Dearest Clementine - Lex Martin

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

Bez­myśl­nie kre­ślę pió­rem kółka na mar­gi­ne­sie dzien­nika i ga­pię się przez okno za­ku­rzo­nej świe­tlicy.

Wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łam, żeby po­czuć się pew­niej, my­ślę, a jed­no­cze­śnie sta­ram się, by zde­ner­wo­wa­nie nie za­pu­ściło ko­rzeni w moim brzu­chu.

Z ko­ry­ta­rza do­biega mnie od­głos pisz­czą­cych kó­łek, po­tem sły­szę jęk i ło­mot upa­da­ją­cej na pod­łogę wa­lizki.

- Cze­kaj, co się sta­nie, gdy wy­buch­nie po­żar? Je­ste­śmy na sie­dem­na­stym pię­trze - mówi ja­kaś dziew­czyna, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. Czyli po­cho­dzi z Po­łu­dnia.

Po­cie­sza ją ni­ski mę­ski głos:

- Wiem, że je­ste­śmy wy­soko, ale nie ko­rzy­staj z windy. Ostat­nie, czego chcesz, to utknąć po­mię­dzy pię­trami. Spraw­dzę każdy po­kój, by mieć pew­ność, że zo­sta­łaś ewa­ku­owana.

Nie sły­szę dal­szego ciągu tej roz­mowy, po­nie­waż w ko­ry­ta­rzu po­ja­wiają się dwie dziew­czyny.

- A niech to! Opie­kun na­szego aka­de­mika to nie­złe cia­cho! - mówi dziew­czyna w let­niej su­kience, tasz­cząca wy­pchaną torbę. - Cie­kawe, czy ma dziew­czynę.

- Pew­nie jest na ostat­nim roku lub na stu­diach ma­gi­ster­skich, kre­tynko. Nie masz u niego szans - mówi ta druga, a jej ak­cent ła­go­dzi wy­dźwięk słów.

Ni­gdy nie le­cia­łam na opie­kuna, stu­denta ostat­niego roku, któ­remu płacą za to, by miał oko na dzie­ciaki. Na pierw­szym roku tę funk­cję peł­nił Tao, który miał metr sześć­dzie­siąt w ka­pe­lu­szu i był za­pa­trzony w Je­zusa. To nie moja bajka.

Trudno mi so­bie wy­obra­zić, kto mógłby chcieć zo­stać opie­ku­nem aka­de­mika. Tao bez prze­rwy zaj­mo­wał się ja­ki­miś ża­ło­snymi ła­ma­gami i wo­ził je do szpi­tala, gdy coś so­bie po­ła­mały. Ni­gdy nie za­po­mnę jego miny, kiedy zna­lazł moją przy­ja­ciółkę Sarę, która le­żała nie­przy­tomna z prze­pi­cia i miała zła­maną kostkę. Nie wiem, jak udało jej się zwy­mio­to­wać na wszyst­kie cztery ściany swo­jego po­koju, za­nim ze­szła na dół.

Stu­kam pió­rem w kartkę i wiercę się na krze­śle.

Przez ostat­nie trzy mie­siące sta­ra­łam się sku­pić, wziąć się za bary z róż­nymi po­my­słami, ale udało mi się je­dy­nie za­peł­nić no­tes psy­cho­de­licz­nymi ry­sun­kami.

Do cho­lery, to musi się udać.

Od­dy­cham głę­boko i moje noz­drza ata­kuje za­pach zle­ża­łych che­eto­sów.

Bę­dzie do­brze, je­śli tylko uda mi się znowu wró­cić do co­dzien­nego pi­sa­nia. Ro­bi­łam to już wcze­śniej.

Po­wta­rzam so­bie te same bzdury w na­dziei, że w końcu coś za­sko­czy. Przez całe lato sta­ra­łam się my­śleć po­zy­tyw­nie, nie tra­cić wiary, ale nie jest ła­two.

Moje ko­lano za­czyna po­dry­gi­wać z ner­wów, jed­nak tuż przed na­dej­ściem kry­zysu pod­ska­kuję na dźwięk czy­je­goś głosu.

- Moja droga, ty mi nie wy­glą­dasz na pierw­szaka.

Lekko od­wra­cam głowę i ką­tem oka wi­dzę go opar­tego o fu­trynę. Opie­kuna aka­de­mika.

- Bo nim nie je­stem - mó­wię bez en­tu­zja­zmu.

- To co ro­bisz w War­ren To­wers? To zna­czy, co spra­wia, że do­bro­wol­nie tu prze­by­wasz? Mnie za to płacą. Ja­kie jest twoje wy­tłu­ma­cze­nie?

Wiem, że żar­tuje. Jed­nak nie mam na­stroju do żar­tów.

- Po pro­stu szu­kam bia­łego szumu - mó­wię i wra­cam do swo­jego no­tesu. Czuję na so­bie jego wzrok, ob­le­wam się ru­mień­cem. - Słu­chaj, nie je­stem psy­cholką, je­śli do tego zmie­rzasz. Po pro­stu szu­kam in­spi­ra­cji.

Za­pi­suję ja­kieś przy­pad­kowe słowa, ma­jąc na­dzieję, że któ­reś z nich wy­cią­gnie mnie z nie­mocy twór­czej: wa­lizki, przy­stojny OA, kon­domy, die­te­tyczna cola, pączki.

Sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na in­ten­syw­ność jego spoj­rze­nia, pa­trzę przez prze­szkloną ścianę.

Za­wsze uwiel­bia­łam ten wi­dok. Bo­ston wi­bruje ko­lo­rem pa­lo­nej sjeny - bru­nat­nego pia­skowca ogrze­wa­nego sierp­nio­wym słoń­cem. Bluszcz po­ra­sta­jący mury fa­luje na wie­trze wie­ją­cym znad rzeki Char­les i spra­wia, że mam ochotę po­bie­gać.

Aż mnie za­tyka na myśl o tym, ile wy­da­rzyło się od czasu, gdy za­czy­na­łam tu na­ukę. Trzy lata temu, sie­dząc na tym sa­mym krze­śle, wpa­dłam na po­mysł swo­jej pierw­szej książki. I mam na­dzieję, że wpadnę na ko­lejny.

Rzut oka na ze­ga­rek spra­wia, że czuję się, jak­bym przy­jęła cios w brzuch. W ta­kim tem­pie, je­śli nie we­zmę się w garść, ni­gdy nie na­pi­szę ko­lej­nej książki. Mu­szę się sku­pić. Nikt nie opłaci mo­ich ra­chun­ków, a Uni­wer­sy­tet Bo­stoń­ski nie cacka się z bied­nymi ma­łymi bo­gacz­kami - w do­ku­men­tach je­stem obrzy­dli­wie bo­gatą córką dwojga dup­ków z pierw­szej pięć­setki naj­bo­gat­szych lu­dzi we­dług "For­tune". Nie­stety, do mo­ich ro­dzi­ców ni­gdy nie do­tarło, że po­winni choć tro­chę in­te­re­so­wać się moim cho­ler­nym ży­ciem.

Nie wiem, co zro­bi­łam, żeby tak ich wkur­wić. W tej chwili to nie ma żad­nego zna­cze­nia. Wnio­sek jest je­den: po­trze­buję pie­nię­dzy. Pronto.

Tylko jedno może mnie ura­to­wać. Pew­nego pięk­nego dnia, gdy będą sprzy­jać mi gwiazdy i los, za­cznę pi­sać jak sza­lona. Pod ko­niec pierw­szego roku tak się stało, gdy do­sta­łam pi­smo z biura kwe­stora, z któ­rego do­wie­dzia­łam się, że za­le­gam dwa­dzie­ścia ty­sia­ków.

Czyż to nie iro­nia losu, że moja po­wieść, w któ­rej opi­suję naj­bar­dziej po­ni­ża­jące chwile swo­jego ży­cia, po­mo­gła mi po­kryć zo­bo­wią­za­nia?

Nie udało mi się na­pi­sać ni­czego rów­nie do­brego jak Po­wiedz, że to nie­prawda. To moja je­dyna książka, szczę­śliwy los na lo­te­rii, który po­mógł mi wyjść z dłu­gów. Chyba na­wet nie mu­sia­łam. To, co za­częło się jako ckliwe za­pi­ski w dzien­niku, ukształ­to­wa­łam w opo­wieść, która ja­kimś cu­dem wsko­czyła na li­sty be­st­sel­le­rów i stała się hi­tem.

Opie­kun aka­de­mika chrząka i od­rywa mnie od mo­ich my­śli.

- Są­dzi­łaś, że znaj­dziesz in­spi­ra­cję tu­taj, w aka­de­miku dla pierw­sza­ków?

Nie mu­szę na niego pa­trzeć, żeby wie­dzieć, że się uśmie­cha.

Jak, do cho­lery, można usły­szeć uśmiech?, na­bija się mój we­wnętrzny głos.

- I co, udało ci się? - Śmieje się.

W końcu omia­tam go wzro­kiem i aż ści­ska mnie w dołku. Jest wy­soki, ma ciemne, po­tar­gane włosy, które opa­dają mu na twarz. Wpa­truje się we mnie zie­lo­nymi oczami. Dziew­czyny miały ra­cję. Rze­czy­wi­ście jest przy­stojny. Uśmie­cha się olśnie­wa­jąco, a mnie aż robi się słabo na myśl, jaki musi mieć ape­tyczny sze­ścio­pak.

Och, na li­tość bo­ską, weź się w garść, Clem.

Przy­gry­zam dolną wargę, aż czuję ból, i po­now­nie wle­piam wzrok w swój no­tes.

- Nie - mó­wię, pra­gnąc zy­skać wię­cej czasu na pi­sa­nie. - Nie mam szczę­ścia do in­spi­ra­cji.

Za­ci­skam zęby i za­czy­nam ry­so­wać kółka. Nie zwra­ca­jąc uwagi na szybko bi­jące serce, które - mam na­dzieję - sza­leje tak tylko przez wzgląd na ko­lejny ra­chu­nek za stu­dia i nie ma nic wspól­nego z tym so­bo­wtó­rem Henry'ego Ca­villa, prze­glą­dam strony no­tesu, de­spe­racko pra­gnąc zna­leźć w nim coś, co po­może mi się po­zbie­rać.

On wciąż stoi w drzwiach.

- Przy oka­zji, mam na imię Ga­vin.

- Miło cię po­znać - od­po­wia­dam bez prze­ko­na­nia i, dzia­ła­jąc jakby na au­to­pi­lo­cie, za­czy­nam pa­ko­wać swoje rze­czy, choć jest na to zbyt wcze­śnie.

Cho­lera. Kurwa jego mać! Nie mo­żesz wyjść. Nic jesz­cze nie wy­my­śli­łaś!

- A... ty...?

- A ja wy­cho­dzę. - Mój we­wnętrzny głos wzdy­cha z dez­apro­batą. Co z cie­bie za suka, Clem.

- Cóż, nie o to mi cho­dziło. - Jest roz­ba­wiony.

Za­rzu­cam torbę na ra­mię.

- Wiem, o co ci cho­dziło - mó­wię i pod­no­szę wzrok, po­nie­waż on blo­kuje mi drogę wyj­ścia.

Jest wyż­szy, niż są­dzi­łam... i do­brze zbu­do­wany...

Wku­rza mnie to, że moje serce bije jesz­cze wście­klej w chwili, gdy wy­czu­wam cy­tru­sowy za­pach jego wody ko­loń­skiej. Szczycę się tym, że je­stem no­wo­cze­sną dziew­czyną, nie­po­trze­bu­jącą fa­ceta, zwłasz­cza ta­kiego, który je­dy­nie zła­mie jej serce. Wo­bec po­wyż­szego staję się co­raz bar­dziej po­iry­to­wana tym, że ten fa­cet ze swoim uśmiesz­kiem spra­wia, że czuję mo­tyle w brzu­chu za­cho­wu­jące się jak ka­mi­ka­dze.

Wzdy­cham prze­sad­nie gło­śno i cze­kam, aż usu­nie się z drogi, a jed­no­cze­śnie przy­glą­dam się jego bi­cep­som roz­py­cha­ją­cym się pod T-shir­tem.

Prze­stań. Mu. Się. Przy­glą­dać.

Kręcę głową, wy­mi­jam go i ru­szam w stronę windy. Na­ci­skam gu­zik i cze­kam całe trzy se­kundy, za­nim wci­skam go po­now­nie.

- Wiesz, je­ste­śmy na sie­dem­na­stym pię­trze. To może tro­chę po­trwać. - Jego głos do­biega zza mo­ich ple­ców. - Wy­daje mi się, że bę­dziesz miała dość czasu, żeby po­wie­dzieć mi, jak się na­zy­wasz. - Znowu się śmieje, wi­docz­nie nie prze­szka­dza mu to, że całą sobą su­ge­ruję, żeby się od­pie­przył.

To nic nie zna­czy. To nie ma zna­cze­nia, że nie wpa­dłaś dzi­siaj na ża­den po­mysł.

Z ner­wów ści­ska mnie w żo­łądku, roz­wa­żam już zej­ście po scho­dach, kiedy drzwi windy się otwie­rają, a ja czuję ulgę roz­le­wa­jącą się po ciele. Nie wiem, dla­czego stąd ucie­kam, ale to ro­bię.

Wcho­dzę do windy i się od­wra­cam. Okrop­nie sek­sowny OA przy­gląda mi się, opie­ra­jąc się o ścianę z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na sze­ro­kiej klatce pier­sio­wej. Na­sze spoj­rze­nia się krzy­żują, a on unosi brwi.

Gdy drzwi za­czy­nają się za­my­kać, czuję wy­rzuty su­mie­nia.

No do­brze.

- Clem. Mam na imię Cle­men­tine.

Drzwi się za­my­kają, ale wcze­śniej za­uwa­żam jego uśmiech.

* * *

Stę­chły za­pach bu­dynku, w któ­rym miesz­kam, ude­rza mnie w noz­drza, gdy wspi­nam się po scho­dach. Wszy­scy stoją wo­kół stołu wy­ko­na­nego z koła od wozu, a Jenna, trzy­ma­jąc ręce na bio­drach, stara się ochro­nić swoją zdo­bycz z wy­prze­daży ga­ra­żo­wej. Dłu­gie do ra­mion blond włosy ze­brała w ster­czący ku­cyk, na po­liczku ma ślady ku­rzu.

- Clem, chodź i mi po­móż - mówi ze słod­kim ak­cen­tem z Ka­ro­liny Po­łu­dnio­wej, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. - Uwa­żasz, że jest okropny? Ja nie. Są­dzę, że ma swój cha­rak­ter.

Har­per stoi obok Jenny i wzro­kiem błaga mnie, bym wzięła jej stronę. Zdej­muje oku­lary i ma­suje na­sadę nosa, po czym od­suwa z twa­rzy ko­smyk ciem­no­kasz­ta­no­wych wło­sów. Mam szczę­ście, że jest moją pry­watną te­ra­peutką. Jej oj­ciec to znany na ca­łym świe­cie psy­chia­tra, a ona pew­nego dnia mu do­równa.

Dzielę po­kój z Har­per od dru­giego se­me­stru pierw­szego roku, gdy oka­zało się, że żadna z nas nie jest w sta­nie miesz­kać z do­tych­cza­so­wymi współ­lo­ka­tor­kami w War­ren To­wers. Wtedy też za­przy­jaź­ni­ły­śmy się z Jenną, która po­dob­nie jak ja stu­diuje kre­atywne pi­sa­nie. Szczę­śli­wym tra­fem na dru­gim roku na­sze małe trio za­miesz­kało ra­zem w god­nym po­zaz­drosz­cze­nia apar­ta­men­cie przy Bay State Road, gdzie stoją naj­oka­zal­sze bu­dynki z czer­wo­nego pia­skowca. Od tego czasu trzy­mamy się ra­zem.

Oprócz Har­per i Jenny nikt tu­taj nie zna praw­dzi­wej mnie. Nikt nie wie, że kie­dyś odzie­dzi­czę pier­dy­liony do­la­rów. Fun­dusz po­wier­ni­czy i port­fele ak­cji przy­no­szą osza­ła­mia­jące sumy. Nie lu­bię jed­nak, gdy lu­dzie pa­trzą na mnie jak na zma­nie­ro­waną mi­lio­nerkę.

Poza tym te pie­nią­dze nie są moje, więc ich nie chcę. Zwłasz­cza je­śli mu­sia­ła­bym płasz­czyć się przed matką. Tego nie do­czeka się do usra­nej śmierci.

Har­per chrząka, żeby przy­cią­gnąć moją uwagę, a ja przy­po­mi­nam so­bie, że mam przy­jąć rolę eg­ze­ku­tora.

- Jenno, nie mamy na to miej­sca w no­wym miesz­ka­niu - mó­wię w na­dziei, że uda jej się to wy­tłu­ma­czyć w bez­bo­le­sny spo­sób. - W tym roku nasz sa­lon jest mały.

Nie mó­wię jej, że przez całe lato pla­no­wa­ły­śmy pu­ścić stół z dy­mem.

- Ko­cha­nie - wtrąca z re­zy­gna­cją Ryan, chło­pak Jenny - może by­śmy go na ra­zie za­brali do mnie? Wsta­wimy go do ga­rażu, a za rok go za­bie­rzesz.

Mimo że nim po­gar­dzam, wiem, że tak na­prawdę to świetny chło­pak.

- Poza tym mamy do­bre wspo­mnie­nia z nim zwią­zane. - Daje jej po­ro­zu­mie­waw­cze znaki brwiami, a ja od­no­szę wra­że­nie, że za­raz się po­rzy­gam.

- Ohyda! - krzy­czy Har­per. - Dla­czego nie ogra­ni­czy­cie swo­jej ak­tyw­no­ści sek­su­al­nej do sy­pialni jak inni lu­dzie?

- Nie da się, gdy twoja dziew­czyna jest taka sek­sowna. - Ryan po­chyla się i ca­łuje Jennę, pod­czas gdy ona chi­cho­cze jak za­du­rzona na­sto­latka.

Na szczę­ście dzwoni do­mo­fon, więc Ryan prze­ska­kuje przez pu­dła i bie­gnie do drzwi, żeby za­pła­cić do­stawcy pizzy. Znaj­du­jemy pa­pie­rowe ta­le­rze i sia­damy na pod­ło­dze w sa­lo­nie.

Gdy koń­czymy je­dze­nie i ogar­nia nas bło­gie zmę­cze­nie, ode­chciewa nam się tej gów­nia­nej prze­pro­wadzki do in­nego miesz­ka­nia na kam­pu­sie.

Znu­żona Har­per pod­nosi szklankę z na­po­jem.

- Za ostatni rok. - Pod­no­simy swoje kubki. - Za Ry­ana, żeby wy­prze­dał wszyst­kie bi­lety na swoje kon­certy.

Chło­pak pusz­cza oko, jest dumny ze swo­ich sce­nicz­nych osią­gnięć, na­wet te­raz tro­chę za­dziera nosa.

- Za Jennę, żeby była rów­nie za­do­wo­lona w sy­pialni, lecz nieco cich­sza - wy­li­cza Har­per.

Jenna strzela do niej z palca, ale robi to ze śmie­chem. Har­per zwraca się do mnie:

- Za Clem, żeby na­pi­sała ko­lejny be­st­sel­ler.

Jej słowa wzbu­dzają we mnie za­równo na­dzieję, jak i strach. Cały czas mo­dlę się, żeby prze­ła­mać złą passę i znowu za­cząć pi­sać.

Ryan prze­chyla swój ku­bek w moją stronę.

- Dasz mi kie­dyś prze­czy­tać tę twoją książkę?

Od­po­wiedź jest ła­twa.

- Nie są­dzę. - Uno­szę jedną brew, gdy on udaje roz­cza­ro­wa­nie. Aha, na pewno chciałby prze­czy­tać moją książkę dla na­sto­la­tek.

Jenna wtrąca się, żeby do­koń­czyć to­ast:

- I za Har­per, żeby my­liła się co do mo­ich freu­dow­skich prze­ję­zy­czeń!

Ze śmie­chem trą­camy się kub­kami.

Jenna prze­rywa wzno­sze­nie to­a­stu i ma­cha rę­kami, roz­pry­sku­jąc na­pój po pod­ło­dze.

- Nie za­po­mi­naj­cie, że ju­tro wie­czo­rem Ryan wy­stę­puje w Eu­pho­rii. - Jenna jest szcze­gólną gro­upie sto­jącą w pierw­szym rzę­dzie i roz­bie­ra­jącą wzro­kiem swo­jego chło­paka, wo­ka­li­stę grupy Tra­gic Pa­ra­dox. - Mają świet­nego no­wego gi­ta­rzy­stę.

Po­chyla się, żeby po­ca­ło­wać Ry­ana, jed­nak szybki ca­łus w usta zmie­nia się w coś wię­cej, więc ra­zem z Har­per za­czy­namy ję­czeć. Ryan się od­suwa, ale za­raz za­czyna ob­ma­cy­wać swoją dziew­czynę.

- Za­wsze je­steś ta­kim per­we­rem? - py­tam, po­sy­ła­jąc mu w za­mie­rze­niu po­gar­dliwe spoj­rze­nie, ale on tylko zło­śli­wie się uśmie­cha.

Jenna w ogóle nie jest zmie­szana tym, że przed chwilą zła­pał ją za pierś. Ma­canki w miej­scu pu­blicz­nym stały się dla niej co­dzien­no­ścią, po­dob­nie jak do­kładne re­wi­zje na lot­ni­sku.

On na­dal pa­trzy na mnie z sze­ro­kim, głu­pim uśmie­chem. Kręcę głową.

- Je­steś od­porny na moje moce, co nie?

- No ra­czej. - Wzru­sza ra­mio­nami.

- Ni­gdy nie udało mi się cie­bie prze­stra­szyć.

- Fakt, za to wszy­scy moi kum­ple srają w ga­cie ze stra­chu. - Głasz­cze mnie po wło­sach, jak­bym była dziec­kiem, więc na po­waż­nie roz­wa­żam zdzie­le­nie go w łeb. - Dla­czego je­steś taka wredna, Cle­men­tine?

Od­su­wam się i wzru­szam ra­mio­nami.

- Jak ci prze­szka­dza cie­pło, to wy­pier­da­laj z kuchni.

- Po pro­stu po­trze­bu­jesz god­nego sie­bie prze­ciw­nika.

Za­uwa­żam błysk w jego oku. Do tego fa­ceta ni­gdy nic nie do­ciera.

- Nie, nie pró­buj swa­tać mnie z żad­nym ze swo­ich ża­ło­snych kum­pli.

- Clem?

- Co?

- Nie zro­zum mnie źle. - Unosi jedną brew. - Ale czy ty je­steś les­bijką? - W obron­nym ge­ście unosi ręce, za­nim zdążę szy­der­czo się ro­ze­śmiać. - Nie mam nic prze­ciwko, je­śli je­steś. Nie osą­dzam cię i na­prawdę uwa­żam, że to by­łoby cał­kiem sek­sowne.

- Pier­dol się, Ryan.

- Nie by­ła­byś taka spięta, gdy­byś choć raz po­szła z kimś do łóżka.

- A kto mówi, że nie po­szłam?

Tak jest za­wsze. Spo­ty­kam spoj­rze­nie Har­per, która krzywi się z nie­sma­kiem. Wie, jak tego nie­na­wi­dzę.

- Clem nic na to nie po­ra­dzi, że więk­szość fa­ce­tów nie jest w sta­nie spro­stać jej stan­dar­dom - mówi Jenna, zbie­ra­jąc na­sze pa­pie­rowe ta­le­rze.

- Dzięki. - Nie cho­dziło o to, że z ni­kim się nie uma­wia­łam. Po pro­stu zre­zy­gno­wa­łam z po­szu­ki­wa­nia fa­ceta, który nie byłby po­pier­dzie­lony. Nie zdra­dzałby. Nie byłby stal­ke­rem. Tak, fa­ceci są po­wa­leni.

Ryan marsz­czy brwi.

- Już od ja­kie­goś czasu cho­dzę z Jenną i przez ten czas nie mia­łaś żad­nego chło­paka. To po­pie­przone. Wszy­scy moi kum­ple śli­nią się do cie­bie, a i ja są­dzę, że gdy­byś się z kimś zwią­zała, ludzki ga­tu­nek od­niósłby ko­rzyść.

