać, cie­sząc się, że Nick chce włą­czyć się do za­bawy.

- Znowu mam za­ło­żyć rę­ka­wice ku­chenne? Ostat­nim ra­zem świet­nie uda­wały pa­zury smoka.

- Tat! Za­łóż rę­ta­wice!

Kiedy Chloe kryje się w swo­jej for­tecy, od­cią­gam Nicka na stronę.

- Prze­pra­szam. Była bar­dzo zde­ner­wo­wana, bo Han­nah i Greg darli się na sie­bie. Chcia­łem ją roz­we­se­lić.

- Ro­zu­miem. - Za­uważa, że mam na so­bie pe­le­rynę Bat­mana i wy­bu­cha śmie­chem. - Na­prawdę da­jesz z sie­bie wszystko.

- Idź na ca­łość - żar­tuję.

- To je­dyna dziew­czyna, któ­rej udało się zdo­być twoje serce, a ma do­piero cztery lata. - Kle­pie mnie w plecy.

- Ale jak tu się nie za­ko­chać? Poza tym nie za­słu­guje na to wszystko, co dzieje się wo­kół niej. Więc je­śli po­tra­fię ją roz­we­se­lić, to czemu nie? W końcu mogę się na coś przy­dać.

Nick od­wraca się, żeby spoj­rzeć mi pro­sto w oczy.

- Je­steś do­brym czło­wie­kiem, Jax.

- Pieprz się.

Śmieje się, a ja ude­rzam go w ra­mię, po czym lecę po­móc Chloe ufor­ty­fi­ko­wać jej za­mek.

- Chloe - krzy­czę - tylko ty mo­żesz za­bić smoka. Wsia­daj na ko­nia, prze­jedź przez fosę, a ja po­mogę ci wy­gnać be­stię z ja­skini.

Chciał­bym, żeby wszyst­kie ko­biety można było tak ła­two zro­zu­mieć. Jed­nak ich mo­ty­wa­cje ni­gdy nie są tak pro­ste.

Roz­dział 5

Dani

Ni­czego nie ża­łuj. Są­dzi­łam, że słowa mo­jej mamy to ostat­nia rzecz, jaka może przyjść mi do głowy, gdy ty­dzień póź­niej stoję przed du­żym lu­strem w bu­tiku przy New­bury Street. Wąt­pię jed­nak, żeby miała wła­śnie to na my­śli.

- Jak się za­kręcę, bę­dzie mi wi­dać dupę. - Spo­co­nymi dłońmi pró­buję za­pa­no­wać nad war­stwami ja­skra­wo­ró­żo­wego tiulu, który unosi się pod krótką czarną spód­nicą.

Tra­vis kuca przede mną i mruży jedno oko.

- Nie wi­dzę dupy, o któ­rej mó­wisz, ale może uda mi się coś temu za­ra­dzić. - Za­dziera mi spód­nicę, jakby czuł się ura­żony, że ma­te­riał za­sła­nia mu wi­dok. - Słonko, nie zro­zum mnie źle, ale te szorty są na­prawdę sek­sowne. - Kle­pie mnie w ty­łek, aż pod­ska­kuję. - Może cza­sem warto bły­snąć dupą.

- Nie są­dzisz, że Brit­ney ża­ło­wała tego, że po­ka­zała pipę?

- Ale ty prze­cież nie pój­dziesz na ca­łość. Nie wi­dać ci na­wet warg sro­mo­wych.

Krę­cąc się wkoło, zbli­żam się do niego i ude­rzam go w ra­mię.

- Fuj!

Śmieje się i roz­ciera rękę.

- No co? Prze­cież spę­dzi­łaś tyle czasu u ko­sme­tyczki, która zaj­mo­wała się tymi re­jo­nami. Mo­gła­byś te­raz nimi tro­chę po­świe­cić.

Za­kry­wam twarz i ję­czę.

- Pro­szę, nie roz­ma­wiajmy już ni­gdy o de­pi­la­cji bra­zy­lij­skiej. Bo­lało jak skur­wy­syn.

Za­sła­nia usta i robi wiel­kie oczy.

- Wow. Udało mi się spro­wo­ko­wać cię do po­wie­dze­nia słowa na "K". Punkt dla Tra­visa!

- Nie mo­żesz już mnie na­ma­wiać na ko­lejne za­biegi ko­sme­tyczne.

Chwyta pa­smo mo­ich dłu­gich ciem­nych wło­sów, na­wija je na pa­lec, pod­nosi do nosa i wą­cha. Dzi­wak.

Unosi jedną brew.

- Są­dzę, że dziś wie­czo­rem po­win­naś wy­kre­ślić punkt trzeci ze swo­jej li­sty. Za­tań­czysz ze mną i spró­bu­jemy na­mie­rzyć dla cie­bie naj­lep­szego fa­ceta. Na­tu­ral­nie, je­śli bę­dzie ge­jem, to ja będę przy­nętą.

Na myśl o jed­no­ra­zo­wym nu­merku ro­bię się ner­wowa. Nie cho­dzi o ta­kie nerwy jak wtedy, gdy na wi­dok sek­sow­nego go­ścia mam ki­siel w majt­kach, lecz o zde­ner­wo­wa­nie i strach przed nie­zna­jo­mym, który nie wia­domo kim się okaże. Pój­ście z pierw­szym lep­szym to za­wsze ry­zyko. Zna­jąc swoje szczę­ście, skoń­czę z fa­ce­tem, który kiep­sko ca­łuje i ma fe­tysz na punk­cie ob­fi­cie owło­sio­nych ko­biet.

- Jak miło z two­jej strony, że chcesz mnie za­stą­pić w ra­zie ko­niecz­no­ści - mó­wię do Tra­visa.

- Na co ma się ho­mo­sek­su­al­nych przy­ja­ciół?

Od­wra­cam się i wy­dy­mam dolną wargę.

- Jaka szkoda, że nie je­steś he­tero. By­li­by­śmy wspa­niałą parą.

Przy­tula mnie do swo­jej piersi.

- Wiem. By­li­by­śmy do­sko­nali. Mo­gli­by­śmy na­wet cho­dzić na randki w ubra­niach tego sa­mego ko­loru.

- To by­łoby świetne!

- Co nie? - Od­gar­nia włosy z twa­rzy. - A tak przy oka­zji, dziś wie­czo­rem nie py­taj fa­ceta, jak ma na imię. Nie chcesz się z nim wią­zać, więc nie przy­zwy­cza­jaj się do niego. - Gdy to mówi, wszystko wy­daje się ta­kie pro­ste. Tra­vis wy­pusz­cza mnie z ob­jęć i zdej­muje ko­szulkę z wie­szaka. Po­daje mi ją. - Masz, przy­mierz.

Zdej­muję pod­ko­szu­lek i wci­skam się w ma­leńki top na cien­kich ra­miącz­kach. Przy­ja­ciel po­maga mi wsu­nąć ciuch pod pa­sek spód­nicy, po czym ca­łuje mnie w czu­bek głowy.

- Ocie­kasz sek­sem. Masz wiel­kie cycki w tym ró­żo­wym sta­niku z push-upem.

- To ilu­zja optyczna. Je­stem drobna, więc pro­por­cjo­nal­nie wy­dają się duże. - Kiedy upra­wia­łam gim­na­stykę, nie­na­wi­dzi­łam swo­ich cyc­ków. Te­raz nie są ta­kie złe.

Gdy się prze­bie­ram i z po­wro­tem za­kła­dam dżinsy i pod­ko­szu­lek, Tra­vis przy­kłada spód­niczkę do sie­bie, więc wy­bu­cham śmie­chem.

- Za­mie­rzasz pójść jako drag? - By­łaby z niego śliczna dziew­czyna, po­nie­waż jest ślicz­nym chło­pa­kiem, ale wiem, że nie cią­gnie go w tę stronę.

Wy­wraca oczami i od­daje mi ubra­nia.

Spo­glą­dam na metkę z ceną i ża­łuję, że to zro­bi­łam.

- Cho­lera. Ale dro­gie. Co przy­po­mina mi, że po­win­nam ci po­dzię­ko­wać za wkrę­ce­nie mnie do pracy. Pro­fe­sor Zin­zer jest za­chwy­ca­jący, a praca w tym miej­scu zmusi mnie do tego, że­bym zro­biła coś z po­my­słami za­no­to­wa­nymi w no­te­sie. Chyba bę­dzie mi się tam po­do­bało. - Je­dy­nym pro­ble­mem jest moja głu­pia ko­le­żanka z pracy, która już trak­tuje mnie jak po­py­cha­dło. Cie­szę się jed­nak, że będę mo­gła się tam po­krę­cić i na­siąk­nąć kre­atyw­no­ścią wy­działu sztuki.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Skoro nie udało mi się na­mó­wić cię do zmiany kie­runku, to przy­naj­mniej spró­buję pod­dać cię pra­niu mó­zgu. Nie mam po­ję­cia, dla­czego pre­fe­ru­jesz za­da­wa­nie się ze sztyw­nia­kami w gar­ni­tu­rach.

Nikt nie ro­zu­mie mo­jego wy­boru stu­diów, na­wet mój naj­lep­szy przy­ja­ciel. Do li­cha, cza­sami sama sie­bie nie ro­zu­miem. Nie­źle mi idzie na za­ję­ciach, ale stu­dia nie wstrzą­sają moim świa­tem w po­sa­dach tak jak sztuka. Ale co, do cho­lery, mo­gła­bym ro­bić jako ma­gi­ster sztuki?

Po skoń­czo­nym za­rzą­dza­niu będę mo­gła zna­leźć ja­kieś za­trud­nie­nie.

Wi­dzia­łam, jak mama za­ła­mała się po odej­ściu taty. Nie, dzięki. Jak naj­bar­dziej in­te­re­sują mnie fa­ceci, randki, mi­łość i na­miętny seks, ale jest jedna rzecz, jaką mu­szę dla sie­bie zro­bić, i zro­bię ją po swo­jemu.

***

Kilka go­dzin póź­niej gło­śna mu­zyka wpra­wia moje ciało w wi­bra­cje. Za­sta­na­wiam się, co ja so­bie, do cho­lery, my­śla­łam. Tra­vis wciąż po­wta­rza, że nikt się nie gapi, i tylko dla­tego nie ucie­kam ani nie cho­wam się pod stół. Ta­niec na ba­rze ja­kimś dziw­nym tra­fem prze­ro­dził się w wi­cie się w klatce, a ja od dwu­dzie­stu mi­nut pró­buję się przy­go­to­wać do tego emo­cjo­nal­nie.

- Wy­glą­dasz oszo­ła­mia­jąco, la­ska. - Od­dech Tra­visa pach­nie so­kiem po­ma­rań­czo­wym i wódką. - Uwiel­biam pod­wiązki. - Kła­dzie dłoń na moim udzie i po­ciąga za wstążkę pod­trzy­mu­jącą poń­czo­chy, a ja od­ga­niam jego rękę.

- Wy­glą­dam jak dziwka. - Kiedy się przy­go­to­wy­wa­łam w za­ci­szu miesz­ka­nia przy­ja­ciela, te ciu­chy wy­da­wały się od­po­wied­nie na oka­zję - prze­brać się, sza­leć na par­kie­cie w zwa­rio­wa­nym stroju i za­po­mnieć się na chwilę - te­raz jed­nak nie je­stem prze­ko­nana. Poza try­ko­tami, które no­si­łam, gdy upra­wia­łam gim­na­stykę, ni­gdy nie po­ka­zy­wa­łam tyle ciała. Mu­szę jed­nak przy­znać, że po­do­bają mi się buty typu Mary Jane, po­nie­waż do­dają mi kilka cen­ty­me­trów.

- Istot­nie, ale to jest za­je­bi­ste - krzy­czy mi pro­sto do ucha moja przy­ja­ciółka Margo, aż za­czyna mi w nim dzwo­nić. - O któ­rej mają przyjść twoje współ­lo­ka­torki?

- Nie wiem do­kład­nie - od­krzy­kuję. - Jesz­cze ich nie wi­dzia­łam.