Bar­dzo śmieszne. Moje geny nie wy­dają się nie­zwy­kłe. Je­stem ra­czej ni­ska, mam dłu­gie, ja­sne włosy i nie­bie­skie oczy. Lu­dzie mó­wią, że Jenna i ja mo­gły­by­śmy po­da­wać się za sio­stry, ale ona ma je­dwa­bi­ste i gład­kie włosy, a ja dłuż­sze i fa­lo­wane. Gdy­bym chciała wy­glą­dać tak sza­łowo jak Jenna, kiedy wstaje z łóżka, mu­sia­ła­bym spę­dzić pół dnia z su­szarką w ręce. To nie dla mnie.

Je­dyne, co działa na moją ko­rzyść, to za­mi­ło­wa­nie do bie­ga­nia i wspi­na­czki, więc przy­naj­mniej żadna z mo­ich czę­ści ciała przez ja­kiś czas nie zwięk­szy swo­jej ob­ję­to­ści.

Ryan wska­zuje mnie pal­cem i chy­trze się uśmie­cha.

- To, że z ni­kim się nie uma­wiasz, za­pewne ozna­cza, że nie­na­wi­dzisz męż­czyzn. Mam ra­cję? Wszyst­kich oprócz mnie.

Robi minę szcze­niaczka, pod­czas gdy Jenna gru­cha do niego.

Rany bo­skie.

- Nie nie­na­wi­dzę męż­czyzn. Nie­na­wi­dzę prze­wi­dy­wal­nych fa­ce­tów. - Nie wiem, co dzi­siaj wstą­piło w Ry­ana. Po­wi­nien wie­dzieć, że le­piej ze mną nie za­czy­nać.

- Wiesz co, dziew­czyno? Po­win­naś cho­dzić z na­lepką ostrze­gaw­czą - żar­tuje Ryan. - Nie­wła­ściwa ob­sługa może do­pro­wa­dzić do urazu lub śmierci.

- Do­brze, za­cznijmy więc od cie­bie - mó­wię i udaję, że ude­rzam go w brzuch.

* * *

Bay State Road po­ra­stają klony i bujny bluszcz. Wi­dok jest tak ładny, że można by go wy­słać na pocz­tówce do domu. Gdy­bym tylko wy­sy­łała do domu pocz­tówki.

Na­sze miesz­ka­nie na ten rok znaj­duje się do­kład­nie jedną prze­cznicę od Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego. Cho­ciaż czuję się wy­koń­czona, a na ulicy jest pełno stu­den­tów i aut za­par­ko­wa­nych w dwóch rzę­dach, nie­mal pod­ska­kuję z ra­do­ści, pa­trząc na na­sze nowe lo­kum.

Har­per, Jenna i ja we­szły­śmy po scho­dach i otwo­rzy­ły­śmy drzwi no­wego miesz­ka­nia.

- Za­sta­nówmy się, jak po­dzie­limy się po­ko­jami. - Har­per ma prak­tyczne po­dej­ście.

Nasz apar­ta­ment znaj­duje się na gó­rze trzy­pię­tro­wego bu­dynku i jest tro­chę więk­szy niż po­zo­stałe miesz­ka­nia sze­re­gowca, lecz to wciąż aka­de­mik.

Od frontu mamy nie­wiel­kie wspólne po­miesz­cze­nie, z któ­rego wcho­dzi się do trzech po­koi - jed­nego dla dwóch osób i dwóch po­je­dyn­czych. Za­uwa­żam ła­zienkę. Cztery dziew­czyny dzie­lące jedną ła­zienkę to nic za­baw­nego.

- Dani bę­dzie miesz­kała ze mną - mówi Jenna - dla­tego biorę ten po­dwójny po­kój od frontu.

I tak przez więk­szość czasu po­miesz­kuje u Ry­ana, więc nie po­trze­buje pry­wat­no­ści.

Je­stem za­do­wo­lona, że to nie mnie przyj­dzie dzie­lić po­kój z nową dziew­czyną.

Ta­kie są nie­do­god­no­ści zwią­zane z miesz­ka­niem na te­re­nie kam­pusu. Cho­ciaż jest też sporo za­let. Sys­tem wy­boru miesz­ka­nia opiera się na lo­so­wa­niu, dla­tego nie wzięto pod uwagę tego, że chcia­ły­by­śmy miesz­kać we trzy, i przy­dzie­lono nam miesz­ka­nie dla czte­rech osób. Mo­gły­śmy cze­kać, aż przy­ślą nam ja­kąś współ­lo­ka­torkę lub same ko­goś zna­leźć. Jenna przy­sięga, że po­lu­bimy Dani, ale ja wstrzy­muję się z oceną, po­nie­waż ostroż­no­ści ni­gdy dość. Zwłasz­cza je­śli jest się w mo­jej sy­tu­acji.

Pró­buję nie rzu­cać się w oczy, po­nie­waż prasa z roz­ko­szą dru­ko­wa­łaby moje na­zwi­sko na pierw­szych stro­nach bru­kow­ców. Mój brat bliź­niak kilka razy zna­lazł się w ta­kiej sy­tu­acji, ale Jax do­brze czuje się w świe­tle re­flek­to­rów, bo dzięki nim może za­li­czyć każdą la­skę, która wpad­nie mu w oko.

Moim ce­lem jest spo­kojne ży­cie, cho­ciaż cza­sami bywa nudno. Bóg mi świad­kiem, że do­świad­czy­łam już dość dra­ma­tów.

Po­doba mi się spo­kój, więc swoją książkę opu­bli­ko­wa­łam pod pseu­do­ni­mem. Za nic w świe­cie nie przy­zna­ła­bym się do po­rażki, która stała się in­spi­ra­cją dla tej po­wie­ści.

Har­per pa­trzy na mnie py­ta­jąco, więc wzru­szam ra­mio­nami. Za­pła­ci­łam za po­je­dyn­czy po­kój, cho­ciaż to dla mnie duży wy­da­tek, ale nie je­stem w sta­nie pi­sać, je­śli ktoś obok mnie ogląda Glee.

- Mo­żesz za­jąć ten, który ci się bar­dziej po­doba. Ja będę szczę­śliwa, je­śli tylko nie zo­stanę zmu­szona do po­now­nego miesz­ka­nia z Evą Ri­chard­son - mó­wię i wzbu­dzam śmiech.

Eva, moja współ­lo­ka­torka, z którą miesz­ka­łam na pierw­szym roku, wredna dziew­czyna na­le­żąca do żeń­skiego sto­wa­rzy­sze­nia stu­den­tek, zmie­niła moje ży­cie w pie­kło i spra­wiła, że spik­nę­łam się z Har­per.

Sły­chać kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze, więc od­wra­camy się i wi­dzimy za­sa­pa­nego Ry­ana.

- Cho­lera. Nie mo­gły­ście do­stać po­koju na pierw­szym lub dru­gim pię­trze? - Gdy wcho­dzi na szczyt scho­dów, pod­rzuca pu­dła, żeby le­piej je chwy­cić.

- Ju­tro wie­czo­rem sta­wiamy drinki i ko­la­cję - mó­wię, za­bie­ra­jąc od niego jedno pu­dło. - Poza tym to cena, jaką pła­cisz za moż­li­wość cho­dze­nia z jedną z naj­ład­niej­szych dziew­czyn na kam­pu­sie. Pod­czas prze­pro­wadzki mu­sisz być na­szym ro­bo­lem. Weź się w garść, chło­pie.

Wzdy­cha i przy­ta­kuje.

- Masz ra­cję.

No do­bra, może nie wszy­scy fa­ceci są po­wa­leni.

ROZ­DZIAŁ 2

Na­stęp­nego dnia wszystko mnie boli, jak­bym zo­stała sko­pana przez śred­niej wiel­ko­ści trzodę chlewną, więc nie mam naj­mniej­szej ochoty iść do pracy. Je­stem jedną z asy­sten­tek kie­row­nika w kam­pu­so­wej księ­garni. To po­żą­dane sta­no­wi­sko wśród stu­den­tów, po­nie­waż przy­słu­gują na nim zniżki na książki, ubra­nia, a co naj­waż­niej­sze - rów­nież na kawę. Księ­gar­nia ma trzy pię­tra, zaj­muje po­łowę prze­cznicy i znaj­duje się w niej wszystko z Bar­nes & No­ble i Star­bucksa, a także pod­sta­wowe ele­menty wy­po­sa­że­nia aka­de­mi­ków oraz ubra­nia. Nad­gor­liwi ro­dzice mogą wy­po­sa­żyć gów­niane po­ko­iki swo­ich po­ciech, za­pła­cić kro­cie za pod­ręcz­niki, a na­wet ku­pić ja­kiś dur­no­waty ku­bek dla babci.

Uwiel­biam swoją pracę. Za­zwy­czaj. Sta­nowi dla mnie od­skocz­nię, spra­wia, że nie za­my­kam się w so­bie, co jest moją ty­pową re­ak­cją na stres. Te­raz nad­ciąga naj­go­ręt­szy okres roku.

Za­ję­cia za­czy­nają się za kilka dni, więc mu­szę ra­dzić so­bie z prze­peł­nio­nym ma­ga­zy­nem. Po­trze­buję pie­nię­dzy - niech mnie szlag trafi, je­śli za­dzwo­nię do matki po po­moc - więc do­daję so­bie ener­gii, pi­jąc po­dwójne latte, i przy­go­to­wuję się na cze­ka­jące mnie za­da­nia.

Sprze­daż książki przy­nio­sła mi sporo pie­nię­dzy, ale stu­diuję na jed­nej z naj­droż­szych uczelni w kraju, która mie­ści się w jed­nym z naj­droż­szych miast w Sta­nach, więc moja sy­tu­acja fi­nan­sowa nie jest do­bra. Matka płaci cze­sne za mo­jego brata, który na szczę­ście stu­diuje po dru­giej stro­nie ulicy na Bo­ston Col­lege, więc nie mu­szę go co­dzien­nie oglą­dać i przy­po­mi­nać so­bie, ja­kie ma fory w ro­dzi­nie.

Pi­szę krótką wia­do­mość do Jenny. Tłu­ma­czę, że nie je­stem w sta­nie przyjść na wy­stęp Ry­ana, i obie­cuję wy­su­płać tro­chę kasy, żeby ku­pić mu kilka drin­ków w za­mian za po­moc przy prze­pro­wadzce.

Jenna od­pi­suje: Ro­zu­miem, ale i tak je­steś zdzirą. Szkoda, że cię nie bę­dzie! Chcia­łam, że­byś po­znała Mur­phy'ego, no­wego gi­ta­rzy­stę. Przy­stoj­niak.

Od­po­wia­dam jej ze śmie­chem: Prze­stań mnie wra­biać!

Jenna: Za­ro­śnie ci cipka i bę­dziesz mu­siała iść na za­bieg chi­rur­giczny, żeby móc jej uży­wać.

Ja: Nie martw się. Mam ubez­pie­cze­nie. I po­moc­ni­ków na ba­te­rie, któ­rzy mnie nie zdra­dzają ani nie stal­kują. To osta­teczny ar­gu­ment!

No do­bra, nie mam ubez­pie­cze­nia. Ani wi­bra­tora. Czuję się tro­chę głu­pio, że skła­ma­łam, ale Jenna zu­peł­nie nie ro­zu­mie, dla­czego nie chcę się z ni­kim uma­wiać, a ja nie mam ochoty na to, żeby jej się tłu­ma­czyć. Po­now­nie.

Jenna: Do­bra. Po­zwolę ci nie przyjść dziś wie­czo­rem, ale pod JED­NYM wa­run­kiem.

Ja: ?

Jenna: Dasz mi wolną rękę, że­bym mo­gła za­pla­no­wać twoje uro­dziny w przy­szły week­end. CARTE BLAN­CHE.

Ja: Ostro się tar­gu­jesz. A jak po­wiem nie?

Jenna: To masz dzie­sięć mi­nut, żeby wziąć dupę w troki i przyjść na kon­cert.

Ja: Ale z cie­bie suka. Do­brze. Masz te uro­dziny.

Jenna: Ko­cham Cię! Nie pra­cuj do późna.

Krę­cąc głową, od­kła­dam te­le­fon i biorę się za ro­botę.

Kiedy koń­czę in­wen­turę, jest już po pół­nocy. Ken­more Squ­are za­peł­nił się stu­den­tami idą­cymi na Lans­do­wne Street, gdzie znaj­duje się kil­ka­na­ście ba­rów, lecz ja skrę­cam w Bay State Road, a prze­cznica, przy któ­rej stoi mój bu­dy­nek, jest ciemna. Dwie la­tar­nie nie świecą, więc mi­mo­wol­nie przy­spie­szam kroku. W końcu stoję przed drzwiami.

Czuję ulgę, wi­dząc Har­per sie­dzącą na ka­na­pie i roz­ma­wia­jącą przez te­le­fon.

- Je­steś sama? - py­tam, gdy się roz­łą­cza.

- Tak, Jenna po­szła do Ry­ana. Wiesz, co się z nimi dzieje po kon­cer­tach - od­po­wiada, wy­wra­ca­jąc oczami. - Dani wy­szła na mia­sto z przy­ja­ciółmi.

Pod­no­szę koc, któ­rym jest okryta, mosz­czę się obok niej i oglą­damy te­le­wi­zję z wy­ci­szo­nym dźwię­kiem. Kie­dyś bę­dziemy mu­siały za­jąć się kar­to­nami usta­wio­nymi pod ścia­nami, ale je­stem zbyt pad­nięta, żeby o tym my­śleć. Te­raz, gdy usia­dłam, czuję, jak bolą mnie nogi, a zmę­cze­nie opa­no­wuje całe moje ciało.

- Jak było? - py­tam.

- Ze­spół wy­padł świet­nie, ale Kade, ten wielki ku­tas, cały czas mnie ob­ła­piał.

Kade jest bęb­nia­rzem w ze­spole. To syn ja­kie­goś po­li­tyka i wy­daje mu się, że wszystko mu wolno. Fa­ceci tacy jak on, z pie­niędzmi i wła­dzą, po­zba­wieni re­spektu dla norm spo­łecz­nych, są nie­bez­pieczni, o czym sama bo­le­śnie się prze­ko­na­łam.

- Ja pier­dzielę.

- Mam gdzieś to, że mu się po­do­bam. Jak jesz­cze raz po­łoży łapy na moim tyłku, to po­ża­łuje.

Har­per nie ma tak oczy­wi­stej urody jak Jenna, ale jest osza­ła­mia­jąca na swój ory­gi­na­lny spo­sób. Po­nadto to jedna z nie­licz­nych osób czu­ją­cych się do­brze we wła­snej skó­rze, które znam. A na do­da­tek stu­diuje psy­cho­lo­gię i z roz­ko­szą grze­bie mi w gło­wie, kiedy po­trze­buję jej po­mocy.

- Co za ob­lech. Nie wiem, dla­czego Ryan się z nim przy­jaźni.

Siada wy­god­niej.

- Ale ten nowy gi­ta­rzy­sta jest cudny. I ślicz­niutki!

- No wła­śnie sły­szę. - Ni­gdy nie wi­dzia­łam fa­ceta, ale - jak wi­dać - wpadł Har­per w oko. To już coś.

- Za­mie­rzasz rzu­cić swo­jego ko­cha­sia dla niego?

- No wiesz!

* * *

Je­stem. Taką. Idiotką.

Z to­rebki wyj­muję spis za­jęć na ten rok. Wsa­dzi­łam tam tę kartkę w maju i szybko o niej za­po­mnia­łam. Czy­tam na­zwy przed­mio­tów: mity grec­kie i rzym­skie w li­te­ra­tu­rze, psy­cho­lo­gia, pi­sa­nie ro­man­sów i ma­te­ma­tyka sto­so­wana.

Przez trzy lata od­ra­cza­łam dwie rze­czy - obo­wiąz­kowy kurs ma­te­ma­tyki (po­nie­waż je­stem ma­te­ma­tycz­nie nie­do­ro­zwi­nięta) oraz za­pi­sa­nie się na to, co - jak przy­pusz­cza­łam - bę­dzie moim ulu­bio­nym przed­mio­tem, czyli pi­sa­nie po­wie­ści young adult z pro­fe­sor Gol­ding. Ze­szłej wio­sny była na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim i nie wy­kła­dała w dru­gim se­me­strze, więc tej je­sieni mam ostat­nią szansę, żeby tra­fić na jej za­ję­cia. Wie­rzę, że po­mogą mi zna­leźć po­my­sły do książki.

Ści­ska mi się żo­łą­dek, gdy po­now­nie czy­tam li­stę przed­mio­tów.

Ja­kim trzeba być ge­niu­szem, żeby do­piero te­raz uświa­do­mić so­bie, że przy­pad­kowo za­pi­sa­łam się na pi­sa­nie ro­man­sów?

Wi­zja tego, że pro­fe­sor Gol­ding bie­rze mnie pod swoje skrzy­dła, szybko roz­pływa się przed mo­imi oczami.

Szanse na to, że na jej za­ję­ciach po­zo­stało miej­sce dla jesz­cze jed­nej stu­dentki, są ta­kie same jak na zna­le­zie­nie w Bo­sto­nie ulicy bez dziur w as­fal­cie.

Jesz­cze je­den wy­kła­dowca uczy pi­sa­nia young adult, ale na pierw­szym roku do­stał są­dowy za­kaz zbli­ża­nia się do mnie, więc prę­dzej za­mar­z­łoby pie­kło, niż za­pi­sa­ła­bym się na je­den z pie­przo­nych kur­sów pro­wa­dzo­nych przez niego.

Mia­łam całe lato, całe cho­lerne lato, żeby to za­uwa­żyć, ale w ogóle nie wpa­dłam na to, żeby spoj­rzeć na spis przed­mio­tów i spraw­dzić, czy wszystko się zga­dza. Pew­nie za­uwa­ży­łam tylko frag­ment pi­sa­nie po­wie­ści i za­ło­ży­łam, że jest tak, jak po­winno być. Ja pier­dolę.

Przez dzie­sięć mi­nut w peł­nym sku­pie­niu po­rów­ny­wa­łam moją kartę re­je­stra­cyjną z ka­ta­lo­giem za­miesz­czo­nym w in­ter­ne­cie i za­uwa­ży­łam, że nu­mery kur­sów z young adult i pi­sa­nia ro­man­sów są pra­wie iden­tyczne. Jed­nak nie­dzielny wie­czór po Świę­cie Pracy nie jest od­po­wied­nim cza­sem na ta­kie olśnie­nia, po­nie­waż i tak nic nie wskó­ram, do­póki nie za­czną się za­ję­cia.

Kurwa!

O dzie­sią­tej rano we wto­rek ko­niecz­nie mu­szę się na­pić. Szota. Może te­qu­ili. Nie je­stem pi­jaczką, ale wi­dok tłumu stu­den­tów sto­ją­cych pod salą i pró­bu­ją­cych się za­pi­sać na kurs YA pro­wa­dzony przez Gol­ding spra­wia, że czuję się po­ko­nana. Dwa razy spraw­dzam go­dziny jej dy­żu­rów i po­sta­na­wiam spo­tkać się z nią po za­ję­ciach, po czym idę na pi­sa­nie ro­man­sów.

Wy­wra­cam oczami. Nie­na­wi­dzę ro­man­sów.

Mam prze­rą­bane.

* * *

Spóź­ni­łam się dzie­sięć mi­nut, ale w końcu do­tar­łam. Wcho­dzę, spusz­czam głowę, żeby stać się nie­wi­dzialna, i sia­dam na jed­nym z ostat­nich wol­nych miejsc. Sala jest wielka i pęka w szwach, co mnie dziwi, po­nie­waż po­winni tu być tylko stu­denci ostat­niego roku pi­sa­nia.

Pro­fe­sor Mar­ce­aux prze­cha­dza się na prze­dzie sali i cmoka, pa­trząc na nas. Nie zdą­ży­łam jesz­cze spoj­rzeć na plan za­jęć, a już jedna ze stu­den­tek za­daje py­ta­nie:

- Jaka jest róż­nica po­mię­dzy Pięć­dzie­się­cioma twa­rzami Greya a ro­man­sem? - pyta dziew­czyna z pierw­szego rzędu.

Do­my­ślam się, że wszy­scy chcieli o to za­py­tać, po­nie­waż robi się har­mi­der. Czy je­stem je­dyną, która nie prze­czy­tała Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy Greya?

Mar­ce­aux za­trzy­muje się w pół kroku.

- Do­sko­nałe py­ta­nie. Po pierw­sze i naj­waż­niej­sze, Ana, główna bo­ha­terka Pięć­dzie­się­ciu twa­rzy, za­sta­na­wia się, czy chce być ule­gła Chri­stia­nowi, więc cała opo­wieść kręci się wo­kół kon­fliktu sek­su­al­nego, który spra­wia, że książkę na­leży przy­pi­sać do ga­tunku po­wie­ści ero­tycz­nych. Weźmy rów­nież pod uwagę styl. W ro­man­sie mó­wimy ko­chać się lub upra­wiać seks. Wy­daje mi się, że ra­czej nie po­wiemy pie­przyć się - mówi, uno­sząc brwi, a stu­denci za­czy­nają się śmiać.

Jezu. Czy mu­simy mó­wić o sek­sie? Czy ro­mans nie może do­ty­czyć nie­od­wza­jem­nio­nej mi­ło­ści i smut­nych spoj­rzeń? Odro­biny ma­ca­nek po pi­jaku gdzieś w sza­fie?

Wy­kła­dow­czyni ma silny fran­cu­ski ak­cent i gdy prze­cha­dza się przed nami, prze­suwa oku­lary w szyl­kre­to­wych opraw­kach na czu­bek głowy. Znowu cmoka.

- Nie uży­ła­bym rów­nież słów ta­kich jak pe­nis czy łech­taczka. Bę­dzie­cie mu­sieli wy­my­ślić ja­kieś za­bawne eu­fe­mi­zmy, żeby je za­stą­pić.

Stu­denci za­czy­nają szep­tać, kilka dziew­czyn chi­cho­cze.

Po jaką cho­lerę mam wy­my­ślać za­bawny eu­fe­mizm do słowa pe­nis? Nie za­mie­rzam go pi­sać. Ni­gdy.

Jest mi nie­do­brze.

Chło­pak sie­dzący obok mnie do­tyka mo­jego łok­cia.

- Mogę ci z tym po­móc - szep­cze, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie. - Z tymi eu­fe­mi­zmami.

- Spa­daj, dupku. - Bły­ska­wicz­nie się pa­kuję i wy­bie­gam z sali. Pro­fe­sorka coś do mnie mówi, gdy za­trza­skują się za mną drzwi. Se­kundę póź­niej sły­szę gło­śny śmiech.

Gdy wra­cam do domu, pęka mi łeb. Póź­nym po­po­łu­dniem przy­cho­dzi Jenna i robi wiel­kie oczy na mój wi­dok.

- Chry­ste Pa­nie, Clem, co się z tobą działo na za­ję­ciach?

- Ja­kich za­ję­ciach? - Jedną nogę zgi­nam w ko­la­nie i przy­sia­dam na niej na ławce pod wy­ku­szo­wym oknem.

- Z ro­mansu. Nie wi­dzia­łaś, jak do cie­bie ma­cha­łam z tyłu sali? - Ma­cha rę­kami, jakby chciała za­de­mon­stro­wać.

- O Boże, ty też na to cho­dzisz?

- Tak! Dla­czego ucie­kłaś?

- Żar­tu­jesz so­bie? Nie będę cho­dziła na za­ję­cia pi­sa­nia o sek­sie.

Marsz­czy czoło.

- One nie są o sek­sie. Prze­ga­pi­łaś resztę wy­kładu. Po­wie­działa, że w ro­man­sie seks jest sprawą dru­go­rzędną, a naj­waż­niej­szą jest mi­łość. Seks może być jej czę­ścią, ale cho­dzi o szer­szą per­spek­tywę.

Obej­muję głowę dłońmi i ma­suję pul­su­jące skro­nie.

- A co z tymi za­ję­ciami z young adult, na które tak bar­dzo chcia­łaś cho­dzić? - pyta, prze­mie­rza­jąc po­kój.

Ję­czę i za­my­kam oczy.

- Po­my­li­łam się pod­czas re­je­stra­cji na za­ję­cia ze­szłej wio­sny i przy­pad­kowo wy­bra­łam ro­mans.

- Pech. - Robi so­bie kawę i siada obok mnie w wy­ku­szu.

Otwie­ram oczy i pa­trzę na nią.

- Jenna, nie je­stem osobą, która lubi wy­my­ślać za­bawne eu­fe­mi­zmy opi­su­jące czę­ści ciała. To nie dla mnie.

- Cóż, może to znak, no wiesz, żeby spró­bo­wać no­wych rze­czy i wziąć byka za rogi.

Te­raz ja marsz­czę czoło. Daję radę być suką, ale nie wiem, czy mam w so­bie dość od­wagi. Ostat­nim ra­zem coś na­prawdę od­waż­nego zro­bi­łam na pierw­szym roku i do tej pory od­czu­wam tego skutki.