Po wy­mie­nie­niu kilku wia­do­mo­ści z Jenną uświa­da­miam so­bie w końcu, że dzi­siej­sze wyj­ście zwią­zane jest z dwu­dzie­stymi pierw­szymi uro­dzi­nami Clem. Wszy­scy ich zna­jomi spo­ty­kają się na kilka drin­ków przed wyj­ściem do klubu, ale po­nie­waż ja przy­jaź­nię się tylko z Jenną, po­sta­na­wiam od­pu­ścić so­bie to przy­ję­cie, by unik­nąć nie­zręcz­nej sy­tu­acji.

- Ci­śnie mnie sta­nik - mó­wię, ob­cią­ga­jąc go ni­żej.

- Ale te ku­leczki uszczę­śli­wią dzi­siaj ja­kie­goś fa­ceta. - Margo obej­muje dłońmi moje cycki i ści­ska je, aż krzy­wię się z bólu.

Kręcę głową, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego moja przy­ja­ciółka uważa, że może mnie ob­ma­cy­wać na środku par­kietu. Śmie­jąc się, pod­no­szę głowę i spo­ty­kam się wzro­kiem z... naj­przy­stoj­niej­szym fa­ce­tem, ja­kiego wi­dzia­łam w ży­ciu. O, Je­zu­siczku. Jest wy­soki, szczu­pły i umię­śniony. Ma krót­kie włosy po bo­kach i nieco dłuż­sze na gó­rze. Opa­dają mu na oczy, co zwraca moją uwagę na wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe i wy­datne usta. Jest ubrany w czarną ob­ci­słą ko­szulkę z dłu­gim rę­ka­wem i dżinsy. Są­dząc po iro­nicz­nym uśmie­chu, do­sko­nale wi­dział, jak Margo mnie do­ty­kała.

Boże, wy­daje mi się zna­jomy.

Ga­pię się. On wpa­truje się we mnie.

Moje serce prze­staje bić.

- Mu­szę się na­pić. Ja­kie­goś bar­dzo, bar­dzo moc­nego drinka. - Od­wra­cam się i, wy­mi­ja­jąc tań­czą­cych, idę do baru, za któ­rym urzę­duje Joe, wu­jek Tra­visa. No tak, gdy za­uwa­żam przy­stoj­niaka, ucie­kam, aż się za mną ku­rzy. #Ale­Klasa

Plan na wie­czór? Pić. Dużo. Tań­czyć. Uda­wać, że Pan Sek­sowny nie za­uwa­żył, że Margo ści­skała moje cycki. I przy sprzy­ja­ją­cych wia­trach do­żyć do ju­tra.

- Co so­bie ży­czysz, Dani? - Joe prze­ciera wil­gotny blat i sięga po kie­li­szek do mar­tini. - To co za­wsze?

- Po­pro­szę! - Mu­szę prze­krzy­ki­wać mu­zykę, żeby mnie usły­szał.

Cho­ciaż żadne z nas nie ma jesz­cze dwu­dzie­stu je­den lat, wu­jek Tra­visa wie, że nie zro­bimy nic głu­piego, więc wpusz­cza nas i po­zwala nam wy­pić kilka drin­ków.

Po­daje mi jabł­kowe mar­tini i ma­cha ręką, gdy pró­buję za­pła­cić.

- Bę­dziesz tań­czyła w klatce. Go­rzała na koszt firmy. Uśmie­cham się i po­chy­lam nad ba­rem, żeby po­rwać wi­sienkę z tacy, na któ­rej leżą do­datki.

Krzy­żuje krzep­kie ręce na piersi i kręci głową.

- Nie do­sta­niesz kopa w dupę tylko dla­tego, że je­steś taka śliczna. - Pró­buje zgry­wać twar­dziela, lecz się uśmie­cha. Pusz­czam więc do niego oko i wra­cam do przy­ja­ciół.

Kiedy znaj­duję Margo i Tra­visa, mają skwa­szone miny.

- Co się dzieje? - py­tam i po­cią­gam łyk mo­jego drinka.

Margo sztur­cha mnie łok­ciem i wska­zuje głową ko­goś po dru­giej stro­nie par­kietu.

- Przy­szedł du­pek.

To może ozna­czać tylko jedną osobę. Mo­jego by­łego.

Re­ida.

- Prze­cież nie­na­wi­dzi klu­bów - mó­wię pod no­sem.

O iro­nię za­krawa to, że za­wsze na­zy­wał mnie sztyw­niarą, po­nie­waż to on ni­gdy nie chciał wy­cho­dzić do klu­bów. A te­raz tu przy­szedł, stoi kilka kro­ków da­lej wy­stro­jony w ciemną ko­szulkę polo. Cho­lera. Nie­źle wy­gląda. Po chwili do­łą­cza do niego Ash­ley i wpija się w niego ustami. Na­wet wi­dzę jej ję­zyk, za­nim ich usta się sty­kają. Ohyda.

Wy­pi­jam resztę drinka w na­dziei, że al­ko­hol zmniej­szy ból w mo­jej piersi, i od­wra­cam się w stronę przy­ja­ciół.

- Wy­pi­łam już dwa drinki. Zróbmy to, za­nim stchó­rzę. - Po­nie­waż nic tak nie od­wraca uwagi dziew­czyny od jej by­łego chło­paka, jak wi­cie się w klatce.

Kiedy do­cie­ram do plat­formy, od­wra­cam się i wpa­dam na Tra­visa, który musi mnie przy­trzy­mać, że­bym nie upa­dła. Gdy od­zy­skuję rów­no­wagę, chwyta mnie za ra­miona i po­chyla się nade mną.

- Dani, wiem, że sam wpi­sa­łem to na twoją li­stę, ale je­śli nie chcesz tego ro­bić, nie mu­sisz.

- Nie wy­co­fam się. Na pewno nie wtedy, gdy jest tu ten ku­tas. - Przy­kła­dam usta do jego ucha i szep­czę: - Do­brze wy­glą­dam? - Wy­gła­dzam spód­nicę. O rety, jaka jest krótka.

- Wy­glą­dasz jak cho­dzący seks, a on do­sta­nie skrętu ją­der, kiedy zo­ba­czy twój na­pa­lony ty­łek w tym miej­scu. - Tra­vis kle­pie mnie w pupę i po­ga­nia po schod­kach do góry. Na szczę­ście są jesz­cze cztery inne klatki, więc nie będę główną atrak­cją.

Gdy tu do­tar­li­śmy, wuj Tra­visa po­wie­dział, że jedna z dziew­czyn wzięła wolne, więc mój naj­lep­szy przy­ja­ciel usłuż­nie za­pro­po­no­wał, że mogę wsko­czyć na jej miej­sce. By­łam tu wiele razy, więc wiem, jak dziew­czyny się po­ru­szają, i je­śli tylko nie będę za dużo o tym my­ślała, wszystko po­winno być w po­rządku.

Zna­la­zł­szy się na szczy­cie scho­dów, od­wra­cam się, żeby po­słać Tra­vi­sowi ner­wowy uśmiech. Te­raz albo ni­gdy. Prze­ły­kam ślinę i ża­łuję, że nie wy­pi­łam jesz­cze jed­nego drinka, po czym wcho­dzę do klatki, za­nim zdążę zmie­nić zda­nie.

Za­my­kam oczy, sku­piam się na bi­ciu serca, a na­stęp­nie za­czy­nam po­ru­szać bio­drami i chwy­tam się prę­tów, jakby od nich za­le­żało moje ży­cie. Wszy­scy są za­jęci sobą. Nikt cię nie za­uważy.

Za­wsze by­łam nie­złą tan­cerką, za­pewne jest to za­sługa wie­lo­let­nich tre­nin­gów gim­na­stycz­nych. Mam na­dzieję, że uda mi się od­ha­czyć punkt czwarty na li­ście i się przy tym nie skom­pro­mi­to­wać.

Za­czy­nam się roz­krę­cać. Serce, które wcze­śniej o mało nie wy­rwało mi się z piersi, za­czyna się uspo­ka­jać i do­ciera do mnie rytm mu­zyki. Nade mną pul­sują świa­tła, po­ru­szam bio­drami i wy­pi­nam piersi. Na po­licz­kach mam ru­mieńce, na skó­rze kro­pelki potu.

Na­bie­ram od­wagi i otwie­ram oczy. Z po­czątku pa­trzę tylko na pod­łogę klatki. Do­piero po kilku mi­nu­tach zbie­ram się na od­wagę, żeby spoj­rzeć na tłum. A po­tem ża­łuję, że to zro­bi­łam.

Po­nie­waż gapi się na mnie Pan Sek­sowny.

Fał­szywa skrom­ność to nie moja działka. Margo jest w tym mi­strzy­nią. Po­trafi wa­bić fa­ce­tów i prze­żuć ich, za­nim zo­rien­tują się, co się dzieje.

W za­mro­czo­nym al­ko­ho­lem mó­zgu pada de­cy­zja, by uda­wać, że je­stem nią. Dla­czego nie wy­my­śli­łam tego wcze­śniej? To tylko za­bawa. Nic wiel­kiego. Czemu pod­cho­dzę do tego tak po­waż­nie? Wła­śnie o tym za­wsze mówi moja mama. Je­stem zbyt spięta i sztywna. Na­zbyt miła, do cho­lery. W mo­ich ży­łach za­czyna krą­żyć złość i przy­po­mi­nam so­bie wszyst­kie te chwile, gdy okre­ślano mnie tym sło­wem. Reid mó­wił, że je­stem miła. Pie­przyć miłą.

Pusz­czam oko do Pana Sek­sow­nego i uznaję, że ko­niecz­nie po­trze­buję wię­cej al­ko­holu. Przez boczną ścianę klatki wi­dzę Tra­visa i ge­stem po­ka­zuję mu, że chcę drinka, a on po­ta­kuje. Na­dal tań­czę, kiedy wcho­dzi do klatki z mar­tini, które po­chła­niam jed­nym hau­stem.

- Cho­lera. Po­woli.

- Nie je­stem wy­star­cza­jąco pi­jana, żeby to ro­bić. Staje obok mnie.

- Prze­suń się - mówi z uśmie­chem. - Za­sła­niasz świa­tło re­flek­tora.

Chwyta mnie za bio­dra i od­wraca twa­rzą w stronę tłumu. Na­stęp­nie przy­ciąga mnie do sie­bie i ociera o mnie, aż brak mi tchu.

- My­śla­łam, że nie in­te­re­sują cię dziew­czyny - krzy­czę.

- Chciał­bym móc po­wie­dzieć, że ten drą­gal jest dla cie­bie, ale przed chwilą tań­czy­łem z Eva­nem.

Śmieję się i tań­czę z nim, aż oboje je­ste­śmy zgrzani i spo­ceni. Przy­wie­ram do niego bio­drami i za­rzu­cam mu ręce na szyję, pod­czas gdy on prze­suwa dło­nie w dół mo­jego ciała. Ob­raca mnie twa­rzą w swoją stronę i sztur­cha mnie bio­drami. Okej.

Śmieje się, wi­dząc moją minę.

- Prze­sa­dzi­łem? - szep­cze mi do ucha.

- Ni­gdy nie mia­łam tak dłu­giej gry wstęp­nej z żad­nym fa­ce­tem he­tero.

Znowu się śmieje i ca­łuje mnie w po­li­czek, po czym od­wraca mnie w stronę wi­downi.

- Wielka szkoda, kotku.

Kiedy spo­glą­dam w dół, Pana Sek­sow­nego już nie ma. Kurde.

Szu­kam go, prze­cze­suję wzro­kiem tłum, ale po pół­go­dzi­nie się pod­daję.

Scho­dzę po scho­dach na główny par­kiet. Ucho­dzi ze mnie po­wie­trze, gdy my­ślę o tym, że stra­ci­łam szansę na udany wie­czór. Ale kogo ja oszu­kuję? Na­wet gdy­bym po­roz­ma­wiała z tym fa­ce­tem, to oka­za­łoby się, że ma dziew­czynę. Albo dzie­sięć dziew­czyn. Jest zbyt przy­stojny, żeby był sam.

Za­uwa­żam lukę w tłu­mie tań­czą­cych i po­sta­na­wiam udać się do baru, by uto­pić roz­cza­ro­wa­nie w wódce.

Kiedy się od­wra­cam, wpa­dam pro­sto na Re­ida i Ash­ley.

Roz­dział 6

Jax

Od­kąd do­tar­łem do Ca­ges, od­kle­jam z ko­szuli na­klejki w kształ­cie serc. Wy­da­wa­łoby się, że spodoba mi się za­da­nie po­le­ga­jące na by­ciu ca­ło­wa­nym przez dziew­czyny, żeby za­słu­żyć na uro­dzi­nowy pre­zent. Nie ma nic lep­szego od week­endu na nar­tach w Su­gar­loaf w Ma­ine. Chło­paki wie­dzą, że uwiel­biam ten sport. Dzięki niemu nie mu­szę my­śleć o po­rą­ba­nej szkole. Ale po trze­ciej dziew­czy­nie mia­łem już dość. Ca­ło­wa­nie tylu la­sek przy­pra­wiło mnie o mdło­ści. Na­wet bez ję­zyczka. Nie po­winno tak być - nie­które z nich to świetne la­seczki - ale po kilku eks­cy­ta­cja znik­nęła.

Roz­glą­dam się po pul­su­ją­cym par­kie­cie i nie wi­dzę jesz­cze żad­nych na­szych przy­ja­ciół. Mam wra­że­nie, że Nick mnie opu­ścił dla tej wy­so­kiej dziew­czyny z brac­twa, którą spo­tka­li­śmy po dro­dze. Za­sta­na­wiam się, czy po­wi­nie­nem cze­kać na resztę na­szej grupy, czy może za­mó­wić tak­sówkę do domu, kiedy do­strze­gam pewną la­skę pa­trzącą na swoje na­gie ra­mię.

Ro­bię kilka kro­ków w jej stronę i za­uwa­żam ta­tuaż na jej ple­cach. Przed­sta­wia nie­bie­ską gwiazdę. Dziew­czyna od­wraca się, a ja obej­muję wzro­kiem całą jej syl­wetkę. Jest piękna, drob­nej bu­dowy, ma dłu­gie ciemne włosy, gładką ja­sną cerę i twarz pie­przo­nego anioła.

Serce wali mi w piersi. Na­prawdę wali. Cho­lera.

Jej ko­le­żanka ła­pie ją za cycki i obie wy­bu­chają śmie­chem.

Na­gle ob­rzuca mnie spoj­rze­niem i za­miera w bez­ru­chu. Na twa­rzy mam iro­niczny uśmiech. Nie kryję roz­ba­wie­nia fak­tem, że wi­dzia­łem, jak ją ob­ma­cy­wano na środku klubu.

Ob­raca się do mnie ty­łem i od­cho­dzi, za­nim zdążę do niej za­ga­dać. Hmm, tego się nie spo­dzie­wa­łem.

Pod­ska­kuję, gdy ktoś kle­pie mnie w plecy.

- Hej, go­ściu. Wy­cho­dzę z Tracy - mówi Nick, wska­zu­jąc dłu­go­nogą bru­netkę. - Dasz so­bie radę?

- Spoko. Za chwilę przyjdą po­zo­stali. - Zer­kam na jego la­skę. - Do­brej za­bawy.

Przy­ja­ciel unosi ką­cik ust w uśmie­chu.

- Nie cze­kaj na mnie, Ma­mu­siu. Wiesz, jak lu­bię la­ski z Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego.

Je­śli tylko bę­dzie trzy­mał łapy z dala od mo­jej sio­stry, niech robi, co chce.

- Pew­nie. Do zo­ba­cze­nia ju­tro.

Ru­szam w stronę baru, który stoi przy naj­dal­szej ścia­nie ogrom­nego po­miesz­cze­nia. Wy­pi­łem już kilka szo­tów i nie mam ochoty się dzi­siaj schlać, więc biorę piwo i opie­ram się o ko­lumnę, ob­ser­wu­jąc tłum i szu­ka­jąc dziew­czyny z ta­tu­ażem.

Za­uwa­żam ją kilka mi­nut póź­niej. Jest z przy­ja­ciółmi i zmie­rza w stronę pod­wyż­sze­nia, które znaj­duje się na­prze­ciw baru. Z su­fitu zwisa pięć kla­tek. Ta w środku jest pu­sta, a ładna dziew­czyna wspina się po scho­dach i wcho­dzi do niej, po czym za­czyna się ko­ły­sać.

Boże, jest osza­ła­mia­jąca.

Klatki są ską­pane w ja­snym świe­tle. Ona ma na so­bie coś, co wy­gląda, jakby było żyw­cem wy­jęte z bur­le­ski: pod­wiązki, krótką spód­nicę z tiulu i ob­ci­sły top, który pod­kre­śla jej naj­lep­sze atuty. Jest szczu­pła, lecz pier­sia­sta. Staje mi od sa­mego pa­trze­nia na nią. Do­my­ślam się, że wła­śnie o to cho­dzi.

Prze­cze­suje dło­nią swoje gę­ste włosy, które się­gają jej do po­łowy ple­ców. Wy­gląda jak pin-up girl, po­zuje i po­ru­sza się, jakby po­cho­dziła wprost z mę­skiej fan­ta­zji ero­tycz­nej. We wło­sach ma ko­lo­rowe pa­semka, ale z tej od­le­gło­ści nie wi­dzę, ja­kiego są ko­loru. W końcu otwiera oczy i mógł­bym przy­siąc, że pod zmy­sło­wym ma­ki­ja­żem na jej pięk­nej twa­rzy kryje się nie­win­ność. Coś w niej wy­daje mi się zna­jome, ale nie mogę so­bie przy­po­mnieć, gdzie ją wi­dzia­łem.

Nie­które z dziew­czyn na gó­rze wy­glą­dają głu­pio, lecz ona jest świetną tan­cerką i wie o tym, trzyma się krat i po­ru­sza do rytmu. Sto­jąc tu­taj i pa­trząc na każdy jej ruch, czuję się jak stal­ker.

Mu­zyka cich­nie, po­zo­staje tylko rytm wy­bi­jany przez per­ku­sję. Wła­śnie wtedy mnie za­uważa. Naj­pierw od­wraca wzrok. Czy jest nie­śmiała? Po chwili znowu na mnie zerka i pusz­cza do mnie oko, a na­stęp­nie ob­raca się i kręci bio­drami. Okej, ciek­nie mi ślinka.

Kiedy do jej klatki wcho­dzi wy­soki chło­pak i przy­ciąga ją do sie­bie, przez chwilę mar­twię się, że są ze sobą, ale wy­daje mi się, że dzie­sięć mi­nut temu wi­dzia­łem go, jak kleił się do ja­kie­goś fa­ceta.

Ale to oczy­wi­ste, że są ze sobą bli­sko. Po­ru­szają się tak, jakby od dawna byli part­ne­rami, a jej nie prze­szka­dza, że chło­pak kła­dzie ręce na jej ciele. Ja pier­dolę, niech on bę­dzie ge­jem.

Przy­cho­dzi kilku mo­ich kum­pli, przez chwilę z nimi roz­ma­wiam, ale cały czas zer­kam na jej klatkę.

W końcu robi so­bie prze­rwę i wraca na par­kiet. Zmniej­szam dzie­lący nas dy­stans, gdy pod­cho­dzi do niej ja­kaś para. Ona robi minę wy­ra­ża­jącą coś po­mię­dzy urazą a nie­sma­kiem.

Nie na­my­śla­jąc się ani chwili, staję obok niej i obej­muję ją w pa­sie. Ona aż pod­ska­kuje, ale kiedy za­uważa, że to ja, uśmie­cha się.

- Ach, tu­taj je­steś - mówi, jakby znała mnie od za­wsze.

A po­tem robi coś nie­sa­mo­wi­tego. Pod­nosi rękę, gła­dzi moją twarz, wplata palce w moje włosy i przy­ciąga mnie do sie­bie. Gdy jej usta do­ty­kają mo­ich, wy­daje mi się, że umar­łem i tra­fi­łem do nieba. Są mięk­kie, a kiedy od­suwa się se­kundę póź­niej, mam na ustach smak ja­błek.

- Cześć, ko­cha­nie - mó­wię tak gło­śno, by usły­szeli mnie jej zna­jomi.

Aż błysz­czą jej oczy. Wi­docz­nie po­doba jej się ta gierka. Ob­li­zuje usta, jakby pró­bo­wała po­znać mój smak, po czym obej­muje mnie w pa­sie i od­wraca się do fa­ceta i jego blon­dyny.

Prze­krzy­wia głowę i po­syła im uśmiech.

- Reid, nie mam nic do po­wie­dze­nia to­bie i Ash­ley. Nie mam tego na­szyj­nika. Już ci mó­wi­łam. - Mówi bar­dzo gło­śno, żeby prze­krzy­czeć mu­zykę.

- Da­nielle, by­łaś w moim po­koju, gdy ostatni raz go wi­dzia­łam - skrze­czy Ash­ley.

Ma na imię Da­nielle.

- To, że nie pa­mię­tasz, co z nim zro­bi­łaś, nie ozna­cza, że mo­żesz mnie ob­wi­niać.

- By­łaś wku­rzona, że dał go mnie, a nie to­bie. - Jad w gło­sie Ash­ley i spo­sób, w jaki pa­trzy na swoje sztuczne pa­znok­cie i pry­cha, kwa­li­fi­kują ją do miana suki.

Da­nielle wzru­sza ra­mio­nami, wspiera się na mnie, a ja za­rzu­cam rękę na jej ra­mię. Jej drobne ciało ide­al­nie wpa­so­wuje się w moje.

- Ash­ley, chyba za­po­mnia­łaś, że Reid i ja już wtedy ze sobą nie cho­dzi­li­śmy, a ty wsko­czy­łaś mu do jesz­cze cie­płego łóżka. Poza tym uwa­żam, że twój mały móż­dżek i jego krótki fiu­tek czy­nią z was do­braną parę.

Par­skam śmie­chem. Da­nielle pod­nosi na mnie wzrok i po­syła mi uśmiech. Nie mogę się po­wstrzy­mać. Po­chy­lam się i po­now­nie ją ca­łuję.

Roz­dział 7

Dani

Reid i Ash­ley od­cho­dzą, a ja za­tra­cam się w po­ca­łunku. Sto­imy w miej­scu, lu­dzie nas po­trą­cają, ki­wa­jąc się w rytm mu­zyki. Lgnę do niego jak fala roz­bi­ja­jąca się na plaży.

Nie wiem, co mnie opę­tało, żeby ni z tego, ni z owego go po­ca­ło­wać i uda­wać, że je­ste­śmy ra­zem. Być może winę po­nosi jabł­kowe mar­tini. Po pro­stu nie mo­głam znieść ko­lej­nego spo­tka­nia z Re­idem, pod­czas któ­rego ją­ka­ła­bym się jak ja­kiś ma­toł. Czy mi się wy­daje, czy wła­śnie opier­dzie­li­łam swo­jego by­łego? Trudno się my­śli, bę­dąc wtu­loną w tę wspa­niałą istotę. Prze­su­wam dło­nie po jego smu­kłym ciele, wbi­jam opuszki pal­ców w twarde mię­śnie jego klatki pier­sio­wej. Świet­nie pre­zen­tuje się w ubra­niu, lecz na myśl o tym, jak wy­gląda bez niego, moje ciało wy­gina się z roz­ko­szy. Sta­ram się wy­pa­lić w pa­mięci uczu­cie, które mnie prze­peł­nia, gdy go do­ty­kam.

Kiedy w końcu prze­ry­wamy po­ca­łu­nek, żeby za­czerp­nąć po­wie­trza, przy­glą­damy się so­bie przez chwilę. A po­tem wy­bu­chamy śmie­chem.