Może dla­tego na­dal nie mogę pi­sać.

Jenna sztur­cha mnie łok­ciem, pró­bu­jąc mnie po­cie­szyć.

- Uśmiech­nij się. Przy­go­tuję coś na­prawdę za­baw­nego na twoje przy­ję­cie uro­dzi­nowe.

- Su­per. Cie­szy mnie to, je­śli tylko nie będę mu­siała wy­my­ślać eu­fe­mi­zmów do słowa pe­nis.

Na jej twa­rzy ma­luje się roz­cza­ro­wa­nie.

- Szkoda, psu­jesz za­bawę.

Może i tak, ale dzięki temu czuję się bez­piecz­niej.

ROZ­DZIAŁ 3

Nie mam po­my­słu ani na książkę, ani na to, jak do­stać się na za­ję­cia z YA. Cze­kam na jesz­cze jedną złą wia­do­mość, bo gów­niane wie­ści za­wsze cho­dzą trój­kami.

Bła­ga­łam pro­fe­sor Gol­ding, żeby po­zwo­liła mi przy­cho­dzić na swoje za­ję­cia, ale wrę­czyła mi tylko li­stę re­zer­wo­wych, która cią­gnęła się na dwie strony. Scho­wa­łam więc dumę do kie­szeni i prze­pro­si­łam pro­fe­sor Mar­ce­aux za to, że wy­bie­głam z jej wy­kładu. Po­wie­dzia­łam jej, że to był na­gły wy­pa­dek, i prze­mil­cza­łam, że pra­wie umar­łam, kiedy usły­sza­łam łech­taczka.

I te­raz wła­śnie my­ślę nad eu­fe­mi­stycz­nymi okre­śle­niami łech­taczki, ta­kimi jak mo­ty­lek, gu­zi­czek, myszka, pą­czuś.

O Boże.

Przed oczami staje mi nie­po­żą­dany ob­raz. Wkłada dłoń po­mię­dzy jej de­li­katne uda i głasz­cze jej pul­su­ją­cego mo­tylka.

Jezu. Niech mnie ktoś za­strzeli, je­śli kie­dy­kol­wiek na­pi­szę to w ja­kiejś książce.

Go­dzę się na to, że w tym se­me­strze będę brała udział w idio­tycz­nych za­ję­ciach z pi­sa­nia ro­man­sów, i wy­bie­ram się na za­kupy do księ­garni. Za­kra­dam się w na­dziei, że nie za­go­nią mnie do ro­boty, ale kiedy pod­cho­dzę do kasy, ką­tem oka za­uwa­żam jego. Tego pier­dzie­lo­nego zła­masa.

Serce o mało nie wy­rwie mi się z piersi, krew pły­nie szyb­ciej w ca­łym moim ciele. Z tru­dem ła­pię od­dech i pierw­sze, co przy­cho­dzi mi do głowy, to ukryć się za kasą.

Chyba mnie nie za­uwa­żył. Pro­szę. Odejdź. Stąd.

Dziew­czyna sto­jąca przy ka­sie wraca z prze­rwy. Jej buty po­ja­wiają się przede mną, za­raz po­tem mnie za­uważa. Robi wiel­kie oczy. Unosi jedną brew, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co jej sze­fowa robi pod ladą. Po dru­giej stro­nie stołu sły­szę głos Ja­sona Whe­elera, mo­jego pro­fe­sora z za­jęć kre­atyw­nego pi­sa­nia na pierw­szym roku.

- Becca, je­śli bę­dziesz zwra­cała na mnie uwagę, zmiaż­dżę ci zę­bami kość udową.

Gapi się przez chwilę, unosi drugą brew na wy­so­kość pierw­szej, po czym od­suwa się i pro­stuje, więc znowu wi­dzę tylko jej stopy.

- Dzień do­bry, pro­fe­so­rze Whe­ele­rze. Czy to wszystko?

Boże, jak ona szcze­bio­cze.

- Tak, dzię­kuję, skar­bie.

Chce mi się rzy­gać, gdy sły­szę ten jego gładki, ak­sa­mitny, za­srany głos. Albo sko­pać mu jaja, a po­tem się zrzy­gać.

Kasa pisz­czy, gdy Becca ska­nuje za­kupy Whe­elera.

- Czy ja cię znam, moja droga? - pyta.

No i pro­szę.

Becca chi­cho­cze.

- Uczył mnie pan li­te­ra­tury bry­tyj­skiej kilka lat temu. Je­stem za­sko­czona, że pan pa­mięta.

- Je­steś zbyt ładna, żeby cię za­po­mnieć.

Rzyg.

- Ro­bisz ma­gi­sterkę na an­gli­styce?

Dziew­czyna za­pewne po­twier­dza ski­nie­niem głowy.

- Wspa­niale - do­daje Whe­eler.

- Jak mi­nęło panu lato? - pyta dziew­czyna, ko­ły­sząc się na pię­tach.

- Spę­dzi­łem je w Lon­dy­nie. Było fan­ta­stycz­nie. Wró­ci­łem do­piero kilka dni temu.

Becca śmieje się, cho­ciaż nie było w tym nic śmiesz­nego.

Whe­eler mówi coś, czego nie je­stem w sta­nie usły­szeć. Po czym do­daje:

- Przyjdź do mnie, je­śli bę­dziesz miała ja­kiś pro­blem. Z przy­jem­no­ścią ci po­mogę.

Co za ob­le­śny typ.

Wie­dzia­łam, że wróci na za­ję­cia je­sie­nią, ale nie by­łam przy­go­to­wana na jego wi­dok. Spusz­czam wzrok i za­uwa­żam, że za­czę­łam po­cie­rać nad­gar­stek. Za­my­kam oczy i głę­boko od­dy­cham, żeby wziąć się w garść. Kiedy je otwie­ram, wi­dzę, że Becca ukuc­nęła na­prze­ciw mnie.

- Po­szedł, cho­ciaż nie mam po­ję­cia, dla­czego się przed nim scho­wa­łaś. Jest cudny! Ko­cha­łam się w nim na pierw­szym roku.

- Prze­pra­szam, że po­stra­szy­łam cię prze­gry­zie­niem nogi. - Nie za­mie­rza­łam wbi­jać zę­bów w jej udo. - On i ja mamy złe wspo­mnie­nia.

- Och, dał ci złą ocenę, tak? - Wy­dyma usta.

- Coś w tym stylu. - Nie­zu­peł­nie o to cho­dzi. Gdy opusz­cza mnie pa­ra­liż, mogę po­krę­cić głową. - Becca?

Przy­klęka, żeby znowu na mnie po­pa­trzeć.

- Nie cho­dziło o złą ocenę. - Prze­ły­kam ślinę, pró­bu­jąc po­zbyć się guli z gar­dła. - To zły czło­wiek. Jest... nie­bez­pieczny. - Chcę jej po­wie­dzieć, żeby trzy­mała się z dala od niego, ale nie mogę wy­du­sić z sie­bie tych słów.

Pa­trzy na mnie, jak­bym mó­wiła w ob­cym ję­zyku. Kilka dziew­czyn pod­cho­dzi do kasy, ich roz­mowa prze­rywa kło­po­tliwą ci­szę.

Becca zerka na nie, po czym zwraca się do mnie:

- Nie wiem, co o tym my­śleć, ale w po­rządku.

Nie mam jak jej wy­ja­śnić swo­jego oso­bli­wego za­cho­wa­nia, po­nie­waż jedna z klien­tek pyta, gdzie znaj­dzie or­ga­ni­zer na pi­loty do za­wie­sze­nia przy łóżku, więc Becca od­dala się, żeby po­móc jej szu­kać.

Nie wiem, jak długo tam sie­dzę, pró­bu­jąc uspo­koić od­dech i trzę­sące się ręce. Z za­my­śle­nia wy­rywa mnie sy­gnał przy­cho­dzą­cego SMS-a: Nie za­po­mnij ku­pić ogu­mie­nia!

Wia­do­mość od Jenny przy­po­mi­na­jąca mi o tym za­da­niu jest jak wi­sienka na tor­cie tego po­pie­przo­nego dnia.

Cze­kam jesz­cze dzie­sięć mi­nut, żeby mieć pew­ność, że Whe­eler po­szedł, po czym wy­cho­dzę, z każ­dym kro­kiem czu­jąc na­si­la­jący się ból głowy. Po­win­nam iść na si­łow­nię, żeby wy­po­cić na­pię­cie, ale naj­pierw mu­szę na­peł­nić akwa­rium.

Nie, nie cho­dzi o rybki.

- Mój le­karz prze­pi­sał mi ja­kąś maść na za­pa­le­nie dzią­seł - mówi star­szy męż­czy­zna, zwra­ca­jąc się do far­ma­ceuty, gdy cze­kam w ko­lejce do okienka.

Nie ma nic złego w ku­po­wa­niu pre­zer­wa­tyw. To pod­sta­wowy pro­dukt jak chleb i mleko. To tylko nie­wielki ka­wa­łek gumy okry­wa­jący mę­skie przy­ro­dze­nie. Nie po­win­nam się wsty­dzić, prawda?

Dziś rano Jenna uświa­do­miła so­bie, że na­sze akwa­rium z pre­zer­wa­ty­wami jest pu­ste, i pra­wie do­stała ataku serca. Po­tem była zbyt wy­koń­czona, żeby pójść i uzu­peł­nić za­pasy, więc po­wie­dzia­łam, że ja to zro­bię. W końcu jest pią­tek. Nie mogę po­zwo­lić, by pe­nis zna­lazł się w sy­tu­acji pod­bram­ko­wej i nie mógł jej wy­ko­rzy­stać. Ża­den czło­nek nie prze­mknie się bez gumki pod­czas mo­jej warty.

Biorę głę­boki od­dech, nie zwra­cam uwagi na pot po­ja­wia­jący się pod mo­imi pa­chami.

Och, jak tu go­rąco.

Gor­sze od sa­mego ku­po­wa­nia gu­mek jest to, że mu­szę po­pro­sić o po­da­nie mi opa­ko­wa­nia w roz­mia­rze maksi. I nie ma­łego opa­ko­wa­nia, lecz do­słow­nie ogrom­nego, by star­czyło dla Ry­ana.

Jenna i jej chło­pak pa­rzą się jak wy­głod­niałe psy, a skoro już sły­sza­łam z ob­sce­nicz­nych krzy­ków, jaki jest wiel­gachny, wiem, że po­win­nam po­pro­sić o roz­miar dla gi­ganta.

Kiedy staję przed okien­kiem, wy­pi­nam pierś. Je­stem no­wo­cze­sną dziew­czyną. Dam radę.

- Po­pro­szę naj­więk­sze opa­ko­wa­nie pre­zer­wa­tyw Tro­jan Ma­gnum w roz­mia­rze XL - mó­wię ci­cho, słowa brzmią obco w mo­ich ustach.

Far­ma­ceutka nie­znacz­nie unosi brwi i sięga po duże, błysz­czące pu­dełko. No wi­dzisz, nie było tak źle, mó­wię so­bie. Lecz za­raz sły­szę gwiz­da­nie do­cho­dzące z tyłu.

- Ma­leńka, gdzieś ty była przez całe moje ży­cie?

Spi­nam się, ale po chwili tylko wy­wra­cam oczami.

- Se­rio? Na­prawdę masz taki pod­ryw? - mam­ro­czę. Uni­kam wzro­kiem dwóch fa­ce­tów sto­ją­cych za mną i się­gam do to­rebki, żeby wy­jąć port­fel.

- Och, chodź tu­taj, sło­dziutka. Nie od­trą­caj mnie. Mam coś spe­cjal­nego dla do­brze wy­po­sa­żo­nych dziew­czyn.

Zło­śliwy chi­chot spra­wia, że do­staję gę­siej skórki.

- No wiesz, jak chcesz spraw­dzić ja­kość, mogę zor­ga­ni­zo­wać dla cie­bie przy­miarkę. Po­do­bno mam wspa­niały okaz.

Po­daję pie­nią­dze i od­wra­cam się do niego. Du­pek jest wy­soki i zbu­do­wany jak kul­tu­ry­sta. Otwie­ram sze­roko oczy i idę ku niemu, mru­ga­jąc rzę­sami jak la­lu­nia, za którą mnie uważa. Przy­gry­zam usta i mie­rzę go wzro­kiem, przy­glą­dam się jego sze­ro­kim ra­mio­nom, po czym spusz­czam wzrok na to miej­sce. Chi­cho­czę jak zdzira i z uśmie­chem pa­trzę mu w oczy.

- Jak miło, że mi to za­pro­po­no­wa­łeś, bo je­steś tak zbu­do­wany!

Uśmie­cha się od ucha do ucha, jakby sły­szał to już nie­jed­no­krot­nie.

- Za­pewne co­dzien­nie pod­no­sisz cię­żary, co ozna­cza, że mu­sisz so­bie coś kom­pen­so­wać, więc te ma­leń­stwa - mó­wię, dum­nie po­trzą­sa­jąc pu­deł­kiem prąż­ko­wa­nych, na­wil­ża­nych gu­mek - są ra­czej da­leko poza twoim za­się­giem.

Do­piero gdy kum­pel dupka wy­bu­cha śmie­chem, uświa­da­miam so­bie, że skądś go znam, ale ma czapkę z dasz­kiem na­su­niętą na oczy, więc nie wi­dzę jego twa­rzy. Cho­lera. Gdzie ja go wi­dzia­łam?

Po chwili stwier­dzam, że nic mnie to nie ob­cho­dzi, i wzdy­cham, pa­trząc na za­cze­pia­ją­cego mnie plat­fusa. Nieco zbladł, znik­nął też jego uśmiech.

- Suka - mówi du­pek pod no­sem, a ja za­rzu­cam torbę na ra­mię i wy­cho­dzę.

Kręcę głową. Ktoś po­wi­nien mu po­wie­dzieć, że to nie było ob­raź­liwe. I że nie jest zwłasz­cza wtedy, gdy znie­chę­cam do sie­bie ta­kich dup­ków.

* * *

- Chyba cię po­srało, je­śli są­dzisz, że za­łożę to na sie­bie. - Prze­glą­dam się w lu­strze. Na­le­żąca do Jenny ob­ci­sła jak druga skóra srebrna kiecka nie po­zo­sta­wia nic wy­ob­raźni. Ma głę­bo­kie wy­cię­cie z tyłu i de­kolt, więc wy­glą­dam na gołą. - Nie ma mowy.

Na­wet gdy roz­pusz­czam włosy, żeby okryć się nimi jak zbroją, na­dal po­ka­zuję za dużo ciała.

- Oj, prze­stań! - Jenna wy­dyma usta. Prosi mnie swo­imi wiel­kimi piw­nymi oczami.

Po­lu­bi­łam Jennę w chwili, gdy się po­zna­ły­śmy, kiedy po­wie­działa mi, że po­mię­dzy przed­nimi zę­bami mam ka­wa­łek bro­kułu. Trudno zna­leźć tak bez­po­śred­nią przy­ja­ciółkę, ale wciąż nie mogę uwie­rzyć, że ta cienka bi­bułka otu­la­jąca moje ciało jest od­po­wied­nim stro­jem do wyj­ścia do lu­dzi.

Jenna kle­pie mnie w ra­mię.

- Za­wio­dłaś nas na ca­łej li­nii w ostat­nią so­botę. Po­wie­dzia­łaś po­tem, że mam carte blan­che w ten week­end. Carte. Blan­che.

- Czy prze­bra­nie mnie za pro­sty­tutkę jest jed­nym z two­ich ce­lów?

Prze­su­wam dłońmi po cien­kim ma­te­riale i zwi­jam się ze wstydu, że ktoś mnie zo­ba­czy w ta­kim stroju.

- Wy­glą­dasz osza­ła­mia­jąco, je­śli chcesz wie­dzieć - mówi Har­per i rzuca się na moje łóżko. - Masz za­bój­cze ciało, a po­nadto ko­lor su­kienki spra­wia, że twoje oczy są bar­dziej szare niż nie­bie­skie.

Jenna wska­zuje Har­per.

- Wi­dzisz, ona ni­gdy nie kła­mie. Pro­szę, za­trzy­maj tę su­kienkę! Po­wie­dzia­łaś, że nie masz w co się ubrać. Nie mogę jej zwró­cić, a na mnie nie leży tak do­brze. W skle­pie wy­glą­dała le­piej, a kiedy za­ło­ży­łam ją w domu, za­uwa­ży­łam, że moja skóra ma w niej zie­lon­kawy od­cień. A ty ja­kimś cu­dem wy­glą­dasz na opa­loną. Nie­na­wi­dzę cię, ty zdziro.

Nie mogę się po­wstrzy­mać i za­czy­nam się śmiać. Mówi prawdę - nie mam w co się ubrać.

Kładę dłoń na bio­drze, wy­su­wam ło­kieć i pry­cham.

- Za­mknij się, bo do­sta­niesz w łeb.

Chi­cho­cze, pod­czas gdy ja od­wra­cam głowę i spraw­dzam w lu­strze, jak wy­glą­dam z tyłu.

- Cóż, za­nim wyjdę w tym do lu­dzi, mu­szę znać na­sze plany.

- Idziemy na ko­la­cję do Ry­ana. Przyj­dzie rów­nież Jax!

Jax to moja druga po­łowa. Uro­dzi­li­śmy się w od­stę­pie trzech mi­nut. Je­stem pod wra­że­niem tego, że Jen­nie udało się ode­rwać mo­jego brata bliź­niaka od jego dru­żyny pił­kar­skiej i od la­ski mie­siąca. Od pew­nego czasu nie je­ste­śmy so­bie bli­scy, ale i tak sta­ram się cho­dzić na jego me­cze.

Jenna trąca mnie bio­drem.

- A po­tem idziemy po­tań­czyć i być może coś jesz­cze za­pla­no­wa­łam. - Składa ręce, przez co wy­gląda, jakby za­mie­rzała kla­skać z ra­do­ści.

- Nie­po­trzeb­nie tak się wy­si­lasz. Ja na­wet nie lu­bię ob­cho­dzić uro­dzin. Sama wiesz.

Robi wiel­kie oczy.

- Ty i Jax koń­czy­cie dwa­dzie­ścia je­den lat. To ważna oka­zja! Na­leży ją od­po­wied­nio uczcić, co ozna­cza, że mu­sisz wy­glą­dać sek­sow­nie, bo to bę­dzie twój wie­czór.

- Je­steś pewna, że nie zo­stanę aresz­to­wana za ob­na­ża­nie się w miej­scu pu­blicz­nym? - py­tam Har­per.

Śmieje się i kręci głową.

- No do­brze. Niech bę­dzie.

* * *

Je­stem za­sko­czona ilo­ścią je­dze­nia i tym, że po­ja­wiły się tłumy dziw­nych lu­dzi - kil­koro znam z pracy. Jest Ryan z nie­któ­rymi kum­plami z ze­społu, a także kilka gro­upies. Robi się jesz­cze dziw­niej, kiedy przy­cho­dzi mój brat i po­łowa dru­żyny pił­kar­skiej z Bo­ston Col­lege. Po­win­nam za­ło­żyć ko­szulkę z na­pi­sem Przy­ja­ciele nie po­zwa­lają swoim przy­ja­cio­łom stu­dio­wać na BC. Stu­denci Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego biorą to na po­waż­nie.

- Cześć, nu­dziaro - mówi Jax, uwal­nia się od swo­jej dziew­czyny i po­chyla się, żeby mnie ob­jąć.

- Cześć, fra­je­rze. - Uśmie­cham się, przy­tu­la­jąc się do niego. - Nie wi­dzia­łam cię od czwar­tego lipca. Już my­śla­łam, że po­rwała cię ja­kaś ro­syj­ska su­per­mo­delka.

- Nie­stety nie. By­łem za­jęty piłką.

Jax wita się z Jenną i Har­per. Po kilku mi­nu­tach roz­mowy o tym, co u kogo sły­chać, Jenna pro­wa­dzi mnie i Jaxa do stołu za­sta­wio­nego kil­ku­na­stoma szo­tami.

- Mu­simy wznieść to­ast za bliź­niaki! - krzy­czy Jenna, a wszy­scy wi­wa­tują.

Kim są ci lu­dzie? Roz­glą­dam się i wi­dzę Kade'a, bęb­nia­rza z ze­społu Ry­ana, roz­ma­wia­ją­cego z kimś, kogo chyba już gdzieś wi­dzia­łam. Fa­cet jest wy­soki, do­brze zbu­do­wany. Ma ciemną fla­ne­lową ko­szulę za­ło­żoną na opięty pod­ko­szu­lek. Jest przy­stojny, wręcz za­bój­czo przy­stojny. Gdy to stwier­dzam, na­tych­miast sku­piam swoją uwagę na wódce, żeby uspo­koić mo­tyle w brzu­chu, które nie wia­domo, skąd się tam wzięły.

Jenna na­chyla się do mnie z uśmie­chem.

- Wiem, że zwy­kle nie pi­jesz, ale uwierz mi, chcesz wy­chy­lić kilka szo­tów, za­nim za­czniemy grę.

Przed na­dej­ściem wio­sny nie mo­głam pić. Nie mie­sza się al­ko­holu i le­ków prze­ciw­lę­ko­wych. Te­raz jed­nak już ich nie za­ży­wam, więc prze­ma­wia do mnie po­mysł przy­tę­pie­nia zmy­słów przed nie­znaną mi kom­pro­mi­tu­jącą za­bawą wy­my­śloną przez Jennę. Się­gam po kie­li­szek.

- Zdro­wie - mó­wię i wy­chy­lam za­war­tość.

- Dzwo­nili do cie­bie ro­dzice? - pyta Jax, gdy cze­kamy, aż Jenna zdra­dzi, ja­kie sza­lone za­bawy wy­my­śliła na ten wie­czór.

- Nie. - Ni­gdy nie dzwo­nią. Mój brat pyta, bo chyba ma na­dzieję usły­szeć inną od­po­wiedź. - A do cie­bie?

- Nie. Roz­ma­wia­łem z mamą kilka ty­go­dni temu i mó­wiła coś o po­ka­zie psów, więc za­pewne wy­je­chała z mia­sta. A tata... cóż.

Ja­kież to słod­kie, ma­mie bra­kuje czasu, bo po­dró­żuje, ale oboje wiemy, że to ra­czej kłam­stwo. A nasz oj­ciec jest jak am­pu­to­wana koń­czyna, co do któ­rej wciąż mamy na­dzieję, że od­ro­śnie. Prawda jest taka, że oboje są stu­pro­cen­to­wymi dup­kami, in­te­re­su­ją­cymi się bar­dziej pracą, psami czem­pio­nami i po­ka­zami aut niż wła­snymi dziećmi.

- Daj mi roz­pi­skę swo­ich me­czów. Chcę cza­sem zo­ba­czyć cię w ak­cji.

Kiedy do­ra­sta­li­śmy, tylko ja przy­cho­dzi­łam mu ki­bi­co­wać. Na­szym ro­dzi­com ni­gdy się to nie uda­wało. Zdo­był wszyst­kie moż­liwe na­grody i wy­róż­nie­nia oraz pełne sty­pen­dium na Bo­ston Col­lege, a nasi sta­rzy za­pewne nie wie­dzą na­wet, na ja­kiej gra po­zy­cji.

- Prze­ślę e-ma­ilem. - Chrząka i wkłada ręce do kie­szeni. - Wiesz, hm, Da­ren wciąż o cie­bie pyta.

Mrużę oczy.

- Prze­stań.

Spo­gląda na mnie zna­cząco.

- Dla­czego lu­dzie za­kła­dają, że na­dal się w nim ko­cham? - mó­wię szep­tem. - Jax, to już hi­sto­ria.

- Se­rio? Prze­cież po­tem z ni­kim się nie uma­wia­łaś.

- Mo­żesz mó­wić tro­chę gło­śniej? Ci lu­dzie tam pod ścianą mo­gli nie usły­szeć. - Ob­rzu­cam go po­iry­to­wa­nym spoj­rze­niem i wy­chy­lam ko­lej­nego szota. - Sy­piał z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, po­nie­waż ja wi­docz­nie ka­za­łam mu zbyt długo cze­kać na seks. Wy­bacz, ale ra­czej nie za­ufam mu po­now­nie.

Wzdryga się, chce coś po­wie­dzieć, ale Jenna nam prze­rywa, żeby ogło­sić, że za­pla­no­wała dla nas nie­spo­dziankę:

- Ju­bi­latka musi za­ło­żyć ten na­szyj­nik z cu­kier­ków i po­trze­buje wa­szej po­mocy, chło­paki, po­nie­waż nie do­sta­nie nie­sa­mo­wi­tego pre­zentu od swo­ich współ­lo­ka­to­rek, do­póki nie zje­cie z niej wszyst­kich sło­dy­czy. - Jenna chi­cho­cze.

Gdy uświa­da­miam so­bie, czego ode mnie wy­maga, po­sta­na­wiam udu­sić ją go­łymi rę­kami. Jax pa­trzy na mnie i śmieje się, ale Jenna ma rów­nież coś dla niego.

- Ju­bi­lat, któ­rego nie­któ­rzy z was znają jako gwiazdę fut­bolu z BC, musi do­stać dwa­dzie­ścia je­den ca­łu­sów. Dziew­czyny, je­śli zde­cy­du­je­cie się go po­ca­ło­wać, na­lep­cie na jego ko­szuli jedną z tych na­kle­jek w kształ­cie serca, bo ina­czej wasz ca­łus nie bę­dzie się li­czył.

Mój brat od razu za­pa­lił się do za­bawy, za­uwa­żył ja­kąś ładną dziew­czynę i po­szedł w jej kie­runku. Od­wra­cam się i wi­dzę, że Kade zmie­rza w moją stronę z dra­pież­nym bły­skiem w oku. Cho­lera. Znowu bę­dzie pró­bo­wał mnie wy­ry­wać. Czy on się ni­gdy nie na­uczy? Jego oj­ciec jest wła­ści­cie­lem po­łowy stanu, a on po pro­stu chce mnie do­dać do swo­jego ka­ta­logu zdo­by­czy.

- Cle­men­tine, wy­glą­dasz dzi­siaj olśnie­wa­jąco - mówi i do­tyka dło­nią mo­ich wło­sów. - Po­su­wał­bym cię bez końca.

Rzu­cam mu obo­jętne spoj­rze­nie i strą­cam jego dłoń.

- Od­puść so­bie, Kade. Już kie­dyś od­by­li­śmy po­do­bną roz­mowę. - Chcę odejść, ale ła­pie mnie za rękę z taką siłą, że chyba zo­staną mi si­niaki.

- Zo­stań moją dziew­czyną. Obie­cuję, że bę­dzie ci ze mną do­brze. Chcę po­sma­ko­wać two­jego cu­kie­reczka, przez cały rok nie my­ślę o ni­czym in­nym.

Skąd on się na­uczył ta­kiej gadki? Z by­cia dup­kiem dla po­cząt­ku­ją­cych?

- Prze­pra­szam, ale mamy pe­wien pro­blem. - Staję z nim twa­rzą w twarz. Mie­rzę nie­całe sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, więc gó­ruje nade mną, ale chcę pod­kre­ślić to, co za­mie­rzam po­wie­dzieć. - Dupki nie są w moim ty­pie. A gdy­byś nie zro­zu­miał, co mam na my­śli, to wiedz, że kwa­li­fi­ku­jesz się jako du­pek. - Na­stęp­nie wy­szar­puję rękę i od­cho­dzę. Boże, te­raz mam ochotę wziąć prysz­nic, by zmyć jego do­tyk z sie­bie.

Pod­cho­dzę do stołu z drin­kami i staję na­prze­ciw Wy­so­kiego, Ogo­rza­łego Przy­stoj­niaka, który opiera się o ścianę, trzy­ma­jąc rękę w kie­szeni.

- Znam cię - mó­wię, się­ga­jąc po Ab­so­lut, i pró­buję od­na­leźć w pa­mięci oko­licz­no­ści wcze­śniej­szego spo­tka­nia.

- Tak, znasz.

Och, ale ma sek­sowny głos.

Uśmie­cha się lekko, a ja zmu­szam się do ode­rwa­nia wzroku od jego ust.

- Mógł­byś od­świe­żyć moją pa­mięć? Skąd się znamy?

- Skar­bie, ła­miesz mi serce, mó­wiąc, że mnie nie pa­mię­tasz.

Igno­ruję dreszcz prze­szy­wa­jący moje ciało na dźwięk słowa skar­bie, wzru­szam ra­mio­nami i sku­piam się na kie­liszku z szo­tem, który jest te­raz moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Męż­czy­zna ma słabo sły­szalny ak­cent z Po­łu­dnia. Dla­czego w ogóle za­sta­na­wiam się nad jego ak­cen­tem... i jego ustami... tymi peł­nymi war­gami...? Wzdry­gam się, za­sta­na­wia­jąc, gdzie po­działo się moje silne po­sta­no­wie­nie, żeby uni­kać przy­stoj­nych fa­ce­tów.

Jenna do­pada mnie ze śmie­chem.

- Clem, to jest Mur­phy, nowy gi­ta­rzy­sta Ry­ana. Mur­phy, to jest moja cu­do­wna współ­lo­ka­torka, Cle­men­tine.

Za­do­wo­lona z tego, że przed­sta­wiła nas so­bie, Jenna znika w tłu­mie, a ja rzu­cam okiem na Pana Sek­sow­nego.

Tłu­ma­czę to so­bie ko­niecz­no­ścią przy­po­mnie­nia, skąd go znam, ale szcze­rze mó­wiąc, chcę po­pa­trzeć, jaki jest przy­stojny. Ciemne, lekko fa­lo­wane włosy, mu­śnięta słoń­cem skóra, osza­ła­mia­jąco zie­lone oczy, sze­ro­kie ra­miona. Wow. Wow. Wow. Przy­ła­puję się na tym, że ob­li­zuję usta.

Po chwili kręcę głową.

- To nie jest twoje imię.

Wy­ciąga do mnie rękę.

- Na­zy­wam się Ga­vin Mur­phy. Wspa­niale móc cię ofi­cjal­nie po­znać, Cle­men­tine.

Gdy po­daję mu rękę, wra­cają wspo­mnie­nia.

- Je­steś opie­ku­nem w War­ren To­wers.

Szcze­rzy zęby i jest przy tym uro­czy. Ma do­łeczki w po­licz­kach. Mu­szę się pil­no­wać, żeby się nie ga­pić. Za­czy­nam skła­niać się ku stwier­dze­niu, że przyj­ście tu­taj nie było ta­kim złym po­my­słem, ale w tej chwili chło­pak od­zywa się po­now­nie:

- A ty ku­pu­jesz pre­zer­wa­tywy w roz­mia­rze XL.

Krew od­pływa z mo­jej twa­rzy, za­bie­ram swoją rękę.

- Słu­cham?

Śmieje się, a ja stoję spa­ra­li­żo­wana. Po­trze­buję chwili, żeby sko­ja­rzyć.

- To ty by­łeś z tym fra­je­rem w ap­tece - mó­wię chra­pli­wie.

- Po pro­stu sta­łem tam w ko­lejce. Nie mam po­ję­cia, kim jest ten fa­cet z ma­łym ku­ta­sem, któ­rego praw­do­po­dob­nie po­gnę­bi­łaś tak, że po­szedł na te­ra­pię.

Być może je­stem wy­jąt­kowo prze­wraż­li­wiona, po­nie­waż są moje uro­dziny i spo­ży­łam wię­cej al­ko­holu niż w ciągu ostat­nich lat, ale okno moż­li­wo­ści, które z po­czątku uchy­lało się w jego stronę, na­gle za­trza­snęło się z hu­kiem. Mrużę oczy i uśmie­cham się iro­nicz­nie.

- Cóż, oszczędź so­bie wy­sił­ków, po­nie­waż ty rów­nież masz małe szanse - mó­wię, wy­chy­lam szota i od­cho­dzę. Du­pek.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej roz­ma­wiam z bra­tem na ta­ra­sie za do­mem, gdy pod­cho­dzi do nas Har­per.

- Mu­szę cię ostrzec. Jenna pla­nuje ka­ra­oke, za­nim pój­dziemy do klubu.

- Okej - prze­cią­gam to słowo. - Jenna nie po­trafi śpie­wać, więc bę­dzie za­baw­nie.

- Ona nie ma za­miaru sama śpie­wać. Chce wy­cią­gnąć cie­bie na scenę.

- Cho­lera. Chyba nie je­stem dość pi­jana na ta­kie atrak­cje.

Har­per śmieje się i roz­gląda po ogro­dzie, gdzie stoją im­pre­zo­wi­cze.

- Masz ładny głos, więc uda­waj, że je­steś pod prysz­ni­cem, i wy­ob­raź so­bie, że wszy­scy są nadzy. To zna­czy, może oprócz two­jego brata, po­nie­waż to by­łoby ob­le­śne.

Jax unosi brwi.

- To jest ob­le­śne. - Śmieję się.

- Nie ma nic ob­le­śnego w tym, że je­stem goły - mówi.

Har­per wy­wraca oczami i trąca mnie łok­ciem.

- Uda­waj, że nic nie wiesz - mówi szep­tem - po­nie­waż Jenna bar­dzo się stara, żeby to była nie­spo­dzianka. Po pro­stu nie chcia­łam, aby cię to przy­tło­czyło.

- Dzięki. Za­pa­mię­tam to so­bie.

Jenna chyba wy­czuła nas szó­stym zmy­słem, po­nie­waż zbliża się ku nam z chy­trym uśmie­chem.

- Jesz­cze jedna nie­spo­dzianka, ju­bi­latko!

Bie­rze mnie pod ra­mię i cią­gnie z po­wro­tem do sa­lonu.

Ką­tem oka wi­dzę Ga­vina roz­ma­wia­ją­cego ze swo­imi przy­ja­ciółmi. Ja­kaś wy­soka ru­do­włosa la­ska opiera się o niego i śmieje pro­wo­ka­cyj­nie. Szep­cze mu coś do ucha i kła­dzie dłoń na jego mostku, a mnie za­lewa fala go­rąca.

Wy­gląda na wy­lu­zo­wa­nego i pew­nego sie­bie. Za­łożę się, że to taki typ, który wszystko już so­bie za­pla­no­wał - swoją ka­rierę, per­fek­cyjną żonę, dwu­pię­trowy dom na Cape Cod i gol­den re­trie­vera. Praw­do­po­dob­nie znaj­dzie so­bie dziew­czynę po­do­bną do tej - dłu­go­nogą flir­ciarę z krą­gło­ściami.

Kiedy ze mną roz­ma­wiał, by­łam słodka i cza­ru­jąca. Kiedy za­żar­to­wał, od­gry­złam mu głowę.

Ty­powe.

Pie­przyć to. A co mnie to, do cho­lery, ob­cho­dzi, z kim roz­ma­wia?

Spo­gląda na mnie, a ja od­wra­cam wzrok.

- Moja Clem za­raz dla was za­śpiewa! - krzy­czy Jenna, a ja otrzą­sam się ze swo­ich my­śli, gdy wkłada mi mi­kro­fon do ręki. - Jaką chcesz pio­senkę?

Wzru­szam ra­mio­nami i mó­wię, żeby sama wy­brała. Za­czyna się You Know I'm No Good Amy Wi­ne­ho­use. Uśmie­cham się. Już ona mnie zna.

Gdy śpie­wam, czuję na so­bie jego wzrok, a kiedy za­czyna się re­fren, na­bie­ram od­wagi i spo­glą­dam w jego stronę.

That's ri­ght, Mr. Per­fect. I'm tal­king to you. Be­cause I'd ne­ver fit in your per­fect lit­tle world1.

Nie wiem, czego spo­dzie­wa­łam się z jego strony, ale wi­dzę, że ką­cik jego ust unosi się do góry w krzy­wym uśmie­chu. Na­gle czuję, że bar­dziej zde­ner­wo­wała mnie jego re­ak­cja niż śpie­wa­nie przed tymi wszyst­kimi ludźmi.

Kiedy koń­czę, jest tak ci­cho, że sły­chać ze­gar na ścia­nie, za­sta­na­wiam się więc, czy na­prawdę za­śpie­wa­łam tak bez­na­dziej­nie, lecz po chwili wszy­scy za­czy­nają krzy­czeć i kla­skać.

A niech to. Może po­win­nam czę­ściej to ro­bić.

1 Tak jest, Pa­nie Ide­alny. To do cie­bie mó­wię. Ni­gdy nie będę pa­so­wać do two­jego ma­łego ide­al­nego świata (ang.).

ROZ­DZIAŁ 4

Nie lu­bię, jak ktoś mnie po­trąca. Ani. Tro­chę.

Pa­mię­tam, że wy­szli­śmy od Ry­ana i uda­li­śmy się do klubu... a po­tem ta­niec pod wi­ru­ją­cymi świa­tłami... i jesz­cze kilka szo­tów.

- Jest na­wa­lona. Kurwa.

Sły­szę, jak lu­dzie mó­wią o mnie, jak­bym nie stała tuż obok nich. No do­bra, opie­ram się o ko­goś, ale pra­wie stoję.

Jenna coś mówi, ale jej głos jest znie­kształ­cony.

- ...chcia­łam pójść do Ry­ana, a Har­per już wy­szła do swo­jego chło­paka. Cho­lera. Nie są­dzi­łam, że się tak ubz­dryn­goli. Ni­gdy nie wi­dzia­łam, żeby tyle piła.

- Mogę ją za­brać do domu - mówi ja­kiś zna­jomy mę­ski głos.

- Se­rio? - Jest ci­cho, tylko mi dzwoni w uszach. Znowu ktoś mnie po­py­cha, a po­tem sły­szę brzę­cze­nie klu­czy. - Ufam, że nie tkniesz mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki ani jej nie po­rwiesz. Le­piej, żeby jej zdję­cie nie po­ja­wiło się na cho­ler­nym kar­to­nie mleka.

- Nie martw się. Nie kręcą mnie pi­jane la­ski.

Świat się prze­kręca, gdy ktoś za­rzuca so­bie moją rękę na ra­mię. A po­tem tracę stycz­ność z pod­ło­żem.

- Je­steś lekka. Trzy­maj się, skar­bie.

* * *

Tak ład­nie pach­nie. Przy­tknę­łam nos do jego cie­płej i gład­kiej szyi i mam ochotę wtu­lić się w niego.

- Ni­gdy nie piję - mam­ro­czę, przy­su­wa­jąc twarz do jego ciała. Kiedy otwie­ram oczy, uświa­da­miam so­bie, że je­ste­śmy w sa­lo­nie mo­jego miesz­ka­nia, a ja spo­czy­wam w ra­mio­nach Ga­vina.

- Ja­sne, wła­śnie wi­dzę. Cle­men­tine, który to twój po­kój?

Wska­zuję, mam na­dzieję, wła­ściwy kie­ru­nek. Drzwi się otwie­rają, on kła­dzie mnie na łóżku i wy­suwa się z mo­ich ra­mion. Po­kój ko­ły­sze się i przez al­ko­ho­lową mgłę do­ciera do mnie myśl, że po­do­bało mi się, gdy mnie tu­lił.

- Nie od­chodź. Jest mi zimno. Je­steś cie­pły i ład­nie pach­niesz.

Śmieje się i omiata mnie wzro­kiem.

- Na pewno chcesz, że­bym zo­stał? Przez cały wie­czór su­ge­ro­wa­łaś, że mam się od­pie­przyć.

- Po pro­stu zo­stań. Je­stem ze­psuta. - Pa­dam na łóżko.

On zdej­muje mi buty, a ja zwi­jam się w kłę­bek, gdy okrywa mnie ko­cem. Po­kój za­czyna wi­ro­wać.

- Dla­czego je­steś ze­psuta?

Po­doba mi się jego głos. Jest taki sek­sowny.

- Bo bra­kuje mi czę­ści.

- Gdzie się po­gu­biły?

To ła­twe.

- W BC.

Po­now­nie się śmieje i za­kłada ko­smyk wło­sów za moje ucho.

- Zje­dli wszyst­kie cu­kierki z two­jego na­szyj­nika - mówi ci­cho.

- To było obrzy­dliwe. Je­den fa­cet mnie po­li­zał. Co za du­pek.

Mil­czy, a po­tem ję­czy.

- Clem, nie mów mi o fa­ce­tach li­żą­cych twoją szyję. - To za­bawne, że tak mu za­leży. Do­piero co go po­zna­łam.

- Nie do­sta­łeś cu­kierka.

- A mia­łem na niego ochotę.

- Na­prawdę? - Je­stem tak zmę­czona, że zie­wam.

- Tak.

Po kil­ku­na­stu se­kun­dach mu­szę mu jesz­cze coś po­wie­dzieć.

- Wiesz, one nie były dla mnie.

Mil­czy. Chyba nie wie, o czym mó­wię.

- Te pre­zer­wa­tywy były do akwa­rium.

- Akwa­rium?

Chcę mu wy­ja­śnić, że mamy wspólne akwa­rium wy­peł­nione kon­do­mami, a Jenna miała alarm pe­ni­sowy, ale nie mogę ze­brać słów. Mogę je­dy­nie drżeć.

- Jest mi zimno i wszystko wi­ruje - mó­wię. Od­po­wiada mi ci­sza. Za­sta­na­wiam się, czy ten piękny męż­czy­zna, któ­rego ob­ser­wo­wa­łam przez cały wie­czór i przy któ­rym uda­wa­łam, że go igno­ruję, już wy­szedł. Czuję jed­nak, jak ma­te­rac się za­pada, gdy kła­dzie się na wą­skim łóżku za mną i przy­tula mnie do swo­jego umię­śnio­nego ciała. Obej­muje mnie w pa­sie, a ja od­prę­żam się, czu­jąc jego cie­pło, i za­my­kam oczy.

- Prze­pra­szam, że wcze­śniej by­łem ta­kim dup­kiem - szep­cze mi do ucha.

- To zna­czy?

Leży przy mnie, ale mam wra­że­nie, że roz­ma­wiamy we śnie. Może już za­snę­łam i to mi się śni, więc choć raz w ży­ciu mogę przy­znać, co czuję.

- Te pre­zer­wa­tywy. Wie­dzia­łem, że nie są dla cie­bie. Każdy fa­cet na kam­pu­sie wie, że z ni­kim nie cho­dzisz. Chcia­łem, hm... być za­bawny. Nie za­mie­rza­łem cię ob­ra­zić.

Nie wiem dla­czego, ale za­czy­nam chi­cho­tać.

- Cho­dzi o to, że mam tylko je­den tryb. Tryb suki.

- O tym nie wie­dzia­łem.

- Że je­stem suką?

- Nie, że umiesz chi­cho­tać. Po­doba mi się.

Świat wi­ruje wol­niej. W ciem­no­ści głę­boki od­dech Ga­vina brzmi hip­no­tycz­nie, jego rytm mnie uspo­kaja.

- Ja też cię pa­mię­tam. - Jego usta znaj­dują się przy moim uchu, a cie­pło jego od­de­chu spra­wia, że po­now­nie drżę.

- Z War­ren To­wers?

- Nie. - Wpa­so­wuje się we mnie, jego sze­ro­kie ra­miona do­ty­kają mo­ich ple­ców, obej­muje mnie rę­kami. Jest przy­jem­nie. - Z se­mi­na­rium dy­plo­mo­wego z li­te­ra­tury na pierw­szym roku.

Je­stem wciąż mocno na­wa­lona, więc po­trze­buję chwili, żeby ze­brać my­śli.

- To było dawno temu i cho­dziło nas tam bar­dzo dużo. Jak mo­żesz mnie pa­mię­tać?

Śmieje się, a jego ciało pod­ska­kuje.

- Chyba nie zda­jesz so­bie sprawy z tego, że trudno cię za­po­mnieć.

Moje serce trze­po­cze, od­dech przy­spie­sza i mam na­dzieję, że on tego nie za­uważa, ale gdy sły­szę, że par­ska śmie­chem, wiem, że jed­nak za­uwa­żył.

- Clem, nie martw się. Dużo dzi­siaj wy­pi­łaś. Za­pewne ju­tro już nie bę­dziesz pa­mię­tała na­szej roz­mowy.

Wąt­pię. Świat znowu za­czyna wi­ro­wać.

- Ga­vin?

- Tak?

- Je­śli za­po­mnę, to przy­po­mnisz mi?

Przy­ciąga mnie bli­żej sie­bie, co jest jego od­po­wie­dzią na moją prośbę.

* * *

Kiedy się bu­dzę, moje łóżko jest pu­ste. Czuję roz­cza­ro­wa­nie, a za­raz po­tem mdło­ści. Gra­molę się do ła­zienki i w samą porę na­chy­lam się nad muszlą klo­ze­tową.

Łu­pie mnie głowa, chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej wró­cić do łóżka, ale przy­po­mi­nam so­bie tego ob­le­śnego fa­ceta w klu­bie, który po­li­zał mnie po szyi, więc pra­gnę wy­ką­pać się w li­zolu.

Za­miast tego wy­bie­ram jed­nak prysz­nic, ale za­nim do­cie­ram do ła­zienki, nie mogę zna­leźć żad­nej ko­szuli w po­koju, bo po­łowa mo­ich rze­czy znaj­duje się na­dal w kar­to­nach. Owi­jam się więc ręcz­ni­kiem i za­bie­ram parę czar­nych bok­se­rek, które będą mu­siały mi wy­star­czyć do chwili, gdy po­zbędę się kaca i będę w sta­nie przej­rzeć swoje rze­czy.

Prysz­nic spra­wia mi ból. Cho­ciaż świet­nie jest stać się czy­stą, czuję, że za chwilę znowu się po­rzy­gam. Opie­ram się o ścianę pod prysz­ni­cem i drżę pod cie­płą wodą, do­póki nie mi­jają mdło­ści.

Czy wy­my­śli­łam so­bie, że Ga­vin zo­stał tu na noc?

Od­dy­cham głę­boko, by się uspo­koić. W mo­jej gło­wie tłuką się wszyst­kie szcze­góły na jego te­mat, ja­kie znam. Jest świet­nym mu­zy­kiem i opie­ku­nem w aka­de­miku. Po­maga za­gu­bio­nym stu­dent­kom pierw­szego roku prze­trwać na uczelni. Kła­dzie się na ły­żeczkę. Za­je­bi­ście pach­nie.

Wy­wra­cam oczami.

Nie po­win­nam po­zwa­lać so­bie na my­śle­nie o nim. Nie mogę po­now­nie dać się znisz­czyć.

Wy­cho­dząc spod prysz­nica, za­kła­dam bie­li­znę i su­szę włosy. Po­tem za­wią­zuję ręcz­nik na piersi. Ście­ram parę i ga­pię się na moje od­bi­cie w lu­strze. Wy­glą­dam okrop­nie. Mam pod­bie­gnięte krwią oczy, moja skóra jest zie­mi­sta. Chwilę zaj­muje mi zmy­cie ma­ki­jażu, który zmie­nił mnie w szopa pra­cza i idę do swo­jego po­koju.

Na­gle po­ty­kam się o coś twar­dego. Krzy­wię się, czu­jąc ból. Gdy pod­no­szę wzrok, za­uwa­żam trzech fa­ce­tów sie­dzą­cych na ka­na­pie i ga­pią­cych się na mnie w chwili, gdy opada okry­wa­jący mnie ręcz­nik. Nie mogę się ru­szyć, serce bije mi jak osza­lałe, do­póki do głowy nie do­ciera ko­mu­ni­kat, że nic mi nie jest. Tylko stoję pół­naga.

- Kto, do kurwy nę­dzy, zo­sta­wił tę de­sko­rolkę pod drzwiami? - war­czę. - Chce­cie ko­goś za­bić? - Na­dal ga­pią się na mnie, więc pod­no­szę ręcz­nik i za­rzu­cam go so­bie na ra­mię. W dro­dze do mo­jego po­koju wrzesz­czę: - Co? Ni­gdy nie wi­dzie­li­ście cyc­ków? Ja­koś to prze­ży­je­cie!

Gło­śno trza­skam drzwiami, od czego głowa boli mnie jesz­cze bar­dziej.

Jest pra­wie po­łu­dnie. Do­bry Boże, nie wie­rzę, że mu­szę dzi­siaj iść do pracy. Co ja so­bie my­śla­łam? Prze­su­wam kar­tony po po­koju, aż w końcu znaj­duję ja­kieś ubra­nia i wyj­muję dżinsy oraz ko­szulkę.

Przez ścianę sły­szę Ry­ana.

- Ko­cha­nie, nie wku­rzaj się, ale wi­dzie­li­śmy gołą Clem.

- Nie była goła - mówi inny głos. - No może nie cał­kiem goła.

Kto tam był? Ryan, Kade i... Ga­vin. Kurwa.

Po kilku mi­nu­tach ktoś puka do mo­ich drzwi.