- Niech to szlag. - Kładę dłoń na ustach, po­nie­waż ogar­nia mnie za­wsty­dze­nie, że przez ostat­nie pięć mi­nut pró­bo­wa­łam go po­łknąć. - Cześć.

- Cześć. - Uśmie­cha się.

Nie sły­szę go za do­brze, ra­czej czy­tam z ru­chu jego ust, które mogę te­raz po­dzi­wiać, skoro już ode­ssa­łam się od niego.

Prze­krzy­wia głowę, jakby du­mał nad czymś, może nad tym, że przez ostat­nie kilka mi­nut ję­zy­kiem ba­dał mig­dałki ja­kiejś sza­lo­nej dziew­czyny, któ­rej na­wet nie zna.

W tej chwili mój świat spo­wal­nia i uświa­da­miam so­bie, kim jest.

Ja­sny gwint. To ten sek­sowny fa­cet z piz­ze­rii.

Jax.

By­łam pod­nie­cona, za­nim go roz­po­zna­łam, lecz te­raz tempo bi­cia mo­jego serca jest szyb­sze niż rytm mu­zyki.

Szcze­rze mó­wiąc, nie mam po­ję­cia, jak roz­ma­wiać z tak oszo­ła­mia­ją­cym fa­ce­tem. Nie je­stem flir­ciarą i nie uwa­żam się za szcze­gól­nie elo­kwentną.

Co, do cho­lery, po­wie­dzia­łaby te­raz Margo? Coś za­baw­nego. Poza tym wy­glą­da­łaby sek­sow­nie.

Wy­py­cham do przodu bio­dro i prze­krzy­wiam głowę, żeby włosy spły­wały mi po ra­mie­niu. Pró­buję wy­glą­dać po­nęt­nie i mam na­dzieję, że nie ro­bię z sie­bie idiotki.

Za­czy­nam mó­wić, ale mu­zyka jest za gło­śna, więc Jax po­chyla głowę.

- Skąd wie­dzia­łeś, że trzeba mnie było ra­to­wać przed moim by­łym? Je­steś ry­ce­rzem w lśnią­cej zbroi, który ra­tuje dziew­czyny przed dup­kami ta­kimi jak Reid?

Ni­gdy nie mó­wi­łam ta­kich bzdur, ale je­stem pod­pita. Z jego strony spo­dzie­wam się uśmie­chu i roz­ta­cza­nia uroku, któ­rego ma w nad­mia­rze. Za­miast tego marsz­czy brwi.

- Chyba mu­szę cię ostrzec. - Kciu­kiem gła­dzi mój po­li­czek. - Nie je­stem ry­ce­rzem. Ra­czej wiel­kim, złym wil­kiem. - Od­wraca na chwilę wzrok. - Może po­win­naś ucie­kać, póki masz oka­zję.

Przy­glą­dam mu się, żeby spraw­dzić, czy to tak na po­waż­nie, i aż ści­ska mnie w żo­łądku, po­nie­waż mówi se­rio.

Pró­bu­jąc od­zy­skać nieco od­wagi, ścią­gam ra­miona do tyłu. Wy­ko­rzy­stuję chwilę, by przyj­rzeć mu się z bli­ska, mie­rzę go wzro­kiem z dołu do góry. Kiedy na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają, idę na ca­łość.

- Może szu­kam wilka. - Prze­ły­kam ślinę wraz z falą nie­pew­no­ści, która spra­wia, że prze­wra­cają mi się flaki. - I może po­tra­fię ob­cho­dzić się ze złymi.

Robi wiel­kie oczy, aż za­sta­na­wiam się, czy po­wie­dzia­łam coś nie tak.

- O, kurwa - mówi i wpija się w moje usta.

Jego ję­zyk do­tyka mo­jego, a mnie ogar­nia żar. Obej­muję go za szyję i ca­łuję, jakby był ostat­nim fa­ce­tem, któ­rego będę do­ty­kać w ży­ciu. Jest wy­soki, więc gdy jego bio­dra do­ty­kają mo­jego brzu­cha, mam pierw­szą moż­li­wość oceny jego za­in­te­re­so­wa­nia moją osobą. O, tak!

Ktoś nas po­trąca, więc od­ska­ku­jemy od sie­bie i roz­glą­damy się wo­kół. Na par­kie­cie jest cia­sno. Nie wiem, gdzie są moi przy­ja­ciele i czy do­tarły już moje współ­lo­ka­torki. Je­dyne, co wiem, to to, że mu­szę być sama z Ja­xem. Na­tych­miast.

Za­uwa­żam wuja Tra­visa za­my­ka­ją­cego drzwi do gar­de­roby dla ar­ty­stów, w któ­rej zwy­kle urzę­dują DJ-e przed swoim wy­stę­pem. Kiedy po­ja­wia się z po­wro­tem za ba­rem, spla­tam palce z Ja­xem.

- Pój­dziesz ze mną? Uśmie­cha się za­lot­nie.

- Gdzie ze­chcesz.

Na mo­jej twa­rzy rów­nież po­ja­wia się uśmiech. Od­wra­cam się i cią­gnę go za sobą przez tłum, kie­ru­jąc się w stronę ciem­nego ko­ry­ta­rza.

Pro­szę, niech tam bę­dzie pu­sto.

Gdy otwie­ram drzwi, je­dy­nym źró­dłem świa­tła są sto­jące w ką­cie lampy lawy. Po­kój jest mały, ume­blo­wany skó­rzaną sofą w stylu lat sześć­dzie­sią­tych, ławą, kil­koma sza­fhami na ubra­nia, gdzie bar­mani trzy­mają swoje rze­czy.

Wcią­gam Jaxa do środka w na­dziei, że pra­gnie tego tak samo jak ja. Kop­nia­kiem za­myka za sobą drzwi, bie­rze mnie w ra­miona, a ja par­skam śmie­chem. Tak, też tego chce.

Moje nogi in­stynk­tow­nie obej­mują go w pa­sie, krzy­żuję je w kost­kach za jego ple­cami.

- Za­mknij drzwi na klucz - in­stru­uję go, bo nie chcę się mar­twić tym, że ktoś nas na­kryje. Od­wraca się i prze­kręca me­ta­lowy za­mek.

Jego usta na­tych­miast wra­cają do mo­ich. Ca­łu­jemy się sza­leń­czo, sta­ra­jąc się zbli­żyć do sie­bie jesz­cze bar­dziej. Ję­czy, gdy wsy­sam jego ję­zyk. Wtem po­wie­trze wo­kół mnie za­czyna się po­ru­szać i ze śmie­chem pa­damy na sofę. Jax ca­łuje mnie w szyję, a ja cie­szę się, że nie wi­dzi mo­jej twa­rzy, po­nie­waż uśmie­cham się jak wa­riatka.

Szcze­rze mó­wiąc, nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio tak do­brze się ba­wi­łam. Po raz pierw­szy od bar­dzo dłu­giego czasu czuję, że żyję, każda ko­mórka mo­jego ciała jest po­bu­dzona.

Jax od­suwa się, klęka i pa­trzy na mnie. Uświa­da­miam so­bie, że spód­nica za­darła mi się do góry, od­sła­nia­jąc pod­wiązki i czarne szorty. Wszystko się za­trzy­muje, gdy za­sta­na­wiam się, co da­lej. Ni­gdy wcze­śniej nie by­łam w ta­kiej sy­tu­acji - nie upra­wia­łam seksu z nie­zna­jo­mym.

Chcę się od­su­nąć i wy­co­fać, po­nie­waż co­raz bar­dziej się boję, ale po­tem przy­po­mi­nam so­bie Re­ida, który miał być moją ostoją, bez­pieczną przy­sta­nią i wszyst­kim, czego po­trze­bo­wa­łam. Je­dyne, co dał mi ten zwią­zek, to zwąt­pie­nie.

Jax prze­rywa moje my­śli.

- Ja nie mogę, je­steś taka piękna. - Już się nie uśmie­cha, a jego mina spra­wia, że moje ciało de­spe­racko pra­gnie, żeby za­czął je do­ty­kać. - Przez cały wie­czór nie mo­głem ode­rwać od cie­bie oczu. Mu­zyka prze­nika przez ściany, mam wra­że­nie, że znaj­du­jemy się w przy­tul­nej ja­skini, a jego słowa brzmią, jak­bym je so­bie wy­śniła.

Chcę mu po­wie­dzieć, że tak samo my­ślę o nim, że wy­gląda jak olśnie­wa­jący, mi­tyczny bóg, ale te słowa wy­dają mi się nie­do­rzeczne. Wiem je­dy­nie, że chcę po­czuć jego ciało na moim. - Je­steś za da­leko. Dla­czego masz na so­bie tyle ubrań? - Cią­gnę za jego ko­szulę, on ją zdej­muje i uśmie­cha się do mnie. Ja pier­dzielę. Wy­gląda jak wy­rzeź­biony. Wie­dzia­łam, że jest mu­sku­larny, ale te­raz wi­dzę każdy cen­ty­metr sze­ścio­paku na jego brzu­chu oprócz tej czę­ści ukry­tej w dżin­sach. Przy­glą­dam się, pró­bu­jąc na­sy­cić się tym sma­ko­wi­tym wi­do­kiem.

- Twoja ko­lej, ko­cha­nie - mówi ze śmie­chem. Po­syła mi wil­czy uśmiech i za­dziera do góry mój top, od­sła­nia­jąc sek­sowny, ró­żowy, ko­ron­kowy sta­nik.

Leżę na ple­cach i roz­ko­szuję się tym, że umo­ścił się po­mię­dzy mo­imi udami. Się­gam do za­pię­cia sta­nika. Biorę głę­boki od­dech dla od­wagi i roz­pi­nam go. Ża­den fa­cet, z któ­rym by­łam, nie wi­dział mnie ta­kiej. Nie je­stem pewna, jak dam so­bie radę, ale przy­glą­dam się jego twa­rzy i od­su­wam tka­ninę z ciała. Jest tu bar­dzo zimno. Gdy do­ciera do mnie po­dmuch chłod­nego po­wie­trza, po­krywa mnie gę­sia skórka.

Jego mina jest bez­cenna.

- Kurwa. - Na chwilę za­myka oczy, a kiedy znowu je otwiera, w jego roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach do­strze­gam po­żą­da­nie. - Prze­kłu­łaś so­bie sutki?

Nie­po­trzeb­nie za­daje to py­ta­nie, po­nie­waż jego dło­nie już mnie do­ty­kają, jakby chciał się upew­nić. Moje sutki na­dal są tro­chę obo­lałe, ale gdy mnie pie­ści, czuję wzbie­ra­jące pod­nie­ce­nie.

- Co za dia­bel­ski anio­łek - szep­cze i po­chyla się nade mną.

- Mu­szę ustami zba­dać każdy cen­ty­metr two­jego ciała.

Tak, zrób to! Nie prze­sta­waj!

Ję­czę, kiedy jego ciało przy­lega do mo­jego. Czuję po­mię­dzy no­gami jego wzwód, na­ci­ska w tym miej­scu, gdzie naj­bar­dziej go pra­gnę. Gdy jego pierś ociera się o moją, aż wy­wra­cam oczami z roz­ko­szy. Do­bry Boże, niech żyją prze­kłute sutki.

Za­czyna opusz­czać się ni­żej, cały czas ca­łuje i ssie moje ciało. Kiedy omiata moje sutki go­rą­cym ję­zy­kiem, ję­czę i wplą­tuję palce w jego po­tar­gane, gę­ste włosy. Zę­bami lekko cią­gnie kółko, a mnie aż brak tchu.

- Ko­cha­nie, je­steś taka na­miętna - mru­czy Jax. Prze­nosi się na moją drugą pierś, lecz jego palce wciąż ba­wią się kol­czy­kiem, a ja mam wra­że­nie, że za­raz dojdę, w tej chwili, bez żad­nej do­dat­ko­wej sty­mu­la­cji, co by­łoby ma­łym cu­dem.