- Clem, ko­cha­nie, to ja. Mogę wejść? - pyta Jenna (za­okrą­gla sa­mo­gło­ski, mó­wiąc z po­łu­dnio­wym ak­cen­tem). Drzwi się otwie­rają, w szpa­rze po­ja­wia się jej głowa. Je­stem do po­łowy ubrana, więc zerka na ba­ła­gan w kar­to­nach i wcho­dzi do środka. - Wszystko do­brze?

Przy­kła­dam dłoń do czoła.

- Prze­pra­szam, że na­pa­sto­wa­łam two­jego chło­paka.

Śmieje się ci­cho i za­myka za sobą drzwi.

- Nie szko­dzi. Je­stem prze­ko­nana, że speł­ni­łaś jedną z jego fan­ta­zji. - Jenna jest tak przy­zwy­cza­jona do gro­upies pod­czas wy­stę­pów Ry­ana, że nie­wiele ją ru­sza. Je­dyne, o co dba, to żeby wra­cał z nią do domu. - Mam ci przy­nieść coś na ból głowy?

Po­ta­kuję i po­ty­kam się na sło­wach, które chcę wy­po­wie­dzieć:

- Czy... hm... czy Ga­vin zo­stał tu na noc? - py­tam, bo­jąc się od­po­wie­dzi.

- Tak, skar­bie. Ale przy­sięga, że był dżen­tel­me­nem. Wy­daje mi się, że wię­cej zo­ba­czył, gdy wy­szłaś z ła­zienki chwilę temu niż przez całą noc. - Śmieje się, a mnie co­raz bar­dziej boli głowa, co, jak są­dzę, ma zwią­zek z tym, że ro­bię się czer­wona jak bu­rak. - Był na­prawdę ko­chany. Niósł cię na rę­kach dwie prze­cznice, po­ło­żył do łóżka, a rano przy­niósł ci śnia­da­nie.

Serce mi staje. Chyba za­uwa­żyła moją minę.

- Ojej - mówi i przy­tula mnie do sie­bie - nie rób z tego cze­goś wiel­kiego. To świetny fa­cet, pew­nie cię lubi, ale nie są­dzę, że bę­dzie cię nę­kał czy ro­bił coś rów­nie głu­piego.

- Nie o to cho­dzi. - Krew pul­suje mi w uszach.

- Mogę ci coś do­ra­dzić? - Na jej twa­rzy wi­dzę au­ten­tyczną tro­skę. - Nie od­rzu­caj go. Wiem, że bo­isz się zbli­żyć do ko­goś po­now­nie, ale wy­daje mi się, że on jest do­brym fa­ce­tem. No i nie­złe z niego cia­cho. Przez cały wie­czór nie mógł ode­rwać od cie­bie oczu, cho­ciaż cały czas go od­trą­ca­łaś.

Cho­wam twarz w dło­niach.

- By­łam dla niego taką suką. Jak to moż­liwe, że chce mieć ze mną do czy­nie­nia...?

- Jak mo­żesz tak mó­wić? Je­steś prze­piękną ko­bietą i wspa­niałą pi­sarką. Nie bądź dla sie­bie taka nie­miła. A te­raz się ubierz, wyjdź stąd i zjedz z nami śnia­da­nie. Przy­się­gam, że chło­paki na­wet nie wspo­mną o tym, że wi­dzieli cię gołą.

Jenna ma taką minę, jakby w tej chwili chciała pójść do nich i za­gro­zić, że ich po­za­bija, je­śli spra­wią, że uznam ją za kłam­czu­chę. Uśmie­cham się z tru­dem.

- Chcia­łam po­dzię­ko­wać ci za przy­ję­cie. Prze­szłaś samą sie­bie. Czy Jax do­tarł cało do domu?

Krzywi się.

- Ja­sne, ja­kaś mo­delka w wi­śnio­wym mu­stangu za­brała go z klubu. Być może zo­ba­czymy jego zdję­cie na któ­rejś z plot­kar­skich stron.

Wy­wra­cam oczami.

- Cały mój brat.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej, kiedy wcho­dzę do sa­lonu, wszy­scy milkną. Chcia­łam być to­wa­rzy­ska i zjeść z przy­ja­ciółmi, ale nie mogę. Serce wali mi jak sza­lone i ob­le­wam się zim­nym po­tem. Drżą mi ręce, może od nad­miaru al­ko­holu, może z ner­wów, nie je­stem pewna.

- Mu­szę iść do pracy. - To je­dyne, na co je­stem w sta­nie się zdo­być.

W tej chwili Ryan pod­rywa się z ka­napy i chwyta mnie w niedź­wie­dzie ob­ję­cia.

- Prze­pra­szam, że po­tknę­łaś się na mo­jej de­sce i po­ka­za­łaś nam swoje ca­cuszka, ale do cho­lery, dziew­czyno, je­steś go­rącą la­ską. Nie masz czego się wsty­dzić.

Od­su­wam się, żeby spoj­rzeć mu w oczy.

- Za­wsze je­steś taką świ­nią?

- No pew­nie, że za­wsze. - Uśmie­cha się i daje mi ca­łusa w po­li­czek. - I dla­czego, do cho­lery, do­piero te­raz do­wia­duję się, że umiesz śpie­wać? Jezu Chry­ste, masz ta­lent.

- Dzięki. To miłe. I dzię­kuję za im­prezę. Świet­nie się ba­wi­łam.

- Warto było przyjść cho­ciażby po to, by zo­ba­czyć fa­ce­tów po­ty­ka­ją­cych się o wła­sne nogi, żeby jeść z two­jego ciała. Ilu za­pro­siło cię na randkę?

Wzru­szam ra­mio­nami. Kto by to li­czył?

- Pro­szę, po­wiedz, że masz co naj­mniej kil­ka­na­ście umó­wio­nych ran­dek.

Chwyta mnie za ra­miona i za­czyna mną po­trzą­sać, aż ję­czę. Czy on ma po­ję­cie, co robi mo­jemu ka­cowi?

- Prze­stań, Ryan, prze­cież mnie znasz. - Zer­kam na Ga­vina.

- Dla­czego nie da­łaś im swo­jego nu­meru? - pyta Ryan z nie­do­wie­rza­niem.

Kręcę głową.

- Ni­komu nie da­łaś?

- A dla­czego mia­ła­bym to zro­bić? - py­tam i biorę swoją kurtkę. Serce miota się w mo­jej piersi. Mu­szę stąd wyjść. Na­tych­miast.

Gdy do­cie­ram do drzwi wyj­ścio­wych, sły­szę za sobą kroki.

- Po­cze­kaj, Clem - mówi Ga­vin. - Od­pro­wa­dzę cię.

* * *

Bo­le­sne pul­so­wa­nie w skro­niach wy­zna­cza rytm mo­ich kro­ków.

- Masz, na­pij się - mówi Ga­vin, gdy do­ga­nia mnie na klatce scho­do­wej. Po­daje mi ja­kiś zie­lony na­pój.

Pa­trzę na niego scep­tycz­nie.

- Je­stem nie­mal pewna, że za­raz to wy­rzy­gam.

Śmieje się i ata­kuje mnie tym swoim pio­ru­nu­ją­cym uśmie­chem, który prze­pływa przeze mnie jak de­li­katna mor­ska fala.

- Za­ufaj mi, po­może ci na mdło­ści.

Boże, ma piękne oczy. Zie­lone jak ciemny las i oto­czone gę­stymi rzę­sami.

Otrzą­śnij się, Clem.

- Za­ufać ci? - Przy­gry­zam usta, ale po­chy­lam się i wą­cham. Na­pój ma owo­cowy za­pach, więc upi­jam mały łyk. Sma­kuje jabł­kami i im­bi­rem. - No do­brze, nie jest ta­kie złe.

Usta Ga­vina roz­cią­gają się w uśmie­chu.

Ma wil­gotne włosy po prysz­nicu i pach­nie my­dłem. Po­ranny za­rost spra­wia, że po­mimo chło­pię­cego uśmie­chu wy­gląda mę­sko. Ła­pię się na tym, że my­ślę o przy­tu­le­niu się do jego po­licz­ków, żeby po­czuć ich szorst­kość na skó­rze.

O kurwa, mu­szę od niego ucie­kać.

Od­wra­cam się i kon­ty­nu­uję scho­dze­nie po scho­dach, a za sobą sły­szę jego kroki.

Po­szedł do domu, żeby wziąć prysz­nic, i wró­cił? Wiem, że mieszka za­le­d­wie prze­cznicę od aka­de­mi­ków, ale mimo wszystko za­dał so­bie tyle trudu.

- Na­prawdę przy­nio­słeś mnie z klubu do domu? - py­tam, za­trzy­mu­jąc się, by zo­ba­czyć jego re­ak­cję.

Od­wraca wzrok i wzru­sza ra­mio­nami.

- Może.

Cho­lera. Nie wiem, co z nim zro­bić. Jest ab­so­lut­nie sek­sowny i słodki. Okrut­nie pra­gnę uciec i ukryć się przed nim, za­nim się do sie­bie zbli­żymy. Na­wet nie pró­bo­wał mnie ob­ma­cy­wać w nocy, my­ślę, a prze­cież by­łam pra­wie goła w zdzi­ro­wa­tej su­kience Jenny.

Pró­buję się od­wró­cić, ale on do­tyka mo­jej ręki, żeby mnie za­trzy­mać.

- Mam pro­po­zy­cję, Clem - mówi to­nem biz­nes­mena, więc za­sta­na­wiam się, co stu­diuje. Tak na­prawdę nie­wiele o nim wiem oprócz tego, że od­nosi pi­jane dziew­czyny do domu i że nie ma wścib­skich dłoni.

Prze­chy­lam głowę, bo je­stem cie­kawa, co po­wie.

Ga­vin wkłada ręce do kie­szeni swo­jej czar­nej bluzy.

- Może po­szli­by­śmy w pią­tek do klubu, żeby się po­wspi­nać, a po­tem coś zjeść? Jako przy­ja­ciele, bo wiem, że nie cho­dzisz na randki.

Pra­wie śmieję się z tonu jego głosu. Może i po­wie­dział jako przy­ja­ciele, ale pa­trzy na mnie w inny spo­sób.

- Skąd wiesz, że się wspi­nam?

Uni­wer­sy­tet Bo­stoń­ski ma jedne z naj­lep­szych obiek­tów spor­to­wych w kraju, w tym jedną okrop­nie trudną ścianę wspi­nacz­kową, na któ­rej ćwi­czę kilka razy w ty­go­dniu.

Po­now­nie się uśmie­cha i omiata spoj­rze­niem moje ciało, aż czuję dreszcz na ple­cach.

- Masz do­sko­nałą kon­dy­cję i wy­daje mi się, że wiem, gdzie do­ro­bi­łaś się ta­kich mię­śni brzu­cha.

Ru­mie­nię się na wspo­mnie­nie po­ran­nej sy­tu­acji, w któ­rej do­wie­dział się, jak wy­gląda mój brzuch, i za­pa­lają mi się lampki ostrze­gaw­cze.

Po­zwala so­bie na zbyt wiele. Na pewno mnie zrani.

Ale nie chcę być nie­grzeczna. Wiem, że nie je­stem sobą, gdy roz­wa­żam od­rzu­ce­nie jego za­pro­sze­nia.

- Mogę się za­sta­no­wić?

Wy­daje się nie­wzru­szony i po­twier­dza ski­nie­niem głowy.

- Pew­nie, za­dzwoń, jak się zde­cy­du­jesz - mówi i za­czyna iść na górę w stronę mo­jego miesz­ka­nia.

- Nie mam two­jego nu­meru - wy­pa­lam.

O nie. Dla­czego to po­wie­dzia­łam?

- Ależ masz. Sprawdź swój te­le­fon - do­daje z uśmie­chem i znika za za­krę­tem scho­dów.

* * *

Ga­vin Mur­phy wpi­sał swój nu­mer do mo­jego te­le­fonu. Sie­dzę w pracy i za­sta­na­wiam się, czy po­win­nam czuć ra­dość czy złość.

Biorę te­le­fon do ręki i pi­szę do niego wia­do­mość, za­nim za­cznę się za­sta­na­wiać, czy mam się z nim w ogóle kon­tak­to­wać.

Ja: Skąd wie­dzia­łeś, że będę chciała twój nu­mer? To tro­chę aro­ganc­kie, nie­praw­daż?

Od­po­wiada po mi­nu­cie: Jak mo­gła­byś nie chcieć? Je­stem świet­nym przy­tu­la­czem, pa­mię­tasz? I nie ob­ma­cy­wa­łem cię w łóżku, cho­ciaż bar­dzo chcia­łem.

Ja: Co nie ozna­cza, że nie je­steś per­we­rem.

Ga­vin: Z całą pew­no­ścią je­stem per­we­rem, Kotku.

Śmieję się i kręcę głową, choć wła­śnie wcho­dzi wie­czorna zmiana.

- Cześć, Clem, co za uśmiech - mówi je­den z chło­pa­ków. - Ktoś tu ma dzi­siaj do­bry hu­mor.

Ro­bię po­ważną minę i pa­trzę z po­gardą na ni­skiego stu­denta dru­giego roku, który rów­nież od razu traci hu­mor.

- Spóź­ni­łeś się.

ROZ­DZIAŁ 5

Kiedy pani pro­fe­sor mówi o sek­sie, wy­daje się, że mru­czy jak kot, ale po­nie­waż jest Fran­cuzką, przy­pi­suję te zwie­rzęce od­głosy jej eu­ro­pej­skim ko­rze­niom.

- Mu­si­cie głę­boko ko­pać - mówi pro­fe­sor Mar­ce­aux, cho­dząc w tę i we w tę przed słu­cha­czami. - Mu­si­cie dojść do sa­mego sedna tego, co two­rzy zwią­zek, oraz tego, co spra­wia, że się roz­pada, co go nisz­czy.

Zdrada. Zdrada nisz­czy związki. W tej ka­te­go­rii umie­ści­ła­bym także loda ro­bio­nego przez inną dziew­czynę. Mru­gam i wi­dzę wi­ze­ru­nek Da­rena, ten, który prze­śla­do­wał mnie przez lata, gdy na jego twa­rzy ma­lo­wała się mie­szanka przy­jem­no­ści i bólu zwią­zana z tym, co ro­biła mu Ve­ro­nica.

Mar­ce­aux stuka w pul­pit.

- Pierw­sze mi­ło­ści są te­ma­tem wielu ro­man­sów, więc mo­że­cie wy­ko­rzy­stać wła­sne do­świad­cze­nia - te nad­zwy­czajne i eks­cy­tu­jące, lecz także te na­zna­czone bó­lem - jako po­żywkę dla wa­szych ma­nu­skryp­tów. Czy­tel­nik po­wi­nien do­świad­czyć roz­kwitu tego związku z ca­łym jego skrę­po­wa­niem i po­żą­da­niem, być może rów­nież wsty­dem. Wy, Ame­ry­ka­nie, wy­da­je­cie się czuć winę zwią­zaną z sek­sem, więc za­głęb­cie się w ten te­mat, je­śli stał się czę­ścią wa­szego do­świad­cze­nia. Chcę, żeby to było au­ten­tyczne, poza tym to kurs pi­sa­nia dla za­awan­so­wa­nych, więc je­stem prze­ko­nana, że ma­cie od­po­wied­nie do­świad­cze­nia, z któ­rych mo­że­cie czer­pać.

Moje do­świad­cze­nia? Ja pier­dolę.

Jenna sztur­cha mnie łok­ciem i się uśmie­cha.

- Bę­dzie do­brze - szep­cze.

Mar­ce­aux milk­nie, gdy do­cho­dzi do końca po­miesz­cze­nia i wy­gląda przez okno.

- Wa­szym za­da­niem se­me­stral­nym jest na­pi­sa­nie no­weli o dłu­go­ści trzy­dzie­stu ty­sięcy słów. Na przy­szły ty­dzień ma­cie przy­nieść pięt­na­sto­stro­ni­cową scenę opi­su­jącą pierw­sze spo­tka­nie ko­chan­ków. Po­każ­cie mi za­uro­cze­nie, to, jak nie po­tra­fią prze­stać o so­bie my­śleć, i to, co stoi mię­dzy nimi. - Po­pra­wia oku­lary, po czym od­wraca się do nas. - Po­dzie­limy się na grupy i bę­dziemy oma­wiać prace. Przy oka­zji pa­mię­taj­cie, że mam nosa do ściemy, więc nie pró­buj­cie przy­no­sić ja­kichś ki­czo­wa­tych ro­man­si­deł. Cze­kam na praw­dziwe związki, pa­nie i pa­no­wie!

* * *

Kiedy w klu­bie stu­denc­kim Har­per do­łą­cza do mnie pod­czas lun­chu, py­ta­jąco unosi brwi, wi­dząc moją minę.

- Je­steś smutna - mówi i od­gryza kęs ka­na­pki. Za­pada ci­sza.

Za­wsze się tu spo­ty­kamy. Gdy mia­łam ataki pa­niki na myśl, że bra­kuje mi pie­nię­dzy na cze­sne, albo gdy są­dzi­łam, że mój pro­fe­sor jest psy­cho­lem, Har­per i ja sia­da­ły­śmy w tym bok­sie (ukryte za dużą, ozdobną ro­śliną) i prze­ma­wiała mi do roz­sądku. Dzięki Bogu, stu­diuje psy­cho­lo­gię.

Wcze­śniej mia­łam tylko jedną naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, która zdra­dziła mnie w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób. Po­trze­bo­wa­łam więc czasu, żeby prze­ko­nać się do Jenny i Har­per, a one bez prze­rwy pró­bo­wały zy­skać moje za­ufa­nie. Nie wiem, co we mnie za­uwa­żyły, ale ich przy­jaźń po­mo­gła mi wyjść z ciem­no­ści na tyle, że mo­głam od­sta­wić leki.

Wzdy­cham prze­cią­gle.

- Je­stem wy­koń­czona. Dzi­siaj wie­czo­rem mam do­dat­kowe za­ję­cia, a po­win­nam wziąć się za ty­siące po­pra­wek na mo­jej stro­nie in­ter­ne­to­wej, je­śli za­mie­rzam sprze­dać drugą książkę. Na do­da­tek lu­dzie wciąż do mnie pi­szą, że Po­wiedz, że to nie­prawda po­trze­buje no­wej okładki. Chyba mu­szę zna­leźć ko­goś, kto ją za­pro­jek­tuje. Poza tym nie wiem, co mam zro­bić z za­ję­ciami z pi­sa­nia.

- Po­roz­ma­wiaj z Dani o pro­jek­cie. Pra­cuje z ar­ty­stami, więc za­kła­dam, że zna lu­dzi, któ­rzy są w sta­nie to zro­bić, je­śli ona sama nie bę­dzie po­tra­fiła.

- Nie mia­łam po­ję­cia, że jest ar­tystką. - Sku­bię na­lepkę na bu­telce na­poju brzo­skwi­nio­wego i my­ślę o tym, jak nie­wiele wiem o tej dziew­czy­nie, cho­ciaż od pra­wie dwóch ty­go­dni miesz­kam z nią pod jed­nym da­chem. - Jest ze mnie bez­na­dziejna współ­lo­ka­torka.

Har­per śmieje się i wy­pija łyk wody.

- Ale masz po­ten­cjał. - Kręcę głową. Czuję się nieco le­piej, gdy tro­chę z sie­bie wy­rzu­ci­łam. - Nie martw się o za­da­nie do na­pi­sa­nia. Dasz so­bie radę, w końcu je­steś au­torką be­st­sel­lera YA.

Nie za­wsze w to wie­rzę, ale każ­dego mie­siąca do­staję ra­port z Ama­zona, który po­twier­dza ten zwa­rio­wany fakt. My­ślę, że udaje mi się sprze­da­wać książki nie dla­tego, że je­stem kre­atywna czy ory­gi­na­lna, lecz dla­tego, że by­łam szczera w kwe­stii tego gówna, które wy­da­rzyło się w moim ży­ciu. Oczy­wi­ście owi­nę­łam to w cienką bi­bułkę fik­cji, ale naj­lep­sze, co stwo­rzy­łam, za­wsze po­cho­dziło z mo­ich wła­snych do­świad­czeń. Nie po­trze­buję zmy­śla­nia, gdy praw­dziwe ży­cie jest zu­peł­nie po­pie­przone. Zwłasz­cza moje.

Szcze­rze mó­wiąc, cały pro­ces wy­daw­ni­czy prze­raża mnie do tego stop­nia, że sram w ga­cie, mam kosz­mary lub cier­pię na bez­sen­ność, ale chcę się z nim zmie­rzyć jak duża dziew­czynka.

Mo­ty­wu­jący gło­sik w mo­jej gło­wie mówi mi, że mogę tego do­ko­nać bez po­mocy Ja­sona Whe­elera i mam na­dzieję, że nie są to je­dy­nie po­bożne ży­cze­nia. Bo prze­cież skoń­czy­łam tylko tę jedną książkę. I niech mnie trafi szlag, je­śli nie stało się to czę­ściowo dzięki nie­ustan­nym za­chę­tom pro­fe­sora.

Wy­daje mi się, że to dla­tego mam te­raz blo­kadę twór­czą. Przez to, że pod­czas pierw­szego roku wszystko spie­przyło się przez Whe­elera, w wielu aspek­tach od­cię­łam się od wła­snego ży­cia, ale to, że trzy­mam się z dala od lu­dzi, na­prawdę po­mo­gło mi prze­żyć. Jed­nak w tym leży pro­blem. Moje ostat­nie dwa lata na uczelni były spo­kojne. Bez­pieczne, bo od wszyst­kiego trzy­ma­łam się na dy­stans. Bez dra­ma­tów. Bez zdra­dza­ją­cych mnie chło­pa­ków. Bez sza­lo­nych pro­fe­so­rów. Bez upad­ków emo­cjo­nal­nych.

Za­czy­nam ro­zu­mieć, że od­cię­cie się miało rów­nież ne­ga­tywne skutki. Chyba dla­tego za­da­nie Mar­ce­aux jest tak trudne. Mogę pi­sać o zła­ma­nym sercu w po­wie­ści young adult, bo sama to prze­ży­łam, ale nie wiem, jak za­brać się za zwią­zek mię­dzy do­ro­słymi.

- Czy twoja pro­fe­sorka wie, kim je­steś? - pyta Har­per, prze­ry­wa­jąc moje za­my­śle­nie.

- Nie. I niech tak zo­sta­nie. Je­śli jesz­cze ci tego nie po­wie­dzia­łam, mu­sisz wie­dzieć, że mia­łaś ge­nialny po­mysł, na­ma­wia­jąc mnie na uży­cie pseu­do­nimu. Poza tym spóź­ni­łam się na pierw­sze za­ję­cia, więc omi­nęła mnie część, w któ­rej py­tała o to, czy ktoś już coś wy­dał.

- Co by się stało, gdyby wie­działa?

Aż ska­cze mi ci­śnie­nie, gdy roz­wa­żam taką moż­li­wość.

- Po pierw­sze, nie chcę do­dat­ko­wych punk­tów za szmirę, którą na­pi­sa­łam trzy lata temu. Po dru­gie, wiesz, że nie­na­wi­dzę, gdy lu­dzie czy­tają Po­wiedz, że to nie­prawda i uwa­żają, że cały ten syf na­prawdę mnie spo­tkał. Poza tym im mniej osób wie, że ja to na­pi­sa­łam, tym le­piej. Je­śli in­for­ma­cja do­trze do bru­kow­ców, umrę na miej­scu. - Prze­dzie­ram le­żącą przede mną ser­we­tkę. - A po trze­cie, czuję się wolna, gdy mogę pi­sać i nikt ze zna­jo­mych nie pa­trzy mi na ręce. - A przy­naj­mniej tak po­winno być.

W jej oczach wi­dzę zro­zu­mie­nie.

- Po­wiedz mi, co trud­nego było na tych za­ję­ciach.

W związku z prze­pro­wadzką, mo­imi uro­dzi­nami i roz­po­czę­ciem za­jęć ostat­nio nie mia­ły­śmy zbyt dużo czasu na po­ga­duszki, więc wszystko jej opo­wia­dam. Że nie wiem, co na­pi­sać w dru­giej książce. Że le­piej by było, gdy­bym coś szybko wy­my­śliła, je­śli chcę mieć jak za­pła­cić za se­mestr wio­senny. Że na­wet je­śli uda mi się wy­ko­rzy­stać za­da­nie na za­ję­cia z pi­sa­nia w swo­jej no­wej książce, musi to być coś do­brego. Nie­ważne, że nie mam cho­ler­nego po­ję­cia, jak na­pi­sać praw­dziwy ro­mans. Mogę pi­sać o jed­no­ra­zo­wych nu­mer­kach, bo nie po­trzeba za­głę­biać się w emo­cje. Ale mi­łość? Za­ufa­nie? Wraż­li­wość? Nie je­stem pewna, czy uda mi się coś wy­my­ślić.