Jego głowa za­czyna zni­kać po­mię­dzy mo­imi udami, ale prze­rywa i pa­trzy na mnie py­ta­jąco. Py­ta­nie wisi w po­wie­trzu mię­dzy nami. Bez słowa, jed­nym po­tak­nię­ciem wy­ra­żam zgodę.

Zsuwa moje majtki z bio­der, jego palce ba­dają skórę.

Ję­czy, a ja spo­glą­dam na niego. Uśmiech na jego twa­rzy aż za­piera mi dech w pier­siach.

- Je­steś za­je­bi­ście per­fek­cyjna.

Śmieję się, gdy do­ciera do mnie, że przy­pa­dła mu do gu­stu de­pi­la­cja bra­zy­lij­ska.

- Po­doba ci się?

- Nie masz po­ję­cia, jak bar­dzo. - Po­chyla głowę, ale cały czas pa­trzymy so­bie w oczy. Za­czy­nam od­wra­cać wzrok, na co on moc­niej ści­ska moje uda. - Nie, patrz.

Po­syła mi uśmiech i za­sta­na­wiam się, dla­czego na­zwał mnie dia­bel­ską, skoro to on chce ode­grać główną rolę.

Kiedy jego ję­zyk za­nu­rza się we mnie, wstrzy­muję od­dech i za­ci­skam palce na so­fie. Jego go­rące usta na mo­jej wraż­li­wej, na­giej skó­rze spra­wiają, że wiję się z roz­ko­szy. Gdy pa­trzę, jak jego wargi wpi­jają się w moje ciało, uświa­da­miam so­bie, jaka je­stem mo­kra, lecz wy­daje mi się, że jemu to nie prze­szka­dza.

Jax po­ciera no­sem o splot wraż­li­wych ner­wów, a ja drżę i za­sta­na­wiam się, jak długo wy­trzy­mam. Kła­dzie dłoń po­mię­dzy mo­imi no­gami i wsuwa we mnie pa­lec. Czuję, że wszyst­kie moje mię­śnie się kur­czą, ro­śnie moje pod­nie­ce­nie. Wy­star­cza jego je­den ruch ję­zy­kiem, bym roz­pa­dła się na ka­wałki. Pod po­wie­kami po­ja­wia się błysk świa­tła i aż uno­szę się do góry.

Je­stem na or­bi­cie, wbi­jam palce w jego włosy. Moja pierś ciężko się unosi, a on peł­znie w górę mo­jego ciała.

Otwie­ram oczy, Jax spo­gląda na mnie z uśmie­chem.

- Było wspa­niale. - Chi­cho­czę i dzi­wię się so­bie, że po­wie­dzia­łam to na głos.

- Prawda. - Ob­li­zuje usta, a ja ru­mie­nię się na myśl, że ma na nich mój smak. Pró­buję ode­pchnąć od sie­bie tę myśl i sku­pić się, po­nie­waż te­raz chcia­ła­bym, żeby to on eks­plo­do­wał.

- Twoja ko­lej. - Za­czy­nam się pod­no­sić, ale on kła­dzie dłoń na moim ra­mie­niu.

Kręci głową i na chwilę za­myka oczy. Kiedy po­now­nie je otwiera, za­uwa­żam, że spo­waż­niał, co mnie mocno za­ska­kuje.

- Nie... nie mu­sisz ro­bić ni­czego, na co nie masz ochoty.

- A kto mówi, że nie mam ochoty? - Śmieję się. Chwy­tam go za pa­sek spodni i przy­cią­gam do sie­bie. Sia­dam i obej­muję go udami, sty­kamy się no­sami. - Może po­wiesz mi, czego chcesz?

De­li­kat­nie od­gar­nia włosy z mo­jej twa­rzy, jego czu­łość spra­wia, że się roz­pły­wam. Obej­muje mnie w pa­sie, przy­ciąga do sie­bie, wtula się w moją szyję i wdy­cha mój za­pach.

- Chcę zna­leźć się w to­bie - mówi prze­pra­sza­ją­cym to­nem.

Mam chęć za­py­tać, dla­czego się waha, ale od­pusz­czam.

Gryzę go w ra­mię.

- Nie ma­rzę o ni­czym in­nym.

Roz­dział 8

Jax

Niech to szlag, nie wiem, co mi jest, ale nie mogę tego zro­bić. Chcę się z nią pie­przyć. Boże, na­prawdę tego chcę, ale jest tak piękna, że wy­daje mi się, iż je­śli to zro­bię, to ją spla­mię. Nie jest dziew­czyną, którą chciał­bym wy­ko­rzy­stać i po­rzu­cić po jed­nej nocy, a je­śli to zro­bimy, nie bę­dzie nic oprócz seksu w ciem­nym klu­bie.

Cho­lera. Za­cho­wuję się jak tchórz.

Ni­gdy, prze­nigdy nie od­mó­wi­łem seksu, ale wiem, jak trak­tuję ko­biety, i nie chcę jej tego zro­bić. Ona na­wet nie zna mo­jego imie­nia.

Ko­cha­nie, na­prawdę nie mu­simy tego ro­bić - mó­wię przy jej ustach, nie mo­gąc się od niej od­kleić.

Pró­buję wy­my­ślić ja­kiś spo­sób, żeby za­trzy­mać to, co za­czę­li­śmy, kiedy ktoś puka do drzwi.

Da­nielle od­ska­kuje, gdy sły­szymy czyjś krzyk: - Otwie­raj­cie. Mu­szę za­brać swoje rze­czy.

Da­nielle ze­ska­kuje ze mnie i biega wo­kół sofy, zbie­ra­jąc swoje ubra­nia. Ma po­tar­gane włosy, a ja mogę co naj­wy­żej sie­dzieć i pa­trzeć na nią. Jej blada skóra aż pro­mie­nieje na tle ciem­nych ubrań.

- Po­cze­kaj chwilę - woła i rzuca we mnie moją ko­szulą. Wi­dzi moją minę i za­styga w pół ru­chu. - Wszystko w po­rządku?

Od­chrzą­kuję i po­ta­kuję. Wstaję, by za­cząć się ubie­rać.

Gdy jest go­towa, od­wraca się, żeby spraw­dzić, czy za­ło­ży­łem ko­szulę, po czym otwiera drzwi. Blon­dynka po dru­giej ich stro­nie jest wku­rzona. To chyba jedna z bar­ma­nek.

- Prze­pra­szam - mówi Da­nielle i wy­gląda na na­prawdę skru­szoną.

- Kurwa, naj­wyż­szy czas. - Dziew­czyna po­woli mie­rzy mnie wzro­kiem. Uśmie­cha się ku­si­ciel­sko, nie przej­mu­jąc się tym, że zna­la­złem się tu­taj z kimś in­nym, i nie dba­jąc o to, że Da­nielle wi­dzi, jak ze mną flir­tuje. Ko­bieta zdej­muje czarny far­tu­szek, jakby ro­biła strip­tiz, a ja za­uwa­żam, że Da­nielle się spina.

Pod­cho­dzę do mo­jego aniołka, obej­muję ją ra­mie­niem i ca­łuję w czoło.

- Prze­pra­szamy. Moją dziew­czynę i mnie nieco po­nio­sło. Blon­dynka wy­wraca oczami, ale uśmiech na twa­rzy Da­nielle aż roz­sa­dza moją pierś.

To sza­lone, że tak się czuję, po­nie­waż nic o niej nie wiem oprócz tego, że che­mia mię­dzy nami ma moc wul­kanu. Chciał­bym ją po­znać, na co po­trze­buję wię­cej czasu.

Tak, sta­now­czo pra­gnę mieć ją na dłu­żej niż jedną noc.

***

W tej chwili moim naj­więk­szym pro­ble­mem jest na­brzmiały pe­nis. Po­woli idziemy przez ciemny ko­ry­tarz, a ja z ca­łych sił sta­ram się my­śleć o czymś, co sprawi, że mi opad­nie, za­nim do­trzemy do baru.

Wresz­cie mam: Will Fer­rell. Le­piej.

W chwili, gdy do­cho­dzimy do par­kietu, Da­nielle pusz­cza moją dłoń.

- Mu­szę le­cieć do ła­zienki. Mo­żemy się spo­tkać w ba­rze za dzie­sięć mi­nut? - Brak jej pew­no­ści sie­bie. Jest tyle rze­czy, które chciał­bym jej po­wie­dzieć, ale mu­zyka jest ogłu­sza­jąca.

Po­ta­kuję. Wiem, że po­wi­nie­nem ją po­ca­ło­wać. Po­krze­pić ją. Musi są­dzić, że je­stem ku­ta­sem. Więk­szość dziew­czyn tak my­śli po pie­prze­niu. Nie­które chcą wię­cej. Nie ma ta­kich, które pla­so­wa­łyby się gdzieś po­środku oprócz Na­ta­shy, ale stała dieta zło­żona z niej przy­po­mina je­dze­nie cu­kier­ków na każdy po­si­łek. Mam już po­pro­sić Da­nielle o nu­mer te­le­fonu na wy­pa­dek, gdyby coś nas roz­dzie­liło, lecz ona od­wraca się i prze­dziera przez tłum. Kiedy wróci, umó­wimy się na ko­la­cję ju­tro wie­czo­rem. Chcę się do­wie­dzieć o niej cze­goś wię­cej.

Pa­trzę, jak znika w ciem­no­ści. Nie umyka mi fakt, że cały wie­czór mó­wi­łem na nią "ko­cha­nie". Zwra­ca­łem się tak tylko do jed­nej dziew­czyny.

- Jax! - Od­wra­cam się i wi­dzę Jennę, współ­lo­ka­torkę mo­jej sio­stry. - Gdzie się, do cho­lery, po­dzie­wa­łeś?

Jest pi­jana. Jest za­bawna, na­wet gdy jest trzeźwa, ale kiedy się upije, moi ko­le­dzy szczają po ga­ciach. Jej chło­pak Ryan pod­cho­dzi do niej i obej­muje ją ra­mie­niem. Gdy­bym cho­dził z Jenną, też bym chciał, by cały świat o tym wie­dział. Jest olśnie­wa­jąca. Ale niech was nie zwiodą blond włosy i sek­sowne ciało. Jest cho­ler­nie in­te­li­gentna.

- Dzięki za im­prezę - mó­wię do jej chło­paka.

Przez dom Ry­ana prze­to­czyły się ta­buny lu­dzi, za­nim przy­szli­śmy do klubu.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Wpad­nij w so­botę. Bę­dziemy oglą­dać mecz No­tre Dame, a dziew­czyny przy­go­tują nam lunch.

- Brzmi su­per. Będę.

Ryan jest wo­ka­li­stą w ze­spole al­ter­na­tyw­nym. Nie po­tra­fię za­pa­mię­tać na­zwy ich grupy, ale raz ich sły­sza­łem. Są na­prawdę nie­źli. Pod ko­niec kon­certu dziew­czyny rzu­cały na scenę ele­menty swo­jej gar­de­roby.

On i Jenna są ze sobą od dłuż­szego czasu. Co naj­mniej kilka lat. Ni­gdy wcze­śniej nie ro­zu­mia­łem, jak to moż­liwe, że po wy­stę­pie usta­wiają się do niego ko­lejki la­sek, a on za­wsze wraca do domu ze swoją dziew­czyną. Za­słu­guje na ja­kiś me­dal za od­da­nie. Te­raz i ja za­czy­nam tę­sk­nić za czymś wię­cej. Bez wąt­pie­nia to oznaka zbli­ża­ją­cej się apo­ka­lipsy.

W kie­szeni wi­bruje mi te­le­fon, wyj­muję go i od­czy­tuję wia­do­mość od Han­nah.

Po­trze­buję po­mocy! Za­trza­snęły mi się drzwi. W środku zo­stała Chloe. Mam gar­nek na ga­zie. Gdzie je­steś? Chyba zwa­riuję. Cho­lera. Han­nah jest świetną matką, ale cza­sami za­cho­wuje się jak świ­ru­ska. Chloe za­pewne śpi, ale nie wy­gląda to do­brze.