- Tak po­wie­działa wa­sza wy­kła­dow­czyni? Masz pi­sać o sek­sie? - pyta Har­per, ro­biąc wiel­kie oczy.

- Nie, ale bio­rąc pod uwagę przy­kłady, ja­kie prze­czy­tała nam pod­czas za­jęć, wła­śnie tego ocze­kuje. Chce in­tym­no­ści. - Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła, gdy wyj­muję ka­wa­łek zwię­dłej sa­łaty z sa­łatki. - Słu­chaj, Har­per, gówno wiem o związ­kach, a jesz­cze mniej o sek­sie.

Sama roz­mowa na te­maty in­tymne spra­wia, że nie­mal się hi­per­wen­ty­luję. Upi­jam łyk wody i za­czy­nam li­czyć od stu do jed­nego, jak na­uczyła mnie moja pani psy­chia­tra.

Har­per od­kłada ka­na­pkę i chwyta mnie za rękę, gdy pró­buję prze­łknąć wodę.

- Uspo­kój się. Po­tnę tę sukę, je­śli cię ob­leje.

Mówi to z ka­mienną twa­rzą, a ja za­czy­nam się śmiać tak bar­dzo, że woda try­ska mi z nosa. Moja ko­chana, kul­tu­ralna przy­ja­ciółka w roli opry­cha spra­wia, że umie­ram ze śmie­chu i prze­staję li­czyć.

* * *

W czwar­tek wie­czo­rem do­staję od niego wia­do­mość: I jak? Na­my­śli­łaś się? Spo­ty­kamy się ju­tro w sali o 16.30?

Skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­działa, że nie roz­wa­ża­łam pój­ścia na ściankę z Ga­vi­nem. Jako przy­ja­ciele...

Uśmie­cham się, czy­ta­jąc jego słowa.

Je­stem zmę­czona by­ciem w sta­nie hi­ber­na­cji. Moi przy­ja­ciele za­kła­dają, że przez cały ten czas od­ma­wia­łam so­bie róż­nych rze­czy, jak­bym prak­ty­ko­wała ja­kiś ro­dzaj asce­ty­zmu, ale tak na­prawdę je­stem odrę­twiała - odrę­twiała dla­tego, że moi ro­dzice mają mnie w du­pie, odrę­twiała po ze­rwa­niu z Da­re­nem, odrę­twiała na sku­tek ata­ków po­je­ba­nego wy­kła­dowcy. Po pro­stu prze­sta­łam co­kol­wiek od­czu­wać, a kiedy coś czuję, to jest to wście­kłość. Je­dyna ma­ska, jaką za­kła­dam, przed­sta­wia su­ko­watą Clem. Nie po­tra­fię zli­czyć, ilu lu­dzi sta­nęło na mo­jej dro­dze i od­czuło moją złość. Je­stem naj­młod­szą asy­stentką kie­row­nika w pracy nie tylko dla­tego, że pro­wa­dzę kam­pu­sową księ­gar­nię, jakby to była ja­kaś cho­lerna ope­ra­cja woj­skowa, ale rów­nież dla­tego, że dzie­ciaki pra­cu­jące ze mną wolą mnie nie wkur­wiać.

Kiedy pa­trzę w lu­stro, nie po­doba mi się to, co wi­dzę. Na po­czątku cho­dziło tylko o prze­ży­cie - do­tar­cie na ko­lejne za­ję­cia, przyj­ście na czas do pracy, miesz­ka­nie z ob­cymi ludźmi - ale te­raz, kiedy roz­pra­co­wa­łam już naj­waż­niej­sze pro­blemy, na­dal za­kła­dam zbroję, pod­czas gdy ży­cie tak na­prawdę prze­pływa obok mnie. I mimo że sama myśl o zbli­że­niu się do Ga­vina spra­wia, że sram w ga­cie ze stra­chu, to kiedy je­stem bli­sko niego, przy­po­mi­nają mi się czasy, gdy ży­łam bez­tro­sko, lu­bi­łam ry­zy­ko­wać i by­łam dziew­czyną, z którą inni lu­bili prze­by­wać.

Ja pier­dolę.

W pią­tek rano i tak cho­dzę na ściankę. Tym ra­zem mogę iść po po­łu­dniu.

Od­pi­suję jak naj­szyb­ciej, bo­jąc się, że za­raz stchó­rzę.

* * *

Za­zwy­czaj za­pach szatni jest dziw­nie ko­jący, lecz dzi­siaj przy­pra­wia mnie o mdło­ści. Po­chy­lam się nad torbą z przy­bo­rami gim­na­stycz­nymi i wyj­muję ja­skra­wo­ró­żowy tank top i czarne, ela­styczne szorty.

Se­rio?

Pa­kuję ubra­nia z wy­prze­dze­niem, żeby nie mu­sieć o nich my­śleć rano, kiedy mam mało czasu, ale te­raz, gdy za pięć mi­nut spo­ty­kam się z Ga­vi­nem, ża­łuję, że nie po­świę­ci­łam stro­jowi nieco wię­cej uwagi. Jest ob­ci­sły. I za dużo od­sła­nia.

Za­czy­nam się śmiać. Wi­dział mnie już na wpół nagą. Dziew­czyny przez cały czas cho­dzą tu­taj w spor­to­wych sta­ni­kach, więc za­kła­dam, że to nic strasz­nego. Poza tym trudno jest się wspi­nać w luź­nych ubra­niach.

Kiedy wy­cho­dzę, Ga­vin opiera się o ko­lumnę i roz­ma­wia przez te­le­fon. Za­uważa mnie i uśmie­cha się, ge­stem da­jąc do zro­zu­mie­nia, że za chwilę do mnie do­łą­czy. Wska­zuję na ściankę, a on po­ta­kuje.

Przy­cho­dzi, gdy za­pi­nam na so­bie uprząż, i wy­trąca mnie z rów­no­wagi tym swoim za­bój­czym uśmie­chem. O Boże. Czy to na­prawdę do­łe­czek w bro­dzie?

- Cześć - wi­tam się, sta­ra­jąc się mó­wić skład­nie. - Chcesz mnie ase­ku­ro­wać czy mam po­pro­sić ko­goś z ob­sługi? - Moje dło­nie za­trzy­mują się na ka­ra­biń­czyku. Od­no­szę wra­że­nie, że po­win­nam ob­jąć Ga­vina, ale to wy­daje mi się dziwne. Le­d­wie go znam. Tylko le­że­li­śmy ze sobą na ły­żeczkę.

Ups. Ża­łuję, że w tej chwili o tym po­my­śla­łam.

Ga­vin unosi brwi i chwyta moją linę. Pach­nie jak cy­trusy w bla­sku słońca, aż leci mi ślinka.

- To chyba oczy­wi­ste, Cle­men­tine?

Ni­gdy nie pod­nie­cało mnie to, jak chło­pak wy­ma­wia moje imię, ale - do cho­lery - uwiel­biam, gdy ten dźwięk wy­pływa z jego ust. Wal­czę z uśmie­chem, który już pra­wie po­ja­wia się na mo­jej twa­rzy, i po­chy­lam głowę, żeby spraw­dzić uprząż.

Trąca mnie łok­ciem, więc pod­no­szę wzrok.

- Cie­szę się, że cię wi­dzę. - Jego głos jest chro­po­waty i ni­ski, przez co za­sta­na­wiam się, jak musi brzmieć z sa­mego rana.

- Mnie także miło cię wi­dzieć. - Prze­ły­kam ślinę.

I rze­czy­wi­ście tak jest.

Wło­żył dziś czarne spodnie dre­sowe się­ga­jące bio­der i ciemną, ob­ci­słą ko­szulkę, która spra­wia, że za­sta­na­wiam się, jak wy­gląda tors pod nią. Mój żo­łą­dek robi kilka fi­koł­ków, kiedy omiata mnie jego spoj­rze­nie. Ciu­chy. Po­win­nam mieć na so­bie wię­cej ciu­chów.

W końcu prze­ry­wam ci­szę, po­nie­waż mil­cze­nie jesz­cze bar­dziej mnie de­ner­wuje:

- No do­brze, tylko mnie nie upuść.

Śmieje się i prze­cze­suje dło­nią ciemne włosy.

- Za­nio­słem cię do domu, pa­mię­tasz? Nic ci się przy mnie nie sta­nie, Kotku.

Je­śli nie nie­po­ko­iłam się wcze­śniej, to wła­śnie za­czę­łam. Gdy je­stem bli­sko niego, moje wnętrz­no­ści się skrę­cają, jak­bym zo­stała po­ra­żona prą­dem.

Czter­dzie­ści pięć mi­nut póź­niej spły­wam po­tem, scho­dząc ze ścianki po raz trzeci. Mu­sia­łam wal­czyć ze sobą, żeby skon­cen­tro­wać się na wspi­na­czce za­miast my­śleć, że on stoi pode mną i za­pewne pa­trzy na mój ty­łek.

- Ależ z cie­bie be­stia - mówi Ga­vin, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. - Ten ostatni raz był naj­szyb­szy. Jak to moż­liwe? - Na­prawdę jest pod wra­że­niem.

- Dużo bie­gam, więc to nic wiel­kiego. Dzięki, że ase­ku­ro­wa­łeś mnie tyle czasu. Za­mieńmy się te­raz.

Kiedy za­kłada uprząż, kła­dzie jedną rękę na moim ra­mie­niu, żeby się po­de­przeć, cho­ciaż tuż przed nim stoi gi­gan­tyczna ściana o wy­so­ko­ści trzech pię­ter. Spi­nam się pod wpły­wem jego do­tyku, ale kiedy spo­gląda na mnie i się uśmie­cha, pra­wie za­po­mi­nam, że czuję się nie­kom­for­towo. Pra­wie.

Gdy się wspina, nie­mal wy­wier­cam wzro­kiem dziury w jego ple­cach, tak in­ten­syw­nie wpa­truję się w jego ciało. Za każ­dym ra­zem, kiedy wy­ciąga rękę, żeby zła­pać się ko­lej­nej wy­pustki, mię­śnie jego ra­mion na­pi­nają się pod ubra­niem. Jego ko­szulka pod­jeż­dża do góry, a gdy skręca ciało, wi­dzę jego na­pięty brzuch czę­ściowo ukryty pod spodniami. Co za sma­ko­wity sze­ścio­pak.

W końcu od­ry­wam od niego wzrok i czuję się za­że­no­wana, więc pró­buję my­śleć o czymś kon­struk­tyw­nym. Na przy­kład o mat­mie. Je­stem bez­na­dziejna z matmy. Z całą pew­no­ścią po­win­nam bar­dziej przej­mo­wać się matmą.

Ase­ku­ruję go jesz­cze przez dwie wspi­na­czki, po czym idziemy w prze­ciwne strony do szatni i spo­ty­kamy się do­piero po szyb­kim prysz­nicu.

- Je­steś głodna? - De­li­kat­nie sztur­cha mnie łok­ciem, gdy wy­cho­dzimy na ulicę.

- Umie­ram z głodu.

- Chcesz po­sie­dzieć ze mną, gdy będę pil­no­wał szkra­bów w War­ren? Mo­żemy za­mó­wić pizzę.

Jest piąt­kowy wie­czór, więc w War­ren To­wers bę­dzie praw­dziwe zoo, stu­denci pierw­szego roku będą od­bi­jać się od ścian jak małpy.

- Mu­szę po­pra­co­wać nad za­da­niem, zro­bić coś na za­ję­cia z kre­atyw­nego pi­sa­nia. Na­prawdę po­win­nam już nad tym przy­siąść. Cały czas pró­buję coś wy­my­ślić, więc nie wiem, czy bę­dziesz miał ze mnie po­ży­tek.

Wyj­muje torbę spor­tową z mo­ich rąk i ra­zem ze swoją za­rzuca ją so­bie na ra­mię.

- Do­sko­nale, po­nie­waż ja mu­szę na­pi­sać ar­ty­kuł do "Freep" na ju­tro, więc po­pra­cu­jemy ra­zem.

"Freep" to "Da­ily Free Press", co­dzienna ga­zeta dla stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Bo­stoń­skiego. Uświa­da­miam so­bie, że na­wet nie wiem, co on stu­diuje. Aż pie­cze mnie skóra na samą myśl o tym, że w prze­szło­ści ta­blo­idy dru­ko­wały ar­ty­kuły o moim bra­cie.

- Je­steś na ostat­nim roku dzien­ni­kar­stwa? - py­tam, kie­ru­jąc się w stronę cen­trum kam­pusu.

- Na dwóch kie­run­kach, dzien­ni­kar­stwie i an­giel­skim - po­twier­dza. - A ty?

Ści­ska mi się żo­łą­dek na myśl, że spę­dzam czas z re­por­te­rem. Za­nim ro­bię li­stę po­wo­dów po­twier­dza­ją­cych, że trzy­ma­nie się z nim jest głu­pim po­my­słem, przy­po­mi­nam so­bie, że to przy­ja­ciel Ry­ana i Jenny, a oni ni­gdy nie za­chę­cali mnie do tego, bym spę­dzała czas z ja­kimś psy­cho­lem lub czub­kiem, który na­ru­szałby moją pry­wat­ność. Roz­lewa się we mnie cie­pło na myśl o tym, ja­kich mam do­brych przy­ja­ciół ota­cza­ją­cych mnie opieką. Co prawda wciąż kłócę się z Ry­anem, ale wiem, że za­mor­do­wałby Ga­vina lub przy­naj­mniej spró­bo­wałby to zro­bić, gdyby ten kie­dy­kol­wiek mnie skrzyw­dził.

Przy­po­mi­nam so­bie, że Ga­vin za­dał mi py­ta­nie.

- An­giel­ski i kre­atywne pi­sa­nie. - To wy­ja­śnia, dla­czego mie­li­śmy ra­zem se­mi­na­rium na pierw­szym roku.

Uśmie­cha się i coś w tych jego uwo­dzi­ciel­skich, zie­lo­nych oczach spra­wia, że mam więk­szą ochotę mu to­wa­rzy­szyć niż ucie­kać od niego.

- Kre­atywne pi­sa­nie? To dla­tego szu­kasz in­spi­ra­cji?

Prze­chy­lam głowę na bok, bo nie wiem, co ma na my­śli.

- W dniu, w któ­rym wszy­scy się wpro­wa­dzali, sie­dzia­łaś w świe­tlicy w War­ren To­wers i z ca­łych sił pró­bo­wa­łaś mnie igno­ro­wać.

Śmieję się.

- Jezu, tak, prze­pra­szam. Pró­bo­wa­łam się sku­pić.

- Sku­pić? - Przy­staje, żeby prze­pu­ścić mnie przo­dem, gdy wcho­dzimy w wą­ską alejkę. - Ryan mó­wił mi, że je­steś świetną pi­sarką, wy­da­łaś książkę i pra­cu­jesz te­raz nad ko­lejną.

Za­trzy­muję się w pół kroku, po­nie­waż wła­śnie wy­pa­ro­wały wszyst­kie moje po­zy­tywne my­śli na te­mat Ry­ana, ja­kie mia­łam przed chwilą. On i jego nie­wy­pa­rzona gęba!

Śmieję się zgryź­li­wie i kręcę głową.

- Ni­gdy nie czy­tał nic mo­jego, więc zu­peł­nie nie wiem, dla­czego roz­po­wiada ta­kie rze­czy.

Nie­chęt­nie opo­wia­dam mu, że pla­nuję wy­ko­rzy­stać to, co na­pi­szę na za­ję­cia Mar­ce­aux, i zmie­nić w coś więk­szego, naj­le­piej w moją drugą książkę. Po­mi­jam tylko fakt, że w prze­ciw­nym ra­zie nie będę miała z czego opła­cić ra­chun­ków.

- Czyli to prawda, że już coś wy­da­łaś? - pyta, gdy po­now­nie ru­szamy przed sie­bie.

Po­dziw wi­do­czny w jego oczach do­daje mi od­wagi, więc po­woli po­twier­dzam ski­nie­niem głowy.

- Je­stem pod wra­że­niem, Clem.

Uśmie­cham się za­że­no­wana.

- Dzię­kuję, ale te­raz do­pa­dła mnie blo­kada pi­sar­ska. Mu­szę so­bie z nią po­ra­dzić do po­nie­działku, po­nie­waż na wto­rek mam przy­nieść pięt­na­sto­stro­ni­cową pracę.

Pa­trzy na mnie, jakby chciał coś do­dać, ale za­nim pa­dają py­ta­nia, na przy­kład o ty­tuł mo­jej książki albo o jej treść, to ja za­czy­nam mó­wić. Dzięki, Je­zu­siczku, za pseu­do­nimy.

- Chcia­łam cię o to za­py­tać, Ga­vin... - ury­wam, a on py­ta­jąco unosi brwi. - Tam­tego dnia w War­ren... dla­czego nie po­wie­dzia­łeś, że pa­mię­tasz mnie z za­jęć?

Spusz­cza wzrok i wzru­sza ra­mio­nami.

- Chcia­łem spraw­dzić, czy po­wiesz mi, jak masz na imię.

- Aha - mó­wię po­woli. - Pa­mię­ta­łeś je?

- Oczy­wi­ście.

- Ale i tak za­py­ta­łeś?

- No.

Cze­kam na ja­kąś lep­szą od­po­wiedź i w końcu go sztur­cham. Od­wraca się w moją stronę i się uśmie­cha.

- To chyba miało być wy­zwa­nie. Czy Cle­men­tine Avery po­wie mi, jak ma na imię?

- Głu­pota. - Śmieję się i za­sła­niam usta.

- Tak, ale po­wie­dzia­łaś. Co to może ozna­czać? - mówi Ga­vin i pa­trzy na mnie, a w jego oczach wi­dzę iskierki roz­ba­wie­nia.

Za­kła­dam ręce na piersi.

- Że nę­ka­łeś mnie do­tąd, aż się pod­da­łam.

Wy­bu­cha śmie­chem.

- Cho­lera, są­dzi­łem, że po­wiesz, że by­łem tak cza­ru­jący, że nie mo­głaś się po­wstrzy­mać.

- No cóż, taka jest prawda. - Uśmie­cham się zło­śli­wie, a on de­li­kat­nie sztur­cha mnie łok­ciem.

Kiedy do­cie­ramy do jego aka­de­mika, stu­denci pierw­szego roku wcho­dzą i wy­cho­dzą przez po­dwójne drzwi.

- No da­lej - mówi, jakby nie da­wał mi wy­boru. - Po­szu­kajmy ci ja­kiejś in­spi­ra­cji, może spre­sju­jesz mnie ró­wie­śni­czo i za­siądę do pi­sa­nia mo­jego ar­ty­kułu.

- Czyż­byś wła­śnie użył pre­sji ró­wie­śni­czej w for­mie cza­sow­nika?

- Boże, aż mi się robi go­rąco, gdy mó­wisz o gra­ma­tyce.

Śmieję się, bo jest taki głupi i taki roz­koszny. Uśmie­cha się, obej­muje mnie ra­mie­niem i pro­wa­dzi w stronę aka­de­mika.

ROZ­DZIAŁ 6

Kiedy wy­cho­dzimy z windy, co­fam się o trzy lata. Po­wie­trze jest prze­sy­cone za­pa­chem dro­gich per­fum i pro­duk­tów do ma­ki­jażu, na wpół na­gie dziew­czyny prze­miesz­czają się po­mię­dzy po­ko­jami, gdzie dzielą się swo­imi pla­nami zwią­za­nymi z wyj­ściem do baru lub pod­ry­wa­niem chło­pa­ków. Jedna z nich za­uważa Ga­vina i uśmie­cha się do niego, ale ucieka, gdy jej wzrok pada na mnie. W czę­ści zaj­mo­wa­nej przez chło­pa­ków jest ci­cho.

Ga­vin idzie do swo­jego po­koju, pierw­szego po pra­wej stro­nie za­raz za win­dami, po­zor­nie nie­za­in­te­re­so­wany sza­leń­stwem, ja­kie pa­nuje w żeń­skiej czę­ści pię­tra.

Na jego drzwiach wisi kartka z go­dzi­nami, w któ­rych jest do­stępny, a także su­cho­ście­ralna ta­blica, na któ­rej ktoś na­pi­sał ja­skra­wym ró­żem: Ko­cham Ga­vina. Uśmie­cham się iro­nicz­nie. Za­uważa na­pis, wy­wraca oczami i łok­ciem zma­zuje li­tery. Wcho­dzę za nim i cie­szę się, że zo­sta­wił otwarte drzwi.

W jego po­koju pach­nie nim, mie­szanką świe­żego pra­nia i ja­kie­goś sek­sow­nego żelu pod prysz­nic. Kła­dzie na­sze torby na krze­śle przy biurku.

- Masz nie­zły po­rzą­dek jak na fa­ceta. - Przy­glą­dam mu się cie­ka­wie, je­stem za­in­try­go­wana i za­sta­na­wiam się, czego jesz­cze się o nim do­wiem. Na biurku pa­nuje ład, stoją tam lap­top, kilka pod­ręcz­ni­ków, wielki ku­bek z dłu­go­pi­sami i ta­blica z przy­pię­tymi no­tat­kami oraz bi­le­tami na kon­certy.

Przy­glą­dam się kub­kowi, jest na nim na­pis: Prze­szłość, te­raź­niej­szość i przy­szłość po­szły do baru. W ja­kim cza­sie to było? Pró­buję się nie ro­ze­śmiać. O Boże. Co za ku­jon! Robi so­bie żarty z cza­sów gra­ma­tycz­nych.

- Na­pi­jesz się cze­goś? - Ga­vin wyj­muje dwie bu­telki wody z ma­leń­kiej lo­dówki i po­daje mi jedną, ale kiedy po nią się­gam, nie pusz­cza jej. Na­sze palce się spla­tają. Pa­trzy na mnie, jego ciemne rzęsy ocie­niają opa­loną skórę, a bli­skość jego ciała spra­wia, że czuję prze­ska­ku­jącą iskrę, która przy­po­mina ogień sza­le­jący w le­sie po su­szy. Od­wra­cam głowę, by na niego spoj­rzeć, a on uśmie­cha się sza­tań­sko, po czym za­biera rękę i prze­ci­ska się obok mnie.

Oho, i na do­da­tek sek­sowny ku­jon.

Pró­buję wy­do­stać serce z prze­łyku i w dal­szym ciągu roz­glą­dam się po jego po­koju. Pod ścianą stoi kilka in­stru­men­tów mu­zycz­nych, a moją uwagę przy­ciąga ten, który wy­gląda jak mi­nia­tu­rowa gi­tara.

- To man­do­lina - mówi Ga­vin, po czym pod­nosi ją i gra kilka akor­dów.

Przez kilka mi­nut słu­cham me­lo­dii.

- Ma czyst­szy dźwięk niż gi­tara.

- Tak, rze­czy­wi­ście.

Za­gry­zam wargę i sta­ram się za­pa­mię­tać róż­nice mię­dzy in­stru­men­tami.

- Przy­po­mina mi... W za­sa­dzie to nie­ważne. Bez sensu.

Od­wra­cam się, a on prze­staje grać.

- Po­wiedz. - Chyba na­prawdę jest za­in­te­re­so­wany. Lekko wy­gi­nam usta, roz­wa­ża­jąc to, co chcę po­wie­dzieć.

- Przy­po­mina mi koń­cówkę Out­si­de­rów.

Unosi brwi, za­chę­ca­jąc mnie, że­bym mó­wiła da­lej.

- Po tym, jak Johnny umiera, a Ku­cyk znaj­duje jego list z prośbą, żeby po­zo­stał zło­ci­sty jak za­chód słońca, który wi­dzieli, gdy się ukry­wali. Wła­śnie taka jest man­do­lina. Zło­ci­sta. - Szar­pię koń­cówki wło­sów, żeby czymś za­jąć ręce.

Kiedy zer­kam na niego, nie do końca wiem, ja­kie my­śli kłę­bią się w jego gło­wie, ale za­czy­nam się de­ner­wo­wać, a mój żo­łą­dek za­ci­ska się z ner­wów. Prze­ły­kam ślinę i z ca­łej siły sku­piam się na od­dy­cha­niu.

- Ma pan bar­dzo ładny po­kój, pa­nie Mur­phy. Je­stem pod wra­że­niem pań­skiego zor­ga­ni­zo­wa­nia, zwłasz­cza że od prze­pro­wadzki nie mi­nęło wiele czasu. - Jaka ulga, że od­zy­ska­łam zdol­ność mó­wie­nia.

- By­łem tu przez całe lato, bo mia­łem staż w "Bo­ston Globe", więc nie mo­głem po­je­chać do domu.

Staż jesz­cze przed roz­po­czę­ciem ostat­niego roku. Im­po­nu­jące.

- A gdzie jest ten dom? - py­tam.

- W Con­nec­ti­cut. - Od­kłada man­do­linę na miej­sce.

- Ale nie po­cho­dzisz stam­tąd. - Spo­sób, w jaki wy­po­wiada słowo skar­bie, wska­zuje na to, że po­cho­dzi z Po­łu­dnia.

Unosi je­den ką­cik ust w pół­u­śmie­chu.

- Do­ra­sta­łem w Au­stin w Tek­sa­sie, ale prze­pro­wa­dzi­li­śmy się, gdy mia­łem osiem lat. Skąd wie­dzia­łaś, że nie je­stem z No­wej An­glii?

- Szczę­śliwy traf - mó­wię, nie chcąc za­głę­biać się w to, jak uważ­nie go ob­ser­wo­wa­łam. - Twoi ro­dzice na­dal tam miesz­kają?

- Tak, są na­uczy­cie­lami - mówi, od­po­wia­da­jąc na moje ko­lejne py­ta­nie, za­nim zdo­ła­łam je za­dać.

- Są na­dal ze sobą?

- Tak, wciąż za­ko­chani w so­bie. To uro­cze. I tro­chę obrzy­dliwe. Cią­gle za­cho­wują się jak na­sto­latki.

Śmieję się z po­wodu za­że­no­wa­nia wi­docz­nego na jego twa­rzy i za­sta­na­wiam się, jak to jest mieć ro­dzi­ców, któ­rzy lu­bią się na­wza­jem.

- Skąd po­cho­dzisz? - Po­daje mi moją torbę.

- Z mało eks­cy­tu­ją­cego miej­sca. Le­xing­ton. - Całe czter­dzie­ści pięć mi­nut stąd.

- To pew­nie czę­sto jeź­dzisz do domu.

- Nie, ni­gdy - od­po­wia­dam, prze­glą­da­jąc jego książki na pół­kach.

Ma kilka bio­gra­fii sław­nych dzien­ni­ka­rzy, książkę o Wa­ter­gate, dużo kla­syki. Uśmie­cham się do sie­bie, wi­dząc kilka ty­tu­łów Fran­cisa Scotta Fit­zge­ralda, lecz serce za­czyna mi bić szyb­ciej, gdy za­uwa­żam sto­jące na bacz­ność no­tesy Mo­le­skine. Boże, ten fa­cet jest per­fek­cyjny.

- Se­rio? - Pa­trzy na mnie py­ta­jąco, zdej­mu­jąc bluzę. Czarny pod­ko­szu­lek za­dziera mu się do góry i wi­dać ku­szący sze­ścio­pak. Od­wra­cam oczy, żeby nie ga­pić się na jego nagi, mu­sku­larny brzuch z sek­sow­nym V, które mnie zu­peł­nie ogłu­pia.

Od­chrzą­kuję.

- Nie by­łam w domu od trzech lat. Jax tam jeź­dzi, głów­nie dla­tego że matka ma do niego sła­bość mimo swo­jego bez­dusz­nego, czar­nego serca.

Przy­gląda mi się i za­sta­na­wia, czy nie żar­tuję. Chyba do­my­ślił się, że mó­wię po­waż­nie.

- Je­steś bli­sko z bra­tem?

Kusi mnie, żeby zi­gno­ro­wać tak oso­bi­ste py­ta­nie, ale zdo­by­wam się na od­po­wiedź.

- Je­ste­śmy bliź­nia­kami, więc chyba tak, po­nie­waż dzie­li­li­śmy ma­cicę przez dzie­więć mie­sięcy. Jest ra­czej za­jęty piłką i dziew­czy­nami, więc nie spo­ty­kamy się czę­sto, ale sta­ram się cho­dzić na jego me­cze.

Ga­vin marsz­czy czoło.

- Chyba trudno jest być jedną z Ave­rych. Za­pewne od­czu­wasz dużą pre­sję.

Czyli wie, kim je­stem.

No ja­sne, że wie. Jest re­por­te­rem. Być może uważa mnie za bo­gaczkę.

Cze­kam, za­sta­na­wia­jąc się, czy mnie do­py­tuje, bo cze­goś ode mnie chce (a tak się za­zwy­czaj zda­rza), ale on wy­gląda na zmar­twio­nego, jakby za­le­żało mu na moim do­brym sa­mo­po­czu­ciu. Od­prę­żam się i wzru­szam ra­mio­nami.

- To po pro­stu na­zwi­sko. Prze­cież nie stoję na czele kor­po­ra­cji na­le­żą­cych do ro­dziny i ni­gdy nie będę zaj­mo­wać tam waż­nego sta­no­wi­ska. Nie, dzięki.

Gdyby moja matka po­sta­wiła na swoim, bry­ka­ła­bym wkoło jak cenny ku­cyk, no­sząc ciu­chy z jej li­nii ubrań i wdzię­cząc się do ka­mer.

Chcę zmie­nić te­mat.

- Je­steś je­dy­na­kiem? - py­tam. Jego od­po­wie­dzial­ność spra­wia, że skła­niam się ku temu, że może być je­dy­na­kiem lub naj­star­szym z dzieci.

- Nie, mam młod­szą sio­strę w ogól­niaku.

Pod­cho­dzi do biurka i wyj­muje z kie­szeni te­le­fon. Ge­stem wska­zuje, że­bym usia­dła, więc przy­sia­dam na brzegu łóżka.

- Nad ja­kim ar­ty­ku­łem bę­dziesz dziś pra­co­wał? - py­tam.

Unosi brwi.

- Nad dal­szym cią­giem hi­sto­rii Oli­vii Law­rence, tej stu­dentki, która za­gi­nęła ze­szłego lata.

To była jedna z naj­więk­szych sen­sa­cji na kam­pu­sie tej je­sieni.

- Czy­ta­łam je. Są emo­cjo­nu­jące. Ty je na­pi­sa­łeś?

- Tak.

Ar­ty­kuły po­ja­wiają się na pierw­szej stro­nie, od­kąd za­częły się za­ję­cia. Nie­które do­ty­czyły teo­rii, że dziew­czyna zo­stała upro­wa­dzona i uto­piona w rzece Char­les. Inne trak­to­wały o jej domu i ro­dzi­nie. Je­den in­for­mo­wał na­wet o no­wych za­ję­ciach sa­mo­obrony, które za­pro­po­no­wano stu­den­tom po jej za­gi­nię­ciu.

Cze­kam, aż Ga­vin coś po­wie, może za­cznie pysz­nić się tym, że cią­gle jest na pierw­szej stro­nie, ale on nic nie mówi. W końcu wzdy­cha.

- Pi­szę do "Freep" od pierw­szego ty­go­dnia na pierw­szym roku i ni­gdy nie nie­na­wi­dzi­łem tej pracy bar­dziej niż pod­czas pi­sa­nia tej hi­sto­rii. - Z torby wyj­muje se­gre­ga­tor i prze­sta­wia kilka rze­czy na biurku. - Umie­ram, gdy mu­szę roz­ma­wiać z jej przy­ja­ciółmi i ro­dziną. To ta­kie wścib­skie. - Prze­staje się ru­szać, opa­dają mu ra­miona. - Ta część pracy ni­gdy wcze­śniej mi nie prze­szka­dzała, ale mama Oli­vii za­wsze się przy mnie roz­kleja, a mnie kraje się serce.

Cho­ciaż znamy się od nie­dawna, chcę wziąć go w ra­miona, żeby go po­cie­szyć.

- Ale może twoje ar­ty­kuły po­mogą w od­na­le­zie­niu jej. Może coś, co na­pi­szesz, spro­wa­dzi ją z po­wro­tem do domu.

Głę­boko od­dy­cha i pa­trzy na mnie ze smut­nym uśmie­chem, któ­rym prze­ka­zuje mi, że je­stem zbyt wielką opty­mistką.

Wyj­muję z torby no­tes i pióro, po czym szu­kam ja­kie­goś te­matu, który po­pra­wiłby at­mos­ferę. Wska­zuję na gi­tarę i py­tam, od jak dawna Ga­vin jest w ze­spole Ry­ana.

- Od czerwca. A przy oka­zji, masz za­bój­czy głos.

Ga­pię się na niego i mru­gam oczami.

- Śpie­wa­łaś na swo­jej im­pre­zie - mówi po­woli, jakby za­da­wał py­ta­nie.

- A, tak. - Wzru­szam ra­mio­nami. - Śpie­wam pod prysz­ni­cem... - Ury­wam w po­ło­wie zda­nia, po­nie­waż przy­po­mi­nam so­bie, jak się po­tknę­łam i upu­ści­łam ręcz­nik, po­ka­zu­jąc mu swoje wdzięki w ze­szły week­end.

Pró­bu­jąc ode­rwać się od tego ob­cia­cho­wego wspo­mnie­nia, wy­glą­dam przez okno. Jego po­kój znaj­duje się na­prze­ciwko środ­ko­wego wie­żowca o funk­cji aka­de­mika, ale po­nie­waż salka jest usy­tu­owana na pół­noc­nym krańcu bu­dynku, z jej okna roz­po­ściera się za­pie­ra­jący dech w pier­siach wi­dok na rzekę, która pły­nie rów­no­le­gle do kam­pusu.

Dzi­siaj wie­czo­rem ciemna woda rzeki jest spo­kojna przy brze­gach. Uwiel­biam bie­gać wzdłuż Char­lesa. Gdy się nie wspi­nam, to wła­śnie tam daję swo­jej gło­wie od­po­cząć, kiedy wdep­tuję w chod­nik fru­stra­cję i obawy, a wiatr szar­pie mo­imi wło­sami.

Ga­vin za­ma­wia pizzę i za­sła­nia słu­chawkę, py­ta­jąc mnie, ja­kie chcę do­datki.

- Pep­pe­roni i pie­czarki? - py­tam, bo nie wiem, co on lubi.

Pusz­cza do mnie oko w od­po­wie­dzi i składa za­mó­wie­nie. Cho­lera, jest słodki.

- Mo­żesz zdjąć buty, jak chcesz, wy­cią­gnąć się, po­ło­żyć wy­god­nie. Ja zwy­kle pi­szę przy biurku - mówi, od­kła­da­jąc te­le­fon.

- Je­steś pe­wien?

Po­twier­dza, jakby na­prawdę nie miał nic prze­ciwko temu, że roz­walę się na jego łóżku. Do­brze. Zrzu­cam buty i prze­su­wam się tak, żeby oprzeć się o ścianę. Na szczę­ście nie­dawno bra­łam prysz­nic i mam czy­ste skar­petki. Za­czy­nam gry­zmo­lić w no­te­sie, pod­czas gdy Ga­vin prze­gląda swoje no­tatki i otwiera lap­topa.

Po upły­wie pół go­dziny dzwoni te­le­fon, więc scho­dzi na dół po na­sze je­dze­nie. Po chwili sły­szę ci­che pu­ka­nie.

- Je­steś dziew­czyną Mur­phy'ego? - pyta ener­giczny gło­sik.

W drzwiach stoi ładna blon­dynka w bok­ser­kach i ko­szulce. Mie­rzy mnie wzro­kiem i po­na­wia py­ta­nie.

- Ja, hm... je­ste­śmy przy­ja­ciółmi.

Pa­trzy na mnie, jak­bym od­po­wie­działa nie­wła­ści­wie.

- Mam na imię Clem - mó­wię, od­chrzą­ku­jąc.

- Po­wie­dział, że ma dziew­czynę, taką na po­waż­nie, z którą cho­dzi od kilku lat, a ty je­steś olśnie­wa­jąca. Wła­śnie tak wy­obra­ża­łam so­bie dziew­czynę, z którą się uma­wia. Ale mó­wisz, że to nie ty?

Kręcę głową.

- Aha. Może cho­dzi z tą wy­soką rudą. - Marsz­czy brwi, po czym wy­cho­dzi, ma­jąc w za­na­drzu nową plotkę.

Kim jest ta ruda? Dziew­czyną z mo­jego przy­ję­cia uro­dzi­no­wego? Nie za­py­ta­łam Ga­vina, czy się z kimś spo­tyka, lecz Jenna pró­bo­wała nas so­bie przed­sta­wić, a wiem, że ni­gdy nie mar­no­wa­łaby swo­jego czasu, gdyby wie­działa, że on jest za­jęty.

- Dla­czego masz taką dziwną minę? - Ga­vin wcho­dzi z pizzą i na­po­jami.

- A mam? Jedna z dziew­czyn przy­szła tu po cie­bie, ale nie za­pa­mię­ta­łam jej imie­nia. - Opi­suję ją, ale on bar­dziej sku­pia się na je­dze­niu.

- Je­śli to coś waż­nego, to wróci.

Chcę go o to za­py­tać, ale moje serce wy­czy­nia sza­lone akro­ba­cje. Po­win­nam to zro­bić, bo je­śli na­prawdę ma dziew­czynę, to co ja tu, do cho­lery, ro­bię? Ow­szem, po­wie­dział jako przy­ja­ciele i w po­rządku, jest faj­nym go­ściem i mo­żemy się przy­jaź­nić, kurwa mać.

- Znowu masz taką minę. - Stoi bez ru­chu z pa­pie­ro­wym ta­le­rzy­kiem w każ­dej ręce.

- Jaką?

- Marsz­czysz czoło. To wła­ści­wie cał­kiem słod­kie. Chyba że dzieje się coś złego.

- Nie, nic się nie dzieje.

Ro­ze­graj to do­brze, Clem. Przez cały ty­dzień prze­ko­ny­wa­łam się do Ga­vina, ale skła­ma­ła­bym, gdy­bym po­wie­działa, że nowe przy­pusz­cze­nie nie znie­chę­ciło mnie do niego z pręd­ko­ścią świa­tła. Chłód roz­cho­dzący się po moim ciele po­maga mi upo­rać się z emo­cjami.

Wska­zuję ko­ry­tarz.

- Wspo­mniała o two­jej dziew­czy­nie, przez co za­sta­na­wiam się, czy spo­tka­łam się z nią tam­tego wie­czoru na im­pre­zie i na­wet o tym nie wie­dzia­łam.

Uśmie­cha się tak sze­roko, że aż je­stem za­sko­czona. No do­brze, to nie jest re­ak­cja, ja­kiej się spo­dzie­wa­łam.

- Mó­wię dzie­cia­kom, że mam dziew­czynę, żeby dały mi spo­kój.

Czuję taką ulgę, że aż chce mi się śmiać. A on uśmie­cha się jak idiota.

- Co?

- By­łaś za­zdro­sna. - Pa­trzy na mnie, jakby na­prawdę wie­dział, o czym my­śla­łam, a ja mam ochotę wpeł­znąć pod jego łóżko. Może na­wet pod bu­dy­nek.

- Nie, nie by­łam. Je­ste­śmy tylko przy­ja­ciółmi, pa­mię­tasz? - Uśmie­cham się chłodno, od­wza­jem­nia­jąc mu się jego wła­snymi sło­wami.

Chyba mi nie wie­rzy.

- Pro­szę. Jedz - mówi, igno­ru­jąc to, co po­wie­dzia­łam, i po­da­jąc mi ta­lerz z pizzą. - Mu­sisz się zre­ge­ne­ro­wać po tym, jak na­ko­pa­łaś mi do dupy na ściance.

- Niech tak bę­dzie. Cho­ciaż wy­daje mi się, że się nie da­łeś. - Się­gam po ka­wa­łek i od­gry­zam kęs. Bur­czy mi w brzu­chu. Po­now­nie wy­glą­dam przez okno, za­chwy­cona świa­tłami mia­sta i ciemną rzeką pły­nącą w dole. Wtedy to do mnie do­ciera. - Więc dziew­czyny za­ko­chują się w opie­ku­nach aka­de­mika? - Od­wra­cam się, żeby zo­ba­czyć jego re­ak­cję.

Zro­bił wiel­kie oczy. Do­my­ślam się, że są­dzi, że po­dej­rze­wam go o ro­manse, więc kręcę głową, żeby wy­ja­śnić, że nie o to mi cho­dzi.

- Py­tam, po­nie­waż to by­łaby cie­kawa hi­sto­ria. Dziew­czyna z pierw­szego roku za­ko­chuje się w swoim opie­ku­nie aka­de­mika, ale nie mogą być ze sobą, więc ukry­wają się z tym.

- Och, hm, no tak - od­po­wiada, śmie­jąc się. - Zda­rza się. Oczy­wi­ście nie po­winno tak być, ale to nie jest nie­le­galne ani nic w tym stylu. Dziew­czyny w War­ren mają co naj­mniej osiem­na­ście lat. Ale to rze­czy­wi­ście skan­dal, gdy do­cho­dzi do cze­goś ta­kiego.

Od­kła­dam pizzę, otwie­ram no­tes na czy­stej stro­nie i za­czy­nam pi­sać.

Czter­dzie­ści pięć mi­nut póź­niej wciąż pi­szę. Leżę na jego łóżku z po­duszką pod klatką pier­siową i no­tuję po­my­sły. W końcu, po za­pi­sa­niu wszyst­kich swo­ich my­śli, za­my­kam no­tat­nik i kładę się na boku. Od dawna nie pi­sa­łam w taki spo­sób. Czuję się lekko i je­stem nieco na­bu­zo­wana eu­fo­rią, że zro­bi­łam prze­łom i znowu mogę pi­sać.

Ga­vin sie­dzi przy biurku, ale od­wraca się i pa­trzy na mnie. Dla­czego tak się na mnie gapi?

- Jak tam sku­pie­nie? - pyta.

- Słu­cham?

- Chyba wpa­dłaś w rytm. Py­ta­łem cię co naj­mniej o pięć rze­czy, ale za każ­dym ra­zem od­po­wia­da­łaś coś zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łego.

Szcze­rzę zęby w uśmie­chu.

- Tak, to było to. Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię igno­ro­wać. Cza­sami pi­szę przez całą noc, gdy mam wenę. - Za­uwa­żam moją nie­do­je­dzoną pizzę i ję­czę. - Nic dziw­nego, że je­stem głodna. - Od­gry­zam kilka kę­sów. - Mó­wi­łam ci, że uwiel­biam pizzę?

Wy­daje się za­do­wo­lony, że jem, a ja je­stem tak pod­eks­cy­to­wana tym, że znowu pi­szę, że uśmie­cham się pod­czas je­dze­nia.

- Masz już po­mysł, więc wszystko się ułoży.

Wzdy­cham, zdej­muję pie­czarkę i wkła­dam ją do ust.

- Chcia­ła­bym. To za­ję­cia z pi­sa­nia ro­man­sów. Ja pi­szę young adult. To nie to samo. - Wy­wra­cam oczami, bo tracę do­bry hu­mor, roz­my­śla­jąc o tym, ja­kie to trudne.

- To do­rzuć kilka ca­łu­sów. - Śmieje się. Wiem, że żar­tuje.

Mu­szę ostroż­nie do­bie­rać słowa. Że­bym nie wy­szła na głu­pią.

- Moja wy­kła­dow­czyni chce, że­by­śmy czer­pali z wła­snych związ­ków, a to nie do końca moja silna strona.

Od­wra­cam wzrok, nie chcę wi­dzieć jego re­ak­cji. Dla­czego mu to mó­wię?

- Ale by­łaś wcze­śniej w ja­kimś związku, prawda? - pyta z wa­ha­niem. Wzru­sza ra­mio­nami, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. - Je­stem pe­wien, że dasz radę.

Ję­cząc, od­gry­zam ko­lejny ka­wa­łek.

- Teo­re­tycz­nie to prawda. Ale mój je­dyny zna­czący zwią­zek nie skoń­czył się happy en­dem, więc prze­sta­łam się uma­wiać. Sam wiesz. - Roz­ry­wam ka­wa­łek cia­sta. - Bio­rąc pod uwagę przy­kłady, które czy­tamy, można wy­wnio­sko­wać, że pro­fe­sor Mar­ce­aux chce go­rą­cego seksu i szczę­śli­wego za­koń­cze­nia. Nie mam do­świad­cze­nia z żad­nym z nich.

Ża­łuję, że to po­wie­dzia­łam, już w chwili, gdy za­my­kam usta. Cho­lera. Pa­trzę na niego, a on się uśmie­cha. A po­tem wręcz wy­bu­cha śmie­chem.

- Cle­men­tine, za­ska­ku­jesz mnie. Nikt ni­gdy mnie tak nie za­sko­czył.

Za­wsty­dzona spusz­czam wzrok.

- Cóż. - Od­chrzą­kuje. - Je­śli moje zda­nie coś zna­czy, my­ślę, że świet­nie da­ła­byś so­bie radę.

- Z czym?

- Z go­rą­cym sek­sem i szczę­śli­wym za­koń­cze­niem - wy­ja­śnia, pusz­cza­jąc do mnie oko.

* * *

Czuję cie­pło na piersi, obej­muję ręką po­dłużną po­duszkę, która jest tak przy­tulna, że chyba ję­czę z roz­ko­szy.

Stop. Ja nie mam ta­kiej po­duszki.

Je­stem wy­koń­czona, więc po­trze­buję kilku se­kund, żeby otwo­rzyć oczy. Kiedy to ro­bię, wi­dzę nie­bie­ską fla­ne­lową ko­szulę.

Obej­muję Ga­vina, za­rzu­ci­łam jedną rękę na jego pierś, udo po­ło­ży­łam na jego no­dze. Co za ciało. W po­ran­nym oszo­ło­mie­niu je­dyne, o czym mogę my­śleć, to jego twarde mię­śnie pode mną. Chcę tylko po­gła­dzić go po brzu­chu.

O Boże.

W za­sa­dzie nie prze­szka­dza mi, że je­stem z nim, po­nie­waż jest cho­ler­nie sek­sowny, ale nie mam po­ję­cia, jak to się stało, że obu­dzi­łam się w ob­ję­ciach Ga­vina i z głową na jego piersi. Nie mogę wstać, po­nie­waż łóżko jest tak wą­skie, że ple­cami do­ty­kam ściany. Roz­glą­dam się po po­koju i z ulgą za­uwa­żam ze­gar. Jest jesz­cze wcze­śnie.

Pró­buję oswo­bo­dzić się tak, żeby go nie obu­dzić, ale wzdy­cha głę­boko i się prze­ciąga.

- Cześć, dzień do­bry - mówi, jakby to, że znaj­duje mnie w swoim łóżku, było nor­malną sprawą.

- Cześć. - Co mam po­wie­dzieć? Dzięki za pizzę i przy­tu­lanki, ale mu­szę już le­cieć? Nie, to nie brzmi do­brze. Po­sta­na­wiam być bez­po­śred­nia. - Ga­vin, jak to się stało, że za­snę­łam wtu­lona w cie­bie jak czło­wiek pre­cel?

Re­cho­cze. Cie­szę się, że choć jemu jest do śmie­chu.

- Za­snę­łaś i, do cho­lery, dziew­czyno, masz na­prawdę głę­boki sen. - Głos Ga­vina jest ni­ski i chro­po­waty, a po­nadto cho­ler­nie sek­sowny. Jesz­cze raz się prze­ciąga, jego twarde mię­śnie się roz­cią­gają. Czuję to. Ziewa. - Dwa razy pró­bo­wa­łem cię obu­dzić, ale po­tem się pod­da­łem i prze­su­ną­łem cię pod ścianę. Je­śli cho­dzi o to, że wtu­li­łaś się we mnie, to chyba dla­tego, że trudno mi się oprzeć. Ty nie mo­głaś się oprzeć, cho­ciaż prak­tycz­nie by­łaś nie­przy­tomna. - Za­myka oczy i uśmie­cha się z za­do­wo­le­niem.

Płoną mi po­liczki i kręcę głową. Dla­czego za­wsze je­stem za­wsty­dzona w obec­no­ści tego chło­paka? Prze­cież nie upra­wia­li­śmy seksu. Je­ste­śmy ubrani.

Śmieję się ner­wowo.

- Do­brze wie­dzieć, że od sa­mego rana je­steś taki skromny, ale ja mu­szę być w pracy przed dzie­wiątą.

Pró­buję usiąść, ale on chwyta mnie za ra­mię i cią­gnie z po­wro­tem do sie­bie, po czym od­wraca mnie i się wtula.