Bom­bar­duje mnie ese­me­sami: Nie mogę zła­pać za­rządcy bu­dynku.

A je­śli gar­nek za­cznie się pa­lić? Oj­ciec Chloe wy­je­chał z mia­sta. Co mam ro­bić?

Niech to szlag, Han­nah. Przez cały ty­dzień kłó­ciła się z mę­żem, a on wy­jeż­dża so­bie wła­śnie wtedy, gdy dzieje się coś ta­kiego. - Mu­szę le­cieć, ko­leś - mó­wię do Ry­ana. - Do zo­ba­cze­nia

w na­stępny week­end. - Kle­pię go w ra­mię na po­że­gna­nie i ru­szam w stronę wyj­ścia.

Mój te­le­fon znowu się roz­świe­tla. Sły­szę jej płacz. Boi się ciem­no­ści.

Osz, kurwa.

Od­pi­suję: Je­stem w dro­dze. Będę za pięt­na­ście mi­nut. Cho­ciaż mam do­bre dwa­dzie­ścia pięć mi­nut do domu.

Kiedy wy­cho­dzę na ulicę, za­mie­rzam za­trzy­mać tak­sówkę, lecz na­gle pod klub pod­jeż­dża czer­wony mu­stang. Na­ta­sha. Po­wie­dzia­łem jej, żeby przy­je­chała, je­śli bę­dzie w oko­licy. - Mu­szę je­chać do domu. To na­gły wy­pa­dek. - Wska­kuję do

jej auta. Nie mu­szę nic wy­ja­śniać. Sa­mo­chód ru­sza z pi­skiem opon. Na­ta­sha wci­ska klak­son, lu­dzie roz­pierz­chają się na boki.

I wtedy przy­po­mi­nam so­bie Da­nielle. Kurwa!

Roz­dział 9

Dani

Pół go­dziny temu prze­ży­łam z Ja­xem naj­bar­dziej in­ten­sywne do­zna­nie sek­su­alne w ży­ciu, a te­raz już go tu nie ma. Przy ba­rze wi­dzę kil­koro przy­ja­ciół i moje współ­lo­ka­torki, ale jego nie ma wśród nich. Prze­szu­kuję wzro­kiem tłum, jakby od tego za­le­żało moje ży­cie, ale bez­sku­tecz­nie, ni­g­dzie go nie wi­dzę. Wal­czę z na­pły­wa­ją­cymi łzami.

To głu­pie. Wiem, że to był tylko seks. Cho­lera, na­wet nie za­py­tał, jak mam na imię. Dla­czego je­stem tak durna, że wy­daje mi się, iż chciałby cze­goś wię­cej od dziew­czyny, która roz­ło­żyła przed nim nogi, za­nim się przed­sta­wiła? Za­pewne są­dzi, że je­stem pusz­czal­ska i daję dupy w każdy week­end.

Chwila. Pró­bo­wał mnie po­wstrzy­mać, gdy chcia­łam pójść na ca­łość. Może aż tak bar­dzo mu się nie po­do­ba­łam. Jaka że­nada. Boże, czuję się jak nie­udacz­nik.

Znaj­duję Tra­visa, który roz­gląda się, jakby cze­goś szu­kał. - Do­kąd po­szedł?

Wzru­szam ra­mio­nami i przy­gry­zam po­liczki, żeby po­wstrzy­mać łzy. Tra­vis spusz­cza głowę i uważ­nie przy­gląda się mo­jej twa­rzy. Chyba jest wku­rzony.

- Skrzyw­dził cię?

- Nie! Oczy­wi­ście, że nie. Był fan­ta­styczny. Do­szłam w tem­pie hu­ra­ganu.

Tra­vis śmieje się tak gło­śno, że lu­dzie wo­kół nas od­wra­cają się, by na nas spoj­rzeć.

- Do­brze. - Tak prze­ciąga gło­ski, jakby to słowo li­czyło z pięć sy­lab. - Więc dla­czego wy­glą­dasz tak, jakby ktoś na­szczał ci do ta­le­rza?

- Mo­żemy już iść? Wy­ja­śnię ci, gdy stąd wyj­dziemy.

Robi smutną minę, jakby nie chciał mi ustą­pić, a ja po­ka­zuję mu środ­kowy pa­lec, czym go roz­śmie­szam. Za­rzuca mi rękę na ra­miona, puka mnie pię­ścią w głowę i wy­ciąga na ulicę. Nie wy­glą­dam naj­le­piej, więc uznaje, że je­dy­nym spo­so­bem na zła­go­dze­nie mo­ich ner­wów jest roz­mowa przy na­le­śni­kach. Za­trzy­mu­jemy się w ka­fejce I-Hop na rogu i do­piero wtedy, gdy sia­damy w bok­sie, za­le­wam go po­to­kiem słów.

Koń­czę, a Tra­vis unosi brwi.

- Wy­ja­śnij mi coś. Pró­bo­wał od­wieść cię od pój­ścia na ca­łość? Je­stem zdru­zgo­tana, ale od­po­wia­dam na jego py­ta­nie: - Tak.

- Ale po­tem, kiedy przy­szła ta dziew­czyna, za­cho­wy­wał się, jak­by­ście byli ze sobą?

- Tak mi się wy­daje.

- A ty krzy­cza­łaś pod­czas or­ga­zmu? Ro­bię się czer­wona, a ra­czej pur­pu­rowa.

- Tak.

Tra­vis uśmie­cha się od ucha do ucha i prze­cze­suje pal­cami włosy.

- Cho­lera, dziew­czyno. Wy­daje mi się, że on cię lubi. Pry­cham, bo nie wie­rzę wła­snym uszom.

- Nie usły­sza­łeś, że na­wet nie spy­tał mnie, jak mam na imię, nie po­pro­sił o nu­mer te­le­fonu i uciekł, jakby się pa­liło, gdy tylko skoń­czy­li­śmy?

- To jest bar­dzo dziwne. - Tra­vis marsz­czy czoło.

- Nie ina­czej.

Upija łyk wody ze swo­jej szklanki, a po­tem roz­ma­zuje pal­cem skro­ploną parę.

- No do­brze, może nie jest to coś, co chcia­ła­byś usły­szeć, lecz głów­nym ce­lem tej nie­grzecz­nej za­bawy w jed­no­ra­zowy nu­me­rek było to, byś prze­stała my­śleć o Re­idzie. Udało się?

Od­po­wiedź na to py­ta­nie jest pro­sta.

- Ja­kim Re­idzie?

Śmieje się i upija ko­lejny łyk. Kręcę głową.

- Pro­blem z nim po­le­gał na tym, że nie zna­la­złby mo­jej łech­taczki, na­wet gdy­bym przy­cze­piła do niej neon i pęk ba­lo­nów.

Tra­vis par­ska wodą, aż mu­szę po­kle­pać go po ple­cach, żeby się nie za­krztu­sił.

Kiedy przy­no­szą je­dze­nie, przy­ja­ciel jest już ura­to­wany, więc w ci­szy za­ja­damy się na­szymi na­le­śni­kami. Po­tem on płaci ra­chu­nek. Na­wet nie pró­buję od­da­wać mu pie­nię­dzy. I tak, gdy nie będę wi­działa, włoży je z po­wro­tem do mo­jej to­a­letki, port­mo­netki czy sza­fhi.

Sztur­cha mnie łok­ciem.

- Chcesz po­je­chać do mnie?

- Nie będę ci prze­szka­dzać? - Głu­pio mi wra­cać do mo­jego po­koju po tym, jak po­wie­dzia­łam Jen­nie, że spo­tkamy się wie­czo­rem. Na­wet nie pró­bo­wa­łam jej zna­leźć. Wiem, że marna ze mnie współ­lo­ka­torka.

- Ja­sne, że nie. Po­zwolę ci na­wet spać ze mną na ły­żeczkę, a sama wiesz, że tego nie­na­wi­dzę.

- Dzięki. - Śmieję się z niego. - Je­steś moim mi­siacz­kiem.

Co bym bez cie­bie zro­biła?

Przy­ciąga mnie do sie­bie i sty­kamy się czo­łami.

- Wiem, że było ciężko, kotku, ale za ty­dzień doj­dziesz do sie­bie. Patrz na po­zy­tywy. Wspa­niale roz­pra­wi­łaś się z Re­idem i jego suką. Do­ko­na­łaś waż­nego prze­łomu, przy­jem­nie się ro­ze­rwa­łaś w ciem­nym po­ko­iku i zja­dłaś pyszny po­si­łek ze swoim ziom­kiem. We­dług mnie to był świetny wie­czór.

- Masz ra­cję. - Uśmie­cham się do niego.

Roz­dział 10

Dani

Dla mnie było to coś wię­cej niż seks oralny.

W mo­jej wy­obraźni Jax staje się kimś waż­nym. Od­twa­rzam so­bie ero­tyczne chwile w przy­ćmio­nym świe­tle lamp, lecz w mo­jej gło­wie ro­bimy to na każ­dej po­wierzchni tego po­miesz­cze­nia.

Za­wsze lu­bi­łam seks, cho­ciaż nikt ni­gdy po­rząd­nie mnie nie wy­pie­przył. Aż do ostat­niej so­boty moje naj­lep­sze or­ga­zmy za­wdzię­cza­łam ko­le­dze na ba­te­rie. Przy­po­mi­nało to roz­grywkę na bo­isku i bieg do bazy. Po pro­stu wra­ca­łam do bazy, czyli do domu, wyj­mo­wa­łam wi­bra­tor i do­kań­cza­łam to, co zo­stało za­częte. A mój fa­cet na­dal nie­wiele wie­dział o mo­ich po­trze­bach. Ale z Ja­xem... Na samą myśl o nim za­ci­skam uda. Ję­czę, uświa­da­mia­jąc so­bie, jaka je­stem ża­ło­sna. Seks z nim był bar­dzo, ale to bar­dzo na­miętny, lecz tylko prze­lotny. Na­dal ob­wi­niam się o to, że ucie­kłam do ła­zienki, ale nie mogę uspra­wie­dli­wić tego, że roz­pły­nął się w po­wie­trzu w chwili, gdy spoj­rza­łam w drugą stronę.

Cho­ciaż pró­buję uda­wać, że to nic nie zna­czyło, że zro­bi­li­śmy to dla ce­lów re­kre­acyj­nych, aż ści­ska mnie w piersi, kiedy przy­po­mi­nam so­bie, jak sta­łam w tłu­mie ni­czym dupa wo­łowa i szu­ka­łam go wzro­kiem.

Nie po­maga mi to, że Reid ni­gdy mnie nie wy­li­zał. Wy­da­wał się obu­rzony, gdy kie­dyś to za­su­ge­ro­wa­łam, chyba też nie lu­bił, kiedy ro­bi­łam mu la­skę, czego ni­gdy nie ro­zu­mia­łam. Są­dzi­łam, że wszy­scy fa­ceci to lu­bią.

- Da­nielle. Słu­chasz mnie? - Przez moje my­śli prze­bija się słaby głos mo­jej mamy.

- Prze­pra­szam. Mam dużo na gło­wie - mam­ro­czę do słu­chawki te­le­fonu. Na przy­kład to, jak mam prze­stać my­śleć o chło­paku, z któ­rym upra­wia­łam seks w ten week­end, a który zmył się jak Vin Die­sel w Szyb­kich i wście­kłych, za­nim zdą­ży­łam mu się przed­sta­wić.

#Kur­wa­Co­Za­Że­nada

- Skar­bie, prze­stań się oba­wiać. Za­cznij żyć - ra­dzi mi mama.

Z mo­jego jed­nego zda­nia wy­cią­gnęła da­leko idące wnio­ski. Po­wiem jej, że mar­twię się o nią, i skoń­czę roz­mowę. Po­ga­wędki z nią na­zy­wam "Ży­cio­wymi Lek­cjami", po­nie­waż w ciągu dzie­się­ciu mi­nut pró­buje prze­ka­zać mi każdą swoją mą­drość ży­ciową.

- Da­nielle, je­śli cze­goś się na­uczy­łam, to tego, że ni­gdy nie po­win­naś ni­czego ża­ło­wać.

Czuję ucisk w żo­łądku.

Chyba wła­śnie to ro­bię. Być może wła­śnie o to cho­dzi z Ja­xem. Wy­ko­rzy­sta­łam szansę. Na jedną noc zrzu­ci­łam z sie­bie ko­stium grzecz­nej dziew­czynki. Więc dla­czego tak mi z tym źle?

- Po­win­nam być bli­żej cie­bie - mó­wię ci­cho.

Co bę­dzie, je­śli znowu za­cho­ruje? Je­żeli bę­dzie po­trze­bo­wała ko­goś do opieki? Ale ona w ogóle nie bie­rze pod uwagę tego, że­bym prze­nio­sła się na uczel­nię bli­żej domu.

- Je­stem w fa­zie re­mi­sji. - Śmieje mi się do ucha. - Cie­szę się, że je­steś tam, gdzie po­win­naś być. Te­raz, gdy cho­dzisz na za­ję­cia ze sztuki, na pewno bę­dziesz bar­dziej za­do­wo­lona. Ni­gdy nie uwa­ża­łam, że za­rzą­dza­nie jest od­po­wied­nie dla cie­bie. Prze­stań ro­bić do­brą minę do złej gry, ko­cha­nie. - Znowu się śmieje, a ja ża­łuję, że jej nie wi­dzę. Ka­merka w jej lap­to­pie ze­psuła się w ze­szłym ty­go­dniu, więc nie mo­żemy po­ga­dać na Sky­pie.

Nie chcę jej mó­wić, że nie mogę do­dać za­jęć ze sztuki do mo­jego planu za­jęć.

Wzdy­cha i wiem, że to nie wszystko.

- Skar­bie, po­win­naś wię­cej prze­kli­nać. Od czasu do czasu to ku­rew­sko do­brze robi czło­wie­kowi.

- Mamo! - Wiem, że rak zmie­nia czło­wieka, ale słowo na "K" w ustach mo­jej mamy to nie jest coś, do czego by­łam przy­zwy­cza­jona.

- No co? - Udaje nie­wi­niątko. - Tańcz w desz­czu. Wódź za nos ja­kie­goś przy­stoj­niaka nie w swoim ty­pie.

Znowu się czer­wie­nię. O, Boże. Tak było. Zro­bi­łam to.

- Mamo, prze­stań. Za­wsty­dzasz mnie. - Nic mnie tak nie prze­raża, jak roz­mowa z nią o chło­pa­kach, ca­ło­wa­niu czy sek­sie. Kie­dyś są­dzi­łam, że ona rów­nież jest na to zbyt nie­śmiała, lecz od­kąd za­cho­ro­wała na raka, lubi po­ru­szać ta­kie te­maty.

- Nie wstydź się. Od­wagi. Prze­stań się nade mną roz­tkli­wiać. Do­wiedz się, czego chcesz, i po­dą­żaj za tym. Je­śli uznasz, że nie po­doba ci się kie­ru­nek stu­diów, zmień go. Nie sta­raj się być po­tulna. Ni­czego nie ża­łuj, do­brze? Obie­caj mi.

Je­stem za­sko­czona, czu­jąc wiel­kie łzy spły­wa­jące po mo­ich po­licz­kach.

Świa­do­mość tego, że moja mama, je­dyna osoba, jaką mam na świe­cie, nie­mal umarła, do­ciera gdzieś w głąb mo­jego umy­słu, do miej­sca, o któ­rym do­tych­czas nie mia­łam po­ję­cia. Gdy była chora, nie pła­ka­łam. Są­dzi­łam, że chce, bym była silna. Trzy­ma­łam emo­cje na wo­dzy, do­póki nie do­sta­ły­śmy in­for­ma­cji, że na­stę­puje re­mi­sja. Wtedy ry­cza­łam tak, że o mało nie wy­pła­ka­łam so­bie oczu. Wcze­śniej ni­gdy nie by­łam płacz­liwa, ale od tam­tej pory nie je­stem w sta­nie do­mknąć tamy i po­zbyć się łez.

Po­cią­gam no­sem.

- Nie będę ża­ło­wać ni­czego. Obie­cuję. - Od­su­wam te­le­fon od ucha i biorę głę­boki od­dech. - Mamo?

- Tak, ko­cha­nie?

- Ko­cham cię i je­stem z cie­bie na­prawdę dumna. Je­steś naj­lep­szym ro­dzi­cem, ja­kiego mo­głam mieć.

Na szczę­ście od­pusz­cza so­bie żart o tym, że jest moim je­dy­nym ro­dzi­cem. Co oczy­wi­ście nie jest prawdą. Mam ojca, gdzieś tam. A przy­naj­mniej ko­goś, kto zo­sta­wił swoją spermę, ba­wił się w dom do mo­mentu, aż skoń­czy­łam dzie­sięć lat, po czym od­szedł, po­nie­waż "nie mógł po­ra­dzić so­bie ze stre­sem". Co­kol­wiek to zna­czy.

- Kotku, je­steś dla mnie naj­waż­niej­sza. Też cię ko­cham.

***

Po­mimo mo­ty­wa­cyj­nej gadki mo­jej mamy, ty­dzień roz­po­czyna się źle. Każde za­ję­cia się cią­gną, wku­rza mnie każda zmiana w pracy.

W środę prze­cho­dzi mi ochota na to, żeby na­ko­pać Lau­rze. Wy­daje mi się, że zro­zu­miała, na czym po­lega part­ner­stwo w pracy, i na­prawdę po­maga pro­wa­dzić biuro. Ma umysł tech­niczny i po­trafi roz­wią­zać pro­blemy stu­den­tów z opro­gra­mo­wa­niem, za­nim ja zro­zu­miem, o co im cho­dzi.

W związku z tym, że ko­or­dy­nu­jemy plany pracy wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków, mo­żemy same ukła­dać swoje gra­fiki. Wo­bec tego w każ­dym ty­go­dniu mam kilka okie­nek w środku dnia. W cza­sie pracy koń­czę kilka pro­jek­tów dla pro­fe­sora Zin­zera, który za­trzy­muje się przy mnie, wy­cho­dząc z biura.

Zin jest fajny. To star­szy gość, przed sie­dem­dzie­siątką, każ­dego dnia ty­go­dnia za­kłada muszkę w in­nym ko­lo­rze.

- Panno Hart, pro­szę się nie ob­ra­zić, ale czy pani na pewno stu­diuje za­rzą­dza­nie?

Je­stem za­sko­czona tym py­ta­niem. Przy­go­to­wuję się na ja­kąś znie­wagę, po­nie­waż wiem, że moje oceny ni­gdy nie były naj­lep­sze. Moi wy­kła­dowcy są tacy upier­dliwi i wku­rza­jący. Za­chwy­cają się mo­imi pre­zen­ta­cjami, lecz ob­ni­żają mi oceny za pro­jekty ze względu na mój strój lub ko­lo­rowe pa­semka. Chcą, że­bym no­siła kon­ser­wa­tywne ubra­nia i wią­zała włosy w kok. #Cho­le­ra­Nie Przy­naj­mniej na wy­dziale sztuki ni­czym się nie wy­róż­niam.

- Prze­pra­szam, o co cho­dzi?

- Pani pro­jekt jest na­prawdę wy­jąt­kowy. Za­sta­na­wiam się, czy nie jest pani pro­fe­sjo­na­listką, która udaje stu­dentkę.

Od­dy­cham z ulgą i uśmie­cham się do niego.

- Jest pan bar­dzo uprzejmy, ale za­pew­niam, że je­stem tylko stu­dentką.

Zin przy­suwa krze­sło do mo­jego biurka i siada. Roz­gląda się wo­kół po za­gra­co­nej pra­cowni i zniża głos.

- Nie mó­wię tego czę­sto, po­nie­waż dzie­ciaki, które się tu kręcą, są prze­ko­nane o swo­jej do­sko­na­ło­ści, lecz chcia­łem pani po­wie­dzieć, że ma pani na­tu­ralny ta­lent. Pani ry­sunki są spek­ta­ku­larne, a gra­fika na naj­wyż­szym po­zio­mie. - Dra­pie się po bro­dzie. - Gdyby ze­chciała pani za­pi­sać się na ja­kieś kursy na moim wy­dziale, mógł­bym to pani umoż­li­wić.

Wie­dzia­łam, że był za­do­wo­lony z bro­szu­rek, które zro­bi­łam, ale ten kom­ple­ment pra­wie zwala mnie z nóg. Prze­pi­sa­łam jego ma­te­riały mar­ke­tin­gowe, na­ry­so­wa­łam kilka ry­sun­ków, ze­ska­no­wa­łam je, po­ko­lo­ro­wa­łam w Pho­to­sho­pie i wy­dru­ko­wa­łam, żeby przed­sta­wić mu je do za­apro­bo­wa­nia. Są­dzi­łam, że na tym po­lega ta praca.

- Dzię­kuję, pro­fe­so­rze. Do­ce­niam to. - A tak na­prawdę je­stem za­chwy­cona.

Po dwóch ty­go­dniach za­jęć na wy­dziale za­rzą­dza­nia, które oka­zały się nie­zbyt in­spi­ru­jące, osza­la­ła­bym z ra­do­ści, mo­gąc sko­rzy­stać z jego pro­po­zy­cji, na­wet je­śli ozna­cza­łoby to, że mia­ła­bym wy­peł­niony cały wolny czas. Wtedy nie mu­siała­bym kła­mać ma­mie.

Zin otwiera lap­topa i po­ka­zuje mi li­stę za­jęć.

- W nie­któ­rych gru­pach mamy już kom­plet, ale niech pani to przej­rzy i wy­bie­rze trzy kursy, które naj­bar­dziej pani od­po­wia­dają. Ju­tro mi je pani poda i spraw­dzimy, które z nich uda się upchnąć w pani pla­nie za­jęć.

Mój dzień staje się jesz­cze lep­szy, gdy w dro­dze do domu wpa­dam na Jennę. Ku­pu­jemy so­bie kawy. Je­stem za­sko­czona, kiedy chwyta mnie pod rękę i ma­sze­ru­jemy jak stare przy­ja­ciółki.

- No do­brze, la­ska. Wiem, że nie mia­ły­śmy oka­zji po­ga­dać, więc pro­szę o krót­kie stresz­cze­nie.

- Nie da się krótko, Jenna. - Śmieję się. - Co chcesz wie­dzieć?

- Są ja­cyś sek­sowni fa­ceci w twoim ży­ciu? Ko­cham Ry­ana, ale cza­sami mu­szę po­sił­ko­wać się ży­ciem mo­ich przy­ja­ció­łek. Po­nadto w tym se­me­strze mam za­ję­cia z pi­sa­nia ro­man­sów i bra­kuje mi po­my­słów.

- Nie są­dzę, bym miała coś wy­star­cza­jąco pi­kant­nego.

- W ze­szłym se­me­strze chyba z kimś cho­dzi­łaś?

- Rany. To już skoń­czone. De­fi­ni­tyw­nie.

- Pech. - Marsz­czy brwi.

- Ra­czej nie. To zła­mas. - Idziemy w ci­szy. Sztur­cham ją bio­drem. - Nie wie­rzę, że ci to mó­wię, ale w ze­szły week­end tak jakby da­łam się prze­le­cieć.

Jej oczy ro­bią się tak wiel­kie, jakby wła­śnie wy­grała na lo­te­rii.

- Nie mów! Kiedy?

- W klu­bie. W tym cza­sie, gdy się na was wy­pię­łam, by­łam za­jęta ta­kim pięk­nym fa­ce­tem w gar­de­ro­bie dla ar­ty­stów.

Pisz­czy jak na­sto­latka, aż kilka osób od­wraca się w na­szą stronę.

- Spra­wił, że od­le­cia­łam. Był taki nie­sa­mo­wity. Wy­soki, umię­śniony, z po­tar­ga­nymi ja­sno­brą­zo­wymi wło­sami. I jak ca­ło­wał!