- Czy ktoś ci kie­dyś mó­wił, że wy­glą­dasz na­prawdę ślicz­nie z rana, zwłasz­cza gdy je­steś za­wsty­dzona? I, o Boże, tak ład­nie pach­niesz. - Za­ta­pia twarz w mo­jej szyi, czuję jego go­rący od­dech, a na mo­ich rę­kach po­ja­wia się gę­sia skórka. - Chcesz po­bie­gać ze mną w ten week­end? Może ju­tro wie­czo­rem? Wy­daje mi się, że będę w sta­nie ci do­ko­pać, ale chciał­bym się upew­nić.

- Mu­sisz uwa­żać na swoje ma­rze­nia - od­po­wia­dam ze śmie­chem.

Ja też, jak są­dzę.

* * *

Wkra­dam się do miesz­ka­nia we wczo­raj­szych ciu­chach. Może wszy­scy jesz­cze śpią. Ob­ra­cam klucz w zamku i ci­chutko otwie­ram drzwi, za któ­rymi wi­dzę Jennę i Har­per.

- Dzięki Bogu, je­steś cała i zdrowa - krzy­czy Jenna i bie­gnie do mnie, po czym za­myka mnie w swo­ich ob­ję­ciach.

Har­per pa­trzy na mnie z unie­sioną jedną brwią.

- Czy moje oczy mnie mylą, czy może wła­śnie od­sta­wiasz po­ranny spa­cer wstydu?

- Ha, ha, Har­per! - Od­su­wam Jennę od sie­bie i sta­ram się igno­ro­wać pło­nące po­liczki. - Tak się składa, że zo­sta­łam na noc u Ga­vina, po­nie­waż za­snę­łam na jego łóżku. I nie, nie upra­wia­li­śmy seksu.

Jenna, która zro­biła pełną na­dziei minę na dźwięk jego imie­nia, wy­gląda te­raz jak prze­bity ba­lo­nik.

- A ja my­śla­łam, że cię po­su­nął.

- Jezu, ro­bisz się okropna jak Ryan.

Jenna lubi o mnie my­śleć jak o ja­kiejś nowo na­ro­dzo­nej dzie­wicy.

- Wczo­raj po­szli­śmy ra­zem na ściankę wspi­nacz­kową, a po­tem od­ra­bia­li­śmy za­da­nie. To wszystko.

- Kiedy po­dasz nam ja­kieś pi­kantne szcze­góły? - Jenna wy­dyma usta. - Ten chło­pak jest taki sma­ko­wity, a ty masz dla nas tylko tyle?

- Są­dzi­łam, że je­steś sza­leń­czo za­ko­chana w Ry­anie? Dla­czego tak się na­pa­lasz na Ga­vina?

Po­chyla głowę w moją stronę, aż pod­ska­kuje jej nie­dbale za­wią­zany ku­cyk.

- Ja pier­dzielę! Je­steś za­zdro­sna! - Jenna chi­cho­cze jak opę­tana.

Otwie­rają się drzwi po­koju i wy­cho­dzi Dani, na­sza współ­lo­ka­torka. Gę­ste, ciemne włosy zwią­zała w kok ró­żową gumką.

- Co się dzieje? - Trze oczy, żeby le­piej wi­dzieć na­szą trójkę. - Cześć, Clem.

- Cześć, Dani. Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­ły­śmy. - Zdej­muję kurtkę i wyj­muję z lo­dówki sok po­ma­rań­czowy, po czym od­wra­cam się do swo­jej pu­blicz­no­ści. - Faj­nie się tu ba­wimy, ale mu­szę iść do pracy. Chcia­łam was za­py­tać, czy ma­cie już wszyst­kie pod­ręcz­niki. Mogę je ku­pić ze zniżką, kasę od­da­cie mi póź­niej.

Dani na­gle wy­gląda na zu­peł­nie roz­bu­dzoną, ale nic nie mówi.

- Jenna? Har­per?

Kręcą gło­wami. Zwra­cam się do Dani, która za­czyna się wić. To oczy­wi­ste, że cze­goś po­trze­buje. Czuję się nie­zręcz­nie, po­nie­waż od­kąd się po­zna­ły­śmy, za­mie­ni­łam z nią nie wię­cej niż dwa słowa. Po­win­nam być bar­dziej przy­ja­zna, cho­ciaż nie jest to ce­cha, którą można by mi przy­pi­sać.

- Dani, czego po­trze­bu­jesz? Za­pisz to, tylko do­kład­nie, i po­daj swój nu­mer ko­mórki. Jak będę miała wąt­pli­wo­ści, to do cie­bie za­dzwo­nię, do­brze?

Uśmie­cha się nie­śmiało i kiwa głową.

Po szyb­kim prysz­nicu ubie­ram się i wy­cho­dzę z po­koju. Znaj­duję li­ścik od Dani z trzema ty­tu­łami pod­ręcz­ni­ków.

- To miłe z two­jej strony, że chcesz po­móc Dani - mówi Har­per po­nad moim ra­mie­niem. - Tro­chę jak nie ty, ale miło. Cle­men­tine Avery, wy­daje mi się, że za­czy­nasz mięk­nąć.

- Za­mknij się, zdziro. Ugo­dzę cię no­żem w nerkę, je­śli ko­muś o tym po­wiesz.

Śmiech Har­per sły­chać w ca­łym miesz­ka­niu.

- A ja my­śla­łam, że zła­god­nia­łaś.

Może rze­czy­wi­ście tak jest.

ROZ­DZIAŁ 7

Jedno wiem na pewno. To jest okropny po­mysł.

Ga­pię się na wia­do­mość od Ga­vina: Po­bie­gajmy ju­tro ra­zem. Może na­wet po­zwolę ci się wy­prze­dzić.

Bie­ga­nie jest zbyt oso­bi­ste. Jak­by­śmy prali ra­zem swoje ubra­nia, kiedy do­piero co się po­zna­li­śmy. Taki tre­ning, bieg ra­mię przy ra­mie­niu, rów­na­nie kroku, żeby się zgrać, i szu­ka­nie od­po­wied­niego rytmu za bar­dzo zbliża, bar­dziej niż­bym chciała.

Dy­stans. Po­win­nam stwo­rzyć dy­stans mię­dzy nami.

Od­rzu­cam jego pro­po­zy­cję. Na­wet do­łą­czam uśmiech­niętą buźkę, że­bym nie wy­szła na sukę, co fru­struje mnie jesz­cze bar­dziej, po­nie­waż przez niego uży­wam emo­tek jak dwu­na­sto­latka.

Po dłu­giej zmia­nie w pracy, która cią­gnęła mi się jesz­cze bar­dziej przez po­wra­ca­jące my­śli o Ga­vi­nie, pró­buję przy­ło­żyć się do pi­sa­nia, ale cho­ciaż mam już plan, moi bo­ha­te­ro­wie wy­dają się sztuczni. Cze­goś tu bra­kuje. Może uda mi się to po­ła­tać, je­śli praca bę­dzie oce­niana przez asy­stenta, ale jak tylko wpad­nie w ręce człon­ków grupy oce­nia­ją­cej, moi ró­wie­śnicy nie zo­sta­wią na niej su­chej nitki. Po­nadto ten ma­te­riał nie na­daje się na peł­no­wy­mia­rową po­wieść.

Je­stem tak sfru­stro­wana, że idę po­bie­gać.

Na dwo­rze jest ciemno, więc wiem, że nie za­cho­wuję się roz­sąd­nie, wy­cho­dząc sama, ale moje współ­lo­ka­torki gdzieś wy­szły, a ja mam zbyt dużo ener­gii, żeby usie­dzieć na miej­scu.

Księ­życ świeci ja­sno, na nie­bie nie ma chmur. Włą­czam mu­zykę i bie­gnę, aż po­zbędę się na­pię­cia.

Zwal­niam do mar­szu, kiedy do­cie­ram do mo­jej prze­cznicy, gdzie w oko wpada mi pla­kat z wi­ze­run­kiem Oli­vii. Roz­glą­dam się i pró­buję stłu­mić w so­bie dziwne wra­że­nie, że ktoś mnie ob­ser­wuje. Bie­gnę w stronę na­szego miesz­ka­nia.

* * *

Na­stęp­nego dnia rano Har­per za­gląda do mo­jego po­koju.

- Póź­niej idziemy do Ry­ana. Chcia­ła­byś pójść ze mną zro­bić pra­nie? Jenna ma po­ka­zać Dani, jak robi się te re­we­la­cyjne gril­lo­wane ka­na­pki z se­rem.

- Ryan nie ma nic prze­ciwko, że bę­dziemy uży­wać jego pralki?

Zer­kam na rze­czy wy­sy­pu­jące się z ko­sza na pra­nie i wiem, że po­win­nam sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji.

- Je­śli tylko przy­pro­wa­dzimy jego dziew­czynę, nie bę­dzie mu to prze­szka­dzało.

Zga­dzam się i pa­kuję brudne rze­czy ra­zem z lap­to­pem i no­tat­ni­kiem, żeby w mię­dzy­cza­sie po­pra­co­wać. Dani i ja sia­damy z tyłu, Har­per pro­wa­dzi, a Jenna sie­dzi obok niej. Har­per mówi Dani o tym, że mam pro­blem z okładką książki, gdy je­dziemy przez kam­pus.

- Nie po­trze­bu­jesz gra­fika. Mogę zro­bić okładkę dla cie­bie - ofe­ruje Dani, nur­ku­jąc w to­rebce w po­szu­ki­wa­niu gumy do żu­cia.

- Na­prawdę? Ja je­stem w tym bez­na­dziejna. Je­steś w sta­nie zna­leźć ja­kieś zdję­cie na stocku? A znasz może ko­goś, kto pro­jek­tuje strony in­ter­ne­towe? Moja po­trze­buje po­waż­nego li­ftingu.

Od­wija gumę ze sre­berka i wkłada ją do buzi.

- Mogę zro­bić kilka zdjęć. Oczy­wi­ście mam przy­ja­ciół, któ­rzy po­tra­fią ro­bić strony.

- Fan­ta­stycz­nie! Za­płacę ci za pracę nad okładką.

Dani kręci głową, jakby po­czuła się tym ura­żona.

- W żad­nym wy­padku. Je­steś moją współ­lo­ka­torką. To wbrew re­gu­łom.

Zer­kam na Jennę sie­dzącą na przed­nim sie­dze­niu, która po­ta­kuje, jakby chciała mi po­ka­zać, że je­stem idiotką, bo nie wie­dzia­łam, że Dani jest w po­rządku.

- No do­brze, je­śli nie weź­miesz ode mnie pie­nię­dzy, po­zwól, że ku­pię ci ja­kieś przy­bory ma­lar­skie, bo wiem, że te bzdety są dro­gie.

Dani uśmie­cha się i czę­stuje mnie gumą.

- Umowa stoi, ale chcę prze­czy­tać twoją książkę. Jenna mówi, że je­steś świetną pi­sarką.

Ko­pię w sie­dze­nie Jenny, a ona po­ka­zuje mi środ­kowy pa­lec. Za­gry­zam wargę, za­sta­na­wiam się nad od­po­wie­dzią.

- Do­brze, ale mu­sisz przy­siąc, że do­cho­wasz ta­jem­nicy. Pi­szę pod pseu­do­ni­mem i nie chcę, żeby to się wy­dało. I kiedy mó­wię o ta­jem­nicy, mam na my­śli przy­sięgę krwi. Je­śli ją zła­miesz, za­biorę ci twoje pierw­sze dziecko.

Dani się śmieje, ale przyj­muje wa­runki, po czym za­sta­na­wiamy się nad róż­nymi wer­sjami okładki. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach mam znacz­nie bar­dziej po­zy­tywne na­sta­wie­nie do ży­cia.

- To dużo dla mnie zna­czy, Dani. Dzię­kuję. Mój wy­dawca cały czas za­wraca mi dupę o nowy pro­jekt okładki i zmiany na stro­nie.

Robi wiel­kie oczy.

- Wow, na­prawdę masz wy­dawcę?

- To nie­za­leżna ofi­cyna, nie wy­daję w wiel­kim wy­daw­nic­twie, płacę jej za usługi, ja­kie mi świad­czy, a jest na­prawdę nie­zła w po­zy­ski­wa­niu blo­ge­rów pi­szą­cych re­cen­zje mo­jej książki i kie­ro­wa­niu ru­chu na mój blog, żeby lu­dzie mo­gli po­czy­tać frag­menty lub rze­czy, nad któ­rymi wła­śnie pra­cuję.

Na przy­kład do po­łowy na­pi­sane książki.

War­czę na mo­jego we­wnętrz­nego cy­nika i sku­piam uwagę na swo­jej współ­lo­ka­torce.

Dani i ja roz­ma­wiamy bez prze­rwy w dro­dze do Ry­ana, a gdy je­ste­śmy na miej­scu, każda z nas bie­rze swoje pra­nie i nie­sie je do jego miesz­ka­nia. Wcho­dząc po scho­dach do pię­tro­wego domu i pró­bu­jąc nie roz­sy­pać rze­czy z ko­sza wspar­tego na bio­drze, sły­szę mu­zykę - hymn No­tre Dame i gło­śne wi­waty.

- Jenna - mó­wię po­woli - jaki dzi­siaj jest mecz?

Robi wiel­kie oczy, uświa­da­mia­jąc so­bie, dla­czego py­tam.

- Och, chyba No­tre Dame prze­ciw Stan­for­dowi. - Uśmie­cha się po­krze­pia­jąco, lecz moje serce wciąż bije jak sza­lone. Przy­naj­mniej nie mam jesz­cze ataku pa­niki. Te zda­rzały mi się kie­dyś przez cały czas prak­tycz­nie bez przy­czyny. Mam już dość tego, że Da­ren wciąż kwa­li­fi­kuje się jako je­den z ich po­wo­dów.

Kiedy wcho­dzimy, Ryan po­ja­wia się przy nas i przy­kleja usta do Jenny.

- Daj­cie spo­kój - mó­wię, prze­py­cha­jąc się obok nich.

- Po­kój, mó­wisz? To świetny po­mysł - stwier­dza Ryan ze śmie­chem.

- Za­cho­wu­je­cie się jak nar­ko­mani. Jest jesz­cze za wcze­śnie na ca­łusy z ję­zycz­kiem.

- Clem­ster, na ję­zy­czek ni­gdy nie jest za wcze­śnie. Wi­dzisz, to dla­tego mu­simy zna­leźć ci chło­paka.

- Gdy­byś nie był chło­pa­kiem mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, wy­rwa­ła­bym ci śle­dzionę za to, że mnie tak na­zy­wasz. Poza tym, nie je­stem taką dziew­czyną, która da­wa­łaby so­bie ba­dać mig­dałki przy przy­ja­ciół­kach.

Jenna go od­py­cha, chi­cho­cząc, po czym zo­sta­wiamy na­sze pra­nie w ko­ry­ta­rzu. Kiedy wcho­dzę do sa­lonu, je­stem za­sko­czona, wi­dząc mo­jego brata.

- Cześć, dupku. - Wstaje na mój wi­dok i się obej­mu­jemy. - Co ty tu­taj ro­bisz?

Jax jest za­wsze za­jęty. Wy­daje mi się, że nie za­daje się z ni­kim in­nym poza swo­imi kum­plami z dru­żyny.

- Ryan za­pro­sił mnie w ze­szły week­end, więc po­my­śla­łem, że wpadnę. Sły­sza­łem, że ro­bi­cie lunch, dziew­czyny.

- Przy­sze­dłeś, żeby się na­jeść. Te­raz ro­zu­miem.

Szcze­rzy zęby i z po­wro­tem roz­siada się na ka­na­pie. Jest tu reszta ze­społu Ry­ana, włącz­nie z de­bi­lem Ka­dem, jak go na­zy­wam. Od­wra­cam się i pra­wie wpa­dam na Ga­vina, który wła­śnie wy­szedł z kuchni z pi­wem w ręce.

- Cześć - mó­wię, za­sko­czona jego wi­do­kiem.

Ga­vin uśmie­cha się i obej­muje mnie na po­wi­ta­nie. Za­cho­wuje się, jak­by­śmy byli sta­rymi przy­ja­ciółmi. Ni­gdy nie za­sta­na­wia­łam się wiele nad uści­skami, ale, do cho­lery, ten wy­daje się fajny. Na­tych­miast za­czy­nam my­śleć o sze­ścio­paku na jego brzu­chu. Gdy stoję z twa­rzą przy jego klatce pier­sio­wej, czuję jego sma­ko­wity za­pach.

- Zo­sta­wi­łaś u mnie no­tatki z li­te­ra­tury kla­sycz­nej. Jak­bym wie­dział, że przyj­dziesz, przy­niósł­bym je.

Jaki tro­skliwy. Mo­tyle obi­jają się w moim brzu­chu jak pi­jani że­gla­rze.

Od­chy­lam się do tyłu, żeby wi­dzieć jego twarz. Nie ogo­lił się rano, więc ma szorstką skórę na szczęce. Cho­lera, wy­gląda jesz­cze bar­dziej sek­sow­nie.

- Nie za­uwa­ży­łam, że je za­po­dzia­łam. Dzięki, że mi mó­wisz.

Roz­ma­wiamy, ale jesz­cze nie wy­pu­ścił mnie z ob­jęć. Czy to dziwne? Na­dal trzy­mam dłoń na jego bio­drze, a on obej­muje mnie jedną ręką. Ale prze­cież przy­ja­ciele się obej­mują, co nie? Na przy­kład przed chwilą ob­ję­łam brata. Och, jed­nak to nie jest to samo co przy­tu­la­nie brata. Ga­vin jest taki cie­pły i po­cią­ga­jący, że za­czy­nam my­śleć o tym, że wczo­raj obu­dzi­łam się wtu­lona w niego z nogą prze­rzu­coną przez jego ciało.

Moje po­sta­no­wie­nie, żeby trzy­mać się od niego z da­leka, wła­śnie zo­stało zła­mane. Na­gle uświa­da­miam so­bie, że wszy­scy na nas pa­trzą. Ogar­nia mnie pa­nika, gwał­tow­nie się od­su­wam i mam­ro­czę coś o je­dze­niu i pra­niu, i chyba jesz­cze o czymś.

Wpa­dam do kuchni, gdy Jenna i Dani za­czy­nają przy­go­to­wy­wać lunch, więc myję ręce i wyj­muję je­dze­nie, żeby im po­móc. Krzą­tamy się w uspo­ka­ja­ją­cej ci­szy. Na­gle sły­chać krzyk Kade'a:

- Clem! Chodź tu­taj!

Nie­na­wi­dzę Kade'a jesz­cze bar­dziej od chwili, gdy zo­ba­czył moje sutki. Nie mam po­ję­cia, dla­czego woła mnie do sa­lonu, ale i tak tam idę. Chło­paki oglą­dają pro­gram nada­wany w prze­rwie me­czu, w któ­rym re­kla­mują na­stępny mecz dru­żyny BC.

- Czy to nie jest twój chło­pak? - pyta Kade, gdy na ekra­nie po­ja­wia się zdję­cie przed­sta­wia­jące przy­stoj­nego Da­rena Slo­ana, roz­gry­wa­ją­cego.

Nie wiem, komu przy­szło do głowy, żeby wy­ja­śniać im moje po­wią­za­nie z Da­re­nem, ale wi­docz­nie ktoś to zro­bił. Na plan­szy wy­świe­tlają się in­for­ma­cje o gra­czu, mię­dzy in­nymi to, że nie­dawno za­rę­czył się ze swoją "sym­pa­tią ze szkoły śred­niej", Ve­ro­nicą. Nie mogę po­wstrzy­mać się od śmie­chu.

Kade dźga mnie pal­cem, a ja na­pa­wam się my­ślą o tym, że mu go ła­mię.

- Clem, nie je­steś za­zdro­sna? Mo­głaś wyjść za fa­ceta, który praw­do­po­dob­nie bę­dzie nu­me­rem je­den pod­czas na­boru do dru­żyny za­wo­do­wej.

Je­stem pra­wie prze­ko­nana, że Kade pój­dzie do pie­kła, i nie­mal się uśmie­cham na tę myśl.

Pró­bu­jąc za­cho­wać twarz, nie daję po so­bie po­znać, że mnie to ob­cho­dzi.

- Je­śli to, że gdy ze mną cho­dził, Ve­ro­nica już mu ob­cią­gała, na­zywa się, że "była jego sym­pa­tią", to chyba nie do końca ro­zu­miem, co zna­czy to sfor­mu­ło­wa­nie. Aha, żeby nie było wąt­pli­wo­ści, ni­gdy nie ża­ło­wa­łam, że z nim ze­rwa­łam. - Czuję pul­su­jącą krew w ży­łach na szyi. - Na­dal przy­syła mi bi­lety na swoje me­cze. Za­łożę się, że Ve­ro­nica nie wie o tym ma­łym szcze­góle. Więc do­prawdy, uwa­żam, że są ide­al­nie do­braną parą.

Jax się wku­rzył.

- Ni­gdy nie mó­wił mi, że wy­syła ci bi­lety.

- Jest twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Może po­wi­nie­neś go o to za­py­tać. - Od­wra­cam się na pię­cie i wy­cho­dzę do pralni. Od­dy­chaj. Od­dy­chaj.

* * *

Wciąż drżą mi ręce, gdy dzie­sięć mi­nut póź­niej za­czy­nam wkła­dać do pralki białe rze­czy. Pró­buję ją włą­czyć, lecz przy­cisk jest za­blo­ko­wany.

- Po­zwól, że ci po­mogę. - Ga­vin sięga po­nad moim ra­mie­niem i na­ci­ska przy­cisk w dziwny spo­sób, dzięki czemu pralka włą­cza się jak za sprawą ma­gii. Mu­sia­łam się za­my­ślić, po­nie­waż nie sły­sza­łam, jak scho­dził na dół.

- Skąd wie­dzia­łeś, jak to zro­bić? Czę­sto tu pie­rzesz?

Na­dal stoi tak bli­sko, że na­ru­sza moją prze­strzeń oso­bi­stą.

- Nie, nie piorę tu­taj, ale to mój dom, więc mu­szę so­bie ra­dzić z opor­nym sprzę­tem.

Co?

Wi­dzi nie­zro­zu­mie­nie na mo­jej twa­rzy i się uśmie­cha.

- To dom mo­jej babci, a przy­naj­mniej na­le­żał do niej przed śmier­cią kilka lat temu. Ro­dzice dali go mnie, ale skoro sam mu­szę miesz­kać na kam­pu­sie, to go wy­naj­muję. Tak wła­śnie po­zna­łem Ry­ana.

- Aha, ro­zu­miem.

Mruży oczy i prze­chyla głowę.

- Do­brze się czu­jesz? Przy­kro mi, że Kade jest ta­kim ku­ta­sem.

Dło­nią prze­cze­suje swoje gę­ste, czarne włosy, które ukła­dają się, jak chcą, a mimo to chło­pak wy­gląda świet­nie.

- Nic mi nie jest. - Cho­ciaż Kade jest więk­szym de­bi­lem niż zwy­kle. - Po pro­stu z ni­kim nie roz­ma­wiam o Da­re­nie, więc je­stem za­sko­czona, że wie­dział.

Ga­vin wzdy­cha i po­ciera dło­nią brodę.

- Prze­cho­dzi te­raz dość trudny okres.

Nie ob­cho­dzi mnie, przez co prze­cho­dzi Kade, więc wzru­szam ra­mio­nami.

- To, co po­wie­dzia­łaś o zdra­dza­ją­cym cię Da­re­nie, brzmiało na­prawdę ostro.

Po­ta­kuję, bo do­prawdy nie wiem, ile chcia­ła­bym mu opo­wie­dzieć, zwłasz­cza że jest dzien­ni­ka­rzem. Ale prze­cież nie bę­dzie pi­sał o czymś tak głu­pim jak nie­ist­nie­jące ży­cie mi­ło­sne, co nie? W końcu zaj­muje się po­waż­nymi te­ma­tami.

Wy­czuwa moje wa­ha­nie i przy­ciąga mnie do sie­bie.

- Nie mu­sisz o tym mó­wić, je­śli nie chcesz.

Za­pach jego ubrań sprawa, że ści­ska mi się serce.

- Nie ma o czym mó­wić. To stało się dawno temu. - Od­su­wam się o krok i pa­trzę na niego z re­ze­rwą.

Uśmie­cha się i po­ta­kuje.

- No do­brze, lunch jest go­towy. Jenna po­wie­działa, że masz ru­szyć dupę i przyjść jak naj­szyb­ciej.

Ru­szamy na górę. W pew­nej chwili sztur­cha mnie.

- Chcesz się znowu po­wspi­nać w pią­tek?

Nie wiem, czy to za sprawą jego uśmie­chu, czy tego, że nie na­ci­skał, że­bym mu opo­wie­działa o Da­re­nie, ale mam ochotę mu za­ufać, więc zga­dzam się na jego pro­po­zy­cję.