- Mniam! - Drży z eks­cy­ta­cji, a ja znowu wy­bu­cham śmie­chem.

- Spo­tkasz się z nim znowu?

Kręcę głową.

- Nie. To nie tak. - Cho­ciaż bar­dzo bym chciała.

Marsz­czy czoło i wzdy­cha.

- Ale przy­naj­mniej masz bar­dzo do­bry ma­te­riał do fan­ta­zjo­wa­nia.

Na­wet nie pró­buję wal­czyć z uśmie­chem, który po­ja­wia się na mo­jej twa­rzy.

- Z pew­no­ścią.

- Skoro mowa o ro­bie­niu pal­cówki, moja sio­stra zor­ga­ni­zo­wała przy­ję­cie, któ­rego te­ma­tem prze­wod­nim były za­bawki ero­tyczne, i mówi, że było świet­nie. - Pry­cham i par­skam śmie­chem. Palcówka? Jenna uśmie­cha się kon­spi­ra­cyj­nie. - Chcia­ła­bym zro­bić po­dobną im­prezę jesz­cze w tym se­me­strze. Ta firma de­mon­struje swoje pro­dukty, a my w tym cza­sie się upi­jamy. Faj­nie, nie?

- Mo­żesz na mnie li­czyć - mó­wię, chi­cho­cząc.

- Su­per. To może po­mo­żesz mi na­mó­wić Clem. To taka cnotka nie­wy­dymka. Chcia­ła­bym, żeby się tro­chę roz­ru­szała.

Spi­nam się. Przez cały ty­dzień mó­wi­łam "cześć" do Clem, lecz ona tylko coś mru­czała pod no­sem. Spy­ta­łam ją na­wet, czy chce obej­rzeć Glee, ale je­dy­nie wy­wró­ciła oczami. Znowu.

- No co? - pyta Jenna.

Może nie po­win­nam od­po­wia­dać, ale nic nie po­ra­dzę na moje roz­wol­nie­nie słowne.

- Wiem, że ty i Clem je­ste­ście bli­skimi przy­ja­ciół­kami, ale... wy­daje mi się, iż ona mnie nie lubi.

Jenna przy­staje.

- Zdaję so­bie sprawę, że Cle­men­tine spra­wia wra­że­nie to­tal­nej suki, i to jak ma do­bry dzień, ale daj jej czas, żeby mo­gła cię le­piej po­znać. Nie ma ni­kogo bar­dziej lo­jal­nego. Po pro­stu prze­szła przez straszne gówno, więc nie ufa lu­dziom i żyje tro­chę w swoim świe­cie, ale gdy ją po­znasz, na pewno ją po­ko­chasz. Przy­rze­kam.

Po­ta­kuję, choć je­stem nie­prze­ko­nana.

- Okej.

Jenna się śmieje.

- Za­bije mnie za to, ale po­win­naś ją po­pro­sić, by dała ci do prze­czy­ta­nia swoją książkę. Jest wspa­niałą pi­sarką i nikt o tym nie wie, po­nie­waż wy­daje pod pseu­do­ni­mem. Jest bar­dzo skryta. Ale jak po­zwoli ci ją prze­czy­tać, zy­skasz zu­peł­nie inny wgląd w jej osobę. Po­wieść jest o tym, co przy­da­rzyło jej się w szkole śred­niej z jej by­łym i po­je­ba­nymi ro­dzi­cami. Ży­cie Clem jest jak opera my­dlana, ale nor­mal­nie ni­gdy byś nie przy­pusz­czała, że tak jest.

Za­in­try­go­wała mnie. Pa­trzy na mnie po­waż­nie.

- Mó­wię ci to tylko dla­tego, że ci ufam. Przy­jaźń z Clem to hard­kor. Nie można jej za­wieść.

Spi­nam się jesz­cze bar­dziej. Nie wiem, czy po­win­nam się bać, czy czuć się ura­żona.

Jej spoj­rze­nie ła­god­nieje.

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię stra­szyć. Ko­cham ją jak sio­strę i gdy­byś wie­działa, przez co prze­szła, rów­nież chcia­ła­byś ją chro­nić. Za­leży mi, że­by­ście się do sie­bie zbli­żyły, więc dla­tego ci o tym mó­wię.

Do­cho­dzi do mnie, że Jenna jest dla Clem tym, kim Tra­vis dla mnie. Przy­ja­ciel wsko­czyłby za mnie w ogień.

- Spoko. Ro­zu­miem.

***

W nie­dzielę mam wresz­cie oka­zję po­być z Clem. Ma olśnie­wa­jącą urodę, dłu­gie ja­sno­brą­zowe włosy i duże nie­bie­skie oczy. Wiem, że ćwi­czy jak sza­lona, po­nie­waż za każ­dym ra­zem, gdy ją wi­dzę, wła­śnie wy­cho­dzi po­bie­gać. Świet­nie wy­gląda w dre­sach, które wszyst­kie mamy na so­bie.

Wczo­raj wie­czo­rem tro­chę za dużo wy­pi­łam z Tra­vi­sem, więc mę­czy mnie kac i je­stem prze­ko­nana, że wy­glą­dam jak z krzyża zdjęta. Włosy zwią­za­łam w ku­cyk i ola­łam ro­bie­nie ma­ki­jażu. Bez sensu. Je­dziemy tylko zro­bić pra­nie u Ry­ana i przy­go­to­wać lunch.

Sie­dzę obok Clem na tyl­nej ka­na­pie hondy ci­vic, koło na­szych nóg na pod­ło­dze stoją torby z pra­niem. Na­gle po­ja­wia się te­mat jej książki.

- Nie wiem, co mam zro­bić - mówi, na­rze­ka­jąc na jej okładkę. - Na­prawdę nie chce mi się szu­kać ko­goś, kto mógłby ją za­pro­jek­to­wać.

- Nie po­trze­bu­jesz gra­fika. Mogę zro­bić okładkę dla cie­bie. - Wkła­dam rękę do to­rebki w po­szu­ki­wa­niu gumy do żu­cia, bo nie chcę jej za­bić swoim prze­pi­tym od­de­chem.

Roz­pro­mie­nia się tak, jak­bym jej po­wie­działa, że Henry Ca­vill chce mieć z nią dziecko.

- Fan­ta­stycz­nie! Za­płacę ci za pracę nad okładką.

Kręcę głową.

- W żad­nym wy­padku. Je­steś moją współ­lo­ka­torką. To wbrew re­gu­łom.

Milk­nie i zerka na Jennę, po czym od­wraca się do mnie.

- No do­brze, je­śli nie weź­miesz ode mnie pie­nię­dzy, po­zwól, że ku­pię ci ja­kieś przy­bory ma­lar­skie, bo wiem, że te bzdety są dro­gie.

Skoro jako wolny słu­chacz będę uczęsz­czała na za­ję­cia ze sztuki, przy­da­dzą mi się tego typu rze­czy. Pro­po­nuję jej li­stek gumy.

- Umowa stoi, ale chcę prze­czy­tać twoją książkę. Jenna mówi, że je­steś świetną pi­sarką.

Clem ko­pie sie­dze­nie Jenny i nie od­po­wiada. Ci­sza wy­peł­nia wnę­trze auta. Już mam po­wie­dzieć, że nie ma sprawy i że ma za­po­mnieć o mo­jej proś­bie, gdy się od­zywa: - Do­brze, ale mu­sisz przy­siąc, że do­cho­wasz ta­jem­nicy. Pi­szę pod pseu­do­ni­mem i nie chcę, żeby to się wy­dało. I kiedy mó­wię o ta­jem­nicy, mam na my­śli przy­sięgę krwi. Je­śli ją zła­miesz, za­biorę ci twoje pierw­sze dziecko.

Śmieję się, ale wiem, że mówi se­rio.

Gdy za­czy­namy roz­ma­wiać o pro­jek­cie i róż­nych kon­cep­cjach, opusz­cza gardę i roz­mowa to­czy się gładko. Kiedy Clem nie pa­trzy wil­kiem, jest urze­ka­jąca i po­siada na­tu­ralną cha­ry­zmę. Za­sta­na­wiam się, co się stało, że tak się wy­co­fała, i przez to jesz­cze bar­dziej pra­gnę prze­czy­tać jej książkę.

Gdy do­cie­ramy do domu Ry­ana, wno­simy torby z pra­niem po scho­dach. Idę z tyłu, bo brak mi sił. Ze środka do­cho­dzi głos Ry­ana, który na­zywa moją współ­lo­ka­torkę Clem­ster. Je­stem za­sko­czona, że ucho­dzi mu to na su­cho, ale Ryan już tak ma, że może mó­wić ta­kie rze­czy bez kon­se­kwen­cji.

Sta­wiam torbę w ko­ry­ta­rzu i za­glą­dam do kuchni, żeby wło­żyć za­kupy do lo­dówki. Jenna wcho­dzi za mną.

- Po­win­nam cię ostrzec - szep­cze. - Po­zna­łaś już bliź­niaka Clem?

Od­wra­cam się.

- Nie.

- Jest tu­taj, jest olśnie­wa­jący, ale to skur­wiel. Nie po­zwól mu, by cię oma­mił. Clem nie­na­wi­dzi, gdy pró­buje za­cią­gnąć do łóżka jej przy­ja­ciółki. - Jej po­łu­dniowy ak­cent na­daje jej sło­wom śpiew­no­ści, ale wiem, że mówi po­waż­nie.

- Do­brze wie­dzieć. Dzięki za ostrze­że­nie.

Tego wła­śnie mi po­trzeba. Bli­sko­ści z dziew­czy­nami. Przez cały ra­nek ani razu nie po­my­śla­łam o tym, co za­szło w ze­szły week­end. Dzięki Bogu. Może już mi prze­szło. On mi prze­szedł. Komu za­le­ża­łoby na przy­god­nym sek­sie w klu­bie, kiedy ma się do­bre przy­ja­ciółki?

Jenna pusz­cza do mnie oko i po­daje mi piwo.

Wcho­dzę do sa­lonu, w któ­rym sie­dzi wielu fa­ce­tów. Z pła­skiego te­le­wi­zora za­wie­szo­nego na ścia­nie roz­lega się gło­śny hymn No­tre Dame, a ja pró­buję spraw­dzić, jaki jest wy­nik.

- Faj­nie. Z kim grają Ir­land­czycy? - Rzu­cam py­ta­nie, nie kie­ru­jąc go do ni­kogo szcze­gól­nego. Ryan pod­cho­dzi i mnie przy­tula.

- Cześć, śliczna.

- Cześć, Ryan. - Uśmie­cham się. Chło­pak Jenny jest bo­ski. Po­zna­łam go w ze­szłym ty­go­dniu i roz­ma­wia­li­śmy przez dwa­dzie­ścia mi­nut, a on od razu za­czął mnie trak­to­wać jak naj­bliż­szą ko­le­żankę.

- Grają ze Stan­ford. Nie wie­dzia­łem, że je­steś fanką fut­bolu.

- Uwiel­biam fut­bol i ko­szy­kówkę, ale tak na­prawdę po­doba mi się wszystko, co ma zwią­zek z ma­skot­kami, pi­wem i smar­ka­czami.

- Wie­dzia­łem, że cię po­lu­bię. Chyba nie znasz jesz­cze chło­pa­ków z ze­społu. - Od­wraca mnie przo­dem do po­zo­sta­łych i za­czyna przed­sta­wiać mnie ko­le­gom.

Jed­nak ja nie sły­szę ani słowa, po­nie­waż na końcu ka­napy sie­dzi ktoś, kogo już znam. Ktoś bar­dzo zna­jomy.

Moje serce prze­staje bić, na czole po­ja­wiają się kro­pelki potu.

W końcu głos Ry­ana prze­dziera się przez mgłę.

- A ten du­pek to Jax, brat bliź­niak Clem. Trzy­maj się od niego z da­leka - żar­tuje. - To skur­wiel.

Tak. Już o tym wiem. Ja­sny szlag.